Czwarte życie - Ludwik Loren - ebook + książka

Czwarte życie ebook

Ludwik Loren

0,0

Opis

Czwarte życie, debiutancka powieść Ludwika Lorena, to rozgrywająca się na przełomie XIX i XX wieku historia o wielkich nadziejach, wielkich ideach, wielkich pieniądzach… i rzuconych pomiędzy to wszystko całkiem małych ludziach

Spotkanie, do którego nigdy nie powinno było dojść, prowadzi do umowy, której nigdy nie należało zawierać. Nowe możliwości oznaczają nowe wyzwania, nowe wyzwania zaś – powodzenie, ale i zobowiązania, którym niełatwo będzie sprostać. A kiedy kobieta z przyszłością i mężczyzna z przeszłością spotykają się w teraźniejszości, mgliste plany i przemilczane wspomnienia wyznaczają niejasną granicę zaufania, której przekroczenie może skończyć się rozlewem krwi.
Wszystko to – i znacznie więcej – zatopione w baśniowej atmosferze położonego nad oceanem miasta, które miało stać się pierwszą urzeczywistnioną utopią, ale skończyło jako kolejny nieudany raj na ziemi przypominający jego twórcom, co ludzka natura potrafi zrobić z wzniosłymi ideami.
Za kulisami tego przedstawienia kryje się jednak ktoś jeszcze. Ktoś, kto niezauważenie pociąga za sznurki i szampańsko się przy tym bawi.
Ktoś… albo coś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 750

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © by Ludwik Loren 2018All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja i korekta: Ewa Kaleta

Korekta: Adriana Rak

Projekt okładki: Wydawnictwo WasPos

Skład i łamanie: Wydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN978-83-66070-42-4

Wydawnictwo [email protected] www.waspos.plWydrukowano w Totem.com.pl

Wszystkim tym współlokatorom,którzy pewnego dnia niepostrzeżenieprzeistoczyli się w przyjaciół.

I

Pierwsze automaty biletowe Wydział Komunikacji Miasta Atlantis zainstalował wtramwajach jakieś trzy, może cztery lata wcześniej. Akierowców nie było już od... sam nie wiem. Co prawda pamiętam, że gdy za dzieciaka jeździłem dwie przecznice na północ od domu (zazwyczaj na gapę), drzwi tramwaju nie otwierały się jeszcze automatycznie. Za każdym razem podstarzały tramwajarz musiał podnieść się zfotela iwpuścić mnie dośrodka.

Mimo że dla tego łysego już weterana transportu szynowego był to zauważalny wysiłek, mężczyzna, widząc stojące na przystanku dzieci, zawsze uśmiechał się ciepło iwitał nassłowami:

– Wskakuj na pokład, marynarzu!

Jeżeli miałeś dziesięć czy dwanaście lat ina pierwszy rzut oka wyglądałeś na biednego obdartusa zDzielnicy Portowej, mogłeś być pewien, że stary nie zapyta cię obilet. Mrugał tylko porozumiewawczo iwracał do swojej małejkabiny.

Razem zinnymi dzieciakami wyobrażaliśmy sobie, że na długo zanim siadł za sterami tramwajowej „dwudziestki siódemki”, zajmował się jakąś bardziej interesującą robotą. Niektórzy mówili, że mógł być piratem albo wielorybnikiem. Inni, że pracował przy budowie parowców, amiłość do morza na zawsze została mu we krwi – stąd te dziwaczne powitania. Najdalej wswoich teoriach wypuszczał się Mario, ten, który wwieku szesnastu lat zawisł potem na Placu Gottarda za kradzież zwłamaniem. Obstawiał, że to poszukiwany przemytnik alkoholu ukrywający się tymczasowo jako tramwajarz, żeby zgubićtrop.

Najlepsze, że dziś, gdy myślę otym wiecznie uśmiechniętym staruszku (a jak możesz się domyślić, chłopcze, czas na rozmyślania to jedna zniewielu rzeczy, której mam ostatnio wnadmiarze), zaczynam sądzić, że nie był żadnym marynarzem, żeglarzem czy nawet przybrzeżnym rybakiem. Myślę, że był – tylko iaż – prostym człowiekiem zmisją nieszkodzenia drugiemu. Takim, jakich tysiące otulone wgrube płaszcze codzienności przewijają się po cichu przez naszeżycia.

Ale przede wszystkim – był człowiekiem (z misją czy bez misji), jak setki innych kierowców. Niedługo później te setki zmieniły się wdziesiątki, aż wkońcu podzieliły los dinozaurów iuczciwych księgowych, kiedy dzielnica po dzielnicy rozrastał się System Centralnej Kontroli Transportu. Na ulice wyjechały automatyczne i, wyłącznie zzałożenia, bezwypadkowe szynobusy. Szynobusy Baptiste’a, oczywiście. Wszystko wtym mieście cudów musiało być firmowane jegonazwiskiem.

Podobno wWydziale Komunikacji stoi gigantyczna makieta przedstawiająca całe Atlantis. Stamtąd kieruje się ruchem. Jak kolejką wąskotorową, którą kupujesz pod choinkę „synowi”, kiedy dorośniesz na tyle, byś znów chciał bawić się jak dziecko. Tyle że tamta kolejka jest odrobinę bardziej skomplikowana, wymaga obsługi całej armii pracowników idyryguje przewozem tysięcypasażerów.

Nie, nigdy jej nie widziałem. Dawno temu ktoś... Alicja mi otymopowiadała.

Wsiadasz, jedziesz, wysiadasz. Czysta automatyzacja, dążenie do perfekcji iprofesjonalizmu. Jakoś tak to reklamowali. Kierowców zastąpili, zapewne tańsi wutrzymaniu, konduktorzy, co jest jedynie eleganckim eufemizmem dla kasjerów-ochroniarzy. Sprzedawali bilety, pilnowali porządku, aco niektórzy to imoralności społecznej idbali, by margines społeczny pozostał tam, gdzie jego miejsce. Nigdy nie dowiedziałem się, gdzie konkretnie się to miejsce znajduje, ale jedno wiem na pewno – nie wewnątrztramwaju.

W ten sposób kręciło się to przez kilka dekad, dopóki Laboratoria Baptiste’a nie wypluły zsiebie pierwszych biletomatów. Małe skrzynki, które miały zastąpić konduktorów iodciążyć budżet Ratusza, paradoksalnie (i na pewno wbrew woli ich twórcy) okazały się zbawieniem warstwnajuboższych.

Ci wszyscy niewidzialni ludzie, których wyciągnięte ręce mijasz bez słowa wDzielnicy Portowej albo przy wejściu na Wzgórza Fabryczne, zaczęli przejmować tramwaje. Chociaż klimat wAtlantis jest więcej niż ciepły, noce naprawdę potrafią dać się we znaki. Sam znałem kilku bezdomnych, którzy przypłacili to życiem. Nie mówię, że zamarzli. To nie wtej części świata. Raczej wpisywali się wschemat: zimno iniedożywienie, osłabienie organizmu, gruźlica lub zapaleniepłuc.

I krzyżyk nadrogę.

Oczywiście nadal kontrolowano bilety, nadal pilnowano porządku. Powstały grupy inspekcyjne, które wybiórczo sprawdzały pasażerów poszczególnych szynobusów. Oczywiście zdarzało się, że wyrzucali bezdomnych na ulicę (miejsce marginesu społecznego itak dalej), ale zazwyczaj – gra warta była ryzyka. Trzeba było wiedzieć, gdzie można jeździć, aktórych rejonów miasta raczej unikać. Wpołudnie na śródmiejskich Złotych Alejach nie przeżyłbym pięciu minut, ale wieczorem wPortowej mogłem prawie bez obaw chłonąć tramwajowe ciepło ipełne pogardy spojrzeniawspółpasażerów.

Podobno Sokrates też nie był szczególnym entuzjastą higieny, więc wsumie ija mogę pozwolić sobie na odrobinę filozofii... Bo widzisz, chłopcze, to jest straszne wludzkiej naturze, ale jesteśmy obrzydliwymi estetami. Prędzej wybaczymy dobrze ubranemu, przystojnemu trzydziestolatkowi wyprowadzenie zbudżetu piętnastu milionów niż zwykłemu bezdomnemu to, żeśmierdzi.

Każdy znas, patrząc wlustro, usiłuje wmówić sobie, że jest dobrym człowiekiem. Bez tego nasza równowaga psychiczna leci na pysk. Więc gdy ktoś kradnie miliony, na które my, podatnicy, składaliśmy się chwalebnie, jest tym złym, amy – tymi dobrymi, pokrzywdzonymi. Bezczynność nas uszlachetnia. Zawsze wygodniej byćofiarą.

Kiedy jednak biedak, żebrak czy kaleka narusza swoją obecnością naszą prywatną przestrzeń, czujemy złość iirytację. O, nie patrz tak na mnie... Wiem, oczy mówię. Widziałem te zniesmaczone twarze tysiącerazy.

Nawet jeśli onic nas nie prosi, stanowi chodzący dowód naszego egoizmu ihipokryzji. Przez niego nie możemy już narzekać, jakie życie jest ciężkie. Trudniej powiedzieć sobie, że jestem dobrym człowiekiem, jeśli parę godzin wcześniej nie dałem kilku koron brudnemu, chudemu dziecku, mimo że wportfelu miałem dużo więcej. Co ztego, że mnie też są potrzebne. Zaprogramowano nam sumienie ibardzo nie lubimy, gdy osobie przypomina. Wtym przypadku bierność nas upadla. Aprzecież niczego nie kochamy bardziej niżbierności.

Tego dnia, czy raczej tego wieczora, kiedy zaczyna się moja historia, jechałem odrapaną „siódemką” na południe, wkierunku centrum (wiedziałem, że jeśli wŚródmieściu nie wysiądę pod biblioteką, najprawdopodobniej skończę zpotłuczonymi żebrami). Jeździłem tak wkółko, przystanek Szkocka Stocznia, Biblioteka iz powrotem. Zbliżała się cholernie zimnanoc.

Byłem już wtedy niemal całkiem siwy, ale skrzętnie ukrywałem ten fakt pod warstwą brudu itłuszczu na moich, bądź co bądź, długich włosach. Niekoniecznie celowo. Oczywiście ostatni raz goliłem się mniej więcej wokresie, kiedy Turcy szturmowali Konstantynopol, przez co zapomniałem już trochę, jakie konkretnie mam rysytwarzy.

I tu warto przy okazji nadmienić, że Matka Natura wykazała się wmoim przypadku albo niezdarnością, albo kiepskim poczuciem humoru, bo mimo że przekroczyłem już pięćdziesiątkę, nadal na policzkach miałem kilka fragmentów, na których nie uświadczyłbyś jednego włosa. Wtedy mnie to oczywiście nie obchodziło wnajmniejszym nawet stopniu, później (w nowym, czwartym życiu) nagle strasznie zaczęłoprzeszkadzać.

Ubrany byłem wjakieś łachmany. Jakie? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Swoją drogą, spróbuj sobie przypomnieć bezdomnego, którego ostatnio spotkałeś. Pamiętasz, wco dokładnie był ubrany? Pewnie nie, więc nie wymagaj tego ode mnie, chłopcze, zwłaszcza po tylulatach.

Krótko mówiąc, wyglądałem jak kloszard. To porównanie zazwyczaj ma większy wydźwięk, kiedy jest na wyrost lub gdy do kogoś to określenie zupełnie nie pasuje. Ale jeśli omnie chodzi, po prostu byłem kloszardem. Od dobrych dwudziestu lat. Wtamtym okresie sięgnąłem dna i... awłaśnie... śmierdziałem wtedy jak szumnie nazywany rzeką ściek przepływający przez okolice Wzgórz Fabrycznych. Serio, jeśli przesadzam, to raczej na niekorzyśćścieku.

Siadłem, jak zawsze zresztą, na samym końcu. Rzadko kiedy zapach roznosił się po całym wagonie, zazwyczaj docierał gdzieś do połowy, więc wrażliwi mogli komfortowo stłoczyć się wprzedniejczęści.

Nie boję się zrażać do siebie ludzi – Alicja lubiła to powtarzać – ale tylko, jeśli jest takapotrzeba.

Wtedy niebyło.

Kiedy zamknęły się drzwi, pasażerowie siedzący najbliżej, jeden po drugim, zaczęli mocniej pociągać nosem irozglądać się niespokojnie. Zkażdą chwilą coraz mniej subtelnie, aż wkońcu przechodzili do wiercenia się na siedzeniach. Jak zwykle. Większość szybko zlokalizowała problem izaczęła się nerwowa wymiana spojrzeń. Jak zwykle. Niejeden toczył zsamym sobą dyskusję ożyciowe priorytety. Co jest ważniejsze? Miejsce siedzące czy świeże powietrze? Jakzwykle.

I nagle jest! Mamy zwycięzcę! Na oko trzydziestoparoletni mężczyzna znadwagą, nawet, powiedziałbym, grubasek wstał inie patrząc na mnie, przeniósł się na czoło wagonu. Następni posypali się jak kostki domina. Oczywiście nie tak od razu. Wodstępach dziesięcio, piętnastosekundowych. Jak zwykle. Ależ my kochamy zachowywaćpozory.

Po chwili „moja” część wagonu była już pusta. No dobra, nie do końca pusta. Jeden mężczyzna siedzący do mnie tyłem cały czas nieruchomo patrzył przez okno na niemrawo przepływające za szybą szyldy mijanych szynków, knajp izajazdów, których zawsze pełno tam, gdzie prawdziwi mężczyźni ciężko pracują na utrzymanie rodziny. Popyt napędza podaż – to najstarsze prawo handlu, urbanistyki ipolitycznychprzemówień.

Może patrząc na mijany za oknem portowy krajobraz, zastanawiał się, dlaczego biedni rodzą się ipozostają biedni. Może siedząc tam samotnie, ostatni sprawiedliwy, udzielał pozostałym lekcji otym, że człowiek przegrany (w domyśle – ja), nadal pozostaje człowiekiem. Amoże zupełnie nie zwracał na mnie uwagi, bo zamiast patrzeć na to, co rzeczywiście było za oknem czy też wokół niego samego, rozmyślał nad schadzką, zktórej właśnie wracał, po raz dziesiąty rozgrywając rozmowę, którą należało przeprowadzić odrobinę inaczej, delikatniej albo zabawniej. Niewiem.

Czy raczej – wtedy niewiedziałem.

Niestety, nie miałem szansy dogłębnie się nad tym zastanowić, bo kiedy tylko otworzyły się drzwi tramwaju, moja uwaga jak elektryczne wyładowanie przeskoczyła zpozbawionego węchu jegomościa na trzech wsiadających właśnie mężczyzn. Idę ozakład, że zdjęcie przynajmniej jednego znich widniało wEncyklopedii Baptiste’a obok wyrażenia „tęgi chłop”. Zresztą, pozostali dwaj byli raczej podobnejpostury.

Drzwi się zamknęły, aoni, cała trójka równocześnie, spojrzeli na mnie. Dokładnie wtej kolejności, nie odwrotnie. Gdybym zdążył rozpoznać zagrożenie, póki staliśmy jeszcze na przystanku, prawdopodobnie ewakuowałbym się, jak często mówi Kodeks Postępowania Administracyjnego, „bez zbędnej zwłoki”. Amoje życie potoczyłoby się zupełnieinaczej.

Ale potoczyło się tak, jak siępotoczyło.

Kiedy napotkałem wzrokiem spojrzenie ponad stukilowego robotnika ztartaku Yeatesa (tak przypuszczam, wkońcu właśnie go mijaliśmy) wobec wszystkich zagadek wszechświata jednej tylko rzeczy byłem pewny – że wrelatywnie niedługim okresie dostanę srogo po mordzie. Na najbliższym przystanku natomiast na wspomnianą uprzednio mordę wylecę ztramwaju.

Nie pierwszy raz... Takieżycie.

– Dziadku! – Ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie odezwał się ten wyglądający na „przywódcę stada”, ale stojący po jego prawej ichyba trochę młodszy chłopak wpoplamionym smarem kombinezonie roboczym. Dyskusyjnie sympatyczną aparycję podkreślał podwijaną nad uszami wełnianą czapką iuśmiechem, wktórym liczba zębów wskazywała, że używa (używał) ich głównie do otwierania piwa. – Chyba ci się cośpomyliło!

Ignorować, myślałem. Ignorować inie prowokować. Byle do następnegoprzystanku.

– Głuchyjesteś?

– Nie nauczyła cię matka odpowiadać, jak ktoś grzecznie pyta? – dołączył ten zlewej. Jedna ztych twarzy, które od piętnastego do pięćdziesiątego roku życia wyglądają tak samo. Czyli nijako. – Bo jak nie, to my cię nauczymyszacunku.

– No – zarechotał mechanik zprawej – do Johnny’ego to wtakich sprawach możesz mówić „panie psorze”. Co nie, Johnny?

Wywołany do odpowiedzi Johnny, którego słusznie typowałem wcześniej na postać numer jeden wtym pospolitym trio, uśmiechnął się izrobił dwa kroki doprzodu.

– Coś wtym stylu – powiedział, jednocześnie krzywiąc się zrosnącym obrzydzeniem. – Więc na twoim miejscu znalazłbym sobie jakieś mocnewytłumaczenie.

– Panowie, wszyscy jesteśmy ludźmi... – zacząłem. Czasem wten sposób można było coś ugrać, czasem działało. – Izałatwmy to jak ludzie. Nie chcecie mnie tu, rozumiem. Was jest trzech, ja jestem jeden. Prawo silniejszego. Na następnym przystanku wysiadam iwięcej mnie niezobaczycie.

Tym razem niezadziałało.

– Całkiem sprytnie, dziadku – odezwał się ten nijaki. – Ty wysiądziesz, amy zostaniemy wtym smrodzie. Godzi się tak? Anajgorsze, że jeszcze nic anic cię to nie nauczy, prawda, chłopaki?

Mówiąc to, podszedł do Johnny’ego ipołożył mu dłoń na ramieniu. Zobaczyłem, że ulewej ręki zostały mu tylko środkowy iserdecznypalec.

Tartak Yeatesa zbierał swojeżniwa.

– Nooo... – mruknął Johnny. – Jak by to onas, jako prawych obywatelach, świadczyło, gdybyśmy go tak po prostu wypuścili? Skazalibyśmy na ten smród ludzi znastępnego tramwaju... – Bawił się coraz lepiej. – Ato nie jest obywatelskapostawa.

Tramwaj stanął, aja wyjrzałem za okno. Zatrzymaliśmy się przedmostem.

Pieprzony ruch wahadłowy. Przystanek był dopiero po drugiej stronie. Wiedziałem, że niezdążę.

– To może jakaś krótka lekcja? – Mechanik też stał już bliżej mnie. – Nic tak nie działa na pamięć, jak dostać parę razy popysku.

– Chłopaki, po co te nerwy? Przecież możemy to rozwiązać jakoś inaczej. – Wiedziałem, że szanse na rozwiązanie tego „jakoś inaczej” były raczejmizerne.

– Rozwiązuje się problemy. – Johnny jednym krokiem skrócił dzielący nas dystans iłapiąc za moją kurtkę, szybkim ruchem ręki poderwał mnie na nogi. Nasze twarze dzieliło jakieś trzydzieści centymetrów. – Aja nie widzę tu żadnego problemu, dziadku. Sprawa jest prosta. Ładujesz się gdzieś, gdzie cię nie chcą, to potemżałujesz.

Usłyszałem, jak przełykam ślinę. Johnny też usłyszał. Iwszyscy pasażerowie. Pewnie wyglądałem, jakbym się bał. Chyba dlatego, że mimo całej obojętności, jaką wpoiło we mnie spędzone na ulicy dwadzieścia lat, bałem się jak jasnacholera.

– Spokojnie, dziadku – zaśmiał się Johnny, odczytując moje myśli. – Mnie się nie bój. Jeszcze bym cię mógł zabić przez przypadek, atego żaden znas by nie chciał. Zajmą się tobąmoi...

– Przyjaciele! – Rozlegający się niespodziewanie wtej farsie nowy głos był delikatny, ale stanowczy. Jedno słowo, ale wypowiedziane zostrością nieznoszącą sprzeciwu. Jak szanowany, charyzmatyczny gospodarz, który zgracją sprawia, że dwustuosobowy bankiet milknie idwieście par oczu patrzy nagle wjedenpunkt.

Jak na komendę odwróciliśmy się wkierunku, zktórego dobiegał dźwięk. Mężczyzna spod okna, oczywiście. Stał wprzejściu między siedzeniami. Tyle że nie wyglądał już na rozmarzonegourzędnika.

– Ze względu na panującą tu od momentu waszego wejścia ciszę, stałem się mimowolnym świadkiem zaistniałej między wami atym panem... sytuacji – rzekł.

Mówił powoli, zrozwagą dobierając słowa. Przy tym ani na moment ztwarzy nie schodził mu przyjacielski, pojednawczy uśmiech. Było wnim coś magnetycznego. Działał na mnie i, głowę daję, Johnny ispółka też byli podwrażeniem.

Mężczyzna był szczupłym, najwyżej trzydziestoletnim szatynem zwłosami gładko zaczesanymi do tyłu brylantyną. Ijeszcze te wielkie, jasnoniebieskie oczy. Nie był przystojny, nie tak, żeby oglądały się za nim kobiety. Był... magnetyczny. Jego wizerunek podkreślał czarny jak noc trzyczęściowy garnitur, dopasowany co do milimetra. Jakby się wnimurodził.

I ten człowiek, stojąc naprzeciwko trzech robotników ipospolitego żula, uśmiechał się tak, że ani przez sekundę nie czułem się od niego gorszy. Jeżeli bywał na kolacji uBurmistrza („dwa, może trzyrazy”,powie kiedyś tajemniczo), nie mógł uśmiechać się tam zwiększymwdziękiem.

– Zanim zatem dojdzie do rękoczynów, chciałbym wam zwrócić uwagę na drobny szczegół, który przed chwilą wpadł mi do głowy. – Zrobił krótką pauzę, jakby czekał na głosy sprzeciwu, po czym skinął głową iciągnął dalej: – Nasza piątka znajduje się tutaj, ztyłu wagonu. Reszta pasażerów, jak możecie zauważyć, stłoczyła się po drugiej stronie. Iteraz pytanie do ciebie... Johnny, dobrzepamiętam?

Johnny skinąłgłową.

– Pamiętasz plakaty, które wisiały we wszystkich szynobusach, poprzyklejane do okien jakieś dwa, trzy miesiącetemu?

– Nie rozumiem, co to mado...

– Takie żółte, zczerwonymhasłem.

Sądząc po coraz intensywniejszym zacięciu na jego twarzy, Johnny oprzytomniał już chyba po pierwszym wrażeniu inabierał ochoty nakonfrontację.

Już otwierał usta, ale zastygł ze zdumieniem woczach. Przypomniałsobie.

– „Zareaguj! System Alarmowania Wydziału Komunikacji...” – wyrecytował.

– Otóżto.

Mężczyzna zrobił efektowną (choć może odrobinę zbyt melodramatyczną) pauzę idopiero po chwili dodał: – Pozwolę sobie przypomnieć, że przyciski informujące Komórkę Szybkiego Reagowania umieszczane są zawsze na przedzie wagonu. – Tramwaj ruszył, więc lewą rękę, dla zachowania równowagi, zatrzymał na oparciu fotela, prawą gestykulował wsposób tak płynny inaturalny, jakiego nie widziałem unikogo nigdy wcześniej inigdy później. – Poza nami wtym wagonie są dwadzieścia trzy osoby oróżnych poglądach iodporności na stres. Tak, policzyłem, zanim wstałem zfotela. Teraz pytanie dowas:

– Staliśmy przed tym mostem dobre kilka minut... – Robotnik herbu Dwa Palce włączył się do rozmowy tonem Archimedesa wyskakującego zkąpieli. – Ktoś mógł ichzawiadomić!

– Dokładnie, przyjacielu. Czy sądzicie, że gdy panowie wmundurach zobaczą trzech facetów piorących czwartego, będą mieli ochotę na wysłuchiwanie wyjaśnień i, co więcej, czy wasze wyjaśnienia wystarczą, by nie postawiono wam zarzutu pobicia? – Pierwszy raz spojrzał mi prosto woczy. – Zpoważnym uszkodzeniemciała?

– Czyli chcesz, żebyśmy pozwolili mu tak po prostu zwiać, bo ktoś mógł się na nas sfrajerzyć? – Johnny czuł chyba, że najlepszą obroną jestatak.

– Wżadnym wypadku. Staram się naszkicować pewien problem, bo jak sam mówiłeś, przyjacielu, problemy się rozwiązuje – odparł, po czym dorzucił, jakby od niechcenia: – Ewentualnie mogę zaproponować jedno zrozwiązań.

– Aw ogóle, to co on cię tak obchodzi? – wtrącił ten od smaru nakombinezonie.

Mężczyzna milczał, tramwaj zbliżał się do połowy mostu, aJohnny, ignorując swego nadgorliwego towarzysza, skrzyżował ręce na piersi icedząc przez zęby, spytał:

– Jakie jest to twoje „rozwiązanie”?

Ze wszystkich chorób (grzechów?) ludzkości, ciekawość jest tąnajprzydatniejszą.

– Proponuję wam minimalizacjęryzyka.

Nie tylko ja nie wiedziałem, oco muchodzi.

– Wtym momencie zakładacie, że pobijecie go tutaj, ana przystanku okaże się, czy czeka na was policja. Ewentualnie, sprawdzicie, czy na was czekają, ajeśli nie, pobijecie go na przystanku. Będziecie musieli wysiąść, aszynobusy jeżdżą tu przecież co godzinę. Warto tracićczas?

– Aczemu nie mielibyśmy przeczekać bezpiecznie do przystanku, sprawdzić, czy ktoś nas przywita, apotem poprawić naszemu nowemu koledze nos wdrodze na następny przystanek itam go wywalić? – Johnny wyglądał jak adept szachowy wierzący, że zbicie wystawionej figury właśnie dało mu przewagę wrozgrywce znauczycielem.

– Ze względu na ludzką naturę, przyjacielu. Przypomniałeś już państwu stanowiącym wspaniale milczącą widownię naszej rozmowy, osystemie alarmowym. Dałbym sobie rękę uciąć, że jeśli jeszcze nikt tego nie zrobił, skorzystają zniego – znowu spojrzał mi woczy – kiedy tylko nie puścicie go na najbliższymprzystanku.

Im mniej mogłem wyczytać zjego spojrzenia, tym bardziej miałem wrażenie, że on prześwietla mnie nawylot.

Widziałem, że ten argument trafił do Johnny’ego. Johnny mógł wyglądać na głąba, ale nie był głupi... Przynajmniej nie ażtak.

– No dobra, jaka jest twoja propozycja? – powtórzyłpytanie.

– Ja znim wysiądę. Bez względu naokoliczności.

Johnny popatrzył na kolegów, koledzy Johnny’ego popatrzyli na Johnny’ego. Ja popatrzyłem na Johnny’ego ikolegów Johnny’ego.

– Jeśli policjanci będą czekać, przekażę go wich ręce – ciągnął mężczyzna. – WAtlantis jazda bez biletu jest wykroczeniem. Na pewno nie spodoba im się też, że ściągnięto ich do takiejbłahostki...

– Psy też potrafią pokąsać – zarechotał jeden znich, chyba znów ten bezpalców.

– Ajeśli nikogo nie będzie? – wtrącił podejrzliwienastępny.

– Cóż, życie to hazard... Wtedy ja się nimzajmę.

– Niby jak? – Johnny chciał odzyskać kontrolę nadsytuacją.

– Wdowolny sposób uznany przeze mnie zaodpowiedni.

– Jakoś nie czuję tejumowy...

– Tak też sądziłem. Dlatego proponuję wam rekompensatę za straty moralne. – Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki („Zawsze noś trochę drobnych wkieszeni. Wypchany portfel jest przydatny, ale obnoszenie się znim wnieodpowiednich okolicznościach przyciąga pecha”.) – Piętnaście koron, tyle mam przy sobie. Powinno wam starczyć na kilkapiw.

– Po dwa na głowę! – Usmarowany mechanik znowu sięobudził.

Johnny zjednej strony starał się rozgryźć faceta, który wziął się znikąd, wyglądał, jakby urwał się zDzielnicy Palmowej, ajednocześnie obchodził go jakiś bezdomny. Zdrugiej strony wizja skończenia tego przedstawienia izimnego piwa przed powrotem do domu też miała swoje zalety. Ztrzeciej zaś, wyraźnie miał ochotę komuśprzypieprzyć.

– To jak? Za rogiem jest przystanek. – Mężczyzna wyciągnął rękę do Johnny’ ego. – Oferta wiąże, dopóki nie wiemy, co na nimjest.

Johnny spojrzał nakolegów.

Ich twarze mogły wyrażać konfuzję, ale na pewno nie znalazł na nichdezaprobaty.

– Zgoda. – Ścisnął swoją łapą dłoń szalonego eleganta iw tym momencie tramwaj wytoczył się zaróg.

Zostawiwszy za sobą most, ślimaczym tempem najstarszych modeli szynobusów Baptiste’a zbliżaliśmy się wkierunku winkla budynku, który już za chwilę miał przyjąć na siebie rolę sądu rozstrzygającego omoim być albo nie być. Cały nasz początkowy, czteroosobowy skład zniecierpliwością wyglądał przez szybę, starając się nadać swemu spojrzeniu jakiś rotacyjny tor, po którym moglibyśmy zajrzeć za róg. Tylko mężczyzna wczarnym garniturze zdawał się dziwnie spokojny owynik tego małegozakładu.

Stałem najbliżej okna ijako pierwszy zdałem sobie sprawę, że przystanek jest owszem, pełen, ale ludzi, którzy zoddziałami mundurowymi Komórki Szybkiego Reagowania mieli tyle wspólnego, ile miłościwie nam panujący Burmistrz, według dziennika rządowego, zaferamikorupcyjnymi.

Kiedy moi towarzysze podróży wyglądali za okno (pozostali ludzie wwagonie, niby przypadkiem, robili dokładnie to samo), ja miałem wgłowie tylko wypowiedziane ostro izdecydowanie: „Wdowolny sposób uznany przeze mnie zaodpowiedni”.

– Jak widać, los się do was uśmiechnął – powiedział mój przyszły pan życia iśmierci. – Wasze piętnaściekoron.

Johnny bez zająknięcia przyjął pieniądze wimieniu całej trójki. Ostatecznie, chyba wszyscy byliśmy zadowoleni (ja do kompletu miałem jeszcze strach iciekawość, ale cieszyłem się, że nie zarobiłem wpysk). Znamienne, że choć nikt nie pytał mnie ozdanie, uznałem za całkiem oczywiste, że nie mam prawa protestować iwysiądę na przystanku Ulica Krucza razem zmężczyzną, którego wcale nie znałem (i chyba nigdy wpełni go nie poznałem). Siła charyzmy, tak to sobie dziśtłumaczę.

– Zapraszam – powiedział, wskazując na otwierające siędrzwi.

Chłopcy Johnny’ ego rzucili za nami jeszcze jakiś grubiański komentarz, oczywiście wycelowany we mnie, ale wtamtej chwili głowę miałem już zaprzątniętą czymś zupełnieinnym.

Kimśinnym.

Kiedy wysiedliśmy, wbrew moim oczekiwaniom ten ktoś bardzo usilnie milczał. Ani słowa, ani spojrzenia. Tak, jakby dawał mi do zrozumienia, że to mnie wypada poczynić wstępneintrodukcje.

– Nie wiem, co będzie dalej, więc nie wiem, czy to właściwe pytanie – zacząłem wkońcu mówić, aon spojrzał na mnie uprzejmie zainteresowanym wzrokiem. – Ale dlaczego mi panpomógł?

– Adlaczego nie? – odparł lekko iniespodziewanie ruszył wkierunkurzeki.

Ja za nim. Naturalnie.

– Wygląda pan na kogoś... zwyższych sfer. – Bałem się, żeby go nie urazić. – Adla takich ludzi zazwyczaj, jeśli nie zawsze, jestemniewidzialny.

– Dlaczego?

– Bo nie pasuję do świata, wktórym normalnieżyją.

– Dlaczego? – pytając, patrzył mi woczy iczułem jakby... Już mówiłem, byłmagnetyczny.

– Od lat jestem bezdomny – tłumaczyłem oczywistą oczywistość. – Abezdomni nieczęsto bywają na przyjęciacharystokracji.

– Dlaczego?

Cholera, wszyscy doskonale wiemy, dlaczego! Onteż.

A ja wiedziałem wtedy, że nie oto pyta (co, nawiasem mówiąc, wcale nie sprawiało, że umiałem zjego słów odczytać właściwe pytanie). Aon nie powiedział nicwięcej.

Szliśmy, teraz już wzdłuż brzegu rzeki. Jak ta powieść Marka Twaina... „Książę iżebrak” (nawet nie wiesz, chłopcze, jak celne okazało się zczasem to porównanie). Zdawał się zupełnie nie odczuwać zalegającej ciszy. Ja zaś nie mogłem jej jużznieść.

– Czy mogę się panu jakoś odwdzięczyć? – wypaliłem. Przy całym absurdzie tego pytania itak nie mogłem siępowstrzymać.

– Cieszę się, że pytasz. To miłe, dobrze otobie świadczy. – Zatrzymał się iodwrócił do mnie ztym swoim ojcowskim uśmiechem. – Nie.

Gdybym wtedy, wtramwaju, dostał po mordzie, przynajmniej wiedziałbym, co ina jakiej podstawie oraz zasadach się wydarzyło. Az nim, nad brzegiem tej przeklętej rzeki, nie wiedziałem. Anitrochę.

– Mam jednak jedno pytanie, które chciałbym ci zadać, przyjacielu – dodał po chwili. – Pozwolisz?

– Oczywiście. – Jak ulał pasuje tu fraza „mieszaneuczucia”.

Otaksował mnie wzrokiem od stóp do głów iz powrotem, ztaką precyzją ipowolną gracją, że chwila ta trwała chyba ponad trzy godziny. Wreszciepowiedział:

– Masz jakieś plany na najbliższy... rok?

Właśnie tak, chłopcze, poznałemDaniela.

II

Płynąca zgłębi kontynentu rzeka dzieli Atlantis na dwie połowy. Nie, nie połowy... części. Połowy byłyby równe. Ato słowo nigdy nie wyszło zust kogoś, kto starał się, choć pobieżnie, przybliżyć słuchaczowi zdaleka (jakim, zgaduję, jesteś ity, przyjacielu) różnice między prawym alewymbrzegiem.

Podobno na mapach ta wgruncie rzeczy niewielka, ale życiodajna tętnica Atlantis nazywa się Maji pori. Cokolwiek to znaczy, nikt już tak nie mówi. Rzeka to rzeka. Zresztą żywa pamiątka po ludziach, którzy musieli tu mieszkać inadawać imiona zanim... ucywilizowano to wybrzeże, nie byłaby zbyt wygodna, niesądzisz?

Jeśli poszedłbyś na południe iprzeszedł wzdłuż Alei Pionierów przez całą Dzielnicę Palmową, apotem przedarł się przez (warte dziś miliony koron) grunty trwale wyłączone spod zabudowy, trafiłbyś do najpilniej strzeżonego miejsca wAtlantis.

Do ElektrowniMiejskiej.

Jej potężne turbiny stanowią jedyne źródło energii rozprowadzanej na teren całego Atlantis. To one podtrzymują przy życiu największy inajbardziej skomplikowany sztuczny system nerwowy naświecie.

Co ciekawe, wprzeciwieństwie do większości rozwiązań technicznych towarzyszących nam na co dzień, nie jest to Elektrownia Baptiste’a. Co prawda brał udział wjej budowie, ale miał wtedy niespełna siedemnaście lat inikt nie zwracał jeszcze na niego uwagi. Pomocnik budowlany jakich wielu. Tyle że zwiecznie otwartymi oczami oraz denerwującym nawykiem notowania iszkicowania każdejpierdoły.

Dziełem Baptiste’a jest natomiast kompleks budynków położony tuż za linią ogrodzenia trzymanego pod śmiertelnym dla człowieka napięciem. Zprywatnych pieniędzy najbogatszych mieszkańców Atlantis (nie no, nie... chyba nie dałeś się nabrać?) całkowicie przebudował starą stację wodociągową, dodając do niej system filtrów mechaniczno-chemicznych oczyszczających wpływającą do miasta wodę. Dzięki temu ta dostarczana rurami do mieszkań jest zdatna do picia bez przegotowywania jej za każdym razem. Co więcej, na odcinku łączącym stację uzdatniającą ipołudniowe granice Śródmieścia, rzeka jest wręcz krystalicznieczysta.

Powstały przy okazji estetyczny efekt uboczny zakrawa na jakąś tanią poezję. Bo widzisz, gdyby spojrzeć na Atlantis zlotu ptaka, rzeka, przepływając przez całe miasto, okaże się lustrzanym odbiciem stosunków społecznych panujących wmieście.

Na południu, gdzie mieszkają najbogatsi zbogatych, jest nieskazitelnie przejrzysta. Im dalej na północ, tym bardziej, wraz zgównem wypływającym kanałami spod domów przemysłowców, bankierów iprawników, zaczyna przypominać pospolity ściek. WŚródmieściu swoje dodają urzędnicy, kupcy ici spośród rzemieślników, którzy zajęli się pracą nie tylko ciężką, ale idochodową – jak jubilerzy czyzegarmistrzowie.

Ostatecznie, jak wżyciu, mieszkańcy Dzielnicy Portowej, zamiast darmowej wody, dostają gówno, na które zasłużyli tym tylko, że urodzili się właśnie tam, gdzie się urodzili. Właśnie tak rzeczywistość obeszła się zutopią Gottarda, z„miastem, wktórym wszyscy będąrówni”.

Jak mówiłem, rzeka dzieli Atlantis na dwie części. Wschodnią izachodnią, prawą ilewą, mniejszą iwiększą. Lewy brzeg jest dużo większy. Jakieś siedemdziesiąt, siedemdziesiąt pięć procent powierzchni. Mieści większą część portu, stocznię, wszystkie fabryki, wielką gorzelnię McAddamsa, czynszowe mieszkania pełne karaluchów isetki innych atrakcji podobnegosortu.

Nie wszędzie jednak jest tak źle. Dzielnice, takie jak Francuska iZachodnia, choć niezbyt bogate, utrzymane są wczystości. Trzeba też oddać sprawiedliwość, że trochę dalej od linii morza, wŚródmieściu, to właśnie na lewym brzegu usadowiła się większość notariuszy izamożnych kupców. Exceptio probat regulam, cytującklasyka.

Natomiast prawy brzeg to przede wszystkim ratusz, luksusowa część portu, kompleks Laboratoriów Baptiste’a iDzielnica Palmowa. Zawsze pozamiatane, oświetlone ikoniecznie wybrukowane ulice, aceny nieruchomości – niebotyczne.

I właśnie na prawym brzegu, choć wdolnej jego części, znajduje się pewien położony tuż nad wodą chodnik składający się ze średnio estetycznych, lecz względnie równych płyt. Iwłaśnie na jednej ztakich płyt stałem tamtej nocy ja, obraz nędzy irozpaczy. Za to dwie płyty dalej (miały jakieś pół metra szerokości, jeśli cię to interesuje), uważny obserwator wypatrzyłby ledwo odcinającą się na tle ciemniejącego nieba sylwetkęDaniela.

Co prawda wtedy ten stopiony wperfekcyjną całość ze swoim czarnym garniturem nieznajomy był dla mnie, póki co, jedynie Mężczyzną ZTramwaju, ty jednak, przyjacielu, przychodząc tu, sam wypowiedziałeś jego imię. Skoro więc znasz rozwiązanie, oszczędzę ci zagadki, która tamtej nocy rozpalała trybiki mojego mózgu do czerwoności. Azresztą... prawa chronologii nie będą pierwszymi, jakiezłamałem.

– Przyjemnie tu, to prawda – powiedział zrozbawieniem światowca, zerkając na brunatną wodę – jednak powinniśmy jużiść.

Rzeczywiście, po propozycji, którą usłyszałem kilka minut wcześniej iktóra wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie, wreszcie, na którą tak ochoczo ibez zastanowienia się zgodziłem, stałem jak zaczarowany, patrząc tępo na Daniela. Właściwie nie tyle patrzyłem na niego, co starałem się spenetrować ślepym wzrokiem przestrzeń gdzieś za jegogłową.

Oszalałem – powtarzałem sobie wmyślach. – Oszalałem, oszalałem! Żegnaj prozo życia. Witajcie duszki, aniołki igadające zwierzątka. Napoleon Bonaparte, do usług. Jak sięmacie?

– Przyjacielu – powiedział głośniej, jednocześnie zbliżając się do mnie. – Wszystko wporządku?

– Tak, tak. – Co tam „królestwo za konia”! Świat bym oddał za kubeł zimnej wody. – Oczywiście. Trochę mnie to... – Nie mogłem znaleźćsłowa.

– To zrozumiałe wtakich... okolicznościach. – Znowu ten protekcjonalny, ale miły uśmiech. – Nie przejmujsię.

Przejmowałem się jak jasnacholera.

– Chodźmy. – Ruszył, nie oglądając się za siebie. Jakby był przyzwyczajony do tego, że za nim się po prostu idzie. Całkiem zresztą słusznie. – Mamy do przejścia jakieś cztery kilometry ito wlinii prostej, więc na miejscu itak będziemy pewnie po dwudziestejtrzeciej.

„Dwudziesta trzecia”? Znajdź mi kogoś, kto zarabia mniej niż pięćset koron miesięcznie imówi „dwudziesta trzecia” zamiast „jedenasta”, apostawię ci dwudaniowy obiad wzajeździe Rosaria, chłopcze.

– Podejrzewam, że podobnie jak ja, straciłeś ochotę na podróże szynobusem. Jeśli zaś chodzi opowozy, przyjacielu, to unikam ich zawsze. Bez względu na pogodę, towarzystwo czy spóźnienie. Konie napawają mnie wstrętem od kiedy... Hm... od dziecka. Spacer dobrze nam zrobi. Mam nadzieję, że nie masz nicprzeciwko?

– Absolutnie – odpowiedziałem. Po chwili wspólnego milczenia dodałem: – Jedna rzecz mniezastanawia.

– Tylkojedna?

– Dokąd my właściwieidziemy?

– Do domu, oczywiście – odrzekłbeztrosko.

– Wtakim razie jesteśmy na miejscu – odparłem, sztuczną pewnością siebie maskując strach, czy nie pozwalam sobie na zbyt wiele. – Jako bezdomny zdefinicji mieszkamwszędzie.

Daniel zaśmiał się ispojrzał na mnie zuznaniem. Nie wiem, czy zuznaniem dla poczucia humoru, czy dla bezczelności. Wycelował do mnie zdłoni złożonej wkształt pistoletu iz rozbawieniempowiedział:

– Odważnie, przyjacielu. Będą zciebieludzie.

Jeden-zero dla mnie... Przyjacielu – pomyślałem.

Jednocześnie jakaś dysponująca większością parlamentarną część mnie bezwzględnie domagała się odpowiedzi na pytanie, co mi do łba strzeliło. Zanim jednak zdążyłem sam sobie odpowiedzieć, dlaczego zdecydowałem się wystawić na próbę cierpliwość tego nietuzinkowego dżentelmena, dżentelmen ów przemówił ze świadomie przesadzonąmanierą:

– Do mojego domu, oczywiście. Wybacz mi brakprecyzji.

Wybaczyłem.

– Agdzie to jest? Jeśli wolno mispytać.

– Wolno. Mieszkam przy ulicyMagellana.

– Magellana? – Ekspresowo przeleciałem przez bogaty katalog ulic, które znałem ze spacerów, żebrania ize słyszenia. Inic. – Nic mi to nie mówi. Ale rzadko bywam wŚródmieściu.

– Isłusznie, przyjacielu. Gwarantuję ci, że wspinając się na Wzgórze Fabryczne, nie ubrudzisz się nawet wpołowie tak, jak przechadzając się między gabinetami atlantydzkiegoratusza.

Powoli wychodziliśmy zDzielnicy Portowej. Las ulicznych latarni gęstniał, mijani ludzie (którzy obrzucali nasz oryginalny duet wiele mówiącymi spojrzeniami) byli coraz lepiej ubrani. Zaczynało się prawobrzeżneŚródmieście.

– Ale to zły trop – ciągnął. – Idziemy do DzielnicyPalmowej.

– Palmowej? – powiedziałem odrobinę głośniej niż chciałem idużo głośniej niż powinienem. – Nigdy wżyciu mnie tam niewpuszczą.

– Ato nibydlaczego?

– To zamknięta dzielnica. Strzeżona. Trzeba miećprzepustkę.

– Trudno odmówić ci racji, przyjacielu. – Zabrzmiało to niemalmelancholijnie.

– Poza tym, zpapierem czy bez, nie wpuszczają tam byle kogo. Nie wpuszczajątak...

– Takich jak ty? – przerwał mi wpół słowa, aw oczach zajaśniała mu prawdziwa iskra. Iskra, jaką później widziałem uniego tylko kilka razy. Przez moment, który zdawał się wtedy wiecznością, poczułem się jak małe dziecko, które odkrywa, że kobieta, za którą szło od pięciu minut, mimo podobnej sukienki, zcałą pewnością nie jest jegomatką.

To nie szaleństwo – pomyślałem nagle. Gorzej. To okrutny żart. Dałem się zwieść jak uczniak, któremu ktoś pomacha przed nosem paczką cukierków. Przecież życia nie oszukam. Aten wieczór za niedługo będzie niczym więcej, jak anegdotą opowiadaną przy stołach znudzonych życiem przemysłowycharystokratów.

– Ja jestem twoją przepustką – powiedział krótko Daniel, ana jego twarzy ponownie zagościł uprzejmy uśmiech. – Iobawiam się, że muszę ci wystarczyć, przyjacielu. Przynajmniej narazie.

– Narazie?

– Przepustka to tylko formalność. Dlatego też jest bezwartościowa. – Kątem oka zerknął na moją twarz, jakby szukał na niej wyrazu konsternacji. Izapewne go tam znalazł. – Mogę ci zagwarantować, że twoje nazwisko będzie na liście. Tej czy innej, to bez znaczenia. Ale tak długo, jak długo ktoś będzie śmiał ten fakt sprawdzić, przegrywasz. Życie, na szczytach czy wrynsztoku, zawsze jest takie samo. Jeśli nie jesteś kimś, jesteśnikim.

– Iuważa pan, że może zrobić ze mnie „kogoś”?

– Nie. Ja mogę dać ci narzędzia. – Ciekawe, skąd on wziął ten ojcowski uśmiech. – Praca należy dociebie.

To prawda, chłopcze. Cokolwiek wżyciu robisz, praca zawsze należy dociebie.

Resztę drogi pokonaliśmy wmilczeniu. „Książę iżebrak”, eh...

Z każdym kwadransem ulice pustoszały bardziej ibardziej, ludzie spieszyli się dodomów.

Nocami nawet wprawobrzeżnym Śródmieściu bywa niebezpiecznie, ale nas nikt nie próbowałzaczepiać.

Bo ikto miałby tozrobić?

Nocne, dwuosobowe patrole policji, które nieraz już siłą przeganiały mnie zeleganckich ulic Atlantis („margines społeczny powinien wiedzieć, gdzie jego miejsce”), mijały mnie, mamrocząc coś zdezaprobatą izerkając ukradkiem na kroczącego obok mnie dżentelmena wgarniturze, którego wartość zapewne przewyższała ich trzy rocznepensje.

Dzięki temu „po dwudziestej trzeciej” bez przeszkód dotarliśmy do pewnej złoconejbramy.

– Wszystko wporządku, panie Ducos? – Policjant pilnujący wejścia do Dzielnicy Palmowej zakręcił sięniespokojnie.

– Wjak najlepszym. – Mój towarzysz ido niego zwracał się jak do równego sobie. – Au ciebie, przyjacielu? Zimna noc nastróżowanie.

– Trzecia zrzędu. Ricardo znowu męczył mnie, żebym gozastąpił.

– Trzecia noc? – Daniel zmienił akcent. Przeciągał pierwsze sylaby jak policjant. – Pachnie mi to jakąśkobietą.

– Jeżeli ma pan rację, panie Ducos, iktórakolwiek zechciała Ricardo – zaśmiał się – to stracę resztki szacunku, jakim darzękobiety.

Daniel (chyba zgrzeczności) roześmiał się, kręcąc głową, po czym sugestywnym milczeniem naprowadził rozmowę na właściwe tory. Policjant zorientował się nie dość, że po chwili, to jeszcze źle rozczytał intencje mojegotowarzysza.

– Jeśli ten… ten tutaj pana niepokoi – wskazał na mnie pełnym współczucia ichrześcijańskiego miłosierdzia ruchem głowy – to zaraz się tymzajmę.

Nie czekając na oczywistą, jak mogłoby się zdawać, aprobatę, postąpił dwa kroki wmoim kierunku. Daniel, który stał bliżej stróżówki niż ja, powstrzymał go, unosząc prostą rękę jakszlaban.

– Wręcz przeciwnie, Miguel. – Wyszło całkiem naturalnie, ale widziałem, że zerknął na lśniącą wświetle latarni plakietkę znazwiskiem policjanta. – On jest zemną.

Strażnik zrobił wielkieoczy.

– Zpanem? – Przeskakiwał wzrokiem między mną aDanielem. – Jakto?

– To mój partner winteresach. – Brzmiał, jakby tłumaczył dziecku, co to jest widelec. – Zajmuje się importem wysokogatunkowych win tureckich. Aponieważ to towar tyleż drogi, co przyciągający złodziei, osobiście prowadzikarawany.

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że przy imporcie tureckich win transport morski miałby więcej sensu. Mam nadzieję, że Miguel również na to niewpadł.

– Najmocniej przepraszam! – Całkowicie zmienił ton, zwracając się do mnie zręką wyciągniętą, jakby prosił oprzebaczenie. – Wziąłempana...

– Nic nie szkodzi – odpowiedziałem, siląc się na nonszalancję. – Mało kto zdaje sobie sprawę, co robi zczłowiekiem podróż wtymklimacie.

– Sam widzisz, Miguel, że nietaktem zmojej strony byłoby trzymać gościa na zewnątrz, podczas gdy jedyne, oczym myśli, to porządna kąpiel iwygodnełóżko.

– Oczywiście, oczywiście. – Strażnik rzucił się wstronę mosiężnej, zwieńczonej pozłacanymi strzałami, bramy. – Już otwieram. Ijeszcze raz najmocniejprzepraszam.

– Wszyscy jesteśmy ludźmi, przyjacielu.

Brama uchyliła się zchrzęstem zawiasów starszych niż którykolwiek znaszej trójki, anaszym oczom ukazały się rzędy licytujących się przepychem kilkupiętrowychdomów.

Od dawna marzyłem, by przekroczyć granicę Dzielnicy Palmowej, ale wierz mi, nie tak wyobrażałem sobie ten moment. Liczyłem, że będzie trochę bardziej... triumfalny. Zamiast tego stałem tam teraz, zakradając się do niej po nocy jakzłodziej.

W sumie mógłbym narzekać... ale, zdrugiej strony, życie zazwyczaj jeszcze ciężej obchodzi się zludzkimimarzeniami.

– Dobranoc panom! – usłyszeliśmy wypowiedziane przesadnie życzliwym tonempożegnanie.

– Dobranoc, przyjacielu. – Daniel odpowiedział za nasobu.

Ja byłem zbyt zajęty chłonięciem widoku rozpościerającego się przed moimi oczami. (Dzielnica Palmowa nie jest aż tak magicznym miejscem, ale pamiętaj, że przez ostatnie lata raczej zaniżałem średnią wkwestii warunkówlokalowych).

Kiedy odchodziliśmy, Daniel odwrócił się, jakby coś sobie nagleprzypomniał.

– Miguel, gdyby kiedyś... – nie przerywając, wskazał wzrokiem strażnikowi dwudziestokoronowy banknot, który, sam nie wiem kiedy, położył na parapecie stróżówki – za tydzień, miesiąc, rok, ktoś wypytywał cię omojego nowegogościa...

– Powiem samą prawdę. – Zwprawą schował pieniądze do tylnej kieszeni spodni. – Około osiemnastej przyjechał wynajętym wdokach powozem, apan czekał tu, by go powitać. Chyba miał na sobiesznurowany na piersi kaftan ijasnobrązowy płaszcz. Ale nie pamiętamdobrze.

Daniel skinął zaprobatą ichyba nieudawanym rozbawieniem, po czym zostawiając strażnika za sobą, dogonił mnie wkilku długichkrokach.

– Zastanawia mnie – powiedziałem od razu – że tego policjanta wcale nie zdziwiło, że włóczy się pan nocą poza Dzielnicą. Zachowywał się, jakby to było całkowicienormalne.

Widziałem, jak przygląda mi się zuwagą.

– Chyba większość ludzi opanazasobności...

– Przecież ty nic nie wiesz omojej... – wymówił to zsarkazmem – „zasobności”.

Zmieszałem sięodrobinę.

– Chodzi mi tylko oto, że większość mieszkańców Dzielnicy Palmowej nie opuszcza jej nocą bezobstawy.

– Większość nie jeździ też szynobusami. Nawet więcej, nie znam tutaj nikogotakiego.

No ijeden-jeden – pomyślałem.

– Wszystko wswoim czasie, przyjacielu. – Wrócił jego zwykły, uprzejmy ton. – Na razie mamy ważniejsze rzeczy dozrobienia.

Daniel zatrzymał się przed wejściem do trzypiętrowego, ciemnobrązowego domu zaprojektowanego wstyluangielskim.

Wbrew oczekiwaniom, którymi napełniła mnie ta noc, okazał się, przynajmniej zzewnątrz, przeciętny. Budynek był zadbany, ale na pewno miał już swojelata.

„Dusza nie rodzi się od razu”, jak mówiłaAlicja.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział tonem wyjętym zbaśni tysiąca ijednej nocy. – Zapraszam.

Bez pośpiechu pokonał trzystopniowe schody ipociągnął za sznurek wiszący po prawej stronie drzwi. Wewnątrz rozległ się głos poruszonegodzwonka.

Jedno ze skrzydeł drzwi uchyliło się. Ato itak na tyle tylko, na ile potrzeba, by dorosły mężczyzna wślizgnął się dośrodka.

– Panie Ducos – odezwał się szorstki baryton. – Zaczynałem się niepokoić, że coś się panustało.

– Zupełnie niepotrzebnie, Joachimie. Miałem ochotę na dłuższy spacer, nic więcej. – Daniel wsunął się do środka. – Nie byłem jednak sam, ajak wiesz, wdobrym towarzystwie bezpieczniej, ai czas szybciejpłynie.

Postąpiłem dwa kroki do przodu izobaczyłem właściciela barytonu. Joachim, jak nazwał go Daniel, był na oko sześćdziesięciopięcioletnim mężczyzną zniedoborem włosów na głowie inadmiarem tłuszczu wszędzieindziej.

Miał na sobie białą koszulę iczarną, prążkowaną kamizelkę, az rozpiętego kołnierzyka zwisała mu rozwiązana mucha. Do kompletu brakowało mu tylko (granatowej, jak się później przekonałem) liberii.

Stan jego garderoby izaczerwienione oczy wskazywały, że wyrwaliśmy go zesnu.

Lokaj zmierzył mnie bardzo wymownym wzrokiem, dając mi do zrozumienia, że gdyby zależało to od niego, siedziałbym właśnie na ulicy, rozmasowując obity grzbiet. Na szczęście doskonale zdawał sobie też sprawę, że niezależy.

– Cieszę się – powiedział bez wyrazu. – Czy mogę coś dla panówzrobić?

– Każ, proszę, naszykować kąpiel. Później mój gość zpewnością chciałby cośzjeść.

– Rozumiem. Czy towszystko?

– Na razie tak. – Daniel zawiesił głos, jakby się nad czymś zastanawiał. – Chciałbym również, żeby błękitny pokój byłprzygotowany.

– Oczywiście, panie Ducos. – Czekał na dalsze polecenia, jednak, jak pokazało kilka sekund upływających wcałkowitej ciszy, bezcelowo. – Wtakim razie pozwolę sobie panówopuścić.

Daniel skinął głową iodprowadził wzrokiem lekko utykającego na lewą nogęsłużącego.

– Wiem, że nie jest to szczyt etykiety iszeroko pojętej gościnności – powiedział – ale chyba zgodzisz się, przyjacielu, że przydałaby ci siękąpiel.

– Absolutnie. Ijeśli to nie jest zbyt wiele, prosiłbym... – nie masz pojęcia, chłopcze, oile łatwiej przychodziło mi żebranie uanonimowych przechodniów niż wyciąganie ztego człowieka kolejnej przysługi – prosiłbym ojakieś noweubranie.

– Ależ naturalnie, przyjacielu. Jeśli Joachim sam się tego nie domyślił, zaraz mu otymprzypomnę.

– Bardzodziękuję.

– Obawiam się jednak, że twój obecny... strój – ciągle dobierał słowa zpietyzmem opowiadającym międzynarodowym negocjacjom pokojowym, anie rozmowie zbezdomnym – może być trudny do wyczyszczenia. Mam nadzieję, że nie jesteś do niego bardzoprzywiązany.

– Ani trochę – odpowiedziałem, szczerząc zęby (choć mimo wszystko chyba było to jednak drobnekłamstwo).

– Na toliczyłem.

– Jeszcze jedno... jeśli można – zawahałem się. – Co to jest „niebieskipokój”?

– Sypialnia – roześmiał się Daniel. – Jeśli jest ich kilka, nadaje się im nazwy. Bardzo często pochodzące od kolorów ścian... rzadziej od imion przyjezdnych zamordowanych wnich weśnie.

Ha-ha.

W chwilę potem po schodach prowadzących na pierwsze piętro zszedł Joachim. Wmiędzyczasie zdążył już zawiązać muchę, ale nie uważał chyba, by warto było fatygować się dla mnie poliberię.

– Kąpiel gotowa – ogłosił.

Później odkryłem, że zaproszono mnie do najskromniejszej ztrzech łazienek (nie licząc tej dla służby) rozrzuconych po domu przy ulicyMagellana.

Zważywszy, że nie miałem zamiaru się delikatnie odświeżyć, araczej przeprowadzić higieniczną rewolucję, było to całkiem zrozumiałe. Każdy prometeizm ma swoje granice izazwyczaj są to granicerozsądku.

Nie zmienia to faktu, że gdy tylko zamknęły się za mną drzwi, poczułem się jak król. Do wyłącznej dyspozycji miałem jakieś piętnaście metrów kwadratowych wyłożone wypolerowanymi na błysk białymi płytkami. Zdobiący je motyw wybrzuszonych ponad powierzchnię fal przechodził płynnie zjednej płytki na drugą, ciągnąc się aż do ścian, które zdawały się niczym klify Albionu odbijać następne fale. Wyżej, blisko sufitu, przymocowano zasilane prądem lampy łukowe Baptiste’a (nie świece!), ajedyne okno przesłonięte było zwijanymi udołu, plisowanymiżaluzjami.

Na środku stała niemal po brzegi wypełniona gorącą wodą miedziana wanna przytwierdzona do podłogi czterema żeliwnymi stopami irurami łączącymi kran zukrytym systemem krwionośnym budynku. Na lewo od niej powieszono, zaparowane już wtedy, lustro wymiarami obejmujące dorosłegoczłowieka.

Chłonąłem ten widok, rozglądając się łapczywie. Nie od razu zwróciłem uwagę na niepasujący do reszty zamykany pusty kosz na bieliznę stojący wrogu przy oknie. Zgadywałem, że wstawiono go specjalnie dla mnie, ależące na nim zawiniątko tylko mnie wtym przekonaniu upewniło. Kostka wielkości chlebaka opakowana była brązowym papierem iprzewiązana dratwą. Związania zwisała karteczka zcyfrącztery.

„Zawsze mamy kilka przygotowanych zestawów”, wyjaśnił mi potem, przy innej okazji, Daniel (a może to byłaVictoria?).

Rozsupłałem węzeł izobaczyłem równiutko złożone spodnie, bieliznę, białą koszulę iwsuwanebuty.

Zdjąłem to wszystko zkosza iodłożyłem na bok, po czym wjednej chwili zrzuciłem zsiebie wszystko, co nosiłem od sam nie pamiętam kiedy. Zwinąłem moje łachmany (bo tym były wporównaniu znowo odkrytym prezentem) izdecydowanym ruchem wrzuciłem je do kosza na bieliznę, prawdopodobnie skazując je tym samym na śmierć przezspopielenie.

Kilka sekund później siedziałem już po szyję zanurzony wtrochę zbyt gorącej wodzie, która nakłuwała całe moje ciało przyjemnymi igiełkami ciepła. Gdy jednak prawą ręką natrafiłem na stojący obok wanny stolik zmydłem iszorstką szczotką, wziąłem się do pracy. Przecież na mnie czekali. On czekał. Dlatego powinienem sięspieszyć.

A miałem przed sobą kupęroboty.

Znalazłem go wdomowej biblioteczce. Wpatrzony wokno, wotulającą świat najdziwniejszą noc mojego życia, stał odwrócony plecami do setek książek ciasno ustawionych rzędami na długich, dębowych pólkach. Najważniejsze tytuły światowej literatury skatalogowane według jemu tylko znanego systemu. Nie według nazwisk autorów, dat powstania czy poruszanego tematu. Według, jak sam to nazywał, „przesłań”.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział, wciąż wpatrując się wokno (może widział wnim moje odbicie, amoże była to jedna ze zwykłych mu uprzejmości), po czym obrócił się twarzą do mnie. – Jak podoba ci się nowewcielenie?

– Jak mi się podoba? – Nie starałem się ukryć entuzjazmu. – Od lat nie czułem sięlepiej!

On uśmiechnął się tylkowyrozumiale.

– Ponieważ jest już po pierwszej itylko my dwaj jeszcze nie śpimy – nie znalazłem wjego słowach jednej nuty wyrzutu – kazałem przynieść kolację tutaj. Skosztujesz?

Tymi słowami przypomniał mi, że przez cały dzień nie miałem nic wustach.

O tym, że umierałem zgłodu, zapomniałem chyba tylko dlatego, że od kilku godzin umierałem głównie zciekawości.

– Zogromnąprzyjemnością.

Daniel zaprosił mnie gestem do stolika kawowego, postawionego między dwoma jasnozielonymi fotelami pokrytymi jakimś kwiecistym wzorem, które okazały się piekielnie wygodne. Nie potrzebowałem wyraźniejszej zachęty iw sekundę później nakładałem sobie na kromkę chleba (już posmarowaną przez kogoś masłem) plastry soczystej szynki ipomidora.

– Nic wykwintnego – rzucił – ale trudno wymagać od Wilmy, by ściągnięta złóżka wśrodku nocy, przygotowała nam coświęcej.

W odpowiedzi przewróciłem tylko oczami, wgryzając się wkanapkę. Wilma, która, jak możesz się domyślić, była „nadworną” kucharką, wmojej ocenie sprostała zadaniu celująco. Oczym zresztą nie omieszkałem jej kiedyśwspomnieć.

– Poprosiłem Joachima, żeby sprowadził rano mojego krawca. – Przyłapał mnie, gdy bezwiednie przyglądałem się wykończeniom jego stroju. – Bo musisz wiedzieć, że jest kilka przysłów, które cenię bardziej niż wyświechtane „nie szata zdobiczłowieka”.

Skupiłem się na jedzeniu inie przerywałem Danielowi. On zaś nie sprawiał wrażenia, jakby oczekiwał ode mnie jakiejkolwiek reakcji na swojesłowa.

– Gdy tylko zdejmie zciebie miarę, przyjacielu – ciągnął, patrząc bardziej na powietrze oddzielające nasze twarze niż na mnie – odwiedzimy balwierza. Trzeba cię, wybacz mi bezpośredniość, doprowadzić doporządku.

Nie miałem nic przeciwko takim pomysłom. Gorzej natomiast przypadł mi do gustunastępny.

– Rzecz kolejna, która wpadła mi do głowy dosłownie przed momentem, tozęby.

Na moment znieruchomiałem iz oczami pełnymi zdumienia (oraz ustami pełnymi chleba ichorizo) spojrzałem na Daniela. Prawda, moje zęby nie należały do najpiękniejszych czy nawet do zadbanych. Tym niemniej je miałem, co itak stawiało mnie na ponad wieloma ludźmi, którzy przewinęli się przez moje dotychczasoweżycie.

– Większość spraw na świecie można załatwić albo dużymi pieniędzmi, albo odpowiednim uśmiechem. Zbraku pierwszego, powinieneś poważnie zainteresować się drugim – mówił coraz bardziej do siebie, nie zwracając uwagi na to, czy go słucham. – Słyszałem oczłowieku, który przygotowuje wgipsie formy idealnie równych zębów iwypełnia je porcelaną. Po ich wypaleniu otrzymuje implanty, które mocuje do spiłowanych wcześniej naturalnych zębówpacjenta.

– Jak to... „spiłowanych”?

– Drobnostka. – Machnął beztrosko ręką. – Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby wziąć większyrozbieg.

Zupełnie mnie ten argument nie przekonał iz miejsca nabrałem ochoty naprotesty.

– Wydaje mi się, że dobre ubranie ifryzura są wstanie zatuszować pewne... niedoskonałości. Dlatego piłowanie zębów ujakiegoś dentysty-rzeźbiarza rozważałbym dopiero jako krokostateczny.

– Oczywiście – urwał temat tak nagle, jak go zaczął ipodniósł się zfotela. – Wierzę, że jest masa rzeczy, które chciałbyś przedyskutować. Ja też mam do ciebie kilka pytań. Niestety... będą musiały poczekać dojutra.

Daniel, nie przestając mówić, podszedł do okna iwyłączył skrytą pod beżowym abażurem lampkę. Biblioteka pogrążyła się wpółmroku. Jedyne światło wpadało przez drzwi, zkorytarza.

– Miałem za sobą bardzo ciężki dzień. Ty też zasłużyłeś na odpoczynek. – Mimo że niemalże wyszedł już zpokoju, zapytał: – Pozwolisz, że odprowadzę cię do twojejsypialni?

Naturalniepozwoliłem.

– Prawdopodobnie krawiec będzie tu najwcześniej wpołudnie – powiedział rzeczowo Daniel, gdy weszliśmy do „niebieskiej” sypialni. – Do tego czasu nikt nie powinien cię niepokoić. Jeśli zaś obudzisz się wcześniej, zejdź na dół. Joachim się tobą zajmie. Ja mam pewne zobowiązania, którymi muszę zająć się zsamego rana. Powinienem jednak wrócić naczas.

Pokiwałem głową na znak, że wszystkozrozumiałem.

– Jeśli masz jakieś pytania, natury technicznej, oczywiście, to ostatnia szansa, żeby mi jezadać.

– Tylko jedno – odparłem. – Dlaczego nazywacie tę sypialnię „niebieską”? Przecież ściany są szaro-czerwone.

– Dlatego, że słowa są silniejsze od farby, przyjacielu – powiedział.

Dlatego, chłopcze, według Alicji „Poeci wygrywają zmalarzami” (choć wtedy jeszcze, oczywiście, nie mogło mi to przyjść namyśl).

– To jeden znajstarszych domów wAtlantis. Ściany odmalowywano już wiele razy, niejednokrotnie dawne kolory zastępującnowymi.

– Ale utarte nazwy wciąż trzymają się tego, jak dom wyglądał na samym początku – dokończyłem za niego. – Rozumiem. Jest wtym coś... – zabrakło misłowa.

– To prawda. Jest.

Daniel uśmiechnął się do jakiegoś wspomnienia sprzed lat iwycofał wkierunkudrzwi.

– Śpij dobrze, przyjacielu – powiedział, pociągając zaklamkę.

Słowa dotarły do mnie dopiero po chwili, gdy drzwi niemal całkiem się jużzamknęły.

– Dobranoc – niemal krzyknąłem za nim. – Dobranoc, panie...

– Ducos. – Drzwi otworzyły się na nowo. – Choć pewnie wychwyciłeś to już, kiedy rozmawiałem zpolicjantem. Nazywam się DanielDucos...

... iwitam cię wmoich skromnychprogach.

Około wpół do drugiej księżyc, który nie pokazywał się przez całą noc, począł wyglądać zza maszerującej na niebie ariergardy obłoków. Śmielej iśmielej, aż wreszcie zalał ulice miasta nieprawdopodobnym blaskiem, jakby chciał znawiązką wynagrodzić swojąnieobecność.

Nie wiem, czy wodniesieniu do tego niemego świadka tysięcy wieczornych schadzek również mówi się o„promieniach”. Jeśli nie, musisz wybaczyć staruszkowi. Errare... itak dalej. Tej nocy tak właśnie nazywałem wmyślach strumienie (może to lepsze słowo?) światła wpadające do niebieskiej sypialni przez parę wysokich, bliźniaczo zakratowanych pozłacanymi listewkami, okien.

Jeden zpromieni przebijał się przez sam środek pokoju, lądując na przeciwległej ścianie. Tak, że nad wysłużoną już mahoniową komodą lewitował cień podwójnie łamanego ramionami krzyża. Nie wiem, jak ty, chłopcze, ale ja nigdy nie byłem zbyt religijny. Może doszukasz się wtym jakiejś boskiej wiadomości. Amożenie.

Drugi zpromieni natrafiał na zawieszone na bocznej ścianie lustro iodbijał się na sufit. Dokładnie nad mojągłową.

Wtedy zwyczaj wymalowywania sypialnianych plafonów był już niemal zapomniany, czy raczej wyszedł zmody, jeśli chcemy być precyzyjni. Na sufitach starych domów Atlantis nadal jednak dało się znaleźć bogato zdobione malowidła sprzed lat przedstawiające najróżniejsze sceny zliteratury, historii świata lub rodziny czy mitologii. Zwłaszcza ta ostatnia cieszyła się nieprzeciętnąpopularnością.

Plafon, na który chcąc nie chcąc patrzyłem przed snem, był już mocno nadgryziony przez czas. Tu itam zamiast pozostałej jeszcze winnych miejscach wyblakłej farby, bieliły się puste plamy. Gdy tylko przyjrzałem się temu, co wciąż zdobiło fragmenty sufitu, zrozumiałem iwybaczyłem czasowi jego wilczyapetyt.

Ze spienionych fal bijących oprzybrzeżne skały wychodziła na plażę kobieta. Jedna zfal wznosiła się tuż za jej plecami. Jej kształt zaś na milimetry dopasowany był do kroczącej postaci. Jakby morze nie chciało się znią rozstać, prosząc oostatni pocałunek, nim wypuści ją naląd.

Narodziny Afrodyty – pomyślałem bezzastanowienia.

Cała scena nie pozwalała na żadne co do tego wątpliwości. Nie zgadzało się tylko jedno. Afrodyta nie była bowiem nagą boginią zasłaniającą nieśmiało iniezbyt skutecznie (przez międzynarodową imiędzyepokową zmowę malarzy) to, co miała doodsłonięcia.

Nie... była ubrana wobcisłe, szare spodnie do jazdy konnej, sięgające do kolan czarne buty ipowiewającą wmorskiej bryzie męską koszulę. Koszulę onajnowszym kroju, który jeszcze wczoraj mogłem zobaczyć na manekinach stojących wwitrynach pracownikrawieckich.

Na ramiona spływały jej kaskady kasztanowych, mocno falowanych włosów. Twarz jej nie wyrażała zakłopotania czy zagubienia. Zielone oczy wychodzącej na świat królowej miłości patrzyły zdeterminacją przed siebie. Pod ślicznie wyrzeźbionym nosem połyskiwał zawadiackiuśmiech.

– Idę do ciebie – zdawała sięmówić.

Tej nocy zasnąłem, mając przed oczami jej ślicznątwarz.

Tej iwielunastępnych.

III

Wiem, że to dla ciebie ciężki okres, Danielu. Rozumiem, że szukasz... – Harry nerwowo wciągnął powietrze lewą dziurką nosa. Prawa strona jego twarzy, wraz ze starannie przystrzyżonym wąsem, ściągnęła się ku ustom. – Cholera, wsumie to sam nie wiem, co otymmyśleć.

Harry Askins był pięćdziesięcioośmioletnim kawalerem. Aprzynajmniej tak lubił osobie mówić, co wprzypadku człowieka, który miał już na liczniku cztery żony, mogło wprowadzać wbłąd. Dwa razy pożycie małżeńskie przerywała niespodziewana śmierć (nie jego, oczywiście). Dwa pozostałe kończyły się rozwodem „na wspólny, zgodny wniosek stron” mniej więcej wtedy, gdy wybranki dobiegały okolictrzydziestki.

Ograniczone do ściśle damskiego składu spotkania, które raz po raz odbywały się wsalonikach kobiet zwyższych sfer miasta Atlantis, od niedawna huczały od plotek, że nieustraszony Harry znów zatęsknił za towarzystwem płci pięknej irozgląda się wposzukiwaniach numeru piątego. Ponieważ zakończenia jego małżeństw układały się wponurą szachownicę – śmierć, rozwód, śmierć, rozwód – życzliwe przyjaciółki przestrzegały się wzajemnie przed pochopną decyzją, która mogłaby tragicznie wpłynąć na przewidywaną długośćżycia.

Nie muszę chyba dodawać, że jak to zwykle bywa, prym wiodły te najstarsze albo najbrzydsze (lub łączące wsobie obie cechy), na których Harry nie zawiesiłby nawet oka. Niewykluczone, że większość znich tak naprawdę wiele by dała, by stać się panią Askins numerpięć.

Tak czy owak, Harry był właścicielem ósmego co do wielkości majątku wmieście. Całość odziedziczył po starszym od siebie osześćdziesiąt dwa lata ojcu, dorobkiewiczu wyniesionym na szczyty przez boom budowlany za czasów Burmistrza Vittorio Perei oraz niebywały zmysł do wykorzystywania okazji iinnychludzi.

Harry, jak sam mówił, gdy jeszcze zajmował na liście najbogatszych pozycję szóstą, miał wystarczająco pieniędzy, by do końca życia nie musieć zaprzątać sobie głowy ich zarabianiem iskupić się na tym, do czego został stworzony, czyli ichwydawaniem.

– To nie tak, że nie zasługuję na to, co dostałem od życia – mawiał nieraz po kilku opróżnionych Gimletach (uwielbiał drinki na ginie). – Przecież ja jestem znawcą ludzkich dusz. Tak jest, dusz! Ato wiedza, za którą każda cena byłaby zbytmała.

Niewątpliwie odrobinę narcystyczny, atakże momentami męcząco jowialny idekadencki, Harry Askins, potrafił mimo tego być dobrym przyjacielem. Wspaniałym kompanem, gdy życie się układało ijeszcze lepszym, gdy zaczynało dziać się coś złego, lecz jednocześnie na tyle interesującego, by zasłużyło na jego uwagę. Jako „znawca dusz” twierdził, że źródłem tej szlachetnej cechy jest jego permanentne lenistwo, które nie pozwala mu na uciekanie się do jakichkolwiekzłośliwości.

Niedawno życie wyróżniło go kolejnym szlachetnym, choć nieproszonym tytułem ostatniego „prawdziwego przyjaciela Daniela Ducos”. Harry, mimo że odpowiedzialność zawsze była mu nie wsmak, doskonale zdawał sobie sprawę zpowagi roli, którą miał do odegrania. Do tego stopnia, że na prośbę Daniela gotów był odstąpić od, świętej niemalże, zasady niewstawania przedpołudniem.

Ani Daniel, ani Harry praktycznie nie uznawali śniadań wpowszechnie pojmowanym ichkształcie.

Siedzieli więc obaj przy kawie ipapierosie, na rozłożystym tarasie wychodzącym na Aleję Pionierów zjednej znajpyszniejszych rezydencji DzielnicyPalmowej.

Było po dziewiątej, adzień zapowiadał sięupalny.

– Wytłumacz mi, proszę, raz jeszcze, dlaczego twoim zdaniem to taki świetnypomysł?

– Nie wiem, czy jest świetny. – Daniel zaciągnął się minnaresem. Uwielbiał papierosy sprowadzane przez Harry’ego zKairu. – Ale wierzę, że jestwykonalny.

– Na świecie są miliony rzeczy wykonalnych. – Harry wpatrywał się wokienko przejeżdżającego wdole powozu. – Ja na przykład mógłbym wystartować wnajbliższych wyborach na Burmistrza. Tylko poco?

– Mógłbym powiedzieć, że to zwyczajny kaprys. Bo przecież wczęści jest nim napewno.

– Ale?

– Znasz mnie, Harry, niemalże od dnia, kiedy przypłynąłem do Atlantis. Nie sądzisz, że mam jakiśniewypowiedziany...

– Dług? To chcesz powiedzieć... – Usta Harry’ego wykrzywiły się wostentacyjnym uśmiechu. Daniel dobrze wiedział, dlaczego. – Danielu Ducos? Zaciągnąłeś dług wobeclosu?

– Tak. – Ducos nienaturalnie zawiesił głos. – Nie tylko wobeclosu.

Askins wziął głęboki wdech, zdjął nogi zpodnóżka, który przemieniał jego wygodny fotel wfotel bardzo wygodny, po czym pochylił się wstronęprzyjaciela.

– Długi wobec losu, świata iBoga to kwestia czysto światopoglądowa, tu nie będę się kłócić. Zaznaczę tylko, że ja uważam je za bzdurę. Jeśli zaś chodzi oludzi, jest tylko jedna ich kategoria, wobec której długi można, awedług niektórych nawet należy spłacać. – Efektowna pauza miała mu dodać powagi. – Są to ludzieżywi.

Daniel rzadko pozwalał sobie na uchylenie maski znanego wszystkim zujmującej życzliwości „pana Ducos”. Wiedział jednak, że Harry itak zawsze przegląda ją na wylot. Nie krył więc wyrazu niezadowolenia zmieszanego zodrobinąwyrzutu.

– Myślisz pewnie, że nie wiem, oczy mówię, że nie wiem, jak to jest kogoś stracić... – Askins nie dawał mu dojść dosłowa.

Nagle drzwi balkonowe się otworzyły. Nie same, oczywiście, aza sprawą pulchnej pokojówki, której rysy isposób poruszania się zdradzały, że dwadzieścia lat ikilogramów temu, mogła jeszcze podobać się mężczyznom, co zapewne wyjaśniało fakt zatrudnienia jej przez Askinsa, jednocześnie prowokując pytanie opowód zatrzymania jej do teraz. Na srebrnej (i nie kolor bynajmniej mam na myśli) owalnej tacy wniosła dwie filiżanki świeżo zmielonej izaparzonej czarnej kawy. Najprzedniejsze ziarna specjalnie ściągane zEtiopii. Harry umiał wydawaćpieniądze.

Gdy pokojówka wyszła, kontynuował, nie tracącwątku:

– Wybacz porównanie, Danielu, ale obserwuję cię przez ostatnie tygodnie imam wrażenie, że zachowujesz się trochę jak dziecko. – Zatrzymał się, jakby badając reakcję rozmówcy, ale ten tylko delikatnie skinął głową isłuchał, czekając najwyraźniej na uzasadnieniewyroku.

– Pochowałem dwie żony, dziecko, wielu przyjaciół iprzede wszystkim brata, który był tak doskonałym uzupełnieniem mnie, że nie wyobrażałem sobie, bym mógł przeżyć choćby jeden dzień, gdy jego zabraknie. Iwieszco?

– Co? – Daniel wiedział, że pytania Harry’ego nigdy nie sąretoryczne.

– Przeżyłem. Ludzie umierali ibędą umierać. Aci znas, których los zachowa na świecie trochę dłużej, będą sobie ztym radzili. Bo taka jest kolej rzeczy. Wszyscy to wiemy, prawda?

– Prawda.

– Amimo to, gdy umiera ktoś bliski, zachowujemy się jak nastolatki, które wierzyły, że miłość będzie trwała wiecznie, askończyła się po zaledwie trzech miesiącach. Wszyscy wokół powtarzają nam, że takie rzeczy się zdarzają, amimo tego świat dalej się kręci, że po burzy zawsze wychodzi słońce. Ale my itak za każdym razem upieramy się, że nas nie rozumieją. Że to, co przydarzyło się nam, było wyjątkowe. Jedyne wswoim rodzaju. Rozumiesz?

Ducos bez przekonania skinął głową. Nie był wnastroju na sporyegzystencjalne.

– Cieszę się, że to do ciebie dociera. – Harry, dosyć zsiebie zadowolony, znów wygodnie rozsiadł się wfotelu. – Chociaż nie łudzę się, by dotarło na tyle głęboko, na ile bym chciał. Duma nie pozwala nam tak szybko porzucaćprzekonań.

Daniel nigdy nie uważał się za człowieka dumnego, ale też nie zaprotestował. Wgłębi ducha przyznawał Harry’emurację.

Choć na razie tylko wgłębi.

– Duchy przeszłości wypędza się powoli. Ale od czegoś trzeba zacząć. – Harry klasnął wdłonie, definitywnie kończąc temat. – Ale dość oumieraniu! Zajmijmy siężyciem.

– Pytałeś omojego nowego gościa. – Daniel ożywił sięodrobinę.

– „Gościa”... Strasznie to pretensjonalne. – Askins pokręcił głową zudawanym oburzeniem. – Czy on nie maimienia?

– Każdy jakieś ma. Ale ojego niepytałem.

Harry przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć „nawet mnie to niedziwi”.

– Przedstawiłem mu sytuację wten sposób. – Daniel zapalił kolejnego minnaresa. – Przez najbliższy rok będzie umnie mieszkał. Ja zapewnię mu jedzenie, ubrania ipieniądze potrzebne, by stanął na nogi. Wystarczająco, by nikt nie podejrzewał go opuste konto. Zbyt mało, by żyć znich przez następnelata.

– Brzmi uroczo. – Harry wyglądał teraz jak pokerowy szuler. – Czego oczekujesz wzamian?

– Posłuszeństwa. Użyję wszelkich środków, jakie uznam za konieczne, by wciągu roku śmierdzącego szczynami bezdomnego przemienić wlwa salonowego, który brylował będzie na bankietach najprzedniejszych domów Atlantis. Ato właśnie tam, na obszytych złotem sofach leży fortuna, po którą trzeba tylko umieć sięgnąć. Świat, Harry, nie należy do najsilniejszych, ado najbardziejczarujących...

Daniel dał się odrobinę ponieść wizji przyszłości, ale szybko zmitygował się, dostrzegając malujący się na twarzy przyjaciela sceptycyzm. Momentalnie zszedł na ziemię idużo bardziej rzeczowym tonemtłumaczył:

– Fakt, mam dopiero dwadzieścia dziewięć lat, ale zjadłem zęby na tej bezwzględnej grze pozorów, którą niewinnie nazywają „obyciem towarzyskim” ijeśli ktoś może tego dokonać, to tym kimś jestem właśnieja!

– Brawo! – Harry klaskał wdłonie znajwiększą dawką ironii, na jaką było go stać (czyli naprawdę sporą). – Wystartuj wjakichś wyborach, żebym miał okazję na ciebiezagłosować.

– Nie rozumiesz? To coś więcej niż wychowanie dziecka. To stworzenie nowego człowieka, zaczynając nie od zera, ale dużo, dużo niżej. – Daniel rozluźnił pięści, które sam nie wiedział kiedy zacisnął. – Co otymsądzisz?

– Sądzę, że przydałaby ci się żona. Człowiek ma mniejszą skłonność do tworzenia sobie sztucznych problemów, gdy jeden prawdziwy co rano leży obokniego.

– Harry...

– Jeśli dzięki niemu zajmiesz się czymś konstruktywnym, proszę bardzo. – Askins podniósł filiżankę do ust, po czym zniezadowoleniem odstawił na stolik, zauważając, że nie zostało w