Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 400 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cztery listy do Pana Boga - Ewa Krzywiec

Boleśnie typowa historia domu, w którym rządzi alkohol - mąż pije na umór, pastwi się nad rodziną, żona jednak nie potrafi się z nim rozstać, przyjmując narzucone powszechnie absurdalne przekonanie, że "lepszy taki ojciec niż żaden". Sąsiedzi, nauczyciele, czy nawet ksiądz w żaden sposób nie reagują - w ich wsi pijaństwo jest porządku dziennym, a zresztą boją się agresywnego mężczyzny. Hania jest do tego stopnia zastraszona i jednocześnie zobojętniała, że nawet pobicie do nieprzytomności najstarszej córki i brutalny gwałt na niej samej, i to na oczach dzieci, nie skłaniają jej do opuszczenia tyrana. Jedyną osobą, która usiłuje wyrwać Hanię z tego piekła, jest jej siostra. Dzieci bardzo chciałyby też coś zdziałać, są jednak za małe, by sprostać problemowi - piszą więc tylko listy do Pana Boga...

Opinie o ebooku Cztery listy do Pana Boga - Ewa Krzywiec

Fragment ebooka Cztery listy do Pana Boga - Ewa Krzywiec

Ewa Krzywiec
Cztery listy do Pana Boga
© Copyright by Ewa Krzywiec 2011Korekta: Magdalena GeragaProjekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-293-3
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Nie ma gorszego upokorzenia

niż bać się bliskiego człowieka

Wszystkie wydarzenia, osoby, nazwy miejscowości, nazwiska

i imiona ludzi są tylko fikcją literacką.

– Wyłaź, wyłaź! – krzyczał Michał. W pierwszej chwili nie wiedziałam na kogo. Dobrze było mi w dziupli. – Wyłaź! Zośka! Bo nas pozabija, rozumiesz?! – darł się jak rozwścieczony kojot, gotowy do zdobycia pożywienia pomimo wszystko. Pomimo wszelkich przeciwności. Tym razem pożywieniem byłam ja, a mój brat tylko nośnikiem złej energii naszego ojca. Nie miałam zamiaru jeszcze schodzić, ale musiałam się jakoś wytłumaczyć przed Michałem i zażegnać niebezpieczeństwo.

– Powiedz, że zaraz będę! – krzyknęłam. – Wymyśl coś, jeśli jest tak strasznie!

– Złaź, mówię, bo w końcu wydam, gdzie tak przesiadujesz! Zawsze gdzieś cię nosi, a my obrywamy!

Po takim stwierdzeniu musiałam wyjść. Znowu musi być krzyk, płacz, bicie i wrzaski, bo tylko to uspokaja naszego ojca. Tak jak kupa czerwonego, krwistego mięsa z zagryzionego zwierzęcia uspokaja rozjuszonego lwa. Dziwne są czasami prawa natury. Łańcuszek zależności pokarmowych i prawo zwierzchnictwa silniejszego nad słabszym sprawdzało się w naszej rodzinie. Coraz bardziej przestawałam wierzyć w sprawiedliwość i jakiekolwiek prawa tego świata.

*

Odkąd pamiętam, zawsze byłam częścią społeczności, w której królem i bohaterem był alkohol. W naszym domu to on zajmował szczególne miejsce. Zawsze był pierwszy. Wszyscy myśleliśmy o nim albo o konsekwencjach, jakie zgotował nam każdego dnia. Nie potrafiliśmy wyrzucić go z naszego życia. Każdego następnego dnia fundował nam coraz to nowe niespodzianki. Byliśmy z nim związani. Nie mogliśmy tak po prostu go wyrzucić, bo on był związany z naszym ojcem. Nasze codzienne życie było podporządkowane fanaberiom naszego ojca, jego potrzebom i zachciankom. Szybko stawaliśmy się dorośli, przejmowaliśmy ich obowiązki.

Mieszkaliśmy w dużym budynku, gdzie było dużo pomieszczeń, ale nie było miłości ani zrozumienia. Nasze życie wyglądało jak stara, zniszczona maszyna, która potrzebuje natychmiastowej naprawy, a nie ma na to pieniędzy. W dzieciństwie nauczyłam się odpowiedzialności, przede wszystkim za bliskich. Każdy nowy dzień przynosił niespodzianki, na które nie mieliśmy wpływu. Każdy z nas miał masę obowiązków w domu, które zawsze wykonywaliśmy sumiennie. Nie było dla nas wakacji ani wycieczek, nie było szczególnych rozrywek. Najczęściej podglądaliśmy starsze dzieci albo zwierzęta. Moi starsi bracia zrobili bazę na drzewie. Kilka zbitych desek na rozłożystej lipie, w rogach niskie ławki i niewielki daszek z reszty desek. Nasze małe królestwo. Tam zawsze był spokój, można było obserwować ptaki i spokojnie pisać. Tam pisałam listy do Boga, do losu, do ludzi. Swoje żale i przemyślenia spisywałam na papierze. Później chowałam w słoik i wsadzałam do dziupli. Myślałam, że w ten sposób zaczaruję jakoś rzeczywistość. Czasami godzinami siedziałam i słuchałam ptaków. Taka cisza zawsze uspokaja… Ale po zejściu z drzewa nic się nie zmieniało. Nikt nie odczarował mojej rzeczywistości… Zabierałam też czasem Irkę albo Wojtka, wtedy wymyślaliśmy fajne zabawy. Wojtek zawsze wygrywał w statki albo w skreślanki. Wtedy, kiedy byłam sama, pisałam listy.

Panie Boże!

Rozpoczynam mój list do Ciebie może dziesiąty już raz i niewiem, czy zdążę go skończyć? Nie wiem, czy dam radęprzekonać Ciebie do pomocy. Dalej tak być nie może. Podobnojesteś i widzisz to wszystko z góry. Widzisz moje upokorzenia,widzisz naszą niemoc, widzisz tę straszną biedę, nędzę i brakjakichkolwiek perspektyw.

Jesteś Wszechmocny, Wszechwiedzący, Dobroczynnyi Sprawiedliwy. Więc zrób coś! Proszę Cię…

Ty masz wszystko, nie potrzebujesz zeszytów, bo wszystko jużwiesz i nie musisz się uczyć. Nie chodzisz do szkoły i nikt sięz Ciebie nie śmieje, że masz zniszczone, rozsypujące się buty,a twoje spodnie są tak sprane i stare, że wszyscy oglądają się zaTobą z politowaniem.

Czujesz te spojrzenia i nic nie możesz zrobić, nie możeszw kółko bić się ze wszystkimi albo pokazywać im języka. Bo taknie wolno, bo Ty się pogniewasz, bo to grzech, bo tak niewypada.

Nie możesz ciągle być obrażona na wszystkich, bo to i taknic nie da. Bo skoro Bóg ci nie pomoże, to kto?

Ciągle słyszę tylko: „…Bóg ci pomoże”. Jeżeli możesz… Nie,tak nie mogę pisać do Ciebie. Mama by powiedziała, że nie mapokory w moim pisaniu. Ale ja nie chcę już być takapokorna.

Wybacz, Panie Boże!

I znowu następny, i jeszcze jeden… Niekończące się listy bez odpowiedzi. Mama opowiadała nam czasami o tym, jak ludzie pisali listy, wsadzali do butelek i wrzucali do wody. Czasami, po wielu miesiącach, ktoś odnalazł butelkę, i to w najmniej spodziewanym miejscu. Czasami ludzie wstydzili się swoich uczuć i wyznawali komuś miłość z nadzieją, że ten ktoś to dostanie. I ja pisałam też zawsze z nadzieją. Takie moje SOS.

Bardzo Cię proszę, Panie Boże, zmień ten świat!

Ty wszystko możesz, więc zmień tę naszą męczarnię,przecież ja nie chcę bardzo dużo, tylko trochę spokojui bezpieczeństwa. Siadam tu ciągle i czekam na rozmowęz Tobą, a Ty nigdy się nie odzywasz, nie pocieszysz, nieobiecasz, że ten koszmar się skończy. Chciałabym usłyszeć, że towszystko, co się dzieje, to tylko zły sen, i tak jak we śniewszystko skończy się wraz z nastaniem dnia.

Ale to nie mija, nie przechodzi, nie kończy się, jest prawietak samo, albo podobnie jak wczoraj, i ja nic nie mogęzrobić. Odezwij się chociaż raz, albo daj poznać, że napewno jesteś, niech nie mówię do samej siebie, albo lepiejpowiedz mi, jak zrobić i co zrobić, żeby mój świat byłlepszy, przecież ludzie, o których myślę i mówię, to moinajbliżsi.

Powinno być bezpiecznie tam, gdzie są najbliżsi, gdzierodzina, Dom, mama i tata. A nie jest… Dlaczego…?

Pozwól, Panie Boże, chociaż raz obudzić się w pięknymświecie, gdzie nie ma obłudy, nie ma pijaństwa, nie maznęcania się nad słabszym.

Bardzo Cię proszę, spróbuj zrozumieć i odmienić mój małyświat. Zrób coś, by ludzie zrozumieli granicę między dobrema złem, między głupotą a mądrością, żeby pojęli, jak małopotrzeba, żeby człowiek był szczęśliwy i zadowolony.

Panie Jezu, pozwól moim małym braciom i siostrom żyćspokojnie i szczęśliwie. Pozwól dzieciom być po prostu dziećmi.Jeśli możesz, zabierz już mojego Tatę, bo my już nie możemyz nim wytrzymać.

Nie wiem dokąd. Ale weź go ze sobą albo zmień coś w tymczłowieku.

Kolejny raz siadam i kolejny raz zadaję sobie to samopytanie, czy wreszcie wysłuchasz mnie i coś z tym zrobisz. Niemogę zapomnieć i przestać czuć tych razów, nie mogę udawać,że nie słyszę płaczu moich sióstr i braci.

Chcę zapomnieć i wymazać z pamięci przerażony wzrokmatki, wyrzucić wszystko to, co niepotrzebne, niemiłe.Te rany są jak ropiejące krosty. Nie można ich niczymwyleczyć. A może jest jakieś lekarstwo, to podpowiedz jakie.Ty nic nie czujesz, czy nie chcesz czuć, a może jednoi drugie?

Po każdej awanturze choć na kilka minut chowałam się w domku na drzewie i pisałam to wszystko, co bałam się powiedzieć głośno. Czekałam na jakąś zmianę…

Mój Panie!

Czy jest coś, co możesz mi dać? Ja tak niewiele potrzebuję,tylko spokoju i ciszy, wybaczenia i przekonania, że jutro będzielepiej. To nic nie kosztuje.

Pozwól mi wierzyć jeszcze w drugiego człowieka, pozwól miufać Tobie.

Czekam na ten wymarzony, jedyny dzień, kiedy ten koszmarsię skończy…

*

Dzisiejszy dzień zaczął się bardzo spokojnie, więc bez żadnego zastanowienia się mogłam dłużej posiedzieć na drzewie.

– Zosiu, Zosiu! – ciągle dochodzi do mnie wołanie mamy, głos coraz natarczywiej woła, a ja, skulona w schowku na drzewie, nie wiem, czy wyjść czy skończyć mój list. Zastanawiam się: co zastanę, jak stąd wyjdę?

Powoli wynurzam głowę z naszego schowka. Marzę. Wyobrażam sobie, że idę wysokim chodnikiem, który się nie kończy, jest piękny dzień, świat kolorowy, a ja bardzo szczęśliwa.

Moje oczy widzą cudowny świat, fascynujących ludzi i roześmiane dzieci. Zawsze szczęście kojarzy mi się z pięknymi barwami, z ciepłem, słońcem i wesołym śmiechem. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak powinien wyglądać nasz dom. Wiem nawet, jakie kapcie przynosiłabym tacie, gdyby był zmęczony. Widzę wesołych i szczęśliwych ludzi wokół, często zamykam oczy i marzę… i czekam. To przecież takie niewielkie marzenia, bo nie marzę o królestwie ani o kolorowych ciuchach. Marzę o normalności. Mam swój własny obraz naszej rodziny, naszego bytowania… Jakiż on inny niż ten dzisiejszy. Taki mój wymyślony tylko na moje potrzeby. Ten obraz nie pasuje nijak do rzeczywistości. Ta rzeczywistość jest zbyt szara, bura, smutna…

Tymczasem wieś przygotowuje się do odpoczynku, słychać dziwny dźwięk szemrzących krowich łańcuchów, czuć słodkawy zapach świeżego mleka i cichy pośpiech, który zapowiada spokój i nadchodzącą noc. Ludzie bardzo ciężko pracują, więc należy im się odpoczynek.

– Maniek!!! – wrzasnęła sąsiadka koło mojego ucha i to przywróciło mi ziemskie myślenie.

– O, Zosia! – zdziwiła się wyraźnie na mój widok. Przybierała takie miny, jakby widziała mnie pierwszy raz. – A nie widziałaś ty naszego Mańka? Nie wiem, gdzie się dziś cały dzień podziewał…

Nareszcie, pomyślałam, może się zainteresowała wreszcie swoją rodziną. Chciałam coś bardzo niegrzecznego jej odpowiedzieć, ale w porę się powstrzymałam. Renia ciągle chodzi, nigdy nie ma jej w domu i nigdy się niczym nie zajmuje. Jest taka trochę niedokończona, jak mówi ciotka Róża. Czasami głupio się śmieje, to innym razem głośno płacze, spazmuje bez żadnego powodu. Jest za to bardzo ładna, wysoka. Ciemne, długie, kręcone włosy, ładna, śniada cera i piękne zęby. Tylko rozum nie taki jak trzeba. Zawsze miała adoratorów. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jest trochę upośledzona, nie przeszkadzało to nikomu do czasu, aż zaszła w ciążę i na świecie pojawił się Kacper. Jej matka rwała sobie włosy z głowy, bo i tak nie było w domu co jeść. A tu jeszcze dziecko, które nie miało ojca. Nie szukali specjalnie „winowajcy”, ani nikt się też specjalnie nie przyznawał. Matka myślała, że wszystko się zmieni, że jej córka zmądrzeje po porodzie, ale Reni to wcale nie przeszkadzało, znów włóczyła się ze wszystkimi, nie interesowała się dzieckiem. Aż zdarzył się wypadek we wsi. Zginęła młoda kobieta. Sieczkarnia wciągnęła ją za fartuch w swoje tryby. Została tak pokiereszowana, że nie udało się jej uratować. Wszyscy we wsi byli głęboko poruszeni tą tragedią i na różne sposoby szukali żony dla młodego wdowca. Z dwojga złego chociaż to jedno można było naprawić.

I tak Renia bardzo szybko znalazła męża. On potrzebował kobiety, bo miał dwoje małych dzieci, a ona potrzebowała męża i ojca dla swojego Kacpra. I tak Renia stała się matką i żoną.

Od tej pory chodziła tylko za nim, urodziła jeszcze czworo dzieci, ale nigdy się nimi nie zajmowała, tylko jej matka. Ona była szczęśliwa. Wszystko, czego potrzebowała w życiu, znalazła w jednym człowieku. I zawsze starała się być w jego pobliżu.

– Cały dzień gdzieś się włóczy, jakby nie miał co robić w domu… – mówiła szybko, nieskładnie, ale robiła wokół siebie taką ciepłą aurę, że chciało się jej słuchać. Była bardzo ładna. Mrużyła oczy i zakrywała je długimi rzęsami. Wszystkim chciała się podobać.

Robić to może by i miał, ale czy jeść co? – myślałam. Szczerze jej nie znosiłam. To jej wyuzdanie budziło we mnie bunt i wyzwalało dziwne, niekontrolowane zachowania.

– To wiesz, gdzie jest, czy nie? – zapytała.

Nie mogłam bardziej przedłużać tej rozmowy, bo stawała się coraz bardziej napięta – rozmowa, ja i pani Renia. Ludzie opowiadali, że Renia bywała też agresywna.

– Poszedł paść bydło z Jurkiem i z Szymkiem, ale nie bójcie się, wzięli ze sobą prowiant, zrobią ognisko, to nie wróci głodny – odpowiedziałam jej.

Popatrzyła na mnie bezmyślnym wzrokiem, potrzepała fartuch na sobie, poprawiła włosy i poszła. Poszła znowu obściskiwać się ze swoim mężem, ciekawe, czy od tego obściskiwania to u nich jest tyle dzieci – myślałam. Zaraz było słychać urywane, niedokończone słowa:

– Nie, no! …coś ty! – mruczała sąsiadka. Nie chciałam tego słuchać, więc zatkałam tylko uszy. Wyszłam do drogi; środkiem wiją się koleiny od wozu, długie jak serpentyny, po obu stronach tych kolein ścieżki wydeptane przez ludzi i wyjeżdżone przez rowery. Wszystkie ulice schodzą się w centralnym miejscu przy kościele, tam jest tylko trochę kocich łbów. Nigdzie więcej nie ma takiej drogi. Ciągle patrzyłam na te kamienie. Ile pracy kosztowało ułożenie tego kawałka. Każdy kamień był inny, ułożony w pewną całość. Nikt nigdy nie mówił o tym, kto to zrobił.

Czasami tylko, gdy mama chciała nam powiedzieć, jak bardzo ciężka jest praca, mówiła: „to tak jakbyś drogę kamieniami wykładał przy kościele…” i wtedy wiedzieliśmy, że to bardzo ciężko. Dziś wieczorem, tak jak codziennie, słychać tylko brzęk wiader przy studniach i plusk wlewanej wody do koryt, mlaskanie koni i krów przy piciu, odgłosy pokrzykiwań dzieci i szczekanie psów. Od czasu do czasu przejedzie koń z wozem i zrobi tuman kurzu, i to wszystko. Wieś ma swoje prawa i obowiązki, ale tych ostatnich jest o wiele więcej. Ludzie i zwierzęta czekają na zasłużony odpoczynek. A ziemia paruje i wydziela cudowny zapach świeżości… Noc za to wcale się nie spieszy. Słońce zachodzi na czerwono. To na pogodę. Mama może przewidzieć pogodę na następny dzień. Wie, kiedy będzie lać, kiedy będzie słońce, i wie, kiedy będzie straszny wiatr. Zimą zawsze wie, jak duży będzie mróz i czy śnieg będzie padał. Bardzo ważne podobno jest, z której strony wieje wiatr. Jak od wschodu, to będzie najzimniej.

Wracałam bardzo powoli, nie spieszyłam się. Chcę pobyć czasem sama, pomyśleć, coś napisać, poczytać. W naszej dziupli mamy i papier, i ołówek, każdy coś czasem przynosi i tak to się zbiera. Jest wszystko, co potrzebne. W domu ciągle harmider, to się nie da. Żałuję, że dzień się tak szybko skończył i muszę wracać do domu. Za to wczoraj spacerowaliśmy długo, prawie do jedenastej. Ja, mama, Wiola, Krysia i stara pani Badlowa. Chodziłyśmy tak do kościoła, potem na przystanek. Tu chciałyśmy posiedzieć, ale ławki były zajęte przez młodzież. Rowery porozrzucane dookoła i pełno tam dziewcząt i chłopców. Wszyscy chłopcy pozapuszczali włosy do ramion. Pytali mnie o Michała, czemu nie przyszedł, ale jak zwykle nie mogłam im powiedzieć prawdy.

– Widzi pani, co się dzieje, młodzież… Ile oni mają lat? Piętnaście, szesnaście, czy rok więcej. Tak dokuczają długo w noc, że zawsze musimy zamykać okna. Palą papierosy, piją to wino patykiem pisane i tak przeklinają, że uszy puchną. Wiele razy zastanawiałam się, skąd mają pieniądze i kto im sprzedaje to wino?

– Ja też wiele o tym myślałam, przecież to sama trucizna. Ale co człowiek może zrobić, rodzice nie pilnują, a młodzi nie mają co ze sobą począć. Wiele razy zachodzili po Krzysia, ale on ma tyle zajęć, że nigdy nie może się wyrwać – mama przechylała głowę do tyłu. Wiatr dmuchał jej po szyi. Włosy rozlatywały się jak talia kart, były takie długie i prościutkie.

– To bardzo dobrze, bo patrząc na to, co się dzieje, to niczego dobrego z tego nie będzie.

– Będzie, będzie, pani Badlowa. Młodość ma swoje prawa. Wyszumią się, wyskaczą i wylądują we właściwym miejscu. Trzeba w nich tylko wierzyć, bo sami się pogubią.

– Z tego szumienia i skakania nie zawsze dobrze wychodzi.

– No nie zawsze, ale przeważnie tak. Niektórzy mają dużo szczęścia, inni mniej – mama zamyślała się tak czasami, że aż się bałam. Twarz jej wtedy matowiała, a oczy traciły blask. Przy kiosku Ruchu jeszcze stali ludzie. Też pewnie po papierosy. Kłaniali się mamie wszyscy. Wzbudzała zainteresowanie i szacunek. To dobrze. Mamy też coś, czego nie musimy się wstydzić. Przyjemnie było tak pospacerować. Ciepły wiosenny wiatr, kumkanie żab i zapach świeżej ziemi…

– Dobranoc, pani Badlowa, do następnego razu! – Pożegnałyśmy się, odprowadzając ją do samej furtki.

*

Tego dnia przyjechałam bez zapowiedzi. Już na przystanku żałowałam, że tak robię. W końcu każdy ma prawo jechać, dokąd chce, i robić, co chce, ja powinnam chociaż napisać, że będę. Miałam trochę czasu, bo już skończyliśmy remont i mogłam odwiedzić moją siostrę. Trochę to głupio, że tak bez uprzedzenia, ale… jesteśmy przecież rodziną. Chociaż tego nie byłam taka pewna, bo kiedy ostatnio tam byłam, powiedziałam kilka słów mojemu szwagrowi. No, byłam gotowa przeprosić, jeśli trzeba będzie. Wszystko to było dziwne. Nie bardzo mogłam zorientować się w sytuacji, ale podświadomie czułam, że coś tu nie gra. Dlatego, trochę na przekór, postanowiłam pojechać i zbadać całą sytuację. Już sam przejazd autobusem był nie do zniesienia. Po drodze dosiadali się ludzie i robiło się coraz ciaśniej. Na następnym przystanku wsiadło dużo ludzi z targu. Przepychali się z torbami i koszykami. Palca by nie wcisnął. Zapach tanich perfum mieszał się ze smrodem odchodów ptactwa, które kupili na rynku: kaczek, gęsi i kur. Co chwilę ktoś się przesuwał, ktoś inny uderzał moją sąsiadkę siatką w głowę. Ta przesuwała się całym ciałem na mnie. Szczęśliwie dojechaliśmy do Warszawy. Tu z kolei padało. Na szczęście następny autobus był na czas. W tej ulewie dojechaliśmy do samego Otwocka. A tu niesamowity widok, pierwszy raz tak wyraźnie widziałam granicę deszczu. Ta ciemna ściana została za nami. Może to i dobrze, bo przynajmniej weselej się zrobiło. Gdy już dotarłam do domu Hanki, nikogo nie zastałam, choć drzwi były otwarte. Obeszłam wszystkie zakamarki – pusto. Biedny ten dom mojej siostry! No prawda, że mają tyle dzieci, ale na wsi zawsze można chociaż jedzenie mieć za darmo. Takim sposobem żyje połowa mieszkańców każdej wsi. Po piętnastu minutach przyszedł Michał ze szkoły. Był bardzo zdziwiony:

– O, ciocia! Co, nikogo nie było?

– Nikogo nie było, drzwi były otwarte, więc weszłam nieproszona. – Nic nie odpowiedział. Był zmieszany moim widokiem i zapewne swoim obcesowym zachowaniem. To nic takiego, pomyślałam, każdy ma czasami gorszy dzień, a to przecież jeszcze dziecko, duże, ale zawsze…

– Ciociu, zrobimy herbatę, poczekamy, może ktoś przyjdzie…

– No, ale Michałku, gdzie mama? Przecież ona powinna być już w domu, pojechała gdzieś czy co…? – nie mogłam zrozumieć, gdzie ona jest o tej porze, przecież dzieci zaraz wrócą ze szkoły. – No dobrze, trochę zaczekam – zgodziłam się. Nie będę nic mówić, bo to ja jestem ta, której dobrze i zawsze rości sobie prawo, aby pouczać innych. Moja siostra ostatnimi czasy zachowywała się co najmniej dziwnie. Nie odpisywała na listy, w czasie swojego małżeństwa tylko kilka razy odwiedziła mnie z dziećmi i mężem. Przeczuwałam od dawna, że tu nie jest tak, jak siostra mi opowiada, ale niestety musiałam poczekać. Dawniej zawsze miałam kontrolę nad tym, co moja siostra robi. Dokądkolwiek wychodziła, ja musiałam o tym wiedzieć. Dla niej to też było pewnego rodzaju wyróżnienie, ona miała komu powiedzieć, dokąd wychodzi, zapytać, czy może. Inne dzieci jej tego zazdrościły. Nigdy nie było takiej sytuacji, żebyśmy nie zaczekały na siebie jeśli, na przykład, któraś była w kinie albo w bibliotece. Godzinami opowiadałyśmy sobie wrażenia z każdego wyjścia, z każdej rozmowy z kimkolwiek – z koleżanką, z wychowawczynią, czy kimś nowo poznanym. Do czasu… Któregoś dnia Hania wróciła bardzo podekscytowana. Od razu nie podobało mi się to jej wychodzenie, chociaż zapewniała mnie, że to nic takiego, że to tylko kolega. Wiele razy żałowałam, że tam poszła. „To tylko lody z Julką!” – mówiła, żeby odwrócić moją uwagę od niebezpieczeństwa. Bo to było niebezpieczeństwo. Potem to już wszystko potoczyło się jak w filmie. Szybki ślub, szybki wyjazd na peryferie. Bo co to było, to trudno nazwać. Trzytysięczne miasteczko lub duża wieś, jak kto woli. Nawet do dziś nie wiem, jak to jest naprawdę. Wszyscy chcą, żeby było to miasto, ale też wszyscy mają ziemię. W niedzielę i święta to prawdziwe miasto, ze spacerami, z mszą i watą na patyku z małego kramiku przy kościele. W takie dni można kupić lody i ciastka w małym sklepiku spożywczym, w inny dzień nie opłaca im się trzymać takich rarytasów w sklepie, bo i tak nikt nie kupi. Dzieci trzęsą butelkami z oranżadą; im więcej będzie piany, tym lepiej. Nie zawsze można wszystko wypić, bo część ląduje na ziemi.

„Ale się porwałaś z motyką na słońce!” – zawsze tak mówiłam, bo jakże inaczej można powiedzieć. „Ona nawet nie ma pojęcia, jak zrobić jajecznicę!” – zamartwiałam się głośno. „Jaka to żona będzie?” – zadawałam sobie i innym ciągle to pytanie, ale po tym szybkim ślubie jej teściowa powiedziała mi, że pomoże, to uwierzyłam. Sama długo jeszcze chodziłam do szkoły, a dopiero później wyszłam za Zbyszka. Podziwiałam zawsze moją siostrę za to zaparcie, ja chyba bym nie dała rady.

A dzisiaj to już miałam kompletny zamęt w głowie. Gdzie ona się podziała? Nie ma też Franka… Nie mogłam w ogóle się połapać w całej tej historii. Dawniej zawsze mogłam ją chronić, a ona mnie. Nieraz zachowywała się doroślej niż ja…

Nawet wtedy, gdy pojechałyśmy do Poznania na święta Bożego Narodzenia. Tam żyła przyrodnia siostra mamy, ale już wtedy wiedziałam, że jest to ktoś, kto myśli tylko o czubku własnego nosa. Co prawda już miała troje swoich dzieci, którymi zajmował się wujek Tosiek i jego mama. Więc my to byłby dodatkowy kłopot. Ciocia Kinga malowała tylko swoje paznokcie i „bywała”.

– W towarzystwie bywam… – zawsze tak mówiła mamie, gdy do nas wpadała – …inaczej człowiek nie ma kontaktu z otaczającym go światem.

– Dobrze, że przyjechały, to przynajmniej twoje rodzone dzieci będą cię mogły widzieć w takie święta, no chyba nie wybierasz się nigdzie… – wujek mówił do cioci, jak tylko przyjechałyśmy z dworca. Był taki zagubiony, zdezorientowany. Jakby się bał, że ktoś za niego podejmie jakieś nieodpowiedzialne decyzje albo zrobi coś, z czego on będzie musiał się tłumaczyć.

– Ładne te dziewczyny – ciotka zagadywała z drugiej strony, albo cieszyła się na nasz, chyba nie najgorszy widok. – Takie podobne do matki…

– Obie podobne, tak? Przecież nawet są niepodobne do siebie – wujek był poirytowany. – Widzisz zawsze to, co chcesz, i tyle…

– Tak, tak, moja Śrubeczko… Każdy ma swoje przyporządkowane miejsce w życiu… – ciocia próbowała go pocałować w policzek.

– Nie mów do mnie „Śrubeczko” i spróbuj powstrzymać się od sztucznych serdeczności. Nie bądź taka pokazowa…

Po takim wstępie wiedziałyśmy, że tu na pewno nikt nas nie potrzebuje. Największą niespodziankę odkryłyśmy dopiero w Wigilię. Wieczorem, wszyscy odświętnie ubrani, usiedliśmy do stołu. Czekaliśmy na najważniejszy punkt dzisiejszej uroczystości. Mikołaj powinien być zaraz po kolacji. I znowu przykre doświadczenie. Wszyscy dostali prezenty, tylko dla nas była jedna paczka, a w niej herbatniki. Długie herbatniki w foliowym opakowaniu, ale tylko jedne dla nas obu.

– Mogłaś przynajmniej się pofatygować i kupić coś dla tych biednych dzieci, ciągle gdzieś chodzisz, więc przynajmniej na tyle mogłyby się przydać twoje wielkie wyjścia! – wujek był zły na ciotkę i wcale nie krył się z tymi emocjami.

– Oj, daj spokój! I co się stało wielkiego? Nie dostały, może to i tak powinno być, wiesz, jak ja zawsze zazdrościłam ich matce! – ciotka była zła, albo szukała jakiejś obrony.

– O czym ty mówisz, głupia kobieto?! Zazdrościłaś ich matce i teraz będziesz się wyżywać na jej biednych sierotach? Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę… Ty jesteś po prostu podła! Może i śmierci jej zazdrościsz? Nie wiem, dlaczego ożeniłem się z tobą, teraz naprawdę dałaś mi dużo do myślenia… – Wujek wycierał szybko talerze, jeden po drugim, cicho, bezszelestnie. Tak jakby to robił codziennie.

– Śmierci? Nie! Ale wszystkiego przed – tak, zawsze była lepsza, mądrzejsza i ładniejsza. A im? Nic nie będzie, mają dużą rentę, więc przeżyją. – Ciocia mówiła to z takim entuzjazmem, że trzeba było uwierzyć, że przeżyjemy. Jakoś…

– A nie była? – ze stoickim spokojem zapytał wujek. Tak jakby szukał sam poważnej awantury.

– Co: nie była?

– No, mądrzejsza od ciebie… – I wtedy rozpętało się piekło, ciotka krzyczała i płakała na zmianę, a wujek „Śrubeczka” próbował ją uspokoić.

Hania pociągnęła mnie za rękaw. Jak zwykle gdzieś podsłuchiwałam. No i w myśl powiedzenia, że jak podsłuchujesz, to wysłuchasz o sobie, wszystko spełniło się co do joty. Słyszałam wszystko. Wieczorem już nikt nie zwracał na nas uwagi, więc wtuliłyśmy się w siebie i kołysałyśmy się miarowo, aż do zaśnięcia.

Następny nasz wyjazd był do rodziny taty, ale i tam nikt nas nie potrzebował. Mało tego, ciocia Maryla otwarcie mówiła, że na pewno nas nie wezmą.

– Mamy dość swoich spraw, a im nic nie będzie w domu dziecka, tyle dzieci tam jest i wychodzą też na ludzi, więc dlaczego o te mielibyśmy się martwić? No popatrzcie, co im jest? Nic! – sama odpowiadała na swoje pytania. – Ubrane są lepiej niż inne. No, od naszych na pewno, więc co strasznego im się dzieje? – tak krzyczała, że babcia coraz bardziej kuliła się, aż w końcu schowała się w swoim ciele. Po pierwszym dniu już wracałyśmy. Byłyśmy jeszcze w trzech domach u dalszej i bliższej rodziny. Wszędzie to samo. Tylko u najmłodszej siostry babci było przyzwoicie.

– Wzięłabym je, wzięła, ale sama nie mogę nawet chodzić… – I to była prawda, nogi cioci Zyty były powykręcane we wszystkie strony. I tak cud, że sama nie potrzebowała pomocy. – Kto mi je da, jaki sąd powierzy dzieci tak schorowanej babie? – pytała naszej babci. Babcia kręciła głową i potakiwała. Widać, że zgadzała się z ciocią Zytą. Na koniec wizyty rozpłakała się nad naszym losem i przyniosła dwa srebrne medaliki z łańcuszkami, i zawiesiła nam na szyjach. Wyglądało to, jakby już była przygotowana na naszą wizytę. Pamiętam też dzień, w którym babcia zdecydowała się na rozmowę z nami o domu dziecka. Musiała też długo się przygotowywać.

Powoli zbliżał się rok szkolny. Codziennie ktoś nas odwiedzał, jakieś panie z pękatymi teczkami. Babcia zawsze kazała nam się bawić w tym czasie i nie zawracać głowy. Już przyzwyczaiłyśmy się do jej podwórka, do jej przyzwyczajeń. Wieczorami, gdy zostawałyśmy same, siadałyśmy jedna za drugą, tak okrakiem na podłodze, i bujałyśmy się w bliżej nieznany nam rytm. Hania bardzo tęskniła za mamą. Ja też, ale ja byłam starsza i nie mogłam sobie pozwolić na jakieś tam popłakiwania. Chciałam być dzielna dla niej, a ona na pewno dla mnie. Tylko wtedy jeszcze tego nie pojmowałam. W niedzielę po obiedzie babcia siedziała dalej przy stole i stukała palcem o blat stołu. Nie odchodziła, więc i my uparcie siedziałyśmy. Coś wisiało w powietrzu. Babcia najpierw pytała, jak jest nam u niej, czy jesteśmy zadowolone, czy nie bywamy głodne i jak dzieci odnoszą się do nas na podwórku. Hania odpowiadała, a ja milczałam.

– Bo wiecie… – babcia nie mogła powstrzymać łez – …bo wiecie, ja dłużej nie mogę już z wami być, jestem stara i sąd rodzinny nie chce mi dać pozwolenia na opiekę nad wami… – Babcia wyginała palce we wszystkie strony. Wtedy dopiero zauważyłam, że kostki na jej palcach są podwójne i palce rozchodzą się w różne strony. – Jak widzisz sama, Kundziu, jestem stara i na pewno nie odmłodnieję, chociaż przysięgam, chciałabym na kilka lat, dla was – próbowała się uśmiechnąć, ale jakoś jej nie wychodziło. Nasza kochana babcia! Tylko ona jedna szczerze się o nas martwiła. – Tak jak już napomknęłam, sędzia nie chce się zgodzić i na podstawie tego wyroku będziecie umieszczone w domu dziecka. Jedyne, co można było zrobić, to to, że będziecie razem. Przykro mi, bardzo mi przykro… – Babcia płakała, a my obie tuliłyśmy się do jej kolan. Nigdy nie zapomniałam jej zapachu, nigdy nie zapomniałam smaku jej naleśników ani zupy „bidy”. Tak nazywała zupę, do której wrzucała wszystko, co miała. Warzywa, wszystkie jakie były, i czasami kości, a jak nie, to resztki kiełbasy, albo tylko zaprawiała śmietaną i dorabiała naprędce kluski zacierki, „kluski szybciuszki”, jak je nazywała. Zawsze pamiętam zapach naftaliny wsadzanej do szafy, żeby mole nie zjadły babci jedynej jesionki. Pamiętam zapach bagna, które przynosiła z łąk i wtykała w różne miejsca w domu. Za obrazem, za szafą, za łóżkiem, na strychu, wszędzie. Przez wiele lat ten zapach wydawał mi się najcudowniejszym zapachem na ziemi. Kluski zacierki i czerwony barszcz były najbardziej wykwintnym daniem w moim domu. Wtedy Zbyszek musiał ubierać spodnie w kant do takiego obiadu. A ja nie mogłam się nawąchać tego aromatu. Zauważyłam też, że u mojej siostry były podobne obrzędy przy tych potrawach. Obie tęskniłyśmy do prawdziwego domu. A ten babci najlepiej zapamiętałyśmy. Wtedy zawsze mogłam ją ochronić, zawsze też mogłam na nią liczyć. A co mogę zrobić dziś? Czułam, że coś bardzo niedobrego wisiało w powietrzu, ale nie wiedziałam co to.

*

Wróciły już dziewczyny ze szkoły, i maluchy też. Zawołałam Zosię, nie mogłam uwierzyć, że nosi książki w torbie szmaciance.

– Ciociu, prawie wszyscy noszą tak książki, jedna tylko Agnieszka ma skórzaną teczkę, ale to chyba nie najlepiej, bo wszyscy się z niej nabijają. Taka moda, ciociu. – Nie do uwierzenia, taka moda, mówi, no, to coś niesamowitego… Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć własnym oczom, jak te dzieci sprytnie szykują obiad, nakrywają do stołu. Co tu się dzieje, u diabła? Przecież to nie pierwszy raz. Zosia to prawdziwa gospodyni, szybko zarządza wszystkimi, obiera ziemniaki, wrzuca jakieś kości do drugiego garnka. Podnosi fajerki tak sprawnie, że na pewno robi to codziennie.

– Zosiu, skąd ty umiesz tak gotować? Kto cię tego wszystkiego nauczył?

– Ciociu, jak trzeba, to samo się umie, nie trzeba lekcji brać, trochę podpatrzyłam mamę, to wszystko…

Musiałam zapytać, bo ciekawość nie dawała mi spokoju, przecież to jeszcze dziecko. Nie mogę tego tak zostawić, przecież oni muszą gdzieś być, nie rozpłynęli się w powietrzu. Ten mur milczenia też był swego rodzaju zagadką. Dzieci zajmowały się pracą jak w dobrze zgranej drużynie, gdzie każdy odpowiada za coś innego. No, dzisiaj poczekam sobie na moją siostrę i szwagra do skutku. Obiad był bardzo smaczny, ale taki niskokaloryczny, bym powiedziała, bo biedny nie wypada. Podziękowałam i wybrałam się do sklepu. Kupię coś na kolację, chociaż Zosia zapewniła mnie, że wszystko ma, co potrzebne, i kolacja będzie o siódmej trzydzieści. Te dzieci są lepiej wyćwiczone niż my w domu dziecka przez tę rudą wychowawczynię. Nikt ich nie pilnuje, wszystko robią same z siebie… Niesamowite!

Rozmyśliłam się po drodze, ruszyłam drogą za kościół, tam najwyżej zajdę do pawilonu geesowskiego i zawsze coś kupię. Nienawidziłam chodzić do tego sklepu, który był bliżej. Zawsze tam siedziała ta sama pani, która wiecznie mnie wypytywała. To było aż do obrzydzenia. Wszystko chciała wiedzieć, po co, komu i dlaczego? Ze wszystkimi chyba postępowała tak samo, więc dlatego miała coraz mniej klientów. Po drodze rozsiadłam się na trawie za kościołem i próbowałam wszystko jakoś sklecić. Po tym wszystkim czułam się jak dobra lodówka w środku, wszystko mnie przerażało. Byłam zimna jak lód, nic nie można w moim środku przechować, bo nie ma dużych drzwiczek. Co za paranoja? Przypominam sobie w głowie wszystkie widzenia paranoidalne, o jakich tylko słyszałam. Coś się dzieje niedobrego ze mną. Może to tak jak z tą Zbyszka kochanką. Ubzdurałam sobie, że ich nakryję. Siedziałam pod jednostką dwa dni, w końcu wpełzłam do biura jak glista do swojej jamki i na koniec okazało się, że ta śliczna blondyneczka ma sześćdziesiąt dwa lata. Rzeczywiście była śliczną, dystyngowaną, starszą panią, bardzo odpowiedzialną i kompetentną w tym, co robiła. Dlatego tak mój mąż walczył o nią z porucznikiem Mianowskim. Wszyscy chcieli z nią pracować. Na samo wspomnienie tej idiotycznej sprawy zzieleniały mi na pewno policzki, i nie tylko. Ze wstydu zwyczajnie. Zbysiu się cieszy, że to niby jestem zazdrosna, a ja czuję się koszmarnie ze wstydu.

Co ja tu robię na tej trawie? Co ja próbuję udowodnić, nie mając żadnych podstaw? Siedzę na trawie i myślę, że tak nie można. Jedno było tylko pewne, moja siostra żyła bardzo biednie, ale ilu ludzi żyje podobnie? To mi dało dopiero do myślenia. Na pewno mają problemy finansowe, a ja, taka niby mądra, niczego nie zauważyłam. Tu jest na pewno ciężko znaleźć jakieś zajęcie. Mogę nawet zapaść w sen niedźwiedzi i żadne prorocze sny chyba w tej materii niczego nie zmienią. Na każdym rogu, na trawnikach, przed sklepami, na ławce przy kościele, wszędzie siedzą młodzi i starsi mężczyźni, piją piwo i siedzą. Bez zajęcia. Nie było sensu dłużej siedzieć. Powoli zaczęłam rozumieć zasady współżycia tego społeczeństwa. Rozmowa była nieunikniona.

*

– No cześć, Haniu! – bez zbędnych ceregieli naparłam na moją siostrę. Siedziała skrzywiona z nogami w dużej miednicy, palce od rąk maczała w małej misce z wodą i kwaskiem cytrynowym. Nie odpowiadała na moje zaczepki. Była strasznie zmęczona. Same łzy napływały mi do oczu, nie mogłam jej dotknąć, bo cała była obolała. Tak przynajmniej pomyślałam, gdy ją zobaczyłam. Palce, których nie mogła rozprostować, całe w czarnych bruzdach..

– Nie, Haniu! Nie mów mi tylko, że ty tak harujesz! To od jakiejś wściekłej roboty tak wyglądasz, tak? A gdzie twój mąż? – krzyczałam coraz głośniej. Nie przyszło mi nawet do głowy, że dzieci są świadkami tej całej szopki.

– Dzieci, idźcie do pokoju, ja mam trochę z ciocią do pogadania. – Moja siostra próbowała zachować resztki rozsądku za siebie i za mnie. Wyszły wszystkie bez szemrania. Chociaż te dzieci umiała nauczyć manier, pomyślałam, chociaż tyle! No, może z małym wyjątkiem, dziewczynki zawsze podsłuchiwały. Ale to chyba cecha rodzinna, odziedziczona po nas. Nie ma na nią rady, przynajmniej kiedyś nie było.

– Nie osądzaj mnie pochopnie, mam dzieci, więc muszę je jakoś wychować – mówiła tak do mnie, jakbym nic nie rozumiała. Muszę przynajmniej chwilę powstrzymać się od gadania… – Jak zapewne wiesz, to ja zarabiam na ten dom, nikt więcej. Franek pije coraz więcej i nie wraca do domu po kilka dni. Żadnego inwentarza już prawie nie chowamy, więc muszę jakoś zarobić. Tak jak widzisz, dzieci przejęły większość obowiązków i ciągniemy jakoś po swojemu…

– Jesteś z tego zadowolona? Z tego ciągnięcia, oczywiście? Co, nie ma innych sposobów na wyjście z tej zaklętej sytuacji? To tak wygląda to twoje szczęście? – nie mogłam się powstrzymać od złośliwości. – Ten twój dzieciorób tak wypełnia swoje obowiązki? No… nie, przepraszam… nie to miałam na myśli – zaczęłam już się wycofywać, bo moja siostra zbladła jak płótno. – Dobrze, już dobrze… Nie to miałam na myśli… Dzieci nigdy za dużo, ale trzeba też dużo środków pieniężnych i serca na wychowanie, samo nic się nie zrobi. – Przypuszczałam, że coś tu nie gra, ale nawet przez myśl nie przeszła mi taka melodia – to skandal i poczekam sobie na tego idiotę, na pewno, tyle ci gwarantuję.

– Na nic nie będziesz czekać i jeszcze obiecasz mi, że to, co widziałaś, przemyślisz, i wtedy znajdziemy jakiś kompromis. Nic na gorąco, dobrze?

Myślałam, że szlag mnie trafi, ale bałam się nawet krzyczeć, bo jak spojrzałam na moją siostrę, na jej wewnętrzny ból, to łzy same ściskały mnie za gardło. Wtedy mogłam obiecać, co tylko chciała. Bałam się o nią jeszcze bardziej niż w domu dziecka. Ta noc była początkiem moich koszmarnych snów i ciągłego lęku…

*

Płot przy naszym domu, porównując inne płoty, wygląda całkiem przyzwoicie, tylko furtka się nigdy nie zamyka. Mama marzy o nowym, metalowym, może kiedyś spełnią się jej marzenia i będzie to lepiej wyglądało. Widać już nawet robaczki świętojańskie, to znaczy, że trochę późno wracam.

Ścieżka przy domu wydeptana, aż trochę wgłębiona, tylko stary, olbrzymi dąb mówi mi, że na pewno jestem tam, gdzie powinnam być. Nadszedł już czas komarów, gryzą gdzie popadnie. Światło w kuchni przebija przez firankę, można widzieć wszystko w środku. Nikt nie zasłania okien, bo za wąskie zasłony, one właściwie wiszą tylko do dekoracji. W żadnym pokoju nie ma zasłon, którymi można zasłonić okna, wiszą tylko takie długie, chude gałgany, na które mówi się „zasłony”. Wszystko łączy się zawsze z brakiem pieniędzy.

Sień długa przez cały dom z cementową podłogą; dobrze, że nie glinianą, bo takie jeszcze można spotkać w wielu domach. Nasz dom ładnie wygląda, jest okazały, z dużymi oknami i z pięknym, krytym blachą, wysokim dachem. Gdyby nie to, że jest drewniany, można by pomyśleć, że to dwór. W sieni nie ma światła, więc patrzę tylko na dziurkę od klucza. Nasze marzenia, pragnienia, zwyczaje, nasze kłopoty i nadzieje, wszystko jest za drzwiami, za tą dziurką od klucza.

Już wszyscy są zmęczeni. Czekają teraz tylko na kubek mleka, może być nawet nieprzecedzone, i pajdę chleba. Jest tak bardzo cicho, że można pomyśleć, że za chwilę coś wybuchnie.

– O! Przyszła jaśnie pani… – mój najstarszy brat powitał mnie, przewracając oczami i wykrzywiając rudą gębę. – A co, jeść się chciało, ale krówek paść to nie… – mruczał już tylko, bo buzię miał zapchaną chlebem z mlekiem.

– Podaj kubek i nie gadaj – rozkazała mama, wlała dla mnie mleka i podała gleń chleba.

Jedliśmy w milczeniu, próbując załagodzić głód. Wszyscy myśleliśmy o tym samym, nikt o nic nie pytał, a wiedział swoje. Nie było konia, wozu i ojca!

– Może dziś nie wróci… – powiedział głośno Andrzejek, jak gdyby wiedział, o czym wszyscy myślą. Taki mały, a jak trafnie określa myśli nas wszystkich. Nikt nie odpowiedział.

– A, mama… Aaa… – moja mała siostra bardzo szybko chciała powiedzieć – a może tata nie wróci wcale, co?

Nigdy nie mogła powiedzieć niczego bez „aaa…”. To jej jąkanie było bardzo zabawne. Czasami była tak zdenerwowana, że to jej „aaa…” wypadało przeciętnie co drugi wyraz.

– Nie mów tak i nie myśl tak nigdy, bo co by to było, gdyby nie wrócił – mama bardzo poważnie odpowiedziała. Nie wyobrażała sobie nigdy takiego scenariusza, bo zawsze tak było, że wracał po tygodniu, dwóch, czasami za trzy dni, a bywało i po miesiącu, ale wracał.

– Nic… – wtrącił znowu nasz Rudy – sami damy radę, to by zobaczył dopiero.

– No to co, ma wrócić, czy nie? – zapytał Michał. – Bo jak nie wróci, to i wiedział nie będzie…

– Bądźcie już cicho, dość tego gdybania, umyć się i spać.

– Mamo, ale ja nie śpię z Wiolettą, bo ona kopie.

– Tak, to z kim śpisz, co? Pani księżna się znalazła – przyczepił się znowu Rudy.

– Wszyscy spać i nie gadać! – rozkazała mama. – Wojtek, przynieś mi miednicę i wlej wody, bo muszę wymoczyć nogi, nie mam już siły dziś na wasze sprzeczki, muszę chociaż trochę odpocząć…

Mama miała bardzo zgrabne, szczupłe nogi, ale bardzo popękane stopy; wiecznie robiła coś w polu, w ogródku i w domu, u siebie i u ludzi.

– Aaa, mama, a ciocia mówiła, że potrzebny jest taki krem do pięt, to ja ci kupię, jak zarobię – moja mała siostra zaczynała się rozmarzać. – Jak urosnę, to będę mieć pieniądze i coś wszystkim kupię, zobacycie!

– Dobrze, dobrze moje dziecko… – tylko tyle odpowiedziała mama. – Gaście światło! Spać!

Musiała nas jakoś doprowadzić do porządku, bo już chłopcy przedrzeźniali Wiolę:

– Zobacycie, jak Wiola urośśśśnie! Zobacycie!

– Cicho bądźcie! Spać!

Na podwórku słychać naszego psa Nero, już zaczął swój gospodarski obchód.

I powoli usypiała cała wieś, zmęczona dzisiejszym dniem. Trudno nam było się zmieścić na dwóch łóżkach, po troje równo na każdym. Musieliśmy być blisko siebie, bo tak było bezpieczniej. A Kuba jak zwykle prosił:

– Mamo, proszę, ja u was w nogach…

– Kuba, idź spać na połówkę!

– Nie, mamo, ja sam nie będę… – i, jak zwykle, wsunął się do nas w nogi. Kuba zawsze wymuszał na mamie wszystko, czego chciał. Był naprawdę mały i wszystkiego się bał.

– Ojcze nasz… – zaczęła mama i wszyscy za nią cichym głosem modliliśmy się, wyciągnięci na łóżkach. Tak zasnęliśmy, nikt nie klękał do modlitwy ani o tym nie myślał. Tak było lepiej, bezpieczniej, spokojniej i szybciej…

*

Kiedy obudziłam się, to już prawie nikogo nie było na łóżkach. Wiola tylko jeszcze spała, dawno nie miała tak spokojnej nocy. Wyjrzałam przez okno. Krowy już dawno popojone, pozostały tylko wielkie krowie łajna, przez które teraz przeciągnęły łańcuchy. Chłopcy musieli czekać, aż to łajno wytrze się w trawę, a dalej brali za łańcuchy i wyznaczali krowom kierunek, w którym mogą iść. Mamy tylko dwie krowy, a nas do wyżywienia cała gromada. Właściwie te dwie krowy są odpowiedzialne za naszą egzystencję. Chłopcy poszli drogą za stodołą z krowami, kolejno według wzrostu. Wiosna już dawno przeistoczyła się w lato. Słońce pięknie świeciło, maleńkie powiewy wiatru ochładzały tylko powietrze. Chłopcy oglądają się za siebie, jakby ktoś ich gonił. Boją się oddalać od domu, bo gdyby się coś działo, nie będzie ich w pobliżu. Idą gęsiego, peleton prowadzi Rudy. Chude nogi, wysoki jak na swoje czternaście lat, piegi na całej buzi i czupryna jak u wiewiórki. Tata mówi, że to po dziadku ze strony mamy, bo tam był taki wredny, rudy sukinsyn. Kret i skurczybyk. Ale Rudy nic z wrednością nie ma wspólnego, a przeciwnie. Mądry, pracowity i odpowiedzialny za nas wszystkich. To on w przeciwieństwie do naszego ojca zajmował się całym gospodarstwem. „Ten to będzie prawdziwy gospodarz!” – Pan Chryca mówił tak przy każdej okazji, a Rudy promieniał i ze zdwojoną siłą zajmował się gospodarstwem.

Drugi, Michał, śmieszny blondynek, tak jak my wszyscy, w przykrótkich spodenkach, bo w takich z odzysku, maszeruje równo za Rudym. Spodnie i kurtki dla chłopców zawsze załatwia siostra mamy od wszystkich znajomych. Tata mówi, że na pewno od dzieci jej kochanków.

Trzeci, Wojtek, odrobinę grubszy, ale te same ruchy, budowa ciała, włosy i uśmiech, tylko oczy ma zawsze smutne.

Na końcu podskakuje Kuba, bardzo mizerne dziecko, ze śmiesznym zadziorkiem z włosów na głowie, palce całe wystają mu z podartych pepegów, podskakuje, poprawia buty i dalej za nimi.

– Muszę trzymać fason… – zawsze tak mówi, gdy coś niemożliwego mu się udaje. Dobry ten nasz fasoniak.

Zaraz za nimi nasz cudny pies, Nero, który jest członkiem naszej rodziny i obrońcą. Jest duży, czarny, ma lśniącą sierść, wszyscy dzielimy się z nim swoim jedzeniem.

– Rasa nasza – tak o nim mówią chłopcy, gdy ktoś pyta, co to za pies.

– Zastanawiają się pewnie, skąd u takiego psa tyle rozumu… – chwali się zawsze Wiola. Bo wtedy, kiedy jest na podwórku, to zawsze trzyma się Wioli, za nią chodzi i jej najbardziej słucha.

Nero jest zawsze bardzo pomocny. To nasz prawdziwy przyjaciel. Kilka dni temu chłopcy zrobili mu nową budę, dużą, wyłożyli w środku suknem. Ma dużo miejsca do spania i do leżenia.

Idą gęsiego, nie rozmawiają ze sobą, bo i o czym, dzień jak każdy inny, w południe wrócą, po obiedzie znowu pójdą, aż do wieczora.

Mama mówi, że trzeba paść, bo trawa tam nie nadaje się do koszenia, to przynajmniej krowy będą najedzone.

My zostałyśmy w domu – ja, Wiola i mama. Kilka dni wcześniej przyjechała ciocia Kundzia i zabrała bliźniaki do siebie.

– Muszę ich wziąć do siebie, bo tak marnie wyglądają, że boję się, jak pójdą do szkoły, kto będzie nosił za nich tornistry – mówiła. Nie miała swoich dzieci; zawsze, jak przyjeżdżała, to były słodycze i było trochę weselej. Krysia z Andrzejkiem nie czekali nawet na pozwolenie, szybko wybiegli patrzeć, czy mają co zapakować w podróż czy nie.

– Chodźcie do kuchni! – zawołała nas mama. – Musimy dziś bardzo porządnie posprzątać, nagotować na trzy dni, no i muszę poprać. Nie ma co się oglądać, bo się nie wyrobimy. A jutro już nie będzie czasu. Przynieście mi balię z komórki na podwórko – powiedziała – i tarę, to ja będę prała. Dziś spróbuję prać bez „Franki”, to i prądu trochę zaoszczędzimy.

Balia była już na środku podwórza, pełna cieplutkiej wody. Zastanawiające było tylko to, kto ją tu przyniósł.

Rozglądałam się wokoło, był naprawdę piękny dzień, ślicznie kwitnie jabłonka przy studni, z drugiej strony rząd śliwek, trawa zieleni się wkoło.

Wiosna zaprowadziła już wszędzie swoje porządki. Rozsiadła się na polach, łąkach, w lasach i w domach. Aż miło popatrzeć. W słońcu wygrzewa się nasza kotka; jest gruba, ona zawsze leniuchuje, szuka tylko dobrego miejsca do leżenia. Pracowaliśmy szybko, każdy wykonywał swoje zadanie, w południe wisiały trzy sznurki prania, dom lśnił czystością. Zupa z zacierkami i z takim pachnącym warzywem od ciotki Helenki już parowała smacznie na stole. Wszyscy jedliśmy, aż się uszy trzęsły. Nie rozmawialiśmy, trzeba się było szybko najeść, bo byliśmy bardzo głodni. Chłopcy powiązali krowy w sadzie, żeby muchy ich tak nie gryzły, a sami zrobili procę ze starej dętki i rozkraczek z krzaków jaśminu. Zawsze szukali jakichś specjalnych zajęć dla siebie. Bawili się w podchody, sami wykonywali fanty do gier, grali w palanta. Biegali i grali w nogę. Mieli odpoczywać w południe, ale nie odpoczywali. Teraz robili szałas. Byli tak zajęci tym swoim szałasem, że w południe nigdy ich nie było w domu. Bardzo chciałyśmy im pomóc, ale nie dopuszczali nas do współpracy. Szukałam sposobu, jak poznać ich tajemnicę. Bo byłyśmy przekonane, że za tym jeszcze coś się kryje. Po południu z powrotem wszyscy do roboty. Mama z Wiolą obkopywały kwiaty w ogródku. Ogródek nasz był wyjątkowo śliczny. Najwięcej było żółtych kwiatów, może dlatego, że dopiero koniec czerwca. Tak cudownych kwiatów nie widziałam u nikogo. Tu posiana rzędem maciejka, bo ślicznie pachnie nocą, tu floksy białe, różowe, fioletowe, ale dopiero pokazują się na nich pączki. Tu rumianki z żółtymi środkami, zwrócone do słońca, georginie mają już pąki, astry posadzone bliżej płotu dopiero rozkrzewiają się po pikowaniu. W dwóch dużych kępach pięknie kwitną czerwone maki. Bardzo szybko się rozsiewają. Wiosną najczęściej mama wydaje komuś nowe kępki tych kwiatów, albo musi wyrzucać, bo nie mieszczą się już w naszym ogródku. Dwie duże hortensje ze świecącymi liśćmi dumnie stoją przy furtce, pilnują drugiej części podwórka, stoją poważne, jak na warcie. W rogu piękne piwonie, kwiaty na długich łodygach, przechylają się do ziemi. Trzeba robić dla nich podpórki, bo inaczej się połamią. Te piwonie są siedliskiem mrówek w ogródku. Ale ich zapach zniewala wszystkich. Mamy też krzaki jaśminu i bzu we wszystkich kolorach i odmianach. Są takie, które mają kwiatki złożone tylko z drobniutkich czterech kwiatuszków, ale są i podwojone, i potrojone. Już prawie przekwitły. Pięknie się rozkrzewiają, są duże i piękne. Zza wschodniej ściany wychylają się jałowce. Pamiętam nawet dzień, w którym mama je przyniosła z lasu.

– Mogły być rozjechane, bo rosły sobie przy samych koleinach. Wzięliśmy je, może coś z nich będzie. Trzeba tylko przynieść trochę ziemi z lasu, żeby dobrze się czuły. Po południu wybierzemy się tam, co o tym myślisz? – mama zwróciła się do Krzyśka, tak jakby to on był jakimś decydentem albo znał się akurat na jałowcach.

– Czy ty wiesz, jakie to doły trzeba wyryć, żeby posadzić te jałowce, i ile ziemi przywieźć? Przecież trzeba im zrobić leśny podkład, bo inaczej uschną i szkoda tylko roboty… – babcia chciała koniecznie odwieść mamę od takich zamiarów.

– Spróbujemy, może coś wyjdzie z tego…

I wyszło. Piękne jałowce. Pięły się do góry, zbieraliśmy zawsze z nich jagody, mama używała ich do mięs jako przyprawy. Od strony południowej dom porastają winogrona. W zeszłym roku miały bardzo dużo owoców, ale teraz to same zalążki, więc trzeba będzie jeszcze na to poczekać. Bardzo to dziwne, że z jednego małego krzaczka urosło tak dużo gałęzi i liści.

Moje zadanie to nasmażyć dużo naleśników dla nas wszystkich, usmażyć marmoladę z papierówek, już są. Piękne, duże i rozpływające się w ustach.

Wracam do domu, bo nie zdążę ze wszystkim. Wieczór zapowiada się bardzo pogodnie, trzeba pootwierać okna, żeby wszędzie przewietrzyć.

Zrobił się harmider na podwórku, wyjrzałam przez okno.

– Zosia, chodź, zobacz, co mamy! Szybko! – wrzeszczał jak szalony Wojtek.

Grzyby, czerwone kozaki wyciągali z kieszeni i z torby, sporo tego było, a jakie pachnące. Wczesna wiosna była, to pierwsze grzyby.

– Rano oblecimy nasze grzybowe miejsca, tylko nikomu nic nie mówić! – krzyczał Michał. – Są już teraz, a potem może już nie być. Może być suche lato i nici z grzybów…

– Musimy być wcześniej od Bimberków, ciekawe, czy już wiedzą o pocikołkach? Co? Michał? – proszącym głosem pytał Wojtek.

– Bardzo możliwe, ale potrafią milczeć – ocenił wszystko Rudy.

– Przed spaniem uchylcie okno od ogródka, bo będzie duszno! – rozkazywałam chłopakom. Trochę już miałam w tym wprawy. Mówiłam o dusznościach, a tak naprawdę to chciałam, żeby było słychać, co będzie się działo na drodze. Czasami można było słyszeć przypadkowe randki, czasami plotki, rozmowy koleżeńskie. A najczęściej można było usłyszeć pijackie rozmowy i powroty naszego taty.

Porozkładaliśmy się jak zawsze, i spać. Wszyscy chcieliśmy spać, byle tylko zdążyć zasnąć.

Jeszcze dobrze nie usnęliśmy, jak usłyszeliśmy śpiew, dobiegający z daleka pijacki, głośny śpiew.

– Ta droga, co niebem mkła… – darł się nasz ojciec, słychać było świst bata i siarczysty bieg konia z wozem. Chrobot był niesamowity, waliły jakieś deski czy żelastwo na tym wozie. Długo nie potrzeba było czekać, by usłyszeć ich na podwórku.

– Prr… Kasztanko, Kraselko jedna, prr… – mruczał nasz ojciec. – Stój! Mówię do ciebie, rozumiesz czy nie? Czy ty jesteś koń czy osioł? – Teraz już stracił słodki głos i krzyczał jak opętany – koń czy osioł? Co?

Zerwaliśmy się wszyscy na równe nogi, wybiegliśmy na podwórko, żeby zobaczyć, jak to nasz ojciec wraca karierą do domu – tak zawsze mówił, kiedy jeździł galopem. Wybiegliśmy na boso, wszyscy jak jeden mąż, tylko Wiola stała na końcu, bała się zbliżać.

Trzech pijanych mężczyzn leżało w deskach. Filip, jeden z kumpli ojca, trzymał lejce, ojciec próbował wygramolić się z desek, ale nie bardzo mógł, bo leżał na brzuchu. Trzeci, Czesław, też leżał w dosyć dziwnej pozycji i nie mógł w żaden sposób się podnieść.

– O, to ty, Czesiu! – nasz tata zaczął rozpoznawać, gdzie jest. – Czy jest też z nami Filip? Och, jak dobrze, że jesteście – ojciec zaczynał swój pijacki szloch. – Oj, dobrze, że jesteście, jaki ja jestem zadowolony, to mówię wam. Moje najdroższe chłopaki. Dobrze, że już w domu, co, Filip? Co? Obudź się, już pora! Słyszysz mnie? – nie dawał za wygraną ojciec.

– Zamknij się, Franiu, co, potrzebujesz tu… Przedstawienie, czy co? Patrz, do cholery, gdzie jesteśmy – mówił urywanymi słowami Czesio.