Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Czy miałaś kiedyś rodzinę? ebook

Bill Clegg  

3.71428571428571 (7)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czy miałaś kiedyś rodzinę? - Bill Clegg

Wybitna powieść o wartości życia, którą doceniamy w chwili niepowetowanej straty, nominowana do najważniejszych nagród: Man Booker Prize i National Book Award.

Pewnego letniego dnia w pięknym domu June Reid w Connecticut tuż przed ślubem jej córki wybucha pożar, w którym giną młodzi narzeczeni, były mąż gospodyni oraz jej obecny partner, Luke. W jednej chwili June traci dom i wszystkich najbliższych. Zrozpaczona wyjeżdża na drugi koniec kraju, zamieszkując samotnie w nadmorskim pensjonacie. Czy zdoła uwolnić się od brzemienia straty? A może nie ona straciła najwięcej?
Policji nie udaje się ustalić przyczyn tragedii, ale mieszkańcy miasteczka wiedzą swoje: stał za tym Luke, były skazaniec. Tylko jego matka, Lydia, jest innego zdania. Wydaje się jej podejrzane, że June jako jedyna uratowała się z pożaru, a zaraz potem w pośpiechu opuściła miasteczko...
Kalejdoskop obecnych i przeszłych wydarzeń zwolna odsłania sieć uczuciowych powiązań ludzi, których bliscy zginęli w tragedii: rodziców i dzieci, kochanków, przyjaciół i wrogów. Oddając głos każdemu z nich, Bill Clegg tworzy misterną opowieść o tym, jak momenty krytyczne w życiu każdego człowieka odsłaniają to, co narasta przez lata. Czy cokolwiek warto będzie odbudować – zależy już wyłącznie od nas.

Oto odważna i piękna próba prześledzenia tego, jak zaczynamy odczuwać ciężar życia. – „Kirkus Reviews”

Jak żyć dalej, kiedy w jednej chwili zabraknie wszystkich, których naprawdę kochałaś? Zmieniając punk widzenia i wprowadzając cały szereg postaci, Bill Clegg tworzy wielowarstwową narrację, nie raz zaskakując czytelnika. – „The Boston Globe”

Ta proza jest zarazem subtelna i emocjonalnie bezpośrednia, ukazuje to, w jaki sposób ludzie starają się uczynić trudne do zniesienia doświadczenia znośnymi, okazując współczucie z pomocą drobnych, niemniej wymownych gestów. Tę fascynującą powieść, zarazem smutną i budującą, uznać należy za debiut wielkiej wagi. – „Booklist”

Bill Clegg (ur. 1970) – amerykański agent literacki i pisarz. Dorastał w Sharon w Connecticut, ukończył Washington College, mieszka w Nowym Jorku. Wydał dwa tomy pamiętników, w których opisał swoje wieloletnie uzależnienie od kokainy, które niemal położyło kres jego błyskotliwej karierze w nowojorskim świecie wydawnicznym: Portrait of an Addict as a Young Man (2010) i Ninety Days (2012). Pisywał m.in. do „The New York Times”, „New York Magazine”, „The Guardian” i „Harper's Bazaar”. W 2015 roku opublikował pierwszą powieść, Czy miałaś kiedyś rodzinę??, która stała bestsellerem „New York Timesa” i jedną z najlepszych książek roku według Amazona oraz przyniosła autorowi nominacje do najważniejszych nagród literackich: National Book Award i Nagrody Bookera.

Opinie o ebooku Czy miałaś kiedyś rodzinę? - Bill Clegg

Fragment ebooka Czy miałaś kiedyś rodzinę? - Bill Clegg

Bill Clegg

CZY MIAŁAŚ KIEDYŚ RODZINĘ?

przełożył Maciej Płaza

Tytuł oryginału: Did You Ever Have a Family

Copyright © 2015 by Bill Clegg

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Maciej Płaza, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Dla Van i dla naszych rodzin

Szkoda, że go

nie słyszeliście,

jego głos był

niezapomniany, nieodparty, jego głos

był wyimaginowanym ogrodem wplecionym między zapachy.

Czy miałeś kiedyś rodzinę?

Ich oczy są zamknięte.

Stąd wiem,

że tam jesteśmy,

w miejscu

utworzonym z dźwięku i pary

wijącej się między ciemną

jadalnią a jasną kuchnią.

Jesteśmy tam, bo jestem głodny

i niedługo wszyscy będziemy razem

jeść, a głód jest słodki.

Alan Shapiro, Śpiew i taniec

Silas

Budzi go ryk syren. Licznych, głośnych i bardzo bliskich. Potem klaksony: krótkie, gniewne burknięcia podobne do brzęczyków rozbrzmiewających na koniec meczów baseballowych, które Silas ogląda w szkole – lecz w nich nie uczestniczy. Na ekranie komórki szósta jedenaście, na dole jednak domownicy już nie śpią, hałasują, a ochrypły jak zwykle o poranku głos matki ma szczególny, zgrzytliwy ton, wybija się ponad głosy ojca i sióstr, co świadczy o tym, że coś jest nie tak.

Przed wygrzebaniem się z pościeli Silas wyciąga spod łóżka swój żółty plecak. Wyjmuje małe, czerwone bongo, fajkę wodną, którą dostał w zeszłym miesiącu od swojego kolegi Ethana na piętnaste urodziny razem z torebką trawki; wypalił ją w niespełna tydzień, głównie podczas pracy, wyrywając chwasty z klombów kwiatowych i patiów bogatych nowojorczyków. Chłopak wybiera zielony pączek z szarego pudełeczka śniadaniowego, w którym trzyma swój zapas, rozkłada go starannie i wciska większą część do metalowej miseczki. Sięga po opróżnioną do połowy butelkę wody stojącą na szafce nocnej i nalewa trochę do fajki, po czym zapala. Zaciągając się, patrzy, jak niewielkie kłęby dymu unoszą się w stronę jego ust, gęstnieją w czerwonej rurce i obracają się pomału, podobne do skręcającego się pod wodą prześcieradła. Gdy większość pączka jest już spopielona, wyjmuje rurkę z bonga i wciąga dym do płuc. Woda bulgocze w podstawie fajki; Silas stara się wdychać delikatnie, bez hałasu. Otwiera okno, odsuwa siatkę, wychyla się i wypuszcza dym na jednym długim, przeciągłym wydechu.

Przypatruje się, jak dym unosi się przed nim, rozwiewa się na wietrze, znika. Chłopak czuje chłodne powietrze na twarzy i szyi; czeka, aż trawka rozpocznie swoje czary. Niebo jest różowo-bladoniebieskie. Silas śledzi wzrokiem długi ślad pozostawiony przez samolot, niknący za dachem garażu. Smuga kondensacji jest pierzasta i luźna, samolot musiał lecieć kilka godzin wcześniej, jeszcze przed świtem. „Dokąd?” – zastanawia się Silas, czując, jak narkotyk zaczyna się wsączać w jego myśli.

Poniżej cztery mięsiste wrony lądują bez wdzięku na trawniku. Silas przygląda się, jak skaczą i kroczą, wtulając skrzydła w swoje muskularne ciała. „Są wielkie jak koty” – myśli, śledząc ich szybkie, mechaniczne ruchy. Po chwili bez widocznego powodu zatrzymują się i tak stoją zupełnie nieruchomo. Chłopiec nie widzi ich oczu, ale czuje, że wpatrują się w niego. Odwzajemnia ich spojrzenie. Wrony przechylają głowy z boku na bok, jak gdyby próbowały zrozumieć, na co patrzą. Wiatr marszczy im od tyłu pióra. Po paru dalszych skokach podrywają się do lotu. W powietrzu wydają się jeszcze większe; Silas zaczyna się zastanawiać, czy nie były to raczej jastrzębie lub sępy. Potem, jak gdyby odzyskały głos, ptaki najróżniejszych gatunków zaczynają krakać, skrzeczeć i ćwierkać ze wszystkich stron. Silas drga, zaskoczony, i uderza tyłem głowy o ramę okna. Pociera bolące miejsce i wychyla się jeszcze bardziej. W oddali rozlega się ryk kolejnej syreny, inny niż wcześniejsze – piskliwszy, pełen irytacji. Silas próbuje odnaleźć wzrokiem wrony, które zniknęły na pogmatwanym porannym niebie. Zamiast nich dostrzega znajome kształty w smugach i kłębach chmur: wielką jak góry parę nabrzmiałych piersi, okulary przeciwsłoneczne w kształcie kocich oczu, ognistego ptaka o potężnych skrzydłach. Potem zauważa coś, co jest podobne tylko do tego, czym jest: dym, czarny jak smoła i gęsty, wznoszący się ponad dachem. Z początku Silasowi zdaje się, że to jego dom się pali, ale gdy wychyla się jeszcze bardziej i odwraca głowę, widzi, że dym wznosi się zza drzew po drugiej stronie posesji. Potem zaczyna go czuć – oleisty swąd trawionych ogniem rzeczy, nie jest to tylko drewno. Czuje też jego smak, a kiedy wdycha powietrze, dym pożaru miesza się z dymem trawki, który wciąż zalega mu na języku i w gardle. Ptaki krzyczą coraz głośniej. Skrzeczą, wykrzykują chyba jakieś słowa. Silasowi zdaje się, że słyszy, choć wie, że to niemożliwe, słowa: „Idź! Ty! Idź!”. Mruga, starając się przetworzyć wszystko w myślach: „Dym, smród, ptaki, syreny, wspaniałe niebo. Czy to sen? Koszmar? Może to przez trawkę?”. Kupił ją od Tess, która niedaleko prowadzi warzywniak. Jej towar zwykle jest łagodny, nie daje takiego kopa jak ten, po który Silas i jego koledzy jeżdżą do Yonkers, półtorej godziny drogi na południe. Wolałby, żeby to był koszmar senny lub halucynacja – wie jednak, że nie śpi, a to, co widzi, jest rzeczywiste.

Nad linią drzew po drugiej stronie domu dym bucha w niebo, tak jak z komina w kreskówce. Kłębi się i rzednieje, kłębi się i rzednieje. Raptem z tego samego niewidocznego źródła wydobywa się straszna chmura, większa niż cała reszta. Jest zwarta, czarna jak smoła, delikatnie srebrzysta na krawędziach. Wzlatując do góry, rozszerza się, zmienia barwę na zielonkawoszarą, a potem rozwiewa się w długą, krzywą smugę wycelowaną w niebo jak pokręcony reumatyzmem palec.

Silas odsuwa się od okna. Nie zdejmuje szortów i koszulki, w których spał, wkłada tylko stare szaro-białe trampki do biegania, których używa też podczas prac ogrodowych lub do układania z ojcem drewna na opał. Spogląda w lustro nad komodą: oczy ma różowawe, lekko wytrzeszczone, a źrenice rozszerzone. Od dawna niemyte ciemnoblond włosy są nastroszone i tłuste, w niektórych miejscach przylegają płasko, w innych sterczą na boki. Silas naciera się pod pachami dezodorantem i wkłada czarną sztruksową czapkę narciarską Mohawk Mountain. Wypija resztkę wody z butelki stojącej przy łóżku i wpycha do ust kilka listków cynamonowej gumy do żucia. Sięga po żółty plecak i chowa bongo, zapalniczkę oraz szary pojemniczek. Pociera pięściami oczy, bierze głęboki wdech, potem wypuszcza powietrze i podchodzi do drzwi.

Gdy jego kciuk i środkowy palec chwytają klamkę, staje mu przed oczami miniona noc, przypomina sobie, gdzie był i co się zdarzyło. Cofa się o krok i przebiega w myślach swoje ostatnie czynności przed zaśnięciem, najpierw raz, potem drugi, chcąc się upewnić, że to, co wspomina, nie jest tylko snem. Zastanawia się, czy nie zapalić jeszcze raz trawki przed wyjściem z pokoju, ale rezygnuje. Stoi bez ruchu i szepcze do siebie: „Nic mi nie jest. Wszystko gra. Nic się nie stało”.

Na dole iPhone matki dzwoni niewinnie, jak staroświecki telefon. Gdy matka odbiera po trzecim sygnale, w domu zapada cisza. Słychać tylko niestrudzone syreny, burczące klaksony i daleki łopot śmigieł helikoptera młócących powietrze. Z kuchni ojciec wykrzykuje jego imię. Silas odsuwa się od drzwi.

June

Wyjedzie. Wsiądzie do swojego subaru kombi i potoczy się w dół krętymi, dziurawymi wiejskimi drogami, aż dotrze do szosy, skręci na zachód i odjedzie. Będzie jechać bez paszportu najdłużej i najdalej, jak tylko się da, bo ten, który miała, już nie istnieje. Przepadło także jej prawo jazdy wraz z wszystkimi innymi rzeczami, które były w domu. June stwierdza jednak, że nie będzie jej potrzebne, o ile nie zatrzymają jej za przekroczenie prędkości. Nie zamierzała wyjeżdżać akurat tego ranka; gdy się zbudziła, wzięła prysznic i powoli włożyła dżinsy oraz pasiastą, biało-niebieską bluzkę z dżerseju z dekoltem w łódkę, którą nosi od tygodni. Po prostu wiedziała, że już czas.

Myje i wyciera wyszczerbiony kubek po kawie, ceramiczną miseczkę i starą srebrną łyżeczkę, których używała, od kiedy wprowadziła się do tego użyczonego domu; czuje ciężar każdego z tych przedmiotów, gdy odstawia je starannie do kredensu i wkłada do szuflady. Nie musi się pakować czy organizować, nie musi przygotowywać czegokolwiek. Wszystko, co ma, to ubranie, które już włożyła, i płócienna kurtka, w którą była ubrana osiemnaście nocy wcześniej, gdy wybiegała z domu. Pomału wsuwając ręce w znoszone rękawy, próbuje sobie przypomnieć, po co w ogóle ją włożyła. Czy w kuchni było zimno? Czy porwała ją spośród mnóstwa kurtek wiszących przy drzwiach werandy, nim pobiegła na łąkę, starając się nie zbudzić nikogo na górze? Nie pamięta; odruchowo zaczyna wracać myślami do zdarzeń tamtej nocy i tamtego ranka, z policyjną skrupulatnością analizuje w myślach każdy krok, lecz po chwili każe sobie przestać.

To, że zachowała kartę do bankomatu i kluczyki od samochodu – były w kieszeniach kurtki – jest szczęśliwym przypadkiem, lecz June nie uważa, by miała szczęście. Nikt tak nie uważa. Te przedmioty przemycone z poprzedniego życia pozwalają jej jednak wyjechać z miasta, a June teraz o niczym innym nie marzy. Nie dlatego, że nie może usiedzieć na miejscu czy zapragnęła znaleźć się gdzie indziej – po prostu dotarło do niej, że jej czas w tym miejscu się skończył. „No dobra” – wzdycha, jak gdyby wycofywała się z długiej dyskusji bez szans na wygraną. Spogląda przez kuchenne okno na pomarańczowe i czerwone lilie kwitnące za tym cudzym domem. Opiera ręce o krawędź zlewu. Z sutereny dochodzi długi dźwięk: to suszarka, do której półtorej godziny wcześniej włożyła wypraną pościel, sygnalizuje ostrym brzęknięciem, że wykonała swoją pracę. June czuje pod dłońmi chłód porcelany. Pogrążony w ciszy dom rozbrzmiewa teraz pustką, brakiem. Ból wraca, rozlewa się po piersi, kłębi się, drapie ją z wolna. Na zewnątrz lilie kołyszą się na porannym wietrze.

Ani razu nie płakała. Ani tamtego dnia, ani na pogrzebach, ani później. Niewiele też mówiła – gdy już musiała, z trudem znajdowała słowa, aż w końcu stwierdziła, że jest w stanie jedynie kiwać bądź potrząsać głową i gestem ręki odpędzać zatroskanych i ciekawskich jak natrętne komary. Komendant straży pożarnej i policjant odpowiadali raczej na pytania, niż je zadawali: o starą kuchenkę, o gaz, który ulatniał się przez noc i wypełnił parter domu jak ciecz, o iskrę, pewnie z gniazdka lub zapalniczki, choć żadnej zapalniczki nie znaleziono, o wybuch, o wszystkożerny pożar, który momentalnie się rozprzestrzenił. Nie pytali, dlaczego tylko ona była poza domem o piątej czterdzieści pięć rano. Lecz gdy policjant spytał, czy jej chłopak Luke miał jakikolwiek powód, by skrzywdzić ją bądź jej rodzinę, wstała i wyszła z przykościelnej salki, w której utworzono tymczasowe centrum kryzysowe. Był to ten sam kościół, w którym jej córka Lolly miała tego dnia wziąć ślub – po drugiej stronie ulicy, niedaleko domu. Gdy przed trzynastą pojawili się goście, zamiast samochodów weselnych ujrzeli radiowozy, karetki i wozy transmisyjne, którymi był zastawiony cały parking. June pamięta, jak wyszła z kościoła i ruszyła w stronę swojej przyjaciółki Liz, która czekała w samochodzie. Pamięta, jak cichły rozmowy, a ludzie przestępowali z nogi na nogę i usuwali się jej z drogi. Słyszała, jak wołają ją po imieniu, nieśmiało, niepewnie; nie przystanęła jednak ani się nie obróciła, by odpowiedzieć. Była – uzmysłowiła to sobie z zupełną jasnością, gdy dotarła na koniec parkingu – nietykalna. Nie z pogardy czy ze strachu, lecz z powodu obsceniczności tego, co się jej przydarzyło. Nie sposób było ją pocieszyć, a onieśmielająca całkowitość tej straty – w pożarze zginęli wszyscy – uciszyła nawet tych najbardziej nawykłych do nieszczęść. June czuła, jak wszyscy na nią patrzą, gdy otwierała drzwi i wsiadała do samochodu. Pamięta, jak kątem oka spostrzegła kobietę, która szła ku niej z uniesioną ręką. Już zza szyby dojrzała, że to matka Luke’a – piersiasta, w jasnej bluzce, z długimi brązowymi włosami upiętymi w luźny kok. Tego dnia widziała ją drugi raz i choć – tak jak wcześniej – miała nieprzepartą ochotę do niej podejść, nie potrafiłaby stanąć z nią twarzą w twarz. „Jedź” – tylko tyle zdołała z siebie wydusić do Liz, która siedziała na fotelu kierowcy, zaklęta i oniemiała jak wszyscy na parkingu.

Policja nie przesłuchiwała jej już więcej w związku z tym, co się zdarzyło tamtej nocy i tamtego ranka. Znajomi przestali zadawać jej te same bezpieczne pytania – jak się miewa? czy czegoś potrzebuje? – gdy przestała na nie odpowiadać. Nikły uśmiech, puste spojrzenie i odwracanie głowy zniechęciły nawet najbardziej wytrwałych. Reporterka porannych wiadomości, która występowała w telewizji od lat siedemdziesiątych, lecz nie miała na twarzy nawet jednej zmarszczki, była szczególnie nachalna. „Ludzie chcą wiedzieć, jak się czuje ocalała” – oznajmiła przed zakładem pogrzebowym. „Nikt nie ocalał – odpowiedziała June, a potem dodała cicho: – Przestań”. I tamta przestała. W końcu wszyscy, którzy przybyli na ślub Lolly, odjechali, pytania się skończyły, i oto June w wieku pięćdziesięciu dwóch lat po raz pierwszy w życiu została sama. Na początku przez ponad tydzień broniła się przed płaczem, nie załamywała się, nie robiła nic, co pomogłoby jej przynajmniej rozpocząć proces powrotu do odmienionego, pustego świata czy też – jak ktoś napisał w pełnej dobrych chęci, lecz niepodpisanej notce dołączonej do jednego z setek wieńców pogrzebowych – zacząć od nowa.

June zapina kurtkę na guziki i po kolei zamyka okna domu użyczonego jej przez malarkę, którą kiedyś reprezentowała. „Dom jest twój – usłyszała tamtego dnia od Maxine, która zadzwoniła do Liz – dopóki będzie ci potrzebny”. Maxine była wtedy w Minneapolis. June do dziś nie ma pojęcia, jak tak szybko dowiedziała się o wszystkim i domyśliła się, czego jej trzeba. Uznała, że najwidoczniej niektórzy ludzie po prostu w czarodziejski sposób zjawiają się w takich strasznych chwilach i bardzo dobrze wiedzą, co mają robić, jakie luki wypełnić. Zapuszczona chatka Maxine znajduje się po drugiej stronie tego samego miasteczka Wells w hrabstwie Litchfield w Connecticut, gdzie stał niegdyś jej własny dom, dokąd przez dziewiętnaście lat przyjeżdżała na weekendy, a gdzie przez ostatnie trzy lata mieszkała na stałe. Siedziba Maxine okazała się dostatecznie oddalona i obca, by dało się znośnie spędzić w niej te kilka tygodni. June nagle zawstydziła się myśli, że cokolwiek może być znośne. „Skąd się tu wzięłam? Dlaczego?” – June dopuszcza do siebie te pytania, inne odsuwa. Bezpieczniej jest zadawać sobie te, na które nie trzeba odpowiadać.

Nie chciała pójść do miejskiego szpitala, odmówiła też przyjmowania jakichkolwiek leków uspokajających i stabilizujących nastrój wbrew namowom paru osób z jej otoczenia, które proponowały, że wystarają się o recepty. „Nie ma co stabilizować – myśli sobie. – Nie ma po co być stabilną”. Kiedy mieszkała w domu Maxine, codziennie budziła się po południu; po wstaniu z łóżka siadała na krześle, potem przy kuchennym stole, potem na tapczanie i w końcu wracała do łóżka. Zajmowała przestrzeń, jakoś znosiła każdą minutę, póki nie nadeszła następna, a potem jeszcze następna.

June gasi światło w kuchni, zamyka frontowe drzwi i chowa klucz pod doniczką z pelargoniami ustawioną na samym skraju podestu. Schodzi w stronę samochodu – niechętnie, bo dociera do niej, że to zapewne jej ostatnia czynność w resztce dawnego, tutejszego życia. Nasłuchuje, czy śpiewają ptaki, zastanawiając się równocześnie, co spodziewa się w ich śpiewie usłyszeć. Pożegnania? Wyklinania? „Ptaki widzą wszystko – myśli – a teraz milczą”. Pod wysokim baldachimem grochodrzewów, między domem a podjazdem, na którym stoi jej samochód, nie słychać prawie nic prócz cichnącego szelestu cykad, które kilka tygodni wcześniej zbudziły się z siedemnastoletniego snu, by się rozmnożyć, wypełnić świat swoim elektrycznym brzęczeniem, a potem umrzeć. Gdy pojawiły się znienacka na tydzień przed ślubem Lolly, wydawało się to piękną wróżbą; w ospałych letnich wiadomościach mówiono prawie tylko o nich. Ich ostatnie cyknięcia wydają się teraz równie trafione, jak wówczas ich przybycie.

June zbiega po końcowych stopniach, nagłym szarpnięciem otwiera drzwi samochodu i zatrzaskuje je za sobą. Przebiera wśród kluczyków, z początku nie może znaleźć właściwego. Wpatruje się w breloczek, jak gdyby każdy z nich ją zdradził: jeden od subaru, drugi od drzwi wejściowych jej domu, trzeci od półciężarówki Luke’a, czwarty, stary, od ostatniego mieszkania, które wynajmowała w Nowym Jorku. Odpina od kółka wszystkie prócz tego od subaru i wrzuca do uchwytu na kubek obok fotela kierowcy. Przekręca kluczyk w stacyjce. Gdy samochód budzi się do życia, June ponownie uzmysławia sobie, że jest w rzeczywistym świecie, nie brnie przez żaden niewiarygodny senny koszmar, że to jawa. „To jest świat” – mówi do siebie z ponurym zdziwieniem, bezmyślnie muskając palcami kierownicę.

Wycofuje czarne subaru z podjazdu, zmienia bieg, rusza pomału wąską polną drogą, po czym wyjeżdża na szosę numer cztery. Tankuje bak do pełna na stacji obsługi w Cornwall i kieruje się na południe, potem wjeżdża na szosę numer siedem, pełną zakrętów i zjazdów, ze stromymi trawiastymi skarpami po bokach. Na długiej, pustej i prostej drodze wyciąga trzy klucze z uchwytu na kubek, otwiera okno po stronie pasażera i jednym szybkim ruchem wyrzuca je z auta. Zamyka okno i wciska mocniej pedał gazu. Po chwili mija dwa nakrapiane jelonki przechadzające się na poboczu kilka jardów od matki. Od kiedy tylko zaczęła kursować między Connecticut a Manhattanem, widywała dziesiątki jeleni i saren, które pasły się wzdłuż tego odcinka drogi, nie zwracając uwagi na samochody przemykające ledwie kilka stóp od nich. „Ciekawe, ile razy zdarzyło im się wtargnąć na drogę” – myśli. Wyobraża sobie wszystkie sytuacje, gdy ona i ci inni niezliczeni kierowcy, którzy przejeżdżali tą szosą, mijali je o włos, dziękując Bogu i oddychając z ulgą, że nic się nie stało. Rozmyśla też o nieszczęśnikach, którzy nie uniknęli zderzenia, o okropnych wypadkach, do jakich zapewne przyczyniały się te głupie i piękne stworzenia. Przyspiesza, przekracza dopuszczalną prędkość: pięćdziesiąt dwie mile na godzinę, pięćdziesiąt osiem mil, sześćdziesiąt sześć… Kombi zaczyna drżeć, a ona zastanawia się, ilu ludzi musiało tu zginąć, ile ciał wyciągnięto spomiędzy poskręcanego metalu, tak zwęglonych, że nie przypominały już istot ludzkich. Dłonie wilgotnieją jej na kierownicy, June jedną po drugiej wyciera je o dżinsy. Lekka kurtka wydaje się ciasna i niewygodna, kobieta nie chce się jednak zatrzymać, by ją zdjąć. Mija kolejną grupę jeleni – łanię, młodego byczka i jelonka na patykowatych nogach – i wyobraża sobie kraksę: rozbite szyby, dymiące opony, ocalałych podróżnych identyfikujących zwłoki. Oddech ma szybki i płytki, czuje, że się gotuje pod ubraniami. Na południe od wioski Kent wyjeżdża na otwartą przestrzeń. Po obu stronach drogi kołyszą się ciasne rzędy kukurydzy. Kombi rozpędza się niemal do siedemdziesięciu mil na godzinę, szyby drżą w uszczelkach. June wyobraża sobie – choć wolałaby nie widzieć tego aż tak szczegółowo – miejsce wypadku okolone żółtą taśmą, migające światła radiowozów i samochodów strażackich, błysk i dym flar, bezużyteczne karetki stojące z boku.

Wyobraża sobie tych, co ocaleli, oszołomionych, snujących się bez celu. Krąży po kolei wokół nich, nęka ich pytaniami. Kto prowadził samochód? Kto spojrzał w bok w najmniej odpowiedniej chwili? Kto gmerał przy radiu, zamiast patrzeć na drogę? Kto schylił się, by wyłowić z torebki miętówkę czy zapalniczkę, i przez to stracił wszystkich, którzy byli dla niego ważni? „Ilu ludzi – zastanawia się – wyszło z wypadku bez najmniejszego siniaka czy draśnięcia? A ilu z tych szczęściarzy, co przeżyli, tuż przed zderzeniem było w trakcie sprzeczki? Ilu kłóciło się z ukochaną osobą, przeciągało awanturę na tyle długo, by spuścić z uwięzi nieodwracalne słowa, wypowiadając je właśnie po to, aby zadać największy ból?”. Słowa, które tną szybko i głęboko, które wyrządzają szkody, które może naprawić jedynie czas, lecz czasu już nie było? „Ech, ci ludzie” – mruczy June, jakby przeklinając ich i pocieszając zarazem. Widzi, jak siedzą w kucki wzdłuż drogi, parami bądź pojedynczo.

Pot przesiąka jej przez ubrania, ręce drżą na kierownicy. Samochód nadjeżdżający z przeciwka błyska światłami i June uświadamia sobie, że jeśli zostanie zatrzymana za przekroczenie prędkości, będzie to koniec jej ucieczki. Nie ma przy sobie żadnego dowodu tożsamości: ani karty ubezpieczenia społecznego, ani świadectwa urodzenia, które wystarczają do wyrobienia duplikatu prawa jazdy. Zwalnia do pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę, pozwala się wyprzedzić zielonej półciężarówce. Czy jej kierowca widział błyśnięcie światłami? Sądząc po tym, jak szybko jechał, raczej nie. „Nigdy nie zwracamy uwagi na to, co trzeba – myśli June, patrząc, jak półciężarówka znika za zakrętem – póki nie jest za późno”.

Otwiera okno. Powietrze wpada do kabiny, schładza jej wilgotną skórę i szarpie długie do ramion siwoblond włosy, związane w krótki kucyk, niemyte od tygodni. Niedaleko po prawej stronie rzeka Housatonic wije się razem z niesforną szosą, leniwy nurt połyskuje w pełnym słońcu. June rozluźnia się, lecz nie tyle od samego chłodnego powiewu, ile od jego zawirowań. Otwiera okno po stronie pasażera, a gdy w kabinie narasta powietrzny chaos, obniża też tylne szyby. Wiatr z hukiem przelatuje przez samochód. June przypomina sobie, jak kiedyś, dawno temu, Lolly bawiła się znikopisem i rozzłościła się, gdy jakaś koleżanka potrząsnęła zabawką i tajemniczy mechanizm starł jej gryzmoły starannie wyżłobione w aluminiowym proszku. Lolly wrzeszczała wniebogłosy – przeszywająco, dziko, z oburzeniem – i nie chciała, by ją pocieszano lub uspokajano. Minął rok, a może trochę więcej, nim ponownie zaprosiła tę koleżankę do wspólnej zabawy. Już w tak młodym wieku umiała chować urazę.

June zamyka oczy i wyobraża sobie, że szarpany wiatrem samochód to taki pędzący naprzód znikopis, że ostry powiew wymazuje ją do czysta. Słyszy ten specyficzny szelest proszku ocierającego się o plastik i metal, i sztuczka natychmiast zaczyna działać. Jej umysł się oczyszcza. Wyimaginowane ofiary wypadków i użalający się nad sobą sprawcy znikają. Znika nawet rozjuszona i zalana łzami Lolly.

Kobieta zagłębia się w fotelu i zwalnia tuż poniżej dopuszczalnej prędkości. Mija stragan z warzywami, stosunkowo nową aptekę na miejscu dawnej wypożyczalni wideo, ciągnące się wzdłuż drogi kruszejące kamienne murki oraz zakurzony biały dom z szyldem stojącym przed nim od niepamiętnych czasów, pomalowanym na różowo, z wyciętym z szablonu bladoniebieskim napisem: KRYSZTAŁY, a wyżej czarnym: SKLEP Z MINERAŁAMI. Widywała to wszystko całe lata, kiedy jeździła tą trasą – każdy z obiektów odmierzał odległość między jednym jej życiem a drugim, od dawna zlewającymi się w jedno. June znów próbuje przywołać w myślach znikopis – tym razem po to, by wymazać wspomnienie tych wszystkich zawrotnych wypadów z miasta w piątkowe popołudnia i nazbyt wczesnych powrotów w niedzielne wieczory, gdy Lolly siedziała na tylnym siedzeniu, a Adam za kierownicą, i jak zawsze pędził, a June obracała się to do niego, to do niej i wszyscy gawędzili o nauczycielach i trenerach w szkole, o tym, jaki film obejrzą wieczorem i co zjedzą na kolację. Te przejażdżki mijały szybko i były najmniej skomplikowaną częścią ich życia. To wspomnienie odbiera jej dech, wywołuje niespodziewaną tęsknotę za chwilami, których prawie nigdy nie wspomina czule. Gdyby wszystko mogło być takie proste: ich troje w samochodzie w drodze do domu.

Rzeka znika z zasięgu wzroku. June zwalnia do dwudziestu mil na godzinę, bo zbliża się do półmilowej prostej, którą wszyscy jeżdżący regularnie tą trasą znają jako pułapkę na piratów drogowych. Przejeżdża odcinek między Kent a New Milford i mija bar McDonalda, który zawsze był dla niej nieoficjalną granicą między terenami wiejskimi a przedmieściami. Na parkingu dzieci wysypują się z ciemnozielonej furgonetki niczym klauni z cyrkowego auta i przystają niecierpliwie przed rzędem wymyślnych motocykli zaparkowanych od frontu. Nieco dalej młody mężczyzna uprawia jogging, przy jego nodze biegnie w idealnie zgranym z nim tempie masywny czekoladowy labrador. Obaj mijają starą stację benzynową, pustą, zabitą deskami, z wymontowanymi dystrybutorami. June uzmysławia sobie, że w czasach, gdy tędy podróżowała, tankowała na niej dwa, może trzy razy, lecz nie może sobie przypomnieć, kiedy stację zamknięto. Na spękanej nawierzchni parkingu wyrosły chwasty. Labrador okrąża wynędzniałe skupisko mleczów i trawy, podnosi nogę i obsikuje kępę; jego pan cierpliwie biegnie w miejscu kilka jardów dalej.

Na wprost rozjarzają się czerwone światła. June zwalnia i zatrzymuje się za innym subaru kombi, ciemnozielonym, nowszym niż jej, wypełnionym chyba nastolatkami. June stara się na nich nie patrzeć, skupia wzrok na niebieskiej tablicy rejestracyjnej z Connecticut i łuszczących się na tylnej szybie nalepkach promu z Nantucket. W pobliskiej komendzie straży pożarnej rozlega się ryk syreny sygnalizującej południe: najpierw niski i łagodny jak waltornia, przechodzący następnie w wysoki, donośny jęk, tak głośny i przemożny, że June zakrywa uszy cienkimi płóciennymi rękawami kurtki. Kiedy w końcu światło zmienia się na zielone, kobieta zamyka wszystkie okna. Kierowca stojącego za nią autobusu trąbi – tylko raz, grzecznie. June zdejmuje nogę z hamulca i auto zaczyna się toczyć.

Syrena cichnie. Powietrze w kabinie znów jest nieruchome. June mija restauracje, sklepy odzieżowe, supermarkety; przejeżdża obok nich od dziesiątków lat, lecz nigdy nie wchodziła do środka. W witrynach wiszą tabliczki z napisem: OTWARTE, nad salonem Cadillaca trzepoczą na wietrze wianuszki maleńkich wielokolorowych chorągiewek. Wszystko to zostaje w tyle i maleje w lusterku.

Edith

Wymyślili sobie stokrotki w słoiczkach po galaretce. Tutejsze stokrotki w pięćdziesięciu czy iluś słoiczkach, które zbierali od zaręczyn. Mnie się to wydawało dziecinne, zwłaszcza że June Reid raczej nie skąpiła córce pieniędzy na wesele. Ale kto by mnie pytał o zdanie? Włożenie stokrotek do słoiczków po galaretce to nie jest wyrafinowana aranżacja kwiatów na wesele, nawet małpa dałaby radę coś takiego zrobić, jeśli mam być szczera. No ale robota to robota, a interes w kwiatach kręci się tu pomalutku, więc bierze się, co dają.

Słoiczki były u June, czekały w skrzynkach w starej kamiennej szopie obok kuchni. Rano miałam przynieść stokrotki i porozmieszczać je na stołach w namiocie za domem zaraz po rozłożeniu obrusów i nakryć. Zerwałam je dzień wcześniej na łące za domem mojej siostry, jest ich tam zatrzęsienie. Nigdy nie przepadałam za stokrotkami – dla mnie to raczej takie ładniejsze chwasty niż prawdziwe kwiaty. Nie chodzi nawet o to, że są tanie, po prostu nie pasują do wesela. Róże, lilie, chryzantemy, nawet tulipany i bzy, jeśli się chce coś mniej eleganckiego – ale stokrotki? Niekoniecznie.

Pamiętam, jak przyszli we dwoje do kwiaciarni. Świeżutcy jak poranna rosa, trzymali się za ręce; ona podobna do matki, tyle że krąglejsza. June, o ile sobie przypominam, ma bardziej chłopięcą figurę. On – po prostu idealny, przystojny jak z obrazka. Tak sobie właśnie wyobrażałam tych gładkich, ładnie ostrzyżonych chłopców, co idą na studia.

Byli młodzi. To najbardziej mnie w nich uderzyło. Wydaje mi się, że ludzie już się tak młodo nie pobierają. Przynajmniej nie ci z dobrych rodzin. Miejscowe dziewuchy bez planów na przyszłość i z brzuchem – to co innego. Ale dziewczyna po studiach artystycznych w Vassar, mająca robotę w czasopiśmie w Nowym Jorku, i student prawa z Columbii? Nie, to nie jest typ dzieciaków, które przebierają nogami do ołtarza. Ale razem wyglądali naprawdę słodko, unosił się nad nimi obłoczek szczęścia i miłości, który nie mógł ździebko nie zaboleć takiej zgorzkniałej starej panny jak ja, a do tego był dla mnie zaskakujący. Tu u nas nieczęsto można być świadkiem takiego zauroczenia. Miejscowe pary, nawet młode, już są zużyte od roboty, planów lekcji, zobowiązań rodzinnych i nadmiernych długów. Te starsze małżeństwa z kredytami hipotecznymi na głowie, samochodami na gaz, dzieciakami, które wagarują, rozbijają rodzicom auta i wdają się w bójki w knajpie, są zbyt sterane; muszą też odgrywać role poczciwych, wesołych wieśniaków przed roszczeniowymi lalusiami z Nowego Jorku, którzy przyjeżdżają tutaj na weekendy, tracą więc resztki ogłady i cierpliwości na przyjezdnych i nie zostaje im nic dla własnych żon i mężów. Miastowi zabierają nam nie tylko najładniejsze domy, widoki, najsmaczniejsze jedzenie, no i oczywiście kwiaty, jakie ma do zaoferowania nasze miasteczko, ale i to, co jest najlepsze w nas samych. Zjeżdżają się pod koniec każdego tygodnia, już z pociągów i samochodów wysyłają esemesy i dzwonią z żądaniami: proszę zagrabić podjazd, zebrać drewno, skosić trawnik, przeczyścić kanalizację, zająć się dzieckiem, zrobić zakupy, wysprzątać dom, spulchnić poduszki. Niektórym wstawiamy nawet choinki po Święcie Dziękczynienia i zabieramy po Nowym Roku. Ci ludzie nigdy nie brudzą sobie rąk tym, co my musimy robić za nich, i za nic nie biorą odpowiedzialności. Trudno nam z nimi wytrzymać, choć to właśnie dzięki nim się utrzymujemy; tak wygląda drażliwy pakt między nami, i przeważnie to jakoś działa, choć od czasu do czasu coś się zacina. Raz na przykład Cindy Showalter, kelnerka w Owl Inn, plunęła pewnej kobiecie w twarz: babsko zażyczyło sobie jakiegoś sera, a gdy Cindy nie zrozumiała nazwy, mruknęło coś obraźliwego. „Słyszałaś kiedyś o serze Explorer?!?” – spytała mnie potem w kościele, a ja pokręciłam głową. Potem poszukałam w internecie i znalazłam ser o nazwie Explorateur, ale czegoś takiego na pewno nigdy nie miała żadna restauracja w okolicy. Innym razem wybuchł pożar w stajni w Holly Farm, spaliły się trzy konie. Nigdy tego nie udowodniono, ale i tak wszyscy wiemy, że farmę podpalił nadzorca Mac Ellis, gdy Noreen Schiff zwolniła go za zawyżanie comiesięcznych rachunków. Musiał to robić od lat i jej księgowa w końcu się połapała. Ellis nie został zatrzymany, ale wieść i tak się rozeszła i potem stracił pracę jeszcze w paru miejscach. Całkiem sporo uraz wyziera spod tych wszystkich uśmiechów i gładkich gadek, jakie się słyszy w miasteczku: „Jak się cieszę, że was widzę” czy „Nie ma problemu, zrobię to z przyjemnością”. Dlatego gdy ktoś posunie się za daleko, może być nieprzyjemnie.

Wiele osób, głównie młodych dziewczyn, uważało, że June Reid posunęła się za daleko, kiedy zaczęła kręcić z Lukiem Moreyem. On zawsze był ich oczkiem w głowie. No, wygląd miał, trzeba przyznać. I nic dziwnego, skoro ojciec Lydii był diablo przystojny, a i Lydia miała w sobie coś, co się podoba mężczyznom. A jeśli chodzi o Luke’a, to on był zupełnie niepodobny do miejscowych – jak dzika orchidea rosnąca na łące. Nikt nie miał pojęcia, kim był jego ojciec, ale wszyscy widzieli, że był czarny. Nie świadczy to dobrze o naszym miasteczku, lecz nie ma tu praktycznie nikogo, kto mógł nim być. Mieszkała tu jedna taka para, starsi państwo, emerytowani naukowcy z Bostonu, oboje już nie żyją – on czarny, ona biała; czarny był też Seth, adoptowany syn dyrektora szkoły, ale miał ledwie sześć czy siedem lat, gdy Luke się urodził. Takie było to nasze miasteczko w tamtych czasach i szczerze mówiąc, nikt sobie nie zaprzątał tym głowy, chyba że zdarzyło się właśnie coś takiego jak urodzenie przez Lydię Morey ciemnego dziecka. Minęło co najmniej trzydzieści lat, od kiedy ten chłopak przyszedł na świat, ale niewiele się zmieniło, przynajmniej na tym polu. Więcej jest oczywiście miastowych, a mniej miejscowych – wiele rodzin posprzedawało swoje gospodarstwa, pola i domy ludziom, którzy teraz spędzają w nich łącznie najwyżej po parę tygodni w roku. Przyjeżdżają w weekendy, a latem na tydzień czy dwa. I prawda jest taka, że większość domów w miasteczku stoi pusta. Alarmy pozakładane, wszystko wypucowane, odkurzone, zastawione po sufit pięknymi meblami, a ludzi nie ma. Parę miesięcy temu jechałam przez South Main Street – w środku tygodnia, o dziewiątej wieczorem, po kolacji u siostry – i nie zauważyłam ani jednego światła w żadnym oknie. Księżyc błyszczał, widziałam więc kominy i okna na poddaszach, ale przez całą drogę aż do skweru w centrum te ostatnie były ciemne, co do jednego. Tamtego wieczoru dotarło do mnie, że my już nie mieszkamy w mieście, przynajmniej nie w prawdziwym. Mieszkamy w drogim muzeum, takim, co otwiera się tylko w weekendy, a my jesteśmy w nim portierami.

Kiedyś większość dużych, starych