Cztery pory roku - Sandor Marai - ebook
Opis

Cztery pory roku(1938) to trzeci po Księdze ziół (1943, wyd. pol. 2003) oraz Niebie i ziemi (1942, wyd. pol. 2011) zbiór miniatur Sándora Máraiego w tłumaczeniu Feliksa Netza. Tomik podzielony jest na dwanaście części odpowiadających kolejnym miesiącom, a w każdej z nich Márai w swoich „epigramach prozą” spisuje nastroje i spostrzeżenia towarzyszące przemianom pogody i rytmom natury; notuje znaki, które, jak pisze, zaczęły „przemawiać do mnie równocześnie z bezpośredniej obserwacji i ze snu, z doświadczenia i myśli, z wierszy i krajobrazów, z muzyki i rzeczy, ten cudowny promieniujący zimny blask, to subtelne i bezlitosne odczucie”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 234

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sándor Márai

Cztery pory roku

Przekład Feliks Netz

Czytelnik

Warszawa 2015

STYCZEŃ

Umilkły dzwony, żegnający stary rok podeszli do okien, zapatrzyli się w ośnieżoną noc, myśleli o czasie przeszłym, o zmarłych, o życiu.

A czegoż to ja chcę jeszcze od życia? – myślałem, trzymając kieliszek szampana w ręce. – Żyć bez końca, niczym komórka, której jedynym sensem i jedyną ambicją jest nieograniczone istnienie? Nie chcę już żyć nieskończenie długo. Skosztowałem wszystkiego, znam smak śmierci i radości. Teraz chcę poznać sens życia. Co jest sensem życia? Lata przyniosły jeszcze i tę tajemnicę: obudziłem się w pewien poranek i napełniło się nią moje życie. Od tej pory wszystko jest prostsze, ciekawsze i jeszcze bardziej pozbawione nadziei. Sensem życia jest prawda. Za wszelką zadumą i zwątpieniem, za poszukiwaniem i zadowoleniem, za pomyłkami i złudzeniami, za zjawiskami i upadkami istnieje jakiś wspólny sens, który promieniuje i przenika wszystko na wskroś. Ta prawda nie jest dogmatyczna. Życie upływało i na tym, że czegoś się spodziewałem lub za czymś tęskniłem. Jestem tylko człowiekiem. Oczekiwano ode mnie tak wiele: miłości i nienawiści, humanitaryzmu i okrucieństwa, a każdy domagał się całości. Życie jednak nie chciało ode mnie niczego innego prócz prawdy. Po to się urodziłem. Trudno ją rozpoznać, jeszcze trudniej ją znosić. Ale chyba też nie można żyć inaczej niż pod znakiem prawdy. Owszem, to jest tak, jakby ktoś stale poruszał się między ludźmi z dynamitem. Nie można „ćwiczyć się” w prawdzie, ponieważ człowiek tego nie wytrzyma. Ale należy o niej wiedzieć, w milczeniu, jak o Bogu: i to jest sensem życia. Wszystko, co życie oferuje, oglądać przez to dziwne i bezlitosne szkło powiększające, jakim Bóg nas obdarzył i które pospolicie zwie się rozumem. Już nie wierzę w nic innego, niczego innego nie pragnę, jak tylko prawdy rozumu. Każdy chciał mnie upokorzyć, przywłaszczyć sobie, zarówno jednostki, jak masa, praca i kobiety, śmierć i radość. Lecz jest pewien rodzaj wolności, ponad wszystkim, której nikt nie może mnie pozbawić. Dojrzałem do czegoś. Do życia? Czy też do śmierci? Dojrzałem do prawdy, do tego, aby – uzbrojony w prawdę rozumu – przetrwać oblężenie świata i śmierci. Jakież to wszystko jest teraz ciekawe i proste! Dawniej wszystko, zasnute mgłą tęsknoty, marzenia i płochej nadziei, było podejrzanie powabne i pociągające, a też odrobinę groźne i niebezpieczne. Czas nauczył mnie, że śmierć jest jednym z dumnych darów życia, ale także objaśnieniem i odpowiedzią. Rozum nauczył mnie, że wszelkie zadowolenie jest haraczem spłacanym śmierci. Na spodzie radości tkwi jakiś subtelny lęk przed śmiercią. Ale prawda, jaka zaczęła przemawiać do mnie równocześnie z bezpośredniej obserwacji i ze snu, z doświadczenia i myśli, z wierszy i krajobrazów, z muzyki i rzeczy, ten cudowny promieniujący zimny blask, to subtelne i bezlitosne odczucie, podniosła życie do rangi zimnego, pogańskiego święta. Weź mnie w swoje ramiona, Czasie, przepraw się ze mną na drugi brzeg nieskończoności. Już nie boję się twojego uścisku. Przyjmuję cię z szeroko otwartymi oczami, nie z radością, ale i nie z rozpaczą.

Żyć z tajemnicą

Żyć z tajemnicą, jak w dawnych czasach żyli ludzie, którzy opowiedzieli, napisali i wyznali wszystko, prócz tego jednego, co płonęło w ich sercach; żyć jak dawni poeci lub oficerowie gwardii, którzy stawali do pojedynku wskutek jakiegoś nieporozumienia, ale i na torturach nie zdradziliby tego jednego jedynego nazwiska – jest tak wiele rodzajów tortur! – żyć z pieczęcią na sercu i ustach, patrzeć w ogień. Mówić o wszystkim, lecz o tym jednym milczeć, aż do śmierci. Tak milczeć, jak Puszkin. Napisać o tym powieść albo wiersz? Tak. Pójść do psychoanalityka? Nie.

Naprzeciw losowi

Och, głupcy, którzy nie wierzą w przeznaczenie! Nie wiedzą, że daremne są wszelkie intrygi, zamiary i starania, słoneczny krajobraz życia o zmierzchu wypełnia się cieniami; co jeszcze wczoraj w regularnej formie skupiało się pod twoją ręką, dzisiaj się rozpada niczym odłamki; co wczoraj było żywym ogniwem i gorącym uczuciem, dzisiaj jest lepką papką i ciężarem, co wczoraj było pełne rozmachu, o poranku jest kuśtykającym maruderem! Stale trzeba pamiętać o człowieczym losie jako o przeciwwadze rytmu życia! Ta straszna i przyprawiająca o zawrót głowy chwila, kiedy bez „przyczyny” i nie wskutek „błędu” wywraca się równowaga życia i wokół ciebie nie pozostaje nic poza dymiącą stertą gruzu, a ponad twoją głową szare niebo i milczący bogowie! Ku czemu więc tak śpieszysz, pyszny i zarozumiały głupcze? Pochyl się głęboko i cicho odpowiedz: „Naprzeciw losowi, naprzeciw losowi”.

Doping

Mam wybrać się z tobą, o wpół do siódmej, żeby obejrzeć Trzy świnki? Dobrze, pójdę. Jak widzisz, jestem już całkowicie posłuszny.

Tylko nie sądź, że to posłuszeństwo odnosi się do ciebie. Żal mi ciebie, kiedy okazuję ci posłuszeństwo. Żal mi ciebie, ponieważ ty również, podobnie jak cały świat, jak cyprysy i Wezuwiusz, jak odurzenie i aspiryna, jak umierający i deszcz, w ogóle wszystko, to dla mnie tylko doping, sztuczny środek, za pomocą którego szykuję się do moich wiecznych zmagań.

Souvenir

O północy, przemarznięty, wróciłem do domu i poprosiłem o gorącą kąpiel. Gdy parująca woda spływała do wanny, pomyślałem, że za oswojoną naturą wciąż jeszcze szczerzy zęby ta druga, prawdziwa, o której już prawie nie pamiętamy – o tej mroźnej, nocnej godzinie wieloryby i morsy pływają pod trzaskającymi krami Morza Północnego, polarne niedźwiedzie polują w świetle księżyca na polach pokrytych śniegiem, a wszystko to jest niezależne od czasu, nie ma kalendarza, nie ma Bożego Narodzenia, nie ma też przyczyny ani nadziei na jakąś, kiedyś tam, zmianę. Gdzieś jest jeszcze nieskończoność, z prawdziwym zimnem i prawdziwym żarem, z przynależnymi do niej ludźmi. Naraz poczułem tęsknotę za ojczyzną.

Nicea

Do Nicei należy jeździć zimą, kiedy człowiek jest już dziadkiem i kimś o ustalonej pozycji. Powinien przesiadywać na Angielskiej Promenadzie, rozmyślać o liberalizmie i wypisywać widokówki do rycerskich wspólników w interesach. Nicea jest najpiękniejszą zimową dekoracją mieszczańskiej prosperity. Morze jest tutaj zupełnie spokojne; takie, jak na widokówkach z Nicei. W pokojach do gry w karty grają w wista. Stare kobiety z parasolami słonecznymi z fioletowego jedwabiu, z większościowym pakietem akcji którejś ze stoczni w Southampton budującej statki wojenne, powoli snują się pod ośnieżonymi palmami.

Awanturnicy, w przerwie pomiędzy jednym a drugim coup1, prosto z Monte Carlo przybywają tutaj na odpoczynek. Nicea jest cnotliwa i stara. Przyjeżdżają tu królowie i królowe, którzy już nie mają ochoty na kolejne podboje, bazylejscy patrycjusze, którzy nawet przed południem spacerują po deptaku w czarnym surducie, jakby byli na jakimś walnym zgromadzeniu, zmęczeni krupierzy i kobiety między czterdziestką i pięćdziesiątką, zniesmaczone pierwszymi odznakami więdnięcia. Nicea pozostała findesieclowa. Nie jest modna, ma pieniądze, tu nawet dorożkarze są dandysami. Trzeba jeździć do Nicei; ja też tam pojadę, zanim zostanę dziadkiem i kimś o ustalonej pozycji.

Bilans

Zamykam oczy i szybko sporządzam bilans minionego roku.

Urodzaj był średni. Mam na myśli moje własne żniwa. Powieść zalały ulewne deszcze, przeciętna artykułów dla gazet – średnia. Moją sztukę znowu wytłukł grad. Już niemal odzwyczaiłem się od palenia, gdy zrozumiałem, że nie warto się odzwyczajać, skoro w przyszłym roku – być może – wybuchnie wojna, a wtedy wszelkie akty odwagi i poświęcenia byłyby daremne. Stan mojego ciała nie uległ istotnej zmianie: co rano łapię się na tym, że żyję. Co mnie – wciąż jeszcze – cieszy. Nie dowiedziałem się niczego nowego o śmierci. Tylko to, że jest; w tej kwestii z roku na rok nabieram coraz większej pewności. O miłości dowiedziałem się, że istnieje pewien jej rodzaj, właściwie odcień w sam raz dla mnie, coś, czego dotychczas nie znałem, co jest ciekawsze od przygody, bardziej emocjonujące niż uprowadzenie z seraju. To coś to czułość. Bardzo interesujące. Już nie chcę przyjmować ni dawać siedemdziesięcioprocentowej miłości; zadowalam się czułością.

W zeszłym roku przeczytałem książkę o stworzeniach żyjących w morskich głębinach: dowiedziałem się z tej książki czegoś nowego o świecie. Przeczytałem także kilka powieści, ale nie dowiedziałem się z tych powieści niczego nowego o świecie. Profesja trochę człowieka ogłupia. Czasami widzi tylko zdania i przydawki, zamiast uczuć i prawd. Trzeba by nauczyć się jąkać. Czasem jąkanie znaczy więcej niż płynna wymowa. Pisarz, który umie jedynie pisać dobre zdania, jest odrobinę amoralny.

Kobiety nosiły wysokie kapelusze, w Hiszpanii szalała wojna domowa. Przyjaciel, który żył na tym świecie w jednym jedynym egzemplarzu, zmarł. W minionym roku nie zdobyłem majątku i nie zaciągnąłem długu; może tylko zarobiłem trochę mniej, niżby należało, aby życie było nieco barwniejsze i przyjemniejsze.

Nie był to rok historyczny. Był to rok mieszczański, bez szczególnych radości i dramatów. Żegnam go bez wstrząsu i mam takie przeczucie, że jeszcze będę go opłakiwał.

Jod

Teraz mieszkam na szczycie góry i wokół mnie wszędzie świętują zimę niczym jakieś historyczne wydarzenie. Budzę się o piątej rano i widzę czarną mgłę. Światła miasta już bledną, jakby tam na dole wyczerpały się wszelkie zamiary i siły.

Spostrzegam, że to drobne zadraśnięcie, to skaleczenie, z powodu którego przybyłem na szczyt tej góry, jest nieco – o jakiś milimetr – głębsze, niż mi się zdawało. Zabliźni się. Owijam je mgłą jak delikatną gazą. A liście są koloru jodu.

Strata

Niekiedy przystaję na ulicy, sprawdzam zawartość kieszeni, czuję się tak, jakbym coś utracił. W domu otwieram szuflady, czytam listy, przeszukuję kieszenie dawno nienoszonych ubrań. Kiedy indziej przyłapuję się na tym, że wydzwaniam do ludzi pod byle pretekstem, wypytuję ich, mówię o czymś innym. Coś utraciłem.

Budzę się w nocy około trzeciej i nagle wiem: utraciłem sen! Nie sen, który śniłem tej nocy, uboczny produkt spania, ten bezładny, słodki nonsens, który z resztek dnia i oparów moich pogrzebanych pragnień gęstnieje w niewyklarowane zjawisko, lecz to uczucie rodem ze snu, że za rzeczywistością kryje się sens, którego nie sposób wyrazić słowami. Czym był ten sen? Dlaczego tak boli, że już go nie ma? Dlaczego go szukam? Czy był młodością? Nie wiem.

Wiem tylko, że mnie ograbiono.

Eger

Do Egeru przyjechałem o zmierzchu i raptem ujrzałem miasto; nie takie miasto, jakim jest Budapeszt lub Berlin, lecz prawdziwsze; takie miasto jak Chartres, Kieżmark albo Norymberga. Kiedy przechodziłem koło bazyliki, już świeciły się lampy; boczne uliczki napełniały się niebieskimi i brązowymi cieniami. Gdziekolwiek spojrzeć, przechadzali się księża, bez wyraźnego celu. W sklepach o łukowych sklepieniach, których fasady pomalowano żółtą olejną farbą, siedzieli sprzedawca rękawiczek i aptekarz, w owej szczególnej skrytości, w jakiej tylko w prawdziwych miastach potrafią siedzieć kupcy, którzy są ostrożnymi zwolennikami wolności i zimą urządzają wieczory literackie w kasynie. Bezustannie biły dzwony. Przed domem sufragana, przed wieczną lampką oliwną, stała młoda kobieta, splotła dłonie, modliła się; w Egerze ludzie modlą się z naturalną swobodą, także w miejscach publicznych.

Wieczorem poszedłem do kina. Bileter miał turecki krój oczu.

Na ty

Te pełne entuzjazmu chwile, kiedy człowiek w przypływie nagłej czułości ni stąd, ni zowąd zwraca się do świata per ty i zakłopotany dostrzega, że świat, w cylindrze na głowie, spogląda nań przez ramię i szybko mrugając, mówi przez nos: „Pardon? Ach, to pan? Bardzo się cieszę”.

Kontrreformacja

Mieszczański pisarz żyje dzisiaj w dobie kontrreformacji. Przesłuchują cię inkwizytorzy, którzy pragną uzyskać od ciebie udokumentowane zeznanie, czym jest to coś tak delikatne i niemożliwe do sformułowania, czego ani na ławie tortur, ani na szafocie nie sposób ściśle zdefiniować. Chcą wiedzieć, jaką wyznajesz wiarę. Ba, kiedy nie wolno przyznać się do wiary! Można w nią tylko wierzyć! I właśnie dlatego: na stos z nim!

Powitanie

„Kto powie, co nam daje niebo?…” – pyta Vörösmarty2 w takiej chwili jak ta. Nikt nam tego nie powie. W głuchej ciszy idziemy na spotkanie z własnym losem. Witam cię, tajemniczy Czasie! Czy mam ci wyznać, czego oczekuję? Oczekuję, iż Duch Święty nawiedzi ludzi, wszyscy ulegną skrusze i się pojednają. Mam nadzieję, że będzie to rok pokoju. Że będzie to rok rozkwitu gospodarczego. Broń połamiemy i zakopiemy. Zakłady Vickers produkujące bombowce będą w przyszłym roku wyrabiać wyłącznie patelnie do naleśników i nietłukące się, z aluminium, koniki na huśtawki. Bo też nie można inaczej… Ludzkość pójdzie po rozum do głowy, okręty wojenne przystosuje do celów turystycznych i będzie to rok, w którym Stalin wreszcie odkryje kapitalizm. Życie znów, jak w czasach przedhistorycznych, będzie upływać w pokoju; czarny pasza w karecie ciągniętej przez czarne konie odbędzie przejażdżkę po bulwarze św. Stefana, ludzie popatrzą w niebo i przycisną rękę do serca, zanim wyznają miłość, i każdy wybuduje sobie dom rodzinny, na kredyt. To będzie taki rok, w którym nareszcie, nareszcie będę mógł pojechać do Chin.

Tak rysują się moje nadzieje. Pewne znaki wskazują jednak, że rzeczywistość będzie inna. I znowu zamiast do Chin pojadę do Egeru. Znowu co rano będę się budził z uczuciem, że czekam na cud, na zbawienie i na moment, kiedy na krótką chwilę ujrzę czarowne, oślepiające barwy mojej młodości. I co dnia wierzę, że to jest tylko przeprawa, że to jeszcze nie jest prawdziwe życie; że to zaledwie przygotowanie i ćwiczenie. Ale w skrytości ducha znam prawdę, jak rozrzutnik, który z pańską wyniosłością, z hardą miną i trwogą w sercu rzuca na stół ostatnie dukaty, wiedząc, że naprawdę są ostatnie. Tak więc roztrwonię jeszcze ten jeden rok. Witam cię, Losie, przykuty do czasu! I już widzę, jak toczysz się w nieskończoność.

Martwa natura

Nagle, w moim pokoju, dostrzegam następujące przedmioty: miedzianą tacę z Jawy, murzyński tron z okolic Konga, stolik na kozich nóżkach, który wystrugał stolarz Cipser3, a który służył za stół klasztornemu refektarzowi w Szepesolaszi4, stary niemiecki kałamarz z cyny, francuski fotel z XVII wieku, weneckie wyroby ze skóry, angielski kieszonkowy scyzoryk, firany z południowych Włoch. Wszystko to, pędząc zagadkowymi szlakami, za którymi umysł nie nadąża, spotkało się tutaj, w moim pokoju, w jakimś nieuchwytnym powiązaniu, w ładzie i nieładzie równocześnie, wszystko porozrzucane, a jednak na swoim miejscu, niezrozumiale i logicznie. Świat przypomina martwą naturę; mały i napchany po brzegi szczegółami tworzy całość.

Czechow

Niemal wszyscy bohaterowie Czechowa noszą surduty, binokle i brody, stoją twarzą w twarz ze światem, który zna już kolej żelazną i szczepionkę przeciw dyfterytowi, brzydzi się absolutyzmem i gorąco tęskni za konstytucjonalizmem, lecz najchętniej, w tajemnicy, jeździ saniami jak postaci z Gogola i mruknięciem pozdrawia kobiety, rumieniąc się pod zarostem. Ci wszyscy bohaterowie są już po pięćdziesiątce. Mieszczańscy bohaterowie. Ich uczuciowość jest jak śmiertelna choroba, czysta i nieuleczalna. Niezapomniana „dama z pieskiem” i jej przyjaciel, w prowincjonalnym kąpielisku na Krymie, po scenie wzajemnego uwodzenia wybuchają płaczem, następnie jedzą arbuza. W tych nowelach co rusz zaczyna padać deszcz, mokną mięsiste liście platanów. Bohaterowie Wiśniowego sadu, w dramatycznym momencie swojego życia, spostrzegają, że jedna z drugoplanowych postaci ma iście koński łeb; zapominając o wszystkim, zaczynają się śmiać.

Wszystko to jest familiarne, w tragicznym znaczeniu tego słowa. Czechow jest niepokojąco rodzinnym pisarzem. Takim, jak wujaszek Wania, który przybywa po kolacji, w surducie, mamrocząc, pali krótkie cygaro, gra w taroka, opowiada kawały, ale nie zaszkodzi mieć go cały czas na oku, w niespodziewanym momencie może bowiem powiesić się na klamce u drzwi od salonu.

Westchnienie w trakcie pisania powieści

Nie wystarczy opowiedzieć „istotę rzeczy”, nie wystarczy też opowiadać pięknie, artystycznie. Gdy ktoś buduje, nie może zbudować tylko wieży i wyłożonej kolorowymi kafelkami łazienki. Trzeba jeszcze postawić ściany działowe, nie zapominając o piwnicy, ubikacji, korytarzach. Powieść jest pełna takich niezbędnych banałów. Dość opuścić jeden z nich, a budowla się zawali lub okaże całkowicie daremna.

Przejście

Spotkali się w omnibusie, rozmawiali o lecie, o nowych sztukach teatralnych. Zanim dotarli na drugi koniec mostu, zorientowali się, że już wypowiadają słowa miłości.

Zmieszali się i umilkli. Popatrzyli na siebie, nie kryjąc zdziwienia. Przejście było niedostrzegalne, tak samo gładkie i bezszelestne jak zjawiska naturalne. Bo też wcale nie chcieli o tym mówić. Chcieli mówić o czymś zupełnie innym. Od lat nawet nie pomyśleli o sobie. Teraz popatrzyli na siebie; potem wyglądali przez okno i bardzo się dziwili.

Towarzystwo

Jak to oni zbiegają się w salonie, jadalni lub pokoju do gry w brydża, jak to się spotykają, jak to słuchają muzyki, surowo, „za własne pieniądze!” – jak łapczywie czytają gazety, wyniośle, bo „to przecież kłamstwo”, jak to szukają jedni drugich i trafiają na siebie, w zaczarowanym kręgu bezsilnego przyciągania, jak to posapują razem z innymi, także gdy są zupełnie sami w swoim pokoju – i jak podejrzliwie wietrzą w nas obcego.

Coup (franc.) – tutaj: runda gry w ruletkę. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od redakcji). [wróć]

Mihály Vörösmarty (1800–1855) – poeta, wybitny przedstawiciel węgierskiego romantyzmu, autor historycznych dramatów i patriotycznych liryków. [wróć]

Cipserzy – zmadziaryzowani osadnicy niemieccy zamieszkujący Górną Prowincję Węgier (obecnie Słowacja). Określenie pochodzi od niemieckiej nazwy Spiszu – Zips. Również Sándor Márai należał do tej narodowości. [wróć]

Szepesolaszi – węgierska nazwa Spiskich Włoch. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: A négy évszak

© Heirs of Sándor Márai Csaba Gaál (Toronto)

PRZEKŁAD WIERSZY Hymn i Porównania: Teresa Worowska

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Maria Drabecka

REDAKCJA: Bianka Dziadkiewicz

KOREKTA: Monika Ziółek

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Feliks Netz, Warszawa 2015 © Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2015

ISBN 978-83-07-03368-6


Życie upływało i  na tym, że czegoś się spodziewałem lub za czymś tęskniłem. Jestem tylko człowiekiem. Oczekiwano ode mnie tak wiele: miłości i  nienawiści, humanitaryzmu i  okrucieństwa, a  każdy domagał się całości. Życie jednak