Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 636 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czwarty K - Mario Puzo

Nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje potomek klanu Kennedych - Francis Xavier Kennedy. Jest bogaty, przystojny,niezwykle utalentowany, a po swoich sławnych stryjach - Johnie Fitzgeraldzie i Robercie, zamordowanych przed laty - odziedziczył charyzmat i młodzieńczy idealizm. Wydaje się, że Amerykę czeka ponownie okres gospodarczej, społecznej i politycznej prosperity. Seria tragicznych wydarzeń - śmierć papieża z rąk fanatyków nazywających siebie Chrystusami Przemocy, groźba zdetonowania bomby nuklearnej w Nowym Jorku, porwanie i zabójstwo przez terrorystów córki prezydenta USA - odmieniają bieg historii. Francis Kennedy postanawia wykorzystać do zemsty całą potęgę swojego urzędu. Posunie się nawet do groźby wojny...

Opinie o ebooku Czwarty K - Mario Puzo

Fragment ebooka Czwarty K - Mario Puzo

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

No­wym pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych zo­sta­je po­to­mek kla­nu Ken­ne­dych – Fran­cis Xa­vier Ken­ne­dy. Jest bo­ga­ty, przy­stoj­ny, nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ny, a po swo­ich sław­nych stry­jach – Joh­nie Fit­zge­ral­dzie i Ro­ber­cie, za­mor­do­wa­nych przed laty-odzie­dzi­czył cha­ry­zmat i mło­dzień­czy ide­alizm. Wy­da­je się, że Ame­ry­kę cze­ka po­now­nie okres go­spo­dar­czej, spo­łecz­nej i po­li­tycz­nej pro­spe­ri­ty. Se­ria tra­gicz­nych wy­da­rzeń, w szcze­gól­no­ści śmierć pa­pie­ża z rąk fa­na­ty­ków na­zy­wa­ją­cych sie­bie Chry­stu­sa­mi Prze­mo­cy, groź­ba zde­to­no­wa­nia bom­by nu­kle­ar­nej w No­wym Jor­ku, po­rwa­nie i za­bój­stwo przez ter­ro­ry­stów pre­zy­denc­kiej cór­ki, od­mie­nia bieg hi­sto­rii. Fran­cis Ken­ne­dy po­sta­na­wia wy­ko­rzy­stać do ze­msty całą po­tę­gę swo­je­go urzę­du. Nie za­wa­ha się na­wet przed groź­bą woj­ny…

MA­RIO PUZO

(1920-1999)

Pro­za­ik ame­ry­kań­ski, uro­dzo­ny w No­wym Jor­ku w bied­nej ro­dzi­nie wło­skich imi­gran­tów. Au­tor dzie­się­ciu po­wie­ści, książ­ki dla dzie­ci, opo­wia­dań przy­go­do­wych oraz kil­ku sce­na­riu­szy fil­mo­wych (m.in. do fil­mów o Su­per­ma­nie oraz sagi Oj­ciec Chrzest­ny Fran­ci­sa For­da Cop­po­li). W 1955 wy­dał swą pierw­szą po­wieść Mrocz­na are­na. Jego naj­słyn­niej­szym dzie­łem jest opu­bli­ko­wa­ny w 1969 Oj­ciec Chrzest­ny – saga o ame­ry­kań­skiej ro­dzi­nie ma­fij­nej sprze­da­na w USA w na­kła­dzie po­nad 20 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy i prze­tłu­ma­czo­na na kil­ka­dzie­siąt ję­zy­ków. W do­rob­ku li­te­rac­kim Puzo są też po­wie­ści Dzie­sią­ta Ale­ja, Czwar­ty K, Głup­cy umie­ra­ją, Sy­cy­lij­czyk, Ostat­ni don, Sześć gro­bów do Mo­na­chium oraz wy­da­ne po­śmiert­nie ty­tu­ły Omer­ta i Ro­dzi­na Bor­giów.

www.ma­rio­pu­zo.com

Tego au­to­ra

DZIE­SIĄ­TA ALE­JA

MROCZ­NA ARE­NA

SZEŚĆ GRO­BÓW DO MO­NA­CHIUM

OSTAT­NI DON

CZWAR­TY K

GŁUP­CY UMIE­RA­JĄ

OMER­TA

RO­DZI­NA BOR­GIÓW

Saga ro­dzi­ny Cor­le­one

OJ­CIEC CHRZEST­NY

SY­CY­LIJ­CZYK

RO­DZI­NA COR­LE­ONE

Ma­rio Puzo, Edward Fal­co

PO­WRÓT OJCA CHRZEST­NE­GO

Ma­rio Puzo, Mark Wi­ne­gard­ner

ZE­MSTA OJCA CHRZEST­NE­GO

Ma­rio Puzo, Mark Wi­ne­gard­ner

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE FO­URTH K

Co­py­ri­ght © Ma­rio Puzo 1990

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2002

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej No­wak & Bar­ba­ra Sła­wo­mir­ska 2002

Re­dak­cja: Anna Mat­kow­ska, Da­nu­ta Wdow­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-172-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla mo­ich dzie­ci

An­tho­ny’ego

Do­ro­thy

Eu­ge­ne’a

Vir­gi­nii

Jo­se­pha

Księga IWIELKI PIĄTEKNIEDZIELA WIECZOREM

Rozdział 1

Oli­ver Oli­phant miał już sto lat, lecz umysł nie­zwy­kle ja­sny. Na nie­szczę­ście dla nie­go.

Był to umysł tak prze­ni­kli­wy, a za­ra­zem tak sub­tel­ny, że cho­ciaż ła­mał wie­le praw mo­ral­nych, dbał rów­nież o czy­stość su­mie­nia swe­go wła­ści­cie­la. Umysł tak prze­bie­gły, że Oli­ver Oli­phant nig­dy nie wpa­dał w omal nie­moż­li­we do unik­nię­cia pu­łap­ki co­dzien­ne­go ży­cia: nig­dy się nie oże­nił, nig­dy nie za­bie­gał o ża­den urząd po­li­tycz­ny i nig­dy nie miał przy­ja­cie­la, któ­re­mu by ufał bez resz­ty.

I oto wła­śnie te­raz, prze­by­wa­jąc w swej wiel­kiej, do­sko­na­le strze­żo­nej i po­ło­żo­nej na ubo­czu, acz od­da­lo­nej le­d­wie o dzie­sięć mil od Bia­łe­go Domu po­sia­dło­ści, Oli­ver Oli­phant, naj­bo­gat­szy czło­wiek w Ame­ry­ce i praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej wpły­wo­wa oso­ba pry­wat­na tego kon­ty­nen­tu, ocze­ki­wał przy­by­cia swo­je­go chrze­śnia­ka, Pro­ku­ra­to­ra Ge­ne­ral­ne­go Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Chri­stia­na Klee.

Czar oso­bi­sty Oli­phan­ta rów­nał się jego bły­sko­tli­wo­ści. Na­to­miast jego po­tę­ga wspie­ra­ła się na obu tych ta­len­tach. I na­wet te­raz, gdy już osią­gnął moc­no za­awan­so­wa­ny wiek stu lat, jego rady były ce­nio­ne tak da­le­ce, iż wie­lu lu­dzi, skłon­nych po­le­gać na jego ana­li­tycz­nych zdol­no­ściach, zwa­ło go wprost Wy­rocz­nią.

Jako do­rad­ca pre­zy­den­tów Wy­rocz­nia prze­po­wia­dał kry­zy­sy eko­no­micz­ne, wiel­kie kra­chy na Wall Stre­et, spad­ki kur­su do­la­ra, od­pły­wy ka­pi­ta­łu za­gra­nicz­ne­go czy osza­la­łe wa­ha­nia cen ropy. Prze­po­wie­dział za­rów­no po­li­tycz­ny fer­ment w Związ­ku Ra­dziec­kim, jak i nie­ocze­ki­wa­ne wy­bu­chy sym­pa­tii do­tych­cza­so­wych ry­wa­li z Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej i De­mo­kra­tycz­nej. Lecz nade wszyst­ko zgro­ma­dził dzie­sięć mi­liar­dów do­la­rów. Jest rze­czą na­tu­ral­ną, że rady tak bo­ga­te­go czło­wie­ka mu­sia­ły być ce­nio­ne, choć­by na­wet były złe. Ale Wy­rocz­nia pra­wie nig­dy nie po­peł­niał omy­łek.

Lecz te­raz, w Wiel­ki Pią­tek, głów­nym zmar­twie­niem Wy­rocz­ni była jed­na za­sad­ni­cza spra­wa: przy­ję­cie uro­dzi­no­we gwo­li uczcze­nia stu lat jego po­by­tu na zie­mi. Przy­ję­cie ma­ją­ce się od­być w Nie­dzie­lę Wiel­ka­noc­ną w Ogro­dzie Ró­ża­nym Bia­łe­go Domu, któ­re­go go­spo­da­rzem miał być nie kto inny, jak tyl­ko sam pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Fran­cis Xa­vier Ken­ne­dy.

Była to drob­na próż­ność ze stro­ny Wy­rocz­ni, fakt, iż owa spek­ta­ku­lar­na uro­czy­stość spra­wia­ła mu aż tak wie­le ra­do­ści. Na jed­ną krót­ką chwi­lę świat znów so­bie o nim przy­po­mni. Lecz bę­dzie to, po­my­ślał ze smut­kiem, jego ostat­nie po­ja­wie­nie się na de­skach sce­ny.

W Rzy­mie, w ten­że sam Wiel­ki Pią­tek, sied­miu ter­ro­ry­stów do­ko­ny­wa­ło ostat­nich przy­go­to­wań do za­ma­chu na pa­pie­ża. Owa gru­pa – zło­żo­na z czte­rech męż­czyzn i trzech ko­biet – wie­rzy­ła, że sta­no­wi rę­koj­mię wy­zwo­le­nia ludz­ko­ści. Dla­te­go też jej człon­ko­wie na­zwa­li sa­mych sie­bie Chry­stu­sa­mi Prze­mo­cy.

Przy­wód­cą tej jak­że szcze­gól­nej gru­py był mło­dy Włoch, czło­wiek do­brze obe­zna­ny z prak­ty­ką ter­ro­ry­zmu. Z my­ślą o tej kon­kret­nej ope­ra­cji przy­jął pseu­do­nim Ro­meo. Za­do­wa­la­ło to jego mło­dzień­cze po­czu­cie iro­nii, sen­ty­men­tal­ny cha­rak­ter tego mia­na zaś osła­dzał mu wy­su­bli­mo­wa­nie in­te­lek­tu­al­ne umi­ło­wa­nie ludz­ko­ści.

W Wiel­ki Pią­tek, póź­nym po­po­łu­dniem, Ro­meo od­po­czy­wał w pew­nym bez­piecz­nym schro­nie­niu, któ­re za­pew­ni­ła mu Mię­dzy­na­ro­dów­ka Sto. Le­żąc na zmię­tych prze­ście­ra­dłach, po­pla­mio­nych po­pio­łem z pa­pie­ro­sów i wil­go­cią noc­ne­go spo­tnie­nia, czy­tał kie­szon­ko­we wy­da­nie Bra­ci Ka­ra­ma­zow. Mię­sień łyd­ki ogar­nął mu skurcz, spo­wo­do­wa­ny być może na­pię­ciem ner­wo­wym, a być może zwy­czaj­nym stra­chem. Nie­waż­ne. Sam przej­dzie, tak jak za­zwy­czaj prze­cho­dził. Nie­mniej obec­na mi­sja była tak od­mien­na, tak bar­dzo skom­pli­ko­wa­na i po­cią­ga­ła za sobą tak wie­le nie­bez­pie­czeństw wzglę­dem cia­ła i du­cha! W tej ak­cji rze­czy­wi­ście bę­dzie Chry­stu­sem Prze­mo­cy. Owo mia­no wy­da­ło mu się na­gle tak je­zu­ic­kie, że przy­pra­wi­ło go o wy­buch śmie­chu.

Ro­meo przy­szedł na świat jako Ar­man­do Gian­gi, zro­dzo­ny z bo­ga­tych ro­dzi­ców, przed­sta­wi­cie­li wyż­szych sfer, któ­rzy pod­da­li go roz­la­złe­mu, luk­su­so­we­mu i kle­ry­kal­ne­mu sys­te­mo­wi wy­cho­wa­nia, strasz­li­wej kom­bi­na­cji od­dzia­ły­wań, któ­re tak da­le­ce ra­ni­ły jego asce­tycz­ną na­tu­rę, że w wie­ku szes­na­stu lat wy­rzekł się wszel­kich do­cze­snych dóbr oraz przy­na­leż­no­ści do Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. To­też w wie­ku dwu­dzie­stu trzech lat, cóż mo­gło­by być dlań więk­szym prze­ja­wem bun­tu niż za­bi­cie pa­pie­ża? A jed­nak Ro­meo nadal od­czu­wał prze­sąd­ny lęk. Jako chło­piec był bierz­mo­wa­ny przez kar­dy­na­ła w czer­wo­nym ka­pe­lu­szu. Wciąż jesz­cze pa­mię­tał ten zło­wróżb­ny czer­wo­ny ka­pe­lusz, ka­pe­lusz tej sa­mej bar­wy, co wszyst­kie ognie pie­kła.

Tak więc utwier­dzo­ny przez Boga w każ­dym z ry­tu­ałów, Ro­meo go­to­wał się do po­peł­nie­nia zbrod­ni tak strasz­nej, by set­ki mi­lio­nów istot ludz­kich prze­klę­ło jego imię, gdyż wów­czas jego praw­dzi­we imię wy­chy­nie wresz­cie z cie­nia. Al­bo­wiem zo­sta­nie poj­ma­ny. To wła­śnie było czę­ścią pla­nu. Lecz w swo­im cza­sie on, Ro­meo, zo­sta­nie okrzyk­nię­ty bo­ha­te­rem, któ­ry do­po­mógł zmie­nić ist­nie­ją­cy okrut­ny po­rzą­dek spo­łecz­ny. To, co w jed­nym wie­ku zo­sta­ło okrzyk­nię­te in­fa­mią, w na­stęp­nym bę­dzie uzna­ne za świę­tość. I na od­wrót, po­my­ślał z uśmie­chem. Pierw­szy pa­pież, któ­ry całe wie­ki temu przy­brał imię In­no­cen­te­go – a więc nie­win­ne­go – wy­dał bul­lę przy­zwa­la­ją­cą na tor­tu­ry, to­też wiel­bio­no go za pro­pa­go­wa­nie nie­złom­nej wia­ry w moż­ność ura­to­wa­nia he­re­tyc­kich dusz.

Mło­dzień­cze­mu po­czu­ciu iro­nii Ro­mea od­po­wia­da­ło rów­nież to, że Ko­ściół z całą pew­no­ścią wy­nie­sie na oł­ta­rze pa­pie­ża, któ­re­go on za­pla­no­wał usu­nąć ze świa­ta. A za­tem to wła­śnie on stwo­rzy no­we­go świę­te­go. Jak­że ich nie­na­wi­dził, wszyst­kich tych pa­pie­ży! Ten cały In­no­cen­ty, Pius, Be­ne­dykt! Och, sta­now­czo zbyt wie­lu spo­śród nich okrzyk­nię­to świę­ty­mi, choć byli tyl­ko za­chłan­ny­mi na bo­gac­two cie­mię­ży­cie­la­mi praw­dzi­wej wia­ry i ludz­kiej wol­no­ści, na­dę­ty­mi sza­ma­na­mi zdol­ny­mi dła­wić wszyst­kich nę­dza­rzy świa­ta ma­gią swej igno­ran­cji i od­po­wia­dać głę­bo­ką po­gar­dą na ich ła­two­wier­ność.

On, Ro­meo, je­den z Pierw­szych Stu Chry­stu­sów Prze­mo­cy, po­mo­że ze­trzeć z po­wierzch­ni zie­mi tę pry­mi­tyw­ną ma­gię. Wul­gar­nie na­zy­wa­na ban­dą ter­ro­ry­stów, Pierw­sza Set­ka obej­mo­wa­ła za­się­giem swych wpły­wów Ja­po­nię, Niem­cy, Wło­chy, Hisz­pa­nię, a na­wet tu­li­pa­no­wą Ho­lan­dię. War­to za­uwa­żyć, że w Ame­ry­ce nie było żad­nych przed­sta­wi­cie­li Pierw­szej Set­ki. Bo tam­ta de­mo­kra­cja, tam­to miej­sce na­ro­dzin wol­no­ści, wy­da­wa­ło na świat co naj­wy­żej in­te­lek­tu­al­nych re­wo­lu­cjo­ni­stów, któ­rzy mdle­li na wi­dok krwi. Re­wo­lu­cjo­ni­stów pod­kła­da­ją­cych bom­by w pu­stych bu­dyn­kach, po uprzed­nim ostrze­że­niu lu­dzi, by je opu­ści­li. Bun­tow­ni­ków, któ­rzy uzna­li, że pu­blicz­na ko­pu­la­cja na scho­dach in­sty­tu­cji pań­stwo­wych jest ak­tem ide­ali­stycz­nej re­be­lii. Jak­że god­ni byli oni po­gar­dy! Nic dziw­ne­go, że Ame­ry­ka nie przy­spo­rzy­ła Pierw­szej Set­ce ani jed­ne­go czło­wie­ka.

Ro­meo prze­rwał swe ma­rze­nia na ja­wie. Tam do li­cha, nie było ich na­wet stu! Może le­d­wie pięć­dzie­się­ciu albo sześć­dzie­się­ciu, gdyż tam­ta cy­fra była czy­sto sym­bo­licz­na. Je­dy­nym fak­tem nie­ule­ga­ją­cym żad­nej wąt­pli­wo­ści było po pro­stu to, że on, Ro­meo, na­le­żał do gru­py Pierw­szych Stu, po­dob­nie jak jego przy­ja­ciel i współ­kon­spi­ra­tor, Yabril.

W jed­nym z wie­lu ko­ścio­łów Rzy­mu ude­rzo­no w dzwo­ny. Do­cho­dzi­ła nie­mal szó­sta wie­czór. Za go­dzi­nę przy­bę­dzie Yabril, żeby jesz­cze raz spraw­dzić cały me­cha­nizm skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji. Za­bi­cie pa­pie­ża bę­dzie wstęp­nym ru­chem wspa­nia­le ob­my­ślo­nej par­tii sza­chów, se­rii śmia­łych ak­tów, któ­re za­chwy­ci­ły ro­man­tycz­ną du­szę Ro­mea.

Yabril był je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­ry zdo­łał wzbu­dzić po­dziw Ro­mea, za­rów­no pod wzglę­dem fi­zycz­nym, jak i umy­sło­wym. Yabril znał wszel­kie ma­tac­twa rzą­dów, hi­po­kry­zję le­gal­nej wła­dzy, zgub­ny opty­mizm ide­ali­stów, za­dzi­wia­ją­ce uchy­bie­nia pod wzglę­dem lo­jal­no­ści u na­wet naj­bar­dziej od­da­nych ter­ro­ry­stów. Lecz nade wszyst­ko Yabril był ge­niu­szem wal­ki re­wo­lu­cyj­nej. Po­gar­dzał wszel­ki­mi drob­ny­mi prze­ja­wa­mi ła­ski i in­fan­tyl­nej li­to­ści, wła­ści­wy­mi dla więk­szo­ści lu­dzi. Miał tyl­ko je­den cel: oswo­bo­dze­nie przy­szło­ści.

I Yabril był bar­dziej wy­zby­ty li­to­ści, niż to na­wet Ro­meo mógł so­bie wy­obra­zić. Ro­meo mor­do­wał nie­win­nych lu­dzi, zdra­dzał ro­dzi­ców i przy­ja­ciół, za­bił sę­dzie­go, któ­ry pew­ne­go razu udzie­lił mu ochro­ny. Ro­meo ro­zu­miał, że za­bój­stwo po­li­tycz­ne może być ro­dza­jem sza­leń­stwa – i go­tów był za­pła­cić tę cenę. Ale kie­dy Yabril po­wie­dział mu: „Je­że­li nie po­tra­fisz wrzu­cić bom­by do przed­szko­la, to nie bę­dziesz praw­dzi­wym re­wo­lu­cjo­ni­stą”, Ro­meo od­po­wie­dział: „Tak, chy­ba nig­dy nie po­tra­fię tego zro­bić”.

Za to mógł zgła­dzić pa­pie­ża.

Nie­mniej pod­czas ostat­nich ciem­nych rzym­skich nocy, po­twor­nie małe mon­stra, za­le­d­wie pło­dy snów, okry­ły cia­ło Ro­mea są­czo­nym z lodu po­tem.

Ro­meo wes­tchnął, zsu­nął się ze swe­go brud­ne­go bar­ło­gu, aby wziąć prysz­nic i ogo­lić się, nim przy­bę­dzie Yabril. Wie­dział, że Yabril oce­ni jego czy­stość jako do­bry znak, znak, iż mo­ra­le gru­py w ob­li­czu nad­cho­dzą­cej ak­cji jest wy­so­kie. Yabril, tak jak i wie­lu jemu po­dob­nych, wie­rzył w zna­cze­nie nie­wiel­kiej choć­by dozy prze­py­chu i bla­sku. Ro­meo, praw­dzi­wy asce­ta, mógł żyć na­wet w łaj­nie.

Kro­cząc przez uli­ce Rzy­mu wprost do kry­jów­ki Ro­mea, Yabril nie za­nie­chał swych zwy­kłych środ­ków ostroż­no­ści. Lecz tak na­praw­dę wszyst­ko opie­ra­ło się ra­czej na we­wnętrz­nym po­czu­ciu lo­jal­no­ści kadr bo­jow­ni­ków, na uczci­wo­ści Pierw­szych Stu. Choć oni – po­dob­nie zresz­tą jak i Ro­meo – nie zna­li praw­dzi­we­go za­się­gu swo­jej mi­sji.

Yabril był Ara­bem, któ­ry bez tru­du mógł ucho­dzić za Sy­cy­lij­czy­ka, po­dob­nie jak spo­ra część jego ziom­ków. Miał szczu­płą, ciem­ną twarz, lecz dol­na jej część, bro­da oraz szczę­ka, były za­dzi­wia­ją­co ma­syw­ne i gru­be, jak gdy­by na­tu­ra wy­po­sa­ży­ła je w do­dat­ko­wą war­stwę ko­ści. To­też za­pusz­czał je­dwa­bi­ste runo bro­dy, by ukryć ową ma­syw­ność. Lecz kie­dy przy­dzie­la­no go do ja­kiejś ope­ra­cji, go­lił się sta­ran­nie. Bo jako Anioł Śmier­ci uka­zy­wał wro­go­wi swą praw­dzi­wą twarz.

Oczy Yabri­la były bla­do­brą­zo­we, we wło­sach miał tyl­ko po­je­dyn­cze pa­sma si­wi­zny, a ocię­ża­łość szczę­ki po­wta­rza­ła się w po­tęż­nej bu­do­wie klat­ki pier­sio­wej i bar­ków. Nogi – w sto­sun­ku do tu­ło­wia – miał bar­dzo dłu­gie. Ma­sko­wa­ły one dość sku­tecz­nie za­war­tą w swych mię­śniach moc. Nic jed­nak nie było w sta­nie ukryć by­strej in­te­li­gen­cji jego oczu.

Yabril nie zno­sił ide­olo­gii Pierw­szych Stu. Uwa­żał ją za mod­ną sztucz­kę re­kla­mo­wą, po­gar­dzał jej for­mal­nym wy­rze­cze­niem się po­sia­da­nia dóbr ma­te­rial­nych. Ci kształ­ce­ni na uni­wer­sy­te­tach re­wo­lu­cjo­ni­ści, tacy jak Ro­meo, byli zbyt ro­man­tycz­ni w swym ide­ali­zmie, zbyt nie­chęt­ni kom­pro­mi­so­wi. Yabril ro­zu­miał, że odro­bi­na ze­psu­cia w za­czy­nie re­wo­lu­cji jest rze­czą ko­niecz­ną.

Już daw­no temu po­rzu­cił całą mo­ral­ną próż­ność. Miał czy­ste su­mie­nie, wła­ści­we lu­dziom, któ­rzy wie­rzą i wie­dzą, iż całą swą du­szę po­świę­ca­ją ludz­ko­ści. I nig­dy nie ro­bił so­bie wy­rzu­tów, je­że­li do­ko­ny­wał cze­goś z my­ślą o wła­snym, pry­wat­nym in­te­re­sie. Za­wie­rał czę­sto umo­wy z szej­ka­mi naf­to­wy­mi, któ­rzy pra­gnę­li się po­zbyć swych po­li­tycz­nych ry­wa­li. Do­ko­ny­wał spo­ra­dycz­nych mor­derstw na za­mó­wie­nie nowo kre­owa­nych głów państw afry­kań­skich, owych po­li­ty­ków, któ­rzy – choć wy­kształ­ce­ni w Oks­for­dzie – nie po­zby­li się jesz­cze swych sta­rych na­wy­ków. Nie stro­nił też od ak­tów ter­ro­ru na rzecz prze­róż­nych sza­cow­nych przy­wód­ców po­li­tycz­nych, tych, któ­rzy po­sie­dli już wszyst­ko na świe­cie, z wy­jąt­kiem wła­dzy nad ży­ciem i śmier­cią.

Owe po­czy­na­nia nig­dy nie do­tar­ły do świa­do­mo­ści Pierw­szych Stu. Rzecz ja­sna, nie zwie­rzał się też z tych spraw Ro­me­owi. Brał ho­no­ra­ria od ho­len­der­skich, an­giel­skich i ame­ry­kań­skich to­wa­rzystw naf­to­wych, pie­nią­dze od ro­syj­skie­go i ja­poń­skie­go wy­wia­du, a na­wet – już bar­dzo daw­no temu – przy­jął rów­nież za­pła­tę od ame­ry­kań­skiej CIA za nie­zwy­kle de­li­kat­ną, taj­ną mi­sję skry­to­bój­czą. Ale wszyst­ko to zda­rzy­ło się już daw­no, kie­dy był jesz­cze znacz­nie młod­szy.

Te­raz żył cał­kiem do­stat­nio i wca­le nie był asce­tą. W koń­cu na­cier­piał się kie­dyś bie­dy, choć nie uro­dził sie bie­da­kiem. Lu­bił do­bre wino i wy­szu­ka­ne po­tra­wy, sy­piał w luk­su­so­wych ho­te­lach, ce­nił so­bie ha­zard i czę­sto ule­gał eks­ta­zie zmy­sło­wych ze­spo­leń z ko­bie­tą. Zwykł za to pła­cić pie­niędz­mi, po­da­run­ka­mi lub też je­dy­nie oso­bi­stym cza­rem. Bał się na­to­miast mi­ło­ści ro­man­tycz­nej.

Mimo tych „re­wo­lu­cyj­nych sła­bo­stek” Yabril sły­nął w swych krę­gach z nie­zwy­kłej siły woli. Nie od­czu­wał żad­ne­go lęku przed śmier­cią, co dało się jesz­cze zro­zu­mieć, a nad­to – rzecz szcze­gól­na – nie bał się wca­le bólu. I może z tego po­wo­du był taki bez­względ­ny.

Wy­ka­zał się w cią­gu lat. Nie spo­sób go było zła­mać żad­nym ro­dza­jem fi­zycz­nej czy psy­chicz­nej per­swa­zji. Prze­żył wię­zie­nie w Gre­cji, Fran­cji i Ro­sji, a tak­że dwa mie­sią­ce prze­słu­chań pro­wa­dzo­nych przez izra­el­skie służ­by bez­pie­czeń­stwa, któ­rych zna­jo­mość rze­czy wzbu­dzi­ła jego po­dziw. Wy­trzy­mał być może dla­te­go, iż jego cia­ło, drę­czo­ne na­zbyt dłu­go, bro­ni­ło się w koń­cu utra­tą czu­cia. W koń­cu wszy­scy to zro­zu­mie­li: pod wpły­wem bólu Yabril za­mie­niał się w gra­nit.

Kie­dy sam wię­ził in­nych, czę­sto ocza­ro­wy­wał swo­je ofia­ry. Fakt, że sam wy­czu­wał w so­bie pew­ne sza­leń­stwo, był czę­ścią jego cza­ru, a nad­to czę­ścią lęku, jaki wy­wo­ły­wał. A może rzecz tkwi­ła w tym, że w jego okru­cień­stwach brak było zło­śli­wo­ści? Ogól­nie rzecz bio­rąc, umiał cie­szyć się ży­ciem, był ra­do­snym ter­ro­ry­stą. Na­wet te­raz ra­do­wał się wo­nią Rzy­mu i wiel­ko­piąt­ko­wym zmierz­chem, wy­peł­nio­nym bi­ciem nie­zli­czo­nych dzwo­nów. A prze­cież przy­go­to­wy­wał naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ną ak­cję swe­go ży­cia.

Wszyst­ko było na swo­im miej­scu. Sek­cja Ro­mea. Bo gru­pa do­wo­dzo­na przez Yabri­la mia­ła przy­je­chać do Rzy­mu do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia. Obie sek­cje mia­ły się znaj­do­wać w od­dziel­nych kry­jów­kach, a łącz­ność mię­dzy nimi win­ni sta­no­wić je­dy­nie ich dwaj przy­wód­cy. Yabril wie­rzył, iż jest to wiel­ka chwi­la. Ta nad­cho­dzą­ca Nie­dzie­la Wiel­ka­noc­na – a tak­że dal­sze dni – wej­dą bo­wiem w skład wiel­kie­go cy­klu two­rze­nia.

On, Yabril, pchnie na­ro­dy dro­ga­mi, po któ­rych do­tąd nie ośmie­la­ły się na­wet stą­pać. Od­rzu­ci zwierzch­ność wszyst­kich swych mrocz­nych pa­nów – sta­ną się oni te­raz za­le­d­wie jego pion­ka­mi – i po­świę­ci ich wszyst­kich, na­wet bied­ne­go Ro­mea. Je­dy­nie śmierć lub ner­wy mogą po­krzy­żo­wać jego pla­ny. Lub, by być bliż­szym praw­dy, je­den z set­ki moż­li­wych błę­dów w trud­nej ra­chu­bie cza­su. Lecz cała ope­ra­cja była tak skom­pli­ko­wa­na i tak po­my­sło­wa, że aż spra­wia­ła mu ra­dość. Przy­sta­nął na chwi­lę, by móc się roz­ko­szo­wać pięk­nem ka­te­dral­nych wież, wi­do­kiem uszczę­śli­wio­nych twa­rzy miesz­kań­ców Rzy­mu i swy­mi me­lo­dra­ma­tycz­ny­mi spe­ku­la­cja­mi na te­mat przy­szło­ści.

Ale jak wszy­scy lu­dzie, któ­rzy są­dzą, że po­tra­fią zmie­nić bieg hi­sto­rii je­dy­nie za spra­wą swej wła­snej woli, wła­snej in­te­li­gen­cji i siły, Yabril nie przy­kła­dał go­dzi­wej wagi do przy­pad­ków i zbie­gów wy­da­rzeń dzie­jo­wych ani też do praw­do­po­do­bień­stwa, że mogą ist­nieć lu­dzie jesz­cze groź­niej­si od nie­go. Lu­dzie wy­cho­wa­ni we­wnątrz sztyw­nych struk­tur spo­łecz­nych, stroj­ni w ma­ski do­bro­tli­wych twór­ców pra­wa, a jed­nak da­le­ko bar­dziej bez­względ­ni i okrut­ni.

Pod­czas gdy ob­ser­wo­wał na uli­cach Rzy­mu po­boż­nych i ra­do­snych piel­grzy­mów, uf­nych we wszech­moc Boga, prze­peł­nia­ło go po­czu­cie wła­snej nie­zwy­cię­żo­no­ści. On – naj­zwy­czaj­niej wy­kro­czy poza za­sięg prze­ba­cze­nia ich Boga, gdyż w naj­od­le­glej­szych kre­sach zła musi się z ko­niecz­no­ści za­czy­nać do­bro.

Yabril znaj­do­wał się te­raz w jed­nej z naj­uboż­szych dziel­nic Rzy­mu, gdzie ła­twiej było lu­dzi za­stra­szyć lub prze­ku­pić. Kie­dy do­tarł do kry­jów­ki Ro­mea, za­padł wła­śnie zmierzch. Sta­ra czte­ro­pię­tro­wa ka­mie­ni­ca mia­ła duże po­dwór­ko, prze­gro­dzo­ne w po­ło­wie ka­mien­nym mu­rem. Wszyst­kie tu­tej­sze miesz­ka­nia kon­tro­lo­wa­ły or­ga­na pod­ziem­ne­go ru­chu re­wo­lu­cyj­ne­go. Y abri­la wpu­ści­ła jed­na z trzech ko­biet-człon­kiń sek­cji Ro­mea. Była chu­da, ubra­na w dżin­sy i nie­bie­ską dre­li­cho­wą ko­szu­lę, roz­pię­tą nie­mal aż do pasa. Nie no­si­ła sta­ni­ka, ale nie spo­sób było do­pa­trzyć się ja­kiej­kol­wiek krą­gło­ści jej pier­si. Bra­ła już przed­tem udział w jed­nej z ope­ra­cji Yabri­la. Nie lu­bił jej, ale po­dzi­wiał jej za­wzię­tość. Starł się z nią kie­dyś w kłót­ni, lecz ona nie zmie­ni­ła zda­nia.

Ko­bie­ta no­si­ła imię An­nee. Kru­czo­czar­ne wło­sy przy­cię­te mia­ła na pa­zia, co być może schle­bia­ło jej twa­rzy o sil­nych, to­por­nych ry­sach, ale za­ra­zem zwra­ca­ło uwa­gę na pło­mien­ne oczy, któ­re mie­rzy­ły każ­de­go – na­wet Ro­mea i Yabri­la – z prze­dziw­ną ja­kąś fu­rią. Nie po­uczo­no jej jesz­cze w peł­ni co do za­dań mi­sji, lecz samo po­ja­wie­nie się Yabri­la uświa­do­mi­ło jej, że bę­dzie to rzecz naj­wyż­szej wagi. Uśmiech­nę­ła się bez sło­wa, a na­stęp­nie za­mknę­ła drzwi, gdy tyl­ko Yabril wszedł do środ­ka.

Yabril za­uwa­żył z obrzy­dze­niem, że wnę­trze domu sta­ło się dziw­nie plu­ga­we. Brud­ne na­czy­nia i szklan­ki, reszt­ki je­dze­nia roz­rzu­co­ne w li­ving-ro­omie, pod­ło­ga za­sła­na ga­ze­ta­mi. Sek­cja Ro­mea skła­da­ła się z czte­rech męż­czyzn i trzech ko­biet; wszy­scy byli Wło­cha­mi. Ko­bie­ty od­ma­wia­ły sprzą­ta­nia; wy­ko­ny­wa­nie do­mo­wych prac w cza­sie ak­cji było sprzecz­ne z ich re­wo­lu­cyj­ną wia­rą, chy­ba że męż­czyź­ni ze­chcie­li­by dzie­lić z nimi wszyst­kie te obo­wiąz­ki. Męż­czyź­ni, stu­den­ci uni­wer­sy­te­tu, lu­dzie wciąż jesz­cze mło­dzi, po­dzie­la­li wpraw­dzie ową wia­rę w pra­wa ko­biet, lecz byli też ską­di­nąd uko­cha­ny­mi syn­ka­mi swo­ich wło­skich ma­tek, a po­nad­to wie­dzie­li, że sek­cje po­sił­ko­we oczysz­czą prze­cież dom z wszel­kich kom­pro­mi­tu­ją­cych śla­dów. Mil­czą­ce po­ro­zu­mie­nie za­sa­dza­ło się na tym, iż brud mia­no igno­ro­wać. Draż­nił on co naj­wy­żej Yabri­la.

Po­wie­dział więc do An­nee: „Ależ z was świ­nie”. An­nee spoj­rza­ła nań z chłod­ną po­gar­dą.

– Nie je­stem po­mo­cą do­mo­wą – od­rze­kła.

I Yabril od razu roz­po­znał jej kla­sę. Nie bała się go, tak samo zresz­tą, jak żad­ne­go in­ne­go męż­czy­zny czy ko­bie­ty. Ona po pro­stu wie­rzy­ła. I cał­kiem chęt­nie spło­nę­ła­by na sto­sie.

Ro­meo zbiegł po scho­dach z po­ło­żo­ne­go wy­żej miesz­ka­nia – taki przy­stoj­ny i taki pe­łen we­rwy, że An­nee aż opu­ści­ła wzrok – i ob­jął Yabri­la z praw­dzi­wą czu­ło­ścią, a na­stęp­nie za­pro­wa­dził go na po­dwór­ko, gdzie przy­sie­dli na ma­łej ka­mien­nej ław­ce. Noc­ne po­wie­trze prze­sy­co­ne było wo­nią wio­sen­nych kwia­tów; do­bie­gał ich też stłu­mio­ny gwar, echo gło­sów nie­zli­czo­nych ty­się­cy piel­grzy­mów, roz­ma­wia­ją­cych i pod­no­szą­cych wrza­wę na uli­cach wiel­ko­post­ne­go Rzy­mu. Po­nad tym wzno­sił się, to znów opa­dał ło­skot se­tek ko­ściel­nych dzwo­nów, ob­wiesz­cza­ją­cych zbli­ża­nie się Nie­dzie­li Wiel­ka­noc­nej.

Ro­meo za­pa­lił pa­pie­ro­sa i po­wie­dział:

– Nasz czas w koń­cu nad­szedł, Yabri­lu. I obo­jęt­ne, co się te­raz sta­nie, na­sze imio­na nie pój­dą w za­po­mnie­nie.

Yabri­la roz­śmie­szył pa­tos tej wy­po­wie­dzi. Po­czuł lek­ką po­gar­dę dla pra­gnie­nia czczej oso­bi­stej chwa­ły.

– Okry­je­my się nie­sła­wą – od­parł. – Sta­je­my bo­wiem w szran­ki z dłu­gą hi­sto­rią ter­ro­ru. – My­ślał o ich uści­sku. Tym ru­ty­no­wym ge­ście uczu­cia z jego stro­ny, pod­szy­tym jed­nak pa­mię­cią o ak­cie ter­ro­ru. Czu­li się te­raz niby dwaj mor­der­cy, sto­ją­cy nad zwło­ka­mi wspól­nie za­mor­do­wa­ne­go ojca.

Wzdłuż mu­rów po­dwór­ka pa­li­ły się sła­be lam­py elek­trycz­ne, nie­mniej twa­rze ich obu skry­wa­ła nadal ciem­ność. Ro­meo po­wie­dział:

– O wszyst­kim do­wie­dzą się z cza­sem. Ale czy do­ce­nią na­sze mo­ty­wy? Czy też od­ma­lu­ją nas jako sza­leń­ców? Tam do dia­bła! Po­eci przy­szło­ści z pew­no­ścią nas zro­zu­mie­ją!

– Nie mo­że­my się tym te­raz aż tak bar­dzo mar­twić – od­rzekł po chwi­li Yabril. Wpra­wia­ło go w za­kło­po­ta­nie, ile­kroć Ro­meo sta­wał się te­atral­ny; to spra­wia­ło, iż kwe­stio­no­wał przy­dat­ność swe­go to­wa­rzy­sza, jak­kol­wiek ów do­wiódł jej już wie­le razy. Ro­meo, po­mi­mo de­li­kat­nych uro­dzi­wych ry­sów i na­iw­no­ści swych po­glą­dów, po­tra­fił być na­praw­dę nie­bez­piecz­ny. Jed­nak ist­nia­ła mię­dzy nimi pod­sta­wo­wa róż­ni­ca: Ro­meo był czło­wie­kiem w zbyt du­żym stop­niu po­zba­wio­nym stra­chu, na­to­miast Yabril – być może zbyt prze­bie­głym.

Za­le­d­wie rok temu szli ra­zem przez uli­ce Bej­ru­tu. Na ich dro­dze zna­la­zła się na­gle brą­zo­wa pa­pie­ro­wa tor­ba, po­zor­nie pu­sta, po­zna­czo­na pla­ma­mi tłusz­czu od je­dze­nia, któ­re wcze­śniej się w niej znaj­do­wa­ło. Yabril ob­szedł ją. Na­to­miast Ro­meo kop­nął i strą­cił do rynsz­to­ka. Dwa od­mien­ne in­stynk­ty. Yabril wie­rzył, że wszyst­ko na tej zie­mi jest nie­bez­piecz­ne. Na­to­miast Ro­meo od­no­sił się do wszyst­kie­go z na­iw­ną uf­no­ścią.

Róż­nic tych było wię­cej. Yabril był brzyd­ki, miał małe, brą­zo­we pa­cior­ko­wa­te oczy. Ro­meo – w za­sa­dzie pięk­ny. Yabril był dum­ny ze swej brzy­do­ty, Ro­meo zaś – wsty­dził się swo­jej uro­dy. Yabril ro­zu­miał, że kie­dy nie­win­ny mło­dy czło­wiek od­da­je się bez resz­ty re­wo­lu­cji, musi to w koń­cu pro­wa­dzić do mor­der­stwa. Ro­meo do­szedł do tego prze­ko­na­nia do­pie­ro nie­daw­no, a uczy­nił to nad wy­raz nie­chęt­nie. Jego na­wró­ce­nie mia­ło cha­rak­ter czy­sto in­te­lek­tu­al­ny.

Ro­meo od­no­sił ero­tycz­ne zwy­cię­stwa za spra­wą swej fi­zycz­nej uro­dy, na­to­miast pie­nią­dze jego ro­dzi­ny chro­ni­ły go przed eko­no­micz­ny­mi upo­ko­rze­nia­mi. Był na tyle in­te­li­gent­ny, by wie­dzieć, że jego po­wo­dze­nie nie jest mo­ral­nie wła­ści­we, to­też samo do­bro jego ży­cia na­pa­wa­ło go od­ra­zą. Za­to­pił się w li­te­ra­tu­rze i stu­diach, co utwier­dzi­ło go jesz­cze w sto­sow­nych po­glą­dach. Było rze­czą nie­uchron­ną, iż da się prze­ko­nać swym ra­dy­kal­nym pro­fe­so­rom, że po­wi­nien do­po­móc w uczy­nie­niu tego świa­ta znacz­nie lep­szym.

Nie chciał być taki jak oj­ciec, nie chciał być Wło­chem, któ­ry spę­dza wię­cej cza­su u fry­zje­ra niż u płat­nej mi­ło­ści. Nie chciał też tra­wić ży­cia na po­go­ni za pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi. Przede wszyst­kim nig­dy nie bę­dzie trwo­nił pie­nię­dzy zro­szo­nych po­tem bie­da­ków. Bied­nych trze­ba uczy­nić wol­ny­mi i szczę­śli­wy­mi, a wów­czas i on bę­dzie mógł za­kosz­to­wać szczę­ścia. I tak oto się­gnął po swą Dru­gą Ko­mu­nię, do ksią­żek Ka­ro­la Mark­sa.

Na­wró­ce­nie się Yabri­la było, zda się, bar­dziej do­głęb­ne. Jako dziec­ko żył w Pa­le­sty­nie ni­czym w raju. Był szczę­śli­wym, nie­zwy­kle in­te­li­gent­nym chłop­cem, przy tym nad wy­raz po­słusz­nym ro­dzi­com – zwłasz­cza ojcu, któ­ry co dnia spę­dzał z nim go­dzi­nę na lek­tu­rze Ko­ra­nu.

Jego ro­dzi­na miesz­ka­ła w du­żej wil­li, na­der za­sob­nej w służ­bę, po­ło­żo­nej na roz­le­głym te­re­nie, ba­śnio­wo wprost zie­lo­nym na tle pu­styn­nych po­ła­ci resz­ty kra­ju. Ale pew­ne­go dnia, kie­dy Yabril miał le­d­wie pięć lat, wy­gna­no go z owych raj­skich roz­ło­gów. Jego uko­cha­ni ro­dzi­ce gdzieś znik­nę­li, a wil­la i ogro­dy roz­pły­nę­ły się w chmu­rze fio­le­to­we­go dymu. I oto na­gle za­miesz­kał w ma­łej brud­nej wio­sce u stóp wzgó­rza, jako sie­ro­ta na ła­sce krew­nych. Jego je­dy­nym skar­bem był Ko­ran ojca, dru­ko­wa­ny na we­li­nie, pe­łen zło­co­nych zdo­bień oraz ini­cja­łów na błę­kit­nym tle. Pa­mię­tał do­sko­na­le, iż oj­ciec od­czy­ty­wał na głos wszel­kie na­ka­zy mu­zuł­mań­skie­go za­ko­nu. Były to praw­dy od Boga, prze­ka­za­ne pro­ro­ko­wi Ma­ho­me­to­wi, sło­wa na te­mat któ­rych nie moż­na dys­ku­to­wać ani się z nimi spie­rać. Już jako do­ro­sły męż­czy­zna, Yabril zwró­cił uwa­gę swe­mu ży­dow­skie­mu przy­ja­cie­lo­wi: „Co Ko­ran, to nie Tora”. I obaj się ro­ze­śmia­li.

Praw­da o wy­gna­niu z Ede­nu zo­sta­ła mu wy­ja­wio­na pra­wie od razu, ale po­jął ją w peł­ni do­pie­ro w kil­ka lat póź­niej. Jego oj­ciec wspie­rał po­ta­jem­nie ruch wy­zwo­le­nia Pa­le­sty­ny spod wła­dzy pań­stwa Izra­el; był przy­wód­cą pod­zie­mia. Padł ofia­rą zdra­dy i zgi­nął pod­czas ak­cji po­li­cyj­nej, a mat­ka po­peł­ni­ła sa­mo­bój­stwo, kie­dy Izra­el­czy­cy wy­sa­dzi­li w po­wie­trze wil­lę i przy­le­głe ogro­dy.

Dla Yabri­la fakt przy­sta­nia do ter­ro­ry­stów był rze­czą naj­na­tu­ral­niej­szą pod słoń­cem. Jego krew­nia­cy i na­uczy­cie­le z miej­sco­wej szko­ły na­uczy­li go nie­na­wi­dzić wszyst­kich Ży­dów, choć nie uda­ło im się to w peł­ni. Znie­na­wi­dził jed­nak rów­nież swe­go Boga. Za to, że wy­gnał go z raju dzie­ciń­stwa. Kie­dy miał osiem­na­ście lat, sprze­dał Ko­ran swe­go ojca za znacz­ną sumę i za­pi­sał się na uni­wer­sy­tet w Bej­ru­cie. Tam więk­szą część swej for­tu­ny wy­dał na ko­bie­ty i w koń­cu, po dwóch la­tach, zo­stał człon­kiem pod­ziem­nych sił wy­zwo­le­nia Pa­le­sty­ny. I z bie­giem lat stał się śmier­cio­no­śną bro­nią tej spra­wy. Ale wol­ność jego ludu nie była dlań ce­lem osta­tecz­nym. W ja­kiś spo­sób cała jego dzia­łal­ność prze­kształ­ci­ła się w po­szu­ki­wa­nie we­wnętrz­ne­go spo­ko­ju.

Te­raz, gdy tak sie­dzie­li ra­zem na po­dwór­ku domu-kry­jów­ki, omó­wie­nie każ­de­go szcze­gó­łu mi­sji za­bra­ło Ro­me­owi i Yabri­lo­wi po­nad dwie go­dzi­ny. Ro­meo pa­lił bez prze­rwy. De­ner­wo­wał się jed­ną rze­czą.

– Czy aby je­steś pew­ny, że mnie wy­da­dzą? – py­tał.

Yabril od­rzekł ła­god­nie:

– Jak­żeż mogą tego nie zro­bić, prze­trzy­mu­jąc ta­kie­go za­kład­ni­ka? Wierz mi, w ich rę­kach bę­dziesz bez­piecz­niej­szy, niż ja w Sher­ha­be­nie.

Uści­snę­li się na­wza­jem w ciem­no­ści, czy­niąc to po raz ostat­ni. Bo­wiem ta Wiel­ka­noc mia­ła ich już roz­łą­czyć na za­wsze.

W ten­że sam Wiel­ki Pią­tek pre­zy­dent Fran­cis Xa­vier Ken­ne­dy spo­tkał się ze swo­im ze­spo­łem głów­nych do­rad­ców i wi­ce­pre­zy­den­tem, aby prze­ka­zać im wia­do­mość, któ­ra – jak wie­dział – uniesz­czę­śli­wi ich.

Spo­tkał się z nimi w Żół­tym Po­ko­ju Owal­nym Bia­łe­go Domu, swo­im ulu­bio­nym po­miesz­cze­niu, więk­szym i wy­god­niej­szym niż słyn­ny Ga­bi­net Owal­ny. Ów Żół­ty Po­kój spra­wiał ra­czej wra­że­nie sa­lo­nu i było tam znacz­nie po­ręcz­niej pić an­giel­ską her­ba­tę.

Kie­dy ochro­na wpro­wa­dzi­ła pre­zy­den­ta do po­ko­ju, Ken­ne­dy ru­chem ręki na­ka­zał swe­mu ze­spo­ło­wi za­jąć miej­sca, ka­żąc za­ra­zem ochro­nie wyjść i cze­kać na ze­wnątrz. Pod­czas trwa­nia tej scen­ki zi­ry­to­wa­ły go dwie rze­czy. Pierw­szą z nich było to, że zgod­nie z pro­to­ko­łem mu­siał oso­bi­ście roz­ka­zać lu­dziom z Se­cret Se­rvi­ce, aże­by wy­szli z po­ko­ju, a dru­gą – fakt, iż wi­ce­pre­zy­dent mu­siał rów­nież po­wstać na znak sza­cun­ku dla jego urzę­du. Draż­ni­ło go to dla­te­go, że wi­ce­pre­zy­dent była ko­bie­tą, a kur­tu­azja po­li­tycz­na oka­za­ła się na­gle czymś nad­rzęd­nym w sto­sun­ku do kur­tu­azji to­wa­rzy­skiej. Po­nad­to wi­ce­pre­zy­dent, He­len Du Pray, była odeń o dzie­sięć lat star­sza, nie­mniej pre­zen­to­wa­ła się jesz­cze wca­le do­brze, bę­dąc za­ra­zem ko­bie­tą nie­zwy­kle wy­ro­bio­ną to­wa­rzy­sko i in­te­li­gent­ną. Było to, rzecz ja­sna, po­wo­dem, dla któ­re­go wy­brał ją so­bie za współ­to­wa­rzysz­kę w wy­bo­rach, mimo opo­ru twar­do­gło­wych z Par­tii De­mo­kra­tycz­nej.

– Do li­cha, He­len – po­wie­dział Fran­cis Ken­ne­dy. – Prze­stań wresz­cie wsta­wać, gdy wcho­dzę do po­ko­ju. Te­raz będę mu­siał na­lać wam wszyst­kim her­ba­ty, aby móc udo­wod­nić moją skrom­ność.

– Chcia­łam po pro­stu wy­ra­zić swą wdzięcz­ność – po­wie­dzia­ła He­len Du Pray. – My­śla­łam, że we­zwa­łeś wi­ce­pre­zy­den­ta na spo­tka­nie swo­je­go ze­spo­łu, bo prze­cież ktoś bę­dzie mu­siał po­zmy­wać na­czy­nia. – Obo­je ro­ze­śmia­li się. Lecz cała resz­ta nie.

Ro­meo wy­pa­lił ostat­nie­go pa­pie­ro­sa, sie­dząc wśród mro­ków po­dwór­ka. Po­nad ka­mien­ny­mi mu­ra­mi mógł wi­dzieć ko­pu­ły wiel­kich ka­tedr Rzy­mu. Po­tem wró­cił do środ­ka. Nad­szedł czas, by po­in­stru­ować lu­dzi z sek­cji.

An­nee peł­ni­ła funk­cję zbroj­mi­strza, to­też otwo­rzy­ła klu­czem ogrom­ny ku­fer, by roz­dać broń i amu­ni­cję. Je­den z męż­czyzn roz­po­starł na pod­ło­dze sa­lo­nu brud­ne prze­ście­ra­dło, na któ­rym An­nee uło­ży­ła smar i szma­ty. Będą czy­ścić i oli­wić broń, słu­cha­jąc za­ra­zem in­struk­cji. Słu­cha­li tak go­dzi­na­mi, za­da­jąc jed­no­cze­śnie py­ta­nia i ana­li­zu­jąc wszyst­kie swe przy­szłe kro­ki. An­nee wy­da­ła im stro­je bo­jo­we. Żar­to­wa­li so­bie z nich. W koń­cu za­sie­dli ra­zem do po­sił­ku, któ­ry przy­go­to­wał Ro­meo i po­zo­sta­li męż­czyź­ni. Mło­dym wio­sen­nym wi­nem wznie­śli to­ast za po­wo­dze­nie ak­cji, a po­tem paru z nich gra­ło przez go­dzi­nę w kar­ty, nim w koń­cu uda­li się do swo­ich po­koi. Nie było po­trze­by trzy­mać stra­ży; byli bez­piecz­nie za­mknię­ci, a obok łó­żek mie­li swo­ją broń. Lecz mimo to wszy­scy mie­li kło­po­ty z za­śnię­ciem.

Było już po pół­no­cy, kie­dy An­nee za­pu­ka­ła do drzwi Ro­mea. Ro­meo czy­tał. Wpu­ścił ją, a ona czym prę­dzej rzu­ci­ła jego eg­zem­plarz Bra­ci Ka­ra­ma­zow na pod­ło­gę. Za­py­ta­ła nie­mal z po­gar­dą:

– Zno­wu czy­tasz to gów­no?

Ro­meo wzru­szył ra­mio­na­mi, uśmie­cha­jąc się.

– Fa­cet mnie bawi. Jego po­sta­ci przy­po­mi­na­ją mi Wło­chów, któ­rzy bar­dzo sta­ra­ją się być po­waż­ni.

Ro­ze­bra­li się szyb­ko i po­ło­ży­li na zbru­ka­nych prze­ście­ra­dłach, obo­je na wznak. Ich cia­ła były na­pię­te, nie tyle wsku­tek sek­su­al­ne­go pod­nie­ce­nia, co ra­czej za spra­wą ja­kiejś ta­jem­ni­czej gro­zy. Ro­meo wpa­try­wał się pro­sto w su­fit, na­to­miast An­nee za­mknę­ła oczy. Le­ża­ła po jego le­wej stro­nie, to­też uży­ła swej pra­wej ręki, aby po­wo­li i ła­god­nie draż­nić jego czło­nek. Ich ra­mio­na pra­wie się nie sty­ka­ły, a cia­ła były cał­kiem od­da­lo­ne. Kie­dy po­czu­ła, że Ro­meo do­znał wzwo­du, nadal pie­ści­ła go pra­wą ręką, sama za­ra­zem ona­ni­zu­jąc się lewą. Był to cią­gły po­wol­ny rytm, w trak­cie któ­re­go Ro­meo wy­cią­gnął nie­śmia­ło rękę, by do­tknąć jej drob­nej pier­si, lecz ona skrzy­wi­ła się ni­czym dziec­ko i moc­no za­ci­snę­ła po­wie­ki. Te­raz jej ru­chy sta­ły się sil­niej­sze i bar­dziej na­mol­ne, a piesz­czo­ty ner­wo­we i jak­by mniej ryt­micz­ne, póki Ro­meo nie do­znał or­ga­zmu. Kie­dy na­sie­nie bry­znę­ło An­nee na dłoń, ona rów­nież osią­gnę­ła szczyt na­pię­cia, roz­war­ła oczy, a jej drob­ne cia­ło zda­wa­ło się nie­mal wzbi­jać w po­wie­trze, uno­sząc się i zwra­ca­jąc do Ro­mea, jak gdy­by chcia­ła go po­ca­ło­wać, ale w ostat­niej chwi­li uchy­li­ła gło­wę i tyl­ko na mo­ment wtu­li­ła twarz w jego pierś, póki jej cia­ło nie opa­dło, dy­go­cąc. Po­tem usia­dła i rze­czo­wo wy­tar­ła rękę o brud­ne prze­ście­ra­dło. Na­stęp­nie wzię­ła pa­pie­ro­sy i za­pal­nicz­kę Ro­mea z mar­mu­ro­we­go bla­tu noc­ne­go sto­li­ka, po czym głę­bo­ko za­cią­gnę­ła się dy­mem.

Ro­meo po­szedł do ła­zien­ki i zwil­żył ręcz­nik. Wró­cił, prze­tarł jej dło­nie, a po­tem ob­mył sam sie­bie. Póź­niej po­dał jej ręcz­nik i An­nee wy­tar­ła so­bie kro­cze.

Ro­bi­li to już kie­dyś przed ja­kąś inną ak­cją i Ro­meo ro­zu­miał, że jest to je­dy­ny ro­dzaj ma­ni­fe­sta­cji uczu­cia, na jaki ona może so­bie po­zwo­lić. Była tak za­go­rza­łą wiel­bi­ciel­ką swej nie­za­leż­no­ści, iż nie mo­gła­by znieść, aby męż­czy­zna, któ­re­go nie ko­cha­ła, mógł wni­kać w głąb jej trze­wi. A co się ty­czy fel­la­tio lub cun­ni­lin­gus, któ­re on su­ge­ro­wał, były one dla niej je­dy­nie inną for­mą pod­da­nia się i za­leż­no­ści. To, co zro­bi­ła, było je­dy­nym spo­so­bem, w jaki mo­gła za­spo­ko­ić swe żą­dze, nie zdra­dza­jąc za­ra­zem wy­zna­wa­nych przez sie­bie ide­ałów nie­za­leż­no­ści.

Ro­meo ob­ser­wo­wał jej twarz. Nie była już te­raz aż tak bar­dzo su­ro­wa, a żar tlą­cy się w jej oczach jak gdy­by nie­co przy­gasł. Jest jesz­cze taka mło­da, po­my­ślał. Jak­że więc mo­gła stać się w tak krót­kim cza­sie praw­dzi­wym anio­łem za­gła­dy?

– Czy chcesz spać ze mną dziś w nocy, ale tyl­ko dla to­wa­rzy­stwa? – za­py­tał.

An­nee zdu­si­ła pa­pie­ro­sa.

– Och, nie – po­wie­dzia­ła. – Dla­cze­góż mia­ła­bym chcieć? Obo­je mamy już to, cze­go nam było po­trze­ba.

Za­czę­ła się ubie­rać.

– Mo­gła­byś przy­najm­niej po­wie­dzieć coś czu­łe­go, za­nim stąd wyj­dziesz – stwier­dził żar­to­bli­wie Ro­meo.

Na chwi­lę sta­nę­ła w drzwiach, a po­tem od­wró­ci­ła się na­gle. Przez mo­ment są­dził, że wró­ci do łóż­ka. Uśmie­cha­ła się i po raz pierw­szy uj­rzał w niej mło­dą dziew­czy­nę, któ­rą był­by w sta­nie po­ko­chać. Lecz już nie­ba­wem An­nee wspię­ła się na pal­ce i po­wie­dzia­ła:

– Ro­meo, Ro­meo, gdzie je­steś, Ro­meo? – Za­gra­ła mu na no­sie i znik­nę­ła.

W Bri­gham Young Uni­ver­si­ty, w Pro­vo w sta­nie Utah, dwóch stu­den­tów, Da­vid Jat­ney i Cry­der Cole, przy­go­to­wy­wa­li swój ekwi­pu­nek do od­by­wa­ją­ce­go się raz w se­me­strze mor­der­cze­go po­lo­wa­nia. Za­ba­wa ta znów wró­ci­ła do łask, wraz z wy­bo­rem Fran­ci­sa Xa­vie­ra Ken­ne­dy’ego na pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. We­dług za­sad gry, dwóch stu­den­tów mia­ło dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na do­ko­na­nie za­bój­stwa – to zna­czy na wy­strze­le­nie z za­baw­ko­wych pi­sto­le­tów do kar­to­no­we­go wi­ze­run­ku pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych z od­le­gło­ści nie więk­szej niż pięć kro­ków. Za­po­bie­gać ich ak­cji mia­ło brac­two obro­ny, stwo­rzo­ne w celu prze­strze­ga­nia pra­wa i po­rząd­ku, li­czą­ce po­nad stu stu­den­tów. Wy­gra­na ze „zwy­cię­skie­go za­kła­du” mia­ła zo­stać zu­ży­ta na opła­ce­nie ban­kie­tu koń­czą­ce­go po­lo­wa­nie.

Pro­fe­so­ro­wie i ad­mi­ni­stra­cja col­le­ge’u, bę­dą­cy pod wpły­wem Ko­ścio­ła mor­moń­skie­go, nie po­chwa­la­li tych za­baw, ale sta­ły się one po­pu­lar­ne w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych – do­star­cza­jąc przy­kła­du de­ner­wu­ją­cych eks­ce­sów, wła­ści­wych dla przed­sta­wi­cie­li wol­ne­go spo­łe­czeń­stwa. Zły smak i upodo­ba­nie do pro­stac­twa – sta­ły się czę­ścią skła­do­wą za­baw mło­dych lu­dzi. Tego ro­dza­ju igrasz­ki sta­no­wi­ły jed­nak wen­tyl bez­pie­czeń­stwa dla nie­chę­ci wo­bec wła­dzy, for­mę pro­te­stu tych, któ­rzy jesz­cze ni­cze­go nie osią­gnę­li, wzglę­dem tych, któ­rzy zdo­ła­li już od­nieść suk­ces. Był to pro­test czy­sto sym­bo­licz­ny, jed­nak­że z pew­no­ścią lep­szy od de­mon­stra­cji po­li­tycz­nych, spo­ra­dycz­nych wy­bu­chów prze­mo­cy i straj­ków. Za­ba­wa w po­lo­wa­nie sta­no­wi­ła więc go­dzi­wy za­wór dla bu­rzą­cych się hor­mo­nów.

Dwaj my­śli­wi, Da­vid Jat­ney i Cry­der Cole, prze­cha­dza­li się ręka w rękę po cam­pu­sie. Jat­ney był pla­ni­stą, a Cole ak­to­rem, dla­te­go Cole mó­wił, a Jat­ney przy­ta­ki­wał, kie­dy zmie­rza­li ku gru­pie człon­ków brac­twa, pil­nu­ją­cych wi­ze­run­ku pre­zy­den­ta. Tek­tu­ro­wa po­stać bar­dzo przy­po­mi­na­ła Fran­ci­sa Ken­ne­dy’ego, nie­mniej była eks­tra­wa­ganc­ko po­ko­lo­ro­wa­na, to­też pre­zy­dent miał na so­bie nie­bie­ski gar­ni­tur, zie­lo­ny kra­wat i czer­wo­ne skar­pet­ki, za to nie no­sił bu­tów. Tam gdzie po­wi­nien mieć buty, wid­nia­ła rzym­ska cy­fra IV.

Gru­pa stró­żów pra­wa i po­rząd­ku po­stra­szy­ła Jat­neya i Cole’a swo­imi dzie­cię­cy­mi pi­sto­le­ta­mi, to­też obaj my­śli­wi mu­sie­li zbo­czyć z dro­gi. Cole wy­krzyk­nął ja­kąś żar­to­bli­wą obe­lgę, ale Jat­ney miał po­nu­ry wy­raz twa­rzy. Bar­dzo po­waż­nie pod­cho­dził do swo­jej mi­sji. Jat­ney raz jesz­cze prze­śle­dził w my­ślach swój mi­strzow­ski plan i już w tej chwi­li od­czu­wał dzi­ką sa­tys­fak­cję z po­wo­du jego gwa­ran­to­wa­ne­go po­wo­dze­nia. Ów spa­cer na oczach wro­ga miał za za­da­nie po­ka­zać, że obaj mie­li na so­bie nar­ciar­skie stro­je; miał po­nad­to okre­ślić ich wi­zu­al­ną toż­sa­mość i przy­go­to­wać ze­bra­nych na póź­niej­szą nie­spo­dzian­kę. A tak­że ugrun­to­wać prze­świad­cze­nie, że obaj opusz­cza­ją cam­pus, uda­jąc się na week­end.

Za­sa­dy gry w po­lo­wa­nie wy­ma­ga­ły, by opu­bli­ko­wa­no tra­sę po­dró­ży wi­ze­run­ku pre­zy­den­ta. Wi­ze­ru­nek miał być obec­ny na ban­kie­cie, któ­ry za­pla­no­wa­no jesz­cze na ten wie­czór przed pół­no­cą. Jat­ney i Cole za­mie­rza­li do­ko­nać ude­rze­nia tuż przed upły­wem osta­tecz­ne­go ter­mi­nu, czy­li o pół­no­cy.

Wszyst­ko po­szło tak, jak było za­pla­no­wa­ne. Jat­ney i Cole spo­tka­li się po­now­nie o szó­stej po po­łu­dniu w umó­wio­nej re­stau­ra­cji. Wła­ści­ciel nic nie wie­dział o ich pla­nach. Byli po pro­stu dwo­ma stu­den­ta­mi, któ­rzy pra­co­wa­li dla nie­go przez ostat­nie dwa ty­go­dnie. Oka­za­li się bar­dzo do­bry­mi kel­ne­ra­mi, zwłasz­cza Cole, to­też był nimi za­chwy­co­ny.

O dzie­wią­tej tego wie­czo­ru, kie­dy straż­ni­cy pra­wa i po­rząd­ku, w sile stu osób, we­szli do re­stau­ra­cji wraz z wi­ze­run­kiem pre­zy­den­ta, usta­wio­no tam stra­że przy wszyst­kich wej­ściach. Wi­ze­ru­nek zo­stał umiesz­czo­ny po­śród krę­gu sto­łów. Wła­ści­ciel za­cie­rał ręce, cie­sząc się ze spo­dzie­wa­nych du­żych ob­ro­tów, i do­pie­ro kie­dy wszedł do kuch­ni i uj­rzał, że jego dwaj mło­dzi kel­ne­rzy cho­wa­ją za­baw­ko­we pi­sto­le­ty do waz na zupę, zro­zu­miał wresz­cie, o co cho­dzi.

– Och, na li­tość bo­ską! – wy­krzyk­nął. – To zna­czy, że wy dwaj rzu­ca­cie dzi­siaj pra­cę?

Cole uśmiech­nął się do nie­go sze­ro­ko, ale Da­vid Jat­ney rzu­cił mu groź­ne spoj­rze­nie. Obaj we­szli do sali ja­dal­nej, z wa­za­mi na zupę trzy­ma­ny­mi na tyle wy­so­ko, by za­sła­nia­ły im twa­rze.

Straż­ni­cy wzno­si­li wła­śnie trium­fal­ne to­a­sty, kie­dy Jat­ney i Cole usta­wi­li wazy na środ­ko­wym sto­le, zdję­li z nich po­kry­wy i wy­cią­gnę­li swe pi­sto­le­ty. Przy­sta­wi­li lufy do ki­czo­wa­to po­ko­lo­ro­wa­nej po­sta­ci i od­da­li nie­zbyt gło­śne strza­ły. Cole wy­strze­lił tyl­ko raz i na­tych­miast wy­buch­nął śmie­chem. Jat­ney, mie­rząc po­wo­li, od­dał aż trzy strza­ły, a na­stęp­nie rzu­cił pi­sto­let na pod­ło­gę. Nie po­ru­szył się ani nie uśmiech­nął, póki straż­ni­cy nie oto­czy­li go, gra­tu­lu­jąc i klnąc, i póki wszy­scy nie sie­dli do obia­du. Jat­ney kop­nął wi­ze­ru­nek tak, że pre­zy­dent osu­nął się na pod­ło­gę, gdzie wca­le nie było go wi­dać.

Było to jed­no ze zwy­kłych po­lo­wań. W in­nych col­le­ge’ach w ca­łym kra­ju za­ba­wa ta by­wa­ła znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Wzno­szo­no prze­myśl­ne kon­struk­cje za­bez­pie­cza­ją­ce, wi­ze­run­ki plu­ły syn­te­tycz­ną krwią, i tak da­lej.

W Wa­szyng­to­nie D.C., Pro­ku­ra­tor Ge­ne­ral­ny Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Chri­stian Klee, miał swo­ją wła­sną kar­to­te­kę za­ba­wo­wych mor­der­ców. I wła­śnie te­raz fo­to­gra­fie i dane do­ty­czą­ce Jat­neya i Cole’a zwró­ci­ły jego uwa­gę. Zro­bił więc no­tat­kę, by wy­dzie­lo­no eki­pę do­cho­dze­nio­wą, któ­ra mo­gła­by zba­dać ży­cio­ry­sy Da­vi­da Jat­neya i Cry­de­ra Cole’a.

W pią­tek przed Wiel­ka­no­cą, dwaj mło­dzi po­waż­ni lu­dzie przy­je­cha­li z In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gicz­ne­go w Mas­sa­chu­setts do No­we­go Jor­ku, skła­da­jąc małą wa­liz­kę w schow­ku ba­ga­żo­wym bu­dyn­ku Za­rzą­du Por­tu. Ze wstrę­tem omi­ja­li gro­mad­ki pi­ja­nych bez­dom­nych włó­czę­gów, by­stro­okich al­fon­sów i ku­rew, któ­re wy­sta­wa­ły po hal­lach bu­dyn­ku. Obaj byli ge­niu­sza­mi: w wie­ku dwu­dzie­stu lat zo­sta­li już do­cen­ta­mi fi­zy­ki i uczest­ni­ka­mi za­awan­so­wa­ne­go pro­gra­mu ba­dań uni­wer­sy­tec­kich. Wa­liz­ka za­wie­ra­ła ma­leń­ką bom­bę ato­mo­wą, któ­rą skon­stru­owa­li, uży­wa­jąc kra­dzio­nych ma­te­ria­łów la­bo­ra­to­ryj­nych oraz nie­zbęd­ne­go tlen­ku plu­to­nu. Kra­dzież tych ma­te­ria­łów z la­bo­ra­to­riów za­bra­ła im aż dwa lata. Mu­sie­li to ro­bić stop­nio­wo, fał­szu­jąc ra­por­ty i spra­woz­da­nia z do­świad­czeń, tak aby nie za­uwa­żo­no bra­ku.

Adam Gres­se i Hen­ry Tib­bot zo­sta­li uzna­ni za ge­niu­szów, le­d­wie tyl­ko skoń­czy­li dwa­na­ście lat. Ro­dzi­ce wy­cho­wa­li ich tak, by byli świa­do­mi swej od­po­wie­dzial­no­ści wzglę­dem resz­ty świa­ta. Nie mie­li żad­nych wad, z wy­jąt­kiem ogrom­nej wie­dzy. Ich szcze­gól­na in­te­li­gen­cja spra­wia­ła, iż po­gar­dza­li wszyst­ki­mi tymi na­ło­ga­mi, któ­re ni­czym rak to­czy­ły tkan­kę ludz­ko­ści, no­sząc na­zwy al­ko­ho­li­zmu, ha­zar­du, pro­sty­tu­cji, ob­żar­stwa i nar­ko­ma­nii.

Oni sami ule­ga­li je­dy­nie prze­moż­ne­mu nar­ko­ty­ko­wi pre­cy­zyj­ne­go my­śle­nia. Po­sia­da­li in­stynkt spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej i do­strze­ga­li zło na­gro­ma­dzo­ne na świe­cie. Wie­dzie­li, iż pro­du­ko­wa­nie bro­ni ato­mo­wej jest rze­czą ze wszech miar złą i że los ludz­ko­ści za­wisł wsku­tek tego na wło­sku. Po­sta­no­wi­li za­tem zro­bić, co tyl­ko się da, aby od­wró­cić pie­kiel­ną ka­ta­stro­fę. Tak więc po roku iście chło­pię­cych dys­ku­sji, po­sta­no­wi­li do­świad­czyć rząd. Do­wio­dą, jak ła­two jest jed­no­st­ce-sza­leń­co­wi za­dać ludz­ko­ści na­der po­waż­ne stra­ty. Skon­stru­owa­li ma­leń­ką bom­bę ato­mo­wą, o mocy za­le­d­wie pół ki­lo­to­ny, tak aby moż­na ją było umie­ścić w do­wol­nym miej­scu, a po­tem po­wia­do­mić o jej ist­nie­niu wła­dze. Uwa­ża­li sie­bie i swój za­mie­rzo­ny czyn za coś je­dy­ne­go w swo­im ro­dza­ju, coś nie­mal­że bo­skie­go. Nie wie­dzie­li, że do­kład­nie wła­śnie taka sy­tu­acja zo­sta­nie prze­wi­dzia­na w psy­cho­lo­gicz­nych ra­por­tach pre­sti­żo­we­go ban­ku my­śli, ufun­do­wa­ne­go przez rząd, gdzie po­trak­to­wa­no rzecz jako jed­no z moż­li­wych za­gro­żeń ery ato­mo­wej.

Po paru go­dzi­nach spę­dzo­nych w No­wym Jor­ku Adam Gres­se i Hen­ry Tib­bot wy­sła­li ostrze­gaw­czy list do „New York Ti­me­sa”, wy­ja­śnia­jąc mo­ty­wy swo­je­go dzia­ła­nia i pro­sząc, aby ów apel zo­stał opu­bli­ko­wa­ny przed do­rę­cze­niem go wła­dzom. Re­da­go­wa­nie li­stu trwa­ło bar­dzo dłu­go, i to nie tyl­ko dla­te­go, iż mu­siał on za­wie­rać nie­zwy­kle pre­cy­zyj­ne sfor­mu­ło­wa­nia, aże­by nikt nie do­szu­kał się w nim żad­nej złej in­ten­cji, ale rów­nież dla­te­go, że po­słu­ży­li się tech­ni­ką wy­ci­na­nia no­życz­ka­mi z ga­zet słów i li­ter, któ­re póź­niej na­kle­ja­li na czy­ste kart­ki pa­pie­ru.

Bom­ba nie wy­buch­nie do na­stęp­ne­go czwart­ku. Do tej pory list znaj­dzie się w rę­kach władz i wów­czas urzą­dze­nie zo­sta­nie z pew­no­ścią zna­le­zio­ne. Win­no to być ostrze­że­niem dla wład­ców świa­ta.

A w Rzy­mie, wła­śnie w ów Wiel­ki Pią­tek, The­re­sa Ca­the­ri­ne Ken­ne­dy, cór­ka pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, spo­so­bi­ła się do za­koń­cze­nia na­rzu­co­ne­go so­bie przez sie­bie samą eu­ro­pej­skie­go wy­gna­nia i po­wro­tu do Bia­łe­go Domu, do ojca.

Przy­dzie­lo­ny jej od­dział Se­cret Se­rvi­ce za­koń­czył już wszyst­kie przy­go­to­wa­nia do po­dró­ży. Po­słusz­ni jej za­le­ce­niom agen­ci za­re­zer­wo­wa­li na­wet bi­let na lot w Nie­dzie­lę Wiel­ka­noc­ną z Rzy­mu do No­we­go Jor­ku.

The­re­sa Ken­ne­dy mia­ła dwa­dzie­ścia trzy lata i stu­dio­wa­ła w Eu­ro­pie fi­lo­zo­fię, wpierw na Sor­bo­nie, a na­stęp­nie na uni­wer­sy­te­cie w Rzy­mie, gdzie wła­śnie prze­rwa­ła dość dłu­go już trwa­ją­cy ro­mans z pew­nym wło­skim stu­den­tem, mło­dym ra­dy­ka­łem, co na­stą­pi­ło ku ich obo­pól­nej uldze.

Ko­cha­ła swe­go ojca, ale nie­na­wi­dzi­ła fak­tu, iż jest on pre­zy­den­tem, bo była zbyt lo­jal­na, by pu­blicz­nie dać wy­raz swym wła­snym, od­mien­nym po­glą­dom. Wie­rzy­ła kie­dyś w so­cja­lizm; te­raz sta­ła się zwo­len­nicz­ką bra­ter­stwa lu­dzi i sio­strza­nych związ­ków po­mię­dzy ko­bie­ta­mi. Była fe­mi­nist­ką w ame­ry­kań­skim sty­lu; nie­za­leż­ność eko­no­micz­na win­na sta­no­wić fun­da­ment wol­no­ści, to­też nie od­czu­wa­ła żad­ne­go kom­plek­su winy w związ­ku z fun­du­sza­mi po­wier­ni­czy­mi, któ­re gwa­ran­to­wa­ły jej wol­ność.

W po­czu­ciu dziw­nych, nie­mniej bar­dzo ludz­kich prze­ko­nań mo­ral­nych od­rzu­ci­ła ja­ką­kol­wiek myśl o przy­wi­le­jach i od­wie­dzi­ła swe­go ojca w Bia­łym Domu. A może pod­świa­do­mie ob­wi­nia­ła go o śmierć mat­ki, al­bo­wiem ubie­gał się on o wła­dzę po­li­tycz­ną, pod­czas gdy jego żona umie­ra­ła? Po­tem chcia­ła za­gu­bić się gdzieś w Eu­ro­pie, ale na mocy pra­wa mu­sia­ła być chro­nio­na przez Se­cret Se­rvi­ce, jako czło­nek naj­bliż­szej ro­dzi­ny pre­zy­den­ta. Pró­bo­wa­ła zre­zy­gno­wać z tej ochro­ny, lecz oj­ciec ubła­gał ją, by tego nie ro­bi­ła. Fran­cis Ken­ne­dy po­wie­dział, że nie zniósł­by na­wet my­śli o tym, aby mia­ło jej się coś przy­da­rzyć.

Od­dział dwu­dzie­stu lu­dzi, po­dzie­lo­ny na trzy zmia­ny, przez całą dobę strzegł The­re­sy Ken­ne­dy. Kie­dy szła do re­stau­ra­cji lub kie­dy wy­bie­ra­ła się ze swym chłop­cem do kina, go­ry­le już tam byli. Wy­naj­mo­wa­li miesz­ka­nia w tym sa­mym bu­dyn­ku, uży­wa­li fur­go­net­ki jako punk­tu do­wo­dze­nia. Nig­dy nie była sama. Po­nad­to każ­de­go dnia mu­sia­ła prze­ka­zy­wać swój har­mo­no­gram za­jęć do­wód­cy od­dzia­łu.

Jej straż­ni­cy byli za­iste dwu­gło­wy­mi po­two­ra­mi: na wpół słu­ga­mi, na poły jej wład­ca­mi. Za po­mo­cą skom­pli­ko­wa­nych urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych mo­gli wsłu­chi­wać się w od­gło­sy mi­ło­ści, ile­kroć tyl­ko spro­wa­dza­ła męż­czy­znę do miesz­ka­nia. Byli wprost prze­ra­ża­ją­cy – po­ru­sza­li się ni­czym wil­ki, su­nę­li bez­sze­lest­nie, wę­sząc przy tym czuj­nie, czy aby nie zła­pią tro­pu, ale w isto­cie wy­tę­ża­li głów­nie słuch, wzmoc­nio­ny przez ra­dio­we urzą­dze­nia od­bior­cze.

The­re­sa nie zgo­dzi­ła się na bez­po­śred­nią ochro­nę. Sama pro­wa­dzi­ła swój wóz, nie po­zwo­li­ła, by lu­dzie z ob­sta­wy wy­na­ję­li są­sied­nie miesz­ka­nie, nie zgo­dzi­ła się rów­nież, by wo­kół niej krę­ci­li się sta­le go­ry­le. Na­le­ga­ła na to, by agen­ci sto­so­wa­li „ochro­nę na dy­stans”, two­rząc wo­kół niej stre­fę za­po­ro­wą, przy­wo­dzą­cą na myśl jak­by roz­le­gły ogród. W ten spo­sób mo­gła pro­wa­dzić nie­co bar­dziej swo­bod­ne ży­cie oso­bi­ste. Układ ten do­pro­wa­dził do kil­ku kło­po­tli­wych mo­men­tów. Pew­ne­go dnia po­szła na za­ku­py i po­trze­bo­wa­ła drob­nych na roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. Wy­da­ło jej się, że zo­ba­czy­ła jed­ne­go ze swo­ich go­ry­li, któ­ry uda­wał, że ku­pu­je coś w po­bli­żu. Po­de­szła więc doń i za­py­ta­ła: „Czy mo­żesz mi dać ćwierć do­la­ra?”. Męż­czy­zna po­pa­trzył na nią za­szo­ko­wa­ny, a ona zda­ła so­bie spra­wę, że po­peł­ni­ła błąd, że fa­cet nie był człon­kiem jej ob­sta­wy. Wy­buch­nę­ła śmie­chem i prze­pro­si­ła go. Męż­czy­zna rów­nież bar­dzo się ucie­szył i był za­chwy­co­ny. Wrę­czył jej ćwierć­do­la­rów­kę. „Wszyst­ko dla Ken­ne­dych” – oświad­czył żar­to­bli­wie.

Po­dob­nie jak wie­lu mło­dych lu­dzi, The­re­sa Ken­ne­dy wie­rzy­ła – nie po­szu­ku­jąc na­wet spe­cjal­nych do­wo­dów – że lu­dzie są „do­brzy”. Wie­rzy­ła zresz­tą tak­że, że i ona sama jest do­bra. Uczest­ni­czy­ła w mar­szach pro­te­sta­cyj­nych, prze­ma­wia­ła na rzecz spra­wie­dli­wo­ści i prze­ciw­ko krzyw­dzie. W ży­ciu co­dzien­nym sta­ra­ła się nig­dy nie po­peł­niać żad­nych drob­nych świństw. Jesz­cze jako dziec­ko, od­da­ła za­war­tość swo­jej skar­bon­ki na fun­dusz In­dian ame­ry­kań­skich.

Była jed­nak w dość nie­zręcz­nej sy­tu­acji, kie­dy jako cór­ka pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­ma­wia­ła na rzecz ak­ty­wi­stów opo­wia­da­ją­cych się za moż­no­ścią do­ko­ny­wa­nia abor­cji i gdy po­pie­ra­ła swym na­zwi­skiem ra­dy­kal­ne le­wi­co­we or­ga­ni­za­cje. Dość ła­two zno­si­ła znie­wa­gi mass me­diów i obe­lgi ze stro­ny prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych.

W ja­kiś nie­win­ny spo­sób sta­ra­ła się być uczci­wa we wszyst­kich swych ro­man­sach; wie­rzy­ła w ab­so­lut­ną szcze­rość i nie zno­si­ła oszu­stwa.

W cza­sie lat spę­dzo­nych za gra­ni­cą prze­ży­ła parę in­cy­den­tów, z któ­rych po­win­na była wy­nieść cen­ną na­ucz­kę. W Pa­ry­żu, gdy wa­łę­sa­ła się po mie­ście w po­szu­ki­wa­niu ko­lo­ry­tu lo­kal­ne­go, pró­bo­wa­ła ją zgwał­cić gru­pa klo­szar­dów miesz­ka­ją­cych pod jed­nym z mo­stów. W Rzy­mie, kie­dy da­wa­ła jał­muż­nę, dwóch że­bra­ków usi­ło­wa­ło wy­rwać jej to­reb­kę i w obu tych przy­pad­kach ura­to­wa­ła ją czuj­na gru­pa Se­cret Se­rvi­ce. Ale nie zmie­ni­ło to w ni­czym jej ogól­nej wia­ry, że lu­dzie są do­brzy. Każ­da ludz­ka isto­ta skry­wa bo­wiem w swej du­szy nie­śmier­tel­ne ziar­no do­bro­ci, a ła­ska od­ku­pie­nia do­ty­czy wszyst­kich w jed­na­ko­wym stop­niu. Jako fe­mi­nist­ka sły­sza­ła oczy­wi­ście o ty­ra­nii męż­czyzn, lecz nie ro­zu­mia­ła w peł­ni owej bru­tal­nej siły, jaką sto­so­wa­li męż­czyź­ni, roz­strzy­ga­jąc spra­wy swe­go wła­sne­go świa­ta. Nie mia­ła na­wet po­ję­cia, do jak fał­szy­wych i okrut­nych spo­so­bów może uciec się czło­wiek, zdra­dza­jąc dru­gie­go czło­wie­ka.

Szef ob­sta­wy, męż­czy­zna już na­zbyt le­ci­wy, by po­wie­rza­no mu ochro­nę waż­niej­szych lu­dzi z rzą­du, był prze­ra­żo­ny jej na­iw­no­ściąi pró­bo­wał ją wja­kiś spo­sób do­kształ­cić. Opo­wia­dał jej po­twor­ne hi­sto­rie o prze­róż­nych zaj­ściach, z ja­ki­mi miał do czy­nie­nia w cza­sie swej wie­lo­let­niej służ­by; był wo­bec niej bar­dziej szcze­ry, niż zda­rza­ło mu się to za­zwy­czaj, al­bo­wiem ochro­na The­re­sy sta­no­wi­ła jego ostat­nie za­da­nie przed pój­ściem na eme­ry­tu­rę.

– Je­steś zbyt mło­da, żeby zro­zu­mieć ten świat – po­wia­dał. – A przy two­jej po­zy­cji mu­sisz być bar­dzo ostroż­na. Uwa­żasz, że je­śli ty wy­rzą­dzisz ko­muś do­bro, to on też musi od­pła­cić ci do­brem. – Wła­śnie po­przed­nie­go dnia za­bra­ła au­to­sto­po­wi­cza, któ­ry uznał, że była to za­chę­ta na­tu­ry sek­su­al­nej. Szef ob­sta­wy za­dzia­łał na­tych­miast; dwa sa­mo­cho­dy jego lu­dzi zmu­si­ły wóz The­re­sy do zje­cha­nia na skraj szo­sy, le­d­wie tyl­ko au­to­sto­po­wicz po­ło­żył jej dłoń na ko­la­nie.

– Po­zwól, że ci opo­wiem pew­ną hi­sto­rię – po­wie­dział szef gru­py. – Pra­co­wa­łem kie­dyś dla naj­in­te­li­gent­niej­sze­go i naj­mil­sze­go czło­wie­ka w eki­pie ochro­ny rzą­du. Tyl­ko raz dał się prze­chy­trzyć i zła­pać w pu­łap­kę, tak że zna­lazł się na­gle na ła­sce prze­ciw­ni­ka. A ten mógł go po pro­stu roz­wa­lić. Bo był po pro­stu bar­dzo wred­nym fa­ce­tem. Ale z ja­kie­goś tam po­wo­du pu­ścił mo­je­go sze­fa wol­no i po­wie­dział: „Pa­mię­taj, że je­steś mi wi­nien je­den raz”. No cóż, spę­dzi­li­śmy sześć mie­się­cy, tro­piąc tego go­ścia, i w koń­cu do­pa­dli­śmy go. A wte­dy mój szef go roz­wa­lił, nie dał mu na­wet szan­sy, aby tam­ten się pod­dał albo zo­stał „po­dwój­nym”. A wiesz dla­cze­go? Sam mi to wy­tłu­ma­czył. Ten jego prze­ciw­nik, wred­niak, po­siadł kie­dyś moc bo­ską i dla­te­go był na­zbyt nie­bez­piecz­ny, aby po­zwo­lić mu żyć. I mój szef nie po­czu­wał się wca­le do wdzięcz­no­ści, twier­dził, że li­tość ze stro­ny tam­te­go fa­ce­ta była tyl­ko jego wi­dzi­mi­się, a prze­cież na wi­dzi­mi­się nie spo­sób nig­dy li­czyć.

Lecz do­wód­ca ob­sta­wy nie po­wie­dział The­re­sie, że owym jego sze­fem był czło­wiek o na­zwi­sku Chri­stian Klee.

Wy­bór Fran­ci­sa Xa­vie­ra Ken­ne­dy’ego na pre­zy­den­ta oka­zał się cu­dem ame­ry­kań­skiej po­li­ty­ki. Zo­stał wy­bra­ny ze wzglę­du na ma­gię na­zwi­ska i swe nie­zwy­kłe fi­zycz­ne oraz in­te­lek­tu­al­ne ta­len­ty, po­mi­mo fak­tu, iż od­słu­żył w se­na­cie tyl­ko jed­ną ka­den­cję.

Na­zy­wa­no go „bra­tan­kiem” Joh­na F. Ken­ne­dy’ego, za­mor­do­wa­ne­go w 1962 roku pre­zy­den­ta. Znaj­do­wał się jed­nak poza zor­ga­ni­zo­wa­nym kla­nem Ken­ne­dych, wciąż jesz­cze ak­tyw­nym w po­li­ty­ce ame­ry­kań­skiej. W rze­czy­wi­sto­ści był tyl­ko ku­zy­nem, i to je­dy­nym spo­śród bar­dzo roz­ga­łę­zio­nej ro­dzi­ny, któ­ry odzie­dzi­czył cha­ry­zmę swych dwóch sław­nych krew­nia­ków – Joh­na i Ro­ber­ta.

Fran­cis Ken­ne­dy był po­wszech­nie uzna­nym ge­niu­szem w dzie­dzi­nie pra­wa; w wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu lat zo­stał pro­fe­so­rem na Ha­rvar­dzie. Póź­niej zor­ga­ni­zo­wał wła­sną fir­mę praw­ni­czą, któ­ra wio­dła kru­cja­tę o sze­ro­kie li­be­ral­ne re­for­my w rzą­dzie i w pry­wat­nym sek­to­rze biz­ne­su. Jego fir­ma nie zro­bi­ła zbyt wiel­kich pie­nię­dzy – co nie było dla nie­go istot­ne, jako że odzie­dzi­czył znacz­ną for­tu­nę – przy­spo­rzy­ła mu jed­nak sła­wy w ca­łym kra­ju. Wal­czył o pra­wa mniej­szo­ści i o do­bro­byt dla eko­no­micz­nie upo­śle­dzo­nych; bro­nił bez­rad­nych i sła­bych.

Ken­ne­dy, w ra­mach swej kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej, pod­bił cały kraj. Ogło­sił, że pod­pi­sze nową umo­wę spo­łecz­ną z na­ro­dem ame­ry­kań­skim. „Co spra­wia, że cy­wi­li­za­cja trwa nadal?” – py­tał wy­bor­ców. Spra­wia to umo­wa po­mię­dzy rzą­dzą­cy­mi a rzą­dzo­ny­mi. Rząd musi obie­cać, że za­bez­pie­czy jed­nost­kę przed zbrod­nią, przed eko­no­micz­nym wy­zy­skiem; musi obie­cać każ­de­mu oby­wa­te­lo­wi sto­sow­ne pra­wa i środ­ki, iżby ten mógł re­ali­zo­wać swo­ją wła­sną wi­zję oso­bi­ste­go szczę­ścia w ży­ciu. I wów­czas, do­pie­ro wów­czas, rzą­dze­ni będą zo­bo­wią­za­ni prze­strze­gać po­wszech­nych praw, któ­re za­pew­nia­ją byt cy­wi­li­za­cji. Ken­ne­dy za­pro­po­no­wał, aby czę­ścią owej umo­wy spo­łecz­nej był wy­móg, aby wszyst­kie kwe­stie spor­ne w spo­łe­czeń­stwie ame­ry­kań­skim były roz­strzy­ga­ne na dro­dze re­fe­ren­dum, a nie za spra­wą de­cy­zji po­dej­mo­wa­nych przez Kon­gres, Sąd Naj­wyż­szy czy pre­zy­den­ta.

Obie­cał, że zli­kwi­du­je prze­stęp­czość. Obie­cał, że zli­kwi­du­je bie­dę, któ­ra jest pod­po­rą zbrod­ni i zbrod­nią samą w so­bie. Obie­cał wpro­wa­dzić na­ro­do­wy pro­gram ubez­pie­czeń zdro­wot­nych, fi­nan­so­wa­ny przez pań­stwo, a tak­że sys­tem za­bez­pie­czeń so­cjal­nych, za­pew­nia­ją­cy lu­dziom pra­cy go­dzi­we eme­ry­tu­ry.

Gwo­li po­twier­dze­nia wier­no­ści owym ide­ałom i usu­nię­cia prze­gro­dy wła­sne­go bo­gac­twa, ogło­sił w te­le­wi­zji, że odda oso­bi­sty ma­ją­tek w wy­so­ko­ści czter­dzie­stu mi­lio­nów do­la­rów Skar­bo­wi Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Na­stą­pi­ło to w ra­mach aktu praw­ne­go, któ­re­go pod­pi­sa­nie trans­mi­to­wa­ły wszyst­kie sta­cje te­le­wi­zyj­ne w kra­ju. Ów wspa­nia­ły gest Fran­ci­sa Ken­ne­dy’ego mu­siał wy­wrzeć ogrom­ne wra­że­nie na każ­dym wy­bor­cy.

Ken­ne­dy od­wie­dził wszyst­kie więk­sze mia­sta w kra­ju, to­wa­rzy­szą­ca mu ko­lum­na sa­mo­cho­dów do­tar­ła po­nad­to do wie­lu ma­łych miast. Po­dró­żu­ją­ce wraz z nim żona i cór­ka pod­kre­śla­ły jesz­cze swą uro­dą jego mę­ski czar. Jego trzy dys­pu­ty z re­pu­bli­kań­skim kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta uwień­czo­ne zo­sta­ły trium­fem. Me­lanż swa­dy, in­te­li­gen­cji i mło­dzień­cze­go wi­go­ru, ja­kim się wów­czas wy­ka­zał, cał­ko­wi­cie po­gnę­bił prze­ciw­ni­ka. Ża­den pre­zy­dent nie obej­mo­wał nig­dy swe­go urzę­du, bę­dąc bar­dziej uko­cha­nym przez lud­ność. Zwy­cię­żył wszyst­ko – z wy­jąt­kiem losu. Jego żona zmar­ła na raka tuż przed wpro­wa­dze­niem Fran­ci­sa do Bia­łe­go Domu.

Po­mi­mo przy­tła­cza­ją­ce­go smut­ku, Fran­cis Xa­vier Ken­ne­dy zdo­łał wcie­lić w ży­cie pierw­szy punkt swe­go pro­gra­mu. Mia­no­wi­cie wy­ko­nał śmia­ły ruch po­li­tycz­ny i z góry wy­ty­po­wał swą przy­szłą eki­pę, tak by elek­to­rat mógł ją za­apro­bo­wać.

Po­wo­łał Od­dblo­oda Graya, czar­ne­go ak­ty­wi­stę, na swe­go łącz­ni­ka z Kon­gre­sem w spra­wach po­li­ty­ki we­wnętrz­nej. Swym za­stęp­cą mia­no­wał ko­bie­tę, wią­żąc ją rów­nież za spra­wą in­nych funk­cji z resz­tą swej eki­py. Po­zo­sta­łe no­mi­na­cje były bar­dziej kon­wen­cjo­nal­ne. Lecz wła­śnie ta eki­pa po­mo­gła mu osią­gnąć pierw­sze zwy­cię­stwo, re­wi­zję praw opie­ki spo­łecz­nej, prze­pi­sów gwa­ran­tu­ją­cych, że każ­dy czło­wiek pra­cy, po przej­ściu na eme­ry­tu­rę, otrzy­ma dość pie­nię­dzy na go­dzi­we ży­cie. Środ­ki na sfi­nan­so­wa­nie tych po­su­nięć mia­no uzy­skać dzię­ki po­dat­ko­wi ścią­ga­ne­mu od wiel­kich kor­po­ra­cji ame­ry­kań­skich, któ­re na­tych­miast sta­ły się śmier­tel­ny­mi wro­ga­mi Ken­ne­dy’ego.

Nie­mniej po tym po­cząt­ko­wym zwy­cię­stwie moż­na było od­nieść wra­że­nie, że Ken­ne­dy stra­cił cały roz­mach. Jego pro­jekt, by roz­strzy­gnąć za spra­wą re­fe­ren­dum wszel­kie waż­niej­sze kwe­stie, zo­stał od­rzu­co­ny przez Kon­gres, po­dob­nie zresz­tą jak i jego we­zwa­nie do uchwa­le­nia na­ro­do­we­go pla­nu ochro­ny zdro­wia. Ken­ne­dy, zda się, tra­cił ener­gię, sto­jąc przed ka­mien­nym mu­rem, któ­ry wzniósł przed nim Kon­gres. Choć Ken­ne­dy i jego eki­pa z Bia­łe­go Domu wal­czy­li z nie­mal de­spe­rac­ką za­ja­dło­ścią, co­raz wię­cej ich pla­nów koń­czy­ło się fia­skiem.

Świa­do­mość, że w ostat­nim roku swej pre­zy­den­tu­ry prze­gry­wa bi­twę, na­peł­ni­ła go roz­pacz­li­wym gnie­wem. Wie­dział, że wal­czy o słusz­ną spra­wę, sto­jąc po stro­nie tego, co spra­wie­dli­we, że nadal trwa na mo­ral­nych wy­ży­nach i że rów­nie mą­drych po­su­nięć nie było do­tąd w dzie­jach Ame­ry­ki. Lecz te­raz wy­da­wa­ło mu się rów­nież, że in­te­li­gen­cja i mo­ral­ność chy­ba w ogó­le się w po­li­ty­ce nie li­czą.

Pre­zy­dent Ken­ne­dy od­cze­kał, aż każ­de­mu z jego star­szych do­rad­ców po­da­no her­ba­tę.

– Chy­ba nie będę za­bie­gał o re­elek­cję – rzu­cił bez­na­mięt­nie. I, pa­trząc w stro­nę wi­ce­pre­zy­den­ta, do­dał: – He­len, chcę, że­byś się przy­go­to­wa­ła do kam­pa­nii wy­bor­czej jako kan­dy­dat­ka na sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta.

Wszyst­kich za­mu­ro­wa­ło, lecz He­len Du Pray uśmiech­nę­ła się doń tyl­ko. Fakt, iż uśmiech ten był jed­ną z jej po­tęż­nych po­li­tycz­nych bro­ni, nie uszedł uwa­gi zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn. Po­wie­dzia­ła:

– Fran­ci­sie, uwa­żam, że de­cy­zja o nie­ubie­ga­niu się o po­now­ny wy­bór wy­ma­ga prze­dys­ku­to­wa­nia tego przez twój ze­spół pod moją nie­obec­ność. Jed­nak­że za­nim wyj­dę, po­zwól, że to po­wiem. Wiem, jak bar­dzo je­steś znie­chę­co­ny, zwłasz­cza te­raz. Ale ja nie będę w sta­nie zro­bić nic lep­sze­go, na­wet za­kła­da­jąc, że zo­sta­nę wy­bra­na. Uwa­żam, że po­wi­nie­neś być cier­pli­wy. Two­ja dru­ga ka­den­cja może się oka­zać bar­dziej efek­tyw­na.

Pre­zy­dent od­rzekł znie­cier­pli­wio­ny:

– He­len, wiesz rów­nie do­brze jak ja, że pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych ma wię­cej moż­li­wo­ści pod­czas pierw­szej ka­den­cji niż w trak­cie dru­giej.

– W więk­szo­ści wy­pad­ków jest to praw­da – od­par­ła He­len Du Pray. – Ale może uda nam się zor­ga­ni­zo­wać wów­czas inną Izbę Re­pre­zen­tan­tów. I po­zwól, że po­wiem coś we wła­snym in­te­re­sie. Jako wi­ce­pre­zy­dent, któ­ry za­li­czył jed­ną tyl­ko ka­den­cję, je­stem w dużo gor­szej sy­tu­acji, niż gdy­bym mia­ła za sobą aż dwie ka­den­cje. A two­je po­par­cie, jako pre­zy­den­ta po dwóch ka­den­cjach, by­ło­by cen­niej­sze niż jako pre­zy­den­ta, któ­ry dał się prze­gnać z urzę­du przez swój wła­sny de­mo­kra­tycz­ny Kon­gres.

Kie­dy za­bra­ła już swo­ją tecz­kę z do­ku­men­ta­mi i szy­ko­wa­ła się do wyj­ścia, Fran­cis Ken­ne­dy po­wie­dział:

– Nie mu­sisz wy­cho­dzić.

Du Pray ob­da­rzy­ła wszyst­kich swym słod­kim uśmie­chem.

– Je­stem pew­na, że twoi do­rad­cy będą mó­wić swo­bod­niej, kie­dy mnie tu nie bę­dzie – po­wie­dzia­ła i wy­szła z Żół­te­go Po­ko­ju Owal­ne­go.

Czte­rej męż­czyź­ni sie­dzą­cy wo­kół Ken­ne­dy’ego mil­cze­li. Byli jego naj­bliż­szy­mi współ­pra­cow­ni­ka­mi. Ken­ne­dy mia­no­wał ich oso­bi­ście i od­po­wia­dał tyl­ko przed nimi. Pre­zy­dent był czymś na kształt prze­dziw­ne­go cy­klo­pa z jed­nym mó­zgiem i czte­re­ma ra­mio­na­mi. To wła­śnie star­si do­rad­cy two­rzy­li owe czte­ry ra­mio­na. Byli rów­nież jego naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi i – od cza­su śmier­ci żony – jego je­dy­ną ro­dzi­ną.

He­len Du Pray za­mknę­ła za sobą drzwi. Zro­bi­ło się małe za­mie­sza­nie, gdyż męż­czyź­ni jęli po­rząd­ko­wać swo­je tecz­ki z pa­pie­ra­mi, a póź­niej się­gnę­li po her­ba­tę i ka­nap­ki. Szef szta­bu pre­zy­den­ta, Eu­ge­ne Daz­zy, rzu­cił od nie­chce­nia:

– He­len jest chy­ba naj­by­strzej­szą oso­bą z ca­łej tej na­szej gru­py.

Ken­ne­dy uśmiech­nął się do Daz­zy’ego, któ­ry zna­ny był ze swej sła­bo­ści do pięk­nych ko­biet.

– I co ty na to, Euge? – za­py­tał. – Czy uwa­żasz, że po­wi­nie­nem być cier­pliw­szy i wal­czyć o re­elek­cję?

Dzie­sięć lat wcze­śniej Eu­ge­ne Daz­zy był sze­fem ogrom­nej fir­my kom­pu­te­ro­wej. I wła­śnie wów­czas Fran­cis Ken­ne­dy po­ja­wił się na are­nie po­li­tycz­nej. Daz­zy był re­ki­nem, czło­wie­kiem, któ­ry po­tra­fił po­że­rać kon­ku­ren­cyj­ne fir­my, nie­mniej po­cho­dził z bied­nej ro­dzi­ny i za­cho­wał swe po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści, wy­ni­ka­ją­ce bar­dziej ze zmy­słu prak­tycz­ne­go niż z ro­man­tycz­ne­go ide­ali­zmu. Do­szedł do wnio­sku, że wiel­ki ka­pi­tał ma na­zbyt wie­le wła­dzy w Ame­ry­ce i że na dłuż­szą metę znisz­czy praw­dzi­wą de­mo­kra­cję. To­też kie­dy Fran­cis Ken­ne­dy wkro­czył na sce­nę po­li­tycz­ną pod sztan­da­rem praw­dzi­wej spo­łecz­nej de­mo­kra­cji, Daz­zy zor­ga­ni­zo­wał fi­nan­so­we po­par­cie, któ­re po­mo­gło Ken­ne­dy’emu wznieść się na sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta.

Był ro­słym, sym­pa­tycz­nym męż­czy­zną, któ­re­go wiel­ką za­le­tą była umie­jęt­ność ro­bie­nia so­bie wro­gów z lu­dzi, któ­rym pre­zy­dent od­mó­wił speł­nie­nia waż­nych ży­czeń i za­dość­uczy­nie­nia spe­cjal­nym proś­bom. Daz­zy po­chy­lił ły­sie­ją­cą gło­wę nad no­tat­ka­mi; krę­pa gór­na część jego cia­ła na­pi­na­ła ple­cy do­brze skro­jo­nej ma­ry­nar­ki.

– Dla­cze­góż by nie? – po­wie­dział swo­bod­nym to­nem. – Bę­dziesz miał miłą, acz nie­zbyt mą­drą pra­cę. Kon­gres bę­dzie ci mó­wił, co ro­bić, i nie bę­dzie się zga­dzał na to, co ze­chcesz, aby zo­sta­ło zro­bio­ne. Wszyst­ko po­zo­sta­nie bez zmian. Z wy­jąt­kiem po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej. Tu­taj mo­żesz mieć tro­chę za­ba­wy. Mo­żesz na­wet zro­bić coś do­bre­go. Spójrz­my na to w ten spo­sób. Na­sza ar­mia cier­pi na pięć­dzie­się­cio­pro­cen­to­wy nie­do­bór; tak do­brze wy­kształ­ci­li­śmy na­sze dzie­ci, że są te­raz zbyt spryt­ne, by móc być pa­trio­ta­mi. Mamy tech­no­lo­gię, ale nikt nie chce ku­po­wać na­szych to­wa­rów. Nasz bi­lans płat­no­ści przed­sta­wia się wprost bez­na­dziej­nie. Może tyl­ko iść w górę. Więc daj się po­now­nie wy­brać, od­pręż się tro­chę i baw się do­brze przez dal­sze czte­ry lata. No bo, do dia­bła, to cał­kiem nie­zła fu­cha, a pie­nią­dze na pew­no ci się przy­da­dzą. – Daz­zy uśmiech­nął się i po­ma­chał ręką, by dać mu do zro­zu­mie­nia, że co naj­mniej w po­ło­wie trak­tu­je całą tę rzecz jako żart.

Czte­rej męż­czyź­ni z gru­py do­rad­ców, mimo po­zor­nie nie­dba­łych póz, bacz­nie przy­glą­da­li się Ken­ne­dy’emu. Nikt z nich nie uznał, że Daz­zy zwra­ca się do pre­zy­den­ta bez na­le­ży­te­go sza­cun­ku; żar­to­bli­wość jego wy­po­wie­dzi sta­no­wi­ła bo­wiem część spo­so­bu by­cia, do ja­kie­go Ken­ne­dy za­chę­cał go w cią­gu mi­nio­nych trzech lat.

Ar­thur Wix, do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, gbu­ro­wa­ty męż­czy­zna o twa­rzy no­wo­jor­skie­go miesz­czu­cha – uro­dzo­ny z ojca Żyda i mat­ki Włosz­ki – po­tra­fił zdo­być się na zło­śli­wy dow­cip, lecz za­ra­zem onie­śmie­lał go tro­chę urząd i sama oso­ba pre­zy­den­ta.

Wix po­znał Ken­ne­dy’ego dzie­sięć lat wcze­śniej, kie­dy ten po raz pierw­szy kan­dy­do­wał do Se­na­tu. Był li­be­ra­łem ze Wschod­nie­go Wy­brze­ża, pro­fe­so­rem ety­ki i nauk po­li­tycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Był za­ra­zem bar­dzo bo­ga­tym czło­wie­kiem, oka­zu­ją­cym głę­bo­ką po­gar­dę dla pie­nię­dzy. Ich zna­jo­mość prze­ro­dzi­ła się w przy­jaźń, wy­ro­słą na obu­stron­nych ta­len­tach in­te­lek­tu­al­nych. Ken­ne­dy uwa­żał Ar­thu­ra Wixa za naj­in­te­li­gent­niej­sze­go męż­czy­znę, ja­kie­go tyl­ko zda­rzy­ło mu się spo­tkać w ży­ciu. A Wix uwa­żał Ken­ne­dy’ego za naj­mo­ral­niej­sze­go czło­wie­ka w świe­cie po­li­ty­ki. Nie było to – bo i nie mo­gło być – fun­da­men­tem go­rą­cej przy­jaź­ni; sta­no­wi­ło jed­nak­że pod­sta­wę związ­ku opar­te­go na wza­jem­nym za­ufa­niu.

Bę­dąc do­rad­cą do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, Wix uwa­żał, że jego obo­wiąz­ki wy­ma­ga­ją od nie­go po­waż­niej­sze­go tonu niż ten, na jaki mo­gli so­bie po­zwo­lić inni. Prze­ma­wiał spo­koj­nym to­nem, w któ­rym wciąż jesz­cze po­brzmie­wał no­wo­jor­ski ak­cent.

– Euge – po­wie­dział, wska­zu­jąc na Daz­zy’ego – mó­wił to wpraw­dzie żar­tem, nie­mniej jed­nak fak­tem jest, że mógł­byś od­dać w ten spo­sób cen­ną przy­słu­gę po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej na­sze­go kra­ju. Mamy znacz­nie więk­sze moż­li­wo­ści na­ci­sku, niż to się może wy­da­wać Eu­ro­pie czy Azji. Uwa­żam, że to ko­niecz­ne, abyś ubie­gał się o po­now­ny wy­bór. Co­kol­wiek by rzec, w po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych po­sia­da wła­dzę rów­ną mo­nar­sze.

Ken­ne­dy zwró­cił się do męż­czy­zny sie­dzą­ce­go po jego le­wej stro­nie. Od­dblo­od „Otto” Gray był naj­młod­szy w jego ze­spo­le do­rad­ców – za­le­d­wie dzie­sięć lat temu ukoń­czył col­le­ge. Uwol­nił się od wpły­wów skraj­nie le­wi­co­wych ide­olo­gii dzię­ki Ha­rvar­do­wi i sty­pen­dium Rho­de­sa. Wy­so­ki, im­po­nu­ją­cy męż­czy­zna, był w cza­sach uni­wer­sy­tec­kich zna­ko­mi­tym na­ukow­cem i pierw­szo­rzęd­nym mów­cą. Ken­ne­dy do­strzegł w nim czło­wie­ka o wro­dzo­nej kur­tu­azji i do­głęb­nym wy­czu­ciu dy­plo­ma­cji, ko­goś, kto po­tra­fi na­rzu­cać swo­ją wolę in­nym, nie sto­su­jąc za­ra­zem gróźb. Póź­niej, już w trak­cie groź­nej sy­tu­acji w No­wym Jor­ku, Ken­ne­dy zy­skał so­bie po­dziw i za­ufa­nie Graya. Ken­ne­dy wy­ko­rzy­stał bo­wiem wów­czas dla roz­ła­do­wa­nia na­pięć swe nad­zwy­czaj­ne umie­jęt­no­ści praw­ni­cze, swo­ją in­te­li­gen­cję i urok oso­bi­sty, a nad­to oczy­wi­sty brak ja­kich­kol­wiek prze­są­dów ra­so­wych, zy­sku­jąc w ten spo­sób po­dziw obu skłó­co­nych stron.

Po­cząw­szy od tam­tych chwil, Od­dblo­od Gray wspie­rał Ken­ne­dy’ego w ka­rie­rze po­li­tycz­nej i na­ma­wiał go, by ubie­gał się o urząd pre­zy­den­ta. Ken­ne­dy po­wo­łał Graya do swe­go ze­spo­łu na sta­no­wi­sko łącz­ni­ka z Kon­gre­sem, czy­niąc zeń czło­wie­ka zdol­ne­go w ra­zie po­trze­by prze­for­so­wać pro­jek­ty ustaw pre­zy­den­ta. Mło­dzień­czy ide­alizm Graya zma­gał się wów­czas z jego wro­dzo­nym ge­niu­szem po­li­tycz­nym. I w koń­cu, rzecz oczy­wi­sta, ide­alizm ów za­czął po­no­sić klę­ski, po­nie­waż Gray był po pro­stu zna­ko­mi­cie zo­rien­to­wa­ny, w jaki spo­sób po­wi­nien dzia­łać rząd, w ja­kich sy­tu­acjach moż­na sto­so­wać pre­sję, kie­dy wy­pa­da użyć bru­tal­nej prze­mo­cy, kie­dy na­le­ży zwol­nić tem­po od­dzia­ły­wań, a kie­dy – naj­zwy­czaj­niej – trze­ba wy­co­fać się z wdzię­kiem.

– Otto – za­py­tał Ken­ne­dy. – Jak ty oce­niasz sy­tu­ację?

– Po­wi­nie­neś to wszyst­ko rzu­cić – stwier­dził Gray. – Bo po pro­stu prze­gry­wasz. – Ken­ne­dy uśmiech­nął się, a po­zo­sta­li męż­czyź­ni od­po­wie­dzie­li mu uśmie­cha­mi. – Chcesz wie­dzieć, co o tym my­ślę? – cią­gnął Gray. – Otóż zga­dzam się z Daz­zym. Kon­gres ma cię głę­bo­ko w du­pie, a w na­gro­dę za usil­ną pra­cę zbie­rasz same kop­nia­ki. Prze­róż­ne lob­by i wiel­ki biz­nes zdo­ła­ły już daw­no zdu­sić wszyst­kie two­je pro­gra­my. Na­to­miast lu­dzie pra­cy i in­te­lek­tu­ali­ści są zda­nia, że ich zdra­dzi­łeś. Pro­wa­dzisz tego wiel­kie­go za­faj­da­ne­go ca­dil­la­ca, ja­kim jest nasz kraj, nie wie­dząc na­wet o tym, że układ kie­row­ni­czy jest zu­peł­nie spie­przo­ny. A ty byś jesz­cze chciał dać każ­de­mu za­sra­ne­mu wa­ria­to­wi w tym kra­ju do­dat­ko­wą szan­sę, te dal­sze czte­ry lata, aże­by każ­dy, kto tyl­ko chce, mógł cię wy­gwiz­dać i zgno­ić? Mó­wię ci, wy­no­śmy się stąd wszy­scy, do cięż­kiej cho­le­ry!

Ken­ne­dy ro­bił wra­że­nie za­chwy­co­ne­go. Po­cią­głe, ir­landz­kie rysy jego przy­stoj­nej twa­rzy roz­ja­śnił uśmiech, a nie­bie­skie oczy roz­bły­sły ra­do­śnie.

– To bar­dzo za­baw­ne – stwier­dził. – Ale bądź­my po­waż­ni. – Wie­dział, że pró­bu­ją go na­kło­nić, aby znów ubie­gał się o fo­tel pre­zy­denc­ki, od­wo­łu­jąc się przy tym do jego wro­dzo­nej dumy. Ża­den z nich nie chciał opu­ścić owe­go cen­trum wła­dzy, ja­kim jest Wa­szyng­ton oraz Bia­ły Dom. Le­piej już wszak być lwem po­zba­wio­nym pa­zu­rów niż prze­stać nim być w ogó­le. – Więc chce­cie, że­bym ubie­gał się o po­now­ny wy­bór? – cią­gnął. – Ale w ja­kim celu?

Otto Gray oświad­czył:

– Ja­sne, że chcę, że­byś się o to ubie­gał. Pod­ją­łem pra­cę u cie­bie, po­nie­waż pro­si­łeś mnie, że­bym do­po­mógł swo­im lu­dziom. Wie­rzy­łem w cie­bie i nadal wie­rzę. Po­mo­gli­śmy i mo­że­my po­móc jesz­cze w nie­jed­nej spra­wie. Zo­sta­ło nam bar­dzo wie­le rze­czy do zro­bie­nia. Bo­ga­ci się bo­ga­cą, bied­ni ubo­że­ją i tyl­ko ty mógł­byś to ja­koś zmie­nić. Nie wy­co­fuj się więc z wal­ki wła­śnie te­raz.

– Ale jak, u dia­bła, mógł­bym w niej zwy­cię­żyć? Kon­gres znaj­du­je się pod kon­tro­lą Klu­bu So­kra­te­sa! – po­wie­dział Ken­ne­dy.

Gray ob­rzu­cił swe­go sze­fa spoj­rze­niem peł­nym za­cie­kło­ści i siły, ja­kie spo­tkać moż­na je­dy­nie u lu­dzi mło­dych.

– Nie wol­no nam tak my­śleć. Po­myśl, ile wy­gra­li­śmy mimo tak wie­lu po­twor­nych prze­ciw­no­ści. I znów mo­że­my wy­gry­wać. A je­śli na­wet nie wy­gra­my, cóż może być waż­niej­sze od pod­ję­cia pró­by?

Przez chwi­lę w po­ko­ju pa­no­wa­ła ci­sza, tak jak­by wszy­scy jed­no­cze­śnie uświa­do­mi­li so­bie mil­cze­nie jed­ne­go ze współ­o­bec­nych, któ­ry miał tu naj­więk­szy wpływ na Fran­ci­sa Ken­ne­dy’ego. Szło o Chri­stia­na Klee. Więc wszyst­kie oczy sku­pi­ły się te­raz na nim. Klee da­rzył Ken­ne­dy’ego swo­istą na­boż­ną czcią, choć ską­di­nąd byli bli­ski­mi przy­ja­ciół­mi. Ken­ne­dy’ego za­wsze to dzi­wi­ło, po­nie­waż Klee, ce­nią­cy so­bie od­wa­gę i mę­stwo, do­brze wie­dział, iż Ken­ne­dy lęka się za­ma­chu na swo­je ży­cie. To wła­śnie Chri­stian bła­gał Fran­ci­sa, aby ubie­gał się o wy­bór na pre­zy­den­ta, i gwa­ran­to­wał mu bez­pie­czeń­stwo oso­bi­ste, je­że­li tyl­ko ów mia­nu­je go pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym, a tak­że sze­fem FBI i Se­cret Se­rvi­ce. Te­raz więc kon­tro­lo­wał fak­tycz­nie cały we­wnętrz­ny sys­tem bez­pie­czeń­stwa Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale Ken­ne­dy uiścił za to sło­ną cenę po­li­tycz­ną. Mu­siał od­stą­pić Kon­gre­so­wi pra­wo mia­no­wa­nia dwóch sę­dziów Sądu Naj­wyż­sze­go i ob­sa­dze­nia am­ba­sa­dy w Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Ken­ne­dy wbił wzrok w Chri­stia­na i Klee w koń­cu prze­mó­wił.

– Wiesz, co naj­bar­dziej mar­twi lu­dzi w tym kra­ju? Bo gów­no ich w grun­cie rze­czy ob­cho­dzą sto­sun­ki mię­dzy­na­ro­do­we. Gów­no ich ob­cho­dzi eko­no­mia. Nie dba­ją o to, czy zie­mia wy­schnie jak ro­dzy­nek. W du­żych i ma­łych mia­stach mar­twią się tym, że nie mogą wie­czo­ra­mi cho­dzić bez­piecz­nie po uli­cach. Że nie mogą spo­koj­nie spać w swo­ich wła­snych łóż­kach, nie trzę­sąc się ze stra­chu przed wła­my­wa­cza­mi i mor­der­ca­mi. Ży­je­my w sta­nie anar­chii. Rząd nie wy­peł­nia swych zo­bo­wią­zań wy­ni­ka­ją­cych z umo­wy spo­łecz­nej i nie ota­cza ochro­ną każ­de­go oby­wa­te­la. Ko­bie­ty żyją w cią­głym stra­chu, że mogą zo­stać zgwał­co­ne, na­to­miast męż­czyź­ni boją się, że pad­ną ofia­rą mor­du. Wpa­da­my w ot­chłań ma­ra­zmu i ze­zwie­rzę­ce­nia. Bo­ga­ci nisz­czą ubo­gich, a prze­stęp­cy gra­bią kla­sę niż­szą i śred­nią. A ty, Fran­ci­sie, je­steś je­dy­nym, któ­ry po­tra­fi wy­dźwi­gnąć nas na wyż­szy po­ziom. Wie­rzę w to, wie­rzę, że po­tra­fisz ura­to­wać ten kraj. Dla­te­go przy­stą­pi­łem do współ­pra­cy z tobą. A ty te­raz chcesz nas po­rzu­cić. – Klee prze­rwał na chwi­lę. – Mu­sisz spró­bo­wać jesz­cze raz, Fran­ci­sie. Tyl­ko przez na­stęp­ne czte­ry lata.

Pre­zy­dent Ken­ne­dy był wzru­szo­ny. Stwier­dził, że ci czte­rej męż­czyź­ni wciąż jesz­cze w nie­go wie­rzą. Poza tym coś pod­po­wia­da­ło mu, że prze­cież to on sam zmu­sił ich w ja­kiś spo­sób, by ujaw­ni­li swo­je prze­ko­na­nia; skło­nił ich, aże­by po­twier­dzi­li swo­ją wia­rę w nie­go, i spra­wił, że po­czu­li się od­po­wie­dzial­ni w rów­nym stop­niu co i on. Uśmiech­nął się do nich z praw­dzi­wą sa­tys­fak­cją.

– Prze­my­ślę to jesz­cze – po­wie­dział. Zro­zu­mie­li jego sło­wa jako sy­gnał do odej­ścia i wszy­scy, z wy­jąt­kiem Chri­stia­na Klee, opu­ści­li po­kój.

– Czy The­re­sa zja­wi się w domu na świę­ta? – rzu­cił od nie­chce­nia Chri­stian.

Ken­ne­dy wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Jest te­raz w Rzy­mie, wraz ze swo­im no­wym przy­ja­cie­lem. Przy­le­ci w sa­mą­Nie­dzie­lę Wiel­ka­noc­ną. Jak zwy­kle. Po­czy­tu­je so­bie za punkt ho­no­ru igno­ro­wa­nie wszel­kich świąt re­li­gij­nych.

– Cie­szę się, że stam­tąd wy­jeż­dża – po­wie­dział Chri­stian. – Na­praw­dę, nie spo­sób jej chro­nić w Eu­ro­pie. Uwa­ża, że może tam ro­bić, co jej się żyw­nie po­do­ba, a tu­taj nikt nie bę­dzie nic o tym wie­dział. – Prze­rwał na chwi­lę. – Je­że­li bę­dziesz się ubie­gał o po­now­ny wy­bór, mu­sisz ukryć gdzieś swo­ją cór­kę albo też wy­rzec się jej na za­wsze.

– Nie mogę. Je­że­li się zde­cy­du­ję sta­nąć do wy­bo­rów, będę prze­cież po­trze­bo­wał gło­sów ra­dy­kal­nych fe­mi­ni­stek.

Chri­stian ro­ze­śmiał się.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział. – No a te­raz à pro­pos przy­ję­cia uro­dzi­no­we­go dla Wy­rocz­ni. On rze­czy­wi­ście my­śli o tym z utę­sk­nie­niem.

– Nie martw się – od­rzekł Ken­ne­dy. – Bę­dzie miał peł­ną ob­słu­gę. Na Boga, ma już sto lat, a nadal jesz­cze ma­rzą mu się przy­ję­cia uro­dzi­no­we!

– Był i w dal­szym cią­gu jest wiel­kim czło­wie­kiem – oświad­czył Chri­stian.

Ken­ne­dy rzu­cił mu ostre spoj­rze­nie.

– Za­wsze lu­bi­łeś go bar­dziej niż ja. Miał swo­je nie­do­cią­gnię­cia i po­peł­niał błę­dy.

– Ja­sne – od­parł Chri­stian. – Ale nig­dy nie wi­dzia­łem, żeby ktoś le­piej umiał kształ­to­wać wła­sne ży­cie. – Za­milkł na chwi­lę. – Jem z nim dziś wie­czo­rem obiad, więc po­wiem mu po pro­stu, że przy­ję­cie się od­bę­dzie.

Ken­ne­dy uśmiech­nął się bla­do.

– Mo­żesz mu to śmia­ło po­wie­dzieć – stwier­dził.

Pod ko­niec dnia Ken­ne­dy pod­pi­sał parę do­ku­men­tów w Ga­bi­ne­cie Owal­nym, a po­tem usiadł przy biur­ku i spo­glą­dał przez okno. Wi­dział wierz­choł­ki bram wio­dą­cych na te­re­ny Bia­łe­go Domu, czar­ne że­la­zne kra­ty za­koń­czo­ne bia­ły­mi kol­ca­mi pod prą­dem. Jak za­wsze czuł się nie­swo­jo, my­śląc o bli­sko­ści ulic i tłu­mów lu­dzi, cho­ciaż wie­dział, że ta po­zor­na ła­twość ata­ku jest tyl­ko ilu­zją. Był bar­dzo do­brze chro­nio­ny. Aż sie­dem ochron­nych stref strze­gło Bia­łe­go Domu. W pro­mie­niu dwóch mil na da­chach i w miesz­ka­niach oko­licz­nych bu­dyn­ków znaj­do­wa­ły się gru­py lu­dzi z ob­sta­wy. Wszyst­kie uli­ce pro­wa­dzą­ce do Bia­łe­go Domu mia­ły swe punk­ty do­wo­dze­nia, wy­po­sa­żo­ne w szyb­ko­strzel­ną broń ma­szy­no­wą. Tu­ry­ści, któ­rzy ca­ły­mi set­ka­mi przy­cho­dzi­li tu co rano zwie­dzać par­ter Bia­łe­go Domu, pil­no­wa­ni byli przez agen­tów Se­cret Se­rvi­ce, krą­żą­cych bez prze­rwy w tłu­mie i bio­rą­cych udział w przy­god­nych roz­mo­wach. Każ­dy cal te­re­nu Bia­łe­go Domu, przy­najm­niej w jego czę­ści udo­stęp­nio­nej do zwie­dza­nia i od­dzie­lo­nej li­nia­mi, ob­ję­ty był za­się­giem ka­mer te­le­wi­zyj­nych i spe­cjal­nych urzą­dzeń na­słu­cho­wych, któ­re mo­gły wy­chwy­cić na­wet ści­szo­ne szep­ty. Uzbro­je­ni straż­ni­cy sie­dzie­li przy spe­cjal­nych biur­kach, któ­re w ra­zie po­trze­by mo­gły słu­żyć jako ba­ry­ka­dy, blo­ku­ją­ce każ­dy za­kręt ko­ry­ta­rza. W po­rze na­pły­wu tu­ry­stów Ken­ne­dy za­wsze prze­by­wał na no­wym, spe­cjal­nie do­bu­do­wa­nym czwar­tym pię­trze, któ­re słu­ży­ło mu jako pry­wat­ne miesz­ka­nie. Miesz­ka­nie chro­nio­ne przez spe­cjal­nie wzmoc­nio­ne drzwi, ścia­ny i su­fi­ty.

I te­raz, sie­dząc w słyn­nym Ga­bi­ne­cie Owal­nym, z któ­re­go rzad­ko ko­rzy­stał – chy­ba że pod­pi­sy­wał ofi­cjal­ne do­ku­men­ty w trak­cie spe­cjal­nych uro­czy­sto­ści – Fran­cis Ken­ne­dy od­prę­żył się nie­co, roz­ko­szu­jąc się jed­ną z owych nie­wie­lu mi­nut, kie­dy był cał­ko­wi­cie sam. Z pod­staw­ki na biur­ku wziął dłu­gie, cien­kie ku­bań­skie cy­ga­ro, wy­czu­wa­jąc opusz­ka­mi pal­ców chro­po­wa­tość li­ścia­stej osłon­ki. Od­ciął ko­niu­szek, za­pa­lił je z na­masz­cze­niem, wcią­gnął pierw­szy haust aro­ma­tycz­ne­go dymu i spoj­rzał przez ku­lo­od­por­ne okno. Wi­dział sie­bie jako dziec­ko, idą­ce po­przez ogrom­ny traw­nik od stro­ny po­ma­lo­wa­nej na bia­ło war­tow­ni, by po­tem ru­szyć bie­giem na po­wi­ta­nie swo­ich dwóch stry­jów, Jac­ka i Ro­ber­ta. Jak­że bar­dzo ich ko­chał! Stryj Jack, taki jak­by dzie­cin­ny i pe­łen so­bie tyl­ko wła­ści­we­go uro­ku, lecz za­ra­zem taki po­tęż­ny i krzep­ki, że aż od­no­si­ło się nie­kie­dy wra­że­nie, iż nie­win­ne dziec­ko by­ło­by w sta­nie spra­wo­wać wła­dzę nad świa­tem. I stryj Ro­bert, z jed­nej stro­ny za­wsze taki po­waż­ny i uro­czy­sty, lecz z dru­giej – nie­zwy­kle ła­god­ny i skłon­ny do żar­tów. W tym miej­scu Fran­cis Ken­ne­dy za­du­mał się na chwi­lę. Ach nie, na­zy­wa­li­śmy go prze­cież stry­jem Bob­bym, nie stry­jem Ro­ber­tem. Cho­ciaż może cza­sa­mi? Nie mógł so­bie przy­po­mnieć.

Za to pa­mię­tał ów dzień, sprzed po­nad czter­dzie­stu lat, kie­dy pę­dził przed sie­bie tym oto traw­ni­kiem, pra­gnąc co prę­dzej przy­wi­tać swych stry­jów. Pa­mię­tał rów­nież, iż ci uję­li go za ręce i dźwi­gnę­li do góry, tak że w cza­sie dal­szej dro­gi do Bia­łe­go Domu jego sto­py ani na mo­ment nie do­tknę­ły zie­mi.

Lecz oto te­raz przy­szło mu za­jąć ich miej­sce. Ich nie­gdy­siej­sza po­tę­ga i moc, któ­ra tak bar­dzo za­dzi­wia­ła go w dzie­ciń­stwie, sta­ła się jego udzia­łem. Szko­da, że pa­mięć ludz­ka, któ­ra umie przy­wo­łać wspo­mnie­nie pięk­na, po­tra­fi rów­nież oży­wić bez­miar bólu i ogrom roz­cza­ro­wań. Nie, nie chciał te­raz zgłę­biać przy­czy­ny ich śmier­ci.

W ów Wiel­ki Pią­tek Fran­cis Xa­vier Ken­ne­dy nie spo­dzie­wał się na­wet, jak prze­ogrom­ne zmia­ny wy­wo­ła fakt, iż oto w Rzy­mie przy­stą­pi­ło do urze­czy­wist­nie­nia swych pla­nów dwóch wła­ści­wie nic nie­zna­czą­cych re­wo­lu­cjo­ni­stów.