Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Cztery sekundy do stracenia ebook

K.A. Tucker  

4.53333333333333 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cztery sekundy do stracenia - K.A. Tucker

Nie masz lat, miesięcy, tygodni, aby wpłynąć na czyjeś życie.
Masz wyłącznie sekundy. Sekundy by wygrać lub by wszystko stracić.

Prowadzenie lokalu ze striptizem nie jest tak fascynujące jak uważa większość facetów. Dwudziestodziewięcioletni Cain pracuje głównie nocą, jego załoga nadaje się do psychiatryka
i regularnie odwiedza go policja. Zaczyna jednak wierzyć, że to także jego misja. Pewnego dnia piękna Charlie Rourke staje w drzwiach klubu, przez co wszystko się sypie. Zasady Caina zostają wystawione na ciężką próbę. Minęło sporo czasu odkąd dokonała tego jakakolwiek kobieta...

Dwudziestodwuletnia Charlie Rourke potrzebuje szybkich pieniędzy, by zniknąć, nim będzie za późno. Ściąganie ciuchów na scenie nie jest jej wymarzoną pracą. Gdy koleżanki marzą, by usidlić seksownego i troskliwego szefa, Charlie nie jest nim zainteresowana. Szczególnie dlatego, że Charlie Rourke nie istnieje, a dziewczyna, która ją udaje, nie może pozwolić sobie na rozproszenie uwagi niechcianym romansem.

Niestety Charlie szybko odkrywa, że nie ucieknie przed uczuciem jakim darzy swojego szefa. Obawia się jednak, że strata Caina, gdy ten dowie się w co dziewczyna jest zamieszana, będzie bardziej bolesna niż którakolwiek z czekających ją kar.

Opinie o ebooku Cztery sekundy do stracenia - K.A. Tucker

Fragment ebooka Cztery sekundy do stracenia - K.A. Tucker

 

 

 

Dla Lii i Sadie

Jeszcze długo, długo nie powinnyście czytać tej książki

 

 

PROLOG

 

Wierzę, że niektórzy ludzie z natury są źli.

Wierzę, że poczucie winy jest silną motywacją.

Wierzę, że można dążyć do odkupienia, ale nigdy się go w pełni nie osiągnie.

Wierzę, że drugie szanse istnieją tylko w snach, nie ma ich w rzeczywistości.

Wierzę, że nie można w ciągu roku, miesiąca czy tygodnia wpłynąć na czyjeś życie.

Można to zrobić w sekundy.

Sekundy, by zjednać sobie kogoś.

Albo na zawsze go stracić.

 

Cain

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

CAIN

Dziesięć lat wcześniej

 

Krew kapie, znacząc szary, brudny beton niczym malarz płótno swojego dzieła. Naprzeciw mnie stoi napakowany brutal, ma rozciętą wargę i szramę na policzku, więc część tej krwi może być jego. Chociaż biorąc pod uwagę to, jaki łomot dostałem z rąk tego gwałciciela na zwolnieniu warunkowym, większość krwi prawdopodobnie jest moja.

Trzymając lewy łokieć ciasno przy żebrach, które właśnie mi połamał serią potężnych ciosów, walczę, by się nie krzywić podczas cofania się w stronę lin prowizorycznego ringu. Wrzaski i krzyki bombardują mnie ze wszystkich stron, niosąc się echem po podziemnym parkingu biurowca. Normalnie tłum bogatych lasek przekrzykuje się, rzucając w moją stronę komplementy, swoje imiona i numery telefonów. Jednak dzisiaj tak się nie dzieje. Dzisiaj wszyscy postawili dwadzieścia do jednego przeciwko mnie i bez wątpienia już sobie wyobrażają piaszczyste plaże i lśniące BMW.

Cholera, sam niemal postawiłem na przeciwnika. Ale nie ma na świecie osoby, której powierzyłbym wycieczkę do bukmachera. No, może z wyjątkiem Nate’a. Tylko że on ma czternaście lat i wszyscy wiedzą, że jest moim kumplem, więc gdybym go wysłał, by obstawił zakład, równie dobrze mógłbym namalować mu na czole celownik.

– No dalej, cioto! – wrzeszczy Jones, uderzając o siebie pięściami, a na jego twarzy maluje się chytry uśmieszek.

Nie mówię nic, gdy Nate ochlapuje mi twarz chłodną wodą, której część połykam, starając się wypłukać z ust miedziany posmak. Słyszałem, że facet lubi się popisywać na ringu, więc się nie martwię, że natrze na mnie niczym byk. Martwię się jednak tym, że tłum wrzuci mnie na niego. Kiedy odpoczywam, czuję ich niecierpliwość. Chcą zobaczyć moją czaszkę roztrzaskaną na betonie. Teraz. Na tym polega prawdziwa podziemna walka. To sprawia, że zarówno typy spod ciemnej gwiazdy, jak i ci szukający mocnych wrażeń skupiają się razem przy ringu niczym rodzina przed telewizorem na Boże Narodzenie. Tu nie ma klas wagowych. Nie ma testów na doping. Nie ma zasad. Nie ma sędziów. A walka kończy się dopiero wtedy, gdy ciało jednego z zawodników leży pogruchotane na asfalcie.

To nie do końca jest świat, do którego kochający ojciec mógłby wprowadzić syna. Jednak ja nie mam kochającego tatusia. Moim jest podły, niespełniony gangster, który – ponieważ bił mnie tyle razy, że nauczyłem się przeciwstawiać i przez lata zbudowałem mięśnie – zdecydował, że mógłby zarobić niezłą kasę, wrzucając mnie na ring nielegalnych walk w Los Angeles. W wieku siedemnastu lat moje ciało nie było jeszcze w pełni rozwinięte, ale było dobrze zbudowane, bo ojciec nalegał na wyczerpujące treningi. Nie mogę też powiedzieć, że nie godziłem się na te walki. Przez większość czasu nawet się nimi cieszyłem. Zawsze wyobrażałem sobie, że walę pięściami w gębę ojca, że kruszę jego kości.

I za każdym razem wysyłałem przeciwnika na ziemię.

A teraz, mając lat dziewiętnaście, walczę o życie w najwyższej klasie walk tego nielegalnego świata. Gdybym powalił przeciwnika, mógłbym wygrać. Ale mogę też skończyć w worku na zwłoki. Kiedy patrzę na zabijakę przede mną – na mięśnie napompowane sterydami, drgające z niecierpliwości, na brzydkie nabrzmiałe żyły na jego szyi, na paskudną gębę naznaczoną krwią i tatuażami – akceptuję to, że prawdopodobnie dziś nie wygram. Byłem kretynem, że zgodziłem się na tę walkę. Jones prawdopodobnie jest nakręcony metamfetaminą. Nic nie będzie w stanie go powalić oprócz podwójnej dawki fentanylu, a tak się składa, że nie mam w tylnej kieszeni zastrzyku uspokajającego dla słoni.

– Zee! – krzyczy za mną Nate, używając imienia, którym posługuję się na ringu. Spoglądam przez ramię na chudzielca w moim narożniku. To mój jedyny prawdziwy przyjaciel, towarzyszy mi w każdej walce. Trzyma telefon przy uchu, a jego hebanowa skóra nabiera niezdrowego, popielatego odcienia. – Coś poważnego dzieje się na Wilcox! – Wilcox to ulica, przy której mieszkają moi rodzice.

Oczy Nate’a koloru melasy skupiają się przez chwilę na moim przeciwniku, nim wrócą do mojej zniekształconej twarzy.

– Znów się kłócą? – pytam, bo to nie byłby pierwszy raz.

Nate powoli i z powagą malującą się na jego twarzy kręci głową.

– Nie, to coś innego. Benny dwadzieścia minut temu widział tam dwóch facetów. – Benny to piętnastolatek mieszkający po sąsiedzku z moimi rodzicami i chodzący do tej samej szkoły co Nate. Zazwyczaj jest dupkiem, ale uwielbia Nate’a, bo ten związany jest ze mną.

– Przyszli do niego czy do niej? – To dziwnie brzmiące pytanie jest ważne. Rodzice wybrali ścieżki po złej stronie moralności; ojciec zajmuje się handlem narkotykami, a matka kreatywną księgowością w burdelu urządzonym w domu babci. Teraz najwyraźniej któreś z nich kogoś wkurzyło i ten ktoś wysłał ludzi do ich domu.

Normalnie miałbym to w dupie. Nawet bym się cieszył. Może gdyby ojciec wkurwił właściwych ludzi, pozbyliby się problemu za mnie. Tylko że jest pierwsza w nocy we wtorek i Lizzy, moja szesnastoletnia siostra, może spać w ich domu. A jeśli ci goście przyszli po kasę, a ojciec sięgnie do skrytki w fotelu, by im zapłacić, odkryje, że jest pusta.

Ponieważ dziś ukradłem mu wszystko co do centa, by postawić na tę walkę.

Nowa wizja pojawia mi się w głowie: jeden z facetów zażąda zapłaty od Lizzy.

Tyle wystarczy, by kopnęła mnie adrenalina. Wyniszczający ból w boku natychmiast znika, nowym spojrzeniem patrzę na rywala. Gdybym go powalił, mógłbym w piętnaście minut dotrzeć do domu starych. Może wystarczy mi czasu. A może nie. Ten zabijaka jest jedyną przeszkodą, bym mógł teraz opuścić to miejsce.

– Nate, powiedz Benny’emu, żeby dzwonił po gliny.

Rzucam na ziemię butelkę i szarżuję.

Dzieje się to tak szybko, że nikt z widzów właściwie nie wie, co jest grane. Cisza wypełnia parking, gdy wszyscy czekają, aż Jones pozbiera się z ziemi. Wszyscy prócz mnie. Ja wiem, że przez dłuższą chwilę się nie podniesie. Słyszałem, jak pękła kość, gdy jego czaszka walnęła o beton pod wpływem serii krótkich ciosów, którymi go zasypałem.

Nadal się nie rusza, gdy z piskiem opon wyjeżdżam z podziemia.

* * *

– Zostań – rzucam do Nate’a, gdy zatrzymuję swoje GTO na środku ulicy. Nie mam pojęcia, jak dojechaliśmy w jednym kawałku, biorąc pod uwagę fakt, że na jedno oko nic nie widzę, tak jest opuchnięte. Wyskakuję z samochodu i przepycham się przez tłum gapiów, zmierzając w kierunku karetek i radiowozów. Nad głową połyskują mi ich światła, w uszach szumią odgłosy krótkofalówek. Służby nie mogły przyjechać tu wcześniej niż dziesięć minut przed nami.

Potrzeba aż czterech policjantów, kajdanek założonych na moje nadgarstki i broni wycelowanej w moją skroń, by mnie zatrzymać. Nie chcą mnie wpuścić. Nie chcą odpowiedzieć na cholerne pytanie, które w kółko zadaję: „Czy z Lizzy wszystko w porządku?”. Za to zasypują mnie potokiem słów, których nawet nie rejestruję, których nie chcę zrozumieć.

– Co ci się stało, synu?

– Kto ci to zrobił, synu?

– Potrzebujesz lekarza.

– Skąd znasz mieszkańców tego domu?

– Gdzie byłeś od północy do momentu pojawienia się tutaj?

Pomimo mojej prośby, by został w samochodzie, Nate wysiadł i jakimś cudem przedostał się przez policyjną taśmę. Niczym cień czeka na mnie, gdy młoda sanitariuszka opatruje mi łuk brwiowy i informuje, że mam złamane trzy żebra.

Ledwie jej słucham, obserwując paradę osób wchodzących i wychodzących z domu moich rodziców.

Widzę, że przyjeżdża prokurator.

Zaczyna świtać, gdy w końcu wytaczają po kolei trzy pary noszy.

Na wszystkich są szczelnie zamknięte, czarne worki na zwłoki.

– Przykro mi z powodu twojej straty, synu – mówi szorstkim głosem krępy policjant. Nie zauważyłem, jak się nazywa. W sumie mam to gdzieś. – Takie rzeczy w ogóle nie powinny mieć miejsca.

Ma rację. Nie powinny. Lizzy nie powinno tam w ogóle być. Gdybym się z nią nie pokłócił, gdybym nie wykopał jej z mieszkania, nie byłoby jej tutaj.

Mogłem ją uratować.

Teraz jest już za późno.

* * *

 

Obecnie

 

– Co ma pani na myśli, mówiąc, że nie możecie sfinalizować dostawy w ten weekend? – Pomimo moich starań, by mówić spokojnym głosem, w moim tonie można usłyszeć irytację.

– Przykro mi. Jak już panu mówiłam, mamy braki kadrowe. Obsługujemy zlecenia najszybciej, jak możemy. Przepraszamy za niedogodność. – Konsultantka brzmi automatycznie, jakby musiała ten tekst powtórzyć dzisiaj przynajmniej sto razy. Jestem pewien, że właśnie tak było.

Uciskając nasadę nosa, by powstrzymać tworzący się nagły ból głowy, walczę z ochotą rzucenia słuchawką. Ta rozmowa jest kompletną stratą czasu. Takie same prowadzę codziennie od dwóch tygodni.

– Proszę przekazać szefostwu, że „niedogodne” nie jest odpowiednim słowem. – Rozłączam się, nim konsultantka ma szansę w jakikolwiek sposób zareagować.

Z jękiem opieram się w skórzanym fotelu i zakładam ręce za głowę. Przyglądam się ścianom mojego biura – od podłogi do sufitu zastawione są regałami z alkoholami. Pięć tygodni z ponadprzeciętnym ruchem i sporadycznymi dostawami piwa oznacza, że w nadchodzący weekend u Penny może zabraknąć popularnych marek. To zaś oznacza, że będę musiał kolejną sobotnią noc poświęcić na wyjaśnianie klientom, dlaczego brak heinekena nie upoważnia do otrzymania darmowego prywatnego striptizu.

Czasami nienawidzę tego interesu.

Ostatnio nienawidzę go bezustannie.

Otwieram butelkę wysokiej klasy koniaku Rémy Martin i nalewam złoty płyn do szklanki. Taki mam zwyczaj – wypić jedną szklaneczkę przed otwarciem klubu, by się uspokoić, i jedną po zamknięciu. Niestety uspokojenie nie przychodzi już tak łatwo, więc często dolewam sobie trunku. Dobrze, że godziny otwarcia nie są długie, inaczej miałbym problem alkoholowy. A przy cenie dwustu dolarów za butelkę szybko skończyłaby mi się forsa.

Drzwi biura stają otworem w momencie, gdy kojący ogień ześlizguje się w dół mojego gardła.

– Cain? – rozbrzmiewa głęboki głos Nate’a, nim jego dwumetrowa, ważąca sto trzydzieści kilo postać pojawia się w wejściu. Nadal jestem pod wrażeniem tego, jak ten chudy, mizerny chłopak wyrósł na giganta stojącego w tej chwili przede mną. Chociaż nie powinno mnie to dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że płaciłem za jego jedzenie, gdy dorastał. – Napisała do mnie Cherry. Jest chora.

– Napisała do ciebie?

Patrząc mi w oczy, powoli kiwa głową.

– To trzeci raz w ciągu dwóch tygodni, gdy jest chora.

– Właśnie – potwierdza i wiem, że myśli to samo. Nikt nie zna mnie lepiej niż Nate. Właściwie w ogóle nikt z wyjątkiem Nate’a mnie nie zna.

Cherry pracuje u mnie od trzech i pół roku. Ma odporność rekina. Ostatnim razem, gdy przestała chodzić do pracy z powodu „choroby”, znaleźliśmy ją sponiewieraną i poobijaną, co zawdzięczała temu kutasowi, swojemu chłopakowi.

– Myślisz, że wrócił?

Przeciągam palcami po włosach i z rosnącej frustracji zaciskam zęby.

– Gdyby wrócił po tym, co mu się przytrafiło ostatnim razem, okazałby się największym z kretynów. – Nate w ramach ostrzeżenia zafundował mu pobyt w szpitalu z powodu złamanej kości udowej i wybitych obu barków. Myślałem, że to go skutecznie odstraszyło.

– Chyba że to Cherry ponownie go zaprosiła.

Przewracam oczami. To dobra dziewczyna z niską samooceną i okropnym gustem, jeśli chodzi o mężczyzn. Nie powinienem być zaskoczony, gdyby tak zrobiła. Widywałem to wcześniej. Wiele razy.

– Chyba podskoczę do niej sprawdzić, czy to przypadkiem nie coś więcej niż robaki albo jakieś babskie sprawy. – Nate sięga po klucze wiszące na wieszaku.

Wzdycham i mówię:

– Dzięki, Nate. – Przez rok pomagaliśmy jej trzymać się z dala od narkotyków i chłopaka idioty. Ostatnią rzeczą, której pragnę, jest powtórka z rozrywki. – I weź to. – Wyjmuję z portfela dwudziestkę i rzucam na biurko. – Jej dzieciak uwielbia big maki.

Krzywi się, patrząc na banknot, i nie sięga po niego. Powinienem był wiedzieć.

– A jeśli go zastanę?

– Jeśli wrócił… – Przesuwam językiem po zębach. – Nic nie rób. Natychmiast do mnie zadzwoń.

Nate niechlujnie salutuje, po czym wychodzi. Siedząc z łokciami opartymi na biurku i ze złączonymi dłońmi dotykającymi ust, zastanawiam się, co będę musiał zrobić, gdy się okaże, że Cherry wróciła na złą drogę. Nie mogę jej zwolnić. Nie kiedy potrzebuje pomocy. Ale… kurwa. Jeśli mamy ponownie przechodzić z nią przez ten cyrk…

W zeszłym tygodniu musiałem przekonać Delylę, by wróciła do poradni, bo znów zaczęła się ciąć. A dwa tygodnie wcześniej musieliśmy zabrać Marisę do szpitala po tym, jak zafundowała sobie nielegalną skrobankę, do której przekonał ją ten dupek, jej chłopak. Z powodu komplikacji nie wróciła jeszcze do pracy. A trzy tygodnie wcześniej…

Pukanie do drzwi tylko rozpala mój temperament.

– Czego?!

W drzwiach staje Ginger.

Biorę głęboki wdech, przepraszam ją, że warknąłem i gestem zapraszam do środka.

– Cześć, Cain. Chciałam tylko powiedzieć, że przyjdzie dzisiaj do ciebie moja koleżanka – przypomina mi cichym, ochrypłym głosem, pasującym do sekstelefonu. Klienci go kochają. Uwielbiają w niej też inne rzeczy, wliczając w to naturalnie duże piersi i ostry języczek. – Pamiętasz? Wspominałam ci w zeszłym tygodniu.

Jęczę. Całkowicie zapomniałem. Ginger wspominała mi o tym w korytarzu, gdy rozsądzałem kłótnię między Kinsley a Chinką. Nie zgodziłem się na spotkanie z tą laską, ale też nie odmówiłem. Ginger najwyraźniej potraktowała moje milczenie jak zgodę.

– No tak. A chce dostać pracę jako kto? Tancerka?

Ginger przytakuje skinieniem, a jej krótkie kolorowe włosy – jasnoblond, rude i różowe – ułożone w artystyczny nieład podskakują.

– Myślę, że ją polubisz. Jest inna.

– W jaki sposób inna?

Ginger zaciska pomalowane na różowo usta.

– Ciężko to wyjaśnić. Zobaczysz, kiedy ją poznasz. Polubisz ją.

Opieram rękę na karku, starając się rozetrzeć stałe napięcie mięśni. Ale to na nic. Cotygodniowe masaże i tak nie pomagają na stres panujący w tym miejscu.

– Nie chodzi o to, czy ją polubię, Ginger. Chodzi o to, że mam wystarczającą liczbę tancerek. Nie potrzebuję w tym momencie więcej personelu. – Pałac Penny dorobił się już dobrej reputacji i jest perłą wśród lokalnych klubów zapewniających rozrywkę dla dorosłych. Nie zatrudniam przypadkowych ludzi wchodzących z ulicy. Można się tu dostać jedynie z polecenia, a i tak wymiana pracowników jest sporadyczna. Poza Kinsley od prawie roku nie zatrudniłem nikogo nowego. Zbyt duża liczba dziewcząt oznacza szarpaninę o napiwki.

– Wiem, Cain, ale… Myślę, że naprawdę ją polubisz. – Ginger w moim klubie pracuje jako barmanka od lat, jest najstarsza stażem. Ufam jej opinii. Trzy poprzednie dziewczyny, które poleciła, okazały się znakomitymi pracownicami. Teraz prowadzą normalne życie z daleka od seksbiznesu. Do diabła, to ona przyprowadziła tu Storm – moją błyszczącą gwiazdeczkę i największy sukces.

Po chwili milczenia pytam:

– Jakie ma preferencje? Czy jest…? – Nie żeby to miało znaczenie, oczywiście.

Mądre, zielone, kocie oczy błyszczą, gdy Ginger się uśmiecha.

– Jestem prawie pewna, że jest hetero. Wprawdzie nie widziałam dowodów, ale intuicja mi to podpowiada. Pechowo dla mnie. – Naprawdę cenię orientację seksualną Ginger. Nigdy mi się nie narzucała, nie starała się na mnie wskoczyć. O niewielu moich pracownicach mogę to powiedzieć. To jeden z powodów, dla których tak dobrze mi się z nią pracuje.

– Jak ma na imię?

– Charlie.

– To prawdziwe imię czy pseudonim sceniczny?

Wzrusza ramionami.

– Myślę, że prawdziwe. Przedstawiła mi się jako Charlie.

Następuje chwila ciszy, w której biorę łyk złotego trunku.

– Sprawdzałaś ją? – Ginger zna reguły. Żadnych narkotyków, żadnych alfonsów, żadnej prostytucji. Dziwkom i prochom mówię stanowcze nie. W okamgnieniu zamknęliby mi lokal, gdyby gliny złapały tu kogoś na czymś nielegalnym, a zbyt wielu ludzi przewija się przez Penny, bym mógł ryzykować. Poza tym nie ma takiej potrzeby. Pilnuję, by dziewczyny zarabiały pieniądze w bezpieczny sposób, bez konieczności sprzedawania ostatniego skrawka godności.

Ginger odpowiada mi krótkim skinieniem.

– Ma jakieś doświadczenie?

– Vegas. Tutaj była na kilku rozmowach, w tym w Sin City. – Unosi brwi. – A wiesz, czego żąda Rick na takich rozmowach.

Opieram się w fotelu. Tak, słyszałem, czego wymaga Rick, by dostać i utrzymać pracę w jego klubie. A fakt, że facet jest mały, gruby i wiecznie spocony, wcale nie pomaga.

– Nie spełniła wymagań?

Ginger chichocze.

– Z tego, co mówiła, ledwo udało jej się wyjść stamtąd bez rzygania.

Kiwam głową. Za to z pewnością ma ode mnie kilka punktów. Chcę pomóc każdej kobiecie, która uważa, że bez ściągania ciuchów nie przeżyje, ale jestem w tym sam, a nie każda babka jest na tyle silna, by uniknąć pułapek tej branży.

Widziałem zbyt wiele spektakularnych upadków dziewczyn.

Zaś wielokrotne próby wyciągnięcia ich na powierzchnię są bardzo wyczerpujące.

Patrząc w egzotycznie piękną twarz Ginger, zadaję najistotniejsze pytanie:

– A jaki problem ma ta dziewczyna? Dlaczego chce się rozbierać? – Palcem powoli wodzę po brzegu szklanki. Najczęściej dziewczyny mają dobre powody. Lub złe, zależy, jak na to patrzeć. Jeśli chodzi o stosunek liczby zatrudnionych „normalnych” do wykolejonych, to przewaga znacząco chyli się ku tym drugim. – Wylot ze szkoły i brak przyszłości? Molestowanie w dzieciństwie? Pieprznięty chłopak oczekujący pieniędzy? Problemy z ojcem? A może tylko szuka uwagi?

Ginger przechyla głowę na bok i mamrocze suchym tonem:

– Za dużo złych doświadczeń?

Wyrzucam ręce w górę.

– Ginger, przecież wiesz, że jesteś wyjątkiem. – Od dnia, w którym weszła do mojego biura w swoje osiemnaste urodziny, nigdy nie musiałem się o nią martwić. Pochodzi z normalnego domu, gdzie jej nie wykorzystywano, i nigdy nie musiała tańczyć na scenie. Ale ma prosty cel: zaoszczędzić wystarczająco dużo, by otworzyć zajazd w Napa Valley. Przy płacy, jaką tu otrzymuje, mogę powiedzieć, że jest blisko spełnienia swoich marzeń.

Po chwili wzrusza ramionami.

– Wiem tylko, że chce zarobić dużo kasy. Jednak wydaje się, że ma dobrze poukładane w głowie, bo nie przyjęła pracy w Sin City.

Bo pewnie się zorientowała, że skończy, robiąc laski w pokojach VIP… Wzdycham i pocieram czoło, przy czym mamroczę:

– Dobrze. Spotkam się z nią. – Naprawdę chcę to zrobić? A co, jeśli się okaże kolejną Cherry? Albo Marisą? Lub Chinką? Czy Shaylen? Albo…

– Świetnie. Dzięki, Cain. – Ginger, ubrana w skąpe spodenki i bokserkę z dużym dekoltem, zatrzymuje się w drzwiach i opiera o framugę. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz ostatnio, jakbyś był przepracowany.

Przepracowany. To dobre słowo, by mnie opisać. Przepracowany obsługiwaniem nachalnych klientów tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu; codziennymi problemami właściciela i pracownicami, które nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem. Zmęczony uwagą policji, która przez ostatnią dekadę uważała – bazując na mojej przeszłości i biznesie, jaki prowadzę – że pójdę w ślady rodziców.

To chyba wystarcza, żeby każdy racjonalny człowiek rzucił to w diabły.

Ja też rozważałem odejście z tego interesu. Rozważałem sprzedaż Penny i zniknięcie. Po czym spojrzałem w twarze moich pracownic – tych, które beze mnie skończą w miejscu podobnym do Sin City – a metalowe zęby pułapki zacisnęły się silniej na mojej klatce piersiowej.

Nie mogę ich porzucić. Jeszcze nie. Gdybym tylko mógł zostawić ten lokal w bezpiecznych rękach, mógłbym gdzieś spokojnie sobie żyć. Plaża na Fidżi brzmi cholernie dobrze.

Nigdy nic z tego nie wypowiedziałem na głos.

– Nie sypiam ostatnio za dobrze – mówię Ginger, przywołując na twarz jeden ze sztucznych uśmiechów, które mam opanowane. Zaczynam się pod nimi dusić jak pod żelazną maską.

Ze ściągniętych brwi dziewczyny wnioskuję, że mi nie wierzy.

– Dobra, jak chcesz, ale wiesz, że gdybyś chciał pogadać, to jestem – proponuje i uśmiecha się, poruszając biodrami, po czym puszcza do mnie oko. – Ale nic więcej.

Już zza drzwi słyszę jej miękki śmiech, który tymczasowo poprawia mój ponury nastrój, gdy przygotowuję się do sporządzenia listy płac armii tancerek, ochroniarzy, barmanek i personelu sprzątającego. Serge – czterdziestoośmioletni emerytowany śpiewak operowy z Włoch – zarządza kuchnią, jakby była jego własnością, ale ze wszystkim innym muszę radzić sobie sam.

Niestety, ponury nastrój powraca ze zdwojoną siłą, gdy dwadzieścia minut później dzwoni Nate.

– Stoi tu jego niebieski dodge.

Uderzam pięścią w biurko, wprawiając wszystko na nim w grzechot.

– Jaja sobie robisz czy co? – Potrzebuję chwili, żeby zapanować nad wrzącym we mnie gniewem. Nate nie kłopocze się odpowiedzią. Umiemy znosić swoje odzywki i on wie, że nie powinien się wdawać w dyskusję. O kutafonie, znęcającym się nad kobietą, nie ma co dyskutować.

– Mam wejść? – pyta.

– Nie. Czekaj na zewnątrz. Jeśli wrócił, pewnie jest przygotowany. – Mimo że to głupi facet, zapewne ostatni raz sporo go nauczył. – Już jadę. Nie wchodź tam, Nate – mówię ostro. Nie mógłbym znieść jego straty. Nie powinienem go wciągać w ten świat. Powinienem mu pozwolić skończyć studia i wieść normalne życie. Jednak nie zrobiłem tego, ponieważ jest wszystkim, co mam i lubię, gdy jest przy mnie.

Wstaję i po kilku sekundach kucam w rogu, walcząc z szyfrem do sejfu. Zaraz potem zaciskam palce na zimnej stali uchwytu glocka. Nienawidzę go dotykać. Symbolizuje przemoc, bezprawie… życie i wybory, które zostawiłem za sobą i nie pozwolę, by znów mnie pożarły. Ale jeśli ma oznaczać też bezpieczeństwo dla Nate’a, Cherry i jej ośmioletniego synka – tego, który zadzwonił do mnie, gdy poprzednio znalazł nieprzytomną matkę na kanapie – wtedy przytknę lufę temu sukinsynowi do skroni.

Łapię za kaburę, gdy drzwi się otwierają.

– Cain?

Muszę się nauczyć zamykać na zamek te cholerne drzwi, pouczam się w duchu. Tłumiąc przekleństwo, wrzucam broń na powrót do sejfu i wstaję, jednocześnie starając się ukryć jad w głosie, gdy burczę:

– Ginger, naprawdę musisz nauczyć się… – Miałem dokończyć zdanie słowem „pukać”. Jednak zamiast tego wymyka mi się przenikliwy syk, gdy nagle patrzę w przeszłość.

Dokładnie mówiąc, na Penny.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

CHARLIE

Plan A – iść na policję i błagać o umorzenie win w zamian za informacje.

Nie mam wystarczająco dużo informacji, by go przygwoździć. Prawdopodobnie skończyłabym w więzieniu zamknięta na kolejnych dwadzieścia pięć lat. O ile uszłabym stamtąd z życiem.

Plan A – iść na policję i błagać o umorzenie win w zamian za informacje.

Plan B – zgubić dokumenty i udawać amnezję, żeby państwo wyrobiło mi nową tożsamość… kiedyś.

A co, jeśli pokażą moje zdjęcie w wiadomościach? On mnie znajdzie. Do tego mogłabym wylądować zamknięta na dość długo w psychiatryku. No i nie wiem, czy moje umiejętności aktorskie są wystarczające, by kogokolwiek przekonać, że nic nie pamiętam.

Plan B – zgubić dokumenty i udawać amnezję, żeby państwo wyrobiło mi nową tożsamość… kiedyś.

Plan C – kupić sobie nową tożsamość i sprawić, by Charlie Rourke zniknęła.

* * *

Po prostu stoi, wypalając spojrzeniem dziurę w mojej twarzy.

Biorąc pod uwagę fakt, że nigdy go nie widziałam i nie wiem, jakiego koloru normalnie jest jego cera, i tak mogę się założyć, że nie jest tak chorobliwie blada jak teraz.

Jakby zobaczył ducha.

Staram się złapać wzrok Ginger, by sprawdzić, czy ona także uważa, że to dziwne, ale nie mogę.

– Przepraszam, pukałam, ale nie otwierałeś – usprawiedliwia się. To prawda. Pukała i czekałyśmy przeszło minutę, nim zdecydowałyśmy się wejść. Nie wiem, co robił w biurze – za zamkniętymi drzwiami z napisem „Superszef”, do którego przypięte są koronkowe stringi – jednak wnosząc po oszołomionym wyrazie twarzy, zgaduję, że przeszkadzamy. Spoglądam w dół i widzę, że ma rozpięty pasek przy spodniach.

– To moja koleżanka Charlie, o której ci opowiadałam. – Ginger wskazuje długim palcem na mnie, więc zmuszam się do uśmiechu. Określenie „koleżanka” może być nieco mylące, zwłaszcza że wszystko, co powiedziałam Ginger o sobie, to wierutne kłamstwo.

Poznałam ją zaledwie trzy tygodnie temu. Zajęcia z tańca na rurze dla początkujących, na które uczęszcza, właśnie się kończyły i została, by się przyjrzeć tym dla zaawansowanych. Domyślam się, że jej zaimponowałam, bo całą godzinę siedziała i mnie obserwowała, po czym w szatni zagadała na temat tego, jaka jestem dobra. Wzięłam karteczkę z jej numerem telefonu, ale nie miałam zamiaru dzwonić. Tydzień później Ginger złapała mnie po zajęciach i nie chciała odpuścić, póki się z nią nie umówiłam na lunch następnego dnia. A w zeszłym tygodniu wyciągnęła mnie na zakupy. Jest nieszkodliwa. Ma dwadzieścia sześć lat, jednak przez większość czasu nie zachowuje się dojrzale. Dużo się śmieje i ma sarkastyczne poczucie humoru. Jest też wytrwała. Nie planowałam zaprzyjaźniać się z kimkolwiek, skoro nie planuję pozostać w Miami. Jednak – tak, można powiedzieć, że w jakiś sposób jesteśmy koleżankami, ze wszystkimi tymi kłamstwami i w ogóle.

Właściwie to ironiczne, że spotkałyśmy się w tym czasie. Przez mój wygląd i umiejętności w tańcu na rurze Ginger założyła, że jestem striptizerką. Nie było osądu w tych wielkich zielonych oczach, kiedy zapytała, w którym klubie pracuję. Dlatego przyznałam, że pytałam o pracę w kilku lokalach z rozrywką dla dorosłych i że byłam na „rozmowie” kwalifikacyjnej w Sin City. Tej, z której zwiałam. Dziecięca buzia Ginger się wtedy rozjaśniła, ale nie takiej reakcji się spodziewałam. Wytłumaczyła mi, że jest barmanką w najlepszym klubie w Miami i zaproponowała, że zapyta, czy nie znalazłaby się dla mnie jakaś praca. Pytała o moje doświadczenie, więc oczywiście skłamałam. Powiedziałam, że pracowałam w Vegas.

Tak naprawdę wyjechałam z Vegas, gdy miałam sześć lat. Rzecz jasna nigdy nie pracowałam tam jako striptizerka. Po przejściach w Sin City nie byłam pewna, czy jestem gotowa na kolejną próbę. Jednak kiedy dostrzegłam elegancki szyld na froncie budynku – bez karykaturalnie wielkich piersi czy migoczących świateł, sama nazwa Pałac Penny – natychmiast uwierzyłam, że to miejsce dla mnie. A Ginger powiedziała, że właściciel, Cain, jest inny niż wszyscy. Po sposobie, w jakim się o nim wyrażała, mogłam wywnioskować, że gość zasługuje na tytuł szefa stulecia.

Tymczasem on nadal się na mnie gapi.

Ani razu nie mrugnął.

Zauważam minimalne kręcenie głową, zanim drżącym głosem mówi:

– Ach tak, Charlie. Cześć.

– Cześć. – Przychodząc tutaj, byłam wyluzowana i pewna siebie, wykorzystałam wielogodzinne lekcje aktorstwa, by przywołać na twarz mój szeroki, przyjacielski uśmiech. Teraz jednak, pod ciężarem ostrego spojrzenia mężczyzny, w tym maleńkim słówku słyszę niepewność. Podchodzę i podaję mu dłoń.

Jego kawowe spojrzenie wreszcie się odkleja od mojej twarzy, by skupić się na wyciągniętej dłoni. Ginger się zarzekała, że to przyzwoity gość, mimo że zarabia kasę w seksbiznesie. Prawdopodobnie pod tym dachem ściskano wiele rzeczy, ale z pewnością nie były to ręce. Nie uścisnęłam dłoni glutowi w Sin City – Rickowi – kiedy dwie minuty po wejściu kazał mi wskoczyć sobie na kolana. Chociaż nie powinnam być zaskoczona jego poleceniem. Wszyscy właściciele tych miejsc są tacy sami.

Biorę głęboki wdech, przypominając sobie, że ściskałam ręce większych degeneratów i dawałam radę.

Do diabła, sama jestem degeneratką.

Jakby otrząsając się z oszołomienia, Cain w końcu podaje mi dłoń, przy czym patrzy mi w oczy.

– Cześć, Charlie. Przepraszam, po prostu… zaskoczyłaś mnie. Jesteś bardzo podobna do kogoś, kogo znam. – Następuje chwila ciszy. – Raczej znałem – poprawia się cicho. Ma gładki, przyjemny głos, a takiego się nie spodziewałam.

– No dobra, to idę do baru wszystko przygotować – mówi Ginger, po czym wychodzi z biura, zamyka za sobą drzwi i zostawia mnie sam na sam z tym mężczyzną.

Biorę kilka głębokich, uspokajających oddechów. Mam ochotę ją udusić.

Nie wiem, czego mam się spodziewać. Ginger nie opowiadała mi wiele o Cainie, mówiła tylko, że jest miły i szczery, że dobrze traktuje personel i że jeśli chcę tańczyć w jakimś klubie w Miami, to z pewnością Penny jest odpowiednim miejscem. Powiedziała, że czasem może onieśmielać, ale po prostu jest powściągliwy. I że przez prowadzenie klubu ma bardzo dużo na głowie.

Z pewnością pominęła szczegóły jego wyglądu – uświadamiam sobie, gdy moje spojrzenie prześlizguje się po jego ramionach, po wybrzuszeniach materiału eleganckiej czarnej koszuli. Jakby jego ciało nie było wystarczająco przyjemne dla oka – jego twarz jest bez skazy. Ma mocno zarysowane kości policzkowe oraz silną szczękę, a ta kombinacja sprawia, że wygląda przystojnie i męsko. Jest jak posąg – dokładne przeciwieństwo Ricka z Sin City.

Zasadniczo uroda Caina sprawia, że dziewczyny wyskakują z majtek.

Chociaż tak przystojny szef to nic dobrego. Cain jest typem mężczyzny przyprawiającym kobiety o zawrót głowy, kiedy wchodzi w zasięg ich wzroku. Najwyraźniej Ginger jest wyjątkiem.

Przystojniak czy nie, w tej chwili czuję się nieswojo, gdy bystre, ostre spojrzenie Caina prześlizguje się po moim ciele, oceniając. Biorę głęboki wdech, prostuję się, unoszę głowę i patrzę mu prosto w oczy. Robię to, by wyglądać na pewną siebie. Nie mam zamiaru kulić się z powodu taksującego spojrzenia. Jeśli mam wyjść na scenę i ściągać ubranie przed publicznością, to nie mogę teraz wyglądać niepewnie.

Zatem stoję i pozwalam mu na ocenę, podczas gdy sama rozglądam się po jego biurze pełnym półek z butelkami i pudełkami. Gdyby nie biurko na końcu i skórzana kanapa wciśnięta w róg pomieszczenia, wydawałoby się, że to magazyn. Po wyglądzie właściciela spodziewałabym się czegoś szykownego i gustownego.

– Ginger mówiła, że masz doświadczenie. To prawda? – mówi delikatniej niż wcześniej.

Bez wahania odpowiadam:

– Tak. Rok pracowałam w Vegas. W kabarecie. – Walczę z pokusą, by nawinąć na palec swój złoty lok. Znam swoje odruchy, a ten zdradza, że moje słowa są kłamstwem. Ginger ostrzegała mnie, abym w żadnym wypadku nie okłamywała Caina Forda, ponieważ zawsze to wykryje i wtedy się wkurzy. Tylko że w mojej sytuacji raczej trudno wyjawić prawdę.

Do tego naprawdę potrafię kłamać.

Poza tym liczę na to, że nie będzie dogłębnie szukał informacji o mnie. Po krótkim śledztwie odkryłby, że żadna Charlie Rourke nie pracowała w kabarecie w Vegas.

Ponieważ Charlie Rourke nie istnieje.

Cain opiera się o swoje biurko i krzyżuje ręce na piersiach, czym podkreśla muskularną budowę klatki i ramion.

– Masz jakieś preferencje?

Nie zmieniam wyrazu twarzy – jestem ekspertką w zachowywaniu pokerowej miny – kiedy staram się domyśleć, o co chodzi w tym pytaniu. Preferencje dotyczące czego? Biurka? Podłogi? Kanapy? Czy on za kilka sekund zacznie rozpinać rozporek?

Albo Cain błędnie interpretuje mój brak odpowiedzi, albo odtwarza w głowie własne pytanie i zdaje sobie sprawę, że mogło zabrzmieć dwuznacznie, ponieważ zaraz dodaje:

– Na scenie. Kiedy tańczysz.

Wzdycham cicho i napominam się w duchu.

– Jestem dobra w tańcu na rurze.

To nie jest kłamstwo. Właściwie to mój talent. Od kiedy skończyłam pięć lat, uprawiałam gimnastykę, więc mam zwinne i elastyczne ciało. Dwa lata temu potrzebowałam pretekstu, by raz w tygodniu odwiedzać studio taneczne w Queens, więc zapisałam się na zajęcia z tańca na rurze. Oczywiście pod fałszywym nazwiskiem. Okazało się, że mam do tego prawdziwy talent. Tylko jeszcze nie ćwiczyłam figur, podczas których zdejmuję ubrania.

– Dobrze – mówi powoli Cain i porusza szczęką na boki, jakby pogrążył się w myślach. Przez chwilę się waha, po czym pyta: – Całkiem się rozbierasz czy wolisz zostać topless?

– Topless. – Nie powinnam być aż tak chętna, by to robić. Słyszałam, co dziewczęta mają na pupach; równie dobrze można powiedzieć, że są całkowicie nagie.

Gdy to mówię, spojrzenie Caina automatycznie ląduje na moich piersiach i zdaje się tam pozostawać.

Zamiera w bezruchu.

Jakby czekał.

Oczywiście, że czeka. Chce wiedzieć, co dokładnie będę pokazywała na scenie.

Kurczy mi się żołądek. Potrafię to zrobić. To mniej upokarzające niż moja ostatnia rozmowa kwalifikacyjna. Starając się uspokoić oddech, nim serce wyskoczy mi z piersi, wsuwam kciuki pod ramiączka cytrynowożółtej sukienki i ją ściągam. Z głośnym wydechem opuszczam ręce, a wraz z nimi sukienkę. Celowo nie założyłam biustonosza. Pomyślałam, że gdy będę musiała się rozebrać, bez niego będzie szybciej i nieco mniej upokarzająco. Ostatnią rzeczą, której chciałam na rozmowie, było zmaganie się z haftkami stanika…

To by sprawiło, że stanie jedynie w białych stringach w biurze tego mężczyzny byłoby jeszcze bardziej niezręczne, niż jest teraz.

Cain otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk, podczas gdy jego oczy robią się wielkie jak spodki na jedną, dwie, trzy, cztery sekundy. Wtedy nagle się budzi i zaczyna się poruszać. Rozkłada ręce i podchodzi do mnie, po czym klęka przede mną i łapie za ramiączka sukienki, znajdujące się w tej chwili przy moich kostkach. Wciąga na mnie materiał, a jego palce pozostawiają gorący ślad na mojej skórze, gdy umieszcza ramiączka z powrotem na miejscu. Gdyby moje ciało nie było sztywne jak u trupa, zapewne jego dotyk przyprawiłby mnie o dreszcz.

Spoglądając na mnie oczyma, które wydają się mądre ponad swój wiek, mówi napiętym głosem, jakby wstrzymywał oddech:

– Nie musisz robić tego dla mnie. Właściwie proszę cię, byś tego więcej nie robiła. Nigdy.

Przełykam ślinę i kiwam głową, moje policzki płoną. Jego reakcja upokorzyła mnie bardziej, niż gdyby chciał mnie obmacać, jak tamta świnia. Obraca się na pięcie i podchodzi do biurka z grymasem malującym się na przystojnej twarzy. Nie wiem, czy zrobiłam coś niewłaściwego, ani czy dostanę tę pracę.

Potrzebuję jej.

Cain ponownie się odzywa:

– W grę wchodzi tylko taniec na scenie? A co z tańcem w pokojach VIP? – Widzę, że spod kurtyny ciemnych rzęs bacznie mnie obserwuje. – Nie zabieram dziewczynom pieniędzy, więc wszystko, co zarobisz na scenie, jest twoje.

Mimowolnie wzdycham. Kiedy dwa tygodnie temu wpadłam na ten pomysł, nie zdawałam sobie sprawy, jak działają takie kluby, chociaż niby wszystko można znaleźć w Internecie. Doszukałam się informacji, że wielu właścicieli pobiera od dziewczyn wysokie opłaty za „udostępnienie” sceny, więc w ich klubach można zarobić jedynie na kolanach, najczęściej w pokojach VIP. Plotka niesie, że choć to nielegalne, do tańca dodaje się tam coś „ekstra”.

Sam pomysł rozbierania się na scenie na oczach tłumu ludzi jest dla mnie gorzką pigułką do przełknięcia. Ale prywatny pokaz…

Zrobię to.

Muszę to zrobić, przypominam sobie.

Kiedy tamtego dnia uciekłam z Sin City, byłam pewna, że mój plan wziął w łeb. Jak mogłabym codziennie obsługiwać pokoje VIP, jeśli nie potrafiłam przejść nawet przez rozmowę kwalifikacyjną?!

Jednak Ginger twierdziła, że Penny jest inne, że Cain jest inny, że nikt w pokojach VIP nie ściąga majtek i nie trzeba robić „ekstra” rzeczy, i że to jeden z niewielu powodów, dla których można wylecieć z pracy.

Wszystko o Cainie brzmi zbyt dobrze, by mogło być prawdziwe.

Z niezachwianą determinacją unoszę głowę i mówię:

– To i to. – Przełykam upokorzenie formujące mi się w gulę w gardle i wyjaśniam: – Mogę pracować zarówno w pokojach VIP, jak i na scenie.

Cain wzdycha i przygląda mi się, jedną rękę opierając na biodrze, a drugą przeczesując swoje wystylizowane, lekko falujące, ciemne włosy. Dostrzegam w jego spojrzeniu brak zrozumienia, jednak wiem, że stara się mnie rozszyfrować. Zastanawiam się, czy poprosi mnie o zaprezentowanie umiejętności. Moje spojrzenie ponownie dryfuje ku kanapie i ściska mi się żołądek. Mam wrażenie, że prywatny taniec dla tego faceta mógłby być o wiele trudniejszy niż dla oślizgłego typa z Sin City.

Ponieważ, gdybym przełamała wstyd i nerwy, mogłabym się dobrze bawić.

Jednak Cain nie prosi mnie o demonstrację. Zamiast tego pyta:

– Pracowałaś kiedykolwiek jako barmanka?

Kręcę głową i marszczę brwi.

– W tej chwili mam zbyt wiele dziewcząt chętnych do pracy w pokojach VIP, ale praca za barem mogłaby ci przynieść równie dobre napiwki. To też należy do zadań moich tancerek. – Ciągnie, mówiąc bardziej do siebie niż do mnie: – Może na początek spróbujemy tego.

Przyszłam tutaj, spodziewając się najgorszego – że wyląduję na kolanach tego faceta, ponieważ nie będę miała innego wyjścia. Jednak w tej chwili ogarnia mnie fala ulgi.

– Dlaczego pracujesz w tym zawodzie? – pyta nagle, ponownie patrząc mi w oczy.

Akurat tego pytania się spodziewałam. Wytrzymuję jego spojrzenie i wyjaśniam:

– Ponieważ jestem w tym dobra, mam przyzwoite ciało i nie chce mi się serwować frytek za minimalną stawkę, zanim zdecyduję, czym chcę się zajmować przez resztę życia. – Wykładam to tak, jak ćwiczyłam: spokojnie, wyraźnie, przekonująco. To dobra odpowiedź. Taka, która rozwiewa wątpliwości. Jednak daleka jest od prawdy. Dokładnie wiem, co chcę robić w życiu.

Chcę zakończyć to, które mam, i rozpocząć nowe.

Cain wolno kiwa głową, usta ma zaciśnięte. Nie jestem pewna, czy to oznacza, że dostałam tę pracę, czy nie, więc gryzę się w język i czekam na werdykt. Nadal stoję nieruchomo, gdy dzwoni jego telefon. Obserwuję, jak odbiera i odpowiada szorstko:

– Tak. – Słucha, pocierając niewielki tatuaż, który ma za uchem. Sekundę później mówi: – Nie! Już jadę. – Rozłącza się i sięga do szuflady po dokumenty. – Proszę, wypełnij je. Jutro przynieś ze sobą również kopię prawa jazdy. – Zniknęła łagodność, która barwiła jego głos. W tym momencie chodzi wyłącznie o interes. Cain przesuwa papiery po biurku silnymi męskimi dłońmi, które są jednak niewiarygodnie gładkie. – Jeśli spodobasz się klientom, dostaniesz tę pracę. – Ponownie patrząc mi w oczy, dodaje: – Sprawiedliwy układ?

– Oczywiście. Dziękuję – mówię ze skinieniem głowy i z, mam nadzieję, uprzejmym uśmiechem, gdy sięgam po dokumenty.

Cain wstaje i wychodzi zza biurka. Kuca w rogu pokoju. Słyszę szczęk metalu, który przypomina mi dźwięk drzwiczek sejfu ojczyma. Zaskakuje mnie, kiedy mężczyzna ponownie się prostuje, do paska mocując kaburę, a w niej umieszczając pistolet. Nie pierwszy raz widzę broń. Sama ją posiadam. Korzystałam z niej. Jednak ten widok Caina z nią jest raczej niespodziewany. Po co mu ona?

Zarzuca na ramiona lekką kurtkę, by zakryć pistolet – ugotuje się w letnim słońcu, jednak prawo Florydy nakazuje ukrywać broń, a rozumiem, że jest on praworządnym obywatelem – po czym podchodzi do mnie i, opierając dłoń na moich plecach, prowadzi do wyjścia. To nie niegrzeczne, ale dalekie od uprzejmości. Gdy znajdujemy się w korytarzu, Cain zamyka drzwi biura i udaje się do tylnego wyjścia, nie oglądając się za siebie.

Zostaję sama. Stoję, wdycham delikatny zapach piwa i słyszę, że ktoś testuje głośniki. Te, z których popłynie muzyka, gdy jutro będę się tu rozbierała.

Biorę głęboki wdech, by uspokoić motyle podrywające się w moim brzuchu, i czuję nagłe parcie na pęcherz.

To nic wielkiego.

Mama potrafiła.

Ja też dam radę.

Po tym wszystkim, co zrobiłam i do czego się przyczyniłam, ściąganie bluzki przed bandą pijaków to nic wielkiego. Zasługuję na trochę cierpienia.

Spoglądam na dokumenty w dłoni. Powiedział, że chce kopię mojego prawa jazdy. W porządku. To tylko kawałek plastiku, na którym widnieje moje zdjęcie.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

CAIN

– Cześć, Cain. – Odsuwa jeden ze swych grubych, jasnych loków na nagie ramię, przyciągając moją uwagę do swojej szyi. Bardzo zalotny gest, ale nie sądzę, by Penny robiła to celowo. – Jak się dzisiaj miewasz?

Podchodzi i delikatnie opiera dłoń na mojej ręce, jak zwykła robić za każdym razem, gdy wita mnie przed rozpoczęciem pracy.

Przez moją skórę przebiega dreszcz jak zawsze, kiedy mnie dotyka.

– Dobrze, Penny. – Jestem od niej o wiele wyższy, więc kiedy staje bezpośrednio przede mną, musi odchylać głowę, by patrzeć mi w twarz. To sprawia, że mam dobry widok na wydatne usta, które wczoraj niemal pocałowałem.

Byłem tak blisko poddania się temu egoistycznemu pragnieniu.

Chciałbym, by między nami było inaczej, jednak to niemożliwe.

Ona zasługuje na kogoś lepszego.

Właśnie ta wiedza powstrzymała mnie wczoraj przed pocałowaniem jej, choć ona najwyraźniej liczyła na buziaka.

Zmuszam się, by brzmieć, jakby mi zależało, kiedy pytam:

– A co tam u Rogera? Mam nadzieję, że macie wakacyjne plany. – On zapewni jej dobre życie. Jest spokojnym hydraulikiem po trzydziestce, który dla niej przychodzi do klubu i bardzo chce, żeby zrezygnowała z tej pracy. Czeka ich przyjemne wspólne życie. Z dala od tego świata.

Ja nie potrafię jej tego zapewnić. Ja tutaj należę.

Dostrzegam minimalną zmarszczkę, która przez sekundę maluje się na jej czole. Penny zakłada kosmyk włosów za ucho i cofa się, przełykając ślinę, nim mówi:

– Och… dobrze. U niego dobrze. Wybieramy się do jego matki, chce, żebyśmy się poznały. – Kiwa głową dla potwierdzenia swoich słów, po czym ponownie zakłada za ucho to samo pasmo włosów. – Powinnam iść i się przygotować.

Tonąc w rozczarowaniu, obserwuję, jak odchodzi.

* * *

Wiem, że ona nie jest Penny.

A mimo to, gdy zmierzam swoim czarnym lincolnem navigatorem – z klimatyzacją ustawioną na maksimum – do mieszkania Cherry, by zapobiec nadciągającej katastrofie, imię „Penny” nieustannie kołacze się w mojej głowie. Te jasne loki, te pełne czerwone usta i te duże oczy podkreślone czarną kredką sprawiającą, że się zastanawiam, jak wygląda bez makijażu. „Przyzwoite ciało”, noż w dupę! Ludzie płacą grubą kasę, by mieć tak cudowną figurę klepsydry. A jej cycki są cholernie idealne. Chirurdzy plastyczni powinni się na nich wzorować. Nawet nie potrzebuje biustonosza. I oczywiście nie miała go dzisiaj na sobie, gdy zdjęła sukienkę. Podobnie jak Penny, gdy przyszła do mojego poprzedniego klubu pytać o pracę.

Nie pieprzę się z personelem. Nigdy. Jestem po to, by im pomóc stanąć na nogi i odejść z seksbiznesu, a nie po to, by ciągnąć je w dół przez traktowanie jak dziwki. Od tamtego dnia niemal dziewięć lat temu, kiedy wpłaciłem zaliczkę na The Bank – klub, którego byłem właścicielem, nim otworzyłem Pałac Penny – trzymałem się tego ze stoicką determinacją. Oczywiście, młody mężczyzna otoczony rzucającymi się na niego striptizerkami musiał mieć naprawdę silną wolę.

Przez pierwsze miesiące brałem sporo zimnych pryszniców.

W końcu pomyślałem, że będzie dobrze. Wtedy poznałem Penny, a jej nie dało się ignorować.

W ciągu kilku sekund człowiek się w niej zakochiwał.

I gdybym tylko, zgodnie z własną zasadą, trzymał się z dala od niej, nie skończyłaby z roztrzaskaną czaszką kilka metrów od mojego biura.

Jeśli śmierć Penny miała jakiś skutek, to było nim to, że przez nią jeszcze bardziej skupiłem się na osiągnięciu mojego celu w tym biznesie. Z pewnością nie była nim miłość.

No i proszę, myślałem, że przeżyłem tę tragedię i ruszyłem naprzód.

Aż do dzisiaj, kiedy dziewczyna wyglądająca jak Penny weszła do mojego biura i rozwaliła na kawałki resztki mojego uporządkowanego świata.

I jak zareagowałem? Gapiłem się na nią jak jakiś pieprzony zbok. Oceniałem jej ciało, niechętnie podałem dłoń i sprawiłem, że czuła się przy mnie niekomfortowo.

Wtedy zdjęła sukienkę i rozpaliła we mnie iskrę – dziwną mieszaninę ciekawości, nadziei i pożądania – dużo silniejszą, niż powinno wywoływać oglądanie nagiego ciała. Taką iskrę do tej pory poczułem tylko raz. Kiedy do mojego biura weszła Penny.

W tej samej sekundzie stwardniał mi na kamień.

Jednak Ginger miała rację. Charlie jest inna. W dużej mierze nie do rozgryzienia. Nie jest zimna, ale świetnie potrafi kontrolować emocje lub w ogóle ich nie okazywać. Poza tym rumieńcem, gdy podciągnąłem jej sukienkę, wydawała się niewzruszona przez całą rozmowę. A to nie jest normalne. W ciągu tych lat przeprowadziłem wiele rozmów kwalifikacyjnych i nigdy nie widziałem tak spokojnej kobiety starającej się o pracę w moim lokalu. Wszystkie były zdenerwowane. Zazwyczaj starały się flirtować. Czasem, gdy się odwróciłem, znajdowałem je rozciągnięte na moim biurku.

Jednak ta kobieta była inna…

Nigdy nie pracowała w pokojach VIP. Zauważyłem, jak przełknęła ślinę, nim powiedziała, że może pracować i na scenie, i tam. Albo… pracowała tam wcześniej i stało się coś złego. Będę trzymał ją z dala od prywatnych tańców, aż się dowiem, o co chodzi.

Z pewnością pokażę jej dokumenty mojemu zaprzyjaźnionemu prywatnemu detektywowi. Takiemu, który bada przeszłość pracowników, a zatrudnianiem którego nie kłopocze się większość pracodawców. Wiem, że to nie jest normalne, ale sam nie jestem normalny i nie chcę, żeby jakieś nielegalne gówno zostało wpuszczone do mojego lokalu i zniszczyło wszystko, na co tak ciężko pracowałem.

A mówiąc o nielegalnych sprawach… Parkuję przed budynkiem na osiedlu, gdzie mieszka Cherry, zastanawiając się, jak długo zajmie mi ta akcja.

* * *

– Jesteś pewien, że nic ci nie jest? – rozlega się grzmiący głos Nate’a w moim zestawie głośnomówiącym w samochodzie.

– Tak – mamroczę. Mijane latarnie nie dają wystarczającego światła, bym mógł obejrzeć poobijane knykcie. Nie mogę uwierzyć, że uszkodziłem dłoń, ale widocznie minęło sporo czasu, odkąd ostatnio przestawiłem komuś pięścią szczękę. Minęły całe lata. Pomimo wielu bliskich spotkań w tym biznesie, rzadko musiałem kłaść rękę na nieudacznikach, jakich moje pracownice mają tendencję przyciągać do siebie. Zazwyczaj sam cień Nate’a sprawia, że biorą nogi za pas, wcześniej niż jest to konieczne.

Jednak były chłopak Cherry jest specyficzną gnidą – to małego kalibru diler koksu, lubiący bić ładne striptizerki. Chyba myślał, że ostrzeżenie: „nigdy więcej nie zbliżaj się do Cherry” z upływem roku straciło ważność. Konieczne było bardziej stanowcze usunięcie go z jej życia i myślę, że dzisiaj tego dokonaliśmy.

Czekając na mnie na zewnątrz, Nate widział synka Cherry bawiącego się u sąsiada, zatem wiedzieliśmy, że małemu nic nie grozi. Podeszliśmy pod okno i dostrzegliśmy ją leżącą bezsilnie na kanapie, podczas gdy ten palant wbijał się w nią od tyłu, widziany przez idących chodnikiem ludzi.

Potrzebowałem każdej uncji siły, by nie wykopać drzwi. Byłem wściekły. Siny ze złości o to, że wpuściła tego faceta.

Wkurzony, że pozwalała się tak wykorzystywać.

Wkurwiony, że ten kutas nadal oddycha.

Mimo że bardzo podobał mi się pomysł powalenia go na ziemię, znałem lepsze sposoby pozbycia się tego karalucha. Nate został na czatach, gdy biegiem wróciłem na parking. Otworzyłem zamek w samochodzie tego gościa – niektórych rzeczy nigdy się nie zapomina – i, kiedy znalazłem się w środku, podrzuciłem mu do schowka sporą paczkę koki. Mogę za wszelką cenę unikać styczności z narkotykami, ale wiem, gdzie uderzyć, jeśli już ich potrzebuję. Dzisiaj, w drodze do mieszkania Cherry, ich potrzebowałem. Zrobiłem to dla niej i jej synka.

Czekaliśmy, aż chłopak od niej wyjdzie. Tak jak przypuszczałem, był uzbrojony, ale nie zdążył nic zrobić, nim go rozbroiłem i rzuciłem na ścianę. Nawet nie musiałem wyciągać własnego pistoletu.

Nie chciałem go bić. Ale wtedy ten głupi kutas wyzwał mnie od alfonsów. Nie powinienem przejmować się tym, co gada taki degenerat, ale i tak mnie to ubodło – ponieważ wiem, jak jestem postrzegany przez ludzi, którzy mnie nie znają. Udało mi się wyprowadzić kilka dobrych ciosów, zanim Nate mnie odciągnął. Zostawiliśmy tego padalca czołgającego się chodnikiem w kierunku samochodu. Nawet oddałem mu broń – oczywiście bez naboi i powycieraną z moich odcisków palców – a potem jechaliśmy za nim, aż zatrzymały go gliny, które powiadomiłem, twierdząc, że widzę pijanego kierowcę.

Był notowany, więc wiedziałem, że przeszukają mu samochód i znajdą broń oraz narkotyki.

Równie dobrze mógłby być martwy przez kolejnych dwadzieścia pięć lat.

Wiem, że to było podłe z mojej strony. I wiem, że gdybym musiał, powtórzyłbym to bez mrugnięcia okiem. Mimo to ponowne odwiedziny w tym świecie sprawiły, że oblał mnie zimny pot.

– Nic mi nie będzie. Jesteś pewien, że możesz otworzyć dzisiaj lokal i samodzielnie go popilnować? – pytam Nate’a, gdy skręcam w ulicę, na której mam mieszkanie.

– Bułka z masłem. Szympans mógłby pilnować tej budy. Właściwie tak właśnie jest. – Jego żart sprawia, że się uśmiecham. – Zrób sobie wolne. Potrzebujesz urlopu.

To zabawne, że Nate – który spędza w Penny prawie tyle samo czasu co ja – mówi mi, że potrzebuję urlopu. Ale przecież to nie on stracił nad sobą panowanie.

– Dobra, jak chcesz. Sprawdzisz później, co u Cherry?

– Już się tym zająłem po drodze. Musiałem kupić jedzenie, bo mi poprzednie wystygło. Ma się dobrze, nic nie brała. Wygląda na to, że facet wpadł tylko na bzykanko.

Przewracam oczami, ale wzdycham z ulgą. Ulgą, że nie wróciła do dragów; ulgą, że ten jej chłoptaś skończy za kratkami i przez długi czas nie będzie uprawiał „bzykanka” z takimi dziewczynami jak Cherry.

– Do jutra, Nate – mówię, a po dłuższej chwili dodaję: – Dzięki za pomoc.

– Spoko, szefie. Staraj się trzymać z dala od kłopotów.

W chwili, w której się rozłączam, wciskam guzik szybkiego wybierania.

* * *

– Niezwykle gorąco, nawet jak na lipiec – mówi Vicki, gdy jej dziesięciocentymetrowe obcasy stukają na marmurze. Śledzę wzrokiem jej kołyszące się biodra, gdy przechodzi przez hol i wchodzi do przestronnej kuchni. Jest trzydziestoletnią maklerką o platynowoblond włosach, która myśli, że ja jestem dwudziestodziewięcioletnim bankierem. Ponieważ tak jej powiedziałem. Kobiety jej kalibru pożądają mężczyzn akceptowalnych społecznie.

Nikt oficjalnie nie akceptuje w społeczeństwie właścicieli klubów ze striptizem.

A jako bankier wyraźnie odnoszę sukcesy – sądząc po moim dwupiętrowym narożnym apartamencie, z widokiem na nabrzeże Miami, w jednym z najdroższych budynków w zatoce. Właściwie naprawdę mam to wszystko dzięki genialnemu bankierowi.

Prócz tego kłamstwa i adresu Vicki nic o mnie nie wie.

Cóż, może tylko zna moje ulubione pozycje.

Nie ma wątpliwości, czego od niej chcę, gdy moje imię wyświetla się na jej telefonie. Żadne z nas nie czuje się winne. Przynajmniej nie ja. Vicki jest inteligentną, odnoszącą sukcesy bizneswoman, która wie, czego chce i to dostaje.

Zapewne męskie ego pożera na śniadanie. Już pierwszego dnia dała mi jasno do zrozumienia, że nie ma czasu na chłopaka czy męża; skupia się na tym, by być pierwszą kobietą na stołku zastępcy prezesa w swojej firmie. Dla mnie to w porządku, bo mi też nie zależy na związku. Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, jak stworzyć związek.

Ale wiem, jak się pieprzyć.

I z Vicki właśnie tym się zajmujemy.

– Ano. – Palcami przeczesuję wilgotne włosy – dopiero wyszedłem spod prysznica – a zielone spojrzenie Vicki skupia się na mojej nagiej klatce piersiowej. Nie kłopotałem się zakładaniem koszuli. Ta kobieta lubi bezczelnie się gapić na moje ciało i na różne tatuaże, które zdobią moją skórę. Wykonałem je wiele lat temu, w samym środku mojego poprzedniego życia. Cieszę się, że zdecydowałem się wtedy na tribale, a nie na czaszki i wściekłe zwierzęta.

– Jak ci minął dzień? – pyta ze skromnym uśmiechem. Oboje wiemy, że tak naprawdę jej to nie interesuje. Jej uwaga przez chwilę skupia się na mojej uszkodzonej ręce, którą teraz owinąłem torebką mrożonego groszku.

Podaję jej kieliszek chianti.

– Bywało lepiej. – Nie za bardzo lubię gadać. Chyba jej się to we mnie podoba. Kiedyś rzuciła komentarz o chęci zakneblowania męskich współpracowników, ponieważ każdy uwielbia dźwięk własnego głosu.

Ale Vicki nie pyta, co się stało. Cmoka tylko i mówi:

– No cóż… Może się odprężysz i pozwolisz, że się tobą zajmę? – Wychodzi z kuchni.

Biorę szklaneczkę z koniakiem i idę za nią do mojego kremowo-grafitowego salonu z widokiem na zatokę.