Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czy jesteś psychopatą? - Jon Ronson

Autor "Człowieka, który gapił się na kozy" powraca z nową książką!

To opowieść o obłędzie.

Wszystko zaczęło się spotkania Jona Ronsona ze specjalistką z zakresu neurologii. Podobnie jaki wielu innych kolegów z branży, otrzymała ona pocztą od anonimowego nadawcy dziwną, zaszyfrowaną książkę. O pomoc w odkryciu jej tajemnicy poprosiła Jona. Ten zaś zupełnie niespodziewanie odkrył, że w poszukiwaniu rozwiązania zagadki zawędrował do fascynującego świata obłędu.

Jon spotyka pensjonariusza zakładu zamkniętego Broadmoor, który zaklina się, że symulował chorobę psychiczną w celu złagodzenia wyroku, a teraz utknął tu, bo nikt nie chce uwierzyć, że jest normalny; rozmawia z osobami zajmującymi się katalogowaniem schorzeń psychicznych i tymi, którzy zaciekle się im sprzeciwiają; kontaktuje się z wpływowym psychologiem, twórcą stosowanego powszechnie testu na psychopatę, przekonanego, że wielu prezesów i polityków to w rzeczywistości psychopaci.

To właśnie od niego Jon uczy się rozpoznawać osoby o skłonnościach psychopatycznych. Wyposażony w tę wiedzę zmierza ku domenie wpływów i władzy. Przeprowadza wywiad z niesławnym dowódcą szwadronów śmierci i rozmawia ze znanym prezesem, którego domniemana psychopatia doprowadziła do sporych fluktuacji na giełdzie. Ale Jon nie spotyka się wyłącznie z psychopatami; kontaktuje się też z tymi, których działalność zawodowa w jakiś sposób związana jest z szaleństwem i którzy dzięki niemu zarabiają na życie. Odkrywa przy tym niepokojącą prawdę, że wielu ludzi ze szczytów tej branży jest na swój sposób tak samo szalonych jak ci, którzy są przedmiotem ich badań.

Charakterystyczne poczucie humoru, urok osobisty Ronsona i jego wrodzona dociekliwość sprawiają, że książka "Czy jesteś psychopatą??" wciąga od pierwszych stron. Ta pozornie rozrywkowa lektura wydobywa na światło dzienne niewygodne prawdy i zachęca do stawiania pytań o to, jak definiować normalność w świecie, w którym coraz częściej ocenia się nas po naszych najbardziej skrajnych zachowaniach.

Opinie o ebooku Czy jesteś psychopatą? - Jon Ronson

Fragment ebooka Czy jesteś psychopatą? - Jon Ronson

JON RONSON

CZY JESTEŚ PSYCHOPATĄ?

Fascynująca podróż po świecie obłędu

przełożyła

Tytuł oryginałuThe Psychopath Test. A Journey Through the Madness Industry

First published 2011 by Picador, an imprint of Pan Macmillan, a division of Macmillan Publishers Limited Pan Macmillan, 20 New Wharf Road, London N1 9RR www.panmacmillan.com

Copyright © Jon Ronson 2011

Przekład Katarzyna Dudzik

Redakcja i korekta Tomasz Brzozowski Dominika Pycińska Maria Brzozowska | textoria.pl

Konwersja Tomasz Brzozowski

Projekt okładki © crushed.co.uk

W rozdziale 10 fragmenty kryteriów diagnostycznych podano na podstawie pracy Kryteria diagnostyczne według DSM-IV-TR. Wydanie I polskie pod redakcją Jacka Wciórki. Wydawnictwo Elsevier 2008

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN-13: 978-83-63944-58-2

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media

Anicie Bhoomkar (1966–2009), miłośniczce życia

1

Brakujący element układanki

Oto historia pewnego szaleństwa. Zaczyna się od niezwykłego spotkania w Costa Coffee w Bloomsbury, dzielnicy centralnego Londynu. Ponieważ tuż za rogiem mieści się Instytut Neurologii Uniwersytetu Londyńskiego, w tej kawiarni często przesiadują neurolodzy. Kobieta, która skręciła właśnie w Southampton Row i pomachała do mnie nieśmiało, również jest neurologiem. Nazywa się Deborah Talmi. Wygląda na osobę, która spędza całe dnie w laboratorium i nie ma zwyczaju umawiać się z dziennikarzami na dziwne spotkania w kafejkach ani wplątywać się w rozwiązywanie tajemniczych zagadek. Przyprowadziła kogoś ze sobą. Wysokiego, nieogolonego młodego mężczyznę o wyglądzie naukowca. Usiedli.

– Deborah – przedstawiła się.

– Jon – odrzekłem.

– James – powiedział mężczyzna.

– Przyniosłaś to? – zapytałem.

Deborah skinęła głową. Nie mówiąc ani słowa, przesunęła paczkę po blacie stolika. Otworzyłem ją i obróciłem w dłoniach to, co wyjąłem ze środka.

– Naprawdę piękna! – zachwyciłem się.

W lipcu tego roku Deborah odebrała osobliwą przesyłkę. Pakunek czekał na nią w szafce na pocztę przychodzącą do pracowników uczelni. Widniał na nim stempel pocztowy: „Göteborg, Szwecja”. Na kopercie z folią bąbelkową ktoś napisał: „Powiem ci więcej, kiedy wrócę!”. Ktokolwiek to wysłał, nie zostawił adresu nadawcy.

W środku znajdowała się książka. Miała zaledwie czterdzieści dwie strony, z których co druga była pusta. Wszystko – papier, ilustracje, liternictwo – wskazywało na to, że wydanie tej książki było bardzo kosztowne. Jej okładkę zdobił przedziwny, sporządzony delikatną kreską rysunek dwóch oddzielonych od ciała dłoni, z których każda kreśliła ołówkiem kontury drugiej. Deborah rozpoznała reprodukcję Rysujących rąk M.C. Eschera.

Autorem publikacji był Joe K. (aluzja do Kafkowskiego Józefa K., a może anagram słowa joke?), a tytuł Byt czy nicość (ang. Being or Nothingness) stanowił nawiązanie do eseju Sartre’a z 1943 roku Byt i nicość (ang. Being and Nothingness). Ktoś starannie wyciął nożyczkami stronę z informacjami o prawach autorskich i wydawniczych, numerem ISBN i innymi szczegółami wydania, nie można więc było dowiedzieć się czegoś więcej o samej książce. Naklejka na okładce zalecała: „Uwaga! Zanim zaczniesz czytać książkę, przeczytaj list do profesora Hofstadtera. Powodzenia!”.

Deborah przekartkowała książkę. Było oczywiste, że to jakaś zagadka czekająca na rozwiązanie. Spojrzała raz jeszcze na wytyczną: „Powiem ci więcej, kiedy wrócę!”. Jeden z jej kolegów odwiedzał wtedy Szwecję i chociaż nie był osobą, która ma w zwyczaju wysyłać tajemnicze pakunki, najbardziej logicznym wyjaśnieniem było, że ta przesyłka pochodzi właśnie od niego.

Kiedy wrócił, zapytała go o książkę – on jednak stwierdził, że nic mu na ten temat nie wiadomo.

Deborah była naprawdę zaintrygowana. Zajrzała do internetu. I odkryła, że nie tylko jej przytrafiło się coś takiego.

– Czy wszyscy, którzy dostali taką przesyłkę, to neurolodzy? – zapytałem.

– Nie – odpowiedziała. – Choć wielu z nich – owszem. Ale był też astrofizyk z Tybetu oraz religioznawca z Iranu.

– Wszyscy adresaci są naukowcami – powiedział James.

Otrzymali dokładnie taką samą przesyłkę co Deborah – w kopercie bąbelkowej ze stemplem z Göteborga i napisem: „Powiem ci więcej, kiedy wrócę!”. Zaczęli komunikować się ze sobą na blogach oraz forach internetowych i podjęli próbę złamania tego szyfru.

Być może, sugerował jeden z nich, książkę należy odczytywać jako chrześcijańską alegorię. „Świadczy o tym nawet enigmatyczne: »Powiem ci więcej, kiedy wrócę!« (oczywiste odniesienie do drugiego przyjścia Chrystusa). Autor (lub autorzy) wydaje (wydają) się przeciwstawiać swoje B OR N1 ateistycznemu Being andNothingness Sartre’a”.

Zgodziła się z nim Sarah Allred, specjalistka w zakresie psychologii percepcji: „Coś mi mówi, że cała ta akcja okaże się marketingiem wirusowym, reklamową sztuczką jakiejś organizacji religijnej, której celem jest ośmieszenie nauczycieli akademickich, intelektualistów, naukowców, filozofów”.

Jednak pozostali uznali to za mało prawdopodobne. „Wysokie koszty wydania tej książki wykluczają teorię wirusową, chyba że kampania miała dotrzeć do ściśle wyselekcjonowanej grupy docelowej i zachęcić ją do rozpoczęcia dyskusji w internecie na temat tajemniczej publikacji”.

Co ciekawe, większość uważała, że to oni sami są rozwiązaniem tej zagadki. To właśnie ich starannie wybrano jako odbiorców przesyłki. Najwyraźniej kryła się za tym jakaś reguła. Tylko jaka? Czy wszyscy spotkali się kiedyś na jakiejś konferencji? A może uczestniczyli w rekrutacji jakieś tajemniczej firmy?

„Jak by to ująć… Pierwsza osoba, która to rozszyfruje, dostanie tę robotę” – napisał pewien Australijczyk.

Oczywiste było tylko to, że jakaś błyskotliwa osoba (lub organizacja) związana z Göteborgiem wymyśliła tak skomplikowaną zagadkę, że nawet najmądrzejsi naukowcy – tacy jak oni – nie potrafili jej rozwiązać. Być może szyfru nie dało się złamać, bo był niekompletny. Może brakowało w tym wszystkim jakiegoś fragmentu układanki. Ktoś zasugerował, żeby „obejrzeć list, trzymając go blisko lampy, lub sprawdzić, jak działają na niego opary jodu. Kartka może zawierać ukrytą wiadomość zapisaną atramentem sympatycznym”.

Jednak niczego takiego nie stwierdzono.

W końcu naukowcy rozłożyli bezradnie ręce. Skoro oni nie potrafili rozwiązać zagadki, być może powinien się tym zająć ktoś mniej subtelny w działaniu – na przykład prywatny detektyw albo dziennikarz? Deborah rozpoczęła poszukiwania. Który reporter byłby na tyle zaciekawiony tajemniczymi przesyłkami i na tyle wytrwały w dążeniu do celu, że zechciałby zająć się tą sprawą?

Odrzucili kilka nazwisk.

Wtedy kolega Deborah, James, zapytał:

– A co byście powiedzieli na Jona Ronsona?

W dniu, kiedy otrzymałem od Deborah e-mail z zaproszeniem na spotkanie w Costa Coffee, miałem całkiem poważny napad lęku. Wcześniej przeprowadzałem wywiad z Davem McKay’em – charyzmatycznym przywódcą małej australijskiej grupy religijnej „Chrześcijanie Jezusa” („Jesus Christians”), który zachęcał członków swojej wspólnoty do oddania nerki obcej osobie. Początkowo Dave i ja dość dobrze się dogadywaliśmy – wydawał mi się ujmująco ekscentryczny i był niewyczerpanym źródłem materiału do mojego artykułu, między innymi dzięki swoim zabawnym, szalonym wypowiedziom. Jednak kiedy zasugerowałem, że to właśnie presja z jego strony mogła być powodem, dla którego niektórzy bardziej podatni na sugestię członkowie wspólnoty zdecydowali się na oddanie nerki, Dave eksplodował. Wysłał mi wiadomość, w której napisał, że wstrzymał najbliższe przekazanie organu, żeby dać mi nauczkę. Zamierzał pozwolić umrzeć czekającej na przeszczep kobiecie, a ja miałem być odpowiedzialny za jej śmierć.

Byłem przerażony losem tej kobiety, a jednocześnie całkiem zadowolony, że Dave wysłał mi tego obłąkańczego e-maila, który mógł znakomicie ubarwić moją historię. Powiedziałem pewnemu dziennikarzowi, że Dave wydaje się zdradzać psychopatyczne skłonności (nie wiedziałem nic na temat psychopatów, ale zakładałem, że mogą robić właśnie coś takiego). Dziennikarz puścił moją wypowiedź do druku. Kilka dni później Dave przysłał mi maila: „Uważam za oszczerstwo stwierdzenie, że jestem psychopatą. Zasięgnąłem porady prawnej. Poinformowano mnie, że mam duże szanse na wygraną w sporze sądowym. Twoja złośliwość w stosunku do mnie nie uprawnia cię do szkalowania mojego imienia”.

To dlatego tak strasznie panikowałem tego dnia, kiedy mail Deborah trafił do mojej skrzynki.

– Co ja sobie wyobrażałem? – zwróciłem się do Elaine, mojej żony. – Cieszyłem się, że przeprowadzają ze mną wywiad. Po prostu cieszyłem się swoimi słowami. A teraz wszystko się spieprzyło. Dave McKay chce mnie pozwać.

– Co się dzieje?! – krzyknął mój syn Joel, wchodząc do pokoju. – Dlaczego wszyscy wrzeszczą?

– Zrobiłem głupi błąd. Nazwałem pewnego mężczyznę psychopatą i to mu się nie spodobało – wyjaśniłem.

– Co on może nam zrobić? – zapytał Joel.

– Nic – odpowiedziałem.

– Jeśli nie może nam nic zrobić, to czemu się martwisz? – powiedział.

– Martwię się, że go rozzłościłem. Nie lubię złościć ani martwić innych.

– Kłamiesz – stwierdził Joel, mrużąc oczy. – Wiem, że nie przejmujesz się, jeśli kogoś zmartwisz lub rozzłościsz. O czym nie chcesz mi powiedzieć?

– Powiedziałem ci wszystko – zapewniłem.

– Czy on nam zagraża? – zapytał.

– Nie! – odpowiedziałem. – Nie, nie! Nic takiego się nie wydarzy!

– Jesteśmy w niebezpieczeństwie?! – krzyknął Joel.

– On nie ma zamiaru nas zaatakować! – też wrzasnąłem. – Po prostu mnie pozwie. Chce moich pieniędzy.

– O Jezu – powiedział z ulgą.

Wysłałem do Dave’a e-mail, w którym przeprosiłem za nazwanie go psychopatą. „Dziękuję ci, Jon – odpisał natychmiast. – Darzę cię teraz większym szacunkiem. Miejmy nadzieję, że jeśli jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, będziemy o krok bliżej tego, co zwie się przyjaźnią”.

I znów niepotrzebnie się martwiłem, pomyślałem.

Sprawdziłem nieprzeczytane maile i znalazłem ten od Deborah Talmi. Napisała w nim, że tak jak wielu innych naukowców z całego świata otrzymała pocztą tajemniczą przesyłkę. Od znajomego – czytelnika moich książek – dowiedziała się, że jestem dziennikarzem, którego interesują takie dziwne zagadki. Wiadomość zakończyła słowami: „Mam nadzieję, że zdołałam przekazać Panu uczucie niesamowitości, jakie towarzyszyło mi przez cały ten czas, i to, jak wciągająca jest ta historia; zupełnie jak powieść przygodowa albo gra rzeczywistości alternatywnej, w której wszyscy jesteśmy pionkami. Przesyłkę otrzymali ludzie zajmujący się badaniami naukowymi, próbowałam więc ustalić, co się za tym kryje, jednak nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. Bardzo liczę na to, że zajmie się Pan tą sprawą”.

Teraz, w Costa Coffee, spoglądała na książkę, którą obracałem w dłoniach.

– Chodzi o to – zaczęła – że ktoś w bardzo tajemniczy sposób próbuje zwrócić na coś uwagę konkretnych naukowców. Jestem ogromnie ciekawa dlaczego. Myślę, że wszystkie te działania są zbyt złożone, żeby mogła je przeprowadzić jedna osoba. Ta książka próbuje nam coś powiedzieć. Tylko nie wiem co. Naprawdę chciałabym wiedzieć, kto to do mnie wysłał i dlaczego, ale nie mam ani krzty talentów śledczych.

– Cóż… – Zamilkłem i uważnie przyjrzałem się książce. Upiłem łyk kawy. – Spróbuję – obiecałem.

***

Powiedziałem Deborah i Jamesowi, że chciałbym zacząć moje śledztwo od rozejrzenia się w ich miejscu pracy. Dodałem, że bardzo zależy mi na zobaczeniu przegródki, w której Deborah odkryła przesyłkę. Ukradkiem wymienili spojrzenia, które mówiły: „To trochę nietypowe, ale któż odgadnie, jakimi ścieżkami błądzą myśli wielkich detektywów?”.

Tak naprawdę ich spojrzenia mogły wyrażać coś zupełnie innego. Na przykład: „Wycieczka po naszym miejscu pracy nie przyniesie żadnych wymiernych korzyści śledztwu Jona. Poza tym to trochę dziwny pomysł. Miejmy nadzieję, że nie wybraliśmy niewłaściwego dziennikarza. Miejmy nadzieję, że nie jest jakimś dziwakiem albo że w jego chęci zobaczenia wnętrz budynków, w których pracujemy, nie ma jakiegoś ukrytego celu”.

Jeśli ich spojrzenia faktycznie mówiły coś takiego, to mieli rację. Bo w mojej prośbie rzeczywiście był ukryty cel.

Instytut Psychologii Uniwersytetu Londyńskiego, w którym pracuje James, to wyjątkowo brzydki betonowy klocek w pobliżu Russell Square. Na korytarzu wiszą wyblakłe fotografie z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – zdjęcia dzieci z poprzyczepianymi do głów kablami, przypasanych do przerażających maszyn. Patrzą w obiektyw podekscytowane, z nic nierozumiejącym uśmiechem, jakby leżały na plaży.

Widać było, że kiedyś podjęto próbę upiększenia tej przestrzeni, malując ściany korytarza na wesoły żółty kolor. Ponoć dlatego, że ktoś doszedł do wniosku, iż uspokoi to dzieci przychodzące tu na badania mózgu. Ja nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Brzydota tego budynku była tak przytłaczająca, że każda próba poprawienia jego wizerunku byłaby jak przyklejenie zwłokom czerwonego nosa klauna i stwierdzenie, że to Ronald McDonald we własnej osobie.

Zajrzałem przez drzwi do gabinetów pracowników. W każdym z pomieszczeń nad biurkiem pochylał się psycholog albo neurolog intensywnie rozmyślający o jakichś kwestiach związanych z działaniem mózgu. Jak się dowiedziałem, w jednym z pokojów obiektem zainteresowania był pewien Walijczyk, który potrafił rozpoznać każdą ze swoich owiec, ale nie rozpoznawał ludzkich twarzy, nawet swojej żony ani własnego odbicia w lustrze. Takie zaburzenie nazywa się prozopagnozją. Ci, którzy na nie cierpią, są ślepi na twarze i wciąż nieumyślnie obrażają swoje żony, mężów, współpracowników i sąsiadów, nie odpowiadając uśmiechem na uśmiech, kiedy mijają ich na ulicy. Trudno znieść taką zniewagę, nawet jeśli urażeni wiedzą, że ta nieuprzejmość jest wynikiem choroby, a nie arogancji. Złe emocje łatwo się udzielają.

W innym gabinecie kolejny neurolog studiował przypadek lekarza, byłego pilota RAF-u, z lipca 1996 roku. Mężczyzna w biały dzień leciał samolotem nad polem zboża. Kiedy piętnaście minut później przelatywał z powrotem nad tym samym łanem, nagle zobaczył w nim ogromny krąg. Jakby dopiero co się zmaterializował. Zajmował powierzchnię czterdziestu arów i składał się ze stu pięćdziesięciu jeden odrębnych kręgów. Krąg ten, nazywany zbiorem Julii, zyskał największą sławę w całej historii zbożowych kręgów. Zaczęto produkować T-shirty i drukować plakaty z jego reprodukcjami. Organizowano zloty. Ruch pasjonatów tego zjawiska słabł – wiadomo już było, że kręgi to dzieło artystów konceptualnych powstające w środku nocy przy wykorzystaniu desek i sznurów, a nie efekt knowań cywilizacji pozaziemskich – tyle że ten konkretny ślad pojawił się podczas piętnastu minut, które oddzielały pierwszy przelot od drugiego.

Neurolog próbował dowiedzieć się, dlaczego za pierwszym razem pilot nie dostrzegł kręgu, który był tam przez cały czas. Poprzedniej nocy grupa artystów konceptualnych, znana jako Team Satan, stworzyła go, używając lin i desek.

Kręgi w zbożu w kształcie zbioru Julii. Fot. Steve Alexander / www.temporarytemples.co.uk

W trzecim gabinecie urzędowała ładna, radosna i energiczna kobieta, która na półce trzymała popularną książkę dla dzieci Little Miss Brainy.

– Kto to? – zapytałem Jamesa.

– Essi Viding.

– Czym się zajmuje?

– Psychopatami.

Przyjrzałem się Essi badawczo. Zauważyła nas, uśmiechnęła się i pomachała nam.

– To musi być niebezpieczne – stwierdziłem.

– Słyszałem pewną historię… – powiedział James. – Kiedyś podczas rozmowy z psychopatą Essi pokazała mu zdjęcia przerażonych twarzy i poprosiła, żeby rozpoznał, jakie wyrażają emocje. Nie potrafił tego zrobić, powiedział jej tylko, że taki wyraz twarzy mieli tuż przed śmiercią ludzie, których zamordował.

Ruszyłem dalej korytarzem, ale zaraz zatrzymałem się i raz jeszcze zerknąłem na Essi Viding. Nigdy wcześniej nie zaprzątałem sobie głowy psychopatami; teraz jednak zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem spotkać się z kimś takim jak ona. Wydało mi się niezwykłe, że gdzieś tam żyją ludzie, którzy z powodu zaburzeń neurologicznych są – tak jak bohater historii opowiedzianej przez Jamesa – równie przerażający, co najbardziej złowrodzy przedstawiciele obcych cywilizacji z filmów SF. Jak przez mgłę pamiętałem słowa psychologów o szczególnie dużej reprezentacji psychopatów w świecie biznesu i polityki, wśród ludzi sukcesu, i o tym, że brak empatii przynosi wiele korzyści osobom obracającym się w tych środowiskach. Czy to mogła być prawda? Essi znów do mnie pomachała. Nie, podjąłem decyzję, to zły pomysł mieszać się do świata psychopatów, a już na pewno zły dla kogoś, kto cierpi z powodu stanów lękowych. Odmachałem jej i pomaszerowałem dalej.

Miejsce pracy Deborah, czyli Centrum Neuroobrazowania Wellcome Trust będące częścią Uniwersytetu Londyńskiego, znajduje się niedaleko Queens Square. Jest nowoczesne, wyposażone w klatki Faradaya oraz skanery do funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, obsługiwane przez nerdowatych techników w T-shirtach z komiksowymi postaciami. Ich lekko dziwaczne zachowanie sprawiało, że urządzenia te wydawały się mniej przerażające.

„Naszym celem – napisano na stronie internetowej Centrum – jest zrozumienie, w jaki sposób aktywność mózgu przekłada się na myślenie i postrzeganie oraz co zakłóca procesy mózgowe w wypadku chorób psychicznych i neurologicznych”.

Deborah pokazała mi swoją przegródkę w szafce na korespondencję adresowaną do pracowników naukowych. Dokładnie ją obejrzałem.

– Okej – powiedziałem. – W porządku.

Przez chwilę stałem tam, kiwając głową. Deborah również pokiwała głową. Spojrzeliśmy na siebie.

Nadszedł czas, żeby wyjawić Deborah ukryty cel moich wycieczek. W ostatnich kilku miesiącach natężenie moich stanów lękowych osiągnęło apogeum. To nie było normalne – normalni ludzie nie wpadają w panikę; normalni ludzie z pewnością nie czują się tak, jakby byli rażeni prądem od wewnątrz przez nienarodzone dziecko, uzbrojone w miniaturowy paralizator elektryczny; nie odnoszą wrażenia, że ktoś testuje na nich elektrycznego pastucha, który powstrzymuje bydło przed pójściem w szkodę. Od czasu spotkania w Costa Coffee nosiłem się z zamiarem, żeby w którymś momencie przekierować rozmowę na temat mojego nadmiernie lękliwego mózgu. Wtedy Deborah może zaproponowałaby mi, że zrobi mi rezonans magnetyczny lub coś w tym stylu. Lecz ona była tak zachwycona tym, że zgodziłem się rozwiązać zagadkę Bytu czy nicości, że nie miałem serca powiedzieć jej, co mnie dręczy, żeby nie zepsuć atmosfery tajemnicy.

To była moja ostatnia szansa. Deborah widziała, że wpatruję się w nią, przygotowując się do powiedzenia czegoś ważnego.

– Tak? – zapytała.

Milczałem przez chwilę. Ponownie na nią spojrzałem.

– Dam ci znać, jak mi idzie – powiedziałem.

Lot Ryanaira do Göteborga o szóstej rano w okazyjnej cenie – było ciasno, klaustrofobicznie i tłumnie. Z kieszeni spodni usiłowałem wydobyć notatnik, co pozwoliłoby mi sporządzić listę rzeczy do zrobienia, ale noga zaklinowała mi się pod zamocowaną na fotelu przede mną tacką, na której piętrzyły się wspomnienia po moim śniadaniu z samych przekąsek. Musiałem zaplanować wizytę w Göteborgu. Ten notatnik naprawdę by mi się przydał! Moja pamięć nie była już taka jak kiedyś. Całkiem często zdarzało się, że wyruszałem z domu zdeterminowany i podekscytowany, a po chwili zwalniałem i zatrzymywałem się zupełnie zdezorientowany. W takich chwilach wszystko wokół stawało się odrealnione, nieprzejrzyste. Prawdopodobnie pewnego dnia, tak jak mój ojciec, stracę pamięć i nie napiszę już żadnej książki. Naprawdę muszę zacząć odkładać na czarną godzinę.

Próbowałem podrapać się w stopę. Nie mogłem. Została uwięziona. Cholerna stopa wpadła w cholerną pułapkę. Cholerna…

– Aaa!… – wrzasnąłem odruchowo.

Moja noga poszybowała do góry, uderzając w tackę. Pasażer siedzący obok spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Wydałem z siebie mimowolny okrzyk. Byłem wstrząśnięty, ale też odrobinę dumny. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogę wydawać z siebie takie szalone, zagadkowe odgłosy.

W Göteborgu miałem pewien trop – nazwisko i adres miejsca pracy człowieka, który mógł znać tożsamość lub tożsamości Joe K. Nazywał się Petter Nordlund. Chociaż przesyłki, które trafiły do naukowców, nie zawierały żadnych wskazówek, to głęboko w czeluściach internetowych archiwów Szwedzkiej Biblioteki Narodowej odkryłem, że Petter Nordlund wymieniony jest jako osoba, która przełożyła na język angielski Byt czy nicość. W Google’u nie znalazłem na jego temat żadnych informacji poza adresem firmy BIR, z którą był w jakiś sposób powiązany.

Jeśli faktycznie było tak, jak podejrzewali adresaci przesyłek – czyli że całą tę kosztowną, tajemniczą kampanię, której celu nie udało się ustalić (propaganda religijna, marketing wirusowy, a może proces rekrutacyjny?) – zorganizowała grupa zdolnych ludzi z zamiłowaniem do wymyślania łamigłówek, to Petter Nordlund był moim jedynym punktem zaczepienia. Nie wiedział, że przyjeżdżam. Obawiałem się, że jeśli go uprzedzę, zapadnie się pod ziemię. Albo da cynk tej podejrzanej organizacji, która stała za wydaniem Bytu czy nicości. Martwiłem się, że będą chcieli powstrzymać mnie metodami, których nawet nie potrafię sobie wyobrazić. Tak czy inaczej doszedłem do wniosku, że odwiedzenie Pettera Nordlunda będzie najmądrzejszym posunięciem. To była gra w ciemno. Cała ta wyprawa była grą w ciemno. Tłumacze często mają bardzo niebezpośredni kontakt ze swoimi klientami i Petter Nordlund o całej tej tajemniczej sprawie mógł po prostu nic nie wiedzieć.

Niektórzy z odbiorców przesyłki sugerowali, że Byt czy nicość jest kodem, którego nie można odszyfrować z powodu jego niekompletności. Po tygodniu spędzonym nad tą książką przyznałem im rację. Każda strona sprawiała wrażenie nierozwiązywalnej łamigłówki.

Na samym początku napisano, że maszynopis tej książki został znaleziony na opuszczonej stacji kolejowej: „Leżał na wierzchu, widoczny dla wszystkich, ale tylko we mnie była ciekawość, nakazująca mi wziąć go do rąk”.

Dalej następowały enigmatyczne cytaty:

Moje myślenie jest muskularne.

Albert Einstein

Jestem dziwną pętlą.

Douglas Hofstadter

Życie powinno być radosną przygodą.

Joe K.

Zadrukowanych było dwadzieścia jeden stron, choć na niektórych widniało tylko jedno zdanie. Na przykład strona osiemnasta głosiła: „Szóstego dnia po tym, jak przestałem pisać książkę, siedziałem u B. i pisałem książkę”.

Do wydania książki wykorzystano najwyższej jakości papier i tusz. Na jednej ze stron znajdowała się delikatna, barwna ilustracja przedstawiająca motyla. To wszystko musiało naprawdę sporo kosztować.

Brakującym elementem układanki nie był żaden sekretny napis wykonany niewidocznym atramentem, tylko coś zupełnie innego. Ktoś w każdej kopii pracowicie powycinał fragmenty trzynastej strony. Brakowało tam słów. Czy rozwiązanie tajemnicy miało coś wspólnego z wyciętymi wyrazami?

Na lotnisku w Göteborgu odebrałem samochód. Jego zapach – zapach dopiero co wyczyszczonego samochodu z wypożyczalni – jak zawsze przywodził mi na myśl szczęśliwe chwile moich wcześniejszych detektywistycznych przygód. Spędziłem tygodnie, podążając tropem Davida Icke’a, autora teorii spiskowej głoszącej, że światem potajemnie rządzą gigantyczne jaszczury o pedofilskich skłonnościach, które przybrały ludzkie kształty, pijące krew i składające ofiary z dzieci. To była mocna historia. I zaczęła się, tak jak i ta, od zapachu wynajętego samochodu.

Nawigacja poprowadziła mnie obok wesołego miasteczka Liseberg i stadionu, gdzie następnego wieczoru miała zagrać Madonna, a w końcu skierowała w stronę dzielnicy biznesowej. Przypuszczałem, że biuro Pettera Nordlunda będzie się znajdowało właśnie tutaj, ale nawigacja kazała mi wziąć ostry, niespodziewany skręt w lewo i oto toczyłem się po obsadzonej drzewami alei w dzielnicy willowej, zmierzając ku ogromnemu białemu domu z drewna.

To właśnie był cel mojej podróży.

Podszedłem do frontowych drzwi i zadzwoniłem. Otworzyła mi kobieta ubrana w strój do joggingu.

– Czy to biuro Pettera Nordlunda? – zapytałem.

– To jego go dom.

– O... Przepraszam... – powiedziałem. – Zastałem go?

– Dziś ma spotkania z pacjentami – poinformowała mnie kobieta. Mówiła z amerykańskim akcentem.

– Jest lekarzem?

– Psychiatrą.

Staliśmy na progu i rozmawialiśmy przez chwilę. Powiedziała mi, że ma na imię Lily i jest żoną Pettera. Miłość połączyła ich jeszcze w szkolnej ławce (Petter uczęszczał do szkoły w Ameryce). Zastanawiali się, czy nie zamieszkać w jej rodzinnym stanie – Kalifornii – ale akurat zmarł wuj Pettera, zostawiając mu w spadku ten ogromny dom, któremu po prostu nie mogli się oprzeć.

Petter, opowiadała Lily, jest nie tylko tłumaczem, ale także wziętym psychiatrą. (Zapoznałem się później z jego profilem na LinkedIn, na którym napisał, że pracował ze schizofrenikami, psychotykami i osobami cierpiącymi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne; poza tym zajmował się „chemią białek” i był doradcą „międzynarodowej firmy inwestycyjnej”, jak również „firmy biotechnologicznej z Cambridge”, specjalizującej się w „odkrywaniu i udoskonalaniu leczniczych właściwości peptydów”). Dodała, że Petter pracuje w klinice znajdującej się dwie godziny drogi od Göteborga i nie, nie ma sensu, żebym tam jechał. I tak nie wpuściliby mnie do środka bez odpowiedniej akredytacji.

– Kiedy ma sesje z pacjentami, nawet ja nie mogę się z nim skontaktować. Te sesje są bardzo intensywne.

– W jakim sensie intensywne? – zapytałem.

– Nawet nie wiem – odparła. – Petter wróci za kilka dni. Jeśli jeszcze będziesz w Göteborgu, zapraszam – przerwała. – Właściwie jaki jest powód twojej wizyty? Dlaczego chcesz zobaczyć się z moim mężem?

– Przetłumaczył bardzo intrygującą książkę – wyjaśniłem. – Byt czy nicość. Tak mnie zafascynowała, że postanowiłem z nim porozmawiać i dowiedzieć się więcej o tym, kto zlecił mu przekład i dlaczego w ogóle ta książka została napisana.

– Och… – Lily wyglądała na zdziwioną.

– Słyszałaś o niej?

– Tak – zawahała się. – Ja… tak, wiem, o czym mówisz. Ja… Petter tłumaczy różne rzeczy dla firm. A ta książka była… – Na chwilę zamilkła. – Nie wtrącam się do jego pracy, a on do mojej. Szczerze mówiąc, nie zwracam szczególnej uwagi na to, co robi. Wiem, że jest bardzo zaangażowany w pracę nad czymś „molekularnym”, ale zupełnie nie wiem, o co dokładnie chodzi. Czasami mówi: „Właśnie przetłumaczyłem to dla jakiejś firmy” i jeśli tekst jest po szwedzku czy w jakimś innym obcym języku, to nic z tego nie rozumiem, więc nawet nie próbuję wnikać w życie zawodowe Pettera.

– Tak czy inaczej, świetnie mi się z tobą rozmawiało. Mogę tu wpaść za kilka dni?

– Jasne – powiedziała Lily. – Nie ma sprawy.

Kolejne dni mijały wolno. Leżałem w hotelowym pokoju i oglądałem z lekka dziwaczną europejską telewizję. Programy pewnie nabrałyby sensu, gdybym tylko znał język, ale ponieważ go nie znałem, wszystko wydawało mi się odrealnione i zaskakujące. W pewnym programie grupa skandynawskich naukowców obserwowała, jak jeden z nich wlewa płynny plastik do wiadra z zimną wodą. Substancja zamieniła się w ciało stałe, badacze wydobyli ją z wiadra, przekazywali sobie z rąk do rąk i, o ile dobrze zrozumiałem, debatowali nad przypadkowością kształtu, jaki przybrała. Zadzwoniłem do domu, ale moja żona nie odebrała. Przemknęło mi przez myśl, że być może nie żyje. Wpadłem w popłoch. Wkrótce okazało się, że nic się jej nie stało. Po prostu wyszła na zakupy. W każdym zakątku świata, jaki odwiedzałem, zdarzało mi się niepotrzebnie panikować. Poszedłem na spacer. Kiedy wróciłem, czekała na mnie wiadomość od Deborah Talmi. Mamy podejrzanego. Czy mógłbym się z nią skontaktować?

Dowiedziałem się, że ów podejrzany, jak na złość, wcale nie przebywa w Szwecji. Znajdował się w Bloomington w Indianie. Nazywał się Levi Shand i niedawno zamieścił w internecie bardzo mało wiarygodną historię na temat swojego zaangażowania w sprawę tajemniczej książki.

Według Deborah opowieść Leviego Shanda przedstawiała się mniej więcej tak: Levi to student na Uniwersytecie Indiana. Pewnego razu, podczas bezcelowej przejażdżki po mieście, zauważył dużą brązową skrzynię leżącą na ziemi pod mostem kolejowym. Zatrzymał się na poboczu, żeby dokładniej przyjrzeć się znalezisku.

Skrzynia była nieoznakowana i czysta, jakby ktoś zostawił ją tam całkiem niedawno. Chociaż Levi obawiał się ją otworzyć – w środku mogło być wszystko, od miliona dolarów po odciętą głowę – zebrał się na odwagę i odkrył osiem nieskazitelnie czystych kopii Bytu czy nicości.

Na każdej z książek była naklejka z napisem: „Uwaga! Zanim zaczniesz czytać książkę, przeczytaj list do profesora Hofstadtera. Powodzenia!”. Levi był naprawdę zaintrygowany, wiedział bowiem, kim jest profesor Hofstadter i gdzie mieszka.

– Nie wiem, kim jest profesor Hofstadter – powiedziałem Deborah. – W książce jest mnóstwo odniesień do jego osoby, ale nie udało mi się jeszcze dowiedzieć, czy jest postacią rzeczywistą czy fikcyjną. Ktoś wie o nim coś więcej?

– Napisał książkę Gödel, Escher, Bach! – Deborah była zaskoczona moim brakiem wiedzy. – Rzecz sporej wagi.

Nie odpowiedziałem.

Deborah westchnęła.

– Wyobraź sobie, że jesteś maniakiem komputerowym i właśnie odkrywasz możliwości internetu. Gödel, Escher, Bach to twoja biblia, zwłaszcza jeśli jesteś chłopakiem. Opowiada o tym, w jaki sposób można wykorzystać matematyczne teorie Gödla i kanony Bacha, żeby wyjaśnić istnienie świadomości. Wielu młodym ludziom ta książka naprawdę się podoba. Jest niezwykle zabawna. Nie przeczytałam całej, ale stoi na mojej półce.

„Hofstadter – ciągnęła – opublikował ją pod koniec lat siedemdziesiątych. Zdobyła uznanie i nagrodę Pulitzera. Było w niej mnóstwo błyskotliwych zagadek, gier słownych, refleksji na temat znaczenia świadomości i sztucznej inteligencji. Była to książka tego typu co Zen i sztuka obsługi motocykla czy Krótka historia czasu – każdy chciał ją mieć na półce, ale niewielu ludzi było wystarczająco inteligentnych, żeby ją naprawdę zrozumieć”.

Chociaż w 1979 roku świat legł u stóp Hofstadtera, uczony uciekł od sławy i spędził ostatnie trzydzieści lat, pracując bez rozgłosu jako wykładowca nauk kognitywnych na Uniwersytecie Indiany. Był bardzo popularny wśród swoich studentów. Miał gęstą, siwą czuprynę jak Andy Warhol i ogromny dom na obrzeżach kampusu, do którego – tu następuje ciąg dalszy historii Leviego Shanda – pojechał młody student, zamierzając wręczyć Hofstadterowi osiem kopii Bytu czy nicości, znalezionych w skrzyni leżącej pod mostem kolejowym.

– Most kolejowy – powiedziałem. – Zwróciłaś uwagę na to podobieństwo? W liście do Douglasa Hofstadtera autor mówi o znalezieniu starego maszynopisu na opuszczonej stacji kolejowej. A teraz Levi Shand znalazł kilka kopii Bytu czy nicości porzuconych pod mostem kolejowym.

– Masz rację! – przyznała Deborah.

– Co wydarzyło się, kiedy Levi Shand dotarł do domu Hofstadtera, żeby dostarczyć mu te książki? – zapytałem.

– Twierdzi, że zapukał do mieszkania profesora. Gdy drzwi otworzyły się szeroko, ku swojemu zdumieniu zobaczył za nimi harem pięknych Francuzek, a pośrodku między nimi Hofstadtera we własnej osobie. Profesor zaprosił do środka Leviego, któremu ze zdziwienia nie zamykały się usta, wziął od niego książki, podziękował i odprowadził go do drzwi. Na tym skończyła się historia Leviego Shanda.

Oboje umilkliśmy.

– Harem pięknych Francuzek? – powtórzyłem za Deborah.

– Nie wierzę w tę historię – stwierdziła.

– Tak, to mało prawdopodobne – zgodziłem się. – Ciekawe, czy udałoby mi się porozmawiać z Levim przez telefon?

– Przeprowadziłam już małe śledztwo na jego temat – poinformowała mnie Deborah. – Ma profil na Facebooku.

– Okej, skontaktuję się z nim.

Zapadła cisza.

– Deborah?

– Nie wierzę, że on naprawdę istnieje – powiedziała niespodziewanie.

– Przecież ma konto na Facebooku.

– I trzystu amerykańskich przyjaciół, żeby wszystko wyglądało jak trzeba – dodała.

– Myślisz, że…

– Moim zdaniem Leviego Shanda ktoś sobie wymyślił i stworzył mu wiarygodny profil.

Zacząłem poważnie zastanawiać się nad tą możliwością.

– Zwróciłeś uwagę na to, jak się nazywa?

– Levi Shand?

– Nie zorientowałeś się? – zapytała. – To anagram.

Umilkłem.

– Lavish End!2 – wykrzyknąłem.

– Nie – odpowiedziała.

Wziąłem kawałek papieru.

– Devil Has N…?3 – zapytałem po chwili.

– Live Hands4. Jego imię i nazwisko to anagram słów „Live Hands”.

– Aha, okej.

– Jak na okładce Bytu czy nicości – podpowiedziała mi Deborah. – Dwie rysujące się nawzajem dłonie…

– Skoro Levi Shand nie istnieje – zacząłem – to kto wymyślił jego postać?…

– Myślę, że to Hofstadter. Levi Shand i Petter Nordlund – obaj są Douglasem Hofstadterem.

Wybrałem się na spacer ulicami Göteborga poirytowany i zawiedziony, że włóczyłem się tu całymi dniami, a tymczasem sprawcą całego zamieszania okazał się wybitny profesor z odległego o sześć i pół tysiąca kilometrów Uniwersytetu Indiany. Deborah udało się znaleźć pewne poszlaki wskazujące na to, że cała ta zagadka powstała w psotnym umyśle Hofstadtera. Taki żart byłby dokładnie w jego stylu. A będąc autorem międzynarodowego bestsellera, mógł sobie pozwolić na sfinansowanie takiego psikusa. Miał również powiązania ze Szwecją. W jego biogramie w Wikipedii napisano, że mieszkał tam w połowie lat sześćdziesiątych. Co więcej, Byt czy nicość została wydana podobnie jak jego książki. Prosta biała okładka przypominała okładkę wydanej w 2007 roku książki Hofstadtera I Am A Strange Loop („Jestem dziwną pętlą”), będącej kontynuacją Gödel, Escher, Bach.

To prawda, stworzenie postaci studenta Uniwersytetu Indiany i jego facebookowego profilu oraz wymyślenie mało prawdopodobnej historyjki o haremie pięknych Francuzek było czymś osobliwym, ale zgadywanie, jakimi motywami kierował się tak błyskotliwy człowiek jak Hofstadter, na niewiele by się zdało.

Deborah była przekonana, że rozwiązała zagadkę. Owszem, brakowało w niej pewnego elementu, ale nie chodziło o niewidzialny atrament czy jakieś znaczące słowa wycięte z trzynastej strony. Jej zdaniem kluczem mógł być sposób, w jaki książka ujawniła narcyzm swoich czytelników.

– Właśnie o tym mówi „Jestem dziwną pętlą” – tłumaczyła mi Deborah. – O tym, jak przez całe życie odnosimy wszystko do siebie samych, bezustannie, jak w jakiejś dziwnej pętli. A teraz adresaci przesyłki zastanawiają się: „Dlaczego wybrano akurat mnie i wysłano mi tę książkę?”. Nie rozmawiają o książce ani o jej przesłaniu. Rozmawiają o sobie samych. Przez Byt czy nicość wpadli w „dziwną pętlę”. Ta książka jest dla nich narzędziem tworzenia kolejnych samoodniesień. Myślę, że właśnie to chciał nam przekazać Hofstadter.

Książka Byt czy nicość i koperta, w którą była zapakowana, oraz okładka amerykańskiego wydania I Am A Strange Loop. Fot. po lewej: Barney Poole 2011; po prawej: copyright © Douglas R. Hofstadter 2007. Przedruk za pozwoleniem Basic Books, członka Perseus Books Group. / M.C. Escher „Rysujące ręce” © 2010 The M.C. Escher Company-Holland. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Była to fascynująca teoria, a ja uwierzyłem, że może stanowić rozwiązanie całej zagadki – dopóki godzinę później nie odbyłem wideorozmowy z Levim Shandem za pośrednictwem Skype’a. Jak szybko się okazało, Shand wcale nie był wymysłem Douglasa Hofstadtera, ale istniejącym naprawdę studentem Uniwersytetu Indiana.

Namierzyłem go bez trudu. Wysłałem do niego wiadomość na Facebooku. Odpisał natychmiast (był akurat online) i kilka sekund później mogliśmy spojrzeć sobie w oczy. Levi, przystojny młody brunet, miał melancholijne spojrzenie i zabałaganioną sypialnię.

Potwierdził autentyczność wszystkich wydarzeń. Naprawdę znalazł książki w skrzyni pod kolejowym wiaduktem, a Douglas Hofstadter utrzymuje harem pięknych Francuzek.

– Opowiedz mi dokładnie, co się wydarzyło, kiedy go odwiedziłeś – poprosiłem.

– Byłem bardzo zdenerwowany, bo wiedziałem, że jest ważną postacią świata kognitywistyki – opowiadał Levi. – Drzwi otworzyła mi śliczna młoda Francuzka. Powiedziała, żebym zaczekał. Zerknąłem do sąsiedniego pokoju i zobaczyłem tam jeszcze kilka francuskich piękności.

– Razem ile? – zapytałem.

– Przynajmniej sześć. Blondynki, szatynki. Stały pomiędzy kuchnią a jadalnią. Wszystkie olśniewająco piękne.

– Naprawdę tak było? – upewniłem się.

– W sumie to mogły być Belgijki – odpowiedział.

– Co się wydarzyło potem? – zapytałem.

– Profesor Hofstadter wyszedł z kuchni. Wyglądał szczupło, ale zdrowo. Było w nim coś charyzmatycznego. Wziął książki, podziękował mi, po czym wyszedłem. To wszystko.

– I każde słowo tej historii jest prawdziwe?

– Każde – stwierdził Levi.

***

Coś mi tu nie pasowało. Historia Leviego, ale także teoria Deborah miałby sens tylko wtedy, jeśli Douglas Hofstadter byłby jakimś swawolnym żartownisiem dyletantem, jednak wszystko, co znalazłem na jego temat, zdawało się temu przeczyć. Oto przykład. W 2007 roku Deborah Solmon z „New York Timesa” zadała mu kilka nieco żartobliwych pytań – odpowiadając na nie, dał się poznać jako człowiek poważny i łatwo tracący cierpliwość:

Deborah Solmon: Stał się pan sławny w 1979 roku, kiedy opublikował pan książkę Gödel, Escher, Bach, w której doszukuje się pan podobieństw w pracy mózgu Bacha, M.C. Eschera i matematyka Kurta Gödla. W swojej nowej książce „Jestem dziwną pętlą” wydaje się pan zainteresowany głównie własnym mózgiem.

Douglas Hofstadter: Ta książka jest dużo mniej skomplikowana. Mniej szalona. Być może również mniej odważna.

Deborah Solmon: Naprawdę umie pan zrobić książce reklamę.

Douglas Hofstadter: No cóż, nie umiem. Kwestie świadomości i duszy – o tym jest moja nowa książka.

Deborah Solmon: W poświęconym panu haśle w Wikipedii napisano, że pańska praca zainspirowała wielu studentów do podjęcia pracy w branży informatycznej i związanych ze sztuczną inteligencją.

Douglas Hofstadter: Nie interesuję się komputerami. A we wspomnianym haśle pełno jest nieścisłości, co nieco mnie przygnębia.

I tak dalej. Na pracy Hofstadtera odcisnęły piętno dwie tragedie. Kiedy miał dwanaście lat, okazało się, że jego młodsza siostra Molly nie potrafi mówić i nie rozumie, co się do niej mówi: „Już wtedy byłem bardzo zainteresowany, jak funkcjonuje umysł – powiedział w 2007 roku w wywiadzie dla magazynu »Time«. – Kiedy stało się jasne, jak bardzo chora jest Molly, zdałem sobie sprawę, że jej stanu nie można rozpatrywać w oderwaniu od świata materii. Coś takiego sprawia, że człowiek zaczyna intensywnie zastanawiać się nad swoim mózgiem i swoim »ja«; nad tym jak mózg determinuje to, kim jesteśmy”.

W 1993 roku jego żona Caroline niespodziewanie zmarła z powodu guza mózgu. Ich pierwsze dziecko miało wtedy pięć lat, a drugie dwa. Hofstadtera przepełniał żal. W„Jestem dziwną pętlą” szuka pocieszenia w myśli, że za sprawą jego mózgu ona wciąż żyje. „Wierzę, że ślad jej wewnętrznego światła, jej charakteru, jej »ja« – jakkolwiek byśmy tego nie nazwali – wciąż istnieje – powiedział na łamach »Scientific American« w 2007 roku. Dodał również: – To ważny ślad jej samej lub jej duszy, jeśli ktoś woli tak to nazwać. Ale jedno muszę podkreślić: smutna prawda jest taka, że cokolwiek z niej zdołało przetrwać we mnie, jest ledwie jej bladą kopią, ziarnistą reprodukcją w niskiej rozdzielczości… Piętno śmierci nie zostało zmazane, to oczywiste. Nie mogę powiedzieć: »Och, świetnie, jej śmierć nie ma żadnego znaczenia, ponieważ ona żyje sobie w moim mózgu«. Mimo że chciałbym móc tak powiedzieć. W każdym razie znajduję w tej sytuacji pewną pociechę”.

Nic z tego nie składało się na portret człowieka, który ma harem pięknych Francuzek i skłonność do knucia osobliwych wielopiętrowych spisków, wiążących się z anonimowym wysyłaniem dziesiątek dziwnych książek do naukowców z całego świata.

Wysłałem do niego e-mail, w którym zapytałem, czy historia Leviego Shanda o skrzyni znalezionej pod kolejowym mostem i haremie pięknych Francuzek jest prawdziwa, po czym poszedłem na spacer. Kiedy wróciłem, w folderze „Odebrane” czekała na mnie taka odpowiedź:

Szanowny Panie,

nie mam nic wspólnego z książką Byt czy nicość z jednym wyjątkiem – wspomniano w niej o mnie. Jestem wyłącznie „niewinną ofiarą” tego projektu.

To prawda, że odwiedził mnie pan Shand i dostarczył mi kilka egzemplarzy tej dziwnej książki, ale reszta jego historii jest całkowicie zmyślona. Moja córka miała wtedy zajęcia ze swoją francuską nauczycielką, więc być może pan Shand zobaczył je i usłyszał, jak rozmawiają w tym języku. Co więcej, w domu rozmawiam z dziećmi po włosku, przypuszczam więc, że pan Shand mógł pomylić język włoski z francuskim. Chodzi mi o to, że mój dom z całą pewnością nie był „zapełniony pięknymi Francuzkami”. To wierutna bzdura. Zapewne pan Shand chciał przedstawić swoją misję jako tajemniczą i ekscytującą. Mogę tylko ubolewać, że ludzie robią tego typu rzeczy, a potem opisują je w internecie.

Z poważaniem,

Douglas Hofstadter

Odpisałem Hofstadterowi, że opowieść Leviego Shanda w wielu punktach nie brzmiała wiarygodnie – nie chodzi tylko o kwestię haremu, ale także historię o tym, jak znalazł skrzynię pod wiaduktem kolejowym. Czy jego zdaniem istniała możliwość, że to Levi Shand jest autorem Bytu czy nicości? Odpowiedział mi:

Levi Shand z całą pewnością nie napisał tej małej książki z białą okładką. Jej autor wysłał mi osiemdziesiąt egzemplarzy (siedemdziesiąt po angielsku i dziesięć po szwedzku). Leżą w moim biurze, nawet ich nie tknąłem. Zanim książka powstała, dotarła do mnie seria w najwyższym stopniu zagadkowych pocztówek, wszystkie po szwedzku (każdą z nich przeczytałem, choć niezbyt dokładnie, i żadna z nich nie miała nawet krzty sensu). Ludzie normalni (to znaczy zdrowi psychicznie, rozsądni) nie zaczynają komunikować się z kimś zupełnie im obcym za pomocą tajemniczych, chaotycznych, przypominających kalambury wiadomości.

Od tamtej pory to wszystko stawało się coraz bardziej dziwaczne – pierwszych kilka kopii książki wysłano mi w paczce, kilka miesięcy później osiemdziesiąt egzemplarzy dotarło do mojego biura, potem pojawiło się osobliwe stwierdzenie, że mnóstwo z nich „znaleziono pod mostem” na terenie mojego kampusu, następnie książki zaczęto wysyłać na adres uniwersytetów z całego świata do ludzi zajmujących się dyscyplinami naukowymi powiązanymi w jakiś sposób ze sztuczną inteligencją, biologią itp. Później otrzymałem list, do którego ktoś wkleił powycinane skądś słowa (to już jest na wyraz dziwaczne!). Kompletne szaleństwo. Mógłbym opowiedzieć o tym więcej, ale nie mam na to czasu.

Często obcuję z ludźmi, którzy są inteligentni, ale niezrównoważeni; z ludźmi, którym wydaje się, że znaleźli klucz do tajemnicy wszechświata. Ten konkretny przypadek jest dla mnie całkowicie jasny, ponieważ wszystkie działania mają wyjątkowo obsesyjny charakter.

Douglas Hofstadter pisał dalej, że owszem, istnieje brakujący element układanki, ale pozostali odbiorcy przesyłki go nie rozpoznali. Przyjęli, że całe to przedsięwzięcie zrealizował ktoś myślący racjonalnie, ktoś inteligentny, ponieważ sami tacy są, a wszyscy odruchowo zakładamy, że inni ludzie są tacy jak my. W rzeczywistości brakującym elementem był autor tego całego wariactwa. Książki nie dało się odszyfrować, ponieważ została napisana przez szaleńca.

Czyżby Petter Nordlund?

Czy to Petter Nordlund mógł być jedynym sprawcą całego zamieszania? Wydawało się nieprawdopodobne, żeby odnoszący sukcesy mężczyzna – wybitny psychiatra, naukowiec zajmujący się chemią białek (cokolwiek to oznaczało), doradca firmy biotechnologicznej specjalizującej się w odkrywaniu i udoskonalaniu leczniczych właściwości peptydów (na czymkolwiek to polegało) – w rzeczywistości jest, jak ujął to Hofstadter, „obsesyjnym szaleńcem”.

Ale o siódmej wieczorem tego samego dnia spotkałem się z nim twarzą w twarz i szybko stało się dla mnie jasne, że to właśnie on jest winowajcą. Był wysokim, przystojnym pięćdziesięciolatkiem o sposobie bycia naukowca. Nosił tweedową marynarkę. Stał w drzwiach z żoną przy boku. Od razu go polubiłem. Na jego twarzy widniał szeroki, uprzejmy, trochę zagadkowy uśmiech; wymachiwał rękami jak opętany. Kilka razy przyłapałem się na tym, że również wykonuję podobne gesty. Nie mogłem przestać myśleć o tym, że jeśli chodzi o obsesję na punkcie jakichś głupich rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia, Petter i ja dobraliśmy się jak w korcu maku.

– Jestem zaskoczony pana wizytą – powiedział.

– Mam nadzieję, że nie jest to niemiła niespodzianka.

Na chwilę zapadła cisza.

– Jeśli uważnie przestudiuje pan Byt czy nicość, zda pan sobie sprawę, że nigdy nie odgadnie pan, kto jest autorem tej książki.

– Myślę, że znam już autora – oświadczyłem. – Uważam, że to pan.

– To chyba… – Petter zamarł. – To chyba pierwsze, co przychodzi na myśl.

– A czy jest to prawda?

– Oczywiście że nie.

Petter (to nie jest jego prawdziwe imię, tak samo jak Nordlund nie jest jego prawdziwym nazwiskiem; zmieniłem także imię jego żony) kołysał się lekko na stopach w przód i w tył. Zachowywał się jak człowiek, któremu sąsiad złożył niezapowiedzianą wizytę w chwili, kiedy właśnie coś gotuje się na kuchence. Ale mogłem przysiąc, że ten przyjaźnie roztargniony wyraz twarzy był tylko maską, za którą ukrywał poruszenie.

– Petter, pozwól mi przynajmniej zapytać o jedną rzecz. Dlaczego to właśnie ci ludzie dostali książkę?

Westchnął głośno, a jego twarz rozjaśniła się. Jakbym zadał mu najcudowniejsze z możliwych pytań.

– Cóż… – powiedział.

– Skąd wiedziałeś, kto dostał książkę? – zapytała Lily ostrym tonem. – Przecież byłeś tylko tłumaczem.

Po tym, jak wtrąciła się do rozmowy, tamten szczególny moment przeminął. Na twarz Pettera wróciła maska życzliwego rozkojarzenia.

– Tak, bardzo mi przykro, ale muszę kończyć. Miałem zamiar tylko się przywitać i wrócić do siebie. Powiedziałem więcej niż powinienem… Niech pan porozmawia z moją żoną.

Petter z uśmiechem na twarzy zaczął wycofywać się w głąb domu. Lily i ja spojrzeliśmy na siebie.

– Wyjeżdżam zaraz do Norwegii – powiedziała. – Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziałem.

I wróciłem do Londynu.

E-mail od Pettera już na mnie czekał: „Wydajesz się być miłym człowiekiem. Pierwszy etap projektu wkrótce się zakończy i to od innych osób będzie zależało, czy wkroczy w następną fazę. Czy odegrasz w tym swoją rolę? Nie wiem. Ale ty się dowiesz…”.

„Z chęcią wezmę udział w projekcie, jeśli wyjaśnisz mi, w jaki sposób mogę to zrobić” – odpisałem.

„Sam zobaczysz. Cała trudność polega właśnie na tym, żeby wiedzieć, co należy zrobić. Niektórzy nazywają to życiem. Zaufaj mi, zorientujesz się, kiedy nadejdzie twój czas”.

Minęło kilka tygodni. Mój czas nie nadszedł. A może nadszedł, tylko ja tego nie zauważyłem. W końcu zadzwoniłem do Deborah i oznajmiłem jej, że rozwiązałem zagadkę.

Siedziałem w ogródku Starbucksa w Brunswick Centre na Russell Square w centrum Londynu i obserwowałem, jak Deborah wyłania się zza rogu ulicy i szybko zdąża w moim kierunku. Usiadła i uśmiechnęła się.

– No i?

– A więc tak…

Opisałem jej moje rozmowy z Levim Shandem i Douglasem Hofstadterem, spotkania z Petterem i Lily oraz późniejszą korespondencję e-mailową. Kiedy skończyłem, popatrzyła na mnie uważnie i powiedziała:

– To wszystko?

– Tak – odpowiedziałem. – To wszystko wydarzyło się, ponieważ autor tej książki jest, zdaniem Hofstadtera, szaleńcem. Każdy szukał brakującego elementu układanki i, jak się okazało, było nim właśnie to.

– Och – powiedziała.

Wyglądała na rozczarowaną.

– W tym nie ma nic rozczarowującego – tłumaczyłem jej. – Nie rozumiesz? To fascynujące. Nie uderzyło cię, jak wiele zdarzyło się tylko dlatego, że coś się popsuło w czyimś mózgu? To tak jakby racjonalny świat, twój świat, był spokojnym stawem, a mózg Pettera stał się rzuconym w sam jego środek kamieniem o ostrych krawędziach, który zmarszczył powierzchnię wody.

Ta myśl niezwykle mnie podekscytowała – szaleństwo Pettera Nordlunda miało ogromny wpływ na cały świat. Było przyczyną intelektualnych dociekań, aktywności ekonomicznej i zawiązania się pewnego rodzaju społeczności. Zaintrygowało najróżniejszych naukowców rozproszonych po całym świecie, sprawiło, że dostali obsesji na punkcie tej książki, i odsłoniło całe pokłady ich narcyzmu. Spotykali się na forach i blogach, gdzie godzinami debatowali, tworząc teorie spiskowe – na przykład z tajemniczą organizacją chrześcijańską w roli głównej. A jedna z tych osób okazała się na tyle zmotywowana, że spotkała się ze mną w Costa Coffee. Ja, próbując rozwiązać tę zagadkę, wybrałem się aż do Szwecji. I tak dalej.

Pomyślałem o moim własnym nadmiernie lękowym mózgu, o moim własnym obłędzie. Co kieruje mną bardziej – szaleństwo czy racjonalność? Przypomniałem sobie psychologów twierdzących, że świat się kręci właśnie dzięki psychopatom. Ich zdaniem społeczeństwo jest wyrazem tego szczególnego rodzaju szaleństwa.

Nagle wszędzie zacząłem dostrzegać szaleństwo. Byłem zdecydowany dowiedzieć się czegoś o jego wpływie na rozwój społeczeństwa. Zawsze wierzyłem, że jest ono czymś z gruntu racjonalnym. A jeśli jest zupełnie inaczej? Jeśli fundamentem społeczeństwa jest obłęd?

Opowiedziałem o tym wszystkim Deborah, a ona zmarszczyła brwi.

– Cała ta sprawa z Bytem czy nicością… – zaczęła – jesteś pewny, że to wszystko wydarzyło się z powodu jednego szalonego Szweda?

1 Gra słów – born