Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Cztery noce z księciem ebook

Eloisa James  

3.77777777777778 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 379 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cztery noce z księciem - Eloisa James

Kiedy Mia Carrington miała piętnaście lat, oświadczyła nieznośnemu Evanderowi, przyszłemu księciu Pindar, że wyjdzie za kogokolwiek, byle nie za niego. Choćby był ostatnim mężczyzną na świecie! Ku jej przerażeniu kilka lat później okazuje się, że rzeczywiście pozostał jej tylko on…
Evander ma własne powody, żeby przyjąć desperackie oświadczyny Mii. Stawia jednak warunek: będzie z nią spędzał tylko… cztery noce w roku. I to tylko wtedy, gdy sama będzie go o to błagać.
A Mia nie zamierza go błagać o nic!
Czy coś mogłoby złamać tak mocne postanowienia?

Opinie o ebooku Cztery noce z księciem - Eloisa James

Fragment ebooka Cztery noce z księciem - Eloisa James

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© carlo dapino/Shutterstock

© Zbigniew Foniok

Tytuł oryginału

Four Nights with the Duke

Copyright © 2015 by Eloisa James

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6402-8

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

Wiosna 1787, koncert, Londyńska rezydencja księcia Villiers

Emilia Gwendolyn Carrington już jako piętnastolatka dobrze wiedziała, czym jest piekło. Guwernantka zrobiła jej kiedyś wykład o dziewięciu piekielnych kręgach Dantego.

Pierwszym kręgiem piekieł był dla Mii debiut towarzyski w wieku piętnastu lat. Towarzyszyła jej wynajęta przyzwoitka, bo matka przecież nie żyła. Drugi krąg przyniósł o wiele gorsze poniżenie: ojciec, uroczy wdowiec, miał gorący romans z zamężną księżną, i cała socjeta doskonale o tym wiedziała.

W trzeci krąg weszła niemal rok wcześniej, kiedy zakochała się bez pamięci w synu tej właśnie księżnej. Vander był wyjątkowo wrażliwym, inteligentnym chłopcem (w każdym razie za takiego go uważała). Był też niezmiernie przystojny. Jego twarz przypominała marmurowe anioły, jakie ustawia się na nagrobkach małych dzieci.

A sześć pozostałych kręgów?

Odsłoniły się przed nią bardzo szybko, jeden po drugim. Zaczęło się od tego, że kiedyś udało jej się ubłagać ojca, by zabrał ją na koncert do księstwa Villiers. Miała nadzieję, że będzie na nim obiekt jej westchnień, czyli Evander Septimus Brody, przyszły książę Pindar. Było to całkiem możliwe, bo serdecznie przyjaźnił się z najstarszym synem Villiersów.

Jak się wkrótce okazało, w pałacu przebywała cała horda młodych etończyków, którzy spędzali tam wakacje. Rzeczywiście był wśród nich Vander, który kompletnie ją zignorował. Nie przeszkadzało jej to; wolała ubóstwiać go z daleka. Był zbyt doskonały dla kogoś takiego jak ona.

Poza tym w ogóle nie interesowały go dziewczęta. Podobnie jak reszta kolegów, spędzał czas na popijaniu brandy przed południem, klął jak szewc i w ogólne udawał dorosłego. Mia w końcu schowała się w bibliotece, szukając spokoju wśród wysokich pod sufit półek z książkami.

Właśnie szukała powieści przypominającej jej ulubioną Miłość w nadmiarze Elizy Heywood, kiedy ku swemu przerażeniu usłyszała zbliżających się chłopców. Co gorsza, poznała po głosie Vandera i jego przyjaciela Tobiasa, którego od niedawna zaczęto nazywać Thornem.

Biblioteka była na samym końcu korytarza, więc nie mogła się wymknąć niepostrzeżenie. W panice schowała się za kanapą.

I wtedy wstąpiła w ostatni, najgorszy krąg piekieł.

Chłopcy rozmawiali o miłosnym wierszu.

I to nie o byle jakim wierszu.

Używali sobie na poemacie Pieśń miłosna do E. Septimusa Brody’ego – adresowanym oczywiście do Vandera. Autorstwa samej Mii. Włożyła w te słowa całe swoje serce, uczucie i wylała nad nim morze łez.

Nie był to dobry wiersz. Podobnie jak inne jej autorstwa.

Mimo wszystko należał do niej i powinien bezpiecznie leżeć w szufladzie biurka. Z dala od ciekawskich oczu na koncercie w mieście. A już na pewno z dala od chłopca, dla którego został napisany.

Zrobiło jej się słabo, ale szybko zrozumiała, co się stało. Ojciec znalazł wiersz i pokazał go kochance, żeby ją zabawić, a ona z kolei oddała go synowi. Ten tytuł to był głupi pomysł.

Na szczęście Vander nie rechotał ze śmiechu tak jak reszta towarzystwa. Ani on, ani Thorn nie interesowali się literaturą. Zresztą mało który piętnastolatek się nią pasjonuje.

– Jak myślisz, czy ten kawałek o „promieniach księżyca. co całują morze” to jakaś aluzja? – spytał Thorn.

Mia przewróciła oczami. Co za bzdura. Pewnie ten prostak w dalszym ciągu literuje słowa, zanim je przeczyta.

– Raczej nie – odparł niepewnie Vander. – Wrzućmy go w ogień. Nie chcę, żeby ktoś inny go czytał.

Zanim zdążyła wydać westchnienie ulgi, rozległy się czyjeś kroki.

– Szukam was wszędzie, chłopaki – odezwał się kolejny głos. – Jedna z bliźniaczek Villiersów właśnie się porzygała ze zdenerwowania. Jezu, ale tam śmierdzi!

– Nie rozumiem, po co nas szukałeś, Rotter – odparł Vander chłodno, jak na przyszłego księcia przystało. – Mówiliśmy ci już tydzień temu, że nie chcemy się z tobą zadawać.

– Nie rzucaj się tak, do jasnej cholery – odpowiedział tamten, zupełnie niewzruszony jego tonem. – Co my tu mamy? – Ku przerażeniu Mii po tych słowach rozległ się odgłos szarpaniny i darcia papieru.

Gdyby Dante wymyślił jeszcze dziesiąty krąg, pewnie tak by go urządził. Francis Oakenrott był naprawdę podły. Spotkała go dwa razy, na przyjęciach, na które zaciągnął ją ojciec. Oboje znienawidzili się od pierwszego wejrzenia.

– Wiersz miłosny – wykrzyknął, wyraźnie zachwycony. – Tylko mi nie mów, że romansujesz z baletnicą o literackim zacięciu. Dyro zrobiłby sobie podwiązki z twoich flaków.

– Oddaj to – warknął Vander.

Ale Oakenrottowi udało się wymknąć.

– Jasny gwint, co za bzdury! – wykrzyknął, wybuchając szczekliwym śmiechem. Znowu rozległ się odgłos uderzenia. – Na litość boską, odsuńcie się i dajcie mi czytać. Teraz już nie masz co się kryć. Bo pomyślę, że się wstydzisz.

Mia jęknęła w duchu, zasłaniając twarz poduszką. Chciała umrzeć, chciała zapaść się w szparę podłogi.

– „Z miłości szaleję” – recytował Oakenrott piskliwym falsetem. – Wiecie, można by to wystawić na scenie. Kręcisz się pod tylnymi drzwiami teatrzyków na Drury Lane?

– To kompletna wariatka – stwierdził Thorn. – Komu innemu spodobałby się taki spocony śmierdziel jak ty?

– Jesteś po prostu zazdrosny – odparował Vander. – Na ciebie nawet by nie spojrzała, chyba żeby ją całkiem pogięło. Ani na Rottera.

– Co to za wariatka? – zainteresował się Oakenrott. Zaszeleścił odwracany papier. – Emilia Carrington? Córka kochanka…

– Zamknij się. – W ostrzeżeniu Vandera zabrzmiał groźny ton.

Zapadła wymowna cisza.

– Dobra. Wracajmy do tego arcydzieła literatury. „Nikt mnie nie rozumie” – wygłosił jeszcze bardziej piskliwie. – Podoba mi się ten kawałek o „promieniach księżyca, co całują morze”. Rozumem że ty masz być promieniem, a ona morzem. – Znowu wybuchnął szczekliwym rechotem. W piersi Mii wezbrało łkanie tak silne, że przeszył ją ból.

– Dureń z ciebie – stwierdził Thorn. – Ile ona ma lat?

– Piętnaście – odpowiedział Vander. – Tyle samo co ja.

– „We śnie byłam twoją żoną, upojoną twą urodą”. – Oakenrott odczytał początek następnej zwrotki. Zakwiczał z radości. Vander jęknął głucho.

Potem usłyszała odgłos solidnego policzka. Thorn stwierdził spokojnie:

– Myśl pozytywnie. Spodobałeś się dziewczynie, która ewidentnie posmakowała brandy, a to już coś.

– Na pewno nie tyle co ty wczoraj wieczorem! – odciął się Vander.

Pewnie wszyscy byli pijani na umór. Guwernantka opowiadała jej, że chłopcy, którzy próbują zachowywać się jak dorośli, zawsze piją za dużo.

Oakenrott był bezlitosny. Nie dało się go uciszyć.

– „Blask księżycowy oświetla sprzęty, a twoje oczy są niby perły”. Czy to znaczy, że ona chciałaby ujrzeć twoje perłowe oczy w swoim pokoju?

– Musiałbym sobie wymacywać drogę – odparł Vander. Wyraźnie słyszała rozbawienie w jego głosie. – Jak się ma perły zamiast oczu to nic nie widać.

Wargi Mii bezgłośnie zmełły przekleństwo, którego za nic by nie wypowiedziała.

Oakenrott zagwizdał.

– Perły? Nie mów, że nie wiesz, o jakie perły jej chodzi! O męskie perełki, jak się na nie mówiło w pierwszej klasie. A może sznury pereł? Już nie pamiętam. Coś w tym stylu. Tak czy siak, to pierwszy wiersz o kanapce z wytryskiem, jaki w życiu czytałem!

Wszyscy ryknęli histerycznym śmiechem.

Mia nie miała zielonego pojęcia, co to jest kanapka z wytryskiem, ale domyślała się, że to coś obrzydliwego. Wszyscy chłopcy byli odrażający z natury; przez chwilę o tym zapomniała, bo zakochała się w Vanderze. Wydawał jej się boski. W rzeczywistości okazał się świnią bez serca.

– Nie dała ci jeszcze, prawda? – spytał radośnie Oakenrott. – Jej ojciec mógłby wykorzystać tę linijkę, w której pisze, jak to się zagubiła w twojej słodyczy, żeby zmusić cię do oświadczyn.

– Za nic! – W głosie Vandera zabrzmiało takie przerażenie, że Mia skurczyła się, jakby wąż prześliznął się jej po ciele. – Trochę mi dziwnie z tym, że ona na mnie leci. Inne piętnastolatki chyba nie myślą w taki sposób? Z drugiej strony, skoro ma takiego ojca…

Mia z trudem tłumiła łkanie. Ledwo mogła oddychać. Zrobił z niej kogoś odrażającego, mówiąc, że leci na niego. Wcale tak nie było. Naprawdę.

– Zauważasz czasem, jak się na ciebie gapi? Bo pisze tutaj: „Wpatruję się w ciebie i ciągle mi mało, jak ptak co noc całą na księżyc spogląda”.

– Jak ptak czy jak nocna ćma? – wtrącił Oakenrott. – Może zostanie taką literacką cichodajką. Suweren za wierszyk i suweren za numerek.

– Powiem tylko jedno. Koszmarna z niej poetka – stwierdził Vander. – Nawet ja wiem, że wiersze powinny się rymować.

Co za dureń. Rozdygotana Mia wzięła głęboki oddech. Trzeba się stąd jakoś wydostać. Już dłużej nie wytrzyma.

– Opraw go sobie w ramki – powiedział Thorn. – Żadnej innej nie spodobasz się aż tak, żeby o tym pisała wiersze. Tym bardziej, że twój księżycowy promień jest raczej z tych mniejszych.

Znowu rozległ się chóralny śmiech i odgłosy przepychanki. Świetnie się bawili jej kosztem. Cała dygotała, nawet powietrze w jej gardle drżało. Może to przedśmiertne drgawki. Może zaraz tu umrze i rano znajdą jej zwłoki za kanapą.

– Wiecie co, trzeba uprzedzić chłopaków – stwierdził Oakenrott. – Może ktoś akurat z nią rozmawia, nie mając pojęcia, co to za ananas.

Mia zesztywniała.

– Jeśli teraz jest taka, to co pokaże jako dwudziestolatka?

– Nawet żartem o tym nie mów. Zrujnowałbyś ją – osadził go ostro Thorn. – Ani słowa na ten temat.

– Przecież te wiersze to oczywisty dowód – sprzeciwił się Oakenrott. – Naprawdę ma w sobie coś z dziwki. To widać. Inne dziewczyny mają z przodu jabłuszka albo wręcz czereśnie, a ona całe kapuściane głowy!

Słucham? Kapuściane głowy?

Znowu zdusiła łkanie. Znowu zapadła cisza. Zamarzyło jej się, że Vander mógłby teraz wziąć jej stronę, jak dzielny rycerz. Warknąć: „Zamknij się, Oakenrott. Wcale nie wygląda jak dziwka”.

Ale tak się nie stało.

– Nie warto nikogo ostrzegać – powiedział obojętnie. – Przecież do takiej przygrubej brzyduli nikt się nie odezwie nawet z litości. Zaproszono ją tylko dlatego, że matka chciała przyjść tu ze swoim kochankiem, a on postanowił zabrać córkę. Z litości, i tyle.

Obiekt litości. I do tego przygruby.

Miał rację, i za to znienawidziła go jeszcze bardziej. Rzeczywiście, była przygruba. Inne dziewczęta były wiotkie i wysokie, a ona „drobniutka”, czyli po prostu niska.

I okrągła. To znaczy gruba.

Co za bydlak. Wstrętny bydlak.

Wściekłość bywa przydatna. Wypala wstyd i żal. Wściekłość podniosła Mię na równe nogi i dziewczyna wyszła zza kanapy, zaciskając pięści.

Choć słyszała, jak czytał jej wiersz, choć była wściekła, widok Vandera zaparł jej dech w piersiach. Za długo się w nim kochała, żeby mogło być inaczej.

Był wysoki, umięśniony i szeroki w barach. Widać było, że wyrośnie na prawdziwego mężczyznę.

Zmierzyła go wzrokiem, wydymając wargi. Potem w taki sam sposób popatrzyła na jego kolegów.

Thorn wyglądał na przerażonego, Oakenrott był zaskoczony, ale Vander nic po sobie nie pokazywał. A jej się wydawało, że tyle jest w nim dobrych cech, że jest prawdziwym dżentelmenem, zupełnie innym niż jej niedyskretny ojciec… że ma coś w sobie… Widocznie wszystko to sobie wymyśliła. Z jego twarzy nic się nie dawało wyczytać. A już na pewno nie to, co tak bardzo chciałaby w niej zobaczyć.

– Co my tu mamy… – wygłosiła z wyższością, z zadowoleniem przekonując się, że głos jej nie zadrżał. – Trzech chłopców o tak obrzydliwej wyobraźni, że doszukują się rozpustnych treści w głupim miłosnym wierszyku. – Wyrwała pogniecioną kartkę z dłoni Thorna i przedarła ją na pół. Ten dźwięk wydał się nieproporcjonalnie głośny w ciszy, jaka nagle zapadła w bibliotece. Przedarła drugi, trzeci i czwarty raz, a potem upuściła kawałki papieru na podłogę.

– Może rzeczywiście zrobiłam z siebie idiotkę, bo się zakochałam – powiedziała do Vandera. – Ale nie mieliście prawa wyśmiewać się ze mnie z tego powodu. Ależ byłam głupia, że uważałam cię za dżentelmena, w odróżnieniu od… – przerwała w pół słowa. Ojciec to w końcu ojciec, nawet jeśli się źle prowadzi. – Powinnam być mądrzejsza – dodała. – Powiedziałeś, że jestem nieodrodną córką mojego ojca. No cóż, wygląda na to że ty, lordzie Brody jesteś nieodrodnym synem swojej matki.

Thorn, stojący po lewej, poruszył się, jakby chciał zaprotestować, ale posłała mu takie spojrzenie, że się zamknął.

Vander patrzył na nią bez słowa. Dlaczego wcześniej nie zauważyła, że jego piękne oczy są takie zimne i twarde?

– Zabiorę stąd teraz moje kapuściane głowy i udam się z nimi do salonu – warknęła, unosząc wysoko głowę. Musiała użyć całej siły woli, na jaką była w stanie się zdobyć, by nie wypaść z roli.

– Jeżeli uprzejmie poczekacie tu piętnaście minut, to w tym czasie odnajdę mojego ojca i opuszczę to miejsce.

Żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Co za obrzydliwe tchórze.

Przyszło jej do głowy jeszcze jedno.

– Poza tym, za nic nie wyszłabym za żadnego z was – powiedziała najbardziej lodowatym tonem, na jaki ją było stać. – Nawet gdybym była zdesperowana. Nawet gdybyście byli jedynymi mężczyznami w całej Anglii!

1

Trzynaście lat później

27 sierpnia 1800

Korespondencja z wydawnictwa Brandy, Bucknell & Bendal

Szanowna Panno Carrington,

Będę wdzięczny za wiadomość, jakie są szanse, że prześle nam Pani swoją nową powieść. Jak Pani wie, liczyliśmy, że rękopis dotrze do nas sześć miesięcy temu. Głęboko Pani współczujemy z powodu tragicznej śmierci Pani ojca i brata przed rokiem. Jednak muszę Pani powiedzieć, że jesteśmy zasypywani listami proszącymi o kolejną powieść panny Lucibelli Delicosy. Tytuł, jak Pani wybrała – Serce szatana w ciele anioła – okazał się tak kuszący, że przedsprzedaż już przekroczyła nakłady obu Pani poprzednich powieści wziętych razem.

Pozostaję z głębokim szacunkiem, oczekując pozytywnej odpowiedzi.

William Bucknell, Esq.

Wydawnictwo Brandy, Bucknell & Bendal

PS Załączam najnowszą powieść panny Julii Quiplet. Pamiętam, jak mówiła Pani, że jeszcze nie czytała jej książek. Mam nadzieję, że lektura się Pani spodoba.

4 września 1800 r. Rutherford Park, majątek wiejski księcia Pindara

Mia była wściekła na siebie, że trzęsie się ze strachu niczym bohaterka swojej własnej książki. Zazwyczaj narażała te nieszczęsne kobiety na Śmiertelne Niebezpieczeństwo. Na przykład zostawiała je na brzegu lodowatej rzeki, ścigane przez rozwiązłego dziedzica; kolana uginały się pod nimi, a delikatne dłonie trzęsły się jak osika.

Czytelniczki dopominały się Śmiertelnego Niebezpieczeństwa. Pisanego dużą literą.

Jednak w tej chwili bez wahania wolałaby rzucić się w otchłań wodospadu, niż doznać poniżenia, jakie ją czekało.

Jej dłonie, choć nieporównanie mniej delikatne, również dygotały, więc zacisnęła je w pięści. Majordomus wypowiedział na głos jej nazwisko. Lokaj Vandera, a raczej lokaj księcia Pindara spojrzał na nią z góry, zaskoczony że tak młoda dama przybyła bez przyzwoitki.

Czy takie skrajne poniżenie liczy się jako Śmiertelne Niebezpieczeństwo?

Nie, bo gdyby śmierć z poniżenia była możliwa, to Mia pewnie by już dawno nie żyła. Najpierw był przecież ten okropny incydent z poezją w bibliotece u Villiersów, potem nie miała powodzenia na rynku małżeńskim, a to, co spotkało ją miesiąc temu, było najgorsze ze wszystkiego: narzeczony porzucił ją przed ołtarzem.

Szczerze mówiąc, zawsze dobrze traktowała swoje bohaterki. Śmiertelne Niebezpieczeństwo nie miało nic wspólnego z porzuceniem. Co więcej, jej szczupłe, wiotkie jak wierzbowe witki bohaterki zawsze bezpiecznie unosiły się na falach i docierały do brzegu, zbyt lekkie by zatonąć. Słyszała, że jedna z autorek uśmierciła swoją bohaterkę, sprawiając, że zadziobały ją gołębie. Gołębie?

Na pewno nie w powieści Lucibelli!

Jej czytelniczki miały pewność, że nie będzie żadnych krwiożerczych ptaszysk, żadnych dam porzuconych przed ołtarzem…

Nie zmuszała swoich bohaterek, by się same oświadczały, a już na pewno nie księciu.

To dżentelmeni padali do ich stóp, a nie odwrotnie. Takie były wymogi gatunku. Bóg jeden wie, co groziłoby Lucibelli Delicosie, gdyby rozczarowała czytelniczki. Wydawców zasypałaby lawina listów z wyzwiskami, gdyby któraś z bohaterek doznała takiego poniżenia, jakie teraz czekało Mię.

Przynajmniej nie będę musiała padać Vanderowi do stóp, zreflektowała się w końcu.

To ja tu rządzę.

Ja decyduję.

Zanim przyszły kolejne myśli, wzięła głęboki oddech, oddała służącemu pelisę i stanowczym krokiem ruszyła do salonu. W dzieciństwie spędziła sporo czasu w tej posiadłości, jako że ojciec przez długie lata był w nieformalnym związku z nieżyjącą już księżną. Doskonale znała więc wszystkie pokoje.

Choć główne postaci dramatu – jej ojciec i matka Vandera – rozstali się już z tym światem, w Rutherford Park nic się nie zmieniło.

Odwróciła się do majordomusa:

– Proszę powiedzieć Jego Wysokości, że nie zajmę mu wiele czasu.

– Upewnię się, czy Jego Wysokość przyjmuje – odpowiedział i wyszedł.

Chyba Vander zechce się z nią zobaczyć? Przecież jej tego nie odmówi, choćby ze względu na związki między ich rodzicami? Zdrowy rozsądek podpowiadał jej jednak, że Vander może wcale nie chcieć spotkania, dokładnie z tego powodu.

Na myśl o tym, co ją czekało – to znaczy o oświadczynach – robiło jej się niedobrze, jakby zbyt ciasny gorset nie pozwalał jej oddychać. Wiele lat temu, gdy rzuciła Vanderowi prosto w twarz, że nigdy za niego nie wyjdzie, zobaczyła w jego oczach rozbawienie.

Co będzie, jeśli teraz wybuchnie śmiechem?

Nie była ani szczególnie piękna, ani utalentowana, ani inteligentna… nawet nie miała majątku. Czy ktoś słyszał, żeby stara panna prosiła księcia o rękę?

Mia wzięła kolejny głęboki oddech. W sumie, wcale nie planowała prosić go o rękę. To byłoby żałosne. Zamierzała go zaszantażować, a to już zupełnie inna sprawa.

Wymagająca kawalerskiej fantazji. I odwagi.

Pachnąca kryminałem.

Mogła udawać, że to nie dotyczy jej, tylko bohaterki kolejnej powieści. Zwykle tak się zachowywała. Od wielu lat obserwowała życie, tak jakby stała poza nim. Nie raz rozmawiała ze znudzonymi jak mopsy dżentelmenami, jednocześnie układając sobie w głowie scenę, w której romantyczna, atrakcyjna wersja jej samej jednym słowem rozpala w mężczyznach pożądanie i odchodzi w siną dal.

Kiedy wróci do domu, odmaluje to spotkanie w wyobraźni. Będzie miała fiołkowe oczy i wiotką talię. Nieraz przez całą noc nie spała, opisując przygody jakiejś uroczej, przemiłej dziewoi o gołębim sercu… tylko najbardziej wytrawne czytelniczki rozumiały, że pod słodkimi uśmiechami tych bohaterek kryła się nielicha inteligencja.

Dla odmiany mężczyźni zwykle zauważali inteligencję Mii, ale to ich raczej zniechęcało.

Gdyby życie było takie jak w jej powieściach, Vander wszedłby do salonu, rzucił jej jedno spojrzenie i natychmiast zacząłby się do niej zalecać z taką namiętnością, że temat szantażu w ogóle by się nie pojawił.

W jego błękitnych oczach lśniłoby pragnienie posiadania jej. Przez resztę życia żałowałby tych trzynastu lat, które mógłby spędzić z nią razem, ale stracił je przez swą ślepą, chłopięcą głupotę. Nieustannie wyrzucałby to sobie, wyzywając się w myśli od najgorszych.

Szczerze mówiąc, było to kompletnie nieprawdopodobne. Wiedziała z doświadczenia, że ludzie nigdy nie mają sobie za złe złośliwych docinków. Do tej pory nienawidziła kapusty. Prawie tak samo jak Oakenrotta.

Ogarnęła ją dziwna obojętność. Ona Emilia Gwendolyn Carrington, właśnie zamierza zmusić księcia do małżeństwa. Stara, dwudziestoparoletnia panna, której los nie obdarzył ani fiołkowymi oczyma, ani talią osy, zamierza….

Takie myślenie donikąd nie prowadzi.

Powinna przestać dygotać. Przecież nie robi tego dla siebie. Małżeństwo nie potrwa długo. Potrzebuje tylko pozorów. Vander ma poślubić ją tylko na rok. Tylko w ten sposób będzie mogła zachować prawo do opieki nad swoim bratankiem, Charlesem Wallace’em.

Bratankiem? Szczerze mówiąc, z wielu ważnych względów, Charlie był dla niej jak syn. Jak jej własne dziecko.

Wzięła głęboki oddech. Kobiety potrafiły rzucić się z pokładu statku za dzieckiem, które wypadło za burtę. Walczyły z tygrysami i dzikami.

Czym jest taki książę w porównaniu z drapieżnym ludojadem? Podobno niektóre takie stwory mają zęby tak ogromne, że można je drążyć i używać zamiast łyżek wazowych.

Właśnie.

Kłopot w tym, że jej prawnik, pan Plummer, uparł się, że książę nie może znać prawdziwego powodu tego szantażu, bo w takim wypadku niemal na pewno by ją odrzucił. Żeniąc się z nią, Jego Wysokość nie tylko przejmował opiekę nad małym chłopcem, ale także uzyskiwał kontrolę nad ogromnym ziemskim majątkiem, który sąsiadował z jego włościami. To na pewno wyda się podejrzane wielu arystokratom.

Małżeństwo na pewno wywoła wiele plotek, nawet jeśli nie brać pod uwagę skandalicznego związku, który łączył ich rodziców. Vander prawdopodobnie będzie musiał tłumaczyć się w sądzie, bo wuj Charliego ze strony matki, niejaki sir Richard Magruder na pewno oskarży go o kradzież majątku.

Sir Richard był po prostu okropny. Naturalnie, pragnął dalej władać dostatnią posiadłością Carringtonów – którą pewnie niedługo by zmarnował, wydając krocie na różne procesy sądowe.

Ten człowiek bez trudu mógłby grać rolę czarnego charakteru w jednej z jej powieści. I najprawdopodobniej ją odegra, już w niedalekiej przyszłości.

Vander – Jego Wysokość książę Pindar – był kolejnym głupim, uprzywilejowanym mydłkiem – stwierdziła. Żaden z niego tygrys z kłami, z których można zrobić warząchew.

To się uda.

To się musi udać.

2

Niejaka panna Carrington chce rozmawiać z Waszą Wysokością.

Vander przez chwilę nie miał pojęcia, o kogo chodzi. Potem zdał sobie sprawę, że to musi być Mia, ta nieszczęsna poetka. Nie widział jej od lat, bo od wielu lat przedkładał przebywanie w stajniach nad rozkosze życia towarzyskiego.

– Czy zdradziła powód swojej wizyty?

– Nie, Wasza Wysokość. Jest w salonie, jeśli Wasza Wysokość chciałby z nią porozmawiać. Mogę też jej powiedzieć że o tej porze Wasza Wysokość pracuje. Dodam jeszcze, że jest bez przyzwoitki. Ponadto prawnik Waszej Wysokości już od dłuższego czasu czeka w bibliotece i zaczyna się niecierpliwić.

Ostatni raz widział Mię podczas tej krępującej sceny w bibliotece, kiedy oboje mieli po piętnaście lat.

Co ona sobie do diabła myśli, odwiedzając go z samego rana, bez przyzwoitki? I po co w ogóle go odwiedza?

– Pójdę zobaczyć się z tą panną Carrington – zdecydował i wyszedł z sypialni. Był jej to dłużny, choćby dlatego, że niezbyt zręcznie wybrnął wtedy z sytuacji. Na samo wspomnienie zadygotał lekko. No cóż, był wtedy młody i głupi, ale nie zmienia to faktu, że zachował się jak skończony osioł.

Vander zszedł po schodach, poprawiając mankiety. Pewnie po śmierci ich rodziców rok temu, jej nazwisko zostało równie okryte niesławą jak jego. Nie sposób było ukryć faktu, że księżna Pindar zmarła, leżąc w jednym łóżku z lordem Carringtonem. Cała Anglia wiedziała o tym, że zginęli z powodu zatrucia gazem z wadliwego przewodu kominowego. Ten skandal przeniósł się także na ośmioro innych nieszczęśników, którzy zginęli w tej samej gospodzie. Był wśród nich także brat Mii z żoną, o ile Vander sobie przypominał. To musiał być dla niej koszmarny rok.

Gdy był na ostatnim stopniu, dopadł go prawnik, Grieg, który nagle wyskoczył z biblioteki. Vander jęknął, kiedy usłyszał nowinę. Ewidentnie sir Cuthbert nieopatrznie obiecał sfinansować wyprawę w Andy jakiegoś tam przyrodnika.

Ponieważ jedynym źródłem dochodów wuja Chuffy’ego była comiesięczna renta, którą błyskawicznie przepuszczał na aksamitne marynarki i flaszki czegoś mocniejszego, nie powinien składać takich obietnic. Zdaje się, że obszedł jednak tę drobną niedogodność, ponieważ wypisał kwit z oświadczeniem, że ekspedycję sfinansuje książę Pindar.

Trzeba będzie wyjaśnić Chuffy’emu, że wszystkie pieniądze zostały zainwestowane w stajnie i że tym razem nie da rady sfinansować tej ekspedycji. I w ogóle żadnej ekspedycji.

Jeśli chodzi o Mię Carrington, to z dawnych czasów pamiętał jedynie, że miała pucołowatą buzię i fantastyczne piersi.

Teraz twarz jej zeszczuplała. Piersi pewnie gdzieś tam miała, ale zasłoniła je jakąś ponurą kiecką domowego wyrobu, która osłaniała ją aż pod brodę. Wyglądała jak zakonnica misyjna. Może nawet nią była?

Przez moment jej współczuł. Takie religijne odchylenia, jeżeli je miała, pewnie były reakcją na ich rodziców, którzy bez oporów drwili ze świętej instytucji małżeństwa, Ale jeżeli przyszła tu, żeby go nawracać…

– Wasza Wysokość – powiedziała, dygając. – Jak to wspaniale, że znowu się widzimy.

Czy ta nuta w jej głosie to był sarkazm? Na pewno nie. W końcu to ona przyszła do niego z wizytą, bez zaproszenia, a nie na odwrót.

Skłonił się. Kiedy się wyprostował, zobaczył, że skrzyżowała na piersi dłonie w rękawiczkach i obserwuje go bacznie, jak aktora na scenie.

Dziwne.

– Czym mogę służyć, panno Carrington? – zapytał.

– Przyszłam prosić o przysługę.

Odetchnął. Pewnie ta cnotka wyjeżdża na misję, żeby odkupić rozpustne zachowanie ojca. Będzie prosić o pieniądze. Był przyzwyczajony do takich próśb. Wszyscy jego znajomi i przyjaciele z wyjątkiem Thorna, w którymś momencie chcieli od niego pieniędzy. Nieodłączna część bycia księciem.

Darowizna pozwoli mu się pozbyć resztek poczucia winy, że wtedy zranił jej uczucia.

– Bardzo chętnie pani pomogę – powiedział. – Zechce pani usiąść? Napije się pani herbaty? Zaraz zadzwonię.

Stała nieruchomo jak drzewo, tylko mocniej zacisnęła dłonie.

– Być może nie będzie pan aż tak szczodry, gdy usłyszy pan, o co proszę.

– Choćby dlatego, że znamy się od dziecka, zapewniam, że zgodzę się udzielić pani wszelkiej pomocy – odparł z ostrożnym uśmiechem, zastanawiając się, jak szybko uda mu się jej pozbyć z tego pokoju. Pieniądze może jej przecież dać sekretarz.

– O jaką kwotę pani prosi?

Miała taką delikatną linię szczęki. Zauważył to, zanim zacisnęła usta, jakby bezgłośnie zgrzytnęła zębami. W dzieciństwie przypominała tłustego gołębia, kiedy wypinając brzuch, wyciągała krótkie nóżki, żeby go dogonić.

Zresztą nigdy jej się to nie udało.

– Panno Carrington – zaczął, gdy nie odpowiadała. – Rozumiem, że zbiera pani na dobroczynność i zapewniam, że chętnie się dołączę.

– Nie – odpowiedziała, znowu zaciskając zęby. – Przyszłam prosić o coś zupełnie innego.

– Chętnie pani pomogę – powiedział, pozwalając, by w jego głosie zabrzmiał cień zniecierpliwienia.

– O małżeństwo – wyrzuciła w końcu i zrobiła głęboki wdech.

Patrzył na nią w kompletnej ciszy.

– Chcę, żeby się pan ze mną ożenił – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

– Słucham? – Zmarszczył brwi.

– Oświadczyłam się panu – stwierdziła i zamknęła usta.

Mało brakowało, a potrząsnąłby głową, by się upewnić, czy się nie przesłyszał. Chyba coś z nią nie tak, chociaż obłęd był dziedziczny w jego rodzinie, a nie w jej. Mimo wszystko, chyba jednak zwariowała, bo patrzyła na niego wyczekująco, jakby była jakakolwiek szansa, by potraktował jej słowa poważnie.

Odchrząknął.

– Bardzo mi miło – odpowiedział. To musi być jakiś podstęp… – Muszę jednak panią poinformować, że na razie nie planuję ożenku.

Przez jej twarz przemknęło jakieś uczucie – czyżby rozczarowanie? Czy to możliwe?

– Pewnie pan myśli, że zwariowałam. Obawiam się, że częściowo ma pan rację.

– Rozumiem. – Vander, wbrew wszystkiemu, zaczął się dobrze bawić. W końcu to jej rodzina zrujnowała jego rodzinę. Jej ojciec uwiódł przecież księżną i wystawił ją na pośmiewisko całej arystokracji

A teraz córka Carringtona ma czelność pomyśleć, że on zechce się z nią ożenić? Jak widać, nikomu w tej rodzinie nie brakuje jaj.

Nawet kobietom.

– Więc rozgląda się pani za mężem – powiedział uprzejmie. – I pomyślała sobie pani: „hop siup, może złapię księcia?”.

– To nie było miłe – odpowiedziała, mrużąc oczy.

Miały piękny zielony kolor i ocieniały je grube rzęsy. Zresztą wcale przez to nie była bardziej atrakcyjna; raczej wręcz przeciwnie. Jemu podobały się słodkie błękitne oczy barwy letniego nieba.

– Niechże pani w końcu usiądzie – powiedział. – Zaloty to strasznie męcząca rzecz, prawda?

Po dłuższej chwili podeszła do fotela stojącego naprzeciw niego i – niech to jasny piorun strzeli – znowu zaczęła swoje.

– Ożeni się pan ze mną, Wasza Wysokość?

– W żadnym razie. – Te słowa zabrzmiały jak wystrzał z pistoletu. – Zważywszy na historię naszych rodzin, jest pani ostatnią kobietą, z którą wziąłbym ślub. O ile mnie pamięć nie myli, jakiś czas temu powiedziała mi pani to samo, więc nie mam pojęcia, skąd ta nagła odmiana.

Była chora na umyśle. Tylko taka kobieta mogła ni z tego, ni z owego oświadczyć się księciu, w dodatku przekonana, że się zgodzi. Miała jakieś omamy.

– Proszę sobie wyobrazić, jaki skandal wywołałoby nasze małżeństwo – zauważył.

– Wiem, że nasz związek będzie obiektem zainteresowania – odpowiedziała spokojnie, jakby rozmawiali o pogodzie. – Próbuję uodpornić się na plotki. Poza tym postrzegam teraz związek naszych rodziców jako coś w rodzaju tragicznej historii miłosnej.

– Owszem, to była tragedia – przytaknął, przeciągając słowa. – Twój podły ojciec uwiódł moją matkę, zrobił z niej dziwkę i okrył hańbą moje rodowe nazwisko.

Zacisnęła palce na oparciu krzesła, ale poza tym nie dała po sobie poznać strachu.

– Nasi rodzice się kochali, Wasza Wysokość. Ich związek nie został usankcjonowany przez społeczeństwo, ale z tego, co zaobserwowałam, w zaciszu domowym prowadzili życie tak przykładne, że aż nudne. Gdyby nie tragiczny wypadek, który odebrał im życie, jestem pewna, że byliby razem jeszcze długie lata.

Vander stłumił drżenie. Nienawidził Carringtona najbardziej ze wszystkich mężczyzn. Ta nienawiść towarzyszyła mu od tak dawna, że stała się wygodną wymówką, więc nie zamierzał zmieniać zdania.

Od lat robił wszystko, by nigdy nie przebywać z nim pod jednym dachem, nawet jeśli przez to czasem musiał nocować w stajni.

W związku z tym nie widział się z matką od wielu miesięcy przed jej śmiercią.

Poczucie winy sprawiło, że odpowiedział ostrzej, niż zamierzał:

– Panno Carrington, nie wiem, czemu uważa pani, że wezmę pani prośbę pod uwagę, nie wspominając o jej spełnieniu. Kiedy – i jeżeli – postanowię się ożenić, sam wybiorę sobie żonę, i sam się jej oświadczę.

Do licha, to zabrzmiało absurdalnie. Nie miał aktualnie kochanki, ale gdyby miał, nikt w całej Anglii nie pomyślałby, że to niewysoka, pulchna kobietka ubrana jak misjonarka.

– Dlaczego, do diabła, wybrała sobie pani w tym celu mnie ze wszystkich ludzi wokół? – zapytał z autentycznym zaciekawieniem. – W Anglii są miliony mężczyzn, których mogłaby pani poprosić o rękę, jeżeli koniecznie chce pani postępować wbrew utartym zwyczajom i sama się oświadczyć. Choć szczerze mówiąc, nie uważam tego za dobry pomysł.

Pomimo tej okropnej sukni widać było, że biust ma równie bujny jak przedtem. Wręcz fascynujący. Gdyby wystawiła go na pokaz, mogłaby przebierać w kandydatach jak w ulęgałkach. On sam wolał wysokie, wiotkie damy, ale znał mnóstwo mężczyzn, których ideałem była Wenus w formacie kieszonkowym.

Poza tym to nie jej matka się puszczała. Mężczyzna, który uczynił z księżnej swoją kochankę, nie był aż tak napiętnowany.

– Ma pani posag, prawda? – zapytał, bo nie odpowiedziała na jego poprzednie pytanie. Ziemie jej rodziny przylegały do jego książęcego majątku, więc wiedziałby, gdyby tam się działo coś złego. Z tego, co ostatnio słyszał, majątkiem zarządzał niejaki sir Richard Magruder, bo spadkobierca fortuny był nieletni. Niezbyt szanował tego człowieka, ale podejrzewał, że da sobie radę z tym zadaniem.

– Owszem, mam. – Zawahała się na moment, ale potem wyciągnęła pożółkłą kartkę, poskładaną w niewielki kwadracik. – Mam również to.

– Do ciężkiej cholery – jęknął Vander. – Tylko nie kolejny wiersz. Nie znam się na literaturze, panno Carrington. Liryka nie wpłynie na moją decyzję.

Na jej policzki wypłynął zaskakująco uroczy rumieniec.

– Nigdy bym… – pohamowała się i zaczęła od nowa. – Nie, to nie wiersz. To list.

Zmrużył oczy, czując lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa, gdy nagle zrozumiał, co się dzieje.

– Chce mnie pani zaszantażować? Jakimś odrażającym tekstem, który moja matka napisała do pani ojca?

Wstał, jednym krokiem znalazł się za jej fotelem, pochylił się i oparł się o jego wezgłowie.

– Niech to pani opublikuje i do diabła z panią, kobieto. Niech się pani smaży w piekle.

Wpatrywała się w swoje dłonie. Nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem, choć był tak blisko, że niemal stykali się czołami. Pochwycił delikatny aromat wiciokrzewu – zaskakujący u kogoś, kto odziewał się w grubo tkaną wełnę.

– Rozumiem, że planowała pani zmusić mnie do małżeństwa? – zapytał przez zaciśnięte zęby, wściekły, że jego ciało zareagowało na jej bliskość. – Do diabła z tym. Niech pani zainkasuje sumkę, którą dają pani za ten list pismaki z Grub Street, bo bardzo się pani przyda. Ostrzegam. Zrujnuję panią za to.

– Nie chciałby pan najpierw przeczytać tego listu? – W końcu spojrzała mu w oczy.

– Sądząc po rozwiązłości mojej matki, list jest pewnie romantyczny do obrzydzenia. Pewnie pełno w nim promieni księżycowych i pereł. Prawda?

Skrzywiła się i zbladła jeszcze bardziej. Ale była równie odważna jak wtedy.

Odchrząknęła i znowu spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie wyszedł spod pióra pana matki, tylko ojca – sprostowała.

To go zaskoczyło.

– Ojciec przez większość życia przebywał w prywatnym zakładzie i pani wie o tym równie dobrze jak ja. Wątpię, czy zarobi pani choć pięć funtów, publikując jedną z jego wariackich tyrad.

Zapadła chwila ciszy.

– Wasza Wysokość – powiedziała w końcu. – Proszę przeczytać ten list.

Vander zmierzył ją spojrzeniem, ale w końcu wziął od niej kartkę, wygładził ją i odsunął się o krok. List na pewno napisał książę; Vander wszędzie rozpoznałby jego pismo. Datowany był na długi czas przed uznaniem go za niepoczytalnego, ale charakter pisma wyraźnie temu zaprzeczał.

Gdy ojciec miał atak szału, sposób, w jaki pisał, odzwierciedlał stan jego umysłu. Tekst był rozrzucony po całej kartce, a litery pochylały się na wszystkie strony, jakby rozdmuchane porywem wichury. Nieraz ze szpitala przychodziły dwudziesto- albo trzydziestostronicowe listy, pełne żądań, ponagleń… i kompletnie niezrozumiałe.

Przeczytał list.

Potem przeczytał go jeszcze trzy razy i starannie złożył w kwadracik.

– Jeśli pani to opublikuje, odbiorą mi tytuł i majątek.

Spoglądała z powagą, wcale nie z triumfem.

– Obawiam się, że to prawda.

Vanderowi kręciło się w głowie.

– A więc mój ojciec zdradził Koronę.

Myślał, że jego rodzina upadła na dno, kiedy matka zmarła w ramionach Carringtona, ale okazało się, że może być jeszcze gorzej.

Niewierność, obłęd, a teraz do tego zdrada stanu.

– Obawiam się, że tak.

– Wątpię, że mógłby zabić króla, nawet gdyby wysłał to zlecenie. Ojciec nie miał wstępu na dwór. O ile wiem, wszyscy go unikali, nawet w szkole. Jego emocje były zbyt biegunowe i nieprzewidywalne, więc nikt nie chciał przebywać w jego towarzystwie.

Ten cios sprawił, że nie mógł pozbierać myśli. Tytuł książęcy był kluczem do wszystkich rzeczy, które się dla niego liczyły: do stajni, majątku, dzierżawców. Wszystko powróci pod zarząd Korony. Konie były dla niego całym życiem, pozwalając zapomnieć o rozczarowaniach dzieciństwa i skandalach wywoływanych przez rodziców.

Słowa popłynęły bez udziału świadomości. Klął jak szewc, ordynarnie, słowami których nigdy by nie użył w obecności damy.

Tylko czy ona była damą?

Nie. Była cholerną szantażystką.

Zacisnęła wargi, choć udawała, że go nie słyszy.

– Pomimo tego listu nie przypuszcza pani chyba, że ją poślubię. – Na moment stracił panowanie nad sobą, ale zaraz je odzyskał. Za nic nie znieważy kobiety, nawet takiej, która próbuje nagiąć go do swej woli.

Tyle że ona nie okazała nawet cienia strachu.

Nie, Mia Carrington wyglądała jak Amazonka… jeśli wśród tych wojowniczek były także drobniutkie łuczniczki. Było to dziwnie prowokujące.

Tylko że on czuł się jak lokaj wezwany do sypialni, żeby zadowolić milady. Za nic tego nie zniesie.

– Wiele lat temu powiedziała pani, że za nic za mnie nie wyjdzie, nawet gdybym był ostatnim mężczyzną na ziemi. Co się zmieniło, do diabła? Oprócz tego, że oboje mamy jeszcze gorszą reputację niż w młodości? Dlaczego, na Boga, chce się pani tak skompromitować, panno Carrington?

3

Skompromitować się? – Mia nigdy w życiu nie słyszała tyle gniewu w czyimś głosie. Ani takiego chłodu.

Gdyby natura obdarzyła ją urodą i powłóczystym spojrzeniem, te oświadczyny nie byłyby tak poniżające. Ale w tej sytuacji… coś się w niej dosłownie kurczyło z zażenowania. Coś w niej? Wszystko!

– Nie uważam, by oświadczyny były kompromitacją – odpowiedziała niezgodnie z prawdą, zmuszając się, by mówić spokojnym, niskim głosem. – Załatwiłam już specjalną licencję i chciałabym wziąć ślub jak najszybciej.

Zamiast gromu z jasnego nieba, usłyszała kolejny wybuch śmiechu, w którym brzmiała furia.

– Żartuje sobie pani. Naprawdę pani myśli, że ożeniłbym się z kimś takim? – Oszacował ją wzrokiem od stóp do głów.

Zamilkła i z trudem przełknęła ślinę. Próbowała nie myśleć o swojej urodzie – a raczej o jej braku – i przez większość czasu jej się to udawało.

– Nie, pani nie żartuje. – Nie ruszył nawet palcem, ale poczuła w powietrzu niebezpieczeństwo, jakby potrafił odwrócić się i trzasnąć pięścią w okno, gdyby stracił panowanie nad sobą. Zresztą, zaledwie chwilę temu wyrzucił z siebie parę słów, jakich nigdy w życiu nie słyszała.

Zmusiła się, by odpowiedzieć.

– Mój prawnik uzyskał licencję. Miałam nadzieję, że weźmiemy ślub za kilka dni. Najpóźniej za tydzień, Wasza Wysokość.

– Niewiarygodne. Nie wyjaśniła mi jednak pani jednej ważnej rzeczy. A pytałem o to już kilka razy. Dlaczego chce pani za mnie wyjść? Dla ambicji? Och, mój Boże – mówił dalej, nie czekając na jej odpowiedź. – Chce się pani zemścić za tamtą historię z poezją, wiele lat temu?

– Oczywiście, że nie! Zresztą, to nieważne. – Mia wyjęła z torebki kolejną złożoną kartkę. – Może pan zachować list swojego ojca, Wasza Wysokość. Pozwoliłam sobie spisać tu moje wymagania odnośnie do naszego małżeństwa.

– Wymagania? – powtórzył jak echo.

Miał wrażenie, jakby nagle znalazł się w innym świecie. Kobiety się przecież nie oświadczają. Nie spisują wymagań dotyczących męskiego zachowania, ani po ślubie, ani w ogóle.

– Warunki małżeństwa. Proszę bardzo. – Położyła dokument na bocznym stoliku.

Zrobił krok ku niej i złapał ją za zdumiewająco drobny nadgarstek.

– To jest bez sensu.

Próbowała się wyrwać, ale bezskutecznie; potrafił przecież utrzymać konie, które były od niej o wiele wyższe i ważyły co najmniej dziesięć razy tyle.

– Chodzi ci o status społeczny? Czy też ojciec kazał ci to zrobić przed śmiercią?

Umknęła spojrzeniem w bok. Zatoczył się jak uderzony obuchem.