Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 652

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 18 godz. 20 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 18 godz. 20 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Czternasta kolonia - Steve Berry

Akcja, historia, spiski i tajemnice, a wszystko to na tle wielkiej amerykańskiej polityki – taką mieszankę potrafi przyrządzić tylko Steve Berry! Zaczyna się odliczanie do wielkiej zemsty… Za trzy dni zostanie zaprzysiężony nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. Były agent KGB, w którym wciąż płonie nienawiść z czasów zimnej wojny, szykuje się do ataku. Czy wskazówki pozostawione przez sekretne stowarzyszenie pomogą odkryć prawdę? Czy Cotton Malone i jego drużyna zdołają uchronić Amerykę przed grożącym jej niebezpieczeństwem? „Berry zawsze oferuje coś dobrego: sprytnego bohatera, aktualną opowieść z sekretami historii i mnóstwem akcji”. Booklist „Czternasta kolonia to najlepszy thriller polityczny, jaki ukazał się od bardzo dawna”. Suspense Magazine „Berry po raz kolejny połączył historię i suspens w dynamiczny thriller z wartką akcją. Fani autora nie będą rozczarowani”. Library Journal

Opinie o ebooku Czternasta kolonia - Steve Berry

Fragment ebooka Czternasta kolonia - Steve Berry

Tytuł oryginału:

14th COLONY

Copyright © 2016 by Magellan Billet, Inc. All rights reserved.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Małgorzata Hordyńska, Aneta Iwan, Anna Just

ISBN: 978-83-8110-027-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla moich Kaczek,

Larry’ego i Sue Begynów, Brada i Kathleen Charonów,Glenna i Kris Coxów, Johna i Esther Garverów,Petera Hedlunda i Leah Barny, Jamiego i Colleen Kellych,Marianny McLoughlin, Terry’ego i Lea Morse’ów,Joego Perko, Alexa i Diane Sherwoodów, Fritza i Debi Stroblów,Warrena i Taisley Westonów

PODZIĘKOWANIA

Serdecznie dziękuję Johnowi Sargentowi, szefowi Macmillana, Sally Richardson, która dowodzi St. Martin’s, oraz mojemu wydawcy Andrew Martinowi. Wielkie wyrazy wdzięczności kieruję także do Hectora DeJeana z działu reklamy; Jeffa Dodesa i całej ekipy z działu marketingu i sprzedaży, ze szczególnym uwzględnieniem Paula Hochmana; Jen Enderlin, która o wydaniach w miękkiej oprawie wie wszystko; Davida Rotsteina, który stworzył okładkę; Stevena Seighmana, odpowiedzialnego za wewnętrzną kompozycję książki; oraz Mary Beth Roche i jej ludzi z działu audio.

Jak zawsze chylę czoła przed Simonem Lipskarem, który po raz kolejny wykonał świetną robotę.

Dziękuję też mojej redaktorce, Kelley Ragland.

Na wyróżnienie zasługuje jeszcze kilka osób: Meryl Moss i jej niesamowity zespół od promocji (zwłaszcza Deb Zip i JeriAnn Geller); Jessica Johns i Esther Garver, dzięki którym Steve Berry Enterprises działa bez zarzutu; pułkownik Barry King za pomoc w kwestiach związanych z maszynerią wojskową; Hayden Bryan z episkopalnego kościoła Świętego Jana za otwarcie przede mną drzwi i bycie moim przewodnikiem; oraz Doug Scofield za zapoznanie mnie ze szkolnym matem.

Nie mógłbym zapomnieć o mojej żonie, Elizabeth, która jest po prostu wspaniała.

W 2013 roku Elizabeth i ja zorganizowaliśmy dla fanów rejs po Dunaju. Nie wiedzieliśmy, czego się po tym spodziewać, w końcu postanowiliśmy na osiem dni zamknąć się na małej łodzi z grupą zupełnie obcych ludzi. Każdy byłby trochę nerwowy. Ale okazało się to cudownym doświadczeniem i wróciliśmy z tej wycieczki bogatsi o dwudziestu nowych przyjaciół. W trakcie rejsu robiliśmy sobie przystanki, żeby zwiedzić to i owo, i zawsze wtedy podążaliśmy całą grupą za Elizabeth, która niosła przed sobą pomarańczowe wiosło. Po jakimś czasie zaczęliśmy na nią mówić Mama Kaczka, a sami, w naturalny sposób, staliśmy się jej Kaczątkami. Od tamtej pory udało nam się odwiedzić niemal wszystkich z tej dwudziestki, niektórych więcej niż raz. Kilka postaci w tej książce nosi nawet ich nazwiska. Tych zaś, których tym razem pominąłem, zapewniam: nie martwcie się, wasz czas nadejdzie.

Tę powieść dedykuję więc wszystkim Kaczkom.

Do których Elizabeth i ja z dumą się zaliczamy.

Kadencje prezydenta i wiceprezydenta upływają w południe dnia 20 stycznia

– DWUDZIESTA POPRAWKADO KONSTYTUCJI STANÓW ZJEDNOCZONYCH

PROLOG

WATYKANPONIEDZIAŁEK, 7 CZERWCA 1982

Ronald Reagan wiedział, że w to miejsce przywiodła go ręka Boga. Jak inaczej dałoby się to wytłumaczyć? Dwa lata temu walczył zaciekle w prawyborach, po raz trzeci starając się uzyskać prezydencką nominację Partii Republikańskiej. Wygrał tę bitwę, a potem zwyciężył w wyborach powszechnych, zdobywając aż czterdzieści cztery stany, dzięki czemu pokonał Jimmy’ego Cartera, urzędującego prezydenta z ramienia demokratów. Następnie, czternaście miesięcy temu, został postrzelony, ale jako pierwszy amerykański prezydent w historii zdołał przeżyć zamach na swoje życie. A teraz znalazł się tu, na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego, w prywatnym gabinecie papieża, gdzie za chwilę miał odbyć rozmowę z duchowym przywódcą niemal miliarda katolików.

Wszedł do pomieszczenia, które zachwyciło go swoją prostotą. Grube zasłony w oknach były zaciągnięte, żeby nie wpuścić do środka letniego słońca. Prezydent wiedział, że każdej niedzieli papież staje w jednym z tych okien, by modlić się razem z tysiącami pielgrzymów zgromadzonych na placu Świętego Piotra. W skromnym wystroju pokoju najbardziej rzucało się w oczy zwyczajne drewniane biurko, bardziej przypominające stół, po którego obu stronach stały tapicerowane fotele z wysokimi oparciami. Na blacie były tylko złoty zegar, krucyfiks i skórzana podkładka. Pod spodem, na marmurowej posadzce, leżał orientalny dywan.

Jan Paweł II, ubrany w papieską biel, stał nieopodal biurka. W ciągu ostatnich kilku miesięcy on i prezydent napisali do siebie w sekrecie kilkanaście listów, które przekazywali za pośrednictwem specjalnego kuriera. Im obu sen z powiek spędzało widmo broni nuklearnej oraz ciężki los Europy Wschodniej. Siedem miesięcy wcześniej Sowieci wprowadzili w Polsce stan wojenny, kładąc kres wszelkim rozmowom o potencjalnych reformach. W odwecie USA zastosowały sankcje wymierzone zarówno w Związek Radziecki, jak i marionetkowy rząd Polski, które miały obowiązywać do czasu zniesienia stanu wojennego, uwolnienia wszystkich więźniów politycznych i wznowienia dialogu z opozycją. Aby jeszcze bardziej wkraść się w łaski Stolicy Apostolskiej, Reagan nakazał swojej specjalnej wysłanniczce dostarczyć papieżowi mnóstwo tajnych informacji wywiadowczych na temat Polski, chociaż podejrzewał, że większość tej wiedzy posiadano w Watykanie już wcześniej.

Ale dowiedział się dzięki temu jednego.

Ten sprytny kapłan, który od niedawna zajmował jedno z najbardziej wpływowych stanowisk na świecie, tak samo jak on uważał, że Związek Radziecki stoi w obliczu upadku.

Mężczyźni podali sobie ręce, wymienili wstępne uprzejmości i ustawili się do wspólnego zdjęcia. Jan Paweł II wskazał na biurko, po czym obaj zajęli przy nim miejsca pod czujnym okiem Matki Boskiej spoglądającej z obrazu na ścianie. Kiedy fotoreporterzy oraz wszyscy asystenci opuścili pomieszczenie, po raz pierwszy w historii papież i prezydent Stanów Zjednoczonych znaleźli się sam na sam. To Reagan poprosił o ten niezwykły przywilej, a Jan Paweł wyraził zgodę. W przygotowaniach do prywatnej rozmowy nie uczestniczył oficjalny personel żadnej ze stron. Tylko specjalna wysłanniczka prezydenta pracowała dyskretnie nad organizacją spotkania.

Tak więc obaj dobrze wiedzieli, dlaczego tu są.

– Wasza Świątobliwość, przejdę od razu do rzeczy. Chcę zerwać układ z Jałty.

Jan Paweł II pokiwał głową.

– Ja także. Były to bezprawne porozumienia. Popełniono wielki błąd. Zawsze uważałem, że ustalenia, które zapadły w Jałcie, powinny zostać cofnięte.

Pod tym względem jego wysłanniczka dobrze odczytała punkt widzenia papieża. Konferencja jałtańska odbyła się w lutym 1945 roku. Stalin, Roosevelt i Churchill spotkali się wtedy po raz ostatni, aby zdecydować, jak będzie wyglądała powojenna Europa i kto będzie sprawował w niej władzę. Nakreślono nowe granice, niektóre dość przypadkowo, inne świadomie, aby udobruchać Sowietów. W ramach tych ustępstw zdecydowano, że w strefie wpływów Związku Radzieckiego znajdzie się też Polska, gdzie Stalin zobowiązał się przeprowadzić wolne wybory. Oczywiście obietnica nigdy nie została spełniona i od tamtej pory władzę w tym kraju sprawowali komuniści.

– Jałta stworzyła sztuczne podziały – powiedział Jan Paweł II. – Ja i miliony moich rodaków nie mogliśmy znieść faktu, że nasza ojczyzna została sprzedana. Walczyliśmy i ginęliśmy na tej wojnie, ale dla nikogo nie miało to żadnego znaczenia. Przez czterdzieści lat dużo wycierpieliśmy, najpierw ze strony nazistów, a potem Sowietów.

– Wierzę też – podjął Reagan – że droga do zakończenia układu z Jałty wiedzie przez Solidarność.

To pęknięcie w żelaznej kurtynie pojawiło się dwa lata temu. Zaczęło się w Stoczni Gdańskiej, gdzie powstał pierwszy związek zawodowy niekontrolowany przez komunistów. Dziś Solidarność miała ponad dziewięć milionów członków, co stanowiło jedną trzecią całej krajowej siły roboczej. Na czele związku stanął niepokorny elektryk nazwiskiem Lech Wałęsa. Ruch stale rósł w siłę i zdobywał coraz większą popularność, i dlatego w grudniu poprzedniego roku polski rząd wprowadził stan wojenny, aby zdusić jego dalszy rozwój.

– Popełnili błąd, próbując zdławić Solidarność – powiedział prezydent. – Najpierw pozwalali jej istnieć przez szesnaście miesięcy, a potem, akurat kiedy zaczynała się naprawdę liczyć, wykonali zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zakazali jej dalszego działania. Tym razem rząd przecenił swoje siły.

– Wysyłałem sygnały do polskich władz – odparł papież – że trzeba rozpocząć rozmowy na temat przyszłości Solidarności i zniesienia stanu wojennego.

– Ale po co z nimi walczyć?

Prezydent obserwował reakcję rozmówcy na swoją sugestię. Jego specjalna wysłanniczka namawiała Reagana do poruszenia tego tematu, przekonana, że w Watykanie spotka się to ze zrozumieniem.

Na twarzy papieża zagościł uśmiech.

– Rozumiem. Zostawmy ich w spokoju. Przecież tylko jeszcze bardziej zrażają do siebie naród. Po co im w tym przeszkadzać?

Reagan pokiwał głową.

– Działania rządu przeciwko Solidarności są jak nowotwór. Niech rośnie. Każde wrogie słowo, które pada z ust władzy, tylko dodaje sił całemu ruchowi. Solidarność potrzebuje jedynie pieniędzy, żeby utrzymać się przy życiu, a Stany Zjednoczone są gotowe jej w tym pomóc.

Papież pokiwał głową, rozważając w skupieniu jego słowa. To więcej, niż prezydent uzyskał od własnych ludzi. Departament Stanu nie zgadzał się z tą taktyką, utrzymując, że reżim sprawujący władzę w Polsce jest stabilny, silny i cieszy się poparciem społeczeństwa. W podobny sposób oceniali sytuację w Związku Radzieckim.

Ale jego ludzie się mylili.

– Każdego dnia rośnie wewnętrzne napięcie w kraju, a Sowieci nie mają pojęcia, jak się z tym uporać. Komunizm nie ma narzędzi do radzenia sobie z niezadowoleniem społecznym poza uciekaniem się do przemocy i terroru. Moskwa uznaje jedynie taką moralność, która służy jej własnym celom. Komuniści rezerwują sobie prawo do popełniania każdej zbrodni. Kłamią, oszukują, robią, co chcą. Żaden system polityczny oparty na takich zasadach nie przetrwał długo. Upadek jest nieunikniony. – Prezydent przerwał na chwilę, po czym dodał: – Ale możemy go przyspieszyć.

– To drzewo jest nadgniłe – przyznał papież. – Wystarczy dobrze potrząsnąć i zepsute jabłka zaczną same spadać. Komunizm jest złem. Odbiera ludziom wolność.

To kolejna opinia, którą Reagan miał nadzieję tu dziś usłyszeć; jego wysłanniczka się nie pomyliła. Jeszcze nigdy papież i prezydent nie spiskowali razem w taki sposób i żaden z nich nigdy nie będzie mógł się do tego przyznać. Kościół otwarcie zabraniał swoim przedstawicielom angażowania się w politykę. Całkiem niedawno świat przekonał się o tym, kiedy Jan Paweł II publicznie skarcił księdza, który zignorował papieski nakaz rezygnacji ze stanowiska państwowego. Nie oznaczało to jednak, że Kościół pozostawał ślepy na przypadki tyranii i niesprawiedliwości, zwłaszcza gdy zdarzały się tak blisko. To kolejny dowód na to, że wszystko działo się wedle boskiego planu. W tym konkretnym momencie w dziejach ludzkości epicentrum burzy znalazło się nad Polską. Po raz pierwszy od czterystu pięćdziesięciu lat nie Włoch, tylko właśnie Polak zasiadał na tronie Piotrowym. A niemal dziewięćdziesiąt procent Polaków stanowili katolicy.

Nie dałoby się napisać lepszego scenariusza.

Związek Radziecki znalazł się na skraju rewolucyjnych zmian. Prezydent czuł to całym sobą.

Naród rosyjski nie jest uodporniony na przewroty społeczne, a Polska stała się dziś kołem zamachowym, zdolnym wprawić w ruch cały mechanizm. Wystarczy, że padnie jeden kraj, a wszystkie pozostałe pójdą w jego ślady, jak kostki domina: Czechosłowacja, Bułgaria, Węgry, Rumunia i inne państwa satelickie Związku Radzieckiego. Cały blok wschodni. Każdy kraj, jeden po drugim, runie w tę przepaść.

Dlaczego więc im w tym nie dopomóc?

– Jeśli mogę… – odezwał się znowu prezydent. – Ktoś zapytał mnie kiedyś: po czym rozpoznać komunistę? Odpowiedź jest prosta. To ktoś, kto czyta Marksa i Lenina. A po czym rozpoznać antykomunistę? – Zawiesił na chwilę głos. – To ktoś, kto rozumie Marksa i Lenina.

Papież skwitował to uśmiechem. Ale była to prawda.

– Zgodziłem się na tę prywatną rozmowę – powiedział papież – ponieważ chciałem, żebyśmy mogli być ze sobą szczerzy. Uznałem, że przyszedł już na to czas. Dlatego muszę spytać: co z pociskami, które zamierza pan rozmieścić w Europie? W tej chwili kieruje pan bezprecedensowym procesem remilitaryzacji Ameryki, wydając na ten cel miliardy dolarów. To budzi mój niepokój.

Jego wysłanniczka ostrzegała go przed tym, więc prezydent miał gotową odpowiedź.

– Na świecie nie ma nikogo, kto bardziej ode mnie nienawidzi wojny i broni nuklearnej. Musimy uwolnić naszą planetę od obu tych plag. Moim celem jest pokój i powszechne rozbrojenie. Ale żeby to osiągnąć, muszę korzystać z tego, nad czym sprawuję bezpośrednią kontrolę. Tak, dozbrajamy się, robię to jednak nie tylko po to, by wzmocnić Amerykę, ale także by doprowadzić do bankructwa ZSRR.

Jan Paweł II słuchał z uwagą.

– Wasza Świątobliwość ma rację. Wydajemy miliardy dolarów. Sowieci nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko starać się nam dorównać. Będą musieli wydać tyle samo albo więcej. Różnica polega na tym, że nas na to stać, a ich nie. Kiedy Stany Zjednoczone inwestują w projekty rządowe, te fundusze z powrotem zasilają naszą gospodarkę w postaci pensji pracowników i dochodów uzyskiwanych przez przedsiębiorstwa. Kiedy Sowieci wydają pieniądze, po prostu uszczuplają swój skarb państwa. Nie ma tam wolnego rynku. Pieniądze znikają bezpowrotnie. Płace i dochody są odgórnie kontrolowane i regulowane, więc władze muszą nieustannie generować nowe środki, żeby pokryć wszystkie wydatki. My natomiast odzyskujemy pieniądze i ponownie wprowadzamy je do obiegu. Nie są w stanie dotrzymać nam kroku, rubel za dolara, rok po roku. To niemożliwe. Ich gospodarka imploduje.

Prezydent widział, że wzbudził zainteresowanie papieża.

– Komunizm nigdy nie zapewnił sobie społecznego poparcia, które by go legitymizowało. Władza opiera się w nim wyłącznie na przemocy i zastraszaniu. Czas pracuje przeciwko nim, a świat bardzo się zmienił. Komunizm to tylko współczesna wersja pańszczyzny, w moim odczuciu niemająca pod żadnym względem przewagi nad kapitalizmem. Czy Wasza Świątobliwość zdaje sobie sprawę, że w Związku Radzieckim mniej niż jedna rodzina na siedem posiada samochód? Jeśli ktoś chce kupić auto, musi czekać dziesięć lat. Jak taki system można uznać za stabilny?

– Ten reżim opiera się na chwiejnych podstawach – przyznał papież z uśmiechem. – Zawsze tak było, od samego początku.

– Chcę dać jasno do zrozumienia, że nie dążę do wojny. Narodowi amerykańskiemu nie zależy na podbojach. Chcemy trwałego pokoju.

Prezydent mówił szczerze. W wewnętrznej kieszeni marynarki nosił plastikową kartę z kodami potrzebnymi do uruchomienia amerykańskiego arsenału nuklearnego. Za drzwiami siedział jego wojskowy asystent, trzymający w rękach czarną skórzaną torbę, która zawierała wszystko, co niezbędne do zarządzenia ataku. Stany Zjednoczone posiadały w sumie 23 464 głowice jądrowe. Związek Radziecki zgromadził ich 32 049. Reagan nazywał je narzędziami zagłady. Wystarczyłaby zaledwie garstka, aby zniszczyć całą ludzką cywilizację.

Postawił sobie za cel dopilnować, by nigdy nie zostały użyte.

– Wierzę panu – powiedział papież. – Pańska wysłanniczka w przekonujący sposób przedstawiła pańskie stanowisko w tej sprawie. To bystra kobieta. Znalazł pan odpowiednią osobę do tej roli.

To wcale nie on ją znalazł. Wybrał ją Al Haig spośród swoich attaché w Departamencie Stanu. Jan Paweł II miał jednak co do niej rację. Była młoda, inteligentna i obdarzona wyjątkową intuicją. Reagan bardzo cenił sobie jej zdanie we wszystkich kwestiach związanych z Watykanem.

– Skoro już rozmawiamy otwarcie – odparł – pozwolę sobie zauważyć, że Wasza Świątobliwość także potrafi posługiwać się iluzją. Tamten ksiądz zbesztany na pasie startowym w Nikaragui – to była piękna demonstracja gniewu. Otrzymał nakaz rezygnacji ze stanowiska rządowego, ale przeciwstawił się. I nadal się przeciwstawia. Podejrzewam, że ten człowiek jest teraz dla Watykanu cennym źródłem informacji na temat poczynań sandinistów. I któż mógłby go o cokolwiek podejrzewać po takiej publicznej reprymendzie?

Jan Paweł II nic na to nie odpowiedział, ale Reagan widział, że wyciągnął słuszne wnioski. Sandiniści nie byli niczym więcej jak tylko marionetkami Sowietów. Jego ludzie już od jakiegoś czasu pracowali nad tym, aby uwolnić od nich Amerykę Środkową, i najwyraźniej ten sam cel przyświecał Watykanowi.

– Musimy prowadzić dalekowzroczną politykę – stwierdził papież. – Taką, która obejmuje cały świat i dąży do sprawiedliwości, wolności, miłości i prawdy. Pokój zawsze powinien być naszym priorytetem.

– Bez wątpienia. Mam pewną teorię. – To była odpowiednia chwila, żeby podzielić się swoimi przemyśleniami. – Z mojego punktu widzenia Związek Radziecki to zasadniczo państwo chrześcijańskie. Rosjanie byli chrześcijanami na długo przed tym, zanim stali się komunistami. Jeśli utrzymamy obecny kurs, myślę, że uda nam się przechylić szalę i ludzie w ZSRR powrócą do swojej odwiecznej wiary, która przyćmi nauki komunizmu.

Zastanawiał się, czy jego rozmówca uważa, że tylko stara się mu przypodobać. Przed przyjazdem otrzymał szczegółową sylwetkę papieża, sporządzoną na podstawie informacji przekazywanych przez swoją wysłanniczkę. Jan Paweł II cenił porządek i bezpieczeństwo, wolał zajmować się konkretami niż roztrząsać to, co niewiadome. Był myślicielem, który kieruje się rozumem i zdrowym rozsądkiem. Dwuznaczność, impulsywność i wszelkie przejawy ekstremizmu budziły w nim wstręt. Zanim podjął jakąś decyzję, zawsze starał się wszystko gruntownie przemyśleć. Ale nade wszystko nie znosił ludzi, którzy mówili mu to, co ich zdaniem chciał usłyszeć.

– Naprawdę pan w to wierzy? – zapytał papież. – W głębi serca? W swojej głowie i w swojej duszy?

– Muszę przyznać, Wasza Świątobliwość, że nie jestem człowiekiem, który regularnie chodzi do kościoła. Nie uważam się nawet za kogoś otwarcie religijnego. Ale jestem osobą głęboko uduchowioną. Wierzę w Boga. I czerpię siłę z mojej wiary.

Prezydent mówił całkowicie szczerze.

– Mamy ze sobą dużo wspólnego – dodał.

Jan Paweł II niewątpliwie też zdawał sobie z tego sprawę. W zeszłym roku, w odstępie zaledwie dwóch miesięcy, obaj zostali postrzeleni przez zamachowców. Wszystkie kule, wystrzelone z bliskiej odległości, o włos minęły tętnice, co oznaczałoby pewną śmierć. Reagan dostał w płuco, natomiast pociski przeznaczone dla Jana Pawła II przeszły na wylot, jakimś cudem omijając najważniejsze narządy.

– Bóg ocalił nas obu – powiedział prezydent – abyśmy mogli zrobić to, co planujemy. Jak inaczej to wytłumaczyć?

Od dawna uważał, że każdy człowiek ma do spełnienia zadanie w ramach boskiego planu dla świata, pozostającego poza ludzką kontrolą. Wiedział, że jego rozmówca również wierzy w moc symbolicznych aktów i w rolę opatrzności.

– Zgadzam się z panem, panie prezydencie – odpowiedział niemal szeptem papież. – Musimy to zrobić. Razem.

– W moim przypadku zamachowiec był po prostu obłąkany. Ale Wasza Świątobliwość ma, jak sądzę, dług wobec Sowietów.

CIA odkryło powiązania pomiędzy niedoszłym zabójcą Jana Pawła II a Bułgarią, a pośrednio także Moskwą. Biały Dom przekazał tę informację Watykanowi. Co prawda brakowało niepodważalnych dowodów, ale w zamachu chodziło o zniszczenie Solidarności poprzez wyeliminowanie jej duchowego i moralnego przewodnika. Oczywiście Sowieci nigdy nie pozwoliliby sobie na to, żeby bezpośrednio uczestniczyć w spisku mającym na celu zamordowanie przywódcy miliardowej wspólnoty katolików.

Ale na pewno brali w tym udział.

– „Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi”1 – odparł Jan Paweł II. – Zemsta byłaby odrobinę niechrześcijańska, czyż nie?

Prezydent postanowił również podeprzeć się Biblią i listem do Rzymian.

– „Nie wymierzajcie sami sobie sprawiedliwości, lecz pozostawcie to pomście Bożej”.

– „Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go. Tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na jego głowę”.

Tak właśnie zrobią.

Papież był świadkiem zbrodni nazistowskich. Jeszcze jako zwykły ksiądz Karol Wojtyła przeżył ten niewyobrażalny koszmar, jaki dotknął Polski. Współpracował z tamtejszym ruchem oporu. Po wojnie robił, co mógł, żeby przeszkadzać Sowietom, którzy ściągnęli na polski naród dalsze cierpienia. Wedle wszelkich relacji Jan Paweł II był postacią heroiczną, człowiekiem niezwykłym, równie odważnym, co wykształconym.

Ludzie czerpali od niego siłę.

A teraz znalazł się we właściwym miejscu i czasie. I z odpowiednim nastawieniem.

– W chwili, gdy postrzelono mnie na placu Świętego Piotra – odezwał się papież – miałem nieodparte przeczucie, że zostanę ocalony, i ta pewność nie opuściła mnie ani na chwilę. Maria Panna zainterweniowała osobiście tamtego dnia i sprawiła, że przeżyłem. Wierzę w to całym sercem. I niech Bóg mi wybaczy, ale rzeczywiście mam dług wobec Sowietów. Nie tylko za to, co chcieli zrobić mnie, ale też za krzywdę, jaką wyrządzają milionom ludzi na całym świecie od tak dawna. Wybaczyłem mojemu niedoszłemu zabójcy. Odwiedziłem go w jego celi, klęknąłem i modliłem się wraz z nim, a on we łzach żałował za grzechy. Nadszedł czas, aby także ci, którzy go wysłali, zrozumieli swój grzech.

Prezydent widział w oczach rozmówcy determinację i gotowość do walki. On także był gotowy. Choć miał już siedemdziesiąt jeden lat, czuł się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Po nieudanym zamachu na jego życie wstąpiły w niego nowe siły, jakby naprawdę narodził się na nowo. Czytał to, co pisali publicyści. Oczekiwania w stosunku do jego prezydentury wydawały się dość niskie. W poprzednich dekadach sam ciężar tego stanowiska doprowadził do upadku wielu dobrych ludzi. Kennedy zginął. Johnson stracił władzę przez Wietnam. Nixon został zmuszony do rezygnacji. Ford przetrwał tylko dwa lata, a Cartera wyborcy odesłali do domu po jednej kadencji. Krytycy nazywali Ronalda Reagana lekkomyślnym kowbojem, podstarzałym aktorzyną, człowiekiem, który potrzebuje innych, żeby mówili mu, co ma robić.

Ale się mylili.

Był eksdemokratą, który dawno temu przeszedł na stronę republikanów, a to oznaczało, że tak naprawdę nie wpisywał się w żaden polityczny schemat. Wielu bało się go i nie ufało mu. Inni zwyczajnie nim gardzili. Ale był czterdziestym prezydentem Stanów Zjednoczonych i miał zamiar pozostać na tym stanowisku przez kolejnych siedem lat. Planował cały ten czas poświęcić na jeden cel.

Zniszczenie imperium zła.

Tym właśnie był dla niego Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ale Reagan nie mógłby dokonać tego sam. Zresztą wcale nie musiał. Znalazł sojusznika, i to takiego, który miał dwa tysiące lat doświadczenia w walce z tyranią.

– Ze swojej strony będę nadal wywierał presję zarówno polityczną, jak i ekonomiczną – powiedział. – Wasza Świątobliwość dołoży do tego wsparcie duchowe. Przydałaby się kolejna wizyta w Polsce, ale jeszcze nie teraz. Może za jakiś rok.

Jan Paweł II odwiedził już raz swoją ojczyznę w 1979 roku. Na mszy świętej odprawionej na placu Zwycięstwa w Warszawie stawiły się trzy miliony ludzi. Reagan oglądał ten niezwykły spektakl w telewizji jeszcze jako kandydat na prezydenta. Widział, jak człowiek ubrany w biel wysiadł z papieskiego samolotu i ucałował ziemię. Pamiętał dokładnie, co papież kilkakrotnie powiedział swoim rodakom.

Nie lękajcie się.

I właśnie wtedy zrozumiał, ile może osiągnąć religijny przywódca kościoła liczącego miliard wiernych, szczególnie taki, który włada sercami i umysłami milionów Polaków. Był jednym z nich. Będą słuchać, co ma do powiedzenia. Ale papież nie może mówić otwartym tekstem. Komunikat płynący z Rzymu zawsze musi dotyczyć prawdy, miłości i pokoju. Bóg istnieje i każdy z nas ma niezbywalne prawo oddawać mu cześć. Moskwa z początku będzie próbowała to ignorować, ale w końcu odpowie groźbami i przemocą, a jaskrawy kontrast pomiędzy tymi dwiema postawami okaże się niezwykle wymowny. A w tym samym czasie Ameryka będzie wspierać ruchy reformatorskie w państwach bloku wschodniego, finansować budowanie w nich gospodarki wolnorynkowej oraz izolować Związek Radziecki zarówno pod względem ekonomicznym, jak i technologicznym, wolno, ale nieubłaganie doprowadzając Sowietów do bankructwa. Będzie wykorzystywać uczucia strachu i paranoi, które komuniści uwielbiają podsycać u innych, ale z którymi nie potrafią sobie radzić na własnym podwórku.

Doskonała wojna toczona na dwa fronty.

Spojrzał na zegar. Rozmawiali około piętnastu minut.

Każdy z nich dokładnie rozumiał, jakie stoi przed nimi zadanie i jaką obaj mają rolę do odegrania. Czas na ostatni krok. Prezydent wstał i wyciągnął rękę ponad blatem biurka.

Papież także podniósł się z fotela.

– Oby nam obu udało się wypełnić nasz obowiązek wobec ludzkości – powiedział prezydent.

Papież pokiwał głową i uścisnęli sobie ręce.

– Razem – dodał Reagan – pokonamy Związek Radziecki.

DZISIAJ

ROZDZIAŁ 1

BAJKAŁ, SYBERIAPIĄTEK, 18 STYCZNIAGODZ. 15:00

Cotton Malone wiedział z własnego doświadczenia, że takie odludne miejsca z reguły oznaczają kłopoty.

Dzisiaj to się potwierdziło kolejny raz.

Wykonał samolotem nawrót o sto osiemdziesiąt stopni, żeby jeszcze raz rozejrzeć się przed lądowaniem. Od zachodu widział mosiężną kulę słońca wiszącą nisko nad horyzontem. Bajkał pokrywała warstwa lodu, tak gruba, że można było po nim jeździć samochodem. Cotton już wcześniej zauważył ciężarówki, autobusy i auta osobowe mknące we wszystkich kierunkach po mlecznobiałych liniach, wyznaczające kołami tymczasowe pasy ruchu. Inne pojazdy stały zaparkowane wokół wybitych w lodzie przerębli. Pamiętał z historii, że na początku XX wieku na zamarzniętej tafli położono tory kolejowe, żeby usprawnić przesył zaopatrzenia na wschód podczas wojny rosyjsko-japońskiej.

Fakty dotyczące Bajkału ledwo mieściły się w głowie. To najstarsze jezioro na świecie, uformowane trzydzieści milionów lat temu w wielkiej dolinie ryftowej, zawiera jedną piątą zasobów słodkiej wody znajdujących się na Ziemi. Zasila je ponad trzysta rzek, a wypływa z niego tylko jedna. Bajkał ma niemal 640 kilometrów długości, a jego szerokość dochodzi do 80 kilometrów. Maksymalna głębokość jeziora wynosi ponad 1600 metrów. Linia brzegowa mierzy około 2000 kilometrów, a powierzchnia upstrzona jest trzydziestoma wyspami. Ten gigantyczny zbiornik wodny w kształcie półksiężyca znajduje się ponad 3000 kilometrów na zachód od wybrzeża Pacyfiku i ponad 5000 kilometrów na wschód od Moskwy, stanowiąc część ogromnego pustkowia niedaleko granicy z Mongolią. Bajkał figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a to – Cotton wiedział aż nazbyt dobrze – też zazwyczaj zwiastuje kłopoty.

Zima trzymała w swoich szponach zarówno wodę, jak i otaczający ją ląd. Temperatura oscylowała wokół zera, wszędzie leżał śnieg, ale na szczęście chwilowo nie spadał z nieba. Cotton zszedł na pułap 200 metrów i wyrównał lot. Na nogach czuł ciepłe powietrze buchające z grzejnika w kabinie. Samolot należał do rosyjskich sił powietrznych, czekał na niego na małym lotnisku pod Irkuckiem. Skąd ta nagła współpraca pomiędzy Amerykanami i Rosjanami? Tego nie wiedział, ale Stephanie Nelle powiedziała mu, żeby korzystał, póki może. Normalnie do wjazdu na teren Rosji potrzebna była wiza i Cotton w czasach służby w jednostce Magellan Billet wielokrotnie używał fałszywek. Również celnicy często stwarzali problemy. Tym razem jednak obyło się bez tej całej biurokracji i żadni urzędnicy nie utrudniali mu przyjazdu. Bez problemu przyleciał do kraju na pokładzie rosyjskiego myśliwca HAL FGFA, nowego modelu z dwoma siedzeniami, i wylądował w bazie lotniczej na północ od Irkucka, gdzie na płycie stało w rzędzie dwadzieścia bombowców średniego zasięgu Tu-22M. Po drodze korzystali z powietrznego tankowca Ił-78 w celu uzupełnienia paliwa. Na lotnisku Cotton przesiadł się do śmigłowca, który zabrał go na południe, gdzie czekał już obiecany samolot.

Przygotowany dla niego jednosilnikowy dwupłatowiec An-2 miał zamknięty kokpit i tylną kabinę pasażerską mogącą pomieścić dwanaście osób. Czterołopatowe śmigło przegryzało się przez oporne, zimne powietrze, wprawiając cienki aluminiowy kadłub w nieustanne drżenie. Cotton nie znał zbyt dobrze tej niezawodnej sowieckiej maszyny, pamiętającej niemalże czasy drugiej wojny światowej, która leciała wolno i pewnie, nie pozwalając pilotowi na żadne specjalne wyczyny. Ten akurat model był dodatkowo wyposażony w płozy, dzięki czemu mógł wystartować z zaśnieżonego pola.

Cotton zakończył manewr skrętu i ustawił kurs na północny wschód, przelatując nad gęsto zalesionym terenem. Z mijanych w dole ostrych grani sterczały nierówne rzędy ogromnych głazów przypominających zęby jakiegoś gigantycznego zwierzęcia. Słupy wysokiego napięcia, niczym długie palce szeroko otwartej dłoni, połyskiwały w świetle słońca na jednym z odległych stoków. Po drugiej stronie jeziora rozciągała się kraina o różnorodnej rzeźbie terenu: od pustych równin, tylko gdzieniegdzie nakrapianych skupiskami małych drewnianych domków, przez lasy pełne brzóz, jodeł i modrzewi po ośnieżone szczyty gór. Cotton dojrzał nawet stare baterie artyleryjskie rozlokowane wzdłuż jednego ze skalistych grzbietów. Jego misja polegała na dokładnym sprawdzeniu kilku budynków znajdujących się tuż nad wschodnim brzegiem jeziora, na północ od miejsca, gdzie kończyła swój bieg płynąca z Mongolii Selenga. Zapiaszczone ujście rzeki tworzyło imponującą deltę: skute lodem odnogi, ośnieżone wysepki i porastające zamarznięte rozlewisko szuwary stapiały się w jeden statyczny obraz o nieregularnym kształcie.

– Co widzisz przed sobą? – w słuchawkach rozległ się głos Stephanie Nelle.

System komunikacyjny samolotu był podłączony do telefonu komórkowego Cottona, dzięki czemu jego była szefowa mogła go monitorować z Waszyngtonu.

– Głównie lód. To niesamowite, że coś tak dużego jest w stanie zamarznąć na kamień.

Patrząc z góry, można było odnieść wrażenie, że w lodzie są zatopione ciemnoniebieskie opary. Nad taflą wirowała delikatna mgiełka śniegu, skrzącego się w słońcu jak diamentowy pył. Cotton podszedł bliżej i przyjrzał się stojącym w dole budynkom. Wcześniej zapoznał się ze zdjęciami satelitarnymi tego obszaru. Teraz oglądał go z lotu ptaka.

– Główny budynek znajduje się poza obrębem wioski, jakieś czterysta metrów na północ – zakomunikował.

– Jest jakiś ruch?

W skupisku domów z drewnianych bali panował spokój, jedyne ślady życia stanowiły kłęby dymu unoszące się z kominów. Wioska wydawała się pozbawiona punktu centralnego, przechodziła przez nią pojedyncza, czarna droga obrysowana śniegiem. Nad resztą zabudowań dominował kościół ze ścianami z żółtych i różowych desek i dwoma cebulastymi kopułami. Domy stały bardzo blisko jeziora, od którego oddzielała je jedynie kamienista plaża. Cotton został zawczasu poinformowany, że mniej zaludniony i rzadziej odwiedzany jest wschodni brzeg, gdzie żyło około 80 tysięcy ludzi skupionych w pięćdziesięciu osadach. Południowy kraniec jeziora stał się atrakcją turystyczną, popularną zwłaszcza latem, ale reszta linii brzegowej, ciągnąca się przez setki kilometrów, pozostawała bardzo odizolowana.

I właśnie dzięki temu mogło istnieć takie miejsce jak to poniżej.

Mieszkańcy nazwali swoją wioskę Czajanije, czyli „Nadzieja”. Jedyne, czego pragnęli, to żeby zostawiono ich w spokoju i przez ponad dwadzieścia lat rząd rosyjski szedł im na rękę. Byli to członkowie Czerwonej Gwardii, którzy stworzyli tu ostatni bastion zatwardziałych komunistów w nowej Rosji.

Cotton wiedział, że najważniejszy dom w wiosce to stara dacza. Każdy szanujący się sowiecki przywódca od czasów Lenina miał swoją wiejską rezydencję i ci, którzy zarządzali wschodnimi prowincjami, nie byli wyjątkiem. Widoczny w dole budynek stał na olbrzymiej skale sterczącej nad zamarzniętą taflą jeziora, na końcu krętej czarnej drogi wijącej się wśród oprószonych śniegiem sosen. Nie była to żadna drewniana chatka, tylko piętrowy budynek z cegieł i betonu, ze ścianami koloru ochry i dachem pokrytym płytkami łupkowymi. Po jednej stronie stały dwa samochody. Z komina domu oraz jednego z kilku drewnianych budynków gospodarczych wydobywał się gęsty dym.

Nie było widać ani żywej duszy.

Cotton odbił na zachód, żeby okrążyć jezioro i zrobić jeszcze jedno podejście. Uwielbiał latać i miał do tego prawdziwy talent – umiał świetnie panować nad maszyną. Już niedługo wykorzysta płozy samolotu i wyląduje na lodzie kilka kilometrów na południe stąd, pod miasteczkiem o nazwie Babuszkin. Następnie uda się taksówką na nabrzeże przeładunkowe – które, jak go zapewniano, o tej porze roku nie obsługuje żadnych statków. Tam powinien czekać na niego jakiś samochód, żeby mógł z powrotem pojechać na północ i przyjrzeć się temu miejscu z bliska.

Jeszcze raz przeleciał nad daczą i całym Czajanije, po czym skierował samolot w stronę Babuszkinu. Słyszał o wielkim syberyjskim marszu lodowym podczas rosyjskiej wojny domowej, kiedy trzydzieści tysięcy żołnierzy wycofywało się przez zamarznięty Bajkał. Większość zmarła po drodze, a ich ciała tkwiły w lodzie aż do wiosny, kiedy wreszcie zniknęły w głębinach. To miejsce było brutalne i bezwzględne. Jakiś pisarz powiedział o nim kiedyś: „Nieprzyjazne dla obcych, mściwe wobec nieprzygotowanych”.

Cotton był w stanie w to uwierzyć.

Nagle jego uwagę przyciągnął błysk wśród wysokich sosen i modrzewi, których zielone gałęzie ostro kontrastowały z białym podłożem. Coś wyleciało spomiędzy drzew i mknęło w jego stronę, ciągnąc za sobą ogon dymu.

Pocisk?

– Mam kłopoty – powiedział do mikrofonu. – Ktoś do mnie strzela.

Lata doświadczenia zrobiły swoje – Cotton zaczął działać automatycznie i instynktownie. Odbił ostro w prawo i zanurkował, wytracając wysokość. Jego An-2 poruszał się z równą gracją co osiemnastokołowa ciężarówka, dlatego musiał bardzo się przechylić, żeby zejść jeszcze niżej. Człowiek, który przekazał mu samolot, ostrzegał, że trzeba przez cały czas bardzo mocno trzymać stery, i miał absolutną rację. Wolant szarpał się w jego rękach jak byk. Wydawało się, że wszystkie nity mogą w każdej chwili puścić. Pocisk z hukiem przeszedł obok, ale zahaczył o oba lewe skrzydła. Cały kadłub się zatrząsł. Cotton wyrównał lot i oszacował zniszczenia. Powierzchnie nośne skrzydeł pokrywało tylko płótno i wiele zastrzałów było teraz uszkodzonych i odsłoniętych, a postrzępione krawędzie materiału trzepotały w strumieniu powietrza.

Musiał jak najszybciej ustabilizować maszynę.

Samolot bujał się na boki, podczas gdy Cotton ze wszystkich sił starał się zachować nad nim kontrolę. Leciał prosto w stronę silnego północnego wiatru z prędkością mniejszą niż dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Ryzyko przeciągnięcia stawało się jak najbardziej realne.

– Co się dzieje? – zapytała Stephanie.

Wolant nadal próbował wyrwać mu się z rąk, ale Cotton trzymał mocno i stopniowo zaczął odzyskiwać wysokość. Silnik ryczał jak kawalkada motocykli, śmigło walczyło, by utrzymać maszynę w powietrzu.

Cotton usłyszał złowieszcze terkotanie, a po nim odgłos przypominający wystrzał.

Wiedział, co się dzieje. Śmigło było poddane zbyt wielkiemu obciążeniu i silnik zaczął stawiać opór. Kontrolki na desce rozdzielczej na chwilę zgasły, po czym ponownie się zapaliły.

– Dostałem pociskiem ziemia-powietrze – oznajmił swojej byłej szefowej. – Tracę panowanie i zaczynam spadać.

W tym momencie silnik zamarł.

Wszystkie instrumenty przestały działać.

Kokpit z przodu i po bokach otaczały okna, siedzenie drugiego pilota było puste. Cotton przeszukał wzrokiem krajobraz na dole, ale gdziekolwiek spojrzeć, błyszczał tylko niebieski lód Bajkału. Jego An-2 w okamgnieniu zmienił się z samolotu w trzy i pół tony złomu.

Przeszył go strach. W głowie huczała tylko jedna myśl.

Czy tak właśnie będzie wyglądała jego śmierć?

ROZDZIAŁ 2

WASZYNGTONGODZ. 2:20

Stephanie Nelle wpatrywała się w milczący głośnik na biurku, stanowiący jej bezpośrednie połączenie z telefonem Cottona Malone’a.

– Jesteś tam? – zapytała jeszcze raz.

W odpowiedzi usłyszała tylko ciszę.

W uszach dzwoniły jej ostatnie słowa Cottona.

Tracę panowanie i zaczynam spadać.

Spojrzała ponad blatem biurka na Bruce’a Litchfielda, pełniącego obecnie obowiązki prokuratora generalnego, który jeszcze przez dwa dni miał być jej przełożonym.

– Cotton ma kłopoty. Ktoś zestrzelił jego samolot pociskiem ziemia-powietrze.

Znajdowali się w biurze w Departamencie Sprawiedliwości. Normalnie Stephanie siedziałaby teraz we własnym, bezpiecznym gabinecie w siedzibie jednostki Magellan Billet w Atlancie. Ale to nie było już możliwe, ponieważ z powodu zbliżającej się inauguracji nowego prezydenta kazano jej przenieść się na północ, do Waszyngtonu.

Dobrze wiedziała dlaczego.

Żeby Litchfield mógł ją mieć na oku.

W grudniu Harriett Engle, która służyła jako trzeci prokurator generalny w administracji prezydenta Danny’ego Danielsa, złożyła rezygnację. Druga kadencja Danielsa dobiegła końca i nie dość, że oznaczało to zmianę na stanowisku prezydenta, kontrolę zarówno nad Białym Domem, jak i połową Kongresu przejęła nowa partia. Daniels dokładał wszelkich starań, żeby doprowadzić do zwycięstwa wspieranego przez siebie kandydata, ale poniósł porażkę. Wyglądało na to, że jego magia działała tylko na niego samego. Litchfield był tutaj o tej nieludzkiej porze, ponieważ tymczasowo sprawował nadzór nad Departamentem Sprawiedliwości oraz tym, co zostało z jednostki Magellan Billet.

Dwa miesiące temu, dzień po Święcie Dziękczynienia, Stephanie otrzymała informację, że nie tylko przestanie być szefem Magellan Billet, ale także cała jednostka zostanie rozwiązana. Nowy prokurator generalny, który w przyszłym tygodniu miał być zatwierdzony przez Senat, już wcześniej oznajmił, że jego zdaniem Magellan Billet niepotrzebnie duplikuje funkcje wielu innych podlegających rządowi komórek wywiadu i kontrwywiadu. Ponieważ Departament Sprawiedliwości nie potrzebował już jej usług, jednostka miała zostać zlikwidowana, a jej agenci przydzieleni do innych instytucji.

– Niech Rosjanie się tym zajmą – powiedział Litchfield. – Prosili nas o pomoc, ty im jej udzieliłaś, teraz to ich problem.

– Chyba nie mówisz poważnie. Nasz człowiek został zestrzelony. Nie zostawiamy swoich ludzi na łasce obcych służb.

– Teraz dużo się tu zmieni. I nie zapominaj, że to ty wysłałaś tam Malone’a bez mojej zgody.

– Prosił mnie o to prezydent Stanów Zjednoczonych.

Litchfield pozostawał niewzruszony.

– Ustaliliśmy, że wszystkie decyzje operacyjne mają być konsultowane ze mną. Ale w tym przypadku tak się nie stało. I oboje wiemy dlaczego. Ponieważ ja bym na to nie pozwolił.

– Nie potrzebowałam twojego upoważnienia.

– Owszem, potrzebowałaś. Dobrze wiesz, że na mocy tymczasowego porozumienia obecna ekipa ma o wszystkim powiadamiać nową administrację, a począwszy od zeszłego tygodnia, wszelkie decyzje mają być podejmowane wspólnie. Moim zadaniem jest dopilnować, aby przyszła władza była informowana na bieżąco. Jednak z jakiegoś powodu decyzja o wszczęciu tej operacji została podjęta całkowicie jednostronnie.

Litchfield był sędzią z osiemnastoletnim stażem. Przez ostatnich pięć lat służył jako zastępca prokuratora generalnego, mianowany przez Danielsa i zatwierdzony przez Senat. Nowy prokurator generalny jeszcze nie zdecydował, kto spośród podlegających mu urzędników zostanie, a kto odejdzie. Stephanie wiedziała, że Litchfield walczy o wysokie stanowisko i dlatego gdy tylko mianowany przez nowego prezydenta prokurator generalny zgłosił zamiar rozwiązania jednostki Magellan Billet, Litchfield bez namysłu skorzystał z okazji, by pokazać, że może grać w barwach nowej drużyny. W innych okolicznościach nigdy nie pozwoliłaby na tak daleko posuniętą ingerencję biurokracji, ale teraz, w przeddzień inauguracji, wszystko stało się płynne. Zmieniała się ekipa rządząca krajem. Nie było mowy o jakiejkolwiek stabilizacji.

– Próbowałaś zachować to w tajemnicy – dodał Litchfield – ale ja i tak się dowiedziałem. I dlatego jestem tu teraz, w środku nocy. Nie obchodzi mnie, co o tym myśli Biały Dom, to koniec.

– Lepiej módl się, żeby Cotton się stamtąd nie wydostał – odparła Stephanie równie swobodnym tonem co on.

– Co to ma niby znaczyć?

– Nie chcesz wiedzieć.

– Poinformuj Rosjan o tym, co się stało – powiedział Litchfield. – Niech oni się tym zajmą. Zresztą nigdy tak naprawdę nie wyjaśniłaś, dlaczego prezydent postanowił wysłać tam Malone’a.

To prawda, chociaż akurat Litchfield z pewnością umiałby zrozumieć, jaką wartość posiada oddana komuś przysługa. W Waszyngtonie traktowano to jak osobną walutę. Przysługa za przysługę, tak właśnie kręcił się ten cały biznes, zwłaszcza przed laty, w czasach, gdy Stephanie rozkręcała swoją jednostkę. Jej pierwsza dwunastka agentów to byli bez wyjątku prawnicy, wszyscy dodatkowo przeszkoleni w pracy wywiadowczej. Wśród oryginalnych członków zespołu znalazł się także Cotton, sprowadzony w tym celu z Wojskowego Biura Śledczego marynarki wojennej, absolwent Wydziału Prawa na Uniwersytecie Georgetown. Pracował dla niej przez dwanaście lat, po czym przeszedł na wcześniejszą emeryturę i przeprowadził się do Kopenhagi, gdzie założył antykwariat z książkami. W ciągu ostatnich kilku lat raz na jakiś czas dawał się wciągnąć z powrotem do jej świata, kiedy zatrudniała go do pomocy przy specjalnych zleceniach. Jednym z nich było dzisiejsze zadanie, prosty lot zwiadowczy.

Ale coś poszło nie tak.

– Rób, co mówię – powiedział Litchfield.

Niedoczekanie, pomyślała.

– Bruce, jeszcze przez dwa dni to ja stoję na czele tej agencji. I dopóki jestem jej szefem, będę nią kierować tak, jak uważam za stosowne. Jeśli ci się to nie podoba, zwolnij mnie. Ale wtedy będziesz musiał się tłumaczyć przed Białym Domem.

Wiedziała, że tej groźby nie będzie mógł zlekceważyć. Danny Daniels nadal piastował urząd prezydenta, a Magellan Billet już od dłuższego czasu było agencją, do której zwracał się w pierwszej kolejności, gdy zachodziła taka potrzeba. Litchfield to typowy karierowicz z Waszyngtonu. Miał tylko jeden cel: przetrwać i zachować stanowisko. I zupełnie się nie liczyło, w jaki sposób go osiągnie. W przeszłości Stephanie miała z nim styczność tylko kilka razy, ale słyszała, jak tu i ówdzie nazywano go oportunistą. Dlatego za nic w świecie nie pozwoliłby sobie na przepychankę z prezydentem Stanów Zjednoczonych, ponieważ, po pierwsze, byłby skazany na porażkę, a po drugie, ściągnąłby na siebie zbyt dużo uwagi. Jeśli ten człowiek chciał być członkiem nowej administracji, musiał najpierw przetrwać odejście starej.

– Posłuchaj – odezwał się – nie odbieraj tego jako złośliwość, ale twój czas minął. Tak samo jak prezydenta. Nie możecie oboje po prostu się z tym pogodzić? Tak, jesteś szefową Magellan Billet. Ale nie masz już pod sobą żadnych agentów. Wszyscy odeszli. Zostałaś tylko ty. Jedyne, co musisz jeszcze zrobić, to posprzątać po sobie. Potem pojechać do domu. Wycofać się. Zacząć korzystać z życia.

Przeszło jej to przez myśl. Stephanie zaczynała karierę w Departamencie Stanu jeszcze za czasów Reagana, potem przeniosła się do Departamentu Sprawiedliwości, a w końcu przydzielono ją do Magellan Billet. Kierowała tą jednostką przez wiele lat, a teraz to wszystko się skończyło. Budżet agencji wynosił 10 milionów dolarów i Stephanie dowiedziała się od swoich źródeł, że te środki mają zostać przekierowane na różne projekty społeczne, kampanie PR-owe i inne cele mające poprawić wizerunek nowego prokuratora generalnego. Najwyraźniej uznano to za ważniejsze niż tajne operacje wywiadowcze. Departament Sprawiedliwości miał zostawić szpiegowanie CIA, NSA i wszystkim innym trzyliterowym agencjom.

– Powiedz mi, Bruce, jakie to uczucie być tym drugim? Nigdy kapitanem, tylko zawsze drugim oficerem?

Litchfield pokręcił głową.

– Naprawdę, bezczelna stara jędza z ciebie.

– Bezczelna? – powtórzyła Stephanie z uśmiechem. – Pewnie. Jędza? Możliwe. Ale nie jestem stara. Jestem natomiast szefem Magellan Billet i będę nim jeszcze przez dwa dni. Może i zostałam sama na placu boju, ale nadal to ja tu dowodzę. Tak więc albo mnie zwolnij, albo wynoś się stąd.

Nie żartowała. Zwłaszcza gdy mówiła, że nie jest stara. Do dziś w jej aktach osobowych nie widniała informacja na temat wieku. Rubryka „data urodzenia” pozostawała pusta.

Litchfield wstał.

– W porządku, Stephanie. Zrobimy, jak chcesz.

Nie mógł jej zwolnić i oboje zdawali sobie z tego sprawę. Będzie jednak mógł to zrobić dwudziestego stycznia w południe. To dlatego Stephanie pozwoliła Cottonowi bezzwłocznie udać się do Rosji, nie czekając na niczyją zgodę. Nowy prokurator generalny się mylił. Departament Sprawiedliwości potrzebował jednostki Magellan Billet, której misja wykraczała poza zakres kompetencji innych agencji wywiadowczych. Z tego właśnie powodu jej siedziba główna mieściła się dziewięćset kilometrów stąd, w Atlancie, z dala od waszyngtońskiej polityki. Ta jedna decyzja, podjęta przed laty przez Stephanie, pozwoliła jednostce działać skutecznie i jednocześnie zachować niezależność. Była dumna z tego dziedzictwa.

Litchfield wyszedł z gabinetu. Co do jednego miał rację – Stephanie straciła wszystkich swoich agentów, a biuro w Atlancie zostało zamknięte.

Nie miała zamiaru przyjmować innego stanowiska w Departamencie Sprawiedliwości ani też dać się wyrzucić. Wolała sama odejść z pracy. Przyszedł czas, żeby skorzystać z wypracowanej emerytury i znaleźć sobie jakieś inne zajęcie. Nie ma mowy, żeby siedziała całymi dniami w domu.

Jej umysł pracował na podwyższonych obrotach, co w pewnym sensie pozwalało Stephanie zachować spokój. Cotton miał kłopoty i nie chciała liczyć na pomoc Rosjan. Od początku nie podobało jej się, że musi im zaufać, ale nie było innego wyjścia. Dokładnie wyjaśniła Cottonowi ryzyko, a on zapewnił ją, że będzie ostrożny. Teraz została już tylko jedna osoba, do której mogła się zwrócić.

Sięgnęła po swojego smartfona i zaczęła pisać SMS-a.

ROZDZIAŁ 3

WIRGINIAGODZ. 2:40

Luke Daniels, jak każdy chłopak, który dorastał na wsi w Tennessee, lubił się bić. W szkole średniej często i chętnie wdawał się w bójki, szczególnie o dziewczyny, a jeszcze większą przyjemność sprawiało mu to później, podczas sześciu lat służby w wojsku, w formacji rangersów. Przez ostatni rok miał do tego sporo okazji jako agent w jednostce Magellan Billet, lecz niestety te dni dobiegły końca. Po tym, jak dostał wymówienie, przeniesiono go do Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony. Nową pracę miał zacząć w następny poniedziałek, dzień po objęciu urzędu przez nowego prezydenta.

Do tego czasu, według oficjalnej wersji, przebywał na urlopie.

A mimo to, choć był środek nocy, śledził właśnie inny samochód.

Jego wujek, obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, osobiście zwrócił się do niego o pomoc. Z reguły nie zgadzali się w wielu kwestiach, ale ostatnio obaj zaczęli wkładać więcej wysiłku w poprawienie swoich relacji. Prawdę mówiąc, Luke cieszył się, że może pomóc. Kochał robotę w Magellan Billet i szczerze lubił Stephanie Nelle. Została naprawdę źle potraktowana przez bandę polityków, którym się wydawało, że pozjadali wszystkie rozumy. Wujek Danny właśnie został wysłany na zieloną trawkę i oznaczało to koniec jego kariery politycznej. A jednak było coś, co najwyraźniej dręczyło zarówno prezydenta, jak i Stephanie. Jakiś problem, który nie dawał im spokoju.

Jak zwykle nikt nie wyjaśnił mu dokładnie, po co ma śledzić ten samochód. Jego celem okazała się rosyjska obywatelka Anja Pietrowa, atrakcyjna blondynka o klasycznych rysach, owalnej twarzy i wydatnych kościach policzkowych. Miała długie, umięśnione nogi, jak tancerka. W jej wyważonych ruchach wyczuwało się dużą pewność siebie. Najbardziej lubiła nosić obcisłe levisy wetknięte w sięgające do kolan kozaki. Nie malowała się, przez co jej twarz nabierała swego rodzaju surowości; być może na taki właśnie efekt liczyła. Rosjanka wywarła na nim spore wrażenie i żałował, że nie spotkał jej w innych okolicznościach. Obserwowanie jej przez ostatnie dwa dni okazało się wcale przyjemnym zajęciem.

Z tego, co zauważył, Pietrowa lubiła stołować się w restauracji Cracker Barrel. Dziś odwiedziła to miejsce dwukrotnie: najpierw przyszła na lunch, potem na kolację, kilka godzin temu. Następnie udała się do motelu przy międzystanowej autostradzie 66, kawałek na zachód od Waszyngtonu. Wujek Danny dostarczył mu wszystkich związanych ze sprawą informacji. Kobieta miała trzydzieści cztery lata i była kochanką niejakiego Aleksandra Zorina, starzejącego się byłego oficera KGB, który obecnie mieszkał na południu Syberii. Do tej pory nikt nie zawracał sobie nim głowy, ale tydzień temu musiało wydarzyć się coś, co wzbudziło popłoch wśród Rosjan, a jednocześnie zaniepokoiło wujka Danny’ego do tego stopnia, że postanowił wykorzystać Luke’a w charakterze psa gończego, a Cottona Malone’a wysłał na zwiady za ocean.

– Nie daj się zdemaskować – usłyszał od prezydenta. – Nie odstępuj jej na krok. Poradzisz sobie?

Ich relację w najlepszym razie dałoby się określić mianem napiętej, jednak Luke musiał przyznać, że jego wujek naprawdę potrafił rządzić. Będzie go brakowało Ameryce, tak jak jemu będzie brakowało roboty w Magellan Billet. Wcale mu się nie spieszyło do Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony. Po ukończeniu szkoły średniej ominął college, zaciągając się do wojska, ale dopiero w Magellan Billet wreszcie znalazł swoje miejsce.

Niestety teraz bezpowrotnie je utracił.

Jechał w odległości mniej więcej półtora kilometra od swojego celu. Mógł trzymać taki dystans, ponieważ na autostradzie panował niewielki ruch, a zimowa noc była jasna i pogodna. Pół godziny wcześniej czuwał na posterunku, obserwując motel, gdy nagle w drzwiach pojawiła się Anja. W ręku trzymała siekierę. Wsiadła do samochodu i ruszyła na zachód, do Wirginii. W tej chwili znajdowali się na wysokości Manassas. Rosjanka włączyła kierunkowskaz i zjechała z autostrady, skręcając na południe. Luke podążył za nią. Jechali teraz dwupasmową wiejską drogą, na której musiał zachować jeszcze większy odstęp, gdyż w przeciwieństwie do międzystanowej autostrady ta szosa była kompletnie pusta.

Dokąd ona jechała w samym środku nocy?

I po jaką cholerę zabrała ze sobą siekierę?

Przyszło mu na myśl, że może powinien zadzwonić do wujka Danny’ego i go obudzić. Zanim wyruszył na misję, dostał bezpośredni numer telefonu do prezydenta. Miał przykazane niezwłocznie donosić o każdym incydencie, ale na razie jeszcze do niczego nie doszło. Po prostu wybrali się na przejażdżkę po wiejskich terenach Wirginii.

Anja, która znajdowała się niecały kilometr przed nim, znów skręciła.

Ponieważ na drodze nie było żadnych samochodów, a wokół panowała absolutna ciemność, wyłączył światła i podjechał do miejsca, gdzie samochód Rosjanki zniknął za zakrętem.

Siedział za kółkiem swojego srebrnego forda mustanga z 1967 roku, którego był dumnym posiadaczem od czasu, gdy sprawił go sobie w prezencie jeszcze w okresie służby w armii. Trzymał go w garażu niedaleko swojego mieszkania w Waszyngtonie. To jedna z niewielu należących do niego rzeczy, do których był naprawdę przywiązany. Lubił nim jeździć, zwłaszcza gdy miał wolne – Stephanie Nelle wymagała od swoich agentów w Magellan Billet, żeby co cztery tygodnie robili sobie przerwę. Facet, od którego kupił auto, na gwałt potrzebował pieniędzy i dlatego spuścił z ceny. Luke zapłacił za mustanga niecałe dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, znacznie poniżej ceny rynkowej. Samochód wyposażony w uruchamiany ręcznie napęd na cztery koła i podrasowany ośmiocylindrowy silnik o mocy trzystu dwudziestu koni mechanicznych był w idealnym stanie.

Kiedy podjechał bliżej, dostrzegł podjazd. Po obu stronach stały kamienne słupy zwieńczone łukiem z kutego żelaza. Za lekko uchyloną żelazną bramą majaczyła wybrukowana droga niknąca wśród ciemnych drzew. Nie zdecydował się na nią wjechać, ponieważ nie miał pojęcia, dokąd prowadzi i co zastanie na jej końcu. Uznał, że lepiej będzie pójść na piechotę, skręcił więc na podjazd, minął bramę i zaparkował wśród drzew, wszystkie te czynności wykonując przy wyłączonych światłach. Wysiadł z mustanga i cicho zamknął za sobą drzwi. Na zewnątrz panował chłód, ale niezbyt przenikliwy. Tego roku zima w Stanach Środkowoatlantyckich była wyjątkowo łagodna, a charakterystyczne dla tej części Ameryki obfite opady śniegu jak do tej pory omijały ten region szerokim łukiem. Luke miał na sobie grube sztruksy, sweter, ocieplaną kurtkę i rękawiczki. W kaburze na ramieniu tkwiła beretta, którą otrzymywał każdy agent Magellan Billet. Nie zabrał ze sobą latarki, ale miał telefon komórkowy, którym od biedy mógł oświetlić sobie drogę. Oczywiście upewnił się zawczasu, że telefon jest wyciszony.

Lekkim truchtem ruszył przed siebie.

Po jakichś dwustu metrach ujrzał czarne kontury rozłożystego, piętrowego domu z dwoma skrzydłami, przybudówkami i budynkami gospodarczymi. Na lewo rozciągało się porośnięte trawą pole pokryte warstwą szronu. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i wyłowił w ciemności kształt sowy kołującej nad łąką. Podobne obrazki nader często widywał, gdy dorastał na wsi w Tennessee. Aksamitne niebo usiane było srebrnymi niczym główki od szpilek gwiazdami, pomiędzy którymi błyszczał wąski sierp księżyca. Przed domem stał zaparkowany samochód, a w okolicach drzwi frontowych widać było snop światła latarki. Nie miał pojęcia, kto mógł tu mieszkać; nigdzie nie dostrzegł ani skrzynki na listy, ani żadnej tabliczki z nazwiskiem czy adresem.

Ruszył przed siebie, lawirując pomiędzy ciernistymi krzakami. Z każdą chwilą chłód stawał się coraz bardziej odczuwalny, lecz wysiłek fizyczny i adrenalina sprawiły, że zaczął się pocić. Idąc wzdłuż fasady, naliczył w sumie szesnaście okien, jednak w żadnym nie paliło się światło. Do jego uszu dobiegło stuknięcie, jakby ktoś uderzył metalem o metal, po czym nastąpił trzask łamanego drewna. Oparł się o drzewo i wychylił głowę zza pnia, śledząc wzrokiem snop światła z latarki znikający za drzwiami domu, od których dzieliło go niecałe pięćdziesiąt metrów. Zaintrygował go fakt, że ktoś w tak bezceremonialny sposób wszedł do środka, lecz gdy podszedł bliżej, zdał sobie sprawę, że dom jest opuszczony i bardzo zaniedbany. Od frontu wyglądał jak budynek z epoki wiktoriańskiej. Oszalowanie wydawało się w większości nietknięte, ściany były jednak wyblakłe i pokryte plamami pleśni. Kilka okien na parterze zostało zabitych sklejką, w przeciwieństwie do tych na piętrze. Teren wokół domu porastały chwasty i dzikie krzewy. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby już od bardzo dawna nikt nie poświęcał temu miejscu najmniejszej uwagi.

Luke zastanawiał się, kim mógł być właściciel domu. I dlaczego jakaś Rosjanka postanowiła tu przyjechać w samym środku nocy. Istniał tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć. Opuścił kryjówkę wśród drzew rosnących na skraju podjazdu i podszedł do ciężkich drewnianych drzwi frontowych, które miały wyłamany zamek.

Z pistoletem w ręku ostrożnie wszedł do środka. Na podłodze przestronnego przedpokoju wciąż leżał dywanik, a pod ścianami stało kilka mebli. Na pierwsze piętro wiodły kręcone schody, a otwarte drzwi prowadziły do sąsiednich pokoi, gdzie w oknach wisiały zasłony. Złuszczona farba, pokruszony tynk, niezliczone wybrzuszenia pod tapetą – wszystko wskazywało na to, że siły natury powoli przejmowały budynek na własność.

Luke stanął u wylotu korytarza i zaczął nasłuchiwać. Miał wrażenie, jakby trafił do wnętrza grobowca.

Nagle rozległ się jakiś dźwięk.

A raczej huk.

Gdzieś na parterze.

W głębi korytarza, mniej więcej piętnaście metrów od niego, promienie światła przeszyły mrok.

Po cichu zaczął skradać się do przodu, wykorzystując hałas, który tłumił odgłos jego kroków. Najwyraźniej Anja Pietrowa w ogóle nie starała się zachowywać dyskretnie. Prawdopodobnie uznała, że w promieniu wielu kilometrów i tak nie ma żywej duszy. I w każdej innej sytuacji miałaby rację.

Podszedł do otwartych drzwi, przez które sączyło się światło. Ostrożnie zajrzał do środka, a jego oczom ukazał się obszerny, wyłożony boazerią pokój, który musiał niegdyś pełnić funkcję gabinetu. Jedną ze ścian zajmowała biblioteczka sięgająca samego sufitu. Powyłamywane, puste półki tkwiły ukośnie w drewnianej ramie. Zerknął też na sufit, który pokrywały kasetony zdobione gipsowymi ornamentami. W pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Anja stała pod przeciwległą ścianą, próbując wybić dziurę w boazerii. I nawet nie starała się działać subtelnie. Bez wątpienia potrafiła posługiwać się siekierą. Jej latarka leżała na podłodze, oświetlając ścianę na tyle, by kobieta mogła śledzić postępy swojej pracy.

Jego zadanie polegało na obserwacji, nie wolno mu było interweniować.

Nie daj się zdemaskować.

Rosjanka nie przestawała tłuc w boazerię, co chwila odrywając kolejne fragmenty drewna, aż wreszcie udało jej się zrobić dziurę. Luke zauważył, że była to ściana działowa, za którą najwidoczniej znajdowało się kolejne pomieszczenie. Kopiąc z całej siły, Anja powiększyła wyłom. Następnie za pomocą latarki zbadała przestrzeń za ścianą.

Odłożyła siekierę na podłogę, po czym przeszła na drugą stronę.

ROZDZIAŁ 4

GIVORS, FRANCJAGODZ. 8:50

Cassiopeia Vitt zbyt późno zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Dwa dni temu jej robotnicy pracujący w kamieniołomie wydrążyli serię otworów w wapiennej skale nie za pomocą nowoczesnych wierteł, ale długiego metalowego dłuta, jakiego używano osiemset lat temu. Metoda polegała na ręcznym wbijaniu w kamień ostrza w kształcie gwiazdy o grubości ludzkiego kciuka, obracaniu go wewnątrz wapienia i ponownym uderzaniu w trzonek. Robotnicy powtarzali tę czynność tak długo, aż wydrążyli otwór sięgający kilkanaście centymetrów w głąb skały, po czym zabierali się za kolejny. Wgłębienia wyżłobione na odcinku dziesięciu metrów znajdowały się w kilkucentymetrowych odstępach. Do wyznaczania dzielących ich odległości nie użyto liniałów – za przyrząd kreślarski posłużyła długa lina z węzłami; dokładnie w taki sam sposób dokonywano pomiarów w przeszłości. Każdy otwór napełniono wodą, po czym zatkano, pozwalając zamarznąć znajdującej się wewnątrz cieczy. Na szczęście Matka Natura przyszła z pomocą w postaci gwałtownego spadku temperatury.

Kamieniołom znajdował się w odległości trzech kilometrów od francuskiej posiadłości Cassiopei. Od niemal dziesięciu lat starała się zbudować zamek, korzystając wyłącznie z metod, materiałów i narzędzi dostępnych w XIII wieku. Zakupiony przez nią teren należał niegdyś do jedynego kanonizowanego króla Francji, Ludwika IX. Znajdowały się na nim nie tylko ruiny zamku, ale również szesnastowieczny dworek, w którym zamieszkała po przeprowadzonym uprzednio remoncie. Zainspirowana oficjalną nazwą pułku kawalerii Ludwika XV ochrzciła posiadłość mianem Royal Champagne.

Murowana wieża była niegdyś symbolem władzy szlacheckiej. Zamek w Givors został wzniesiony jako wojskowa forteca i posiadał wszystkie atrybuty średniowiecznej warowni: mury obronne, fosę, narożne wieżyczki i potężną basztę. Budowla została zrównana z ziemią trzysta lat temu i przywrócenie jej do życia stało się życiową misją Cassiopei. Tak jak w czasach średniowiecza, okolica wciąż była bogata w wodę, kamień, ziemię, piasek i drewno, a więc zapewniała wszystkie niezbędne surowce. Zatrudnieni przez nią kamieniarze, drwale, murarze, stolarze, kowale i garncarze pracowali przez sześć dni w tygodniu, nosili stroje z epoki i wiedli egzystencję zgodnie ze zwyczajami obowiązującymi przed ośmiuset laty. Teren udostępniono zwiedzającym, a opłatę pobieraną za wstęp w całości przeznaczano na pokrycie kosztów budowy, jednak Cassiopeia w większości finansowała prace z własnych, całkiem pokaźnych środków. Według szacunków na ukończenie całego przedsięwzięcia potrzeba było jeszcze około dwudziestu lat.

Robotnicy pracujący w kamieniołomie sprawdzili otwory. Woda zamarzła i powoli zaczęła rozsadzać skałę od środka. Pęknięcia, które pojawiły się wokół krawędzi, świadczyły o tym, że można zaczynać. Na kilkudziesięciometrowym nagim czole klifu widoczne były nieliczne szczeliny, rysy i występy skalne. Kilka miesięcy temu wydobyto już cały nadający się do użytku materiał z dolnych partii wapiennej skały. W tej chwili pracowali na wysokości dwudziestu metrów, stojąc na rusztowaniu z lin i drewna. Trzech mężczyzn wyposażonych w średniowieczne przyrządy noszące nazwę chase masse zaczęło uderzać w ścianę. Narzędzie wyglądem przypominało młotek, ale miało rozdwojony obuch o ostrych krawędziach połączonych wklęsłym łukiem – właśnie tą stroną przykładało się go do skały. Następnie należało walić w niego drugim młotkiem, a gdy pojawiło się pęknięcie, posuwać się dalej w linii prostej. W końcu skała zaczynała pękać wzdłuż naturalnych szczelin na skutek rozchodzących się w jej wnętrzu fal uderzeniowych. Z pewnością była to żmudna praca, ale przynosiła pożądany efekt.

Cassiopeia przyglądała się swoim pracownikom wymachującym średniowiecznymi młotkami. Miarowy stukot metalu uderzającego o metal brzmiał niemal jak muzyka. Seria przeciągłych trzasków świadczyła o tym, że skała jest już wystarczająco osłabiona.

– Zaraz pęknie – ostrzegł jeden z mężczyzn, dając w ten sposób swoim kolegom sygnał, by przerwali pracę.

Wszyscy w milczeniu przyglądali się pionowej ścianie wznoszącej się kolejne dwadzieścia metrów ponad ich głowami. Jak wykazały testy laboratoryjne, ten biało-szary kamień stanowił bogate źródło magnezu, dzięki czemu był wyjątkowo twardy, a co za tym idzie, idealnie sprawdzał się jako materiał budowlany. Pod rusztowaniem stał wóz z sianem zaprzężony w konia, który służył jako środek transportu. Zabierał na plac budowy bloki skalne, które była w stanie podnieść jedna osoba. Podczas jazdy siano działało jak naturalny amortyzator – miękka wyściółka zapobiegała obtłukiwaniu się kamienia. Większe fragmenty rąbano na miejscu i dopiero potem je wywożono. Kamieniołom odgrywał rolę swoistego epicentrum całego przedsięwzięcia.

Cassiopeia obserwowała rozchodzące się po skale pęknięcia. Na korzyść robotników działała teraz także grawitacja. Wreszcie płat wielkości samochodu odpadł od ściany klifu i z hukiem roztrzaskał się o ziemię. Mężczyźni, podobnie jak ich szefowa, wydawali się zadowoleni z efektów swojej pracy, ponieważ ze zdobytego trofeum mogli uzyskać naprawdę sporą ilość bloczków skalnych. Poza tym udało się wykonać pierwszy wyłom w skale na tej wysokości. Teraz robotnicy mogli się zabrać za robienie następnych otworów i pozyskiwanie kolejnych fragmentów wapienia, na koniec zaś podniosą rusztowanie o kilka metrów wyżej. Cassiopeia lubiła patrzeć na swoich ludzi pracujących w strojach, jakie noszono w średniowieczu, z wyjątkiem nowoczesnych płaszczy i rękawic. Mieli też na sobie całkiem współczesne kaski i okulary ochronne – ubezpieczyciel wymógł na niej ten kompromis, który historia będzie musiała jej wybaczyć.

– Dobra robota, panowie – pochwalił swoich podwładnych kierownik budowy.

Cassiopeia przytaknęła skinieniem głowy.

Robotnicy powoli zaczęli schodzić z rozchwianej drewnianej konstrukcji. Jednak ona ociągała się z opuszczeniem platformy, z podziwem rozglądając się po kamieniołomie. Z większością członków swojej ekipy współpracowała od wielu lat. Dobrze im płaciła i przez okrągły rok zapewniała pokój z wyżywieniem. Francuskie uniwersytety nieprzerwanie dostarczały stażystów, którym bardzo zależało na uczestnictwie w tak innowacyjnym projekcie. W lecie zatrudniała do pomocy pracowników sezonowych, ale teraz, zimą, na miejscu został tylko ścisły trzon zespołu. Dzisiejszy dzień postanowiła spędzić na placu budowy, zaczynając od wizyty w kamieniołomie. Trzy z czterech murów obronnych były już na ukończeniu, a zdobyty dziś materiał miał wydatnie pomóc we wzniesieniu ostatniego.

Nagle usłyszała złowrogi trzask.

Potem kolejny.

Nie było w tym nic nadzwyczajnego. W końcu dość poważnie naruszyli wewnętrzną strukturę skały.

Odwróciła się w stronę klifu. Gdzieś nad jej głową rozległa się kolejna seria chrzęstów i pęknięć.

– Zabierzcie stąd wszystkich! – krzyknęła do robotników znajdujących się poniżej. – No już, uciekajcie!

Zaczęła machać rękami, dając do zrozumienia, by jak najszybciej opuścili rusztowanie. Nie do końca wiedziała, co się dzieje, ale uznała, że najlepiej zachować ostrożność.

Z każdą chwilą trzaski stawały się coraz głośniejsze i było ich coraz więcej. Przypominało to trochę dobiegający z oddali odgłos serii z broni automatycznej, który znała aż nazbyt dobrze. Ona także musiała wziąć nogi za pas, ruszyła więc w kierunku przeciwnego krańca platformy, skąd dużo łatwiej byłoby jej zejść. Jednak w tym samym momencie od skały oderwał się duży blok, który gruchnął o górny podest rusztowania. Pod stopami poczuła silne wibracje. Nie miała się czego złapać, a nie mogąc utrzymać równowagi, upadła na zimne deski i kurczowo chwyciła się krawędzi rusztowania. Leżała tak, dopóki cała konstrukcja nie przestała się kołysać. Wyglądało na to, że liny wytrzymały i rusztowanie, na którym się znajdowała, przetrwało atak. Z dołu dobiegło ją wołanie. Mężczyźni pytali, czy nic jej się nie stało.

Uklękła i wyjrzała znad krawędzi.

– Wszystko w porządku.

Wstała i strzepnęła z ubrania pył.

– Będziemy musieli dokładnie sprawdzić rusztowanie – krzyknęła po chwili. – To było naprawdę mocne uderzenie.

W tym momencie rozległ się kolejny huk.

Spojrzała w górę i od razu zrozumiała, co się dzieje. Fragment skały, spod którego właśnie wydobyli sporą ilość wapienia, zaczął się odrywać od warstwy osadowej. Grawitacja obróciła się przeciwko nim, bezwzględnie wykorzystując słabe punkty wroga. Przy całej swojej pozornej solidności kamień potrafi być równie nieprzewidywalny jak drewno.

Skała z hukiem pękła w dwóch kolejnych miejscach.

Z góry posypał się deszcz gruzu, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Od ściany oderwał się nowy fragment wielkości głazu i spadając, o włos minął rusztowanie. Cassiopeia nie mogła uciekać przed siebie, bo właśnie tam groziło jej największe niebezpieczeństwo, dlatego odwróciła się i pobiegła na drugi koniec platformy. Za jej plecami kilka odłamków trafiło w deski, niszcząc sporą część konstrukcji.

Wszyscy robotnicy zdążyli już uciec. Na rusztowaniu została tylko ona.

W odsłonięte belki uderzył kolejny ogromny kawał skały. Zdała sobie sprawę, że za chwilę cały podest się zawali. Spojrzała w dół. Jakieś dziesięć metrów niżej stał wóz, który nie zdążył jeszcze odjechać. Stos siana wydawał się wystarczająco duży, ale nie mogła tego wiedzieć na pewno.

Niestety nie miała wyboru.

Skoczyła głową w dół i obróciła się w powietrzu na plecy. Jeśli się nie pomyliła, wóz powinien znajdować się dokładnie pod nią. Spadając, usłyszała, jak drewniana wieża wali się pod naporem lawiny kamieni. Zacisnęła powieki. W następnej sekundzie wpadła w siano, które złagodziło upadek i pozwoliło na miękkie lądowanie. Otworzyła oczy i leżąc na wznak, przez chwilę wsłuchiwała się w huk roztrzaskujących się o ziemię desek i odłamków skalnych.

Wstała i rozejrzała się dokoła, żeby ocenić skalę zniszczeń.

Wszędzie unosiły się kłęby pyłu.

Robotnicy podbiegli do niej, pytając, czy nic jej nie jest. Pokręciła głową, po czym ponownie upewniła się, że nikomu nic się nie stało.

– Wygląda na to, że czeka nas dużo sprzątania – stwierdziła.

Zeskoczyła z wozu. Była roztrzęsiona, ale przecież wypadki się zdarzają, zwłaszcza przy tak wielkich projektach. Na szczęście do tej pory na placu budowy nikomu nie stała się większa krzywda.

Cassiopeia ukończyła średniowieczną architekturę w paryskiej École Pratique des Hautes Études. Jej praca magisterska dotyczyła Pierre’a de Montreuila, trzynastowiecznego architekta, reprezentanta stylu gotyckiego. Na zaprojektowanie swojego zamku poświęciła niemal rok i miała nadzieję, że doczeka jego ukończenia. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, więc to nie wiek stanowił problem. Chodziło raczej o ryzyko, jakie nieraz podejmowała, i nie było ono bynajmniej związane ze spadającymi kamieniami. Na przestrzeni lat wielokrotnie angażowała się w niebezpieczne przedsięwzięcia. Współpracowała z przedstawicielami zagranicznych władz, z agencjami wywiadowczymi, nawet z samymi prezydentami, zawsze jednak pilnowała się, by nie popaść w zgubną rutynę. Ale jeśli człowiek zbyt długo przebywa w towarzystwie osób noszących przy sobie broń, prędzej czy później musi go spotkać coś złego. Jak dotąd jednak sprzyjało jej szczęście.

Tak jak dzisiaj.

Robotnicy ruszyli w stronę skalnego rumowiska.

Cassiopeia w kieszeni płaszcza poczuła wibracje telefonu.