Czwarte życie - Ludwik Loren - ebook + książka

Czwarte życie ebook

Ludwik Loren

4,8

Opis

Czwarte życie”, debiutancka powieść Ludwika Lorena, to rozgrywająca się na przełomie XIX i XX wieku historia o wielkich nadziejach, wielkich ideach, wielkich pieniądzach… i rzuconych pomiędzy to wszystko całkiem małych ludziach.
Spotkanie, do którego nigdy nie powinno było dojść, prowadzi do umowy, której nigdy nie należało zawierać. Nowe możliwości oznaczają nowe wyzwania, nowe wyzwania zaś – powodzenie, ale i zobowiązania, którym niełatwo będzie sprostać. A kiedy kobieta z przyszłością i mężczyzna z przeszłością spotykają się w teraźniejszości, mgliste plany i przemilczane wspomnienia wyznaczają niejasną granicę zaufania, której przekroczenie może skończyć się rozlewem krwi.
Wszystko to – i znacznie więcej – zatopione w baśniowej atmosferze położonego nad oceanem miasta, które miało stać się pierwszą urzeczywistnioną utopią, ale skończyło jako kolejny nieudany raj na ziemi przypominający jego twórcom, co ludzka natura potrafi zrobić z wzniosłymi ideami.
Za kulisami tego przedstawienia kryje się jednak ktoś jeszcze. Ktoś, kto niezauważenie pociąga za sznurki i szampańsko się przy tym bawi.
Ktoś… albo coś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 750

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © by Ludwik Loren 2018All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja i korekta: Ewa Kaleta

Korekta: Adriana Rak

Projekt okładki: Wydawnictwo WasPos

Skład i łamanie: Wydawnictwo WasPos

Wydanie I

ISBN 978-83-66070-42-4

Wydawnictwo [email protected] www.waspos.plWydrukowano w Totem.com.pl

Wszystkim tym współlokatorom,którzy pewnego dnia niepostrzeżenieprzeistoczyli się w przyjaciół.

I

Pierwsze automaty biletowe Wydział Komunikacji Miasta Atlantis zainstalował wtramwajach jakieś trzy, może cztery lata wcześniej. Akierowców nie było już od... sam nie wiem. Co prawda pamiętam, że gdy za dzieciaka jeździłem dwie przecznice na północ od domu (zazwyczaj na gapę), drzwi tramwaju nie otwierały się jeszcze automatycznie. Za każdym razem podstarzały tramwajarz musiał podnieść się zfotela iwpuścić mnie dośrodka.

Mimo że dla tego łysego już weterana transportu szynowego był to zauważalny wysiłek, mężczyzna, widząc stojące na przystanku dzieci, zawsze uśmiechał się ciepło iwitał nassłowami:

– Wskakuj na pokład, marynarzu!

Jeżeli miałeś dziesięć czy dwanaście lat ina pierwszy rzut oka wyglądałeś na biednego obdartusa zDzielnicy Portowej, mogłeś być pewien, że stary nie zapyta cię obilet. Mrugał tylko porozumiewawczo iwracał do swojej małejkabiny.

Razem zinnymi dzieciakami wyobrażaliśmy sobie, że na długo zanim siadł za sterami tramwajowej „dwudziestki siódemki”, zajmował się jakąś bardziej interesującą robotą. Niektórzy mówili, że mógł być piratem albo wielorybnikiem. Inni, że pracował przy budowie parowców, amiłość do morza na zawsze została mu we krwi – stąd te dziwaczne powitania. Najdalej wswoich teoriach wypuszczał się Mario, ten, który wwieku szesnastu lat zawisł potem na Placu Gottarda za kradzież zwłamaniem. Obstawiał, że to poszukiwany przemytnik alkoholu ukrywający się tymczasowo jako tramwajarz, żeby zgubićtrop.

Najlepsze, że dziś, gdy myślę otym wiecznie uśmiechniętym staruszku (a jak możesz się domyślić, chłopcze, czas na rozmyślania to jedna zniewielu rzeczy, której mam ostatnio wnadmiarze), zaczynam sądzić, że nie był żadnym marynarzem, żeglarzem czy nawet przybrzeżnym rybakiem. Myślę, że był – tylko iaż – prostym człowiekiem zmisją nieszkodzenia drugiemu. Takim, jakich tysiące otulone wgrube płaszcze codzienności przewijają się po cichu przez naszeżycia.

Ale przede wszystkim – był człowiekiem (z misją czy bez misji), jak setki innych kierowców. Niedługo później te setki zmieniły się wdziesiątki, aż wkońcu podzieliły los dinozaurów iuczciwych księgowych, kiedy dzielnica po dzielnicy rozrastał się System Centralnej Kontroli Transportu. Na ulice wyjechały automatyczne i, wyłącznie zzałożenia, bezwypadkowe szynobusy. Szynobusy Baptiste’a, oczywiście. Wszystko wtym mieście cudów musiało być firmowane jegonazwiskiem.

Podobno wWydziale Komunikacji stoi gigantyczna makieta przedstawiająca całe Atlantis. Stamtąd kieruje się ruchem. Jak kolejką wąskotorową, którą kupujesz pod choinkę „synowi”, kiedy dorośniesz na tyle, byś znów chciał bawić się jak dziecko. Tyle że tamta kolejka jest odrobinę bardziej skomplikowana, wymaga obsługi całej armii pracowników idyryguje przewozem tysięcypasażerów.

Nie, nigdy jej nie widziałem. Dawno temu ktoś... Alicja mi otymopowiadała.

Wsiadasz, jedziesz, wysiadasz. Czysta automatyzacja, dążenie do perfekcji iprofesjonalizmu. Jakoś tak to reklamowali. Kierowców zastąpili, zapewne tańsi wutrzymaniu, konduktorzy, co jest jedynie eleganckim eufemizmem dla kasjerów-ochroniarzy. Sprzedawali bilety, pilnowali porządku, aco niektórzy to imoralności społecznej idbali, by margines społeczny pozostał tam, gdzie jego miejsce. Nigdy nie dowiedziałem się, gdzie konkretnie się to miejsce znajduje, ale jedno wiem na pewno – nie wewnątrztramwaju.

W ten sposób kręciło się to przez kilka dekad, dopóki Laboratoria Baptiste’a nie wypluły zsiebie pierwszych biletomatów. Małe skrzynki, które miały zastąpić konduktorów iodciążyć budżet Ratusza, paradoksalnie (i na pewno wbrew woli ich twórcy) okazały się zbawieniem warstwnajuboższych.

Ci wszyscy niewidzialni ludzie, których wyciągnięte ręce mijasz bez słowa wDzielnicy Portowej albo przy wejściu na Wzgórza Fabryczne, zaczęli przejmować tramwaje. Chociaż klimat wAtlantis jest więcej niż ciepły, noce naprawdę potrafią dać się we znaki. Sam znałem kilku bezdomnych, którzy przypłacili to życiem. Nie mówię, że zamarzli. To nie wtej części świata. Raczej wpisywali się wschemat: zimno iniedożywienie, osłabienie organizmu, gruźlica lub zapaleniepłuc.

I krzyżyk nadrogę.

Oczywiście nadal kontrolowano bilety, nadal pilnowano porządku. Powstały grupy inspekcyjne, które wybiórczo sprawdzały pasażerów poszczególnych szynobusów. Oczywiście zdarzało się, że wyrzucali bezdomnych na ulicę (miejsce marginesu społecznego itak dalej), ale zazwyczaj – gra warta była ryzyka. Trzeba było wiedzieć, gdzie można jeździć, aktórych rejonów miasta raczej unikać. Wpołudnie na śródmiejskich Złotych Alejach nie przeżyłbym pięciu minut, ale wieczorem wPortowej mogłem prawie bez obaw chłonąć tramwajowe ciepło ipełne pogardy spojrzeniawspółpasażerów.

Podobno Sokrates też nie był szczególnym entuzjastą higieny, więc wsumie ija mogę pozwolić sobie na odrobinę filozofii... Bo widzisz, chłopcze, to jest straszne wludzkiej naturze, ale jesteśmy obrzydliwymi estetami. Prędzej wybaczymy dobrze ubranemu, przystojnemu trzydziestolatkowi wyprowadzenie zbudżetu piętnastu milionów niż zwykłemu bezdomnemu to, żeśmierdzi.

Każdy znas, patrząc wlustro, usiłuje wmówić sobie, że jest dobrym człowiekiem. Bez tego nasza równowaga psychiczna leci na pysk. Więc gdy ktoś kradnie miliony, na które my, podatnicy, składaliśmy się chwalebnie, jest tym złym, amy – tymi dobrymi, pokrzywdzonymi. Bezczynność nas uszlachetnia. Zawsze wygodniej byćofiarą.

Kiedy jednak biedak, żebrak czy kaleka narusza swoją obecnością naszą prywatną przestrzeń, czujemy złość iirytację. O, nie patrz tak na mnie... Wiem, oczy mówię. Widziałem te zniesmaczone twarze tysiącerazy.

Nawet jeśli onic nas nie prosi, stanowi chodzący dowód naszego egoizmu ihipokryzji. Przez niego nie możemy już narzekać, jakie życie jest ciężkie. Trudniej powiedzieć sobie, że jestem dobrym człowiekiem, jeśli parę godzin wcześniej nie dałem kilku koron brudnemu, chudemu dziecku, mimo że wportfelu miałem dużo więcej. Co ztego, że mnie też są potrzebne. Zaprogramowano nam sumienie ibardzo nie lubimy, gdy osobie przypomina. Wtym przypadku bierność nas upadla. Aprzecież niczego nie kochamy bardziej niżbierności.

Tego dnia, czy raczej tego wieczora, kiedy zaczyna się moja historia, jechałem odrapaną „siódemką” na południe, wkierunku centrum (wiedziałem, że jeśli wŚródmieściu nie wysiądę pod biblioteką, najprawdopodobniej skończę zpotłuczonymi żebrami). Jeździłem tak wkółko, przystanek Szkocka Stocznia, Biblioteka iz powrotem. Zbliżała się cholernie zimnanoc.

Byłem już wtedy niemal całkiem siwy, ale skrzętnie ukrywałem ten fakt pod warstwą brudu itłuszczu na moich, bądź co bądź, długich włosach. Niekoniecznie celowo. Oczywiście ostatni raz goliłem się mniej więcej wokresie, kiedy Turcy szturmowali Konstantynopol, przez co zapomniałem już trochę, jakie konkretnie mam rysytwarzy.

I tu warto przy okazji nadmienić, że Matka Natura wykazała się wmoim przypadku albo niezdarnością, albo kiepskim poczuciem humoru, bo mimo że przekroczyłem już pięćdziesiątkę, nadal na policzkach miałem kilka fragmentów, na których nie uświadczyłbyś jednego włosa. Wtedy mnie to oczywiście nie obchodziło wnajmniejszym nawet stopniu, później (w nowym, czwartym życiu) nagle strasznie zaczęłoprzeszkadzać.

Ubrany byłem wjakieś łachmany. Jakie? Nie wiem. Wiem natomiast, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Swoją drogą, spróbuj sobie przypomnieć bezdomnego, którego ostatnio spotkałeś. Pamiętasz, wco dokładnie był ubrany? Pewnie nie, więc nie wymagaj tego ode mnie, chłopcze, zwłaszcza po tylulatach.

Krótko mówiąc, wyglądałem jak kloszard. To porównanie zazwyczaj ma większy wydźwięk, kiedy jest na wyrost lub gdy do kogoś to określenie zupełnie nie pasuje. Ale jeśli omnie chodzi, po prostu byłem kloszardem. Od dobrych dwudziestu lat. Wtamtym okresie sięgnąłem dna i... awłaśnie... śmierdziałem wtedy jak szumnie nazywany rzeką ściek przepływający przez okolice Wzgórz Fabrycznych. Serio, jeśli przesadzam, to raczej na niekorzyśćścieku.

Siadłem, jak zawsze zresztą, na samym końcu. Rzadko kiedy zapach roznosił się po całym wagonie, zazwyczaj docierał gdzieś do połowy, więc wrażliwi mogli komfortowo stłoczyć się wprzedniejczęści.

Nie boję się zrażać do siebie ludzi – Alicja lubiła to powtarzać – ale tylko, jeśli jest takapotrzeba.

Wtedy niebyło.

Kiedy zamknęły się drzwi, pasażerowie siedzący najbliżej, jeden po drugim, zaczęli mocniej pociągać nosem irozglądać się niespokojnie. Zkażdą chwilą coraz mniej subtelnie, aż wkońcu przechodzili do wiercenia się na siedzeniach. Jak zwykle. Większość szybko zlokalizowała problem izaczęła się nerwowa wymiana spojrzeń. Jak zwykle. Niejeden toczył zsamym sobą dyskusję ożyciowe priorytety. Co jest ważniejsze? Miejsce siedzące czy świeże powietrze? Jakzwykle.

I nagle jest! Mamy zwycięzcę! Na oko trzydziestoparoletni mężczyzna znadwagą, nawet, powiedziałbym, grubasek wstał inie patrząc na mnie, przeniósł się na czoło wagonu. Następni posypali się jak kostki domina. Oczywiście nie tak od razu. Wodstępach dziesięcio, piętnastosekundowych. Jak zwykle. Ależ my kochamy zachowywaćpozory.

Po chwili „moja” część wagonu była już pusta. No dobra, nie do końca pusta. Jeden mężczyzna siedzący do mnie tyłem cały czas nieruchomo patrzył przez okno na niemrawo przepływające za szybą szyldy mijanych szynków, knajp izajazdów, których zawsze pełno tam, gdzie prawdziwi mężczyźni ciężko pracują na utrzymanie rodziny. Popyt napędza podaż – to najstarsze prawo handlu, urbanistyki ipolitycznychprzemówień.

Może patrząc na mijany za oknem portowy krajobraz, zastanawiał się, dlaczego biedni rodzą się ipozostają biedni. Może siedząc tam samotnie, ostatni sprawiedliwy, udzielał pozostałym lekcji otym, że człowiek przegrany (w domyśle – ja), nadal pozostaje człowiekiem. Amoże zupełnie nie zwracał na mnie uwagi, bo zamiast patrzeć na to, co rzeczywiście było za oknem czy też wokół niego samego, rozmyślał nad schadzką, zktórej właśnie wracał, po raz dziesiąty rozgrywając rozmowę, którą należało przeprowadzić odrobinę inaczej, delikatniej albo zabawniej. Niewiem.

Czy raczej – wtedy niewiedziałem.

Niestety, nie miałem szansy dogłębnie się nad tym zastanowić, bo kiedy tylko otworzyły się drzwi tramwaju, moja uwaga jak elektryczne wyładowanie przeskoczyła zpozbawionego węchu jegomościa na trzech wsiadających właśnie mężczyzn. Idę ozakład, że zdjęcie przynajmniej jednego znich widniało wEncyklopedii Baptiste’a obok wyrażenia „tęgi chłop”. Zresztą, pozostali dwaj byli raczej podobnejpostury.

Drzwi się zamknęły, aoni, cała trójka równocześnie, spojrzeli na mnie. Dokładnie wtej kolejności, nie odwrotnie. Gdybym zdążył rozpoznać zagrożenie, póki staliśmy jeszcze na przystanku, prawdopodobnie ewakuowałbym się, jak często mówi Kodeks Postępowania Administracyjnego, „bez zbędnej zwłoki”. Amoje życie potoczyłoby się zupełnieinaczej.

Ale potoczyło się tak, jak siępotoczyło.

Kiedy napotkałem wzrokiem spojrzenie ponad stukilowego robotnika ztartaku Yeatesa (tak przypuszczam, wkońcu właśnie go mijaliśmy) wobec wszystkich zagadek wszechświata jednej tylko rzeczy byłem pewny – że wrelatywnie niedługim okresie dostanę srogo po mordzie. Na najbliższym przystanku natomiast na wspomnianą uprzednio mordę wylecę ztramwaju.

Nie pierwszy raz... Takieżycie.

– Dziadku! – Ku mojemu zaskoczeniu, wcale nie odezwał się ten wyglądający na „przywódcę stada”, ale stojący po jego prawej ichyba trochę młodszy chłopak wpoplamionym smarem kombinezonie roboczym. Dyskusyjnie sympatyczną aparycję podkreślał podwijaną nad uszami wełnianą czapką iuśmiechem, wktórym liczba zębów wskazywała, że używa (używał) ich głównie do otwierania piwa. – Chyba ci się cośpomyliło!

Ignorować, myślałem. Ignorować inie prowokować. Byle do następnegoprzystanku.

– Głuchyjesteś?

– Nie nauczyła cię matka odpowiadać, jak ktoś grzecznie pyta? – dołączył ten zlewej. Jedna ztych twarzy, które od piętnastego do pięćdziesiątego roku życia wyglądają tak samo. Czyli nijako. – Bo jak nie, to my cię nauczymyszacunku.

– No – zarechotał mechanik zprawej – do Johnny’ego to wtakich sprawach możesz mówić „panie psorze”. Co nie, Johnny?

Wywołany do odpowiedzi Johnny, którego słusznie typowałem wcześniej na postać numer jeden wtym pospolitym trio, uśmiechnął się izrobił dwa kroki doprzodu.

– Coś wtym stylu – powiedział, jednocześnie krzywiąc się zrosnącym obrzydzeniem. – Więc na twoim miejscu znalazłbym sobie jakieś mocnewytłumaczenie.

– Panowie, wszyscy jesteśmy ludźmi... – zacząłem. Czasem wten sposób można było coś ugrać, czasem działało. – Izałatwmy to jak ludzie. Nie chcecie mnie tu, rozumiem. Was jest trzech, ja jestem jeden. Prawo silniejszego. Na następnym przystanku wysiadam iwięcej mnie niezobaczycie.

Tym razem niezadziałało.

– Całkiem sprytnie, dziadku – odezwał się ten nijaki. – Ty wysiądziesz, amy zostaniemy wtym smrodzie. Godzi się tak? Anajgorsze, że jeszcze nic anic cię to nie nauczy, prawda, chłopaki?

Mówiąc to, podszedł do Johnny’ego ipołożył mu dłoń na ramieniu. Zobaczyłem, że ulewej ręki zostały mu tylko środkowy iserdecznypalec.

Tartak Yeatesa zbierał swojeżniwa.

– Nooo... – mruknął Johnny. – Jak by to onas, jako prawych obywatelach, świadczyło, gdybyśmy go tak po prostu wypuścili? Skazalibyśmy na ten smród ludzi znastępnego tramwaju... – Bawił się coraz lepiej. – Ato nie jest obywatelskapostawa.

Tramwaj stanął, aja wyjrzałem za okno. Zatrzymaliśmy się przedmostem.

Pieprzony ruch wahadłowy. Przystanek był dopiero po drugiej stronie. Wiedziałem, że niezdążę.

– To może jakaś krótka lekcja? – Mechanik też stał już bliżej mnie. – Nic tak nie działa na pamięć, jak dostać parę razy popysku.

– Chłopaki, po co te nerwy? Przecież możemy to rozwiązać jakoś inaczej. – Wiedziałem, że szanse na rozwiązanie tego „jakoś inaczej” były raczejmizerne.

– Rozwiązuje się problemy. – Johnny jednym krokiem skrócił dzielący nas dystans iłapiąc za moją kurtkę, szybkim ruchem ręki poderwał mnie na nogi. Nasze twarze dzieliło jakieś trzydzieści centymetrów. – Aja nie widzę tu żadnego problemu, dziadku. Sprawa jest prosta. Ładujesz się gdzieś, gdzie cię nie chcą, to potemżałujesz.

Usłyszałem, jak przełykam ślinę. Johnny też usłyszał. Iwszyscy pasażerowie. Pewnie wyglądałem, jakbym się bał. Chyba dlatego, że mimo całej obojętności, jaką wpoiło we mnie spędzone na ulicy dwadzieścia lat, bałem się jak jasnacholera.

– Spokojnie, dziadku – zaśmiał się Johnny, odczytując moje myśli. – Mnie się nie bój. Jeszcze bym cię mógł zabić przez przypadek, atego żaden znas by nie chciał. Zajmą się tobąmoi...

– Przyjaciele! – Rozlegający się niespodziewanie wtej farsie nowy głos był delikatny, ale stanowczy. Jedno słowo, ale wypowiedziane zostrością nieznoszącą sprzeciwu. Jak szanowany, charyzmatyczny gospodarz, który zgracją sprawia, że dwustuosobowy bankiet milknie idwieście par oczu patrzy nagle wjedenpunkt.

Jak na komendę odwróciliśmy się wkierunku, zktórego dobiegał dźwięk. Mężczyzna spod okna, oczywiście. Stał wprzejściu między siedzeniami. Tyle że nie wyglądał już na rozmarzonegourzędnika.

– Ze względu na panującą tu od momentu waszego wejścia ciszę, stałem się mimowolnym świadkiem zaistniałej między wami atym panem... sytuacji – rzekł.

Mówił powoli, zrozwagą dobierając słowa. Przy tym ani na moment ztwarzy nie schodził mu przyjacielski, pojednawczy uśmiech. Było wnim coś magnetycznego. Działał na mnie i, głowę daję, Johnny ispółka też byli podwrażeniem.

Mężczyzna był szczupłym, najwyżej trzydziestoletnim szatynem zwłosami gładko zaczesanymi do tyłu brylantyną. Ijeszcze te wielkie, jasnoniebieskie oczy. Nie był przystojny, nie tak, żeby oglądały się za nim kobiety. Był... magnetyczny. Jego wizerunek podkreślał czarny jak noc trzyczęściowy garnitur, dopasowany co do milimetra. Jakby się wnimurodził.

I ten człowiek, stojąc naprzeciwko trzech robotników ipospolitego żula, uśmiechał się tak, że ani przez sekundę nie czułem się od niego gorszy. Jeżeli bywał na kolacji uBurmistrza („dwa, może trzyrazy”,powie kiedyś tajemniczo), nie mógł uśmiechać się tam zwiększymwdziękiem.

– Zanim zatem dojdzie do rękoczynów, chciałbym wam zwrócić uwagę na drobny szczegół, który przed chwilą wpadł mi do głowy. – Zrobił krótką pauzę, jakby czekał na głosy sprzeciwu, po czym skinął głową iciągnął dalej: – Nasza piątka znajduje się tutaj, ztyłu wagonu. Reszta pasażerów, jak możecie zauważyć, stłoczyła się po drugiej stronie. Iteraz pytanie do ciebie... Johnny, dobrzepamiętam?

Johnny skinąłgłową.

– Pamiętasz plakaty, które wisiały we wszystkich szynobusach, poprzyklejane do okien jakieś dwa, trzy miesiącetemu?

– Nie rozumiem, co to mado...

– Takie żółte, zczerwonymhasłem.

Sądząc po coraz intensywniejszym zacięciu na jego twarzy, Johnny oprzytomniał już chyba po pierwszym wrażeniu inabierał ochoty nakonfrontację.

Już otwierał usta, ale zastygł ze zdumieniem woczach. Przypomniałsobie.

– „Zareaguj! System Alarmowania Wydziału Komunikacji...” – wyrecytował.

– Otóżto.

Mężczyzna zrobił efektowną (choć może odrobinę zbyt melodramatyczną) pauzę idopiero po chwili dodał: – Pozwolę sobie przypomnieć, że przyciski informujące Komórkę Szybkiego Reagowania umieszczane są zawsze na przedzie wagonu. – Tramwaj ruszył, więc lewą rękę, dla zachowania równowagi, zatrzymał na oparciu fotela, prawą gestykulował wsposób tak płynny inaturalny, jakiego nie widziałem unikogo nigdy wcześniej inigdy później. – Poza nami wtym wagonie są dwadzieścia trzy osoby oróżnych poglądach iodporności na stres. Tak, policzyłem, zanim wstałem zfotela. Teraz pytanie dowas:

– Staliśmy przed tym mostem dobre kilka minut... – Robotnik herbu Dwa Palce włączył się do rozmowy tonem Archimedesa wyskakującego zkąpieli. – Ktoś mógł ichzawiadomić!

– Dokładnie, przyjacielu. Czy sądzicie, że gdy panowie wmundurach zobaczą trzech facetów piorących czwartego, będą mieli ochotę na wysłuchiwanie wyjaśnień i, co więcej, czy wasze wyjaśnienia wystarczą, by nie postawiono wam zarzutu pobicia? – Pierwszy raz spojrzał mi prosto woczy. – Zpoważnym uszkodzeniemciała?

– Czyli chcesz, żebyśmy pozwolili mu tak po prostu zwiać, bo ktoś mógł się na nas sfrajerzyć? – Johnny czuł chyba, że najlepszą obroną jestatak.

– Wżadnym wypadku. Staram się naszkicować pewien problem, bo jak sam mówiłeś, przyjacielu, problemy się rozwiązuje – odparł, po czym dorzucił, jakby od niechcenia: – Ewentualnie mogę zaproponować jedno zrozwiązań.

– Aw ogóle, to co on cię tak obchodzi? – wtrącił ten od smaru nakombinezonie.

Mężczyzna milczał, tramwaj zbliżał się do połowy mostu, aJohnny, ignorując swego nadgorliwego towarzysza, skrzyżował ręce na piersi icedząc przez zęby, spytał:

– Jakie jest to twoje „rozwiązanie”?

Ze wszystkich chorób (grzechów?) ludzkości, ciekawość jest tąnajprzydatniejszą.

– Proponuję wam minimalizacjęryzyka.

Nie tylko ja nie wiedziałem, oco muchodzi.

– Wtym momencie zakładacie, że pobijecie go tutaj, ana przystanku okaże się, czy czeka na was policja. Ewentualnie, sprawdzicie, czy na was czekają, ajeśli nie, pobijecie go na przystanku. Będziecie musieli wysiąść, aszynobusy jeżdżą tu przecież co godzinę. Warto tracićczas?

– Aczemu nie mielibyśmy przeczekać bezpiecznie do przystanku, sprawdzić, czy ktoś nas przywita, apotem poprawić naszemu nowemu koledze nos wdrodze na następny przystanek itam go wywalić? – Johnny wyglądał jak adept szachowy wierzący, że zbicie wystawionej figury właśnie dało mu przewagę wrozgrywce znauczycielem.

– Ze względu na ludzką naturę, przyjacielu. Przypomniałeś już państwu stanowiącym wspaniale milczącą widownię naszej rozmowy, osystemie alarmowym. Dałbym sobie rękę uciąć, że jeśli jeszcze nikt tego nie zrobił, skorzystają zniego – znowu spojrzał mi woczy – kiedy tylko nie puścicie go na najbliższymprzystanku.

Im mniej mogłem wyczytać zjego spojrzenia, tym bardziej miałem wrażenie, że on prześwietla mnie nawylot.

Widziałem, że ten argument trafił do Johnny’ego. Johnny mógł wyglądać na głąba, ale nie był głupi... Przynajmniej nie ażtak.

– No dobra, jaka jest twoja propozycja? – powtórzyłpytanie.

– Ja znim wysiądę. Bez względu naokoliczności.

Johnny popatrzył na kolegów, koledzy Johnny’ego popatrzyli na Johnny’ego. Ja popatrzyłem na Johnny’ego ikolegów Johnny’ego.

– Jeśli policjanci będą czekać, przekażę go wich ręce – ciągnął mężczyzna. – WAtlantis jazda bez biletu jest wykroczeniem. Na pewno nie spodoba im się też, że ściągnięto ich do takiejbłahostki...

– Psy też potrafią pokąsać – zarechotał jeden znich, chyba znów ten bezpalców.

– Ajeśli nikogo nie będzie? – wtrącił podejrzliwienastępny.

– Cóż, życie to hazard... Wtedy ja się nimzajmę.

– Niby jak? – Johnny chciał odzyskać kontrolę nadsytuacją.

– Wdowolny sposób uznany przeze mnie zaodpowiedni.

– Jakoś nie czuję tejumowy...

– Tak też sądziłem. Dlatego proponuję wam rekompensatę za straty moralne. – Mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki („Zawsze noś trochę drobnych wkieszeni. Wypchany portfel jest przydatny, ale obnoszenie się znim wnieodpowiednich okolicznościach przyciąga pecha”.) – Piętnaście koron, tyle mam przy sobie. Powinno wam starczyć na kilkapiw.

– Po dwa na głowę! – Usmarowany mechanik znowu sięobudził.

Johnny zjednej strony starał się rozgryźć faceta, który wziął się znikąd, wyglądał, jakby urwał się zDzielnicy Palmowej, ajednocześnie obchodził go jakiś bezdomny. Zdrugiej strony wizja skończenia tego przedstawienia izimnego piwa przed powrotem do domu też miała swoje zalety. Ztrzeciej zaś, wyraźnie miał ochotę komuśprzypieprzyć.

– To jak? Za rogiem jest przystanek. – Mężczyzna wyciągnął rękę do Johnny’ ego. – Oferta wiąże, dopóki nie wiemy, co na nimjest.

Johnny spojrzał nakolegów.

Ich twarze mogły wyrażać konfuzję, ale na pewno nie znalazł na nichdezaprobaty.

– Zgoda. – Ścisnął swoją łapą dłoń szalonego eleganta iw tym momencie tramwaj wytoczył się zaróg.

Zostawiwszy za sobą most, ślimaczym tempem najstarszych modeli szynobusów Baptiste’a zbliżaliśmy się wkierunku winkla budynku, który już za chwilę miał przyjąć na siebie rolę sądu rozstrzygającego omoim być albo nie być. Cały nasz początkowy, czteroosobowy skład zniecierpliwością wyglądał przez szybę, starając się nadać swemu spojrzeniu jakiś rotacyjny tor, po którym moglibyśmy zajrzeć za róg. Tylko mężczyzna wczarnym garniturze zdawał się dziwnie spokojny owynik tego małegozakładu.

Stałem najbliżej okna ijako pierwszy zdałem sobie sprawę, że przystanek jest owszem, pełen, ale ludzi, którzy zoddziałami mundurowymi Komórki Szybkiego Reagowania mieli tyle wspólnego, ile miłościwie nam panujący Burmistrz, według dziennika rządowego, zaferamikorupcyjnymi.

Kiedy moi towarzysze podróży wyglądali za okno (pozostali ludzie wwagonie, niby przypadkiem, robili dokładnie to samo), ja miałem wgłowie tylko wypowiedziane ostro izdecydowanie: „Wdowolny sposób uznany przeze mnie zaodpowiedni”.

– Jak widać, los się do was uśmiechnął – powiedział mój przyszły pan życia iśmierci. – Wasze piętnaściekoron.

Johnny bez zająknięcia przyjął pieniądze wimieniu całej trójki. Ostatecznie, chyba wszyscy byliśmy zadowoleni (ja do kompletu miałem jeszcze strach iciekawość, ale cieszyłem się, że nie zarobiłem wpysk). Znamienne, że choć nikt nie pytał mnie ozdanie, uznałem za całkiem oczywiste, że nie mam prawa protestować iwysiądę na przystanku Ulica Krucza razem zmężczyzną, którego wcale nie znałem (i chyba nigdy wpełni go nie poznałem). Siła charyzmy, tak to sobie dziśtłumaczę.

– Zapraszam – powiedział, wskazując na otwierające siędrzwi.

Chłopcy Johnny’ ego rzucili za nami jeszcze jakiś grubiański komentarz, oczywiście wycelowany we mnie, ale wtamtej chwili głowę miałem już zaprzątniętą czymś zupełnieinnym.

Kimśinnym.

Kiedy wysiedliśmy, wbrew moim oczekiwaniom ten ktoś bardzo usilnie milczał. Ani słowa, ani spojrzenia. Tak, jakby dawał mi do zrozumienia, że to mnie wypada poczynić wstępneintrodukcje.

– Nie wiem, co będzie dalej, więc nie wiem, czy to właściwe pytanie – zacząłem wkońcu mówić, aon spojrzał na mnie uprzejmie zainteresowanym wzrokiem. – Ale dlaczego mi panpomógł?

– Adlaczego nie? – odparł lekko iniespodziewanie ruszył wkierunkurzeki.

Ja za nim. Naturalnie.

– Wygląda pan na kogoś... zwyższych sfer. – Bałem się, żeby go nie urazić. – Adla takich ludzi zazwyczaj, jeśli nie zawsze, jestemniewidzialny.

– Dlaczego?

– Bo nie pasuję do świata, wktórym normalnieżyją.

– Dlaczego? – pytając, patrzył mi woczy iczułem jakby... Już mówiłem, byłmagnetyczny.

– Od lat jestem bezdomny – tłumaczyłem oczywistą oczywistość. – Abezdomni nieczęsto bywają na przyjęciacharystokracji.

– Dlaczego?

Cholera, wszyscy doskonale wiemy, dlaczego! Onteż.

A ja wiedziałem wtedy, że nie oto pyta (co, nawiasem mówiąc, wcale nie sprawiało, że umiałem zjego słów odczytać właściwe pytanie). Aon nie powiedział nicwięcej.

Szliśmy, teraz już wzdłuż brzegu rzeki. Jak ta powieść Marka Twaina... „Książę iżebrak” (nawet nie wiesz, chłopcze, jak celne okazało się zczasem to porównanie). Zdawał się zupełnie nie odczuwać zalegającej ciszy. Ja zaś nie mogłem jej jużznieść.

– Czy mogę się panu jakoś odwdzięczyć? – wypaliłem. Przy całym absurdzie tego pytania itak nie mogłem siępowstrzymać.

– Cieszę się, że pytasz. To miłe, dobrze otobie świadczy. – Zatrzymał się iodwrócił do mnie ztym swoim ojcowskim uśmiechem. – Nie.

Gdybym wtedy, wtramwaju, dostał po mordzie, przynajmniej wiedziałbym, co ina jakiej podstawie oraz zasadach się wydarzyło. Az nim, nad brzegiem tej przeklętej rzeki, nie wiedziałem. Anitrochę.

– Mam jednak jedno pytanie, które chciałbym ci zadać, przyjacielu – dodał po chwili. – Pozwolisz?

– Oczywiście. – Jak ulał pasuje tu fraza „mieszaneuczucia”.

Otaksował mnie wzrokiem od stóp do głów iz powrotem, ztaką precyzją ipowolną gracją, że chwila ta trwała chyba ponad trzy godziny. Wreszciepowiedział:

– Masz jakieś plany na najbliższy... rok?

Właśnie tak, chłopcze, poznałemDaniela.