Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Ireneusz Załóg

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 48 min Lektor: Ireneusz Załóg

Opis ebooka Czwarta ręka - John Irving

Lew z indyjskiego cyrku odgryza dłoń nowojorskiemu dziennikarzowi telewizyjnemu na oczach milionów widzów. W Bostonie trapiony problemami rodzinnymi wybitny chirurg czeka na sposobność przeprowadzenia pierwszej w Stanach Zjednoczonych transplantacji dłoni. Jednoręki reporter jest z jego punktu widzenia idealnym pacjentem, trwają jednak poszukiwania odpowiedniego dawcy. Gdy pewna kobieta z Wisconsin oferuje bostońskiej klinice dłoń swojego męża, chirurg początkowo bierze jej propozycję za niesmaczny żart – mąż bowiem nie tylko żyje, lecz nie wybiera się nawet na tamten świat… 
Czwarta ręka” to niepoprawna politycznie komedia, satyra i erotyczna farsa – a nade wszystko wzruszająca opowieść o potędze miłości, pozwalającej odkupić dawne winy i zacząć życie od nowa. W bezdusznym świecie końca wieku Irving z właściwym sobie ironicznym humorem poszukuje fundamentalnych wartości, pozwalających nie stracić wiary w człowieka.

John Irving (ur. 1942) – jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Debiutował w 1968 roku powieścią „Uwolnić niedźwiedzie”, a jego czwarta książka, „Świat według Garpa”, przyniosła mu rozgłos na skalę światową, została też z sukcesem sfilmowana. Jest znany i podziwiany na całym świecie, a jego powieści zostały przełożone na kilkadziesiąt języków.

Opinie o ebooku Czwarta ręka - John Irving

Fragment ebooka Czwarta ręka - John Irving

POLECAMY

JEDNOROCZNA WDOWA

MAŁŻEŃSTWO WAGI PÓŁŚREDNIEJ

METODA WODNA

RATOWAĆ PROŚKA

REGULAMIN TŁOCZNI WIN

SYN CYRKU

UWOLNIĆ NIEDŹWIEDZIE

ZANIM CIĘ ZNAJDĘ

OSTATNIA NOC W TWISTED RIVER

W JEDNEJ OSOBIE

ŚWIAT WEDŁUG GARPA

ALEJA TAJEMNIC

HOTEL NEW HAMPSHIRE

MODLITWA ZA OWENA

Tytuł oryginału

THE FOURTH HAND

Copyright © 2001, 2002 by Garp Enterprises, Ltd.

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Strękowska

Zdjęcia na okładce

© EvenEzer/Shutterstock.com; Flas100/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Wiesława Karaczewska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-959-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Richardowi Gladsteinowi

i Lasse Halströmowi

poświęcam

...człowiek, który czegoś szuka,

nie spieszy się w podróży.

Konserwator linii telefonicznych

w „Stuarcie Malutkim” E.B. White’a

1. FACET OD LWÓW

Wyobraźcie sobie młodzieńca mającego ulec wypadkowi, wypadkowi trwającemu krócej niż trzydzieści sekund, w wyniku którego straci lewą dłoń, i to na długo przed wejściem w tak zwany wiek średni.

W szkole dał się poznać jako uczeń obiecujący, uczciwy i lubiany, choć niezbyt oryginalny. Koledzy z ławy szkolnej, którzy późniejszego biorcę dłoni pamiętali z czasów podstawówki, pod żadnym pozorem nie określiliby go mianem śmiałka. Później, w liceum, cieszył się wprawdzie powodzeniem u dziewcząt, rzadko jednak wykazywał zuchwałość, a już na pewno nie lekkomyślność. Był niewątpliwie przystojny, choć jego dawne dziewczyny wspominały, że najbardziej lubiły w nim uległość wobec kobiet.

Na studiach nikt nie potrafiłby przewidzieć, że jego przeznaczeniem jest sława.

– Według mnie był strasznym asekurantem – oświadczyła jedna z jego byłych dziewczyn.

Inna młoda kobieta, która poznała go przelotnie na studiach podyplomowych, potwierdziła powyższą opinię, ujmując ją nieco inaczej.

– Brakowało mu pewności siebie, jaką powinien odznaczać się ktoś, komu pisana jest niezwykła przyszłość.

Uśmiech nosił przyklejony do twarzy, był to jednak uśmiech konsternacji, nadający mu wygląd człowieka, który kojarzy, że gdzieś już się kiedyś spotkaliście, choć nie potrafi przypomnieć sobie dokładnie, w jakich okolicznościach. Sprawiał wrażenie, jak gdyby próbował zgadnąć, czy wasze ostatnie spotkanie miało miejsce na pogrzebie, czy raczej w burdelu, co tłumaczyło zapewne widoczne w jego uśmiechu niepokojące zespolenie smutku i zażenowania.

Romansował z promotorką swojej pracy magisterskiej, a spotkanie z tą kobietą było albo wynikiem, albo przyczyną jego zagubienia na studiach. Później, już jako rozwódka, obarczona niemal dorosłą córką, promotorka stwierdziła:

– Na takich przystojniakach nigdy nie można polegać. Poza tym był klasycznym nieudacznikiem, choć nie tak beznadziejnym, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Chciało się mu pomagać, chciało się go zmienić i, oczywiście, chodzić z nim do łóżka.

W oczach kobiety pojawił się nagle blask, którego przedtem nie dało się zauważyć – przybywał i oddalał się niby migotliwe barwy kresu dnia, jak gdyby mógł pokonywać najdłuższe dystanse. Napomykając o „braku odporności” swojego kochanka „na drwiny”, podkreślała, że „było to bardzo wzruszające”.

A jego decyzja, by poddać się chirurgicznemu zabiegowi transplantacji dłoni? Czy ryzyka zdobycia nowej ręki w taki sposób nie podjąłby jedynie żądny przygód zawadiaka albo idealista?

Nikt, kto go znał, nie powiedziałby nigdy, że był idealistą albo zawadiaką, choć kiedyś bez wątpienia wyznawał idealistyczne poglądy. W dzieciństwie na pewno snuł marzenia i wytyczał sobie jakieś cele, nawet jeśli były na tyle intymne, że wolał zachowywać je dla siebie.

Promotorka jego pracy magisterskiej, dobrze się czując w roli eksperta, uważała, że pewne znaczenie dla przyszłych losów naszego bohatera miała śmierć jego rodziców, którzy odeszli, kiedy był jeszcze studentem. Zapewnili jednak synowi godziwą egzystencję, toteż mimo ich śmierci był finansowo zabezpieczony na przyszłość. Mógł zostać na uczelni, dopóki nie uzyskałby bezterminowego kontraktu akademickiego, i mógł też poświęcić resztę życia na studia podyplomowe. Był dobrym uczniem i studentem, nigdy jednak nie sprawił na żadnym ze swoich nauczycieli wrażenia osoby szczególnie umotywowanej do nauki. Nie wykazywał własnej inicjatywy – przyjmował po prostu z dobrodziejstwem inwentarza to, co podsuwał mu los.

Wszystkie znamiona jego osobowości wskazywały, że pogodzi się z utratą dłoni i pomimo kalectwa będzie prowadził w miarę normalne życie. Znajomi zdecydowanie uważali go za faceta, który zadowoli się ostatecznie jedną ręką.

Poza tym był dziennikarzem telewizyjnym. A czy w tej pracy jedna dłoń nie wystarczy?

Wmówił sobie jednak, że chce mieć nową dłoń, i pilnie usiłował zrozumieć wszystko, co z medycznego punktu widzenia mogło się nie powieść podczas przeszczepu. To, czego nie rozumiał, tłumaczyło, dlaczego nie przepadał dotąd za eksperymentami – brakowało mu bowiem wyobraźni, aby zabawiać się irytującą myślą, że przeszczepiona dłoń nie będzie jego absolutną własnością, jako że należała kiedyś do całkiem obcego człowieka.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności był dziennikarzem telewizyjnym, a dziennikarze są na ogół bystrzy: szybko kojarzą i instynktownie umieją trafiać w sedno. W telewizji nie ma czasu na zwłokę. No, a facet, który decyduje się na transplantację dłoni, chyba nie pęka, co?

Tak czy inaczej nasz bohater nazywał się Patrick Wallingford i bez wahania zamieniłby swoją sławę na nową lewą dłoń. Do wypadku doszło, kiedy zaczął piąć się w górę w świecie dziennikarstwa telewizyjnego. Początkowo pracował dla kilku wielkich stacji telewizyjnych, skarżył się jednak ciągle na złowrogi wpływ wyników oglądalności na formułę dziennika. Ileż to razy jakiś ważniacki kierownik, znacznie lepiej obznajomiony z męską toaletą niż ze studiem, wydawał dziwne „decyzje marketingowe”, które kładły potem cały program! (Zdaniem Wallingforda, szefowie działu prasowego ulegali bez reszty marketingowym mądralom).

Mówiąc wprost, Patrick uważał, że finansowe oczekiwania telewizji wobec działu informacyjnego niszczą wiadomości. Niby dlaczego programy informacyjne miałyby przynosić takie dochody jak to, co w telewizji nazywano rozrywką? Dlaczego w ogóle wywiera się naciski na dział informacyjny, żeby przynosił zysk? Wiadomości to nie doniesienia z Hollywood albo bejsbolowe czy futbolowe mistrzostwa kraju. Wiadomości (a Wallingford rozumiał przez to słowo prawdziwe wiadomości, czyli pogłębioną relację z danego wydarzenia) nie powinny rywalizować w rankingu oglądalności z komediami albo tak zwanymi dramatami.

W listopadzie 1989 roku, gdy runął mur berliński, Wallingford pracował jeszcze dla jednej z wielkich ogólnokrajowych sieci telewizyjnych. Cieszył się, że towarzyszy w Niemczech tak ważnemu historycznemu wydarzeniu, ale teksty, które przysyłał z Berlina, nieustannie przeredagowywano, skracając je niekiedy o połowę, a jakiś urzędas powiedział mu później w nowojorskiej redakcji:

– Wszystkie wiadomości dotyczące polityki zagranicznej są gówno warte.

Kiedy wspomniana sieć zaczęła zamykać swoje zagraniczne biura, Patrick poszedł za przykładem wielu innych dziennikarzy i zatrudnił się w stacji emitującej wyłącznie wiadomości i programy informacyjne. Stacja nie była zbyt renomowana, choć miała zasięg międzynarodowy i nadawała przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Czy okazał się na tyle naiwny, by sądzić, że stacje informacyjne nie śledzą wyników swojej oglądalności? A rzeczywistość okazała się gorsza, niż przypuszczał, bo w jego nowym miejscu pracy o zasięgu międzynarodowym uwielbiano badać oglądalność minuta po minucie, żeby dokładnie wskazać, kiedy uwaga telewidzów słabnie albo ulatnia się zupełnie.

Wśród jego kolegów po fachu panowała cicha zgoda co do tego, że przeznaczeniem Wallingforda jest zostać prezenterem. Był bezsprzecznie przystojny, jego ostro zarysowana twarz wybornie nadawała się do telewizji, a Patrick zapłacił już frycowe jako reporter. Żeby było zabawniej, na cenę, jaką zapłacił za reporterski etat, składała się w znacznej mierze nieżyczliwość ze strony jego małżonki.

Wtedy już byłej małżonki. Zdaniem Wallingforda rozkład pożycia nastąpił wskutek jego częstych wyjazdów w teren, ówczesna żona naszego bohatera twierdziła jednak, że prawdziwym problemem były kochanki Patricka, który – prawdę mówiąc – lubił szybkie przygody seksualne i żywił do nich pociąg bez względu na to, czy gdzieś wyjeżdżał, czy nie.

Niedługo przed wypadkiem musiał stanąć przed sądem w procesie o ustalenie ojcostwa. I chociaż sprawę umorzono, ponieważ test DNA wypadł negatywnie, proces wzbudził gniew małżonki Wallingforda, która oprócz dowodu jawnej niewierności swojego ówczesnego męża miała dodatkowy powód do zdenerwowania: choć bowiem ona od dawna pragnęła mieć dzieci, Patrick stanowczo nie wyrażał zgody na potomstwo. (I w tym wypadku usprawiedliwiał się częstymi wyjazdami).

Byłej żonie Wallingforda, Marilyn, zdarzało się wyrażać żal, że jej były małżonek nie stracił żadnej innej części ciała oprócz lewej ręki. Szybko wyszła ponownie za mąż, znalazła się w błogosławionym stanie, urodziła dziecko i… znów się rozwiodła. Lubiła powtarzać, że bez względu na chęć posiadania dziecka bóle porodowe przewyższają cierpienia, jakich zaznał Patrick, tracąc lewą dłoń.

Wallingford nie był porywczy – równowaga ducha, jaką okazywał na co dzień, stanowiła jego znak firmowy w tym samym stopniu, co zabójcza uroda. Jednak ból towarzyszący utracie ręki był najwścieklej strzeżoną własnością Patricka. Dostawał szewskiej pasji, kiedy Marilyn trywializowała jego męczarnie, utrzymując, że nie dorównywały bólowi „zwykłego” porodu, jak lubił mawiać Patrick.

Nie zawsze zachowywał także równowagę ducha w obliczu oświadczeń swojej byłej żony, w których nadawała mu miano nałogowego kobieciarza. Uważał, że nie ugania się za kobietami, albowiem ich nie uwodzi, a tylko pozwala im uwodzić siebie. Nie wydzwaniał do kobiet – to one dzwoniły do niego. Był chłopięcym odpowiednikiem dziewczyny, która nie potrafi powiedzieć „nie”, przy czym, jak twierdziła jego była żona, należałoby tu położyć nacisk na słowie „chłopięcy”. (Dobiegał trzydziestki, kiedy się rozwiedli, ale Marilyn była zdania, że w duchu pozostał chłopcem).

Wciąż nie mógł zasiąść na fotelu prezentera, na który wydawał się przeznaczony, a po wypadku jego szanse na objęcie tego stanowiska zmalały jeszcze bardziej. Ktoś z kierownictwa powołał się wtedy na „czynnik przeczulenia”. Kto chciałby oglądać poranne czy wieczorne wiadomości, prowadzone przez frajera i ofiarę, której odgryzł rękę zgłodniały lew? Sam incydent trwał może nawet krócej niż trzydzieści sekund, a cały materiał filmowy z wypadku liczył zaledwie trzy minuty, ale żaden posiadacz telewizora nie mógł go nie widzieć, bo telewizje całego świata powtarzały go nieustannie przez kilka tygodni.

Patrick bawił wtedy w Indiach. Jego macierzysta stacja informacyjna, z uwagi na zamiłowanie do katastrofizmu zwana przez snobów z medialnej elity „Kataklizmem, spółką z o.o.” albo „kanałem nieszczęść”, wysłała go do indyjskiego cyrku w stanie Gudżarat. (Żadna rozsądna stacja informacyjna nie wysyła reporterów z Nowego Jorku do cyrku w Indiach).

Kiedy Wielki Cyrk Ganesh występował w Dżunagadh, jedna z akrobatek, młoda kobieta, spadła z trapezu podczas występu bez siatki asekuracyjnej. Dziewczyna słynęła z umiejętności „latania”, jak nazywa się pracę powietrznych akrobatek. Nie zginęła, choć spadła z wysokości osiemdziesięciu stóp, życie stracił natomiast jej trener i mąż w jednej osobie, który próbował ją złapać. Zginął wskutek uderzenia pikującego z góry ciała żony, udało mu się jednak osłabić jej upadek.

Rząd indyjski natychmiast zabronił wykonywania akrobacji powietrznych bez siatki asekuracyjnej, ale Ganesh i inne mniejsze cyrki zaprotestowały przeciwko tej decyzji. Pewien minister, nadgorliwy obrońca praw zwierząt, już od wielu lat próbował zabronić ich wykorzystywania w indyjskich cyrkach, które z tej przyczyny stały się wyczulone na punkcie wszelkich rządowych interwencji w swoje wewnętrzne sprawy. Poza tym, jak powiedział Wallingfordowi przed kamerą egzaltowany aranżer programu Wielkiego Cyrku Ganesh, widzowie wypełniają tłumnie namiot każdego popołudnia i wieczoru właśnie dlatego, że ich akrobaci występują na trapezie bez asekuracji.

Wallingford zauważył jeszcze przed rozmową, że siatki asekuracyjne i tak znajdują się w pożałowania godnym stanie. Stojąc na suchym, ubitym klepisku, tworzącym „podłogę” namiotu, podniósł wzrok i ujrzał, że tworzące deseń siatki oczka są poszarpane i rozdarte. Uszkodzona siatka przypominała olbrzymią pajęczynę, rozerwaną przez ogarniętego paniką ptaka. Wątpliwe, czy utrzymałaby ciężar spadającego dziecka, a co dopiero dorosłego człowieka.

Fakt faktem, że wśród artystów cyrkowych znajdowało się wiele dzieci, w większości dziewcząt. Do cyrku sprzedawali je rodzice, by mogły wieść lepsze (czyli bezpieczniejsze) życie, choć ich praca była niesłychanie niebezpieczna. Egzaltowany aranżer mówił prawdę: widzowie tłoczyli się w namiocie po południu i wieczorem, by oglądać wypadki, których ofiarami padały zazwyczaj dzieci. Jako artystów można było je nazwać utalentowanymi amatorami albo dobrymi akrobatami dziecięcymi, ale trenowano je niedbale.

Pytanie, dlaczego większość dzieci stanowią dziewczynki, zainteresowałoby każdego rasowego dziennikarza, a Wallingford, bez względu na to, czy wierzyć wystawionemu przez byłą żonę świadectwu jego charakteru, był dobrym dziennikarzem. Podstawową cechę jego inteligencji stanowił dar obserwacji, telewizja natomiast nauczyła go, jak ważna bywa czasami umiejętność uprzedzania nieszczęśliwych wypadków.

Wymóg uprzedzania wypadków okazał się zresztą zarówno wspaniałą zaletą, jak i główną wadą telewizji, napędzaną przez dramatyczne wydarzenia, a nie żadne procesy przyczynowe. W pracy dla całodobowej stacji informacyjnej Patrickowi nie podobało się przede wszystkim to, że redakcja często lekceważy i odpuszcza materiały bardziej interesujące od zamówionych. Na przykład na marginesie sprawy w Dżunagadh dowiedział się, że większość artystów w indyjskich cyrkach stanowią dziewczynki, ponieważ rodzice chcą im oszczędzić życia prostytutek, podczas gdy chłopców, których rodzina nie sprzedaje do cyrku, czeka w najgorszym razie żebranina – albo śmierć głodowa.

Patricka Wallingforda nie posłano jednak do Indii, by zajął się tym tematem. Dla kierownictwa stacji ważniejsze było to, że akrobatka, dorosła kobieta, spadając z trapezu z wysokości osiemdziesięciu stóp, wylądowała w ramionach męża, powodując jego śmierć. W sprawę wtrącił się indyjski rząd, a wszystkie cyrki w Indiach protestowały przeciwko zarządzeniu zobowiązującemu akrobatów do korzystania z siatek asekuracyjnych. Do protestów przyłączyła się nawet owdowiała artystka – ta sama, która spadła z trapezu.

Wallingford przeprowadził z nią wywiad w szpitalu, gdzie powracała do zdrowia, złamała bowiem kość biodrową i odniosła bliżej nieokreślone obrażenia śledziony. Mówiła, że akrobacje nabierają szczególnego charakteru tylko wtedy, kiedy artyści rezygnują z asekuracji. Oczywiście, będzie opłakiwać zmarłego męża, ale on również był akrobatą, który sam przeżył kiedyś upadek z trapezu. Możliwe jednak, sugerowała wdowa po zmarłym artyście, że jego śmierć to w istocie konsekwencja tamtego pierwszego błędu, a jej zabójczy w skutkach upadek na męża stanowił tylko ostateczną konkluzję owego wcześniejszego, jak gdyby niedomkniętego incydentu.

Wallingford uważał, że to ciekawa wypowiedź, ale redaktor wydania, człowiek, którym wszyscy serdecznie pogardzali, był zawiedziony wywiadem, innym natomiast pracownikom nowojorskiej redakcji wydawało się, że owdowiała artystka mówi „zbyt spokojnie”, woleli bowiem, aby ofiary tragedii zachowywały się bardziej histerycznie.

Powracająca do zdrowia akrobatka oświadczyła ponadto, że jej zmarły mąż wpadł „w ramiona bogini, której oddawał cześć”, co zabrzmiało również dość kusząco. Okazało się, że zmarły był wyznawcą Durgi, przedstawianej na ogół z dziesięciorgiem rąk bogini zniszczenia, do której modliła się większość akrobatów.

– Durga ma tyle rąk, żeby móc złapać i uratować spadającego człowieka – wyjaśniła wdowa.

Wallingforda zaintrygowała i ta informacja, na pracownikach redakcji nowojorskiej nie zrobiła jednak żadnego wrażenia, orzekli bowiem, że „rzygają religią”. Redaktor wydania poinformował Patricka, jakoby emitowali ostatnio zbyt wiele materiałów religijnych. Wallingford pomyślał, że straszny z niego wał, ale nawet fakt, że imię redaktora, Dick, istotnie budziło uzasadnione skojarzenia z męskim narządem płciowym, nie poprawił mu szczególnie humoru.

Redaktor wysłał tymczasem Patricka do Wielkiego Cyrku Ganesh po raz drugi, by zebrał „dodatkowe informacje, składające się na koloryt lokalny”. Dick doszedł ponadto do wniosku, że aranżer programu jest bardziej elokwentny niż akrobatka.

Patrick zaprotestował.

– Lepszy byłby materiał o młodocianych cyrkowcach – powiedział, ale w Nowym Jorku najwyraźniej „rzygano” także dziećmi.

– Daj mi więcej tego aranżera i siedź cicho – poradził Wallingfordowi Dick.

Dostosowując się jakby do egzaltacji aranżera, zamknięte w klatkach lwy, które stanowiły tło wywiadu, zachowywały się niespokojnie i hałaśliwie. W języku telewizji materiał, który Wallingford nadawał z Indii, miał być kończącym program „kopem”, który tym lepiej nadawał się na zakończenie reportażu, im głośniej ryczały lwy.

Był dzień mięsny, a zaopatrujący cyrk w mięso muzułmanie spóźnili się z dostawą. Wóz transmisyjny, kamera, sprzęt dźwiękowy oraz operator i dźwiękowiec, którym była kobieta, onieśmielali ich, toteż zastygli w bezruchu na widok takiej ilości wytworów nieznanej im technologii. Przede wszystkim wbił ich jednak w ziemię widok kobiety dźwiękowca.

Była wysoką blondynką w obcisłych błękitnych dżinsach. Na uszach miała słuchawki, a wokół bioder pas narzędziowy, zawierający zestaw typowo męskich, zdaniem mięsnych zaopatrzeniowców, przyborów, jak obcążki, kombinerki, pęki klamer i kabli, a także coś, co przypominało tester do baterii. Na dobitkę miała na sobie koszulkę, pod którą nie nosiła stanika.

Wallingford wiedział, że jest Niemką, ponieważ przespał się z nią poprzedniej nocy. Opowiadała mu o swojej pierwszej podróży do stanu Goa – spędzała tam wakacje z koleżanką z Niemiec i obie uznały, że Indie są jedynym krajem, w którym chcą mieszkać na stałe.

Koleżanka rozchorowała się i wróciła do domu, ale Monika znalazła rozwiązanie, które pozwoliło jej pozostać w Indiach. Miała na imię Monika.

– Przez „k” – jak powiedziała Patrickowi. – Dźwiękowiec może przecież mieszkać wszędzie. Wszędzie, gdzie są dźwięki.

– Zamieszkaj w Nowym Jorku – podsunął jej Wallingford. – W tym mieście nie brak dźwięków, a można tam pić nieprzegotowaną wodę.

Po chwili bezmyślnie dodał:

– Niemieckie dziewczyny cieszą się teraz w Nowym Jorku ogromną popularnością.

– Dlaczego właśnie teraz? – zapytała.

Patrick Wallingford popadał zwykle w konflikty z kobietami w powyższy i symptomatyczny dlań sposób – to zaś, że pewne rzeczy mówił tylko dlatego, żeby coś powiedzieć, przypominało nieco jego technikę ustępliwości wobec awansów czynionych mu przez kobiety. Nie było żadnej przyczyny, dla której powiedział, że niemieckie dziewczyny cieszą się w Nowym Jorku ogromną popularnością, chciał bowiem jedynie podtrzymać konwersację. Ta jego anemiczna uległość wobec kobiet i milcząca zgoda na ich zaloty najbardziej wyprowadzała z równowagi żonę Wallingforda, która przypadkiem zatelefonowała do męża, kiedy rżnął się z Moniką przez „k” w pokoju hotelowym.

Różnica czasu między Nowym Jorkiem a Dżunagadh wynosiła dziesięć i pół godziny, ale Patrick udawał, że nie wie, czy w Indiach jest dziesięć i pół godziny wcześniej, czy później, toteż kiedy dzwoniła Marilyn, pytał nieodmiennie:

– Która tam u was godzina, kochanie?

– Rżniesz się z kimś, prawda? – zapytała jego żona.

– A skąd – skłamał.

Leżąca pod nim Niemka znieruchomiała. Wallingford także starał się nie ruszać, chociaż bezruch podczas aktu miłosnego trudniej jest chyba jednak zachować mężczyźnie.

– Pomyślałam, że pewnie chciałbyś znać wyniki swoich badań genetycznych w sprawie o ojcostwo – powiedziała Marilyn i Patrick w końcu zmartwiał. – Test wypadł negatywnie. Nie jesteś ojcem. Wykręciłeś się sianem, co?

Jedyna odpowiedź, jaka przyszła na myśl Patrickowi, brzmiała:

– Nie powinni byli dawać ci wyników moich badań krwi. To moja krew i moje wyniki.

Monika przez „k” zesztywniała pod ciężarem kochanka, a wszystkie zakamarki jej ciała, w których czuła ciepło, zalał nagle chłód.

– Jakie badanie krwi? – szepnęła Patrickowi do ucha.

Ale Wallingford zastosował kondom, więc niemiecka technik dźwięku była zabezpieczona przed większością, a kto wie, może nawet przed wszystkimi przykrymi niespodziankami, mogącymi przenosić się drogą płciową. (Zawsze używał kondomów, nawet gdy kochał się z żoną).

– Kto to jest tym razem? – wrzasnęła w słuchawkę Marilyn. – Z kim się teraz rżniesz?

Wallingford doskonale zdawał sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, że jego małżeństwa nie da się uratować, a po drugie, że on ratować go nie chce. Jak zawsze jednak w stosunkach z kobietami, uległ.

– Co to za jedna? – krzyknęła znów jego żona, ale Wallingford, zamiast odpowiedzieć, przyłożył słuchawkę do ust Niemki.

Zsunął jej z ucha lok jasnych włosów, a potem szepnął:

– Powiedz, jak się nazywasz.

– Monika… Przez „k” – powiedziała Niemka do słuchawki.

Wtedy Wallingford przerwał połączenie. Nie sądził, żeby Marilyn zatelefonowała powtórnie – i rzeczywiście, więcej nie zadzwoniła. On jednak miał wiele do opowiadania Monice przez „k”, toteż oboje nie spali tej nocy najlepiej.

Początek dnia w cyrku nie był efektowny. Nieprzerwany potok utyskiwań aranżera na indyjski rząd nie był w żadnym wypadku równie uroczy jak przedstawiona przez upadłą z trapezu artystkę charakterystyka dziesięcioramiennej bogini, w którą wierzą wszyscy akrobaci.

Czy pracownicy redakcji nowojorskiej byli głusi i ślepi? Ranna wdowa w szpitalu to naprawdę był wspaniały materiał! Ponadto Wallingford chciał zrelacjonować kontekst upadku akrobatki, która nie korzysta z siatki asekuracyjnej, stanowili go zaś artyści dziecięcy, czyli sprzedane do cyrku dzieci.

A jeśli ta kobieta także została za młodu sprzedana do cyrku? I może jej zmarłemu mężowi oszczędzono życia bez przyszłości tylko po to, by zginął pod wielkim namiotem, kiedy z wysokości osiemdziesięciu stóp spadła mu w ramiona jego własna małżonka? To byłoby szalenie interesujące.

Tymczasem przeprowadzał wywiad z powtarzającym się w kółko aranżerem, stojąc na tle klatki z lwami, ten to bowiem powszedni obrazek cyrkowy miał na myśli Nowy Jork, mówiąc o „dodatkowym kolorycie lokalnym”.

Nic zatem dziwnego, że wywiad wydawał mu się nieatrakcyjny w porównaniu z nocą spędzoną z niemiecką panią dźwiękowiec. Monika przez „k”, która nie nosiła stanika pod koszulką, zrobiła wyraźne wrażenie na muzułmańskich dostawcach mięsa, wzburzonych strojem Niemki bądź też jego brakiem, a ich strach, ciekawość i oburzenie moralne składały się na o wiele ciekawszy i prawdziwszy koloryt lokalny niż wystąpienie męczącego aranżera.

Wstrząśnięci muzułmanie stali niedaleko klatki, ale wydawali się zbyt przestraszeni, oszołomieni albo oburzeni, by podejść bliżej. Na drewnianych wozach, którymi przyjechali, piętrzyły się stosy słodko pachnącego mięsa, będącego źródłem najwyższego obrzydzenia wśród w przeważającej części wegetariańskiej (hinduskiej) społeczności cyrku. Lwy oczywiście także zwietrzyły karmę i były poirytowane opóźnieniem.

Kiedy zaczęły ryczeć, operator ujął je w zbliżeniu, a Patrick Wallingford, spostrzegłszy, że dzieje się coś autentycznie spontanicznego, wyciągnął mikrofon w stronę klatki mniej więcej na długość ramienia. I wtedy dostał „kopa”, którego popamiętał na całe życie.

Błysnęła wysunięta z klatki łapa i lwie pazury zahaczyły o przegub lewej dłoni Wallingforda, który upuścił mikrofon. Nie dłużej niż dwie sekundy potem lew wciągnął lewe ramię Patricka do klatki aż po łokieć. Wallingford uderzył barkiem o pręty, a jego lewa dłoń, o cal lub dwa powyżej nadgarstka, zniknęła w paszczy lwa.

W powstałym zamieszaniu do walki o przegub i dłoń Patricka przystąpiły dwa kolejne lwy. Poskramiacz lwów, który zawsze kręcił się w pobliżu swoich podopiecznych, wkroczył do akcji, waląc zwierzęta szpadlem po pyskach. Wallingford zachował przytomność na tyle długo, by zapamiętać szpadel, używany na co dzień do usuwania lwich odchodów. (Widział go zresztą w użyciu zaledwie kilka minut wcześniej).

Zemdlał wśród wozów z mięsem, gdzie zasłabła też z wdziękiem Monika przez „k”. Niemka straciła przytomność, osuwając się, ku niejakiej konsternacji dostawców, na wóz, a odzyskawszy zmysły, stwierdziła, że kiedy leżała bez czucia na wilgotnych połciach mięsa, ukradziono jej pas narzędziowy.

Niemiecka technik dźwiękowiec dowodziła ponadto, że kiedy padła zemdlona, ktoś obmacywał jej biust, co potwierdzały siniaki pozostawione przez obce palce na obu jej piersiach, choć między plamami krwi na koszulce brakowało śladów zakrwawionych rąk. (Krew pochodziła ze świeżego mięsa). Było jednak bardziej prawdopodobne, że sińce na piersiach stanowiły pamiątkę po całonocnym seksie z Patrickiem Wallingfordem, a komuś, kto ośmielił się jej buchnąć pas narzędziowy, zabrakło zapewne odwagi, by dotknąć piersi dziewczyny. Złodziej nie tknął też słuchawek.

Kiedy Wallingforda odciągnięto spod klatki, nie zauważył z początku, że brak mu lewej dłoni wraz z nadgarstkiem, choć zorientował się, że lwy wciąż o coś walczą między sobą. Dopiero gdy dobiegł go słodki zapach baraniny, zobaczył, że muzułmanie wpatrują się jak zahipnotyzowani w jego zwisające bezwładnie lewe ramię. (Siła lwiego szarpnięcia wyrwała mu bark ze stawu). Rzuciwszy okiem na rękę, spostrzegł, że nie ma zegarka. Nie żałował go, bo był to prezent od Marilyn, a jego utracie i tak nie mógł zapobiec, gdyż brakowało mu całej lewej dłoni i przegubu.

Nie widząc żadnego znajomego oblicza wśród muzułmańskich zaopatrzeniowców, miał bez wątpienia nadzieję zlokalizować gdzieś do głębi wstrząśniętą, lecz nie mniej oddaną mu Monikę przez „k”. Niestety, dziewczyna z twarzą odwróconą w drugą stronę leżała bez czucia na wznak na wozie z baraniną.

Gorzkiej otuchy dodał mu natomiast widok nie twarzy wprawdzie, lecz jedynie profilu niewzruszonego operatora, który ani na chwilę nie przestał wywiązywać się ze swoich obowiązków. Zdeterminowany zawodowiec przysunął się w pobliże klatki z lwami, filmując je na gorącym uczynku, gdy niezbyt zgodnie dzieliły się marnymi resztkami dłoni i nadgarstka Patricka. Lepszego „kopa” trudno było sobie wymarzyć!

Co najmniej przez cały następny tydzień Wallingford oglądał w nieskończoność film, na którym lew odgryzał i pożerał jego dłoń. Zastanawiał się, dlaczego atak zwierzęcia przypomniał mu zadziwiającą uwagę, jaką obdarowała go na zakończenie romansu promotorka jego pracy magisterskiej:

– Przez pewien czas pochlebiało mi, że jestem z mężczyzną, który zatraca się we mnie całkowicie, ale z drugiej strony, tak mało jesteś sobą, że według mnie mógłbyś się zatracić w każdej kobiecie.

Nie miał pojęcia, o co jej, u licha, chodziło ani dlaczego pożarta przez lwy dłoń przywiodła mu na myśl skargi dawnej kochanki.

Wallingforda jednak dotknęło głównie to, że w materiale filmowym, trwającym niecałe trzydzieści sekund, których potrzebował lew, aby pozbawić go dłoni i nadgarstka, przykuwające uwagę zdjęcia jego osoby nie przypominały znanego dotąd wizerunku Patricka Wallingforda. Nigdy przedtem nie znalazł się w stanie krańcowego przerażenia – ale najgorszy ból miał dopiero nadejść.

Wspomniany minister indyjskiego rządu, będący członkiem ruchu obrony praw zwierząt, wykorzystał incydent z pożartą ręką dziennikarza do nasilenia krucjaty przeciwko okrucieństwu wobec zwierząt cyrkowych, choć Wallingford nigdy nie pojął, dlaczego zjedzenie jego dłoni miało uwłaczać lwom.

Najbardziej jednak przejął się tym, że cały świat widział, jak zwija się i krzyczy z bólu i strachu. Narobił na wizji w spodnie, chociaż na szczęście telewidzowie nie mogli tego zobaczyć, bo spodnie były ciemne. Ale i tak stał się obiektem współczucia milionów widzów, na oczach których został oszpecony.

Jednakże po pięciu latach, kiedy przypominał sobie albo śnił o wypadku, na pierwszy plan powracało zawsze wspomnienie skutków pewnego środka przeciwbólowego, który mu wtedy zaaplikowano. Lek ów był niedostępny w Stanach Zjednoczonych, a w każdym razie tak powiedział mu indyjski lekarz, Wallingford zaś od tamtej pory nieustannie usiłował się dowiedzieć, co to takiego było.

Bez względu na nazwę, specyfik uwznioślał świadomość bólu, jednocześnie całkowicie odcinając od niego Patricka, któremu zdawało się, że obserwując siebie, obserwuje w istocie kogoś obcego. Jeśli chodzi zaś o uwznioślenie świadomości, to działanie leku bynajmniej się do niego nie ograniczało.

Lekarz, który zapisał mu specyfik, podawany w postaci kobaltowobłękitnej kapsułki („Proszę brać tylko po jednej, co dwanaście godzin, panie Wallingford”) – był parsem i opiekował się Patrickiem po ataku lwa w Dżunagadh.

– Lekarstwo wywoła najwspanialsze sny w pana życiu i uśmierzy ból – dodał doktor Chothia. – Tylko niech pan nie bierze dwóch kapsułek naraz. Amerykanie zawsze łykają wszystko w podwójnych dawkach, ale tego leku nie wolno przedawkować.

– Jak to się nazywa? Ma chyba jakąś nazwę? – zapytał podejrzliwie Wallingford.

– Po zażyciu tej kapsułki i tak pan zapomni, jak się nazywa – odpowiedział wesoło doktor. – A w Ameryce nie usłyszy pan nazwy preparatu, bo wasza komisja leków nie zgodzi się dopuścić go do obrotu!

– Dlaczego? – zapytał Wallingford, który wciąż jeszcze nie zażył pierwszej kapsułki.

– Jak pan ją weźmie, to się pan przekona – odpowiedział lekarz. – Nie ma nic lepszego.

Pomimo bólu Patrick nie chciał odpłynąć na wywołanym działaniem leku haju.

– Zanim to połknę, chcę wiedzieć, dlaczego amerykańska komisja żywności i leków nie dopuści tego specyfiku do obrotu.

– Bo to lekarstwo dostarcza za dużo frajdy! – zawołał doktor Chothia. – A przyjemność na ogół nie znajduje zrozumienia wśród członków waszej komisji. Więc niech pan wreszcie weźmie to lekarstwo, bo dam panu coś innego i cała uciecha przejdzie panu koło nosa.

Po zażyciu pigułki Patrick zapadł w sen – ale czy naprawdę był to sen? Bo jak na sen, zachował nazbyt pobudzoną świadomość. Czy jednak mógł wtedy wiedzieć, że znajduje się w proroczym uniesieniu? Jak człowiek może rozpoznać sen z przyszłości?

Unosił się nad małym ciemnym jeziorem. Musiał nad nie wzlecieć samolotem, bo przecież w innym wypadku nie mógłby latać, ale we śnie nie słyszał ani nie widział maszyny. Zniżał po prostu lot, zbliżając się do jeziorka otoczonego ciemnozielonymi jodłami i sosnami. Gęstwiną sosen kanadyjskich.

Nie było natomiast widać żadnych odsłoniętych skał, więc okolica nie przypominała stanu Maine, dokąd wyjeżdżał w dzieciństwie na wakacyjne obozy. Nie było to także Ontario, gdzie jego rodzice wynajmowali domek letniskowy w Georgian Bay nad jeziorem Huron. Nie znał jeziora ze snu.

Tu i ówdzie w wodę wcinały się pomosty, przy których cumowało kilka łodzi. Zobaczył też przystań, ale pierwszym fizycznym doznaniem we śnie było dotknięcie szorstkich desek pomostu, które wyczuwał przez ręcznik nagimi plecami. Nie widział ręcznika, tak jak i samolotu, wyczuwał tylko tkaninę pomiędzy swoim grzbietem a deskami przystani.

Słońce nad jeziorem musiało zajść niedawno, bo chociaż Wallingford nie widział, jak zachodziło, pomost był jeszcze przesycony promienistym ciepłem. Nie licząc niemal niezmąconego widoku ciemnego jeziora i jeszcze ciemniejszych drzew, sen składał się głównie z doznań dotykowych.

Patrick wyczuwał też wodę, choć nie miał wrażenia, że się w niej zanurza. Wydawało mu się raczej, że właśnie wyszedł z kąpieli i teraz schnie na pomoście, odczuwał jednak chłód.

Potem odezwał się kobiecy głos, nieprzypominający żadnego kobiecego głosu, jaki dotąd zdarzyło mu się słyszeć: najseksowniejszy głos na świecie.

– Zimno mi w mokrym kostiumie. Zdejmę go. A może i ty zdejmiesz kąpielówki?

Od tej chwili był świadom swojej erekcji we śnie. Usłyszał także głos bardzo podobny do własnego, który powiedział „tak”, na potwierdzenie, że on też chce się rozebrać.

W tle słychać było cichy szum wody, która lizała pomost i ściekała z kostiumów kąpielowych pomiędzy deskami, wracając do jeziorka.

Nieznajoma i Patrick byli już nadzy. Czuł dotyk jej najpierw wilgotnego i chłodnego, a potem ciepłego już ciała. Gorący oddech kobiety owiewał mu szyję. Czuł zapach mokrych włosów i zapach słońca, wydzielany przez silne ramiona nieznajomej, a kiedy wsunął jej język do ucha, rozpoznał smak jeziora.

Oczywiście Wallingford posiadł tę kobietę – i kochał się z nią bez końca na przystani nad przepięknym ciemnym jeziorem. Kiedy obudził się osiem godzin później, okazało się, że zaznał sennych polucji, a mimo to wciąż utrzymywał najpotężniejszą erekcję w swoim życiu.

Ból minął. Powrócił dopiero po dziesięciu godzinach od zażycia pierwszej kobaltowobłękitnej kapsułki. Dwie godziny, które musiał odczekać, żeby połknąć drugą, wydawały mu się wiecznością. Podczas tej nieszczęsnej przerwy we śnie rozmawiał z doktorem Chothią wyłącznie o tajemniczym leku.

– Co on zawiera? – zapytał rozbawionego lekarza.

– To miało być lekarstwo na impotencję, okazało się jednak nieskuteczne.

– Nieprawda. Działa aż miło – nie zgodził się Wallingford z doktorem Chothią.

– No... W każdym razie nie leczy impotencji – powtórzył pars. – Uśmierza ból, owszem, ale to odkryto przez przypadek. Niech pan pamięta, co powiedziałem, panie Wallingford. Proszę nigdy nie brać dwóch tabletek naraz.

– Wezmę trzy albo cztery – powiedział Patrick, ale jego uwaga nie wydała się zabawna skłonnemu zazwyczaj do żartów lekarzowi.

– Niech pan tego nie robi, proszę mi wierzyć, że nie wolno – ostrzegł znów doktor.

Wallingford zażywał więc po jednej pigułce co dwanaście godzin, zgodnie z zaleceniem. Dwie kobaltowobłękitne kapsułki połknął jeszcze w Indiach, a trzecią dostał od lekarza na drogę. Zauważył, że lot z Indii do Nowego Jorku będzie trwał dłużej niż dwanaście godzin, ale na złagodzenie bólu, który następował, kiedy mijało działanie polucyjnego snu, doktor nie chciał dać mu już nic mocniejszego niż tylenol z kodeiną.

Wallingford śnił czterokrotnie ten sam sen – po raz ostatni w samolocie lecącym z Frankfurtu do Nowego Jorku. Tylenol z kodeiną wykorzystał na początku długiej podróży lotniczej, czyli na trasie z Bombaju do Frankfurtu, ponieważ pomimo bólu chciał pozostawić na koniec to, co najlepsze.

Stewardesa, która tuż przed lądowaniem w Nowym Jorku zbudziła go ze snu błękitnej kapsułki, mrugnęła do niego porozumiewawczo.

– Jeżeli pan cierpiał, to chciałabym cierpieć z panem – szepnęła. – Nikt nie powiedział mi jeszcze tyle razy „tak”!

Nie zadzwonił do niej, choć podała mu swój numer telefonu, a tak wspaniałego seksu jak seks ze snu błękitnej kapsułki Wallingford nie zaznał przez pięć lat. Musiało jednak minąć więcej czasu, zanim zrozumiał, że kobaltowobłękitna kapsułka doktora była czymś więcej niż środkiem przeciwbólowym i afrodyzjakiem w pigułce – miała bowiem również działanie profetyczne.

Ale najważniejsze okazało się to, że dzięki kapsułce nie śnił częściej niż raz w miesiącu oczu lwa, który ucapił go wtedy za rękę. Ogromne pomarszczone czoło bestii, jej płowe, wygięte w łuk brwi, muchy brzęczące w lwiej grzywie i wielkie, podłużne, skrwawione chrapy, naznaczone bliznami po pazurach – te szczegóły nie wryły mu się tak głęboko w pamięć i w tkankę jego snów, jak żółtobrązowe ślepia, w których dostrzegał coś jakby odległy smutek. Nie mógł zapomnieć tych oczu, spoglądających niby z chłodnego naukowego dystansu, ani ich obojętnego spojrzenia, mierzącego badawczo jego twarz.

Bez względu na to, co pamiętał albo śnił Wallingford po wypadku, widzom tak zwanego trafnie kanału katastrof długo jeszcze przypominała się i śniła każda wstrząsająca sekunda filmu, na którym zarejestrowano akt pożarcia dłoni Patricka.

„Kanał nieszczęść”, wyśmiewany powszechnie za upodobanie do dziwacznych zgonów i idiotycznych wypadków, wykreował właśnie taki idiotyczny wypadek, który zaszedł podczas prezentacji materiału dotyczącego dziwacznego zgonu, w ten bezprecedensowy sposób umacniając swoją sławę. W dodatku tym razem nieszczęście przytrafiło się dziennikarzowi! (Bo nie należy sądzić, że fakt ten nie przyczynił się do antenowej popularności, trwającej krócej niż trzydzieści sekund amputacji).

Na ogół dorosłym widzom było bardzo żal ręki, a czasem i jej nieszczęsnego właściciela. Dzieci częściej sympatyzowały z lwem. Telewizja oczywiście ostrzegała, że dzieci nie powinny oglądać reportażu, w przedszkolach rozklejały się bowiem całe grupy, a starszaki, uczące się płynnego czytania ze zrozumieniem, cofały się do stadium analfabetycznego, stricte obrazkowego stanu umysłu.

Rodzice, których dzieci uczęszczały już do podstawówki, na długo zapamiętali przekazywane im ze szkół ostrzeżenia, jak na przykład: „Usilnie zalecamy, aby nie pozwalali państwo oglądać dzieciom telewizji, dopóki heca z tym facetem od lwów nie zniknie z ekranów”.

Była promotorka pracy magisterskiej Patricka wyjechała w podróż ze swoją jedyną córką, kiedy telewizja po raz pierwszy wyemitowała film, na którym lew konsumował rękę jej niegdysiejszego kochanka.

Córce udało się zajść w ciążę w ostatniej klasie liceum, co nie było wprawdzie zbyt oryginalnym wyczynem, ale w żeńskiej szkole z internatem dość nieoczekiwanym. Wskutek wstrząsu poaborcyjnego przerwała na pewien czas naukę. Czuła się przybita. Jej gruboskórny chłopak rzucił ją, jeszcze zanim dowiedziała się, że nosi w łonie dziecko, a poza tym musiała powtarzać maturalną klasę.

Dla matki los też nie był zbyt łaskawy. Wallingforda, chłopaka młodszego od niej o dziesięć lat, acz najprzystojniejszego wśród absolwentów, uwiodła, będąc po trzydziestce. Teraz, przekroczywszy czterdziesty rok życia, była w trakcie drugiego rozwodu, którego przebieg utrudniało ujawnienie przykrego dla niej faktu – przespała się bowiem niedawno z innym swoim studentem, pierwszym w jej życiu studentem pierwszego roku.

Był pięknym i, co smutne, jedynym chłopcem w feralnej grupie, której wykładała poetów metafizycznych. Feralnej dlatego że powinna była wiedzieć, iż taka „rasa pisarzy”, jak wyraził się Samuel Johnson, gdy nazwał ich po raz pierwszy „poetami metafizycznymi”, budzić będzie przede wszystkim zainteresowanie młodych kobiet.

Feralną decyzją okazało się także dopuszczenie chłopaka do grupy składającej się wyłącznie z dziewcząt, na co nie był psychicznie przygotowany. Zadeklamował jednak w jej gabinecie „Do cnotliwej damy” Andrew Marvella, myląc się tylko raz, w dwuwierszu „Miłość ma, większa niż królów krainy,/rosłaby wolno wszakże – jak rośliny”.

Zamiast „rosłaby” powiedział „jęczałaby” i promotorka pracy Patricka słyszała niemal jego jęki, kiedy recytował następne linijki.

Wtedy by trzeba było stu lat zgoła,

By oczy chwalić twe i piękność czoła;

Dla każdej piersi lat dwustu, nie więcej;

Dla reszty – chyba trzydziestu tysięcy1.

O, Boże, pomyślała, wiedząc, że student ma na myśli jej piersi oraz inne części ciała, i dlatego przyjęła go do grupy.

Kiedy dziewczyny zaczęły z nim flirtować, poczuła, że musi go przed nimi bronić. Z początku wmawiała sobie, że chce tylko matkować studentowi. Kiedy z nim zerwała, nie mniej bezceremonialnie niż bezimienny chłopak z jej ciężarną córką, student przestał przychodzić na zajęcia i telefonicznie powiadomił o wszystkim swoją matkę.

Matka chłopaka, członek zarządu innego uniwersytetu, napisała do dziekana wydziału: „Czy uwodzenie studentów nie należy do zajęć z zakresu turpizmu moralnego?”. Skutek tego pytania był taki, że dawna promotorka i kochanka Patricka sama złożyła podanie o urlop naukowy na okres jednego semestru.

Nieplanowany urlop, drugi rozwód, wstyd porównywalny z tym, jakiego zaznała jej córka… na litość boską, co mogła w tej sytuacji zrobić była promotorka Wallingforda?

Mąż, który miał się wkrótce stać jej drugim byłym mężem, zgodził się, acz niechętnie, nie anulować kart kredytowych żony przez kolejny miesiąc i gorzko pożałował tej decyzji, albowiem jego małżonka pod wpływem nagłego impulsu zabrała swoją urlopowaną ze szkoły córkę do Paryża, gdzie w hotelu Le Bristol panie wynajęły sobie apartament. Był dla nich o wiele za drogi, ale promotorka Wallingforda dostała kiedyś pocztówkę z wizerunkiem tego hotelu i od tamtej pory chciała w nim zamieszkać. Widokówkę przysłał jej pewnego dnia pierwszy były mąż, który bawiąc w Paryżu ze swoją drugą żoną, chciał po prostu dokuczyć eksmałżonce.

Hotel Le Bristol stoi przy rue du Faubourg Saint Honoré w otoczeniu eleganckich sklepów, w których na zakupy nie stać byłoby nawet awanturnicy. Przybywszy na miejsce, matka i córka nie śmiały wyjść do miasta ani zrobić czegokolwiek. Ekstrawagancji hotelu było im aż nadto. Czuły się nie dość elegancko ubrane, zarówno w recepcji, jak i w barze, gdzie siedziały oczarowane ludźmi najwyraźniej czującymi się w Le Bristol znacznie swobodniej od nich. Nie chciały jednak przyznać, że wyprawa do Paryża nie była dobrym pomysłem – a w każdym razie nie pierwszego wieczoru.

Tuż koło hotelu, na jednej z bocznych ulic, mieściło się miłe bistro, gdzie obowiązywały przystępne ceny, wieczór był jednak deszczowy i ponury, a one chciały położyć się wcześniej spać, ulegając skutkom zmiany czasu. Postanowiły zjeść wczesną kolację w hotelu, a prawdziwy Paryż pozostawić na następny dzień, ale okazało się, że hotelowa restauracja jest bardzo popularna. Na stolik mogły liczyć dopiero po dziewiątej, a miały przecież nadzieję, że o tej porze będą już smacznie spać.

Przejechały szmat drogi, by powetować sobie niesprawiedliwie doznane, jak sądziły, krzywdy, choć w rzeczywistości padły ofiarami cielesnych rozczarowań, na które złożyły się miriady osobistych powodów obu niezadowolonych pań. Zasłużenie czy nie, Le Bristol miał im wynagrodzić przykrości, tymczasem zaś musiały wycofać się w zacisze apartamentu, zdegradowane do kontaktów ze służbą hotelową.

Służba hotelowa w Le Bristol nie była przy tym w najmniejszym stopniu nieelegancka – po prostu panie inaczej wyobrażały sobie wieczór w Paryżu. Dlatego i matka, i córka na przekór swoim charakterom usiłowały robić dobrą minę do złej gry.

– Nawet mi się nie śniło, że pierwszy wieczór w Paryżu spędzę w pokoju hotelowym z własną matką! – wykrzyknęła córka, śmiejąc się z przymusem.

– Ze mną przynajmniej nie zajdziesz w ciążę – zauważyła matka, po czym obie wybuchnęły nieszczerym śmiechem.

Była promotorka Wallingforda zaczęła odmawiać litanię mężczyzn swojego życia, na których się zawiodła. Córka słyszała niektóre nazwiska wcześniej, pracowała już jednak nad własną, choć na razie nieporównywalnie krótszą listą. Panie znalazły wino w minibarku i wypiły po dwie półlitrowe butelki na głowę, zanim przyniesiono im do pokoju czerwone bordeaux, które zamówiły do kolacji i wypiły także co do kropli. Potem zatelefonowały po kelnera i poprosiły o następną flaszkę.

Wino rozwiązało im języki, może nieco bardziej niż to uchodzi czy przystoi w rozmowie matki z córką. Dla każdej matki, i to nawet w Paryżu, świadomość, że jej zbłąkana córka z łatwością mogła zajść w ciążę z Bóg wie iloma nieodpowiedzialnymi chłopakami, zanim spotkała kanalię, która ją zapłodniła, stanowiłaby gorzką pigułkę do przełknięcia. Z drugiej strony nawet córka zaczynała rozumieć, że niepoprawna promotorka pracy Patricka Wallingforda jest seksualnie agresywna, a erotyczny gust nakazuje jej zadawać się z coraz młodszymi mężczyznami, wśród których znalazł się w końcu nastolatek, co dla żadnej córki nie mogłoby być miłą wiadomością.

Podczas chwilowej, ale długo oczekiwanej przerwy w powodzi matczynych zwierzeń, kiedy przeszło czterdziestoletnia wielbicielka poetów metafizycznych podpisywała rachunek za drugą butelkę bordeaux, bezwstydnie podrywając kelnera, córka, w poszukiwaniu wytchnienia od niechcianych a intymnych wyznań, włączyła telewizor. Jak przystało na niedawno i stylowo odrestaurowany hotel, Le Bristol oferował mnóstwo wielojęzycznych kanałów telewizji satelitarnej, w tym angielskich i francuskich, a traf losu chciał, że kiedy tylko podchmielona matka zamknęła drzwi za kelnerem i odwróciła się do córki oraz stojącego w głębi pokoju telewizora, ujrzała na ekranie swojego dawnego kochanka, tracącego dłoń za sprawą lwa. Ot, tak po prostu!

Oczywiście wrzasnęła, co skłoniło do wrzasku także córkę. Druga butelka bordeaux wypadłaby matce z ręki, gdyby nie ściskała kurczowo flaszki za szyjkę. (Możliwe, że butelka wydawała jej się dłonią znikającą w paszczy lwa).

Dopiero kiedy scena pożarcia ręki Patricka dobiegła końca, matka mogła podzielić się z córką pełną bólu opowieścią o swoim związku z okaleczonym dziennikarzem. O całą godzinę później międzynarodowy kanał informacyjny powtórzył materiał z Indii, choć co piętnaście minut pojawiały się tak zwane zajawki, czyli zapowiedzi najbliższych programów. Zwiastuny trwały od dziesięciu do piętnastu sekund, a prezentowano w nich kolejno: lwy walczące w klatce o ostatni, bezkształtny ochłap ludzkiego ciała, pozbawione dłoni ramię, zwisające bezwładnie ze stawu barkowego, oszołomienie malujące się na twarzy Wallingforda na chwilę przed utratą przytomności i przelotne ujęcie nienoszącej stanika blondynki ze słuchawkami na uszach, która zdawała się spać na czymś, co wyglądało na połcie surowego mięsa.

Matka i córka wytrzymały przed telewizorem następną godzinę, żeby obejrzeć całe zdarzenie ponownie. Tym razem na widok blondynki bez stanika matka zauważyła:

– Założę się, że ją przerżnął.

Siedziały dalej razem, dopóki nie osuszyły następnej flaszki wina. Wypadek oglądany po raz trzeci pobudził je do okrzyków lubieżnej radości, jak gdyby kara, jaka w ich mniemaniu spotkała Wallingforda, należała się wszystkim znanym im mężczyznom.

– Tylko że zamiast dłoni powinno mu się odgryźć coś innego – powiedziała matka.

– Właśnie – zgodziła się córka.

Oglądając jednak ponure zdarzenie po raz trzeci, pożegnalny widok pożeranej przez lwa ludzkiej kończyny panie powitały już tylko smutnym milczeniem, a matka odwróciła nawet wzrok, żeby nie widzieć wyrazu twarzy Patricka, który za chwilę miał stracić przytomność.

– Biedny skurwysyn – mruknęła pod nosem córka. – Idę spać.

– A ja chyba obejrzę to jeszcze raz – oświadczyła matka.

Córka, nie mogąc zasnąć, leżała w sypialni, gdzie przez szparę pod drzwiami sączyło się migotliwe światło z saloniku. Słyszała, że matka wyłączyła fonię i płacze.

Potulnie dołączyła do siedzącej na kanapie matki. Nie włączając fonii, wzięły się za ręce i ponownie obejrzały straszliwy, lecz stymulujący materiał. Nie zwracały uwagi na zgłodniałe lwy, bo okaleczały przecież mężczyzn.

– Dlaczego są nam potrzebni, skoro tak bardzo ich nienawidzimy? – spytała zmęczona córka.

– Nienawidzimy ich dlatego właśnie, że są nam potrzebni – odpowiedziała bełkotliwie matka.

Na ekranie pojawiła się wykrzywiona twarz Wallingforda. Osuwał się na kolana, a z przedramienia tryskała mu krew. Jego przystojne oblicze oblekło się w cierpienie, ale Wallingford działał na kobiety w taki sposób, że zarówno pijana, przymulona zmianą czasu matka, jak i jej niewiele mniej nietrzeźwa córka poczuły ból w ramionach, które wyciągały do padającego na ziemię Patricka.

Patrick Wallingford nigdy sam nie inicjował zbliżeń, wzniecał jednak seksualny niepokój i nienaturalne ciągoty w kobietach nawet wtedy, kiedy publicznie karmił swoją lewą dłonią lwa. Działał na kobiety w każdym wieku i typie niczym magnes i nawet zemdlony zagrażał płci niewieściej.

Jak bywa w rodzinie, córka powiedziała na głos to, co zauważyła wcześniej matka, która zatrzymała jednak tę obserwację dla siebie.

– Popatrz na lwice – powiedziała córka.

Ani jedna samica nie tknęła ręki Patricka. W smutku ich spojrzeń kryła się niemała miara tęsknoty, i nawet kiedy Wallingford stracił przytomność, lwice nie spuszczały z niego oka. I one sprawiały wrażenie jakby niepocieszonych.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

1. FACET OD LWÓW

2. BYŁY POMOCNIK

3. PRZED SPOTKANIEM Z PANIĄ CLAUSEN

4. JAPOŃSKIE INTERLUDIUM

5. WYPADEK W NIEDZIELĘ FINAŁU

6. ZOBOWIĄZANIA

7. RWĄCY BÓL

8. ODRZUCENIE PRZESZCZEPU I SUKCES

9. WALLINGFORD SPOTYKA BRATNIĄ DUSZĘ

10. JAK ZOSTAĆ WYLANYM Z PRACY

11. NA PÓŁNOCY

12. LAMBEAU FIELD

PODZIĘKOWANIA

1 Przekład Jerzego Pietrkiewicza (przyp. tłum.).