Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - Michał Kucharzyk - ebook

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy ebook

Michał Kucharzyk

0,0
59,16 zł

lub
Opis

Pełna kolekcja wszystkich internetowych past o przygodach Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Pięć sezonów składających się łącznie ze stu epizodów opowiada historię braterskiej przyjaźni, która pozwala raz za razem ratować świat przed ostateczną zagładą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 921




Michał Kucharzyk

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy

© Michał Kucharzyk, 2020

Pełna kolekcja wszystkich internetowych past o przygodach Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Pięć sezonów składających się łącznie ze stu epizodów opowiada historię braterskiej przyjaźni, która pozwala raz za razem ratować świat przed ostateczną zagładą.

ISBN 978-83-8221-934-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

W obrzydliwym akcie samouwielbienia dedykuję tę książkę samemu sobie i każdemu, kto potrzebuje, by go zauważono.

SEZON PIERWSZY

Zstąpienie

Widzicie, życie na Ziemi wcale nie jest takie proste na jakie z pozoru wygląda. To znaczy, hej, na pewno jest bardziej lajtowo niż w świecie nadprzyrodzonym, przeplatającym się ze światem śmiertelników, który (kurewsko oryginalnie) ochrzciliśmy Czwartym Wymiarem. Było tam co prawda trochę ciekawiej, ot jednego dnia polowaliśmy na anioły, drugiego ganialiśmy się z piekielnymi czartami i totalnie bez przypału sialiśmy chaos pod nosem samego Stwórcy, który w zasadzie chuja mógł nam zrobić, bo jak powiedział mu ten jego przydupas Janusz, będziemy potrzebni przy końcu świata, żeby pomóc przy rozpierdalaniu Ziemi w drobny mak. Brakowało nam jednak wielu dobrodziejstw cywilizacji, jakimi są na przykład whisky, burdele i wykop. Zresztą wybór nie był do końca nasz. Nie zeszliśmy na Ziemię z własnej woli. Wojna odpierdolił PEWNĄ AKCJĘ, która wkurwiła Stwórcę na tyle, że wystawił za naszą czwórką list gończy zarówno w Niebie, jak i Piekle. Może wam kiedyś o niej opowiem, ale serio — czasami wydaje mi się, że jestem jedynym ogarniętym członkiem tej pojebanej rodziny. Jak tylko Śmierć usłyszał, że jesteśmy w dupie, a Piekło i Niebo sprzymierzyli się, żeby nas zapierdolić, zaczął się opętańczo śmiać i wyleciał z domu z kosą w łapie. Dobrze, że Głód podłożył mu nogę i zapaleniec nadział się na to swoje naostrzone gówno, przez co mieliśmy go z głowy na tydzień i mogliśmy w spokoju pomyśleć co robić. W ten oto sposób zadecydowaliśmy, że musimy jak najszybciej spierdalać z Czwartego Wymiaru, bo nawet my nie mieliśmy szans ze zjednoczoną armią obu królestw. No i gdzie mogliśmy się udać? Oczywiście, że na Ziemię. Jak tak teraz na to patrzę, to w sumie dobrze się złożyło, czekanie na koniec w świata zaczynało być naprawdę nużące. Teraz mamy przynajmniej co robić.

Oto i my. Czterej Pierdoleni Jeźdźcy Apokalipsy. Żyjemy na Ziemi już dobrych parę lat, wciąż czekając aż Pan Buk zapomni o tym co odpierdolił Wojna i pozwoli nam wrócić do domu, ale wiecie co? Przestało nam na tym zależeć. Bawimy się świetnie i mamy zamiar tu zostać do jebanego końca świata. Wojna, jebany plejboj, znalazł sobie nawet loszkę, ale jest pewien problem — ta jego blondyneczka jest w drugiej klasie liceum. Bo widzicie, schodząc na Ziemię mogliśmy wybrać sobie facjaty, ot coś w stylu kreatora w Simsach. Niby sztos, ale nawet to nie naprawi mojego ryja. Cóż, w końcu jestem Zaraza, wywołuję choroby i trądzik. Ale dlaczego sam muszę mieć ryj jak trędowaty? Nawet zapytałem o to kiedyś tego, jak mu tam, świeżego Jana. A ten mi mówi coś o tym, że nie każdy rodzi się pięknym i kluczem do osiągnięcia szczęścia jest nauczenie się żyć ze swoimi słabościami. Zajebałem mu w mordę bo w poważaniu mam takie kurwa rady, a ten skurwiel, żeby mi dojebać, dopisał o mnie parę wersów do swojej ewangelii, przez co na zawsze będę obnosił się z tym pryszczatym, czerwonym, krzywym ryjem. Trochę przykro, patrząc na moich braci. No dobra, jest jeszcze Głód, ale jego poza fast foodami nie interesuje nic. Mógłby mieć całą mordę wymalowaną niezmywalnym gównem i nie zrobiłoby mu to w sumie żadnej różnicy, o ile wciąż miałby wstęp do KFC. Więc, jak już mówiłem schodząc na Ziemię mogliśmy zrobić sobie takie, nazwijmy to, awatary. Oczywiście wszyscy zrobiliśmy z siebie młodziutkich, ślicznych (poza mną) chłopców, których można było posądzić o bycie licealistami albo studenciakami.

Wojna, korzystając ze swojej pięknej buzi, poznał jakąś loszkę. Dlaczego mówię o tym już drugi raz? Widzicie, ten debil wciągnął nas w jak na razie najbardziej pojebaną akcję, jakiej doświadczyliśmy podczas naszego pobytu na Ziemi.

Podczas jednej z randek zapytała naszego lowelasa gdzie się uczy lub studiuje. Ten, oczywiście zmieszany, myśli co powiedzieć, ale ona zinterpretowała to w trochę inny sposób, zakładając, że pewnie go wyjebali czy coś i teraz wstyd mu się przyznać przez taką wielką damą. A ten debil? Oczywiście mówi, że tak tak, ale szuka nowej budy, gdzie mógłby się przepisać. Jak to się skończyło? Chyba nie muszę mówić.

Wrócił pod wieczór i mówi, że idziemy do jakiegoś gościa, żeby nam papiery skołował. Patrzymy na niego jak na debila, którym jest, nie wiedząc o chuj mu chodzi, żyliśmy na Ziemi już kupę czasu bez takich niepotrzebnych świstków jak dowody osobiste i tego typu gówna. A ten mówi, że zapisuje nas do liceum. Śmierć spadł z krzesła i nadział się na swoją kosę, która stała oparta o ścianę za nim. Głód i ja patrzymy na niego, zbyt zszkowani by cokolwiek powiedzieć. Zresztą nie mieliśmy nic do gadania. Chuj zapisał nas do Publicznego Liceum im. Jakiegoś Jebanego Profesora, którego nikt nie zna i który nic nie zrobił. A wszystko po to, by zabolcować jakąś lochę i boi się sam wciskać w środowisko ameb umysłowych zwanych licealistami. No kurwa, błagam. Przez tego debila zacząłem nakładać podkład, żeby choć trochę ukryć swoją szpetną mordę i móc wyjść na ulicę bez maski albo kaptura zaciągniętego na brodę. W sumie nie robiliśmy tego pod przymusem. Byliśmy zdania, że bekowo będzie zobaczyć jak to jest, być młodym i głupim śmiertelnikiem, plus, mieliśmy okazję podziwiać naszego Alvaro w akcji, co w samo sobie było pierwszorzędną komedią, wartą zmarnowania kilku godzin dziennie.

Niestety, Śmierć i Głód trafili do innej klasy, a ja wraz z Wojną trafiłem do najgorszej grupy społecznej z jaką przyszło mi się kiedykolwiek zetknąć. Do klasy HUMANISTYCZNEJ.

Zaczęło się niewinnie.

— Maciek.

— Jestem!

— Ola.

— Jestem!

— Wo… Wojna?

— Obecny!

— Eeee, dobra… Filip.

— Jestem.

— Zar… Co do chuja?

— Obecny!

— Kto wam nadawał te imiona ja przepraszam bardzo — Katechetka ewidentnie nie była specjalną fanką ewangelii świeżego Janusza.

— No, ten jak mu tam, Jasiek, wie Pani, ten przydupas Jezusa, z którymi łapali se ryby.

Kobieta wybiegła z klasy z krzykiem, że są z nas małe szatany i w ogóle co my robimy w jej katolickiej szkole. Później było trochę lepiej, nauczyła się nie poruszać tematu Apokalipsy, bo jak tylko padło choć jedno zdanie na ten temat, Śmierć zdejmował drzwi z kopa i wymachując kosą zaczynał wykrzykiwać jakieś randomowe łacińskie sentencje, których znaczenia sam pewnie nie znał. Raz nasza wychowawczyni się wkurwiła i zajebała mu tą kosę, ale on wykradł ją z magazynku następnego dnia, zastępując jakąś inną, którą znalazł na polu pod miastem. Innym razem Głód zamówił sobie do szkoły kilkanaście kilogramów nuggetsów z Maca i cały dzień ciągnął za sobą wielkie pudło, co jakiś czas zatrzymując się po to, by opierdolić małego kurczaczka w kilkucentymetrowej panierce. Nawet szanuję, choć sam preferowałem typowe, domowe żarcie. Podobno na matmie założył się ze Śmiercią, że trafi nauczyciela prosto w ryj jednym z tych nuggetsów. Zakład wygrał, ale ledwo wyłgał się od wyjebania ze szkoły.

We wtorkowe popołudnia, gdy ja, Wojna i jego dupeczka mieliśmy matmę, Głód i Śmierć mieli fizykę, w sali dokładnie pod nami. Tak się składa, że siedzę przy oknie, więc Śmierć pewnego razu wspiął się po rynnie na poziom naszego piętr i zaproponował mi grę w kości na hajs, bo mu na drożdżówkę w sklepiku nie starczy. Skisłem srogo, ale mówię no k, czemu nie. Przypał trochę, bo baba od matmy wydarła się na mnie, że co ja tam robię z tyłu. Moja odpowiedź, że gram w kości ze Śmiercią nie była chyba tą, której oczekiwała.

Śmierć najlepiej z naszej czwórki odnalazł się w nowym środowisku. Ze swoją głupią, czarną grzywką, basem, który kompletnie do niego nie pasował oraz uwielbieniem memów o samobójstwie i bezsensie istnienia, szybko znalazł paru kolegów, równie zjebanych co on sam.

U mnie było trochę gorzej, wszystkie przerwy starałem się spędzać albo w kiblu, albo gdzieś w kącie, żeby ludzi nie straszyć, ale raz miałem taką sytuację, że podbiła do mnie jakaś loszka, takie intrygujące 8/10 w porywach nawet do dziewiątki.

— Siema Zaraza, co tam? Jak ci się podoba na naszym ziemskim padole, Jeźdźcze Apokalipsy? — Odetchnąłem z ulgą bo laska najwyraźniej wiedziała kim jesteśmy i nie musiałem dłużej tego ukrywać.

— Ogólnie całkiem sztos. Miałem już w sumie dość napierdalania się z aniołami i demonami, wakacje na Ziemi to całkiem miła odmiana — uśmiechnąłem się promiennie. Dziwnie na mnie spojrzała, ale ja już mówiłem dalej.

— Wbiliśmy tu w zasadzie tylko na chwilę, ale chyba zostaniemy na dłużej, tym bardziej, że Wojna wyczaił jakąś dziołchę, którą ma zamiar przelecieć. Zresztą, Stwórca wciąż jest na nas wkurwiony za to co odjebaliśmy i chyba…

— Jesteś pojebany lol — stwierdziła i ruszyła korytarzem. Dogoniłem ją szybko i nie myśląc o konsekwencjach, złapałem za rękę.

— Spierdalaj zboczeńcu! — wrzasnęła i uciekła.

Dwa dni później zdechła na syfilis. Dobrze ci tak kurwo.

Mimo, że zarażanie ludźmi randomowymi śmiertelnymi chorobami bez powodu było wbrew zasadom jakie ustaliliśmy z chłopakami, nie mogłem się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie pobawić się swoimi mocami. Pod tym względem byłem na swój sposób unikalny. Głód mógł co najwyżej odchudzać grube lochy, wysysając z nich tłuszcz i dusze (super moc kurwo). Śmierć poza kosą był zwykłym przegrywem z myślami samobójczymi (XDDDD), a Wojna to po prostu plejboj, który napierdala się z każdym kto krzywo na niego spojrzy. Żaden z nich nie pozna nigdy satysfakcji jaką jest zarażenie trądem kogoś kto nadepnął ci na odcisk. To właśnie spotkało naszego byłego matematyka, ale z tego akurat nie jestem specjalnie dumny. Mogłem znaleźć bardziej subtelny sposób na podwyższenie oceny.

Mniej więcej w połowie semestru wydarzyła całkiem zabawna sytuacja. Nasza katolicka szkoła stała się celem terrorystów, którzy wzięli nas jako zakładników. To, co Śmierć i Wojna wtedy odjebali powinno być uwiecznione w kronice szkoły capslockiem i kursywą. Nawet kurwa z podkreśleniem.

Kiedy te brodate pojeby wiązały nas sznurkami i straszyli jakimiś kurwa glockami wyciętymi z tektury, Śmierć był akurat w kiblu. Wychodzi, patrzy się co tu się odpierdala i po chwili namysłu wraca do klasy, bierze kosę i jak się nie rzuci na jednego z nich XD. Wojna patrząc na to, obudził w sobie samca alfa. Broniąc swojej loszki, zerwał się i biegając po ścianach zaczął dźgać allahakbarów nożykiem do papieru, bo zostawił swój miecz w domu. W pięć minut było po wszystkim, a nam pozostało tylko nagrodzić to jebane szoł oklaskami i statusem na Fb.

Ostatnio skończył się pierwszy semestr i muszę przyznać, że bawiłem się zaskakująco dobrze. Głód śmieje się ze mnie bo mam zamiar wywalczyć świadectwo z paskiem i stypendium, ale w chuju go mam. Wszystkim nam się tu spodobało, ale czuję, że jeszcze kilka takich akcji i wypierdolą nas stąd na zbite pyski. Tymczasem Wojna, który nas w to wciągnął, wciąż nie może swojej laluni zaciągnąć do łóżka, więc przynajmniej mamy powód, żeby tu zostać. Jebać konflikt Niebo — Piekło, jebać Stwórcę i koniec świata. Życie na Ziemi to jest jednak to.

Na dywaniku

Witam, to znowu ja, Zaraza. Poprzedni wpis zaskoczył mnie niesamowicie swoją popularnością, więc chyba zacznę regularnie prowadzić tego bloga. Wierzcie mi, jest o czym opowiadać. Myślicie, że ostatnim razem opowiedziałem wszystkie najciekawsze historie? To był dopiero początek. Zaczynamy prawdziwą jazdę bez trzymanki.

Zacznę od tego, co najważniejsze — Wojna wreszcie dobrał się do swojej dupeczki, co cała nasza trójka skwitowała gromkimi brawami i paroma litrami Wyborowej. Jak mu się to udało, nie wie nikt, a on sam twierdzi, że po prostu nie mogła oprzeć się jego urokowi i gracji. Tak kurwa, gracji pierdolonego manekina z paraliżem połowy ciała. No chyba, że mówimy o jego stylu walki, wtedy okej, przyznaję, miło się ogląda jak roztrzaskuje szczęki albo łamie kręgosłupy, jednak ta cipeczka chyba niespecjalnie na to leci. Nie wiem czy o tym wspominałem, ale jest zapaloną katoliczką. Był to jeden z głównych powodów utrudniających proces przekonywania jej do bolca. Jest to o tyle zabawne, że Wojna jest diabłem wcielonym, do tego z mentalnością dwulatka. Żeby nie być gołosłownym, przedstawię wam sposób jego myślenia. Ktoś powie coś, co mu się nie podoba — buła na ryj. Ktoś delikatnie popchnie go na korytarzu — kosa pod żebra. Nie wspominam już nawet o tym, co dzieje się z frajerem, który w jakikolwiek sposób obrazi jego niunię. Kurwa, no błagam, jak baba od polaka podczas lekcji nazwała ją tępą szmatą, Wojna wypierdolił jej podbródkowym i rzucił o ścianę. Niestety cela ma niewiele lepszego od Śmierci i zamiast w ścianę, trafił w okno. Dość istotny jest też fakt, że było to trzecie piętro. Oficjalna wersja jest taka, że facetka próbowała popełnić samobójstwo po tym jak wzruszyła się jednym z wierszy czytanych na lekcji. Próbowała, bo jednak przeżyła i zapadła w śpiączkę. Parę dni po trafieniu do szpitala zmarła na kiłę. Dziwne.

To jeszcze nic. Głód prawie został wyjebany ze szkoły. Mówiąc prawie, mam na myśli mili-kurwa-metry. Byliśmy na wycieczce klasowej w Auschwitz. W sensie, na zwiedzaniu obozu. Śmieszek oglądając powieszone na ścianach fotografie wychudzonych więźniów darł mordę na cały głos „tego kojarze hehe, o tego też iks de”, ale pod koniec przeszedł samego siebie. Wspominałem już chyba, że jest chudy jak patyk, zresztą kurwa, czy naprawdę muszę to mówić o kolesiu, który nazywa się w ten sposób XD. Anyway, ostatnią z atrakcji była wystawa przedstawiająca więźniów pracujących przy jakimś generatorze czy ki chuj. Debil coś tam poszeptał ze Śmiercią i już wiedziałem, że te dwie umysłowe ameby odkurwią coś ciekawego. Nie myliłem się. Ukradkiem wzięli jednego z manekinów, zdjęli z niego ubranko, które następnie włożył na siebie Głód, wieszając swoje własne ciuchy na tym kawałku plastiku. Dopiero po powrocie do szkoły, wychowawczyni ogarnęła, że coś tu nie gra i Głód jest jeszcze bardziej cichy i plastikowy niż kiedykolwiek. Kiedy po niego wróciliśmy, naszym oczom ukazał się taki oto widok — nasz kochany brat, wciąż ubrany w więźniarskie ubranie oprowadza wycieczkę przedszkolaków, z uśmiechem na ustach opowiadając o tym, jak to kiedyś było.

— Bo widzicie, Hitler wcale nie wiedział o holokauście, to wszystko dzieło tego okrutnika, dyktatora i pedofila, Warola Koj… — urwał gwałtownie, gdy zobaczył naszą wychowawczynię szarżującą na niego z bojowym okrzykiem.

Chyba nie muszę mówić, że nie skończyło się to dla niego dobrze. Nie wyjebali go (jakimś cudem), ale za karę musiał przez trzy miesiące chodzić na dodatkowe zajęcia, mające na celu pomóc w odnalezieniu młodym ludziom Jezusa w swoim życiu czy coś równie absurdalnego. Raz nawet poszliśmy z nim, ciekawi jak to wygląda.

Na nasze nieszczęście trafiliśmy akurat na lekcję o końcu świata. Słuchaliśmy tych bredni przez dobre dwie godziny, później nastąpił moment na zadawanie pytań i dyskusję. Musieliśmy związać i zakneblować Śmierć, który rzucał się jak piskorz, przeklinając ignorancję katechetki. Najbardziej dotkliwe było to, że nie wspomniała o nas ani jednym słowem. Like, hej, skoro już się tak wczytujemy w Biblię, to nie pomijajmy tak istotnych postaci jak Czterej Jeźdźcy, halo halo. Gdy tylko baba oddała nam głos, natychmiast zaczęliśmy dopytywać o szczegóły.

— A co z Jeźdźcami psze pani?

— To tylko symbolika, bolączki, trawiące nas obawy i strach, zobrazowane poprze cztery postacie. No powiedzcie, czy widzieliście kiedyś Wojnę?

— W sumie to t…

— …Głód?

— No, siedzi obok…

— Albo Zarazę?

Wtedy jej zajebałem. SAMA JESTEŚ KURWA BOLĄCZKĄ I OBAWĄ TRAWIĄCĄ LUDZKOŚĆ.

Następnego dnia do szkoły wpłynął pozew, oskarżający katechetkę o nieznajomość Biblii, ze szczególnym uwzględnieniem Apokalipsy św. Jana. Nie wiem co mnie bardziej rozbawiło, fakt, że został rozpatrzony pozytywnie, czy jej mina, kiedy się o tym dowiedziała.

Pominąłem ostatnio dość istotne fakty, które są ważne dla zrozumienia zasad na jakich egzystujemy na Ziemi. No bo hej, nazywamy się Jeźdźcami, czyli w teorii na czymś jeździmy. Według Biblii były to konie, ale niestety zostały one w Czwartym wymiarze, więc musieliśmy się zadowolić czymś mniej tradycyjnym. Śmierć na przykład wybrał sobie czarnego (jakżeby inaczej) harleya, obklejonego naklejkami z czaszkami i hello kitty. Wojna i Głód stwierdzili, że pośmieszkują sobie trochę i pozwolą wybrać swój środek transportu temu drugiemu. Jak się nietrudno domyślić obaj dostali po multipli XD. Ja, jako, że i tak dom opuszczałem raczej rzadko, postawiłem na oszczędność i skołowałem sobie rower górski. Dzięki temu, każdy z nas mógł oficjalnie poczuć się Jeźdźcem XXI wieku.

Jedna z najlepszych akcji miała miejsce, gdy po wystawieniu ocen z zachowania okazało się, że cała nasza czwórka ma naganne. W ten sposób pod groźbą wyjebania ze szkoły, kazano nam przyprowadzić na wywiadówkę przynajmniej jednego rodzica. Zesraliśmy się trochę, ale postanowiliśmy zaryzykować.

— Słucham?

— Chciałem porozmawiać ze świętym Janem.

— Jest zajęty, co mu przekazać?

— ŻE MA KURWA W TYM MOMENCIE PODEJŚĆ DO JEBANEGO TELEFONU.

— Proszę zaczekać… BZZT. Szczęść Boże, z tej strony święty Jan czym mogę…

— Potrzebujemy pomocy.

— Hmm Zaraza, miło Cię słyszeć, czy zdecydowałeś się jednak stanąć po stronie Nieba i wesprzeć anielską armię w walce z siłami mroku?

— Pojebało? Słuchaj, musisz wbić na wywiadówkę, albo wypierdolą nas ze szkoły.

— Rozumiem, ale nie sądzę, żeby Stwórcy się to spodobało, wciąż jest zdenerwowany tym co zrobił Wojna, sam rozumiesz…

— W chuju to mam, czwartek, dziewiętnasta, adres załączyłem w modlitwie.

— Przecież wiesz, że Bóg automatycznie ustawił przekierowanie wszystkich modlitw do spamu, wieki mi zajmie zanim się do niego dokopię.

— Użyj wyszukiwarki. Elo — pożegnałem się kulturalnie i odetchnąłem z ulgą.

Sprawy się skomplikowały, gdy dyrektor zażądał obecności obojga rodziców.

— To znowu ja, Zaraza.

— O co chodzi, mam już twoją modlitwę, szykuję nawet garniak, mówię ci wszyscy będą wam zazdrościć jak zobaczą waszego starego w takim stroju, zamawiałem go aż z…

— Jebie mnie to. Potrzebujemy matki.

— Słucham?

— Ma przyjść oboje rodziców.

— Mamy problem.

— No shit Sherlock.

— W Niebie nie ma żadnych kandydatek, w dzisiejszych czasach wszystkie loszki się puszczają i dają dupy na prawo i lewo. Mamy całkiem sporo heteroseksualnych drwali, ale jeśli chodzi o płeć żeńską to od dwudziestego wieku cierpimy na deficyt, a ja z żadną grzeszną duszą pokazywać się nie zamierzam.

— A Maryja?

— Zajęta jest. W czwartek ukazuje się na spieczonym toście.

— Kurwa. A może Jezus?

— Słucham?

— No przecież ma te hipisowskie loczki, jak zgoli brodę i nawali tapety nikt nie ogarnie.

— Mam zapytać Jezusa czy wbije na waszą wywiadówkę udając waszą matkę?

— Tak.

Chyba nie muszę mówić jak wielką tragedią się to wszystko skończyło. Jezus, owszem, zgodził się przyjść, ale pod warunkiem, że nikomu o tym nie powiemy. Bo jak sam powiedział, gdyby jego ojciec się dowiedział, to miałby solidnie przesrane.

W końcu Mesjaszowi nie wypada tapetować sobie mordy i przebierać w zbyt małe, damskie ciuchy, które Wojna podjebał swojej dziewczynie.

— Państwo Święci? — dyrektor spojrzał na naszych „rodziców” z miną gościa, który jest w rozterce między samobójstwem przez powieszenie się na suchej gałęzi, a poderżnięciem żył.

— Tak to my — potwierdził Jan, poprawiając krawat.

— Zapraszam do gabinetu. Wy zostajecie — wskazał na nas — z wami pogadam sobie później.

Chcąc nie chcąc siedliśmy na kanapie w sekretariacie i pod czujnym okiem sekretarki czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Nie czekaliśmy długo. Najpierw rozległ się krzyk dyrektora, który przeszedł w przerażający ryk. Rzuciliśmy się do drzwi, ale sekretarka zagrodziła nam drogę.

— Nie tak prędko Jeźdźcy — uśmiechnęła się złowieszczo i zamieniła w wielką harpię.

Śmierć błyskawicznie zareagował, rzucając się na nią z kosą, ale cholera była zbyt szybka, i zręcznie uniknęła ciosu, przez co biedak zapierdolił z całej siły w rurę biegnącą po ścianie. Całe pomieszczenie wypełniło się parą, ograniczając widoczność do minimum. Wraz z Głodem i Wojną zaczęliśmy machać pięściami na oślep, próbując dorwać to latające kurestwo, ale bezskutecznie. Śmierć tymczasem wyrwał swoją ukochaną kosę i pierdolnął nią na oślep po raz kolejny. Tym razem z nieco lepszym skutkiem, bo trafił w drzwi, które pod wpływem ciosu roztrzaskały się w drzazgi. Widok, który ukazał się naszym oczom był jednym z najdziwniejszych jakie mieliśmy okazję podziwiać podczas naszego długiego jakby nie patrzeć życia.

Dyrektor zmienił się nie do poznania. Z czoła wyrosły mu rogi, skóra poczerwieniała, z pleców zwisał długi, kolczasty ogon. Jezus również porzucił swoje przebranie i dumnie prężył się przed nim ze swoją gołą, mesjańską klatą. Święty Jan stał z tyłu poklaskując ochoczo, wyraźnie podniecony całą sytuacją.

— Bóg ssie — stwierdził Szatan.

— Powiedz to jeszcze raz — Jezus otarł ręką szminkę z ust.

— Bóg ss… — nim Władca Piekieł zdołał dokończyć, Syn Boży rozpoczął pojedynek od ciosu w szczękę. Był on na tyle mocny, że ogłuszył oponenta i pozwolił na wyprowadzenie kolejnego, tym razem mocniejszego uderzenia w diabelskie genitalia.

— O ty Jezusie Chrystusie jeden — obruszył się Szatan. Skontrował kolejny cios, po czym solidnym kopnięciem w żołądek ostudził zapał przeciwnika.

Walka robiła się coraz bardziej intensywna, jednak do pokoju wciąż wdzierała się para i coraz trudniej było dostrzec kto komu kopie dupsko. Na domiar złego do środka wpadła harpia-sekretarka i pojedynek trzeba było na chwilę przerwać. Na szczęście świętemu Janowi udało się ją trafić stojącą na regale Biblią, przez co spadła prosto na nadstawioną przez Śmierć kosę i umożliwiła kontynuację starcia.

Szczerze powiedziawszy, druga runda była dość nudna, obaj zawodnicy wyraźnie stracili zapał i walka opierała się już prawie wyłącznie na blokach i nieśmiałych próbach ataku. Jednak szala stopniowo przechylała się na korzyść Szatana. Spojrzeliśmy na siebie z chłopakami i zdecydowaliśmy się, że jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie wesprzeć naszą niedoszłą matkę, albo źle to się dla niej skończy.

Wojna i Głód rzucili się na Władcę Ciemności z dwóch stron, ale skubaniec zachował wystarczająco siły, by jednym uderzeniem powalić obu na ziemię. Święty Jan oburzony zaczął wrzeszczeć, że to nieuczciwe i żebyśmy nie przeszkadzali zawodnikom, albo da nam szlaban. Jezus tymczasem upadł na podłogę i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar z niej wstać.

— Kojarzysz Marcina Lutra Lucyferze? — spytał nagle.

Zdziwiony oponent pokiwał powoli głową.

— Nie lubiłem gnoja, jakieś sracje reformacje i inne gówna, ale powiedział kiedyś pewne interesujące zdanie, które chciałbym teraz przytoczyć. Pozwolisz?

Szatan kolejny raz pokiwał głową, podnosząc łapę w górę, gotowy zadać ostateczny cios.

— Pestis Eram Vivus…

Chwyciłem czerwonoskóre monstrum za nadgarstek, ściskając go z całej siły.

— ...Moriens Tua Mors Ero!

Śmierć miał ułatwione zadanie. Zarażony przeze mnie autyzmem Szatan nie był już zagrożeniem i nawet się nie odsunął, gdy ukochane narzędzie mordu mojego brata oderżnęło mu łeb.

— To było badassowe — stwierdziłem podniecony.

— Łacińskie sentencje zawsze są badassowe — uśmiechnął się szelmowsko Jezus i poprawił ray bany na nosie.

Tylko Jan nie podzielał naszego entuzjazmu.

— To było jawne oszustwo, przerwaliście uczciwy pojedynek, poczekajcie aż Stwórca się o tym dowie!

— Nie dowie się — stwierdził Jezus. — Przecież obiecałeś mu nic nie mówić.

Jan coś mruknął pod nosem, ale bezsilny wobec autorytetu Syna Bożego, zrezygnowany opadł na dyrektorski fotel i zapalił jointa wyciągniętego z górnej szuflady biurka.

Spojrzeliśmy na siebie z braćmi, którzy powoli dochodzili do siebie i wymieniliśmy uśmiechy. Jakby nie patrzeć, wszystko się udało — naganne nie groziło już żadnemu z nas, Szatan wrócił do piekła, a my wciąż mogliśmy cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością. Czuję, że to jeszcze nie koniec szaleństw, które czekają na nas na Ziemi. Musimy jednak chyba odpocząć trochę od liceum, bo ktoś może powiązać nasze pojawienie się w szkole z tajemniczym zniknięciem dyrektora, a tego wolelibyśmy uniknąć. Planujemy jakieś wakacje, ale wciąż nie wiemydecyzji gdzie się wybierzemy. Może macie jakieś propozycje? Dajcie znać, ja tymczasem wracam do chłopaków, muszę nadrobić kilka kolejek, które mnie ominęły.

Do następnego.

Wakacje

Guess who’s fucking back. Oczywiście to po raz kolejny, ja Zaraza. Wiem, że tęskniliście, nie odzywałem się dość długo, a to dlatego, że pojechaliśmy z braćmi na małe wakacje o których wspominałem w ostatnim poście. No, może nie takie małe, bo kawałek świata jednak zwiedziliśmy, ale powoli, wypada zacząć od początku.

Na początku to był ogólnie chaos i nic poza tym, ale przenieśmy się szybko kilkadziesiąt tysięcy albo milionów (zależy kogo pytasz) lat do przodu. Mamy czerwiec i mniej więcej wtedy zaczynam wam opisywać nasze przygody w szkole im… KURWA NAWET NIE PAMIĘTAM CZYJEGO IMIENIA BYŁO TO LICEUM, mniejsza o to. Niestety nie byliśmy na zakończeniu roku i nie wiemy jak szkoła zareagowała na zniknięcie dyrektora, a szkoda bo byłem ciekawy do jakich wniosków dojdą, kiedy dodadzą do równania zaginioną sekretarkę. No nic.

W każdym razie mieliśmy z braćmi niemałą rozterkę odnośnie miejsca w które się wybierzemy. Wypadałoby w końcu wypocząć po tym ciężkim roku szkolnym, nie?

Po długich kłótniach i bijatykach, podczas których Śmierć stracił trzy zęby, a Głód lewe jądro, doszliśmy do porozumienia i rozpisaliśmy sobie wszystkie propozycje i zdecydowaliśmy, że wybierzemy się we wszystkie zaproponowane miejsca. Pozostawało tylko ustalić kolejność, a to dało nam kolejny powód do awantur i kłótni, przez które tym razem to ja zostałem najbardziej poszkodowany. Z nowopowstałą blizną na policzku kazałem im zamknąć mordy, grożąc zarażeniem całej trójki rakiem mózgu. Nawet nie wiem czy potrafiłbym to zrobić, jednak te ameby umysłowe również tego nie wiedziały i w ten oto sposób, opracowanie planu naszej podróży spoczęło na moich barkach.

Pierwszy na liście był Czarnobyl. Dałem go na pierwszego bo w sumie najbliżej i tak naprawdę najtaniej. Byłoby trochę słabo jakbyśmy przejebali cały hajs na pierwszym wyjeździe, nie?

Pakowanie nie zajęło nam zbyt dużo czasu, ot dwie ołowiane skrzynki z naszymi ciuchami i dwie siaty żarcia z Biedry na drogę. Oczywiście Głód wziął własny prowiant, który składał się z kilkunastu skrzyń burgerów i kebabów, które pozamawiał sobie bezpośrednio do miast i wsi, które mieliśmy mijać po drodze. Dzięki temu co kilkadziesiąt kilometrów odbierał po jednej takiej paczuszce i był wręcz przeszczęśliwy. Spryciula.

Droga minęła nam w raczej miłej atmosferze, głównie przez to, że Śmierć uparł się jechać na swoim harleyu, którym wpierdolił się w drzewo w połowie trasy. Dzięki temu nie musieliśmy słuchać jego pierdolenia. Musiał potem dzwonić do Nieba, podszywając się pod świętego Jana, żeby dali mu pozwolenie na nawiązanie kontaktu z pogańskimi Bogami i wynajął Hermesa, żeby go do nas dostarczył. Zabulił za to tyle hajsu, że zostały mu może dwie dychy w portfelu. Jebać Śmierć, wróćmy do Czarnobyla.

Zajechaliśmy tam pod wieczór, minęliśmy parę bramek kontrolnych. O dziwo nikt nie robił problemów, ale wszyscy przestrzegali nas, żebyśmy zawrócili i spierdalali stąd póki jeszcze możemy. Oczywiście wyśmialiśmy ich bo nie po to zapierdalamy taki kawał drogi, dusząc się z gorąca w pierdolonej multipli, żeby teraz poddać się jak ostatnie pizdy. Byliśmy zbyt ciekawi jak to wszystko wygląda i czy spotkamy jakieś zmutowane zwierzaczki albo zombie.

Samo miasto sprawiało przygnębiające wrażenie. Opustoszałe osiedla, pełne szarych blokowisk na których nie widać było żywej duszy.

— Gdzie są kurwa zombie? — wydarł się zawiedziony Wojna. — Na planie pisało, że będą zombie.

— Kurwa zjebie to ulotka „Reaktora Strachu” XDDD. — Myślałem, że padnę ze śmiechu.

— Cooo?

— Tego chujowego horro… O KURWA PATRZ, ZOMBIE! — prawie zesrałem się z podniecenia, kiedy po drugiej stronie ulicy dostrzegliśmy ludzką sylwetkę.

— I co kurwa? Mówiłem, że będą! — uradował się Wojna i ruszył na monstrum ze swoim mieczem, który zajmował nam pół jebanego bagażnika.

Zombiak jeszcze nas nie zauważył, za to my mieliśmy doskonały widok na niego i mogliśmy podziwiać jego ohydne cielsko w pełnej okazałości. Był cały zielony, miał brodę do kolan i poruszał się w typowo nieumarłym stylu, obijając się o wszystko po drodze i regularnie przewracając co kilka kroków. W dłoni ściskał coś co wyglądało na kawałek szkła.

Wojna, jak to on — nie pierdolił się w tańcu i jednym płynnym cięciem przepołowił skurwiela w pionie.

— Nie powinniśmy przypadkiem zaczekać na Śmierć? — zasugerował Głód.

— Eeee tam, co się będziemy nudzić, poszukajmy ich więcej! — radośnie wrzasnął Wojna i ruszył na poszukiwanie kolejnych nieumarłych truposzy.

Ja, jako, że już trochę zgłodniałem poprosiłem Głód o jakieś żarcie i razem siedliśmy na jakimś murku, nasłuchując triumfalnych okrzyków Wojny, który najwyraźniej znalazł sobie kolejne chodzące manekiny treningowe. Wtedy to pojawił się Śmierć.

— Kurwa co was, pojebało? Mieliśmy do Czarnobyla jechać — wrzasnął na powitanie odliczając hajs dla Hermesa.

Spojrzeliśmy na siebie z Głodem i skierowaliśmy wzrok na Wojnę, który patroszył kolejne zombiaki po drugiej stronie ulicy.

— Czekaaaj… Czyli, że gdzie jesteśmy teraz? — spytałem niepewnie.

W ten oto sposób zakończyła się nasza przygoda w Sosnowcu, który obrzydził nam całkowicie polowanie na zombiaki. Tylko Wojna był szczęśliwy, bo wreszcie miał okazję poszlachtować mieczem coś innego niż tablice korkowe i wypchane kukły.

Zgodnie stwierdziliśmy, że jebać Czarnobyl, lecimy do następnego punktu naszej wycieczki, którym miał być Meksyk. Wtedy zaczęły się problemy. Przede wszystkim zaczęliśmy się zastanawiać czy nasza multipla poradzi sobie z pokonaniem Atlantyku, a po drugie, według naszych wyliczeń, hajs jaki poszedłby na paliwo w jedną stronę równał się wszystkim naszym oszczędnościom.

— Kurwa, panowie to się chyba nie uda — stwierdził błyskotliwie Wojna. — Co robimy?

— Pomyślmy kto mógłby nas przeprawić do Ameryki za mniejszą cenę…

— O nie nie — oburzył się Śmierć. — Pierdolę Hermesa i jego „super szybkie usługi transportowe”. Jebaniec potrącił mi podwójną stawkę tylko dlatego, że po drodze musiałem się odlać.

— Chodziło mi o jakiś stricte morski transport. Ktoś się tym jeszcze zajmuje?

— Posejdon przestał się w to bawić parę wieków temu. Przestało mu się to opłacać i zajął się syrenimi burdelami — odparłem zaspany.

— Syrenie burdele? — zainteresował się Głód. — To brzmi naprawdę fajnie.

— Możemy w którymś się po drodze zatrzymać, miałem gdzieś tu mapę z zaznaczonymi najtańszymi miejscówkami…

— A Lewiatan? — spytał nagle Śmierć.

— Wait, chcesz wyruchać potwora morskiego? — przeraził się Wojna.

— Ja pierdolę. Gość zajmował się kiedyś podwodnym transportem. Może on mógłby nas, wiecie, zabrać.

— Hm. Nawet niegłupie. Ale jak chcesz się z nim skontaktować?

— Chuj wie. Biblia nic o tym nie mówi?

— Nie mam pojęcia, nie czytałem. Ale skoro mówimy o morskich stworach, może od razu wynajmiemy sobie Cthulhu? Z nim akurat nie powinno być problemu, wystarczy jebnąć parę wersetów z Necronomiconu i zaraz cholera wylezie.

— Wiecie co, pierdolę to, pojedźmy najpierw do Watykanu, jest bliżej. Potem pomyślimy — zaproponował Głód.

Przystaliśmy na to bo byliśmy zbyt zmęczeni na dalsze kłótnie.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, dochodziło południe. Mieliśmy małe obawy, bo cały czas mieliśmy na pieńku z Niebem, więc papież mógł mieć do naszej czwórki, cóż… lekkie uprzedzenia. Nie zraziliśmy się jednak i poszliśmy na audiencję, która odbywała się następnego dnia.

Tak się złożyło, że papież rozdawał autografy, więc grzecznie ustawiliśmy się w kolejce czekając na swoją kolej. Po ośmiu godzinach wreszcie stanęliśmy przed głową kościoła katolickiego. Przywitaliśmy się grzecznie i podaliśmy mu egzemplarz Main Kampfu oprawiony w ludzką skórę, który wzięliśmy do podpisania.

— Dedykacja będzie dla…?

— Wojny, Śmierci, Głodu i Zarazy — odparłem z uśmiechem.

— Chwila moment… — papież zmarszczył czoło — to na was Bóg jest taki wkurwiony ostatnio?

— Ostatnio? Pff, próbuje nam dojebać już od paru dobrych wieków — odpowiedział radośnie Śmierć.

— Nie, nie, parę dni temu wystawił nowy list gończy. Podwoił liczbę dusz — spojrzeliśmy na siebie z braćmi. To znaczyło…

— Spokojnie, nie zamierzam was wydać — roześmiał się papież, błędnie interpretując nasze przerażone miny. — W zamian musicie mi pomóc. Miałem zamiar dzisiaj dokonać jakiegoś fikuśnego cudu, tak wiecie, żeby się popisać przed ludźmi, ale jest jeden problem. Jezusa gdzieś wcięło. Nie wiecie może…

— Halo? — rozległ się nagle znajomy hipisowski głos. Odwróciliśmy się. Wojna stał z telefonem w łapie i wyciągnął go w naszą stronę.

— Dałem go na głośnik.

— Jezus? To ty? — wydarł się papież. — Gdzie ty do chuja jesteś, umawialiśmy się…

— Kurwa, papaj, szlaban od ojca dostałem.

— Za co niby?

— Dowiedział się, że poszedłem na wywiadówkę Jeźdźców przebrany za ich matkę.

— Papież wcisnął czerwoną słuchawkę.

— Kurwa i co teraz? Już zapowiedziałem, że pokażę im jakiś cud, ja pierdolę, ja pierdolę, ja pie…

— Chwila chwila — Głód włączył się do rozmowy. — Pamiętacie jak przedstawia nas Biblia? Święty Jan pisał o Wojnie, Śmierci, Głodzie, ale czwarty jeździec — spojrzał wymownie na mnie — był przedstawiany w kilku wersjach. Wiecie już o co mi chodzi?

— Nie — odparliśmy zgodnie.

— Echhh, kurwa, papaj, ty też?

— Oj odpierdol się, nie czytałem — oburzyła się głowa kościoła katolickiego. Głód przewrócił oczami.

— Nasz kochany Zaraza był przedstawiany między innymi jako sam Mesjasz, pomagający nam rozpierdolić świat, gdy nadejdzie jego koniec. Już jarzycie? Możemy go wykorzystać zamiast Jezusa, nikt się nie skapnie, bo to w końcu zgodne z Biblią.

— Eeeej ja tu jestem — obruszyłem się. — Czyli nie mam nic do powiedzenia? Nie mam ochoty udawać żadnego Mesjasza, z moją mordą wezmą mnie co najwyżej za ofiarę wszystkich plag egipskich.

— Masz rację — pokiwał głową papież — nie masz tu nic do powiedzenia.

Chuje wystroili mnie w jakąś dziwną jedwabną sukienkę, w której wyglądałem jakbym dzień wcześniej zmienił płeć i dali mi w łapę jakąś laskę, która podobno była jakąś relikwią czy coś tam. Potem wypchnęli mnie na balkon i tak oto stanąłem w ramię w ramię z papajem.

Spojrzałem w dół i po pierwsze zesrałem się ze strachu, tak wysoko było, a po drugie przytłoczyła mnie liczba ludzi, którzy przyszli oglądać „Mesjasza swoich czasów”. Musiałem dobrze wypaść.

Papież zaczął pierdolić coś o tym jakim to zajebisty jest, że za jego kadencji Bóg po raz kolejny podesłał nam swojego syna. Ja wyłączyłem się totalnie i zacząłem rozmyślać o swoim Dark Soulsowym sejwie i o tym, że za wcześnie poleciałem do Anor Londo i teraz Ornstein i Smough mnie wyruchają w dupę bo na hita schodzę. Już opracowywałem w głowie możliwe rozwiązania, kiedy zorientowałem się, że coś jest nie tak. Odwróciłem się i moim oczom ukazał się przerażający widok.

W drzwiach balkonowych stał Wojna. W ręce trzymał swój iskrzący miecz.

— Wojna? Co ty tu… — w tym momencie wykazałem się nadzwyczajnym refleksem, unikając gwałtownego cięcia.

— Co ty odpierdalasz?! Woj…

Wtedy zrozumiałem. Za plecami mojego brata dostrzegłem papieża rechoczącego z zachwytu. Maska spadła mu z twarzy i mogłem podziwiać jego zbrodnicze oblicze, którego już nawet nie próbował ukryć.

— Kojtyła… Pożałujesz tej zdrady…

Zrozumiałem, że Wojna musiał zostać przez niego w jakiś sposób opętany, nic innego nie przychodziło mi do głowy. Zdradziecki amator kremówek zaczął poganiać mojego brata, żeby szybko ze mną skończył bo śpieszy się na kolejną audiencję. Uniknąłem zgrabnie kolejnego ciosu, zasłaniając się laską, która okazała się być zaskakująco wytrzymała i odepchnąłem przeciwnika na względnie bezpieczną odległość. Potrzebowałem chwili na przeanalizowanie jakichkolwiek możliwości ucieczki, albo zneutralizowania Wojny, bez zabijania go. Zresztą, kogo ja oszukuję, przecież on jest takim przechujem, że mógłbym mu co najwyżej siniaka nabić. Potrafiłem walczyć, ale on był prawdziwym mistrzem, z którym nie miałem absolutnie żadnych szans. Pozostała mi ucieczka. Jego umięśnione cielsko blokowało całkowicie drzwi, a za mną była tylko wielka przepaść. Kurwa kurwa kurwa.

Oparłem się plecami o barierkę i spojrzałem w dół. Dostrzegłem w dole Śmierć i Głód walczących z zastępami aniołów. Najwyraźniej radzili sobie niewiele lepiej ode mnie. Kolejny cios Wojny drasnął mój policzek, pozostawiając na nim kolejną, bolesną ranę. Nie miałem szans. Jedyne co mogłem zrobić to skakać. Nawet ja nie byłem w stanie przeżyć czegoś takiego.

Wspiąłem się na barierkę i po raz ostatni spojrzałem na złowieszczy uśmiech Warola, który już świętował zwycięstwo wciskając sobie do mordy kilka kremówek na raz.

— Jeszcze tego pożałujesz! — rzuciłem w powietrze i unikając kolejnego cięcia Wojny, skoczyłem w dół.

Było mi głupio, że wraz z braćmi daliśmy się wyruchać w tak głupi sposób i wstyd był chyba jedynym co czułem spadając. Wtedy poczułem jak coś mnie łapie za nogę i unosi do góry.

— Co do… — wkurwiłem się, bo nie lubię takich filmowych zwrotów akcji. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że moim wybawicielem jest nikt inny, tylko Hermes.

— Co ty tu robisz? — wydyszałem dyndając głową do dołu.

— Przyleciałem do Śmierci. Chuj zapłacił mi hajsem z monopoly — odparł. — Zobaczyłem twój piękny lot i pomyślałem, że przyda ci się pomoc. Gdzie twój brat?

— Gdzieś tam — wskazałem na dół, gdzie panował istny chaos. Wszystko płonęło i wybuchało, ale dwie walczące sylwetki wciąż były wyraźnie widoczne.

— Pierdolę to, przylecę kiedy indziej — stwierdził przerażony Hermes.

— Pojebało Cię?! Wracaj tam natychmiast!

— Jeśli chcesz, mogę Cię tam zrzucić, ale nie mam zamiaru angażować się w wasz konflikt z Niebem. I tak mam u nich przejebane. Ale z góry mówię — nie masz szans, zginiesz jak tylko postawię Cię na ziemi. Wyglądasz jak siedem nieszczęść, co to w ogóle za sukienka? Zostałeś homo? — zaśmiał się ponuro. — Nieważne, ale chłopie, mówię serio — twoi bracia poradzą sobie bez ciebie.

— Zawracaj.

— Jak sobie chcesz. — Postawił mnie na placu świętego Piotra, w jednym z niewielu miejsc, gdzie panował względny spokój.

— Należy się dwa tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć złotych — oznajmił radośnie.

— Pierdol się. Mam ważniejsze rzeczy do roboty — to mówiąc podniosłem do góry laskę, która oficjalnie stała się moją aktualną bronią. — Idę ratować swoich braci.

To już historia na kolejnego posta. Póki co, miłych wakacji. Życzę wam, żebyście bawili się lepiej od nas. A jeśli przypadkiem wpadniecie na Kojtyłę… Wiecie co robić…

Starcie z kremówkarzem

Witam ponownie. Zaraza przy klawiaturze z kolejną historią do przekazania. Well, w zasadzie to po prostu dokończę swoją poprzednią opowieść, musicie mi wybaczyć to gwałtowne zakończenie poprzedniego posta, ale jakiś anioł właśnie wleciał nam przez okno i musiałem szybko pomóc braciom ogarnąć tego niebiańskiego skurwiela. Dobra, bez spoilerów, zaparzcie sobie herbatki, polejcie wódki czy czego tam sobie chcecie i pozwólcie, że opowiem wam o naszej nieco nudnej batalii na placu świętego Piotra.

Skończyłem na tym, że zdecydowałem się pomóc braciom, na złamanie karku gnając przez plac, o ile dobrze pamiętam. Ach takie dramatyczne ujęcie, wyobrażacie to sobie? Ja, wciąż ubrany w tą dziwaczną sukienkę, ociekający krwią i ściskający w łapie tą laskę podarowaną mi przez papieża, która o dziwo okazała się całkiem wytrzymała, a przy tym dość skuteczna w walce, wokół mnie wszystko płonie i wybucha, wszędzie dym i smród palonych piór… Mówię wam, materiał na dobry plakat, albo nawet krótki teaser.

Anyway, tak szczerze nie miałem bladego pojęcia co robię, więc wkraczając pomiędzy walczących zaczynałem powoli żałować swojej heroicznej decyzji. Może Hermes miał rację? Może bracia poradzą sobie beze mnie, a ja dam się teraz zabić jak ostatni przegryw? Ostatni raz widziałem Głód i Śmierć kiedy walczyli gdzieś pod papieżowym balkonikiem. Wojna wciąż był pewnie na górze, opętany przez tego zdrajcę. Miałem szczerą nadzieję, że damy radę przywrócić mu rozum. Na razie musieliśmy się przede wszystkim zająć przeżyciem anielskiego ataku.

Widzicie, z aniołami i demonami jest tak, że jedni i drudzy mają swoje portale, którymi wychodzą na Ziemię. Nie jest tak, że pyk i pojawiają się w dowolnym miejscu na świecie. Wchodzą sobie do takiej kosmicznej próżni, czekają na zatwierdzenie przez Stwórcę i są wysyłani w miejsce, gdzie są potrzebni. Proste.

Wszystko wskazywało na to, że Bóg zdecydował się wysłać na nas całe swoje legiony, bo z każdą chwilą na placu robił się coraz większy tłok. Zacząłem wypatrywać portali z których te skrzydlate gówna wychodzą, bo zniszczenie ich byłoby najlepszym sposobem na powstrzymanie ich napływu.

Wtedy dostrzegłem Głód, który wymachując swoim biczem, odpędzał od siebie chmary aniołów. Jeden z nich podstępnie zanurkował, próbując podciąć nogi mojemu bratu, ale ja byłem szybszy i jednym szybkim ciosem rozjebałem mu czaszkę, fundując sobie kąpiel w błękitnej krwi.

— O, Zaraza, siema — przywitał mnie Głód, nie przestając wymachiwać swoim biczem. — Gdzie Wojna?

— Wciąż na górze — odparłem, rozdając kopniaki na wszystkie strony. — Kojtyła opętał go w jakiś sposób, ledwo uszedłem z życiem.

— Taa, widzieliśmy twój piękny lot — wydyszał biorąc zamach.

— Gdzie Śmierć?

— Rozwala właśnie jeden z portali, ja próbuję się przebić do drugiego.

— Co ich tu tak kurwa dużo? — sapnąłem łamiąc kilka żeber pobliskiemu aniołowi.

— Chyba Bóg naprawdę się na nas wkurwił… Patrz, jest i portal. — Ruszył do przodu i z całej siły uderzył pięścią w run wymalowany na ziemi. Wokół nas zawirował przez chwilę niebieski dym, sygnalizujący wygaśnięcie portalu.

— Sztos — pochwaliłem brata i spojrzałem na drugi koniec placu, gdzie Śmierć wymachiwał swoją ukochaną kosą, próbując ściągnąć z siebie kilka aniołów, które siedziały mu na plecach i usiłowały poderżnąć mu gardło swoimi pazurami. Nie miały jednak szans i nasz mały król autyzmu poradził sobie z nimi bez mrugnięcia okiem. Zrzucił je z siebie jak gdyby odpędzał się od kilku natrętnych much, a następnie skrupulatnie dobił je na ziemi. Podniósł głowę do góry i radośnie pomachał na nasz widok.

— O, Zaraza, jednak żyjesz. Kurwa, no i przegrałem trzy dyszki — zmartwił się.

— Pies Cię jebał. — Przybliżyłem się nieco, roztrzaskując po drodze kilka czaszek.

— Rozjebałem drugi portal.

— Były tylko dwa?

— Na to wychodzi, uważaj. — Machnął swoją kosą i pozbawił anioła obok mnie połowy ciała.

— Musimy wyciągnąć Wojnę, on…

Dalsze wyjaśnienia nie były potrzebne bo nasz brat właśnie pojawił się na placu boju ściskając w łapie swój wielki mieczor. Jego oczy świeciły na czerwono, a musicie wiedzieć, że to nie jest ich naturalny kolor. Anielskie zastępy zaczęły się powoli przerzedzać i wszystko wskazywało na to, że wygraliśmy tę batalię. Teraz pozostawało tylko ogarnąć Wojnę i mogliśmy wreszcie uciekać. Ale nasz braciszek nawet w minimalnym stopniu nie wyglądał na chętnego do bycia ogarniętym i rzucił się na nas drąc mordę w jakimś dziwnym języku. Na szczęście Głód kontrolował sytuację i jednym machnięciem bicza sprowadził go do parteru.

— Co on powiedział? — spytał.

— Nie wiem kurwa, co nas to obchodzi?

— Może będziemy się w stanie dowiedzieć co go spotkało, jeśli ustalimy pochodzenie tej klątwy, czy cokolwiek zmusza go do atakowania nas. — Wojna mruknął coś pod nosem podnosząc się z ziemi.

— Brzmi jak mowa przedwiecznych. — stwierdził Śmierć.

— Gówno tam, to chyba hebrajski — poprawiłem go. — Czyli co, jakaś biblijna klątwa? — Głód zaczął nerwowo klepać w swój telefon.

— Przytrzymajcie go. Zadzwonię do eksperta.

Spojrzeliśmy na siebie ze Śmiercią i przygotowaliśmy się na przyjęcie ataków Wojny.

— Halo? Noe? Co? Nie nie, żadna… Kurwa, rozłączył się. Do nikogo innego ze Starego Testamentu nie mam numeru.

— A Mojżesz? — wydyszał Śmierć, blokując cios.

— A, bez kitu. Halo? Słuchaj miałbyś może chwilę? Mamy tu przypadek opętania i pomyśleliśmy… W Watykanie. O chuj, serio? Dobra, czekamy — odwrócił się do nas.

— Będzie tu za dwie minu… — Wojna chybił jego głowę o kilka centymetrów.

— KURWA MAĆ WYPIERDALAJ MI Z TYM. — wydarł mordę i sprzedał agresorowi siarczystego plaskacza. — JA PIERDOLĘ NAWET POGADAĆ NIE MOŻNA W SPOKOJU.

Wojna był tak zdziwiony tym niespodziewanym ciosem, że zamarł i zmierzył Głód spojrzeniem pełnym czegoś, czego w jego oczach nie było nigdy wcześniej — strachu.

Nim zaczęliśmy ze Śmiercią klaskać, nad nami pojawił się biały obłoczek, który powoli opadł na Ziemię.

— Witam, udało mi się być jednak trochę wcześniej — przywitał się Mojżesz. — Gdzie jest nasz pacjent? — spojrzał na Wojnę, który właśnie zamachiwał się mieczem.

— Ach, więc to on — mruknął stawiając krok do tyłu. — Wygląda mi to na zwyczaje opętanie przez szatana opisane w ksiedze…

— Z całym szacunkiem Panie Mojżeszu — odezwałem się — ale mamy to w dupie. Jak to odkręcić?

— Cóż, to bardzo proste, musicie zmusić tego, kto to zrobił, by zakreślił znak krzyża na jego czole. To powinno zadziałać. — Wymieniliśmy spojrzenia.

— Szlag, Kojtyła na pewno już dawno spierdolił.

— Wait — mruknął Śmierć — czy to przypadkiem nie on?

Odwróciliśmy się. Podstępny kremówkarz próbował przekraść się za naszymi plecami, by dostać się do wyjścia z placu. Na nasz widok zaczął uciekać, lecz zaraz przystanął i zaczął rysować coś na ziemi wyciągniętą z kieszeni kredą.

— Tworzy portal, szybko! — wrzasnął Głód.

W swojej gustownej sukience nie mogłem nawet biegać, więc heroicznie zająłem się przypilnowaniem Wojny, który w szale machał mieczem na wszystkie strony, podczas gdy bracia pobiegli zatrzymać papieża.

No to co, ja się będę zbierał — uśmiechnął się Mojżesz podziwiając moje mistrzowskie uniki. — Mam nadzieję, że pomogłem — nie czekając na odpowiedź wsiadł na swoją białą chmurkę i odleciał.

Śmierć i Głód tymczasem dobiegli już do papieża, który był tak przerażony, że ledwo mógł utrzymać w ręce kredę. Nim jednak bracia zdołali go złapać, portal nagle się otworzył i zdrajca spadł w dół rechocząc ze śmiechu. Głód jednak, który swoją drogą ma refleks chyba najlepszy z nas wszystkich, zdążył zamachnąć się biczem, który owinął papajowi wokół nadgarstka. Buchnął niebieski dym, a kiedy opadł okazało się, że mimo wszystko Bóg od czasu do czasu staje jednak po naszej stronie. Wśród popiołu, leżała ucięta, pomarszczona dłoń.

— Mamy to ahahhah! — uradował się Śmierć i zaczął biec w moją stronę.

Muszę powiedzieć, że miałem już serdecznie dość odpierania ataków Wojny, a moja prowizoryczna broń była na skraju wytrzymałości. Zupełnie jak ja. Śmierć zaszedł go od tyłu i błyskawicznie wymalował środkowym palcem znak krzyża na jego czole. Nastąpiła chwila prawdy. Wojna podniósł wzrok i rozejrzał się wokół.

— Powiem wam, że to oficjalnie najgorsze wakacje na jakich byłem w życiu.

Trudno było nie przyznać mu racji.

Na dziewczyny

Wiecie co jest najgorsze w życiu na Ziemi? Oczywiście poza zamkniętym monopolowym, trylogią Greja i twórczością Sarsy, bo to rzeczy aż nazbyt oczywiste. Nuda. Ten moment, kiedy nie masz ochoty na nic, najchętniej leżałbyś w łóżku całymi dniami, żłopiąc browarka za browarkiem, oglądając kolejne seriale na Netflixie i modląc się o to, żeby wreszcie nadszedł ten cholerny koniec świata. Ale on nie nadchodzi i powoli zaczynasz dostrzegać jak monotonne staje się twoje życie, powoli spadasz w otchłań depresji, a jedynym co powstrzymuje Cię od samobójstwa jest kolejny odcinek Bojack Horsemana.

— Wstawaj kurwa — stwierdził pewnego razu Wojna. — Siedzisz w domu cały lipiec, weź się kurwa wreszcie ogarnij i wyjdź gdzieś z nami.

— Czoooooo? — ziewnąłem znudzony.

— Gówno, ubieraj się. Idziesz dzisiaj z nami na miasto.

— Kiedy ja nie chcę… — mruknąłem obracając się na drugi bok i podsuwając ekran telefonu bliżej oczu. Prędko jednak tego pożałowałem bo wkurwiony Wojna złapał mnie za nogę i zawlekł do łazienki.

— Masz dziesięć minut, żeby się ogarnąć. Głód i Śmierć już czekają.

— Ale gdzie wy w ogóle chcecie iść? — przeciągnąłem się.

Wojna uśmiechnął się zawadiacko.

— Na dziewczyny.

W pierwszej chwili myślałem, że robi sobie ze mnie jaja, ale kiedy po dziesięciu minutach wywlókł mnie z łazienki i kazał ubrać się w najlepszą koszulę jaką mam, zacząłem podejrzewać, że cała trójka coś knuje. Odjebałem się jak na rozdanie Oscarów, ale nie ustąpiłem i wbrew namowom Wojny nałożyłem maskę, bo jakby ktoś mnie w nocy zobaczył to pomyślałby, że bierze udział w kręceniu zdjęć do jakiegoś nowego horroru.

Mam cały komplet masek, każda na inną okazję, ale tego wieczoru zdecydowałem się wziąć swoją ulubioną przedstawiającą uśmiechnięte oblicze pana Roberta Makłowicza.

— Zaraza, nie możesz iść na dziwki w masce tego kuchcika — stwierdził z niesmakiem Wojna.

— Niby czemu? — odparłem wiążąc sznurówki swoich conversów.

— Bo… ee… dobra, chuj z tym. — westchnął i otworzył mi drzwi. Cóż za dżentelmen, pomyślałby kto.

Lokal do którego mnie zaprowadzili nie wyglądał zbyt zachęcająco.

— Ej, chłopaki nie podoba mi się tu, wracam na chatę. — zbuntowałem się po tym jak kelnerka wylała mi na krocze podejrzanie wyglądający drink.

— Oj weź, nie świruj. — uspokoił mnie Głód. — Jakby nie patrzeć na Ziemi wciąż jesteś prawiczkiem, pamiętaj o tym — mrugnął do mnie.

Westchnąłem, ale grzecznie poczekałem, aż podjedzie do nas ktoś z „obsługi”.

— Witam Serdecznie w burdelu Afrodyty o numerze sześćdziesiąt dziewięć tysięcy czterysta dwadzieścia. Czym mogę pomóc?

Podniosłem wzrok. Przed nami stała młoda dziewczyna ściskająca w ręku coś co wyglądało jak plik ważnych dokumentów.

— Nasz braciszek chciałby zaliczyć jedną z waszych panienek. — uśmiechnął się Wojna. — Ale my również nie pogardzimy jakimiś niezłymi sztukami.

— Hm. Rozumiem. Polecamy aktualnie Sukkuby, są na przecenie. — Przeniosła wzrok na mnie i z rozbawieniem przyjrzała się mojej masce.

— A dla ciebie mam coś specjalnego. Chodź za mną. — Odwróciłem się do braci i pomachałem ręką, wciąż nie do końca przekonany co do tego pomysłu, ale mimo wszystko niezwykle wdzięczny, bo w końcu to oni płacili.

Dała mi trzy opcje do wyboru. Pierwszą była syrena, czyli głównie oral, druga wyglądała na harpię pozbawioną skrzydeł (skreśliłem na samym początku), zaś trzecią była…

— Maria Magdalena? — zdziwiłem się. — Co ty tutaj robisz?

— Kurwa mać — oburzyła się święta ladacznica. — Myślałam, że jak się przefarbuję na rudo to nikt mnie nie pozna i będę miała spokój chociaż na trochę.

— Jestem Jeźdźcem, nas niełatwo oszukać — odpowiedziałem uśmiechem, którego i tak nie było widać pod maską.

Zapadła cisza i zrozumiałem, że popełniłem błąd ujawniając swoją tożsamość. Desperacko spróbowałem ratować sytuację.

— W sensie eeee… uwielbiam na jeźdźca, a ty? — wydukałem.

— Brać go — syknęła za moimi plecami dziewczyna z obsługi.

— Kurwa mać. Chyba dziś nie porucham — westchnąłem i wyciągnąłem z kieszeni mały zatruty sztylecik, który zawsze nosiłem przy sobie na czarną godzinę. W walce był raczej bezużyteczny, z racji swoich rozmiarów i niezbyt wygodnego kształtu ostrza, wygiętego pod dziwacznym kątem, jednak w starciu z grupą prostytutek powinien spełnić swoje zadanie równie dobrze co miecz lub topór.

Światło zgasło i nie ukrywam, wpadłem w lekką panikę słysząc wokół szepczące głosy, pełne kpin i wyzwisk pod moim adresem. Zacząłem machać ostrzem na oślep, ale bezskutecznie, odpowiedzią był tylko stłumiony śmiech.

— Choooodź do nas — szeptały. — Zaaabaaw się…

— Przeszła mi ochota — mruknąłem i wymacałem na stoliku obok małą lampkę.

Błysk światła zdezorientował mnie na moment i omal nie doprowadził do śmierci ze strony harpii z numerem dwa. Uchyliłem się w ostatniej chwili, ale jej pazury przecięły maskę i zdarły mi skórę z policzka.

— Skreśliłem cię na samym początku suko. — Zdyszany wbiłem jej sztylet w kark nim zdążyła się odwrócić.

Nie czekając na reakcję reszty pracowniczek domu publicznego, rzuciłem się biegiem w głąb korytarza, nie oglądając się za siebie i modląc o to, by trafić do wyjścia.

Po drodze wpadłem na jakiegoś komicznie wyglądającego jegomościa, który z niesmakiem przyjrzał się mojej masce i chyba chciał coś powiedzieć, ale za bardzo się spieszyłem, żeby wysłuchać o co chodzi. Nie miałem już siły biec i obijając się o ściany szukałem jakiejś kryjówki, żeby choć na chwilę zgubić pościg. Wpadłem do kibla, żeby złapać oddech i przynajmniej ochlapać wodą ranę na policzku. Zdarłem z twarzy tę durną maskę i pochyliłem się nad zlewem, ledwo łapiąc oddech.

Nagle usłyszałem jakiś hałas na korytarzu i przyłożyłem ucho do drzwi, owijając sobie twarz papierem toaletowym.

— Drodzy państwo ja nie rozumiem o co chodzi, przybyłem do państwa z zamiarem… — odezwał się męski głos, prawdopodobnie należący do gościa, którego minąłem na korytarzu. Wydawał mi się dziwnie znajomy.

— To on, zabierzcie go do Afrodyty, niech ona zdecyduje co z nim zrobić. — przerwała mu Maria Magdalena.

Nie wiedziałem o chuj chodzi, ale najwyraźniej przestałem być już w centrum uwagi i wychyliłem się na korytarz. Za zakrętem znikały właśnie dwie diablice prowadzące najwybitniejszego kucharza i podróżnika, Roberta Makłowicza. Maria Magdalena odwróciła się w moją stronę.

— O, witam, przepraszam najmocniej — uśmiechnęła się. — Mogę panu w czymś pomóc?

Spojrzałem na nią marszcząc brwi.

— Chyba tak — mruknąłem.

Przyjrzała się bliżej mojej twarzy ociekającej krwią i niedbale owiniętej papierem.

— Fan mocnych wrażeń, hę?

— Chyba można tak powiedzieć — powiedziałem rozpinając rozporek.

Prezent

Jestem chyba jedyną osobą, która cieszy się na myśl o zakończeniu wakacji. Wszędzie tylko jęki, że ojoj znowu szkoła albo studia, jakie życie jest ciężkie itd. Może wynikać to z faktu, że jednak mam te 1950 lat (minus jeden dzień) i dużo większe zmartwienia na głowie, ale to taki szczegół. Nie mniej jednak rozpoczęcie roku szkolnego było dla mnie wybawieniem od tej przeraźliwej dwumiesięcznej nudy. Pomijając naszą gwałtownie przerwaną wycieczkę po Europie i incydent w burdelu, całe wakacje spędziłem przed ekranem telefonu, oglądając jak leci randomowe seriale, filmy i youtubowe dramy. Szampańska zabawa. Teraz przynajmniej miałem jakiś powód by ruszyć dupę i wstać z łóżka. Z tego lenistwa niechcący zapuściłem brodę, która pomogła mi częściowo ukryć moją piękną facjatę i wreszcie mogłem względnie swobodnie poruszać się po szkolnych korytarzach. A więc można powiedzieć, że tak — cieszyłem się z powrotu do szkoły, mimo, że Wojna poważnie pokłócił się ze swoją loszką i wszystko wskazywało na to, że niedługo nasza obecność w tym miejscu stanie się całkowicie nieuzasadniona.

Na domiar złego zmieniła się prawie cała kadra, nowi nauczyciele zastąpili starych, którzy zdążyli się przyzwyczaić do naszych wybryków, więc musieliśmy uważać na siebie bardziej niż kiedykolwiek. Zwłaszcza, że nowy dyrektor nie pierdolił się w tańcu i podobno poprzednią szkołę, w której dyrektorował trzeba było zamknąć z braku uczniów, bo skurwysyn wszystkich wyjebał.

Pewnego razu po obejrzeniu paru filmików na yt, Śmierć stwierdził, że zostanie zawodowym parkurowcem. Musieliśmy zawieźć Wojnę na ostry dyżur bo jak tylko to usłyszał prawie udławił się na śmierć kawałkiem pizzy. Niestety go odratowali. Nasz kochany brat nic sobie jednak nie zrobił z kpin i wytrwale ćwiczył niesamowite akrobacje w stylu przeskakiwania murku pod naszym blokiem, albo wieszania się na trzepaku przy śmietniku. Kiedy usłyszał, że prawdziwi „profesjonaliści” zapierdalają po dachach, kupił sobie wszystkie części Assassin’s Creed i zarywał nocki dopóki nie przeszedł wszystkich od początku do końca. Potem zapewniał nas, że grając nauczył się tych wszystkich ruchów i akrobacji, tak samo jak Desmond siedzący w Animusie. Niestety postanowił nam to udowodnić.

Pechowo się złożyło, że dach naszej szkoły był idealny do prezentacji niesamowitych umiejętności Śmierci i za żadne skarby nie dało się mu przemówić do rozsądku. Uparł się, że właśnie tam pokaże nam jak wiele nauczyły go gry. Dobra, przyznaję, nie próbowaliśmy go jakoś specjalnie powstrzymać bo zbyt wielką bekę z niego mieliśmy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli ktoś nas przyłapie na włażeniu na dach to wypierdolą nas ze szkoły szybciej niż Śmierć spierdoli się na dół.

Tak więc pewnego dnia zostaliśmy po lekcji i korzystając z drabinki pod salą gimnastyczną wspięliśmy się na dach.

— Dobra, pokazuj jak wypierdalasz się na głupi ryj bo mam kino na 16:00 i trochę mi się śpieszy — powiedział Głód zapalając papierosa.

— Czekajcie, przejdźmy tam dalej, gdzie te śmieszne kominy, tam będzie dobre miejsce — stwierdził Śmierć, a my grzecznie ruszyliśmy za nim.

Przeszliśmy parę metrów nim zorientowałem się, że cała nasza czwórka jest upośledzona.

— Stójcie — szepnąłem.

— O chuj ci… — zaczął Wojna, ale przerwał bo zrozumiał.

Widzicie, w gabinecie dyrektora jest małe kwadratowe okienko na suficie. No dobra, nie takie małe bo ze 3 na 3 metry może miało, ale sprawiało wrażenie niewielkiego w porównaniu do rozmiarów samego pomieszczenia. I jak się łatwo domyślić cała nasza czwórka stała na jego powierzchni. Pod naszymi nogami przechadzał się sam dyrektor, zajęty rozmową przez telefon.

— Powoli. — syknąłem, dając znać braciom, żeby szli dalej.

Szkło zdawało się pękać pod naszymi stopami, ale na szczęście było to tylko złudne wrażenie. Śmierć pierwszy dotarł do krawędzi.

— Uff, było blisss…

W tym momencie stało się kilka rzeczy naraz. Po pierwsze ta umysłowa ameba potknęła się o powietrze i z krzykiem przewróciła na ryj, dokładnie tak jak przewidział to Głód. Po drugie, Wojna spanikował i ambitnie zdecydował się pokonać dzielący go od krawędzi okna dystans jednym susem. A po trzecie — szkło pierdolnęło i cała nasz trójka spadła w dół.

— Kurwa jego pierdolona mać — oznajmił Głód ścierając krew z twarzy. — Zajebię go.

— Chętnie ci pomogę — stwierdziłem otrzepując bluzę z odłamków szkła.

Śmierć wystawił głowę przez nowopowstałą dziurę w dachu.

— Wszystko okej chłopaki? — spytał nieśmiało.

— Z nami tak, ale z tobą zaraz nie będzie okej! — wrzasnął Wojna. — Złaź tutaj, żebym mógł ci zajebać.

Naszą kulturalną wymianę zdań przerwał dziwaczny syk za naszymi plecami, przypominający ulatniający się gaz. Przypomniało nam to o dyrektorze i o tym, że w tym oto momencie przestaliśmy być uczniami tej szkoły. Jak się okazało, nie to było najgorsze. Gdy biały dym opadł, nasze szczęki opadły wraz z nim. Przed nami stał nikt inny, tylko sam archanioł Gabriel.

— Kurwa czy naprawdę 75% ludzi, których spotykamy na Ziemi to Bogowie i legendarne istoty? To się już robi kurwa nudne. Nasz ex dyrektor to szatan we własnej osobie, randomowa dziwka w burdelu okazuje się Marią Magdaleną, a teraz jeszcze on — zirytowałem się zaistniałą sytuacją.

— Nie wierzę, że byliście tak głupi, żeby tu wrócić po tym wszystkim — spokojnie powiedział Gabriel.

— Po czym wszystkim? Do chuja pana, w tym miejscu gdzie stoisz, parę miesięcy temu zajebałem szatana! — rozległ się głos Śmierci z góry.

— A ty zamknij mordę, bo jesteś następny w kolejce! — odkrzyknął Wojna.

Gabriel zaśmiał się.

— Wasza głupota jest niewiarygodna. Bóg przydzielił mnie na to stanowisko, żebym ogarnął wszystko po waszym pobycie w tym miejscu i…

— Czekaj czekaj — wtrącił się Głód. — Czy Bóg naprawdę nie ma ważniejszych zadań dla swoich przydupasów niż prowadzenie jakiegoś totalnie przypadkowego liceum?

Archanioł spojrzał na niego z pogardą.

— Spierdalaj — rzucił Gabriel i wyciągnął z pochwy na plecach wielgachny błękitny miecz z mlecznobiałą rękojeścią, przewyższający rozmiarami nawet oręż Wojny.

Zakląłem pod nosem bo jak zwykle jako jedyny pozostałem bez broni. Wojna trzymał swoje cacko w magicznie pojemnej kieszeni, zaś Głód nigdy nie rozstawał się ze swoim biczem.

— Pierdolcie się wszyscy idę coś zjeść. Dajcie znać jak to całe szoł dobiegnie końca — rzuciłem obrażony i wyszedłem z gabinetu.

Sekretarka nawet mnie nie zauważyła, zajęta przeglądaniem jakichś papierów. Na korytarzu czekał na mnie Śmierć.

— Patrz tylko co dl… — cokolwiek chciał powiedzieć, mój prawy sierpowy skutecznie mu to uniemożliwił. ­– Czekaj chwilę — wystękał. — Mam coś dla Ciebie.

— Hm? — zastygłem z ręką gotową do zadania kolejnego ciosu.

— Miałem ci dać jutro, na twojej imprezie urodzinowej, ale dzisiaj chyba ci się przyda — powiedział wciskając mi w ręce jakieś pudło.

Gwizdnąłem z uznaniem, gdy po otworzeniu moi oczom ukazała się jego zawartość. Pięknie zdobiony, złoto-czarny rewolwer z długą, lśniącą lufą i paroma pudełkami kul ułożonymi na bordowym materiale.

— Damn. Prawie wybaczam Ci wpakowanie nas w to gówno — szepnąłem.

— Wiedziałem, że ci się spodoba — uśmiechnął się Śmierć. — Chodź, chyba przyda im się pomoc.

Ruszyliśmy z powrotem do gabinetu. Po drodze załadowałem rewolwer sześcioma kulami. Nie ukrywam, cieszyłem się jak dziecko z gwiazdkowego prezentu.

Po otworzeniu drzwi naszym oczom ukazał się nieciekawy widok. Głód leżał na podłodze klnąc pod nosem i niezdarnie próbując zabandażować krwawiącą nogę skrawkiem swojej koszuli. Wojna trzymał się jeszcze na nogach, ale pot spływający mu po szyi i plecach wskazywał na to, że walka niebawem dobiegnie końca.

— Kurwa gdzie byliście?! — wydarł się Głód. — Ten skurwiel to jakiś pierdolony boss.

— Spokojnie — odparłem i wycelowałem swoją nową broń w Gabriela, który właśnie zamachiwał się swoim gigantycznym mieczem na Wojnę.

Huk wystrzału zaskoczył mnie, ale nie tak bardzo jak jego efekt końcowy. A raczej jego brak. Niewzruszony archanioł jednym imponującym cięciem rozbroił Wojnę i odwrócił się w moją stronę.

— Głupcze, naprawdę myślisz, że zwykłe kule cokolwiek mi zrobią? — zaśmiał się.

— Nie. Ale to nie była zwykła kula — rzekłem z uśmiechem.

— Co? Co ty… — urwał.

Całe szczęście, że pomyślałem o tym, żeby przed wypaleniem z rewolweru zrobić użytek ze swoich mocy i zarazić każdą z kul.

— To wszystko nie ma sensu. Słowo “Bóg” jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych, legend, które są ponadto dość dziecinne. Żadna interpretacja, niezależnie od tego jak subtelna, nie może tego zmienić — odezwał się nagle Gabriel. — Największym wrogiem wiedzy nie jest ignorancja, tylko iluzja wiedzy.

Trzy pary oczu zwróciły się na mnie.

— Zaraza czy ty… — zaczął Głód próbując powstrzymać śmiech.

— Gdyby bóg istniał, myślę że mało prawdopodobne jest, żeby miał w sobie tyle niepotrzebnej próżności by czuć się urażonym przez tych, którzy wątpią w jego istnienie. Nie, nie wierzę w osobowego Boga. Wciąż wierzymy, że wszechświat powinien być logiczny i piękny, ale po prostu zrezygnowaliśmy ze słowa “Bóg” — szepnął archanioł i podszedł do otwartego okna. — Żyj sobie przyjemnie. Jeśli istnieją sprawiedliwi bogowie to nie będzie ich obchodziło jak pobożnym byłeś i będą Cię witać na podstawie twoich zalet. Jeśli istnieją niesprawiedliwi bogowie to nie będziesz ich wyznawał. Jeśli nie ma bogów to kiedy odejdziesz ale żyłeś szlachetnie będziesz dalej żył w pamięci swoich bliskich — kontynuował i stanął na parapecie. — Wielu fundamentalistów twierdzi, że w interesie sceptyków jest obalanie dogmatów, a nie, że w interesie ortodoksów jest ich potwierdzanie. To oczywiście błąd. Jeśli zasugerowałbym, że pomiędzy Ziemią a Marsem po eliptycznej orbicie wokół Słońca podróżuje chiński czajniczek, nikt nie mógłby podważyć tego twierdzenia zakładając, że dodałbym, iż czajniczek jest zbyt mały, by można go było dostrzec nawet za pomocą najbardziej potężnych teleskopów. Gdybym upierał się, że skoro moje założenie nie może zostać obalone, to obrazą rozumu jest w to wątpić to od razu zostałbym uznany za bredzącego. Jeśli jednakże istnienie takiego czajniczka byłoby potwierdzone przez starożytne księgi, nauczane jako święta prawda każdej niedzieli i wtłaczane do umysłów dzieci w szkole, to niewiara w jego istnienie byłaby oznaką ekscentryczności oraz przyciągałaby do niedowiarka uwagę psychiatrów — w oświeconych czasach — albo inkwizytorów — w wiekach wcześniejszych.

To mówiąc rzucił się w dół i po chwili, w ciszy jaka zapanowała w gabinecie, usłyszeliśmy ciche plaśnięcie ciała lądującego na parkingu.

Wojna mrugnął kilka razy oczami, próbując zrozumieć co tu się właśnie odjebało. Śmierć pomógł wstać Głodowi, który dostał histerycznego ataku śmiechu.

— Nie wierzę — wystękał przez łzy — nie wierzę, że właśnie zaraziłeś archanioła ateizmem.