Cztery Drogi - Tommi Kinnunen - ebook + audiobook
Opis

Wnikliwy portret ludzi, których marzenia okazały się większe niż możliwości.

Przekonująca, wzruszająca powieść o Finlandii, zwykłych ludziach, wielkich domach i niewygodnych sekretach. Maria, położna
i
samotna matka, zyskuje sobie szacunek lokalnej społeczności dzięki zimnej krwi, z jaką odbiera nawet najbardziej skomplikowane porody.
Jej
córka Lahja otwiera zakład fotograficzny, lecz przede wszystkim za wszelką cenę stara się utrzymać swoje małżeństwo. Jednak jej mąż Onni, podróżując od miasta do miasta w ramach pracy, szuka krótkotrwałego szczęścia w przelotnych romansach. Kilkadziesiąt lat później Kaarina urządza dom odziedziczony po teściu. Kobieta postanawia poznać prawdę o przodkach swojego męża, do tej pory starannie przemilczaną przez rodzinę.

Debiutancka powieść Kinnunena została uhonorowana najważniejszymi fińskimi nagrodami literackimi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 48 min

Lektor: Joanna Gajór

Popularność


Tommi Kinnunen

CZTERY DROGI

przełożył Sebastian Musielak

Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej FILI – Finnish Literature Exchange

Tytuł oryginału: Neljäntienristeys

Copyright © Tommi Kinnunen and WSOY

First published in Finnish by Werner Söderström Ltd. (WSOY) in 2014 with the original title Neljäntienristeys

Published by arrangement with Bonnier Rights Finland, Helsinki, Finland

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Domowi – w jego pokojach żyją historie.

Przebyte drogi

1996 | Szpital

MARIA

1895 | ul. Ślepy Kąt. Kiedy sama nie wiesz, na co cię stać

1904 | ul. Zajazd. Podróż i powrót

1925 / ul. Wybudowanie. Ciągle pęczniejący dom

1933 | ul. Kołomyja. Ludzie potrzebni i niepotrzebni

1936 | ul. Pustkowie. Powrót z porodu

1944 | ul. Tułaczy. Wszystko marność

1953 | ul. Stara Strażnica. Inne wymiary

1955 | ul. Ostatki. Ostatni płomień pożądania

LAHJA

1911 | ul. Poławiaczy Pereł. Na zgliszczach domu

1931 | ul. Wola. Dym snuje opowieści

1938 | ul. Spadek. Do trzeciego i czwartego pokolenia

1946 | ul. Ziemiankowa. Kiedy jest za ciasno

1950 | ul. Zapora. Sprawy odległe i bliskie

1957 | ul. Składowa. Pożyczone słowa

1959 | ul. Wdowi Grosz. Żałoba niejedno ma imię

1967 | ul. Kościelna. Powód zawsze się znajdzie

1977 | ul. Stary Jaz. Odpędzanie samotności

KAARINA

1964 | ul. Nowa Droga. Stary brud

1966 | ul. Zbytki. Nowe i stare

1967 | ul. Za Tamką. Opowieść uwięzionej

1969 | ul. Wesoła. Pozbywanie się rzeczy zbędnych

1971 | ul. Krowia. Są takie chwile, że się jeść odechciewa

1973 | ul. Ogniskowa. Pewne rzeczy wypadają z pamięci

1977 | ul. Karczemna. Wytyczanie granic

1980 | ul. Wichrowa. Kiedy się zatrzymasz, świat wydaje się inny

1996 | ul. Szlifierska. Coś na kształt uśmiechu

ONNI

1930 | ul. Toki. Narodziny wspomnień

1934 | ul. Saneczkowa. Kiedy jest wszystko, czego można chcieć

1943 | ul. Strzelców Alpejskich. Wspólne przeżycia łączą

1946 | ul. Budowniczych. Szukanie nowego rytmu

1950 | ul. Junacka Górka. Zerwany kontakt

1952 | ul. Klatki Małe. Trudne rozstanie

1953 | ul. Wahadłowa. Sprawy, które mają nazwy

1954 | ul. Radosna. Własne miejsce na ziemi

1955 | ul. Stary Cmentarz. Brak wspólnego mianownika

1957 | ul. Maszynowa. Świeża sadzonka jest słaba

1959 | ul. Kresowa. Szybka droga do celu

1996 | Strych

Wbij to sobie do łba.

(Nie przejmuj się, nie daj po sobie poznać, nie reaguj).

Szpital • 1996

Ból wali we mnie jak fala o brzeg. Dopada i wbija w łóżko. Uderzenia tłumi ciecz spływająca z kroplówki do żyły. Ciało odczuwa palące rwanie, ja nie.

Johannes trzyma mnie za rękę, Kaarina za drugą. Ta kobieta mieszka ze mną pod jednym dachem od ponad trzydziestu lat, a ja ciągle nie mówię do niej po imieniu.

Znów widzę całą scenę, choć nie było mnie tam wtedy.

Okno na piętrze otwiera się na oścież. Najpierw pojawia się głowa, potem nagi tors. Szybkie spojrzenie na boki i zaraz potem w dół. Ile to metrów?

Nogi wykręcają mi się pod kołdrą, widzę je, ale ich nie czuję. Johannes próbuje coś mówić, ale przerywa w pół słowa. Nie mam siły go słuchać. Sznuruje wargi tak samo jak Onni. Jak jego ojciec.

Trudno mi oddychać. Nie chcę tego znowu oglądać, już nie chcę.

Cofa się do pokoju, chwyta koszulę i rzuca ją razem z butami za okno.

Walenie do drzwi. Na brzegu łóżka tamten, skamieniały ze strachu. Zaraz trzeba będzie otworzyć drzwi, inaczej je wyważą.

Dobrym mężem był ten Onni. Nie pił ani nie bił. Nie zaniemówił po wojnie, nie budził się w nocy zlany potem. Nie walczył znowu o karelskie rzeki, nie forsował lapońskich bagien. Wszystkiego się ten Onni po wojnie imał. Ledwo we wsi stanęły nowe domy, już zaczął robić do nich meble i zapełniać nimi puste pokoje. A kiedy już każdy miał stół, łóżko i kredensik, umyślił sobie jeszcze tkać ludziom zasłony.

O dzieci dbał. I lubił je, nawet tę Helenę. Ciągle im jakieś zabawy wymyślał.

Siada na parapecie, najpierw jedna noga, potem druga. Obraca się, chwyta za deskę i zwiesza nogi za okno. Chwilę dyndają. Wiem, że patrzy w stronę łóżka, wyciąga rękę na pożegnanie, a może prosi o pomoc. Puszcza futrynę i zgina kolana, do ziemi daleko.

I dom zbudował, duży i piękny, że próżno drugiego takiego szukać. Dobrym mężem był. Tylko nie dla mnie. Nie dla mnie. Raz w miesiącu jechał pocztowym samochodem do Oulu. Rzekomo odebrać zamówienie: a to tarcza do piły była mu potrzebna, a to klon na krzesła, bo u nas nie rośnie. A potem preteksty się skończyły. Domyślałam się od samego początku, ale nie wierzyłam. Chciałam go tylko dla siebie.

Skacze w głęboką zaspę, stacza się na róże. Do spoconych nagich pleców klei się śnieg.

Podnosi się. Zbiera ze śniegu buty i koszulę. Zwalnia na chwilę, byle tylko wcisnąć na nogę prawy but i zaraz potem lewy.

Drzwi na piętrze się otwierają i do pokoju wbiegają tamci. Jeden podbiega do okna i patrzy. Przywołuje resztę i pokazuje im, gdzie on ucieka.

Jak Onni ostatni raz jechał do Oulu, to wiedziałam, że już nigdy nie wróci.

Gdy zadzwonili z policji, że znaleźli go na Raksili, zdziwiłam się tylko, że nie użył tego swojego mausera, którego dwanaście lat chował pod schodkiem wygódki.

Johannes się porusza. Przymykam lewe oko, jednym lepiej mi się patrzy. Moje kciuki wpijają im się w dłonie. Puszczam rękę Johannesa, żeby nie miał siniaka. Kaarinę trzymam dalej.

Śnieg sięga mu do kolan. Pospiesznie wciąga koszulę. Kiedy ją zdejmował, jeden rękaw wywrócił się na lewą stronę. Przy furtce się waha, w którą stronę pobiec. Rzuca się w lewo, choć wie, że to bez znaczenia. Uciekaj! – krzyczę za nim, choć wiem, że tego nie słyszy. Nie może i nie chce. A przecież jestem teraz inna niż wtedy.

Za okiem powoli pulsuje rozżarzony węgiel i pali do żywego, ale tamtego przerzutu już nie pozwoliłam kroić. Ból usuwa w cień rozdzierające obrazy. Przetacza się gorącymi falami przez całe ciało, naprężam się w ich rytmie i znowu wiotczeję. W tym kołysaniu ściana sali rozpływa się w powietrzu i widzę teraz lato z dzieciństwa. Unoszę się na powierzchni lodowatej wody, prąd rzeki wlecze moje długie włosy po piaszczystym dnie. Na brzegu matka gotuje zakrwawione fartuchy. Wyciąga szyję, szuka mnie wzrokiem. Ukryłam się za wikliną, ale mnie widzi i wybucha śmiechem.

– Chodź, Lahja, wypłuczesz mi pranie, skoroś już weszła do wody.

Już nikt przed nikim nie ucieka, więc i ja się śmieję i chwytam sięgającą wody gałązkę, przez listki sączy się na taflę plama słonecznego światła.

Jestem teraz córeczką mamy. Przed wojnami. Przed Onnim.

Matka, rzeka i wiklina bledną i stapiają się z białymi kafelkami. Słońce wybarwia się w jarzeniówkę. Czuję, że jest już blisko. Nareszcie.

Słyszy własne tętno, swój oddech i krok. Boi się nawet obejrzeć i ocenić, ile ma przewagi nad pościgiem.

Kaarina wyciągnęła już rękę z mojej dłoni, siedzi teraz pod oknem.

Widzę jego oczy – oczy spłoszonego konia, oczy prowadzonego na rzeź byka, który poczuł odór krwi.

Biegnie więc przed siebie, ile sił w nogach, choć nie ma dokąd. Ale najważniejsze teraz to nie dać się złapać goniącym go rzeźnikom.

Kaarina wpatruje się we mnie.

Dokąd on idzie? Oddala się ode mnie. Już go nie widzę!

Ktoś mnie ciągle trzyma za drugą rękę. To musi być Johannes. Chcę obrócić głowę, ale nie mogę. Ból miażdży mi plecy. Krzyczę, lecz nie czuję żadnego ruchu warg.

– Nie uciekaj ode mnie!

Kaarina coś mówi. Nie rozumiem jej. Naprężam się, wyginam niemal wpół. Krzyczę, bardzo pragnę, by Onni mnie usłyszał, choć już tyle lat minęło.

– Wróć do mnie!

Kaarina się odzywa. Nie słyszę, co mówi.

Tak bardzo pragnę, żeby do mnie wrócił.

Otwierają się drzwi sali i wchodzi Johannes. Kaarina wstaje, coś mu tłumaczy. Johannes podbiega do łóżka. Kaarina pospiesznie wychodzi. Wypuszczam powietrze z płuc, tułów się prostuje, zapada z powrotem w pościel.

Czuję na dłoni mocniejszy uchwyt. Tak pragnę zobaczyć, kto to jest. Mięśnie szyi nie słuchają, ale usiłuję skierować wzrok na lewo. Widzę go jednym okiem. To Onni. Spocony i zdyszany. Trzymam go za rękę, jest gorąca.

– Wybacz mi – mówię błagalnie, a on nieznacznie potakuje głową. Potem spogląda mi prosto w oczy.

Wciąż taki przystojny.

Maria

Przysięgam na Pana Boga i na Jego Święte Ewangelie, że będę odbierać poród u każdego, kto się do mnie o pomoc zwróci. U wysoko i nisko urodzonego, u bogatego i biedaka, tak w dzień, jak i w nocy.

– PRZYSIĘGA POŁOŻNEJ, 1890 –

Ul. Ślepy Kąt • 1895

Oczy Marii powoli przyzwyczajały się do mroku. Izba była niewielka. W dwóch przeciwległych ścianach były maleńkie okienka, ale połowę jednego zasłaniał obrzynek deski i tylko przez drugie wpadało do środka trochę światła jesiennego popołudnia. Od samego progu izby wznosił się prosty kamienny piec, na którym zapalono akuszerkom łuczywo, choć na dworze było jeszcze widno. Piec miał już komin, ale ściany były czarne jak smoła. Na warsztacie leżał szary zaczątek chodnika. Rodzącą umieszczono na ziemi na czworakach i oparto o łóżko. Deski podłogi były usłane zakrwawionymi gałganami.

Marię przywieziono dopiero dziś. W tutejszej parafii położnej do porodów z reguły nie wołano, a tej nowej, młodej to już nikt w ogóle nie chciał. Jej poprzedniczka całkiem się rozpiła w tej zapomnianej przez Boga i ludzi tajdze – przebrała się jej miara krwi i śluzu, trudnych porodów i zmarłych z wycieńczenia matek. Podobno za cztery tylko miesiące wykrwawiło się w parafii aż pięć położnic, bo ta pijanica nie była w stanie nawet wyjść z domu. Raz zimą wcisnęli ją jakoś między płozy sanek i opatulili futrami i kobiercami, a i tak zaraz wypadła i wielki lament podniosła. Woźnica próbował ją więc do sanek przywiązać, ale tak się szarpała i darła wniebogłosy, że musiała na koniec wracać do domu na czworakach jak pies.

Dlatego nowej położnej od miesięcy nikt do porodu nie wołał, nawet kościelny nie brał jej ze sobą do szczepień. Owszem, we wsi kościelnej pomogła powić kobietom kilka bachorów, które i bez jej pomocy same by na świat przyszły i przy życiu się utrzymały, poza tym jednak nie mogła się poszczycić w parafii żadną reputacją. A że każda najmniejsza wioska miała swoje akuszerki, babki i mądre, które z niejednej wrzeszczącej chłopki wyciągały oporne potomstwo, a i umiały szybko je ochrzcić, jeśli zaszła potrzeba, o położnej z dalekiej wsi kościelnej nikt tam nawet nie myślał. Taka młoda, bez dziecek. Co taka mogła wiedzieć o kobiecych sprawach?

Kiedy więc wczesnym wieczorem zapukała do drzwi jej izby żona kantora, Maria aż się wzdrygnęła, bo już się rozbierała i myślała położyć, choć szło dopiero na piątą.

– Czy Maria jeszcze nie śpi? – spytała kantorowa i nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi i przekuśtykała przez próg. – Kobieta przyjechała i o położną pyta.

Maria owinęła ramiona szalem i poszła za kantorową do drewnianej werandy. Stała tam drobna staruszka i popatrywała niespokojnie w okna. Kiedy zobaczyła Marię, zsunęła z głowy czarną jedwabną chustę i się przedstawiła.

– Pojechałaby położna do nas? – spytała staruszka i dla pewności dygnęła przed Marią, tyle młodszą. – Nim się bardziej zmroczy.

Żona kantora użyczyła im bryczki, życząc wylewnie na drogę pokoju Pańskiego. Zasłużyła już na własne dziecko, pomyślała Maria. Bo kantorowa zawsze tak się ożywiała, kiedy inna miała rodzić. Potrafiła jechać wyboistym gościńcem wiele wiorst tylko po to, żeby zobaczyć nowo narodzone dziecię i je ucałować, czym zawstydzała biedne położnice leżące w izbach upstrzonych mysimi bobkami na spróchniałych deskach. Szczęściem nie przyjeżdżała nigdy z pustymi rękami – brała zawsze w drogę świeżo upieczony chleb, tłusty ser i gęstą maślankę. Wiele położnic i jeszcze więcej noworodków zawdzięczało pewnie życie tej tęsknocie kantorowej. I tylko szkoda, że kobiecie, której nie brakowało władzy i pieniędzy, by dziecko chcieć urodzić i na ludzi wychować, los wciąż skąpił potomstwa, a u wychudzonej chłopki w głodowej chudobie co rok to prorok.

W drodze kobiecina w czarnej chuście powiedziała, że jest matką rodzącej i że wybrała się po położną, choć wszyscy byli temu przeciwni. Ponieważ poród trwał już długo i córka czegoś bardzo źle wygląda, staruszka wymknęła się z domu po pomoc. Położna powinna jednak pamiętać, że nawet jej córka nie chciała nikogo spoza wsi.

Takie oto okoliczności zawiodły Marię do tej nędznej chaty. Na schodach siedzieli dwaj mężczyźni i czekali na rozwój wypadków. Spojrzeli znacząco na niemiłego gościa.

– Takie dziecko – prychnął młodszy, bardziej wyglądający na gospodarza.

– Dobrze mieć takie małe rączki – rzekł na to starszy. – Opuść portki, to ci pokaże, o co chodzi – próbował żartować.

Młodszy jednak nie miał powodów do śmiechu i tylko patrzył na położną bez słowa. Maria przepchnęła się do izby między nimi, żaden nie odstąpił na bok.

Rodząca powitała położną wzrokiem udręczonej krowy. Czoło miała zroszone potem. Siedziały przy niej dwie wiejskie akuszerki. Starsza spojrzała na Marię i wstała. Wytarła ręce w ścierkę, brązową już od zaschniętej krwi. Maria postawiła torbę obok balii za progiem. Teraz zauważyła ją młodsza. Starsza tymczasem podeszła do pieca, przytknęła drzazgę do płonącego łuczywa i zapaliła fajkę. Stanęła przed Marią i zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów. Wyciągnęła rękę i pogładziła ją po ściśniętej gorsetem talii.

– Podfruwajka jeszcze ta nasza nowa położna.

Mądra odwróciła się ku rodzącej i pyknęła z fajki.

– Cisnęły my z każdej strony, ale za Boga nie chce wyleźć. Zakleszczony musi.

Maria patrzyła na unoszący się ku powale dym z fajki. Mądra ciągle przed nią stała. Położna nie widziała rodzącej, bo ta z fajką znów się obróciła twarzą do niej i zasłoniła tamtą. Gdy Maria postąpiła nieco w bok, mądra znowu stanęła jej na drodze.

– Trzy ćwierci jej do śmierci. Za dzieckiem musi pójdzie – wyrzekła akuszerka i Maria pomyślała, że niepotrzebnie tak głośno. Kobiety umierają w porodzie, wiedziała to i bez niej, a rodzącej też nie trzeba o tym przypominać.

– Dużo straciła krwi? – zapytała Maria.

– Dużo, a może i więcej.

– W jakim stanie?

– Żywa jeszcze.

Mądra była od Marii co najmniej dwakroć starsza. Znowu pyknęła z fajki, wypuszczając przez nos dym, który snuł się pod czarny od sadzy pułap. Jej wzrok spoczął na Marii.

– I co rzekniesz, dziewczyno?

Maria odwróciła się i podeszła do progu. Matka rodzącej wślizgnęła się do izby i stała przy drzwiach, patrząc w stronę łóżka. Maria rzuciła jej szybkie spojrzenie i przeniosła je na rodzącą. Kobieta wbiła w nią szklany, nieruchomy wzrok. Młodsza akuszerka masowała jej plecy. Nie przerywając pracy, rzuciła:

– Pójdzie położna przed dom, chłopom raźniej będzie, a zaś zawołamy, jak już będzie co do trumny włożyć.

Maria przeniosła na nią wzrok. Też młoda jeszcze, za młoda na akuszerstwo. Słowa wypowiedziała twarde, ale z jej oczu wyzierał strach.

Za Marią stanęła staruszka w czarnej chuście. Nie spuszczała wzroku z rodzącej córki, która złożyła ciężką głowę na poduszce i nie miała już nawet siły patrzeć.

– Jak mi dziecko stracicie – wyrzekła staruszka, wskazując na córkę – to was pozabijam.

– Co ona gada?

– To moje jedyne dziecko. Nie mam innych.

Młodsza akuszerka spojrzała na starszą, szukając wzrokiem jej oczu.

– Co położna powie?

– Nie dam jej umrzeć.

– Niby jak?

– Jeszcze nie wiem. Ale nie dam.

Mądra spojrzała na Marię i staruszkę w czarnej chuście, po czym odstąpiła na bok, pod piec, niby żeby ostukać fajkę, ale wskazała zarazem głową na rodzącą. Maria wzięła swoją torbę i podeszła do leżącej. Przytknęła palce do jej szyi, sprawdziła puls. Kobieta z trudem rozwarła powieki i usiłowała skupić spojrzenie na Marii.

– Jak na rodzącą wołacie?

– Rieti – odpowiedziała jej matka.

Marii przemknęło przez myśl pytanie, jak też tę Rieti w księgach pastor zapisał: Riikka czy może Frederiikka? A zatem dziewczyna dostała imię po żonie kantora. Kantorowa na pewno się ucieszy, kiedy się o tym dowie. A Rieti nie zabraknie maślanych ciastek.

– Przewróćcie ją na plecy.

Akuszerki spojrzały po sobie, ale usłuchały. Ująwszy rodzącą pod biodra, podniosły ją i złożyły na posłaniu. Starsza starła jej z piersi zimny pot, matka otuliła wyświechtaną derką. Rieti pojękiwała. Maria uniosła brzeg okrycia i złożyła go na brzuchu rodzącej.

Główka dziecka wyszła do połowy, twarz zwrócona była ku Marii. Zielonkawe oczy były otwarte. I nieruchome. Maria dotknęła czoła Rieti. Zimne. Przeniosła ręce na jej brzuch, obmacała boki. Lewą dłoń położyła z powrotem na brzuchu, a prawą ucisnęła ją mocno z boku. Brak reakcji. Młodsza akuszerka uważnie śledziła ruchy położnej, starsza stała przy wąskim okienku, ale i ona przypatrywała się młodej położnej. Maria sięgnęła do torby i wyjęła z niej słuchawkę Pinarda. Przycisnęła ją do naprężonego brzucha i przyłożyła ucho. Nic, cisza. Ostrożnie wsunęła do środka palce po szyjce dziecka i obmacała delikatnie jego bark. Lewy obojczyk był złamany, prawy prawdopodobnie również. Dziecko uwięzło ramionkami w kanale rodnym.

– Od dawna tak jest?

– Trzecią noc wypycha – odparła młodsza.

Starsza pokręciła głową.

– Już teraz z niej nie wyjdzie.

– Nie wyjdzie. – Maria uczyniła palcami mały znak krzyża na czole dziecka.

Rozwarły się drzwi, po podłodze rozlało się zimne powietrze. Stary chłop stanął w progu, młody gospodarz wszedł do izby. Powiódł wzrokiem po kobietach, wreszcie zatrzymał spojrzenie na staruszce w czarnej chuście.

– Żyje?

– Zależy, o kogo pytasz.

Gospodarz nie rzekł ani słowa. Przeszedł powoli w zabłoconych łapciach przez izbę i usiadł na łóżku przy żonie. Powieki kobiety nawet nie drgnęły. Mężczyzna dotknął jej spoconego czoła, lecz zaraz cofnął rękę. Po chwili wahania opuścił ją z powrotem i pogłaskał żonę po włosach.

– Pan Jezus przyjmie cię do siebie i odpuści grzechy.

Kobieta w czarnej chuście wybuchnęła płaczem.

– Co by tu taka mogła poradzić, nieopierzona jeszcze. – Młodsza akuszerka spojrzała wyzywająco na Marię.

Starsza odeszła od okienka i stanęła przy położnej.

– Pochować razem czy osobno? – spytała cicho, żeby inni nie usłyszeli, i położyła rękę na ramieniu Marii. – Jak każą, to ją potem wyciągnę, kiedy już Rieti skona. A we wsi się powie, że ochrzczone było, bo gadać zaczną. To niechaj będzie, że powiła Riikkę.

Maria rozejrzała się po izbie. Na dworze zapadł już prawie zmrok. Młodsza akuszerka odpaliła nowe łuczywo od starego. Zrezygnowany gospodarz siedział na łóżku ze splecionymi dłońmi. Staruszka w czarnej chuście nie mogła się uspokoić. Maria poczuła, że narasta w niej złość.

– Macie w tym domu nóż? – spytała.

– A ta czego jeszcze?

– Musicie mieć nóż.

Matka rodzącej pierwsza się ocknęła i podeszła do stołu.

– Nóż, nóż… – powtarzała machinalnie. – Dajcie położnej nóż.

Maria zebrała się w sobie i rzekła pewnym głosem:

– Gospodarz znajdzie mi nóż. A ty przyniesiesz wiadro – zwróciła się do młodszej akuszerki.

– A na co? – zapytała starsza, choć pomysł jej się nie spodobał.

– Może być cebrzyk od mleka? – spytała młodsza.

– Nie, nie drewniane. Blaszane mi znajdź. Gorąca woda jest?

Starsza obróciła się do pieca, a młodsza wybiegła z izby. Gospodarz ani drgnął, wodził tylko wzrokiem za teściową, która wciąż szukała noża. Stojący ciągle w progu chłop przypomniał sobie, że ma nóż. Odczepił go od pasa.

– Taki byłby.

– Za dobry. Innego nie macie? Nie ma takiej zagrody, gdzie kilku noży nie mają.

Energiczność Marii podziałała w końcu na młodego gospodarza.

– W stajni musi będzie.

– To idź i przynieś – rzekła mądra, nabierając chochlą wodę z kotła.

Mężczyzna spojrzał jeszcze na żonę, po czym wstał i wyszedł.

– I dratwa! – krzyknęła jeszcze za nim Maria.

Do izby weszła młodsza akuszerka z blaszaną miską.

– To się nada?

Matka Rieti znalazła pod piecem stary kozik, a ze szpary w ścianie wyjęła drugi, nowszy. Młody gospodarz przyniósł ze stajni jeszcze długi nóż i położył go na stole.

Maria brała je po kolei, ważyła w dłoni i kręciła nadgarstkiem. Wreszcie wybrała stary, krótki od wiecznego ostrzenia kozik, którego używano w izbie już tylko do obierania ziemniaków i patroszenia ryb. Podała go młodszej akuszerce.

– Wygotuj mi go. Dratwa jest?

– Nie znalazłem.

Maria zdjęła swój kaftanik i rzuciła go na stół. Wyjęła z torby fartuch, przewiązała się nim i rozejrzała jeszcze po izbie. Potem wzięła ze stołu długi nóż i podeszła do krosna. Odcięła ze skraju dobry łokieć osnowy i zanurzyła nić w kotle z wodą. Trzy kobiety uważnie śledziły jej ruchy.

– Co położna zamierza?

– Teraz precz mi stąd. Wszyscy.

Mężczyźni posłuchali bez szemrania. Poród należał do tych ludzkich spraw, nad którymi tylko kobiety mogły zapanować. Młodsza akuszerka spojrzała na Marię i odwróciwszy się na pięcie, wzięła matkę rodzącej pod rękę i przeprowadziła przez próg. Starsza akuszerka poszła za nimi. W drzwiach jeszcze się odwróciła.

– A pomóc nie będzie trzeba?

Maria pokręciła głową.

– Tu już nikt mi pomóc nie może.

Babka wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Maria ujęła nóż i do drugiej ręki wzięła nić, ale zagubiła się na chwilę w pustce izby. Oczyma wyobraźni zobaczyła wyciągające się ku niej rączki.

– Mamo, nie zostawiaj mnie.

– Mama cię nie zostawi.

– Nigdy? Powiedz, że nigdy.

Cisza była ciężka. Maria nie umiała stwierdzić, czy Rieti jest jeszcze przytomna. Powieki miała lekko rozchylone, ale gdy Maria zamachała dłonią przed jej twarzą, oczy trwały nieruchomo. Tętno jednak było wyczuwalne. Maria przeciągnęła jej biodra na krawędź łóżka, po czym wsunęła miskę między spływające ku podłodze uda i uklękła przed nią. Poczuła na żebrach ucisk fiszbinów. Jeden koniec nici nawinęła na prawy palec wskazujący, a drugi na lewy. Potem wyciągnęła ręce, ujęła główkę dziecka z obu stron i wsunęła palce do środka, przeciągając nić po czółku i guzikowatym nosku. Później kciukami wepchnęła ją jeszcze głębiej, przez podbródek na szyję, i jęła poruszać rękoma tam i z powrotem. Główka dziecka kiwała się od tego ruchu w lewo i w prawo. Maria poczuła mdłości. Mocno zacisnęła powieki.

– Mamo, weź mnie ze sobą.

– Mama wyjeżdża daleko. Do Helsinek, do szkoły dla położnych. Nie można tam zabierać dzieci.

– Mamo, ale wrócisz do domu?

– Oczywiście, że wrócę. Na pewno. A tu będą się tobą dobrze opiekować.

Pociągnęła nić mocniej, główka zaczęła poruszać się wyraźniej. Do oczu napłynęły jej łzy. Zacisnęła zęby. Rieti jęknęła. Musiało ją zaboleć, więc Maria na chwilę zwolniła ruch. Na schodach za drzwiami rozbrzmiewał przytłumiony gwar.

Piszę do Was do tajgi, bo nie mam od Was żadnych wiadomości. Czy dostaliście pieniądze, które Wam posłałam? Odkładałam je tu w Helsinkach w kasie oszczędnościowej, a potem wysłałam na Wasze nazwisko. Jeśli to możliwe, napiszcie kilka słów, że wszystko jest dobrze.

Główka zaczęła ciążyć ku ziemi. Zupełnie jakby dziecko swoimi niewidzącymi oczami przyglądało się uważnie najpierw powale, by po pewnym czasie przenieść spojrzenie na komin, potem na piec, a wreszcie na skrzynkę z drewnem. Wtem Maria poczuła w palcach delikatne szarpnięcie i bezwładna główka dziecka zaczęła się mocno kolebać na boki.

Dziękuję za skórzane trzewiki, któreście dla swego dziecka nam tu przysłali. Odpisać wcześniej nie mogłam, bo w ciężkiej boleści byłam i ledwie się z łóżka podniosłam. Z bólem serca donoszę, że z dzieckiem Waszym krucho jest bardzo.

Przełożyła nitkę od spodu, szarpnęła i miska zadudniła głucho. Położna poczuła, że paląca treść żołądkowa podchodzi jej do gardła. Zgięła się szybko wpół, wspierając oburącz na misce, ale nie zwymiotowała. Odwinęła nić, która wpiła się jej głęboko w skórę. Spuchnięte palce były zupełnie zimne. Namacała leżący na łóżku kozik. Ścisnęła go mocno palcami, kciukiem zasłoniła ostrze. Nie widziała dobrze, bo po policzkach ciekły jej łzy, ale i nie było na co patrzeć. Palcami lewej ręki wyczuła zakleszczone ramionka i ostrożnie wsunęła do środka trzymany w drugiej dłoni nożyk.

Jak wygląda Wasza sytuacja w tajdze? Choroba już minęła czy dziecko moje nadal gorączkuje? Jeżeli trzeba je zawieźć do doktora, to wieźcie. Na pewno gdzieś pożyczę pieniądze i spłacę Wam wszystko co do grosza.

Pracowała powoli. Dociskała krótkie ostrze do kciuka, jak gdyby kroiła w palcach marchew na plasterki. W izbie było już ciemno, lecz nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Powtarzała machinalnie ruchy, nic nie myśląc i niczego nie roztrząsając, niczemu się nie dziwiąc. Miska wypełniała się powoli, kawałek po kawałku. Z trzewi Marii dobywał się głos, który wydostawał się przez usta spazmami skowytu. Wyła i kroiła, a brzuch Rieti, na którym złożyła ciężką głowę, miękł i przelewał się z boku na bok. Fiszbiny gorsetu wbijały się Marii w żebra.

Wypada pogratulować Wam z okazji złożenia przysięgi położnej i od razu błagać, byście nas w wielkim gniewie nie przeklinali. Wiele narodu zapadło tu u nas na wielką chorobę i nawet chłopy w sile wieku ledwo ją przemóc mogły. Trzewiki Wam z listem odsyłam. Pewnie nic to nie pomoże, ale mimo to napiszę, że szczęściem długo to nie trwało, a na sam koniec dziecko Wasze nie żyło już w naszym świecie, tylko w tym drugim, anielskim.

Na dworze już ucichło. Wreszcie drzwi izby się otwarły i starsza akuszerka weszła ostrożnie do środka z lampą w ręku. Głowa Marii nadal spoczywała na brzuchu Rieti. Usta położnej były otwarte, lecz nie wydobywał się już z nich żaden odgłos. Do miski ściekały powoli skrzepy krwi i śluzu. Akuszerka obróciła się i skinęła na młodszą. Ta weszła do izby, ale stanęła jak wryta, gdy tylko zobaczyła miskę na podłodze. Bała się postąpić choćby jeden krok bliżej. Starsza spostrzegła wahanie młodej. Pociągnęła ją za rękę w stronę łóżka i postawiła lampę na derce. Rieti miała otwarte oczy i wodziła nimi za ruchami ręki.

Mądra podniosła miskę z podłogi, obróciła się ku młodszej i poczekała, aż tamta z ociąganiem weźmie ją od niej. Schyliła się jeszcze po leżący na podłodze zakrwawiony ręcznik i zakryła nim miskę.

– Wynieś to gdzieś. Jak cię będą pytać, mów, że brudna woda.

– Ale gdzie?

– Wymyśl coś, byle nie na gnojówkę. I nikomu ani słowa, gdzie z tym poszłaś.

Młodsza zniknęła. W drzwiach pokazała się głowa kobiety w czarnej chuście. Akuszerka skinęła do niej uspokajająco. Kobiecie jakby kamień spadł z serca.

Mądra wzięła drugi ręcznik, równie zakrwawiony co pierwszy. Położyła dłoń na ramieniu Marii i podała go jej.

– Już nie trzeba. Niech sobie położna chwilunię odetchnie.

Niniejszym czynimy wiadomym, że Maria Tuomela, uczennica Szkoły Położnych w Helsinkach, gdzie pobierała nauki i w sali porodowej zdobywała praktyczną wiedzę o przyjmowaniu porodu, na dzisiejszym publicznym egzaminie wykazała się umiejętnościami wystarczającymi, by zwać się położną oraz korzystać z tych praw i przywilejów, które zgodnie z obowiązującymi w Finlandii rozporządzeniami i regulacjami położnym przysługują.

Osunęła się na bok. Na policzku poczuła szorstką podłogę, która wydała się jej mocną, bezpieczną opoką. Babka podeszła do balii przy drzwiach i nabrała kubek wody. Usiadła na brzegu łóżka i napoiła Rieti, nie spuszczała jednak wzroku z młodej położnej. I jakby nieznacznie pokręciła głową. Maria przewróciła się na plecy, obcasy butów stuknęły o podłogę. Wbiła wzrok w dźwigary i czarne deski pułapu. Powieki miała ciężkie. Akuszerka podała jej kubek z resztą wody. Szloch zaczął wracać morskimi falami.

Ul. Zajazd • 1904

Pościel była czysta, ale cerowana. Tylko dlaczego samotnie podróżująca kobieta musi jeść sama w izbie, choć miejsca w jadalni nie brakuje? No i potrawka z wczorajszych resztek była obrzydliwa.

Maria napisała zażalenie starannym maczkiem. Właściciel zajazdu z początku twierdził, że zajazdy zostały zwolnione z obowiązku prowadzenia ksiąg podróżnych, w końcu jednak ugiął się pod żądaniem i przyniósł z sąsiedniego pomieszczenia oprawioną w czerwony materiał książkę. Nie było w niej żadnych wpisów od ponad pięciu miesięcy. Maria zastanowiła się chwilę, co jeszcze napisać, ale nie przypomniała sobie innych uchybień. W łóżku nie było robactwa i na życzenie przyniesiono jej obrus. Uniosła pióro. Mężczyzna wpatrywał się w nią niemal wyzywająco.

– Czy łaskawa pani już skończyła?

– Jestem panną.

Wytrzymała jego spojrzenie i opuściła pióro z powrotem na papier.

Masło było zjełczałe, aż cuchnęło.

Przebiegła jeszcze raz wzrokiem po tekście, postawiła starannie kropkę na końcu zdania i oddała właścicielowi pióro. Mężczyzna odwrócił księgę ku sobie i przeczytał, co napisała. Uniósł brwi.

– Potrawkę przyniosłem prosto z kuchni, a masło kręcili wieczorem.

– Daj mi pan jeszcze to pióro.

Umoczyła stalówkę w kałamarzu i dopisała pod spodem datę oraz swoje imię i nazwisko. Obsadka znieruchomiała, ale po chwili Maria dodała jeszcze przy nazwisku słowo „położna”.

– Teraz na pewno rozpatrzą.

Podniosła z podłogi gobelinową torbę i wyszła. Do Oulu został jeszcze szmat drogi, ale przed dziesiątą powinna być na miejscu.

Podwodą jechali tylko ona i woźnica – kilkunastoletni, milczący chłopak. Koń był stary, ale biegł miarowo, bo gościniec wyrównano piaskiem. Wrzosowiska prażyły się w lipcowym skwarze. Maria siedziała w odkrytej bryczce i rozkoszowała się jazdą, choć tu i ówdzie po rowach stały kałuże i podróżnych opadały gęste roje komarów. Kwitły dzikie rozmaryny i w miejscach osłoniętych, gdzie powietrze stało, ich mocna, odurzająca woń była zgoła nieznośna. Na szczęście na odkrytym gościńcu wiatr pachniał wrzosem i piaskiem. Niekiedy Maria miała nawet wrażenie, że wyczuwa już lekką woń morskiej soli i glonów. Sosny, sosny, sosny. Chyba już nigdy nie przywyknie do czystego lasu iglastego. Trafiłaby się choć czasem jakaś rosochata brzoza! I parę domów przy gościńcu, a nie tylko te mizerne chaty porozrzucane na chybił trafił po bezdrożnych lasach.

Równy bieg bryczki i zapachy lasu zaczęły ją usypiać. Opuściła powieki, zobaczyła jednak pod nimi wyraźne obrazy z przeszłości. Chłopak smagnął konia i nowy rytm kopyt wydobył z pamięci Marii starą piosenkę. Nie ściskała już jej serca ani nie wywoływała innych przykrych uczuć – była po prostu kolejnym wyblakłym wspomnieniem z dawnych czasów. Z początku nuciła ją jedynie w myślach, ale gdy przypomniała sobie słowa, zaśpiewała na głos. Młody woźnica rzucił jej z kozła dziwne spojrzenie, lecz Marię to tylko rozśmieszyło. I drugą zwrotkę zaśpiewała głośniej.

Wielu się kochało we mnie,

ale jeden chciał mieć więcej.

Wzięłam go za hyćkę,

pokazałam tyczkę.

Wreszcie przy gościńcu zaczęły wyrastać zabudowania: z początku nieliczne lepianki, potem chłopskie zagrody, na końcu porządne domy. W oddali Maria dostrzegła wieżę katedry. Droga skręciła w lewo i zaczęła opadać ku szerokiemu ujściu rzeki. Na dole chłopak zatrzymał konia przy budce.

– Trzeba będzie zapłacić.

– Zapłaciłam za jazdę na początku podróży.

– Myto płaci się na dokładkę.

– Gdzie tak napisano? Poprzednim razem nic nie płaciłam.

– Przez kolejowy tam wyżej byłoby za darmo, ale na tych mostach pobierają myto.

Do bryczki podszedł strażnik. Uniósł dłoń do daszka czapki i spojrzał pytająco najpierw na chłopaka, potem na kobietę.

– Ile? – spytała Maria.

– Marka za bryczkę.

Maria otworzyła torbę i namacała sakiewkę. Myto było wysokie, ale przez most kolejowy zmitrężyłaby za dużo czasu.

– A bez bryczki?

– Na piechotę pięć penni.

Maria wysupłała miedziaka i położyła go na otwartej dłoni strażnika, po czym zeskoczyła na ziemię i ściągnęła z siedzenia gobelinową torbę.

– Możesz już tu zawrócić – rzekła do woźnicy. – Dalej pójdę pieszo.

Szybko przeszła przez mosty. Środkowy, prowadzący na Wyspę Zamkową, był zupełnie nowy. I nie z drewna, tak jak pozostałe, tylko z żelaznych belek, które wyglądały jak rozpięta nad kanałem szara tęcza. I dudnił pod stopami. Maria zatrzymała się w najwyższym punkcie i postawiła torbę na balustradzie. Chociaż dzień był skwarny, stal ziębiła w dłoń. Konstrukcja śmierdziała metalem i farbą. Maria wyjęła z torby list i jeszcze raz sprawdziła adres, mimo że już wcześniej zakarbowała go sobie dobrze w pamięci. Zeszła na drugi brzeg, gdzie biegła ulica Zachodnia. Szybko przecięła trotuar i skręciła w lewo w Magazynową. Po chwili odszukała spojrzeniem szyld. Stanęła przed drzwiami, poprawiła fiszbiny gorsetu i weszła do środka.

Za ladą stał młodszy od niej mężczyzna. Obrzucił Marię krytycznym spojrzeniem, zaraz jednak na jego twarzy pojawił się szeroki, przychylny uśmiech. Maria zdecydowanie nie wyglądała na służącą i choć ubrana była jak kobieta ze wsi, młodzieniec rozpoznał w niej klientkę.

– God dag.

– Dzień dobry. Napisaliście mi, że mogę odebrać zamówienie.

– To prawda, łaskawa pani. – Ekspedient przeszedł na fiński.

– Jestem panną. Czy mogę go zobaczyć?

– Panna Tuomela zechce chwilę zaczekać, przyprowadzę go.

Młodzieniec wyszedł bocznymi drzwiami na podwórze i skierował się do magazynu. Maria odprowadzała go spojrzeniem, dopóki nie zniknął jej z oczu. Nie musiała długo czekać, bo po chwili wrócił do sklepu i otworzył jej drzwiczki w ladzie.

– Proszę bardzo, możemy pójść go obejrzeć. Torbę panna Tuomela może zostawić tutaj.

Maria wyszła za subiektem na podwórze z torbą w ręku. Pod magazynem stał oparty o rampę lśniący, nowiusieńki welocyped. Mocna rama miała błękitny kolor, masywne obręcze były ciemnoczerwone. Z przodu ramy nad widelcem widniał herb otoczony wstęgą z napisem: „Bracia Friis Kokkola”. Maria bardzo uważnie obejrzała dwukołowiec z każdej strony, ujęła go za ster i uniosła koło, wreszcie postawiła trzewik na pedale. Welocyped był piękny, w czymś jednak różnił się nieco od pojazdu aptekarza. Powiodła palcem po zakrzywionych rurach. Nagle zatrzymała rękę. Tu było coś inaczej.

– Pozwoliłem sobie zamówić dla panny Tuomeli model damski – odezwał się subiekt.

– A czym się różni od męskiego?

– Ma mocniejszą ramę, a zatem rura pośrodku staje się zbędna. Dzięki temu damom w spódnicy łatwiej jeździć.

Maria poczuła, że wzbiera w niej złość. Sama wybrała sobie welocyped i sama go zamówiła, a oni dają jej coś takiego. Subiekt pochylił się ku niej z uśmiechem.

– Poza tym na damskim dwukołowcu nie będzie musiała panna świecić łydkami.

– A od kiedy to trzeba je zasłaniać?

Młodzieniec się zorientował, że rozmowa przybiera niewłaściwy obrót, i zmienił temat.

– I co panna Tuomela sądzi? Będzie odpowiedni?

Maria biła się z myślami. Dlaczego zamówiono dla niej model damski? Do jazdy na dwukołowcu służą dwa pedały i kobieta ma tyleż nóg co mężczyzna. Pojazd jednak mamił ją obietnicą pędu i wolności, perspektywą samodzielności, możliwością wyjeżdżania do porodów bez oglądania się na podwody. Ulotny zapach łańcuchowego smaru wywołał w myślach piaszczyste dukty, wiatr owiewający twarz i opisywane w cenniku milczące dostojeństwo nietkniętego ludzką ręką łona natury.

– Chyba go wezmę.

Subiekt otworzył drzwi i wrócili do sklepu. Maria wydobyła z torby ukryte na dnie zawiniątko. Rozłożyła je i wyjęła banknoty, które położyła na blacie i rozprostowała kantem dłoni. Potem wysupłała z sakiewki monety i ułożywszy z nich stosik na banknotach, przesunęła odliczoną kwotę na drugą stronę lady.

– Proszę bardzo.

– Czy panna Tuomela życzy sobie dowóz? Możemy dostawić welocyped do miejsca zamieszkania.

– Nie potrzeba. Proszę mi go tylko wyprowadzić na ulicę.

Subiekt przytrzymał welocyped, a Maria nasunęła na ster uchwyty torby. Następnie sama ujęła rączki i ruszyła przed siebie. Piechotą dwukołowiec prowadził się bardzo lekko. Młodzieniec patrzył za nią.

– Potrafi panna na welocypedzie jeździć? – zapytał jeszcze.

Zatrzymała się i odwróciła ku niemu. Poczuła słodki zapach brylantyny.

– A pan?

– Oczywiście. I mogę doradzić.

– Chodził pan do szkół?

Młodzieniec nie potrafił szybko odpowiedzieć na tak zaskakujące pytanie.

– Skoro potrafi to mężczyzna, który nie chodził do szkół, to chyba tym bardziej kobieta, która szkoły skończyła?

Maria zaprowadziła welocyped na miejskie targowisko. Między straganami było tłoczno, więc poszła za nową halę targową, do cienia rzucanego przez ceglane magazyny. Przechyliła dwukołowiec ku sobie, przeniosła nogę nad rurą i postawiła ją na prawym pedale. Potem powoli wyprostowała pojazd, starając się utrzymać go w tej pozycji. Była przejęta. Nigdy wcześniej nie próbowała jeździć sama. Ostatnim razem, pod koniec wiosny, aptekarz pomógł jej ruszyć i trzymał ją delikatnie za barki.

Maria uniosła teraz na pedał także lewą stopę, ale pojazd natychmiast pochylił się w lewo, musiała więc zdjąć szybko nogę z pedału z powrotem na ziemię. Kiedy pochyliła welocyped bardziej na prawo, zaczynał za bardzo ciążyć na tę stronę. Siedziała na siodle z nogami na ziemi. Podnosiła je na przemian, próbując złapać równowagę. W domu na tym etapie aptekarz stanął za nią z kołem między nogami, żeby pojazd się nie przewrócił, po czym sięgnął rękoma z obu jej stron do uchwytów. Czuła na plecach jego gorącą pierś. Zaraz jednak grubsza z pilnujących ich sióstr aptekarza podeszła do niego i szepnęła mu na ucho, że tak nie przystoi, a kobiety nie powinny w ogóle siadać na takim diabelstwie, że ludzie we wsi będą się śmiać, kiedy przez otwartą furtkę zobaczą, jak państwo błaznują.

Kiedy Maria wreszcie złapała równowagę, odepchnęła się nogami, żeby nabrać pędu. Welocyped potoczył się pewnie do przodu, ale kiwająca się w przód i w tył torba na sterze skręciła przednie koło. Maria zatrzymała się i zsiadła. Zdjęła torbę z rury, ale nie wiedziała, gdzie mogłaby ją umieścić. Na schodach magazynu zebrała się grupka okolicznych pijaczków. Mężczyźni przyglądali się jej ćwiczeniom. Jeden trącił koleżkę łokciem, przekrzywił głowę i utkwił wzrok w kostkach Marii.

– Co nieco tam panience widać.

Maria spojrzała na nich ostro.

– Sama wiem, co mam pod spódnicą, nie musisz mi mówić. I więcej wiem o tym niż ty.

Pijacy zarechotali, roześmiał się i tamten, bo wyszłoby na to, że śmieją się z niego. Najroślejszy z grupy podszedł do Marii.

– Bagaż może panienka wozić sobie tutaj, z tyłu. – Mężczyzna wziął jej torbę i postawił na kratce nad tylnym kołem. Wcześniej Maria nawet nie zwróciła na nią uwagi. Idealna na torbę położnej.

– Ma nawet coś takiego! Dziękuję.

– Panienka spróbuje trochę się rozpędzić. Welocyped nie będzie się kłaść, jak chód będzie szybszy.

Maria przyjrzała się dokładniej nieogolonemu mężczyźnie. Mankiety miał wyświechtane, ale ratynowy kaftan był czysty. Pijaczyna, ale poczciwy.

– No to pokaż pan.

Maria pochyliła pojazd ku niemu i pilnie śledziła jego poczynania. Mężczyzna ujął rączki steru, jedną nogę przełożył na drugą stronę ramy, drugą zaś odepchnął się od ziemi i dopiero gdy nabrał rozpędu, zaczął pedałować. Maria ze spokojem odprowadziła go spojrzeniem, aż zniknął za rogiem hali targowej, by po chwili wyłonić się po drugiej stronie i wrócić do miejsca, gdzie siedzieli jego koledzy. Zsiadł z siodła i podprowadził pojazd do Marii.

– Wpierw się panienka rozpędzi i dopiero wtedy usiądzie.

Pijaczkowie zbierali się już, a ostatni handlarze składali stragany, kiedy Maria jeszcze ćwiczyła. Ale wreszcie zrozumiała, na czym to polega. Objechała rynek dwa razy, najpierw chwiejnie, a potem już pewniej i na Nabrzeżnej pomachała wysokiemu i jego koleżkom, którzy przechodzili właśnie przez ulicę. Wróciła za magazyn i zsiadła z pojazdu. Zdjęła torbę z kratki za siodłem, otworzyła ją i wyjęła z niej starannie złożoną i zawiniętą w papier pakowy czarną pelerynę. Sama kupiła na nią materiał i sama ją uszyła właśnie do jazdy na welocypedzie. Okrycie składało się z dwóch stożkowatych kawałków, między którymi zrobiła otwory na ramiona. Strząsnęła pelerynę, rozpięła dwa guziki pod szyją i zarzuciła ją na plecy. Zapięła guziki, odłożyła torbę z powrotem na kratkę i wspięła się na siodło. Była gotowa do podróży.

Pojazd podskakiwał na brukowanych trotuarach i Marii zrobiło się niedobrze. Przed mostami zatrzymała się, zsiadła z dwukołowca i wysupłała z sakiewki pięć penni. Ale strażnik nie cofnął ręki, choć położyła mu monetę na dłoni.

– Przejazd na welocypedzie kosztuje dziesięć penni.

– Przejdę na piechotę, prowadząc go przy sobie.

– Myto jest od welocypedu.

– To go spytaj, może ci zapłaci.

I nie zważając na protesty strażnika, przeprowadziła swój dwukołowiec przez most i na drugim brzegu rzeki wspięła się na siodło. Gościniec był równy i suchy, pojazd szedł lekko, ale mdłości nie ustępowały. Były słabsze niż w mieście, usadowiły się jednak na dobre gdzieś nad mostkiem, uciskając przewód pokarmowy. Maria pedałowała miarowo, starając się przywołać ów nastrój wesołej beztroski, jaki towarzyszył jej w drodze do Oulu, ale jakoś nie mogła. W pelerynie było jej gorąco, a fiszbiny gorsetu uwierały ją w żebra. Zatrzymała się, złożyła pelerynę i wsunęła ją z powrotem do torby. Uczucie gorąca jednak nie ustąpiło. Miała przed sobą jeszcze prawie dwieście wiorst. Próbowała zanucić piosenkę, lecz tym razem słowa nie chciały jej przejść przez gardło.

Gościniec biegł skrajem bagna i do Marii przyplątał się bąk, pewnie zwietrzył pot. Krążył uparcie dokoła niej i co jakiś czas przysiadał gdzieś poza zasięgiem jej wzroku, by zaraz uciec i po chwili wrócić. Usiłował użądlić ją to w kark, to znowu w kostkę. Próbowała strząsnąć go ze skóry i przyspieszyła, namolny owad jednak nie ustępował, zataczając mniejsze i większe pętle wkoło niej. Słońce prażyło i rozpięła lewą ręką guziki kaftanika. Wiatr wionął świdrującym zapachem dzikiego rozmarynu. Wszędzie same sosny.

Wtem poczuła w ustach smak żelaza i zaraz potem dostała silnych torsji. Zahamowała i ledwo zdążyła zeskoczyć z siodła. Skurcze trwały długo, dopóki nie zaczęła wymiotować żółcią. Klęczała nad rowem, opierając się rękoma o ziemię. Poczuła się trochę lepiej, opadła jednak z sił. To musiało być to dzisiejsze masło albo wczorajsza potrawka. Bąk usiadł jej na dłoni. Chwilę badał skórę i gdy wysuwał żądło, zabiła go. Nagle zaświtała jej w głowie myśl. Maria położyła się na plecach między krzewami i zaczęła przyglądać się chmurom. Czy to mogło być to? Czy naprawdę położna mogła być aż tak głupia, że do tej pory niczego nie spostrzegła, choć skończyła szkoły i była pewna, iż pozjadała wszystkie rozumy?

Poczuła nagły przypływ sił, dostrzegła dla siebie nową szansę. Wstała i strzepnęła ze spódnicy listki borówki. Stancja u kantora będzie za mała dla dwójki, więc czas już teraz pomyśleć o nowej kwaterze. O tymczasem pewnie ciasnym, ale własnym kącie. Postawiła swój lśniący, błękitny welocyped w pionie i wspięła się z powrotem na siodło. Nie będzie nikomu usługiwać, nie będzie nikomu prać ani gotować. Jest kobietą niezależną. Położną na stałej pensji, cenioną i rozchwytywaną. Przez te dziesięć lat jej sława rozniosła się po sąsiednich parafiach i nie było dnia ani nocy, by nie przyjechał prosić jej o pomoc ktoś z jeszcze dalszych stron. Pochyliła welocyped i postawiła stopę na pedale. Oczywiście, że da sobie radę w szerokim świecie, tak jak zawsze do tej pory.

Zestawiła trzewik z powrotem na ziemię. A co z aptekarzem? Jak mu o tym powie? Siostrunie przecież ją rozszarpią – co do tego nie miała wątpliwości.

Poczuła, że brakuje jej tchu. Szybko zdjęła rozpięty kaftanik, przewiesiła go przez drążek steru i namacała na plecach sznurówkę gorsetu. Pociągnęła, lecz supeł się nie rozwiązał. Szarpała za końcówki, ciągnęła supeł to w lewo, to w prawo, aż w końcu rozluźnił się na tyle, że zdołała uchwycić go rękami. Pociągnęła mocno w stronę głowy i usłyszała odgłos dartego materiału. Potem pozaginała fiszbiny ku dołowi i po zdającej się wiecznością mordędze sznurówka zaczęła puszczać i uwalniać tułów z okowów. Paroma szarpnięciami ściągnęła gorset przez głowę i cisnęła do rowu jak zbędny owadzi kokon. Wreszcie mogła nabrać pełne płuca powietrza. Zważyła piersi na dłoniach, pogładziła brzuch. Jakże łatwo było teraz oddychać! Nowe szczęście, jeszcze raz.

Włożyła z powrotem kaftanik, lecz go nie zapięła, tylko uniosła prawą nogę na pedał, a lewą odepchnęła się od ziemi. Od razu poczuła na piersiach zimny wiatr, ale chłód jeszcze bardziej ją uspokoił. Zostało niecałe dwieście wiorst. Damski welocyped świetnie nadawał się do jazdy, zwłaszcza gdy trzeba było pedałować w spódnicy.

Jeżeli to będzie chłopiec, da mu na imię Toivo.