Cztery po północy - Stephen King - ebook
Opis

Cztery minipowieści mistrza grozy - Langoliery, Tajemnicze okno, tajemniczy ogród, Policjant Biblioteczny, Polaroidowy pies - w których rzeczywistość przeplata się z surrealistycznym koszmarem, a czas zmienia kierunek.

Langoliery: W czasie rutynowego lotu z Los Angeles do Bostonu grupa pasażerów budzi się z drzemki i z przerażeniem odkrywa, że na pokładzie brakuje załogi i większości współtowarzyszy podróży. W jaki sposób zniknęli i dlaczego zostawili po sobie zegarki, walkmany i inne przedmioty?'

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



O książce

Jak wygląda świat, w którym czas zmienia kierunek,a o północy otwierają się drzwi do tego co najstraszniejsze?

W czasie nocnego lotu z Los Angeles do Bostonu grupa pasażerów budzi się i odkrywa, że zniknęła większość ich towarzyszy podróży oraz załoga, a samolotem steruje autopilot.

Życie znanego pisarza zmienia się w koszmar, gdy na progu jego domu zjawia się człowiek, który zarzuca mu popełnienie plagiatu.

Plakat w czytelni w amerykańskim miasteczku głosi: „Strzeż się bibliotecznej policji. Grzeczne dzieci oddają książki w terminie”. A co dzieje się z tymi niegrzecznymi?

Pewien chłopiec dostaje na swoje piętnaste urodziny nawiedzony aparat, który – niezależnie od tego, co się fotografuje – robi to samo zdjęcie: groźnego psa chcącego się uwolnić z obrazkowego świata.

CZTERY MINIPOWIEŚCI MISTRZA GROZY,W KTÓRYCH RZECZYWISTOŚĆ PRZEPLATA SIĘZ SURREALISTYCZNYM KOSZMAREM.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory — powieści, zbiory opowiadań i komiksy — opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa — odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. — powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: FOUR PAST MIDNIGHT

Copyright © Stephen King 1990All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Rafał Lisowski & Robert Waliś& Danuta Górska & Andrzej Szulc 2015

Książka ukazała się wcześniej pod tytułem „4 po północy”

Redakcja: Katarzyna Dziedzic

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-223-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Na pustyni

Ujrzałem stwora, bestię nagą.

Przykucnął,

Żarł serce

Trzymane na dłoni.

Spytałem: – Dobre, przyjacielu?

– Gorzkie ono, gorzkie – odpowiedział.

Ale mi smakuje,

Bo jest gorzkie

I to serce moje.

Stephen Crane(przeł. Andrzej Szuba)

Będę cię całował, mała, będę cię przytulał,

Zrobię to, co obiecałem,

W północną godzinę.

Wilson Pickett

RÓWNO PÓŁNOC:Wstęp

No proszę – jesteśmy w komplecie. Wszystkim udało się wrócić. Mam nadzieję, że cieszycie się z tego, że tu jesteście, co najmniej w połowie tak bardzo jak ja. To mi przypomina pewną historię, a ponieważ opowiadaniem historii zarabiam na życie (i dbam, żeby nie zwariować), podzielę się nią z wami.

Na początku roku – piszę te słowa pod koniec lipca 1989 roku – leżałem rozciągnięty na kanapie przed telewizorem i oglądałem mecz Boston Red Sox z Milwaukee Brewers. Do odbicia szykował się Robin Yount z Brewersów, a bostońscy komentatorzy zachwycali się tym, że ma dopiero trzydzieści kilka lat.

– Czasami się wydaje, że Robin pomagał Abnerowi Doubledayowi1 wytyczać linie boiska – powiedział Ned Martin, kiedy Yount stawał naprzeciw Rogera Clemensa.

– Właśnie – zgodził się Joe Castiglione. – Dołączył do Brewersów chyba tuż po szkole średniej. Gra w tej drużynie od siedemdziesiątego czwartego roku.

Usiadłem na kanapie tak gwałtownie, że prawie oblałem się pepsi-colą. Zaraz, zaraz, pomyślałem. Chwileczkę, do cholery! Przecież ja w siedemdziesiątym czwartym wydałem swoją pierwszą książkę! To wcale nie było tak dawno temu! Co to za pieprzenie o Abnerze Doubledayu?

I wtedy dotarło do mnie, że postrzeganie upływu czasu – temat stale powracający w historiach, które tu przeczytacie – jest kwestią nadzwyczaj indywidualną. Rzeczywiście, z mojej subiektywnej perspektywy publikacja Carrie wiosną 1974 roku (książka wyszła akurat dwa dni przed rozpoczęciem sezonu baseballowego, kiedy to nastoletni Robin Yount zagrał pierwszy mecz dla Milwaukee Brewers) wydaje się niezbyt odległa – ot, wystarczy się obejrzeć – ale istnieją też inne sposoby liczenia czasu, a niektóre z nich wskazują, że piętnaście lat to naprawdę bardzo dużo.

W 1974 roku prezydentem był Gerald Ford, a Iranem wciąż dyrygował szach. Żył jeszcze John Lennon, a także Elvis Presley. Donny Osmond śpiewał z braćmi i siostrami wysokim, piskliwym głosem. Wynaleziono już domowe magnetowidy, ale były trudno dostępne. Eksperci przewidywali, że kiedy zyskają popularność, opracowany przez Sony format Betamax prędko wdepcze w ziemię swego rywala, znanego jako VHS. Myśl, że wkrótce ludzie zaczną wypożyczać popularne filmy tak samo, jak kiedyś wypożyczali książki w bibliotekach, dopiero majaczyła na horyzoncie. Ceny benzyny osiągnęły niebotyczny pułap: czterdzieści osiem centów za galon zwykłej i pięćdziesiąt pięć za galon bezołowiowej2.

Na mojej głowie i brodzie wtedy jeszcze nie pojawiły się pierwsze siwe włosy. Moja córka, w tej chwili studentka drugiego roku, miała cztery lata. Najstarszy syn, który teraz jest wyższy ode mnie, gra na harmonijce i nosi bujne loki do ramion godne Sammy’ego Hagara, właśnie przestawiał się na pieluchomajtki. Z kolei najmłodszy, obecnie grający na pierwszej bazie i jako miotacz mistrzowskiej drużyny Małej Ligi baseballu, przyszedł na świat dopiero trzy lata później.

Czas ma taką dziwną plastyczną właściwość, a wszystko wcześniej czy później do nas wraca. Wsiadając do autobusu, oczekujesz, że zawiezie cię niezbyt daleko – może na drugi koniec miasta, nie dalej – aż tu nagle: jasna cholera! Lądujesz na drugim kontynencie. Czy ta metafora wydaje wam się odrobinę naiwna? Mnie też, ale najlepsze, że to w ogóle bez znaczenia. Zagadka czasu jest w swej istocie tak idealna, że nawet równie dziecinne spostrzeżenia jak powyższe zachowują pewien osobliwy, przejmujący wydźwięk.

Przez te lata nie zmieniło się jedno – główny chyba powód, dla którego czasem wydaje mi się (Robinowi Yountowi zapewne również), że czas w ogóle nie upływa. Wciąż robię to samo: piszę historie. I wciąż jest to nie tylko coś, co umiem, ale i coś, co kocham. Nie zrozumcie mnie źle – kocham żonę i dzieci, jednak nadal ogromną przyjemność sprawia mi odnajdywanie owych osobliwych bocznych dróg i podążanie nimi, aby odkryć, kto tam mieszka, co robi, komu to robi, a może nawet dlaczego. Nadal kocham tę dziwność oraz cudowne chwile, kiedy obrazy nagle stają się jasne, a wydarzenia układają w spójny wzór. Każda opowieść jest jak wąż. To zwinna bestia, więc czasem wymyka się z rąk, ale gdy już ją uchwycę, trzymam mocno… i jest to fantastyczne uczucie.

W 1990 roku, kiedy ukaże się niniejsza książka, w branży fantazjowania będę robił już od szesnastu lat. W połowie tego okresu, czyli już długo po tym, jak – wskutek procesu, którego do dziś w pełni nie pojmuję – zostałem naczelnym straszydłem Ameryki, wydałem książkę pod tytułem Cztery pory roku. Był to zbiór czterech niepublikowanych wcześniej krótkich powieści, w tym trzech niebędących opowieściami grozy. Wydawca przyjął go w dobrej wierze, ale chyba nie bez wątpliwości. Ja również je miałem. Jak się okazało, niepotrzebnie się martwiliśmy. Czasem autorowi zdarza się opublikować książkę, której pisany jest szczęśliwy los, i tak właśnie było z Czterema porami roku.

Na podstawie jednej z tych historii, Ciała, nakręcono film (Stań przy mnie) i całkiem nieźle sobie radził… To pierwszy prawdziwy sukces ekranizacji mojej twórczości od czasu Carrie (filmu, który wszedł na ekrany, kiedy Abner Doubleday i wiecie już kto wytyczali linie tamtego boiska). Rob Reiner, reżyser Stań przy mnie, jest jednym z najodważniejszych, najmądrzejszych filmowców, jakich kiedykolwiek spotkałem, i czuję się dumny, że mogłem z nim współpracować. Zabawne jest to, że firma, którą pan Reiner założył po sukcesie Stań przy mnie, nosi nazwę Castle Rock Productions… Dla wielu moich wiernych czytelników powinna ona brzmieć znajomo.

Cztery pory roku podobały się także większości krytyków. Prawie wszyscy potraktowali napalmem po jednej z minipowieści, ale ponieważ każdy chciał spalić inną, uznałem, że bezkarnie mogę ich zignorować… co też uczyniłem. Takie postępowanie nie zawsze jest możliwe; kiedy w większości recenzji Christine sugerowano, że to wyjątkowo okropna książka, z niechęcią doszedłem do wniosku, że pewnie rzeczywiście nie jest tak dobra, jak się spodziewałem (co nie powstrzymało mnie jednak przed pobieraniem tantiem). Znam pisarzy, którzy twierdzą, że nie czytają recenzji swojej twórczości lub że te krytyczne ich nie dotykają. Dwóm z nich nawet wierzę. Sam jednak jestem inny – zamartwiam się perspektywą złych recenzji, a gdy się zdarzą, bardzo je przeżywam. Nie przygnębiają mnie jednak na długo; zabijam wtedy kilkoro dzieci i parę starszych pań i znów jestem radosny jak skowronek.

Najważniejsze, że Cztery pory roku spodobały się czytelnikom. Nie przypominam sobie ani jednego listu z tamtego okresu, w którym ktoś beształby mnie za napisanie tekstu niebędącego opowieścią grozy. Wręcz przeciwnie, większość czytelników mówiła, że co najmniej jedna z tych historii rozbudziła ich emocje, skłoniła do przemyśleń, wywołała uczucia. Właśnie te listy są prawdziwą zapłatą za dni (a jest ich mnóstwo), kiedy słowa przychodzą z trudem, a natchnienie jest liche albo nie ma go wcale. Niech Bóg błogosławi i strzeże Wiernego Czytelnika; usta mogą mówić, ale żadna opowieść nie istnieje bez ucha, które chciałoby słuchać.

To było w 1982 roku. W tym samym, kiedy Milwaukee Brewers, prowadzeni przez – jasne, zgadliście – Robina Younta, zdobyli jedyny w swej historii tytuł mistrzów American League. Yount skończył ów sezon ze średnią uderzeń 0,331, huknął dwadzieścia dziewięć home runs i uznano go za najbardziej wartościowego gracza American League.

To był dobry rok dla nas obu, starych pryków.

Książki Cztery pory roku nie zaplanowałem; przyszła na świat sama z siebie. Cztery długie historie, które się na nią złożyły, powstały w różnych momentach na przestrzeni pięciu lat. Okazały się zbyt długie, żeby je wydać jako opowiadania, ale odrobinę za krótkie na publikację jako oddzielne powieści. Ów zbiór to nie tyle wielkie osiągnięcie, ile raczej statystyczna osobliwość – niczym mecz, w którym miotacz nie pozwoli pałkarzom na żadne odbicie, albo jak skompletowanie przez pałkarza całego cycle (czyli uderzeń, po których dotrze na pierwszą, na drugą i na trzecią bazę oraz zaliczy home run w tym samym spotkaniu). Sukces i aprobata Czterech pór roku sprawiły mi wielką przyjemność, ale składając maszynopis do wydawnictwa Viking Press, odczuwałem też wyraźny żal. Wiedziałem, że to dobra książka, ale również – że prawdopodobnie już nigdy w życiu nie opublikuję podobnej.

Jeśli oczekujecie, że powiem teraz: „Cóż, myliłem się”, muszę was rozczarować. Książka, którą właśnie trzymacie w rękach, zasadniczo różni się od tej wcześniejszej. Cztery pory roku składały się z trzech historii „głównego nurtu” oraz jednej z motywami nadprzyrodzonymi, natomiast wszystkie cztery teksty w niniejszym zbiorze to opowieści grozy. W większości są też nieco dłuższe od tych z Czterech pór roku i powstały głównie w ciągu dwóch lat, kiedy to rzekomo udałem się na pisarską emeryturę. Być może różnią się dlatego, że zrodziły się w umyśle, który zwrócił się, przynajmniej chwilowo, ku mroczniejszym tematom.

Takim tematem jest na przykład czas i jego niszczycielski wpływ na ludzkie serce. A także przeszłość, cienie rzucane przez nią na teraźniejszość – cienie, w których czasem rosną rzeczy nieprzyjemne, a jeszcze gorsze chowają się… i tyją.

Jednakże nie wszystkie moje zainteresowania uległy zmianie, a większość przekonań tylko się utrwaliła. Nadal wierzę w siłę ludzkiego serca i w zasadniczą wagę miłości; nadal wierzę, że ludzie mogą tworzyć więzi i że duchy zamieszkujące nasze ciała czasem się stykają. Nadal wierzę, że cena owych więzi jest potwornie, wręcz niewyobrażalnie wysoka… i że ich wartość znacznie przerasta koszt, który trzeba ponieść. Nadal chyba wierzę w nadejście Białego, w to, że trzeba znaleźć sobie bastion… i bronić go aż do śmierci. To staromodne przekonania i zainteresowania, ale skłamałbym, mówiąc, że już ich nie posiadam. Albo że one nie posiadają mnie.

Wciąż jednak kocham dobre historie. Kocham ich słuchać i kocham je opowiadać. Może wiecie, a może nie (i może was to nie obchodzi), że zapłacono mi mnóstwo pieniędzy za wydanie niniejszej książki, a także dwóch kolejnych. Ale jeśli wiecie i was to obchodzi, to wiedzcie również, że za samo napisanie tekstów do tej książki nie dostałem ani centa. Jak wszystkiemu, co dzieje się samoczynnie, aktowi pisania obojętny jest pieniądz. Świetnie mieć pieniądze, ale gdy w grę wchodzi tworzenie, lepiej nie myśleć o nich zbyt wiele. To spowalnia cały proces.

Mój sposób opowiadania historii chyba trochę się zmienił (mam nadzieję, że teraz jestem w tym lepszy, ale to już oczywiście powinien samodzielnie ocenić każdy czytelnik), lecz należało się tego spodziewać. Kiedy Brewersi grali o tytuł w 1982 roku, Robin Yount grał na pozycji łącznika. Teraz jest środkowozapolowym. To chyba oznacza, że trochę zwolnił… ale wciąż wyłapuje prawie wszystko, co leci w jego stronę.

Mnie to wystarczy. Wystarczy mi całkowicie.

Ponieważ bardzo wielu czytelników ciekawi źródło poszczególnych historii albo ich miejsce w szerszej perspektywie twórczości pisarza, każdą z minipowieści poprzedziłem krótkim wstępem, w którym wyjaśniam jej powstanie. Może zainteresują was te notki, ale nie musicie ich czytać, jeśli nie chcecie. Dzięki Bogu, nie jest to szkolne zadanie i nie czeka was potem kartkówka.

Na koniec powtórzę: jak przyjemnie być tutaj, żyć, mieć się dobrze i znowu z wami rozmawiać… wiedząc, że wy również tu jesteście, również żyjecie, cali i zdrowi, i że czekacie na wyprawę w inne miejsce – gdzie być może ściany mają oczy, drzewa mają uszy, a coś bardzo nieprzyjemnego próbuje wydostać się ze strychu i zejść na dół do ludzi. To coś nadal mnie interesuje… ale obecnie jeszcze bardziej interesują mnie owi ludzie, którzy być może się tego czegoś spodziewają, a może nie.

Zanim sobie pójdę, jestem wam jeszcze winien wynik tamtego meczu. Brewersi pokonali Red Soxów. Clements wyautował Robina Younta przy jego pierwszym podejściu… ale za drugim razem Yount (który według Neda Martina pomagał Abnerowi Doubledayowi wytyczać linie pierwszego boiska do baseballu) posłał piłkę w lewe zapole, tak że odbiła się wysoko od ściany zwanej „Green Monster”, dobiegł do drugiej bazy i pozwolił zapunktować dwóm kolegom.

Robin chyba jeszcze nie porzucił gry.

Ja też nie.

Bangor, MaineLipiec 1989

LANGOLIERY

Przełożył Rafał Lisowski

Dla Joego, który także boi się latać

PIERWSZA PO PÓŁNOCY

Przedmowa do Langolierów

Historie przychodzą do mnie w różnych chwilach i miejscach – w samochodzie, pod prysznicem, na spacerze, nawet kiedy stoję samotnie na imprezie. Kilka razy przyszły we śnie. Bardzo rzadko zdarza się jednak, żebym zaczął pisać, gdy tylko wpadnę na jakiś pomysł, nie prowadzę też „zeszytu z pomysłami”. Niezapisywanie pomysłów wynika z instynktu samozachowawczego. Miewam ich mnóstwo, ale tylko nieliczne bywają dobre, toteż chowam je wszystkie do swoistej szuflady w mojej głowie. Te złe w końcu ulegają tam samozniszczeniu, zupełnie jak taśma z instrukcjami na początku każdego odcinka Mission: Impossible. Te dobre nie. Od czasu do czasu, kiedy otwieram ową szufladę, żeby sprawdzić, co w niej zostało, spogląda na mnie stamtąd garstka pomysłów, każdy z jednym wyraźnym obrazem.

W przypadku Langolierów był to obraz kobiety, która przyciska rękę do pęknięcia w szybie samolotu pasażerskiego.

Na nic się nie zdało przekonywanie samego siebie, że niewiele wiem o komercyjnych samolotach pasażerskich. Oczywiście tak właśnie sobie powiedziałem, lecz obraz i tak powracał, ilekroć otwierałem szufladę, żeby wrzucić tam kolejny pomysł. Doszło do tego, że czułem perfumy tej kobiety (to było L’Envoi), widziałem jej zielone oczy, słyszałem szybki, przestraszony oddech.

Pewnej nocy, kiedy leżałem w łóżku, na granicy snu, zrozumiałem, że ta kobieta jest duchem.

Pamiętam, że wtedy usiadłem, spuściłem stopy na podłogę i zapaliłem światło. Siedziałem tak przez chwilę, niewiele myśląc o czymkolwiek… przynajmniej z pozoru. Pod maską ów gość, który tak naprawdę kieruje za mnie całą robotą, już skwapliwie porządkował blat i przygotowywał się do ponownego odpalenia maszyn. Nazajutrz zacząłem – albo raczej on zaczął – pisać tę historię. Zajęło mi to mniej więcej miesiąc i przyszło najłatwiej ze wszystkich tekstów w niniejszej książce. Po drodze wszystko układało się gładko i naturalnie. Raz po raz zdarza się, że i historie, i dzieci przychodzą na świat niemal bez bólów porodowych; z tą opowieścią tak właśnie było. Ze względu na apokaliptyczny klimat podobny do mojego wcześniejszego opowiadania pod tytułem Mgła każdy rozdział poprzedziłem nagłówkiem w tym samym staromodnym, rokokowym stylu. Po skończeniu tego tekstu czułem się niemal równie dobrze jak wtedy, gdy go zaczynałem… co zdarza się bardzo rzadko.

Jestem leniwy, jeśli chodzi o zbieranie materiałów, ale tym razem bardzo się starałem odrobić pracę domową. Uporządkować fakty, a potem ich nie pomieszać pomagało mi trzech pilotów: Michael Russo, Frank Soares i Douglas Damon. Gdy już obiecałem, że nic nie zepsuję, byli naprawdę w porządku.

Czy nie ustrzegłem się błędów? Wątpię. Nie udało się to nawet wielkiemu Danielowi Defoe; w Robinsonie Crusoe nasz bohater rozbiera się do naga, płynie do statku, z którego niedawno uciekł… a potem napełnia kieszenie rzeczami mającymi pozwolić mu przeżyć na bezludnej wyspie. Jest też pewna powieść (tytuł i nazwisko pisarza litościwie pominę) o nowojorskim metrze, gdzie autor najwidoczniej wziął boksy motorniczych za publiczne toalety.

Moje standardowe zastrzeżenie brzmi następująco: wszystko, co zgadza się z rzeczywistością, jest zasługą panów Russo, Soaresa i Damona, a wszystko, co mija się z prawdą, to moja wina. Te słowa nie wynikają bynajmniej z czczej uprzejmości. Błędy rzeczowe zwykle nie są skutkiem błędnych informacji, lecz nieumiejętności zadawania właściwych pytań. W przypadku samolotu, na którego pokład wejdziecie za moment, pozwoliłem sobie tu i ówdzie na pewną swobodę; chodzi jednak o rzeczy drobne, ponieważ wydały mi się niezbędne dla fabuły.

No dobrze, tyle ode mnie; zapraszam na pokład.

Wzbijmy się w nieprzyjazne niebo.

ROZDZIAŁ 1

Zła wiadomość dla kapitana Engle’a.Ślepa dziewczynka. Zapach kobiety.Gang Daltonów przyjeżdża do Tombstone.Dziwny los lotu numer 29.

1

Brian Engle zatrzymał samolot L-1011 linii American Pride pod wyjściem numer 22 i wyłączył sygnalizację ZAPIĄĆ PASY dokładnie o godzinie 22.14. Przeciągle syknął, a potem rozpiął pasy barkowe.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio po zakończeniu lotu czuł taką ulgę – i takie zmęczenie. Paskudnie łupało mu w głowie i miał bardzo konkretne plany na wieczór. Żadnych drinków w saloniku dla pilotów, żadnej kolacji ani nawet kąpieli po powrocie do Westwood. Zamierzał runąć do łóżka i spać przez czternaście godzin.

Lot American Pride numer 7 – flagowy kurs z Tokio do Los Angeles – był opóźniony najpierw z powodu wiatrów przeciwnych, a potem typowych zatorów na lotnisku LAX… które Engle uważał za chyba najgorszy port lotniczy w Ameryce, jeśli nie liczyć Logana w Bostonie. Na domiar złego w końcowej fazie trasy pojawił się problem z ciśnieniem w kabinie. Z początku był on drobny, a potem stopniowo narastał, aż w końcu zrobiło się strasznie. Doszło do tego, że maszynie zagrażała gwałtowna dekompresja… ale na szczęście już się nie pogorszyło. Czasami tego typu sytuacje w nagły i tajemniczy sposób stabilizują się same z siebie i tak właśnie stało się tym razem. Pasażerowie, którzy w tej chwili wysiadali przednim wyjściem, nie mieli zielonego pojęcia, jak niewiele brakowało, żeby dzisiejszy lot z Tokio zakończyli w postaci pasztetu z człowieka, ale Brian był tego świadom… i przyprawiło go to o diabelny ból głowy.

– Ten rzęch idzie wprost na diagnostykę – odezwał się do drugiego pilota. – Już o tym wiedzą i orientują się, w czym problem, prawda?

Tamten skinął głową.

– Nie podoba im się to, ale wiedzą – odpowiedział.

– Gówno mnie obchodzi, Danny, czy im się podoba, czy nie. Mało brakowało.

Danny Keene przytaknął. Zdawał sobie z tego sprawę.

Brian westchnął, a potem roztarł dłonią kark. Łeb bolał go jak chory ząb.

– Może robię się za stary do tej roboty.

Oczywiście od czasu do czasu każdy mówi coś takiego o swojej pracy, zwłaszcza po ciężkiej zmianie, i Brian świetnie wiedział, że wcale nie jest za stary – miał czterdzieści trzy lata, czyli właśnie wchodził w najlepszy okres dla pilota. Mimo to dzisiaj prawie wierzył w swoje słowa. Boże, ależ był zmęczony.

Ktoś zapukał do drzwi kokpitu. Nawigator Steve Searles obrócił się w fotelu i otworzył je, nie podnosząc się z miejsca. W wejściu stał mężczyzna w zielonej marynarce American Pride. Wyglądał jak kontroler kart pokładowych, ale Brian wiedział, że nim nie jest. To John (a może James) Deegan, zastępca szefa American Pride na lotnisku LAX.

– Kapitan Engle?

– Tak?

W Brianie od razu uruchomiły się wewnętrzne mechanizmy obronne i ból głowy się nasilił. Pierwsza myśl, zrodzona nie z logiki, ale z napięcia i ze zmęczenia, była taka, że spróbują zrzucić na niego odpowiedzialność za dziurawy samolot. Paranoja, wiadomo, ale był w paranoicznym nastroju.

– Obawiam się, że mam dla pana złą wiadomość, kapitanie.

– Chodzi o ten wyciek? – Brian powiedział to zbyt ostrym tonem, więc kilku wysiadających pasażerów aż się obejrzało, ale już było za późno, żeby coś na to poradzić.

Deegan pokręcił głową.

– Chodzi o pańską żonę.

Przez moment Brian nie miał pojęcia, o czym tamten mówi. Stał tylko z rozdziawionymi ustami i czuł się nadzwyczaj głupio. W końcu go olśniło. Oczywiście mówił o Anne.

– To moja była żona. Wzięliśmy rozwód półtora roku temu. Co z nią?

– Zdarzył się wypadek – oznajmił Deegan. – Niech pan lepiej pozwoli na górę do mojego gabinetu.

Brian patrzył na niego z zaciekawieniem. Po trzech długich, napiętych godzinach wszystko to wydawało się dziwnie nierzeczywiste. Ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć Deeganowi, że jeśli to jakieś brednie w stylu Ukrytej kamery, to niech się pieprzy. Ale oczywiście nie mogło o to chodzić. Władze linii lotniczych nie gustują w dowcipach, zwłaszcza kosztem pilotów, którzy właśnie cudem uniknęli tragedii w powietrzu.

– Co z Anne? – usłyszał własny głos. Tym razem powtórzył pytanie łagodniej. Miał świadomość, że drugi pilot przygląda mu się z ostrożnym współczuciem. – Wyszła z tego cało?

Deegan spuścił wzrok na swe błyszczące buty i Brian już wiedział, że chodzi o bardzo niedobrą wiadomość. Że Anne z pewnością nie wyszła z tego cało. Wiedział, ale nie mógł w to uwierzyć. Miała dopiero trzydzieści cztery lata, była zdrowa, dbała o dobre nawyki. Nieraz odnosił również wrażenie, że jego była żona jest jedynym poczytalnym kierowcą w Bostonie… a może w całym stanie Massachusetts.

Potem usłyszał, że zadaje inne pytanie, i naprawdę tak właśnie było – jakby do jego umysłu wkroczył ktoś obcy i używał jego ust jako megafonu.

– Czy ona nie żyje?

John czy James Deegan rozejrzał się, może szukając wsparcia, ale przy wyjściu z samolotu stała tylko jedna stewardesa, która życzyła wysiadającym pasażerom miłego pobytu w Los Angeles i raz po raz zerkała nerwowo w stronę kokpitu. Zapewne obawiała się o rozszczelnienie, co przyszło do głowy Brianowi – że z jakiegoś powodu to załogę obwinia się za wyciek, przez który ostatnie godziny lotu stały się takim koszmarem. Deegan mógł liczyć tylko na siebie. Znów spojrzał na Briana i skinął głową.

– Tak, niestety. Pozwoli pan ze mną, kapitanie?

2

Kwadrans po północy Brian Engle zajmował miejsce w fotelu 5A samolotu linii American Pride, lot numer 29 – flagowego kursu z Los Angeles do Bostonu. Za mniej więcej piętnaście minut miał się rozpocząć nocny lot. Brian pamiętał swoją wcześniejszą myśl, że jeśli nie LAX jest najbardziej niebezpiecznym portem lotniczym w Ameryce, to na pewno lotnisko Logana. Teraz, w skrajnie nieprzyjemnych okolicznościach, nadarzała się okazja doświadczenia obu tych miejsc w odstępie ośmiu godzin: w Los Angeles wylądował jako pilot, w Bostonie wyląduje zaś jako pasażer z darmowym biletem.

Jego ból głowy, teraz znacznie gorszy, niż gdy zakończył lot numer 7, jeszcze się nasilał.

Pożar, pomyślał Brian. Cholerny pożar. Gdzie były wykrywacze dymu, na litość boską? Przecież to nowy budynek!

Uświadomił sobie, że przez ostatnie cztery czy pięć miesięcy prawie nie myślał o Anne. Przez pierwszy rok po rozwodzie zdawało mu się, że nie myśli o niczym innym, tylko o tym, co ona robi, co ma na sobie i oczywiście z kim się spotyka. Kiedy wreszcie zaczął zdrowieć, potoczyło się to bardzo szybko… jakby wstrzyknięto mu antybiotyk na ożywienie ducha. Dostatecznie dużo naczytał się o rozwodach, by wiedzieć, co jest zazwyczaj tym ożywiającym czynnikiem: nie antybiotyk, ale inna kobieta. Innymi słowy, efekt klina.

W życiu Briana nie pojawiła się inna kobieta – przynajmniej na razie. Odbył kilka randek i jeden ostrożny stosunek płciowy (nabrał przekonania, że w epoce AIDS każdy pozamałżeński stosunek płciowy musi być ostrożny), ale innej kobiety nie było. Po prostu… wyzdrowiał.

Patrzył, jak pozostali pasażerowie wchodzą na pokład. Młoda blondynka szła w towarzystwie dziewczynki w ciemnych okularach. Mała trzymała ją za łokieć. Kobieta mruknęła coś do podopiecznej, a ta natychmiast obróciła się w kierunku jej głosu – i Brian zrozumiał, że jest niewidoma. Wyczytał to z ruchu głowy. Zabawne, stwierdził, jak wiele może zdradzić taki drobny gest.

Anne… Nie powinieneś teraz myśleć o Anne?

Ale jego zmęczony umysł wciąż uciekał od tego tematu – Anne, która była kiedyś jego żoną; Anne, jedynej kobiety, którą w gniewie uderzył; Anne, która teraz nie żyła.

Chyba mógłby ruszyć w trasę z wykładami dla rozwiedzionych mężczyzn. Ba, dla rozwiedzionych kobiet również. Temat jego wystąpień brzmiałby: Rozwód i sztuka zapominania.

Idealny moment na rozwód przychodzi tuż po czwartej rocznicy ślubu – mówiłby. Spójrzcie na mnie. Następny rok przeżyłem w czyśćcu, wciąż się głowiłem, w jakim stopniu to moja wina, a w jakim jej, czy miałem prawo tak bardzo naciskać w kwestii dzieci – bo w naszym przypadku właśnie to była ta wielka sprawa, żaden dramat w stylu narkotyków albo zdrady, ot, stara, znana śpiewka, dzieci kontra kariera – a potem nagle w mojej głowie pojawiła się winda ekspresowa; była w niej Anne i pojechała w dół.

Tak. Pojechała w dół. I przez ostatnie kilka miesięcy Brian praktycznie wcale o niej nie myślał… nawet kiedy przychodziła pora comiesięcznej zapłaty alimentów. Kwota była bardzo rozsądna i cywilizowana; Anne sama zarabiała rocznie osiemdziesiąt tysięcy dolarów brutto. Przelewu dokonywał prawnik, więc stanowiło to jedynie kolejną pozycję w zestawieniu finansowym, drobne dwa tysiące dolarów wciśnięte między rachunek za prąd a ratę kredytu za mieszkanie.

Brian patrzył, jak przejściem między fotelami idzie tyczkowaty nastolatek w jarmułce, niosąc pod pachą futerał na skrzypce. Chłopak wydawał się zarazem nerwowy i podniecony, w jego oczach przeglądała się przyszłość. Brian mu zazdrościł.

W ostatnim roku małżeństwa nawarstwiło się mnóstwo goryczy i złości, aż wreszcie, mniej więcej cztery miesiące przed końcem, stało się: ręka Briana poszła w ruch, zanim mózg zdążył ją powstrzymać. Nie chciał o tym pamiętać. Anne wypiła za dużo na imprezie i kiedy wrócili do domu, ostro dała mu popalić.

„Przestań zawracać mi tym głowę, Brianie. Daj mi wreszcie spokój. Koniec z gadaniem o dzieciach. Jak chcesz zbadać nasienie, to idź do lekarza. Ja pracuję w reklamie, a nie przy robieniu dzieci. Mam dość tego twojego samczego piep…”

To wtedy ją uderzył, mocno, prosto w twarz. Cios uciął ostatnie słowo z brutalną precyzją. Stali w mieszkaniu, w którym później miała umrzeć, i patrzyli na siebie, oboje bardziej zszokowani i przestraszeni, niż byli skłonni przyznać (chociaż teraz, gdy siedział na miejscu 5A i patrzył, jak pasażerowie lotu numer 29 wchodzą na pokład, Brian to przyznawał, wreszcie przyznawał to przed samym sobą). Anne dotknęła ust, które zaczęły krwawić. Uniosła ku niemu palce.

„Uderzyłeś mnie” – powiedziała. W jej głosie nie było gniewu, lecz zdziwienie. Przyszło mu do głowy, że zapewne po raz pierwszy ktokolwiek dotknął w gniewie jakiejkolwiek części ciała Anne Quinlan Engle.

„Tak” – powiedział. „Uderzyłem. I uderzę znowu, jeżeli się nie zamkniesz. Dość tego, skarbie, nie będziesz mnie już chłostać tym swoim językiem. Lepiej się zamknij. Ostrzegam cię dla twojego dobra. Dość tego. Jak chcesz mieć w domu kogoś do pomiatania, to kup sobie psa”.

Małżeństwo kulało jeszcze przez kilka miesięcy, ale tak naprawdę skończyło się w momencie, kiedy ręka Briana weszła w chwilowy kontakt z policzkiem Anne. Sprowokowała go – Bóg mu świadkiem, że go sprowokowała – mimo to oddałby wiele, żeby cofnąć tę jedną nieszczęsną sekundę.

Na pokład wlewali się już ostatni pasażerowie, a on niemal obsesyjnie myślał o perfumach Anne. Dokładnie pamiętał ich zapach, ale nie nazwę. Lissome? Lithsome? Na litość boską, może Lithium? Wciąż mu się wymykała. Dostawał szału.

Tęsknię za nią, pomyślał z przygnębieniem. Teraz, gdy odeszła na zawsze, tęsknię za nią. Niesamowite, prawda?

Lawnboy? Taka głupia nazwa, jak kosiarka?

Skończ już, powiedział własnemu umysłowi. Odpuść sobie.

W porządku, odparł umysł. Nie ma sprawy, mogę przerwać. Mogę przerwać, kiedy zechcę. Może Lifebuoy? Nie, to mydło. Przepraszam. Lovebite, jak malinka? Lovelorn, jak usychający z miłości?

Brian zapiął pas, oparł się w fotelu, zamknął oczy i poczuł woń perfum, których nie potrafił nazwać.

Właśnie wtedy odezwała się do niego stewardesa. Oczywiście. Brian Engle miał teorię, że personel pokładowy jest szkolony – być może na tajnym kursie podyplomowym – żeby czekać, aż pasażer zamknie oczy, i dopiero wtedy oferować mu jakąś zbędną usługę. I oczywiście upewnić się, że zasnął, zanim się go obudzi, by zapytać, czy nie potrzebuje koca lub poduszki.

– Przepraszam… – zaczęła, ale zaraz urwała.

Zobaczył, że jej wzrok biegnie od epoletów na ramionach jego czarnej marynarki do leżącej na sąsiednim siedzeniu czapki z bezsensownym bazgrołem podobnym do jajecznicy.

Zastanowiła się i zaczęła od nowa:

– Przepraszam, panie kapitanie, życzy pan sobie kawy albo soku pomarańczowego?

Lekko rozbawiło go to, że zdołał zbić ją z tropu. Stewardesa wskazała stolik w przedniej części kabiny, tuż pod niedużym kwadratowym ekranem do wyświetlania filmów. Stały na nim dwa kubełki z lodem. Z każdego wystawała smukła zielona szyjka butelki.

– Oczywiście mam też szampana.

Brian rozważał

(Love Boy, też nie to, ale blisko)

szampana, ale tylko przez moment.

– Nie, dziękuję – rzucił. – Za obsługę w trakcie lotu również. Chyba aż do Bostonu będę spał. Jak pogoda?

– Chmury na sześciu tysiącach metrów od Wielkich Równin aż po Boston, ale to nie problem. Polecimy na jedenastu tysiącach. Aha, otrzymaliśmy sygnały o zorzy polarnej nad pustynią Mojave. Może warto jeszcze nie zasypiać.

Uniósł brwi.

– Żartuje pani. Zorza polarna nad Kalifornią? O tej porze roku?

– Tak nas poinformowano.

– Ktoś chyba łyka za dużo tanich leków – powiedział Brian, a ona się zaśmiała. – Dziękuję, chyba się jednak zdrzemnę.

– Dobrze, panie kapitanie. – Wahała się jeszcze przez moment. – To pan jest tym pilotem, który właśnie stracił żonę, prawda?

Ból głowy pulsował i warczał, ale Brian zmusił się do uśmiechu. Ta kobieta, w zasadzie ledwie dziewczyna, nie miała złych intencji.

– Byłą żonę, ale poza tym się zgadza. To ja.

– Proszę przyjąć kondolencje.

– Dziękuję.

– Czy kiedyś z panem latałam?

Uśmiech Briana na moment powrócił.

– Wątpię. Już piąty rok kursuję na trasach zagranicznych. – A potem, ponieważ nie wiedzieć czemu wydawało się to konieczne, podał jej rękę. – Brian Engle.

Uścisnęła ją.

– Melanie Trevor.

Raz jeszcze się do niej uśmiechnął, a potem znowu oparł się w fotelu i zamknął oczy. Pozwolił sobie nieco odpłynąć, ale nie zasnąć – ogłoszenia przed startem, a potem rozbieg i tak by go obudziły. Będzie dość czasu na spanie, gdy już znajdą się w powietrzu.

Lot numer 29, jak większość nocnych lotów, rozpoczął się punktualnie – Brian uważał, że to jedna z ich niewielu zalet. Znajdowali się w boeingu 767, wypełnionym w nieco ponad połowie. Oprócz Briana w pierwszej klasie było jeszcze sześciu pasażerów. Żaden nie wyglądał na pijaka ani awanturnika. To dobrze. Może drogę do Bostonu naprawdę uda się przespać.

Cierpliwie przyglądał się Melanie Trevor, gdy wskazywała wyjścia, demonstrowała, jak w razie spadku ciśnienia korzystać z małej złotej maski (tę procedurę sam niedawno przypominał sobie w myślach, i to w sporym pośpiechu) oraz jak nadmuchać kamizelkę ratunkową umieszczoną pod fotelem. Kiedy samolot wzbił się w powietrze, stewardesa znowu do niego podeszła, by raz jeszcze zapytać, czy nie przynieść czegoś do picia. Zaprzeczył ruchem głowy, podziękował, a potem wcisnął guzik opuszczający oparcie. Zamknął oczy i prędko zasnął.

Nigdy więcej nie zobaczył Melanie Trevor.

3

Po mniej więcej trzech godzinach od startu lotu numer 29 zbudziła się mała dziewczynka, Dina Bellman, i spytała swoją ciotkę Vicky, czy może napić się wody.

Ciotka nie odpowiedziała, więc Dina powtórzyła pytanie. Gdy odpowiedź nadal nie padła, dziewczynka wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ramienia cioci, ale była prawie pewna, że dłoń napotka tylko pusty fotel, i tak właśnie się stało. Doktor Feldman mówił, że u dzieci niewidomych od urodzenia często wykształca się wysoka wrażliwość – niemalże radar – która pozwala wyczuć obecność lub nieobecność osób w bezpośredniej bliskości. Ale Dina nie potrzebowała jego informacji. Wiedziała, że to prawda. Nie zawsze działało, lecz zazwyczaj tak… zwłaszcza gdy chodziło o jej widzącego opiekuna.

Na pewno poszła do toalety i zaraz wróci, pomyślała Dina, a mimo to poczuła niejasny niepokój. Nie obudziła się od razu; to był powolny proces, trochę jak stopniowe wypływanie na powierzchnię po zanurkowaniu w jeziorze. Gdyby w ciągu ostatnich dwóch czy trzech minut ciocia Vicky, która siedziała przy oknie, otarła się o nią, żeby opuścić swoje miejsce, Dina powinna była to poczuć.

Zatem wyszła wcześniej, uznała dziewczynka. Pewnie musiała na dłużej. To nic wielkiego, Dino. Albo może zatrzymała się po drodze i z kimś rozmawia.

Tylko że Dina wcale nie słyszała, żeby w głównej kabinie dużego samolotu ktokolwiek rozmawiał; rozbrzmiewało tylko równe, ciche buczenie silników odrzutowych. Niepokój dziewczynki narastał.

W jej głowie odezwał się głos panny Lee, jej terapeutki (tyle że Dina zawsze myślała o niej jako o swej nauczycielce od niewidzenia): „Nie bój się bać, Dino – od czasu do czasu wszystkie dzieci się boją, zwłaszcza w całkiem nowych sytuacjach. A szczególnie dzieci niewidome. Uwierz, dobrze o tym wiem”. I Dina rzeczywiście wierzyła, bo panna Lee także nie widziała od urodzenia. „Nie pozbywaj się strachu… ale też mu się nie poddawaj. Usiądź spokojnie i pomyśl, jak rozwiązać problem. Zdziwisz się, jak często to działa. Zwłaszcza w całkiem nowych sytuacjach”.

To zdecydowanie pasowało do okoliczności. Dina po raz pierwszy leciała samolotem, w dodatku wielkim odrzutowcem transkontynentalnym z wybrzeża na wybrzeże.

„Pomyśl, jak rozwiązać problem”.

Obudziła się w nieznanym miejscu i odkryła, że jej widząca opiekunka zniknęła. Oczywiście, że coś takiego budzi niepokój, nawet jeśli ta nieobecność jest tylko chwilowa – przecież w samolocie na wysokości jedenastu tysięcy metrów opiekunka Diny na pewno nie postanowiła skoczyć sobie na tacos, bo zaburczało jej w brzuchu. A co do ciszy w kabinie… cóż, w końcu to nocny lot. Pozostali pasażerowie pewnie śpią.

Wszyscy? – spytała z powątpiewaniem zaniepokojona cząstka umysłu Diny. WSZYSCY śpią? Czy to możliwe?

Potem sobie odpowiedziała: film. Ci, którzy nie zasnęli, na pewno oglądają film wyświetlany w trakcie lotu. Naturalnie.

Dziewczynkę zalała niemal namacalna fala ulgi. Ciocia Vicky mówiła, że będą wyświetlać Kiedy Harry poznał Sally z Billym Crystalem i Meg Ryan. Sama zamierzała go obejrzeć… oczywiście pod warunkiem, że nie zaśnie.

Dina delikatnie przesunęła dłonią po fotelu cioci w poszukiwaniu słuchawek, ale nie było ich tam. Zamiast tego palce dziewczynki namacały książkę w miękkiej oprawie. To na pewno jeden z romansów, które ciocia Vicky tak lubiła czytać – opowieści o czasach, kiedy mężczyźni, jak mawiała, byli mężczyznami, a kobiety nie.

Palce Diny podążyły nieco dalej i napotkały coś jeszcze – gładką, drobnoziarnistą skórę. Po chwili odnalazły suwak, a zaraz potem pasek.

To była torebka cioci Vicky.

Niepokój dziewczynki powrócił. Na fotelu cioci nie leżały słuchawki, była natomiast torebka. Znajdowały się w niej wszystkie czeki podróżne oprócz dwudziestki, którą Dina miała schowaną głęboko we własnej torebce – wiedziała o tym, bo słyszała, że mama i ciocia rozmawiały o czekach przed wyjściem z domu w Pasadenie.

Czy idąc do toalety, ciocia zostawiłaby torebkę na siedzeniu? Czy postąpiłaby tak, skoro jej towarzyszka podróży nie tylko nie ma jeszcze dziesięciu lat i śpi, ale jest też niewidoma?

Dina w to wątpiła.

„Nie pozbywaj się strachu… ale też mu się nie poddawaj. Usiądź spokojnie i pomyśl, jak rozwiązać problem”.

Nie podobał jej się jednak ten pusty fotel ani cisza w samolocie. Oczywiście mogło być tak, że większość pasażerów spała, a pozostali zachowywali się jak najciszej przez wzgląd na nich, ale i tak jej się to nie podobało. W głowie dziewczynki zbudziło się zwierzę, takie z bardzo ostrymi kłami i pazurami, i zaczęło warczeć. Wiedziała, jak to zwierzę się nazywa: panika. Jeśli szybko nad nim nie zapanuje, może zrobić coś, czym zawstydzi i siebie, i ciocię.

Kiedy już będę widzieć, pomyślała, kiedy lekarze w Bostonie wyleczą mi oczy, skończą się takie głupstwa.

To z pewnością prawda, lecz w tej chwili zupełnie nie pomagało.

Nagle Dina przypomniała sobie, że kiedy usiadły, ciocia Vicky wzięła ją za rękę, zwinęła jej wszystkie palce poza wskazującym, a potem pokierowała ten palec w kierunku krawędzi fotela. Znajdowały się tam przyciski – tylko kilka, nieskomplikowanych, łatwych do zapamiętania. Po włożeniu słuchawek dwa małe kółka pozwalały przestawiać kanały audio oraz regulować głośność. Mały prostokątny guzik włączał lampkę nad fotelem. „To ci się nie przyda” – powiedziała ciocia Vicky i było słychać, że się uśmiecha. „Przynajmniej na razie”. Ostatni przycisk, kwadratowy, służył do wezwania stewardesy.

Palec Diny dotknął go i przesunął się po lekko wypukłej powierzchni.

Czy naprawdę chcesz to zrobić? – zapytała dziewczynka samą siebie i natychmiast sobie odpowiedziała: Tak, chcę.

Wcisnęła guzik i usłyszała cichy dzwonek. Potem czekała.

Nikt nie przyszedł.

Słyszała tylko wieczny na pozór szept silników odrzutowych. Nikt nic nie mówił. Nikt się nie śmiał (chyba jednak ten film nie jest taki zabawny, jak sądziła ciocia). Nikt nie kasłał. Sąsiedni fotel, fotel cioci Vicky, wciąż był pusty, a nad Diną nie pochyliła się stewardesa – osnuta pokrzepiającą powłoką perfum, szamponu i słabiutkiej woni makijażu – żeby spytać, czy coś przynieść: może przekąskę albo kubek wody.

Tylko cichy, równy pomruk silników.

Zwierzę zwane paniką ujadało głośniej niż kiedykolwiek. Żeby z nim walczyć, Dina spróbowała skoncentrować ten swój radar tak bardzo, żeby zmienił się w swoistą niewidzialną białą laskę, którą mogłaby sięgnąć ze swego miejsca pośrodku kabiny. Była w tym dobra; czasem, kiedy bardzo się skupiała, niemal jej się wydawało, że widzi oczami innych ludzi. Jeśli wystarczająco mocno o tym myślała, wystarczająco tego pragnęła. Pewnego razu opowiedziała o tym uczuciu pannie Lee, a ta zareagowała niespodziewanie ostro. „Niewidomi często fantazjują o dzieleniu wzroku” – powiedziała. „A zwłaszcza niewidome dzieci. Nigdy nie popełniaj tego błędu, Dino: nie polegaj na tym wrażeniu. Inaczej wylądujesz na wyciągu, bo zlecisz po schodach albo wpadniesz pod samochód”.

Dlatego Dina odłożyła na bok próby „dzielenia wzroku”, jak mówiła o tym panna Lee, a w rzadkich chwilach, kiedy znów opanowywało ją to uczucie – że widzi świat, chwiejny, pełen cieni, ale prawdziwy, oczami matki albo cioci Vicky – starała się je odegnać… tak jak ktoś, kto się obawia, że zaczyna wariować, wypiera podszepty widmowych głosów. Teraz jednak się bała i dlatego zaczęła szukać innych ludzi, próbowała ich wyczuć, lecz ich nie znalazła.

Przerażenie pęczniało, zwierzę zwane paniką ujadało bardzo głośno. Czuła, że w jej gardle wzbiera płacz, więc zacisnęła zęby, żeby go zdusić. Bo nie byłby to płacz ani jęk; gdyby pozwoliła, z jej piersi wyrwałby się krzyk donośny niczym syrena alarmowa.

Nie będę krzyczeć, powiedziała sobie z mocą. Nie będę krzyczeć, nie zawstydzę cioci Vicky. Nie będę krzyczeć, nie obudzę tych, którzy śpią, i nie wystraszę pozostałych, żeby przybiegli i mówili: „Patrzcie na tę małą, wystraszoną dziewczynkę, patrzcie na tę małą, wystraszoną niewidomą dziewczynkę”.

Teraz jednak jej radar – ten, który oceniał przeróżne, nawet niewyraźne, sygnały sensoryczne i czasem naprawdę dawał poczucie, że Dina widzi oczami innych ludzi (nieważne, co mówiła panna Lee) – potęgował strach, zamiast go łagodzić.

Bo podpowiadał jej, że wokół niej nie ma nikogo.

Absolutnie nikogo.

4

Brian Engle miał bardzo zły sen. Znowu pilotował samolot American Pride lot numer 7 z Tokio do Los Angeles, ale tym razem wyciek był znacznie większy. W kokpicie zawisło namacalne poczucie katastrofy. Steve Searles płakał, jedząc ciastko z kruszonką.

„Skoro jesteś taki zdenerwowany, to dlaczego jesz?” – zapytał go Brian. Kabinę wypełniał ostry gwizd jak z czajnika. To na pewno dźwięk rozszczelnienia, uznał. Niemądre rozumowanie – rozszczelnienie niemal zawsze jest ciche, dopóki nie nastąpi gwałtowna dekompresja – ale w snach wszystko jest możliwe.

„Bo uwielbiam te ciastka, a już nigdy więcej ich nie zjem” – odpowiedział Steve, łkając jeszcze głośniej.

Potem nagle ostry gwizd ustał. Pojawiła się uśmiechnięta stewardesa – akurat Melanie Trevor – i z ulgą w głosie oznajmiła, że wyciek znaleziono i załatano. Brian wstał, a następnie ruszył za nią do kabiny pasażerskiej, gdzie Anne Quinlan Engle, jego była żona, stała w niewielkiej wnęce, z której usunięto fotele. Obok niej nad oknem widniał tajemniczy i trochę złowieszczy napis: TYLKO SPADAJĄCE GWIAZDY. Litery były czerwone, w kolorze niebezpieczeństwa.

Anne miała na sobie ciemnozielony kostium stewardesy American Pride, co zdziwiło Briana – przecież pracowała w agencji reklamowej w Bostonie i na „stewki”, z którymi latał jej mąż, zawsze patrzyła z góry, znad swojego wąskiego, arystokratycznego nosa. Przyciskała dłoń do pęknięcia w kadłubie.

„Widzisz, kochanie?” – rzekła z dumą. „Wszystko naprawione. Nieważne, że mnie uderzyłeś. Wybaczyłam ci”.

„Nie rób tego, Anne!” – krzyknął, ale było już za późno. Na jej dłoni pojawiło się wgłębienie w kształcie pęknięcia w kadłubie. Powiększało się, w miarę jak różnica ciśnień bezlitośnie wysysała rękę. Najpierw wciągnęło środkowy palec, potem serdeczny, wskazujący i wreszcie mały. Rozległo się głośne pyknięcie, jakby nadgorliwy kelner wyszarpnął korek od szampana, i przez szparę w kadłubie przeszła cała dłoń.

Mimo to Anne nadal się uśmiechała.

„To L’Envoi, kochanie” – powiedziała, kiedy znikało jej ramię. Włosy wyrywały się spod spinki, ktora trzymała je z tyłu, i mglistą chmurą powiewały wokół twarzy. „Zawsze używałam tych perfum, nie pamiętasz?”.

Pamiętał… teraz pamiętał. Tyle że teraz to nie miało znaczenia.

„Anne, wracaj!” – krzyknął.

Ciągle się uśmiechała, kiedy jej rękę powoli wsysało w pustkę na zewnątrz samolotu.

„Brianie, to wcale nie boli – uwierz”.

Rękaw zielonego żakietu American Pride zaczął furkotać. Brian widział ciało Anne wysysane w postaci gęstawej białej galarety. Przypominało klej.

„L’Envoi, pamiętasz?” – zapytała Anne wciągana w szparę, a teraz Brian znów to słyszał: dźwięk, który poeta James Dickey nazwał niegdyś „przepastnym dzikim gwizdem przestrzeni”. Robił się coraz głośniejszy, w miarę jak sen ciemniał, a jednocześnie coraz rozleglejszy. Stał się nie krzykiem wiatru, lecz ludzkiego głosu.

Brian gwałtownie otworzył oczy. Na moment zdezorientowała go siła snu, ale tylko na moment – był przecież zawodowcem wykonującym na co dzień pracę o wysokim stopniu ryzyka, wymagającą dużej odpowiedzialności i szybkich reakcji. Leciał lotem numer 29, a nie numer 7, nie z Tokio do Los Angeles, ale z Los Angeles do Bostonu, gdzie Anne już nie żyła – zginęła nie jako ofiara rozszczelnienia w samolocie, lecz pożaru w swoim mieszkaniu przy Atlantic Avenue, niedaleko nabrzeża. Jednakże dźwięk nie ustawał.

To był piskliwy krzyk małej dziewczynki.

5

– Niech ktoś się do mnie odezwie – prosiła cichym, wyraźnym głosem Dina Bellman. – Przepraszam, ale moja ciocia zniknęła, a ja jestem niewidoma.

Nikt nie odpowiedział. Czterdzieści rzędów i dwie przegrody przed nią kapitan Brian Engle śnił o tym, że jego nawigator płacze i zajada ciastko z kruszonką.

Słyszała tylko nieprzerwany pomruk silników odrzutowych.

Na myśli Diny znów padł cień paniki, więc przyszła jej do głowy tylko jedna rzecz, która pomogłaby przegonić ten strach: rozpięła pas, wstała i ostrożnie wyszła do przejścia między fotelami.

– Halo? – odezwała się głośniej. – Halo, jest tu ktoś?

Wciąż nikt nie odpowiadał. Dina zaczęła płakać. Mimo to posępnie wzięła się w garść i powoli ruszyła przejściem po lewej stronie samolotu. Licz uważnie, ostrzegła jakaś cząstka jej umysłu. Licz, ile rzędów mijasz, bo inaczej się zgubisz i nie wrócisz na miejsce.

Zatrzymała się tuż przed rzędem, który zajmowały z ciocią Vicky, i wyciągnęła ręce z rozczapierzonymi palcami. Wiedziała, że w tym fotelu siedzi jakiś mężczyzna, ponieważ ciocia odezwała się do niego tuż przed startem. Gdy odpowiedział, jego głos dobiegał z miejsca wprost przed Diną. Wiedziała to; ustalanie, skąd dobiegają głosy, stanowiło część jej życia, coś równie zwyczajnego jak oddychanie. Śpiący pasażer na pewno się wzdrygnie, gdy dotkną go rozłożone palce Diny, ale ona przestała się już przejmować takimi rzeczami.

Tylko że fotel był pusty.

Zupełnie pusty.

Dina znów się wyprostowała, policzki miała mokre, w głowie pulsowało jej ze strachu. Chyba nie poszli do toalety razem? Oczywiście, że nie.

Może są tu dwie toalety. W tak dużym samolocie muszą przecież być.

Tylko że to również bez znaczenia.

Ciocia Vicky nie zostawiłaby torebki choćby nie wiadomo co. Dina była o tym przekonana.

Powoli ruszyła przed siebie, zatrzymując się przy każdym kolejnym rzędzie. Wyciągała ręce w kierunku najbliższych foteli, najpierw po lewej, a potem po prawej stronie.

Na jednym z siedzeń namacała kolejną torebkę, na następnym chyba aktówkę, na kolejnym długopis i notatnik. W dwóch innych fotelach natrafiła na słuchawki. Na tych drugich znajdowało się coś lepkiego. Dina potarła palcem o palec, a potem skrzywiła się i wytarła je o kawałek materiału na zagłówku fotela. To była woskowina uszna. Dziewczynka nie miała wątpliwości, rozpoznała tę charakterystyczną obrzydliwą konsystencję.

Powoli brnęła naprzód, nie dbając już o subtelność poszukiwań. To bez znaczenia. Nikogo nie dźgnęła w oko, nie uszczypnęła w policzek, nie pociągnęła za włosy.

Każdy sprawdzany fotel okazywał się pusty.

Niemożliwe, myślała gorączkowo. Po prostu niemożliwe! Przecież kiedy wsiadałyśmy, ludzie byli wszędzie! Słyszałam ich! Wyczuwałam! Czułam ich zapach! Gdzie oni są?

Nie wiedziała, ale rzeczywiście ich nie było: nabierała co do tego coraz większej pewności.

W pewnej chwili, podczas gdy spała, jej ciocia wraz z całą resztą pasażerów lotu numer 29 zniknęła.

Nie! – zawołała racjonalna część jej umysłu głosem panny Lee. Nie, Dino, to niemożliwe! Skoro wszyscy zniknęli, kto pilotuje samolot?

Dziewczynka szła szybciej, ściskając krawędzie foteli, szeroko otwierała ślepe oczy za ciemnymi szkłami, rąbek jej różowej sukienki trzepotał. Straciła rachubę, lecz w narastającym zaniepokojeniu uporczywą ciszą już się tym nie przejmowała.

Znowu stanęła i wyciągnęła ręce w kierunku fotela po prawej. Tym razem namacała włosy… ale w zupełnie niewłaściwym miejscu. Włosy leżały na siedzeniu – jak to możliwe?

Zacisnęła na nich dłoń… i je uniosła. Nagle z przerażeniem uświadomiła sobie prawdę.

To są włosy, zrozumiała, ale ich właściciela nie ma. To skalp. Trzymam w ręku skalp martwego człowieka.

Właśnie wtedy Dina Bellman otworzyła usta i wydała z siebie wrzask, który wyrwał ze snu Briana Engle’a.

6

Albert Kaussner siedział przy barze i pił whisky marki Branding Iron. Po prawej miał braci Earpów, Wyatta i Virgila, a po lewej Doca Hallidaya. Właśnie zamierzał wznieść toast, gdy do Sergio Leone Saloon wpadł mężczyzna z drewnianą nogą.

– Gang Daltonów! – zawołał. – Gang Daltonów zajechał do Dodge!

Wyatt odwrócił się do niego ze spokojem. Twarz miał pociągłą, opaloną i przystojną. Bardzo przypominał Hugh O’Briana.

– Jesteśmy w Tombstone, Muffin – powiedział. – Weź no się, cholera, w garść.

– Nieważne, gdzie jesteśmy, oni zajechali! – krzyknął Muffin. – I są wściekli, Wyatt! Baaardzo, baaardzo wściekli!

Jakby na dowód tych słów na ulicy rozległy się wystrzały – ciężki huk wojskowych rewolwerów kalibru .44 (zapewne skradzionych) mieszał się z wyższym trzaskiem karabinów Garand.

– Przestań trząść portkami, Muffy – rzucił Doc Halliday i uniósł kapelusz.

Alberta wcale nie zdziwiło, że Doc wygląda jak Robert De Niro. Zawsze uważał, że jeśli ktoś jest idealny do roli dentysty suchotnika, to właśnie De Niro.

– Co o tym myślicie, chłopcy? – zapytał Virgil Earp, rozglądając się. On nie był podobny do nikogo.

– Chodźmy – odezwał się Wyatt. – Dość już mam tych przeklętych Clantonów.

– Daltonów, Wyatt – wtrącił cicho Albert.

– Niechby to był nawet i John Dillinger z Pretty Boy Floydem, mam to gdzieś! – krzyknął Wyatt. – Jesteś ze mną czy nie, Ace?

– Jestem z tobą – odparł Albert Kaussner cichym, lecz groźnym tonem urodzonego mordercy. Jedną rękę opuścił na rękojeść swego rewolweru Buntline Special z długą lufą, drugą zaś podniósł, żeby się upewnić, czy jarmułka dobrze leży mu na głowie. Leżała jak trzeba.

– W porządku, chłopcy – powiedział Doc. – Chodźmy skopać tyłki Daltonom.

Wszyscy czterej ramię w ramię wyszli przez uchylne drzwi saloonu w tej samej chwili, gdy dzwon kościoła baptystów w Tombstone zaczął bić południe.

Daltonowie nadjeżdżali galopem główną ulicą miasteczka, strzelając w szyby i fasady. Beczkę na deszczówkę przed Sklepem i Niezawodnym Warsztatem Rusznikarskim Duke’a przerobili na fontannę.

Jako pierwszy czterech mężczyzn stojących na zakurzonej ulicy zobaczył Ike Dalton. Odwinęli poły surdutów, by mieć swobodny dostęp do rewolwerów. Ike ostro ściągnął konia, tak że zwierzę z rżeniem wspięło się na tylne nogi. Gęsta piana chlapała mu wokół wędzidła. Ike Dalton wyglądał zupełnie jak Rutger Hauer.

– Kogo my tu mamy! – parsknął. – Toż to Wyatt Earp i jego brat mięczak, Virgil.

Obok Ike’a zatrzymał się Emmett Dalton (który wyglądał jak Donald Sutherland po miesiącu nieprzespanych nocy).

– I ten pedzio dentysta, ich koleżka – warknął. – Kto jeszcze ma ochotę… – Wtedy spojrzał na Alberta i zbladł. Z jego ust zniknął uśmieszek.

Obok swych dwóch synów stanął Paw Dalton. Paw bardzo przypominał Slima Pickensa.

– Chryste – szepnął. – Toż to Ace Kaussner!

Z kolei obok Pawa zatrzymał wierzchowca Frank James. Twarz miał barwy brudnego pergaminu.

– Co, do diaska, chłopcy?! – zawołał. – Chętnie łupię miasteczka w nudne dni, ale nikt mi nie powiedział, że tu będzie Żyd z Arizony!

Albert „Ace” Kaussner, znany od Sedalii po Steamboat Springs jako Żyd z Arizony, zrobił krok naprzód. Jego dłoń zawisła nad rękojeścią buntline’a. Splunął w bok tytoniem, nie spuszczając zimnych szarych oczu z twardzieli, którzy siedzieli w siodłach sześć metrów przed nim.

– No dalej, chłopcy, tylko spróbujcie – powiedział. – Jak dobrze liczę, w piekle jest jeszcze pełno miejsca.

Gang Daltonów złapał za broń w tej samej chwili, gdy ostatni dzwon ogłaszający południe poniósł się z wieży kościoła baptystów w Tombstone w rozgrzane pustynne niebo. Ace sam chwycił rewolwer, szybko jak błyskawica, a kiedy odciągał kurek i posyłał w gang Daltonów chmurę śmierci kalibru .45, mała dziewczynka przed wejściem do hotelu Longhorn zaczęła krzyczeć.

Niech ktoś zamknie tego bachora, pomyślał Ace. O co jej w ogóle chodzi? Nad wszystkim panuję. Nie na darmo nazywają mnie najszybszym starozakonnym na zachód od Missisipi.

Ale krzyk trwał, rozrywał powietrze i sprawiał, że ciemniało. Wszystko zaczęło się rozsypywać.

Przez moment Ace nie był nigdzie – zagubiony w ciemności, w której kawałki snu opadały i wirowały. Jedynym stałym elementem pozostał ten straszliwy krzyk; brzmiał jak pisk przepełnionego czajnika.

Albert otworzył oczy i rozejrzał się. Siedział w fotelu w przedniej części kabiny pasażerskiej lotu numer 29. Z końca kabiny przejściem między fotelami szła dziewczynka, miała z dziesięć, a może dwanaście lat, różową sukienkę, a na nosie okulary przeciwsłoneczne.

Gwiazda filmowa czy jak? – pomyślał, ale i tak się bał. To niedobry koniec jego ulubionego snu.

– Hej! – zawołał, ale cicho, tak by nie zbudzić innych pasażerów. – Hej, mała! O co chodzi?

Dziewczynka raptownie odwróciła głowę w kierunku jego głosu, a jej ciało obróciło się chwilę później. Wpadła na jeden z foteli umieszczonych po cztery w rzędzie pośrodku kabiny. Uderzyła udami, odbiła się, a potem przeleciała do tyłu przez podłokietnik siedzenia po lewej. Wylądowała tam z nogami w powietrzu.

– Gdzie są wszyscy?! – krzyczała. – Pomocy! Pomocy!

– Halo, stewardesa! – zawołał zaniepokojony Albert, rozpinając pas.

Wstał z fotela, odwrócił się w stronę krzyczącej dziewczynki… i znieruchomiał. Patrzył teraz na tył samolotu, a to, co zobaczył, sprawiło, że skamieniał.

Już chyba nie muszę się martwić, że pobudzę innych pasażerów, to było pierwsze, co przyszło mu do głowy.

Z perspektywy Alberta cała główna kabina boeinga 767 była pusta.

7

Brian Engle już prawie dotarł do przegrody oddzielającej pierwszą klasę od klasy biznesowej, gdy uświadomił sobie, że pierwsza klasa jest całkowicie pusta. Przystanął na moment, a potem ruszył dalej. Może inni też wstali, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Oczywiście wiedział, że to nieprawda; dostatecznie długo przewoził pasażerów, żeby poznać ich grupową psychikę. Gdy komuś odbija, tylko nieliczni – jeśli w ogóle – są skłonni się ruszyć. Większość podróżujących drogą powietrzną wyrzeka się indywidualnego działania, gdy tylko wejdzie na pokład, usiądzie w fotelu i zapnie pasy. Po wykonaniu tych prostych czynności wszelka odpowiedzialność za rozwiązywanie problemów spada na barki załogi. Personel lotniczy mówi o pasażerach „gęsi”, ale tak naprawdę to owce… co załodze zwykle całkiem odpowiada. Dzięki temu nad nerwowymi jednostkami łatwiej jest zapanować.

Ale ponieważ Brianowi nie przychodziła do głowy inna choć trochę sensowna odpowiedź, zignorował własną wiedzę i brnął dalej. Wciąż oplatały go strzępy snu, dlatego część umysłu wierzyła, że to Anne tak wrzeszczy, że znajdzie ją w połowie kabiny pasażerskiej z ręką przyciśniętą do pęknięcia w kadłubie samolotu, pęknięcia pod tabliczką z napisem: TYLKO SPADAJĄCE GWIAZDY.

W części biznesowej znajdował się zaledwie jeden pasażer, starszy pan w trzyczęściowym brązowym garniturze. Jego łysina łagodnie połyskiwała w blasku lampki do czytania. Dłonie, opuchłe od artretyzmu, złożył równo na klamrze pasa. Mocno spał i głośno chrapał, nie zważając na całe zamieszanie.

Brian wpadł do części ekonomicznej kabiny i tam wreszcie znieruchomiał, oszołomiony poczuciem niedowierzania. Zobaczył nastolatka stojącego niedaleko małej dziewczynki, która wpadła w fotel po lewej stronie samolotu, mniej więcej w jednej czwartej jego długości. Chłopak jednak nie patrzył na nią; gapił się w głąb kabiny, z ustami otwartymi tak szeroko, że szczęka opadła mu prawie do okrągłego wycięcia T-shirtu z Hard Rock Cafe.

Pierwsza reakcja Briana była mniej więcej taka sama jak Alberta Kaussnera: O Boże, cały samolot jest pusty!

Potem po prawej stronie samolotu zobaczył kobietę, która wstała, żeby sprawdzić, co się dzieje. Miała skołowaną, zapuchniętą twarz osoby gwałtownie zbudzonej z głębokiego snu. W połowie długości kabiny w jednym ze środkowych foteli młody mężczyzna w swetrze z okrągłym wycięciem wyciągał szyję w kierunku dziewczynki i patrzył na nią matowym, obojętnym wzrokiem. Inny, około sześćdziesiątki, podniósł się z fotela niedaleko Briana, a teraz stał niezdecydowany. Miał na sobie czerwoną flanelową koszulę i wyglądał na absolutnie oszołomionego. Z nieuporządkowaną burzą poskręcanych włosów kojarzył się z szalonym naukowcem.

– Kto się tak wydziera? – zapytał Briana. – Panie, jakiś kłopot z samolotem? Chyba nie spadamy, co?

Dziewczynka przestała krzyczeć. Wykaraskała się z fotela, na którym wylądowała, a potem potoczyła się w przeciwną stronę. Chłopak złapał ją w samą porę; poruszał się z otumaniałą powolnością.

Gdzie się podziali ludzie? – pomyślał Brian. Boże, gdzie oni się podziali?

Stopy niosły go jednak naprzód, w stronę dziewczynki i nastolatka. Po drodze minął inną śpiącą osobę, mniej więcej siedemnastoletnią dziewczynę. Rozchylała usta w niezbyt atrakcyjnym grymasie, oddychała długimi, suchymi haustami.

Brian dotarł do nastolatka oraz dziewczynki w różowej sukience.

– Człowieku, gdzie oni są? – zapytał Albert Kaussner. Obejmował ramieniem płaczące dziecko, ale nie patrzył na nie; wzrokiem wciąż krążył tam i z powrotem po opustoszałej kabinie. – Wylądowaliśmy gdzieś, kiedy spałem, i wszyscy powysiadali?

– Moja ciocia zniknęła! – zawołała dziewczynka, płacząc. – Moja ciocia Vicky! Myślałam, że samolot jest pusty! Że zostałam sama! Gdzie moja ciocia? Ja chcę do cioci!

Brian na moment przed nią przyklęknął, aby ich twarze znalazły się na jednej wysokości. Okulary przeciwsłoneczne przypomniały mu, że widział ją wcześniej, gdy wchodziła na pokład w towarzystwie blondynki.

– Wszystko w porządku – powiedział. – Wszystko w porządku, młoda damo. Jak się nazywasz?

– Dina – wyłkała. – Nie mogę znaleźć cioci. Jestem niewidoma, nie widzę jej. Obudziłam się i jej miejsce było puste…

– Co się dzieje? – zapytał młody człowiek w swetrze. Zignorował i Briana, i małą, zwracając się ponad jego głową do chłopaka w T-shircie z Hard Rock Cafe oraz starszego mężczyzny we flanelowej koszuli. – Gdzie reszta pasażerów?

– Wszystko w porządku, Dino – powtórzył Brian. – Są tu inni ludzie. Słyszysz ich?

– T-tak. Słyszę. Ale gdzie ciocia Vicky? I kogo zabili?

– Zabili? – powtórzyła ostrym tonem kobieta z prawej strony kabiny. Brian podniósł wzrok i zobaczył, że jest młoda, ciemnowłosa, ładna. – Kogoś zabili? Porwali nas?

– Nikogo nie zabili – odparł. Przynajmniej miał co powiedzieć. Dziwnie się czuł: jego mózg był jak łódka spuszczona z cumy. – Uspokój się, kochanie.

– Namacałam jego włosy! – nie ustępowała Dina. – Ktoś mu obciął włosy!

W połączeniu z całą resztą wydarzeń to już było zbyt dziwaczne, więc Brian zlekceważył jej słowa. Z uderzającą siłą przemówiła do niego wcześniejsza myśl Diny: kto, do jasnej cholery, pilotuje ten samolot?

Brian wstał.

– Muszę iść do przodu – zwrócił się do starszego mężczyzny w czerwonej koszuli. – Proszę zostać z małą.

– Dobrze – odparł tamten. – Ale co się dzieje?

Dołączył do nich kolejny mężczyzna. Miał około trzydziestu pięciu lat, wyprasowane dżinsy i koszulę z grubej bawełny. W przeciwieństwie do pozostałych sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego. Wyjął z kieszeni okulary w rogowej oprawie, rozłożył je, trzymając za jeden zausznik, i włożył na nos.

– Wygląda na to, że brakuje nam kilku pasażerów, czyż nie? – zauważył. Jego brytyjski akcent był niemal tak nieskazitelny jak jego koszula. – A co z załogą? Czy ktoś wie?

– To właśnie chcę sprawdzić – odrzekł Brian, po czym znowu ruszył naprzód.

Gdy dotarł do czoła części ekonomicznej, obrócił się i szybko policzył ludzi. Do gromadki stłoczonej wokół dziewczynki w ciemnych okularach dołączyło jeszcze dwoje pasażerów. Jednym była nastolatka, która jeszcze niedawno tak spokojnie spała; teraz chwiała się na nogach jak pijana albo upalona trawką. Drugim był starszawy jegomość w wytartej sportowej marynarce. W sumie osiem osób. Brian dodał do tego siebie oraz faceta w klasie biznesowej, który zapewne wciąż drzemał w najlepsze.

Dziesięć osób.

Na litość boską, gdzie pozostali?

Ale to nie pora, żeby się tym martwić – w tej chwili były ważniejsze problemy. Brian pognał naprzód, ledwie zerkając na łysego gościa, który spał w klasie biznesowej.

8

Część dla personelu pokładowego wciśnięta między ekran a pierwszą klasę była pusta. Pokładowa kuchnia także, tam jednak Brian zobaczył coś ogromnie niepokojącego: wózek z napojami stał przy przeciwległym rogu, obok drzwi toalety po prawej stronie. Na dolnej półce znajdowało się kilka używanych szklanek.

Zamierzano podać napoje, pomyślał. Kiedy to się stało – czymkolwiek „to” było – właśnie wyciągnięto wózek. Przedtem zebrano używane szklanki. Cokolwiek się więc wydarzyło, musiało nastąpić w ciągu półgodziny od startu, może nieco później… Czy stewardesa nie wspominała o turbulencjach nad pustynią? Chyba tak. I jeszcze to dziwne pieprzenie o zorzy polarnej…

Przez moment Brian dałby głowę, że tę ostatnią wzmiankę usłyszał we śnie – była dostatecznie dziwaczna – ale gdy się zastanowił, nabrał pewności, że Melanie Trevor rzeczywiście to powiedziała.

Mniejsza z tym, ale co tu się stało? Co, na Boga?

Nie wiedział. Wiedział natomiast, że widok porzuconego wózka z napojami budzi w nim olbrzymie, zabobonne przerażenie. Przeszło mu przez głowę, że tak właśnie musieli się czuć pierwsi ludzie, którzy wkroczyli na pokład dryfującej Mary Celeste, gdy ujrzeli całkiem opustoszały statek pod pełnymi żaglami: kapitański stół zastawiono do kolacji, wszystkie liny starannie zwinięto, a na pokładzie dziobowym w fajce jakiegoś marynarza tliła się jeszcze resztka tytoniu…

Brian z ogromnym wysiłkiem odegnał te paraliżujące myśli, a potem podszedł do drzwi między częścią dla personelu pokładowego a kokpitem. Zapukał. Tak jak się obawiał, nie było odpowiedzi. I choć wiedział, że to bezcelowe, zwinął dłoń w pięść i zabębnił.

Nic.

Szarpnął za klamkę. Nie drgnęła. Standardowa procedura w czasach nieprzewidzianych wycieczek do Hawany, Libanu czy Teheranu – drzwi mogli otworzyć tylko piloci. Brian umiał pokierować tym samolotem… ale nie stąd.

– Halo! – zawołał. – Halo, panowie! Otwórzcie!

Ale przecież zdawał sobie sprawę, że to bez sensu. Zniknął personel pokładowy; zniknęli prawie wszyscy pasażerowie; Brian Engle gotów był się założyć, że dwuosobowa załoga boeinga 767 również zniknęła.

Sądził, że samolot American Pride, lot numer 29, kieruje się na wschód na autopilocie.