Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 694 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czochrałem antarktycznego słonia - Mikołaj Golachowski

Kto wie, że do poznania śpiewu wielorybów przyczynił się amerykański wywiad, który sądził, że rozpracowuje tajne sygnały sowieckich łodzi podwodnych w Antarktyce? Albo to, że płeć pingwinów najłatwiej poznać po tym, czy mają brudne brzuszki, czy plecy? Albo, że lodowce się cielą, a inne krwawią?

Mikołaj Golachowski od ponad dwudziestu lat bada zwierzęta. W polskich i rosyjskich lasach obserwował norki, lisy, jenoty, wilki czy łosie. Ale w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi: od 2002 roku pracuje w rejonach polarnych. Spędził dwie zimy oraz cztery sezony letnie w Antarktyce, badając ekologię słoni morskich i skupiając się na ich niezwykłych obyczajach seksualnych. Od ośmiu lat jest przewodnikiem turystycznym w Antarktyce i Arktyce. Praca na statku, pływanie po dzikich rejonach pontonem i żaglówką dało mu okazję do kolejnych bliskich spotkań, zwłaszcza z niedźwiedziami polarnymi i waleniami.

 

W tej książce opowiada o swoich bliskich spotkaniach z dzikimi zwierzętami (z pingwinami, fokami i uchatkami, orkami i wielorybami), o pierwszych zdobywcach Arktyki i Antarktyki – o tych, którzy przeżyli i o tych, po których słuch zaginął. O arktycznych plemionach, o ich obyczajach (często zaskakujących), wierzeniach i o tym, jak się skończył ich kontakt z białym człowiekiem.

 

Mikołaj Golachowski jest biologiem, ekologiem i podróżnikiem, doktorem nauk przyrodniczych oraz tłumaczem. Koncentruje się na polarnych krańcach Ziemi, dwukrotnie zimował na Polskiej Stacji Antarktycznej im. H. Arctowskiego (raz jako kierownik 32. Polskiej Wyprawy Antarktycznej), a jako przewodnik turystyczny regularnie odwiedza Antarktykę Zachodnią i subantarktyczne wyspy. Od paru lat poznaje również Arktykę, sześć razy dotarł nawet na Biegun Północny. Pisze także książki – w 2012 roku wydał Pupy, ogonki i kuperki (z ilustracjami Mroux). Gdy chwilowo przebywa w Polsce, mieszka w Warszawie, gdzie zajmuje się dwoma czarnymi kotami, żółwiem i córką.

Opinie o ebooku Czochrałem antarktycznego słonia - Mikołaj Golachowski

Fragment ebooka Czochrałem antarktycznego słonia - Mikołaj Golachowski

Redaktor prowadzący, redakcja: ADAM PLUSZKA
Korekta: GRAŻYNA MASTALERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Łamanie: | manufaktu-ar.com
Zdjęcia na okładce: © Mikołaj Golachowski
Copyright © by Mikołaj Golachowski Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-53-8
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel./faks: 48 22 839 91 27, 48 696 451 127 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Ludzie są malutcy. A to jest nasza planeta...

(Hania, lat 2 i 10 miesięcy,rozkładając szeroko ręce przed łąką otoczoną lasami)

Wstęp

Był piękny lutowy dzień, lato w pełni. Otaczające nas lodowce jarzyły się w słońcu, którego blask prześwietlał niedalekie góry lodowe tym najbardziej niewiarygodnym odcieniem niebieskości, widocznym tylko w tysiącletnim lodzie. Równie intensywny błękit nieba pocztówkowo kontrastował z czernią skał wystających spod dziewiczego śniegu. Najsłabszy wiaterek nie mącił tej sielanki, a piękno świata wokół nas bardzo utrudniało skupienie się na robocie. Jakby tego było mało, w oddali dostrzegliśmy charakterystyczne fontanny oddychających humbaków i czarne połyskliwe grzbiety tych żerujących tuż pod powierzchnią gigantów.

Ale byliśmy w pracy. Wypłynęliśmy „Słoniem Morskim” – rybackim kutrem, który na Arctowskim służy za jednostkę naukowo-transportową – na środek Zatoki Admiralicji, aby zbierać z morskiego dna próby okrzemków. Właśnie wciągaliśmy na pokład pięciusetmetrową stalową linkę z pełnym cennego błota próbnikiem, kiedy któryś z wielorybów zaproponował drugiemu, żeby sprawdził tę śmieszną skorupkę kołyszącą się nieopodal, popierdującą cicho i najwyraźniej zapasożyconą. Przestały żerować i ruszyły w naszą stronę. Z lekkim niepokojem obserwowaliśmy szybko zbliżające się kolosy. Każdy z nich mierzył osiemnaście metrów. Było to moje pierwsze tak bliskie spotkanie z wielorybami. Czytałem, że nie ma się czegoś bać, i próbowałem przekonać naszego bosmana Dzidziusia, że ani nas nie jedzą, ani nie uważają za zagrożenie, ale chyba nie bardzo mi się udało. Kilkaset metrów linki wciąż było za burtą i nie mogliśmy się ruszyć. Tymczasem humbaki podpłynęły i zaczęły krążyć wokół naszego stateczku w odległości około dwóch metrów. To niesamowite uczucie – być na łasce tych wspaniałych zwierząt. Każdy z nich był ponad dwa razy dłuższy od „Słonia” i wiele razy cięższy. A jednak żaden nawet nas nie musnął. Wystawiały głowy i przyglądały się dziwacznym stworzeniom kłębiącym się na grzbiecie tej niewydarzonej góry lodowej. Zapomniałem o robieniu zdjęć. Przyglądałem się w zachwycie pełnym gracji manewrom królów oceanu, a serce waliło mi jak nigdy wcześniej ani nigdy potem. Gdybym należał do ludzi religijnych, byłaby to moja komunia. Połączenie z Wszechświatem, spotkanie z istotami, które choć mogły z łatwością nas skrzywdzić, nie miały takiego zamiaru, były zwyczajnie ciekawe. Kilka razy spojrzeliśmy sobie w oczy i miałem wrażenie, jakbym spoglądał w głąb myślącego kosmosu.

Zachodzące słońce żegna się z górą lodową uwięzioną w Pleneau Bay

Poczułem, że wszystko we mnie wskakuje na swoje miejsce, z charakterystycznym cichym klikaniem. Słyszałem ten dźwięk już wcześniej, zawsze stojąc twarzą w twarz z przyrodą, na ogół sam: nad zamarzniętym jeziorem Śniardwy, w dzikich ostępach Białowieży i na Syberii w obliczu majestatycznego Jeniseju. W takich chwilach czuję się całością, wtedy jestem sobą. Później miałem się do tego dźwięku przyzwyczaić: na polarnych krańcach świata słyszę to klikanie regularnie.

Wieloryby mają oczywiście dużo lepszą wyobraźnię przestrzenną niż my. Żyją w prawdziwie trójwymiarowym świecie, podczas gdy my możemy iść tylko do przodu i do tyłu – albo w bok. Dla nich to normalne, że można się znaleźć nad lub pod czymś. Dlatego choć trzyipółmetrowe płetwy piersiowe humbaków (zwanych bardziej poprawnie długopłetwcami) są najdłuższymi ramionami w świecie zwierząt, żadne z nich nie dotknęło burty. Odwracały się na grzbiety, machały płetwami w powietrzu, odpływały od nas i wracały jak pies zapraszający swojego człowieka do pogoni. Całe to misterium trwało jakieś pół godziny, a potem, najwyraźniej znudzone brakiem reakcji (nie chcieliśmy się ganiać), machnęły ogonami i zniknęły w głębinie, by się wynurzyć kilkadziesiąt metrów dalej. Audiencja dobiegła końca. Musieliśmy podnieść z pokładu opadłe szczęki i wrócić do rzeczywistości. Nigdy wcześniej nie czułem się tak szczęśliwy.

Od tego czasu takie spotkania zdarzały mi się całkiem często, na znacznie mniejszych, gumowych łodziach. Ale tamtego nie zapomnę nigdy. To była moja pierwsza wyprawa polarna, mieszkałem na stacji od niecałych trzech miesięcy. Miałem trzydzieści jeden lat i wrażenie, że wreszcie jestem u siebie.

Zwierzętami interesowałem się od zawsze. Wedle rodzinnej legendy moje pierwsze zdanie dotyczyło kury przerzucanej na drugą stronę płotu przez jakiegoś bliżej nieokreślonego mężczyznę („Pam koko bam”), później zaś tych zwierzołków w moim życiu nieustannie przybywało. Podglądałem je w lesie, opiekowałem się nimi w domu, aż w końcu zacząłem je studiować i badać zawodowo.

Drugą moją fascynacją był chłód. Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem dotyk chłodnych dłoni i ścian, pieszczotę wiatru i smak zimnej wody. Zima należała do moich ulubionych pór roku, w lecie czuję się zupełnie nie na miejscu. Dlatego mam wrażenie, że całe moje życie przygotowywało mnie do tego, co robię teraz – do pracy w Antarktyce. Całe życie prowadziło mnie do tego spotkania z wielorybami, do lodowców, do pingwinów i słoni morskich. Moje ukochane książki z dzieciństwa to powieści Jacka Londona i Jamesa Curwooda, w których losy zwierząt i ludzi nierozerwalnie łączyły się z surowym krajobrazem Arktyki. Marzyłem, by to wszystko samemu kiedyś zobaczyć, poczuć przenikliwe zimno wichru, zobaczyć, jak ślina zamarza w powietrzu, i śledzić tropy niedźwiedzi polarnych wśród pokrytych śniegiem pustkowi. Bez komarów, miejskiego zgiełku i lejącego się z nieba żaru. Gdy jest zimno, zawsze można się ubrać trochę cieplej. W upalne dni mam ochotę zdjąć z siebie skórę, choć wiem, że nawet to by nie pomogło.

Humbaki

Do wspaniałych miejsc z moich dziecinnych snów droga była bardzo daleka. Kiedy miałem dziesięć lat, Kora śpiewała o boskim Buenos. Zapewniała, że podróżować jest bosko. Ale Ameryka Południowa – choć zawsze chciałem ją przemierzyć i poznać, i byłem nawet gotów znieść upały – wydawała mi się wtedy czystą abstrakcją. Były lata osiemdziesiąte XX wieku, stan wojenny dopiero się skończył, ale kryzys i komunizm miały się dobrze, a jedyne realne dla mnie szlaki prowadziły najwyżej do Czechosłowacji lub NRD. Nie mogłem przypuszczać, że trzydzieści lat później połowę mojego paszportu będą zajmować argentyńskie pieczątki. Ani tego, że w Buenos Aires spędzę więcej czasu niż w Krakowie, bo tamtędy po prostu jeżdżę do pracy. Do pracy na najdzikszym kontynencie świata, jedynym wielkim obszarze, którego wciąż nie udało nam się zepsuć. W jedynym miejscu na świecie, gdzie nie ma stałych ludzkich mieszkańców, gdzie to zwierzęta są gospodarzami, a my musimy zachowywać się z szacunkiem, jak pokorni gości. W jedynym tak wielkim rejonie pozbawionym lądowych drapieżników, w którym zwierzęta po prostu nie wiedzą, że po wyjściu z wody powinny się czegoś obawiać. Więc się nie obawiają. Kiedy widzą człowieka, podchodzą zaciekawione. Dla pingwinów pewnie to my jesteśmy jakimiś dziwacznymi pingwinami. Wyglądamy na zagubionych – może miejscowi podchodzą, by pokazać nam drogę? Dla młodych słoni morskich jesteśmy po prostu obcymi ssakami, z którymi na pewno warto się zaprzyjaźnić. Dlatego podpełzają, żeby się przytulić, kładą głowy na kolanach i spoglądają najpiękniejszymi maślanymi oczami, jakie można sobie wyobrazić. Jeśli się nie ruszamy, czasem kładą na nas całe swoje dwieście kilogramów szczenięcej miłości i ufnie zapadają w drzemkę. Antarktyda jest dla mnie rajem – to tak powinien ten świat wyglądać. Zapraszam do swojego raju...

Książkę tę dedykuję mojemu ojcu, który jako pierwszy zaprowadził mnie do lasu. Hani, którą sam do lasu prowadzę. A także Asi, która całe to prowadzenie cierpliwie znosi. Ta opowieść jest hołdem dla wszystkich wspaniałych istot, które spotkałem na swojej drodze.

I. Miłe początki

.

Rosomak

1. Domowy inwentarz

Na początku był Kuba, kulawy wróbel z orlim charakterem. Spotkaliśmy się, kiedy obaj byliśmy jeszcze świeżo wypierzonymi pisklakami. Miałem dwanaście lat, a on około trzech tygodni. W tym wieku wróble opuszczają gniazda, ale rodzice ciągle się nimi zajmują, póki nie nauczą się porządnie latać i same o siebie dbać. Dlatego w czerwcu wszędzie można spotkać wróble podlotki. Kryją się wśród krzaków i udają myszy. Niestety, wiele osób chwyta je wtedy w tak samo szlachetnej, jak nieprzemyślanej intencji ratowania im życia.

Tak też było z Kubą. Dorwała go grupa dzieciaków, a przyspieszony kurs latania, który mu zafundowali, doprowadził do tego, że kiedy zjawiłem się ja, pierzasty młodzieniec miał złamaną nogę i wyglądał na dość sponiewieranego. Byłem starszy, więc bezceremonialnie uratowałem go z niewoli i zaniosłem do domu.

Pojony pipetą, karmiony przeżutym chlebem i ziarnami szybko doszedł do siebie. Założyliśmy mu na nogę łubki z igielitowej rurki i po kilku tygodniach złamanie się zrosło, choć noga nigdy nie odzyskała pierwotnej sprawności. Ale nie przeszkadzało mu to kicać po całym mieszkaniu i siadać domownikom na ramionach, głowach i brzuchach, jeśli ktoś się akurat położył.

Początkowo myślałem, że go odchowam i wypuszczę. Szybko się jednak okazało, że jest zbyt nieustraszony, by mógł się nacieszyć życiem na wolności. Już podczas pierwszego wspólnego spaceru poleciał przed siebie i usiadł tuż przed nosem psa mojej koleżanki z klasy. Dobiegłem tam prawie jednocześnie i zabrałem go w momencie, gdy owczarek otrząsnął się z osłupienia i kłapnął szczęką w miejscu, gdzie chwilę wcześniej siedział nieoczekiwany przybysz. A zatem nie, Kuba nie został dzikim wróblem. Bałem się też, że wypuszczony na dwór zgubi się wśród pełnych identycznych okien ursynowskich bloków, więc pozostałe siedem lat życia spędził, latając po naszym mieszkaniu i towarzysząc nam na każdym kroku.

Zawsze spał w moim pokoju, na szafie z książkami. Szybko się przyzwyczailiśmy do zostawianych przez niego białych pamiątek – wróble niestety nie mają pojęcia o istnieniu kuwet. Rano budził mnie do szkoły, siadając na poduszce i ćwierkając. Niestety nie miał również podstawowej wiedzy o kalendarzu i nawet w niedziele nie dało się go zignorować. Jeśli ćwierkanie nie wystarczało, zaczynał mnie dziobać i zawsze wybierał najbardziej wrażliwe miejsca – jak nie w ucho, to w wargi albo wewnętrzną część nosa. Przy śniadaniu przylatywał do kuchni, siadał komuś na głowie i dziobał delikatnie, domagając się udziału w porannych kanapkach. Oczywiście miał swoje jedzenie i dostęp do wody. Najbardziej lubił proso i świeże muchy i pasikoniki. Wodę lubił pić z wypełnionej po brzegi butelki po mleku stojącej na parapecie. Całymi dniami przesiadywał na jej krawędzi. Kąpał się regularnie i kontrolował, czy wszystko na świecie jest w porządku. Wracających do domu domowników witał gniewnym ćwierkotem i dziobał w ugodowo wyciągnięty palec. Stawał się przy tym tak zajadły, że można było cofnąć rękę, a on dalej wisiał na palcu, uczepiony niczym pitbul. Uspokajał się dopiero, kiedy się go postawiło z powrotem na butelce i podrapało po głowie. Zamykał wtedy oczy w rozkoszy i chyba nam wybaczał, bo chwilę później znowu przemierzał swój świat na ramieniu któregoś z członków rodziny.

Szczególnie upodobał sobie mojego ojca. Pewnie dlatego, że on oficjalnie nigdy nie lubił zwierząt. Od tego czasu właściwie wszyscy nieludzcy domownicy lgnęli do niego jak opętani czułością szaleńcy. Moje koty do tej pory walczą o jego kolana, choć kotów ponoć nie cierpi szczególnie. Ale wróćmy do Kuby i jego nieopanowanej fascynacji. Siadał ojcu na ramieniu, kiedy ten snuł się rano po domu w ulubionym swetrze. Później, gdy musiał się przebrać przed wyjściem do pracy, zręcznie po nim kicał. Nawet kiedy ojciec go zdjął, wciąż na nim siedział, aż do chwili, kiedy ojciec zwinął go w wełnianą kulę, gotową do odłożenia. Wtedy podskakiwał energicznie, siadał na odsłoniętym ramieniu świeżej koszuli i natychmiast tryumfalnie dodawał do niej swoje połyskujące bielą pagony. Oczywiście im bardziej ktoś się spieszył, tym skrzętniej nasz wróbel dbał, żebyśmy przypadkiem nie wyszli z domu nienaznaczeni ptasim błogosławieństwem. Nie dało się go nie lubić.

Kuba nie był jedynym pierzastym członkiem naszej rodziny. Niedługo po nastaniu jego panowania zagościły u nas zeberki, małe amadyny rodem z Australii. Pierwszy pojawił się samczyk. Przyleciał na balkon mojej wrocławskiej ciotki i poprosił o azyl. Dokupiliśmy mu małżonkę i z wakacji wracałem do Warszawy z dwoma drobnymi ptaszkami w klatce. Ale ich stadło było z góry skazane na klęskę. Spragniony towarzystwa Kuba całymi dniami przesiadywał na ich domostwie, a zauroczona nim samiczka całkowicie ignorowała swojego prawowitego partnera, który wszak od naszego wróbla był dwa razy mniejszy. Dzielnie znosiła mu jaja w pieczołowicie przygotowanej przeze mnie budce, ale w ogóle nie chciało jej się ich wysiadywać. Wolała spędzać czas na najwyższej żerdce, tuż pod Kubą, wdzięcząc się do niego bezwstydnie. Jej smutny mąż siedział w drugim kącie, nastroszony i sfrustrowany. Jajeczka wciąż się pojawiały, ale wszystkie marzły bez opieki, aż wreszcie wykończona patową sytuacją samiczka umarła dyskretnie przy kolejnym z nich. Opuszczony w ten sposób samczyk postanowił zmienić strategię i zostać wróblem. Wylatywał czasem z klatki i we wszystkim naśladował starszego kolegę. Nie oswoił się tak jak on, ale bardzo się starał, choć Kuba ignorował go na całej linii. Amadyn coraz więcej czasu spędzał przy Kubowym poidle, ale bycie wróblem wyraźnie go przerastało. Jak właściwie dało się przewidzieć, podczas którejś z kolejnych prób prawdziwie wróblej kąpieli biedny imigrant wpadł do zbyt szerokiego dlań otworu butelki i utonął, gdy nikogo z ludzi nie było w pobliżu. Jeszcze jedna tragiczna historia z nieosiągalną miłością, rozpaczą i flaszką w tle...

Jako nastolatek oczywiście nie miałem wielkiego pojęcia o opiece nad delikatnymi zwierzętami. Dziś historia naszych zeberek pewnie potoczyłaby się inaczej. Od początku przyjęłaby inny obrót. Przede wszystkim na pewno nie brałaby w niej udziału klatka – wtedy wydawało mi się, że mieszkając w niej, ptaki będą bezpieczniejsze. Dziś myślę, że takie ograniczanie wolności mieszkańców przestworzy jest barbarzyństwem. Dom nie jest dobrym miejscem dla ptaków, ale te, które do mnie trafiły – podobnie jak ssaki – zawsze były ratowane z opresji i przygarniane. Nie wierzę w kupowanie rasowych zwierząt i zgadzam się z przekonaniem, że póki w schroniskach żyje choć jeden pies lub kot, nie mamy moralnego prawa rozmnażać ani kupować sobie towarzyszy. Zawsze gdzieś jest ktoś, kto potrzebuje naszej pomocy.

Po trwającym nieco ponad rok epizodzie australijskim Kuba został na włościach sam. Aż do pewnego wiosennego dnia, gdy dostał od nas szczeniaka. Bo przecież tak to wyglądało – Kuba od trzech lat mieszkał u siebie, a Bilbo, choć już w wieku sześciu tygodni przerastał go wielokrotnie swoją puchowatością, od początku znalazł się na podporządkowanej pozycji, o czym nasz dzielny wróbel nie omieszkał go bardzo dotkliwie poinformować w ciągu pierwszych paru minut szczenięcej obecności w domu. Myślę, że nos naszego psa na długo zapamiętał, czym się kończy radosne obwąchiwanie pewnego siebie łuszczaka. Przez resztę ich wspólnego życia Kuba przypominał mu o tym regularnie. Ta hierarchia utrzymała się właściwie do końca życia suwerena. Choć dla dorosłego Bilba Kuba był stworzeniem mniejszym od psiego ucha, to wróbel zawsze miał dostęp do psiej miski jako pierwszy. Buzujący wilczym apetytem Bilbo codziennie musiał cierpliwie czekać, aż bezczelne ptaszysko skończy się opychać jego kaszą. Gdy Bilbo dostawał kość (przy okazji – wciąż mówimy o latach osiemdziesiątych XX wieku, na kilka dekad przed ekranizacją tolkienowskiej sagi, w zamierzchłych czasach, przed wymyślnymi psimi karmami, internetem, aparatami cyfrowymi, zachodnimi batonami czekoladowymi, McDonaldem i telefonami komórkowymi. Mówimy o zgrzebnych czasach późnego PRL-u, gdy stan wojenny już się wprawdzie skończył, ale kryzys ekonomiczny miał się dobrze, gdy rodzice wciąż puszczali swoje dzieci na ulicę z kluczem od domu na szyi, ze szkoły pod dom można było wracać nawet cztery godziny i nikt się nie niepokoił, najlepsze wakacje polegały na tym, że się jechało pod namiot gdzieś w dzikie Podlasie, w Bieszczady lub na Mazury, a przed każdą taką wyprawą należało kupić stertę ciężkich puszek z konserwami, bo wiadomo, że na miejscu niczego się kupić nie da. O takich mówimy czasach). A zatem: gdy Bilbo dostawał kość, nasz nieustraszony wróbel siadał mu na siekaczach dolnej szczęki niczym któryś z afrykańskich czyścicieli w paszczy krokodyla i sam ową kość ochoczo obdziobywał, prosto z psiej gardzieli. Do dziś żałuję, że nie miałem wtedy aparatu. Mina mojego ogromnego psa, w którego pysku rządził się wróbel, jest tym obrazkiem mojego dzieciństwa, który chciałbym zachować na zawsze.

Bilbo wyrósł na wspaniałego psa. Z artystyczną swobodą radośnie łączył cechy wszystkich możliwych ras, jakie miały w nim swój udział, ale kwadratową sylwetką najbardziej przypominał rosłego malamuta, tyle że ubarwionego jak podpalany wilczur. Do tej pory uważam, że tak wygląda pies idealny. Wielki, bardzo kudłaty i niesłychanie wrażliwy, towarzyszył mi wszędzie, a jego dumnie zakręcony ogon był sztandarem najfajniejszych przygód mojego dzieciństwa i bolesnej nastoletniości. Jeśli chodzi o charakter, to prezentował raczej typ refleksyjnego amanta z upodobaniem do starszych pań (jego największą życiową miłością pozostała niewiarygodnie antyczna i bardzo oryginalnie urodziwa suczka z trzeciego piętra) niż wojownika. Złośliwi mogliby nawet twierdzić, że był dość tchórzliwy, ale ja wolę o nim myśleć jako o urodzonym pacyfiście. Faktycznie, walk unikał, a większość dużych psów obchodził szerokim łukiem albo wręcz odmawiał obchodzenia całkowicie: stawał w miejscu i nagle stwierdzał, że właściwie zamierzał iść w przeciwną stronę. I to bardzo szybko. Ale jak przyszło co do czego, pokazywał, że tak naprawdę radzi sobie świetnie. Musiał tylko mieć motywację. Myślę, że jego łagodność mogła wynikać z tego, że wzrastał w przekonaniu, że jest słabszy od wróbla, bo przez pierwszych kilka lat życia wciąż musiał ustępować pierzastej złośliwości. Kuba był bezlitosny. Często z czystej nudy podlatywał do ufnie śpiącego na plecach psa tylko po to, by dziobnąć go w nos albo w mosznę (zawsze przejawiał talent do wyszukiwania czułych punktów). Gdy obudzony gwałtownym bólem Bilbo stawał nagle na nogi, Kuba już na niego czekał, nastroszony i wściekle ćwierkający, gotów do rozróby. A nasz pies mimo wszystko go uwielbiał, choć na ogół wróbel odwzajemniał miłość bardzo niesprawiedliwie: Bilbo kochał Kubę, a Kuba kochał go prześladować. Z czterech lat ich współistnienia pamiętam tylko jedną sytuację, gdy wredne ptaszysko zbliżyło się do swojego wielkiego przyjaciela w ewidentnie przyjaznych zamiarach, a i ta sytuacja okazała się symptomatycznie nacechowana bezczelnym wykorzystaniem.

Którejś zimy, jak to się wtedy zdarzało, znowu wysiadło nam centralne ogrzewanie. W domu było zimno, wszyscy chodzili w swetrach, a Bilbo (zawsze zimnolubny) w pełni korzystał z dobrodziejstw swojego grubego futra. Jak się okazało, nie tylko on. Idąc przez przedpokój, zauważyłem, że mój pies leży wprawdzie na swoim stałym miejscu przy drzwiach, ale odniosłem wrażenie, że coś jest nie tak. Leżał sztywny jak sfinks, z wybałuszonymi z przejęcia ślepiami. Obejrzałem go dokładniej. Dopiero po chwili dostrzegłem ruch przy lewej tylnej nodze – z psiej pachwiny wystawała bezwstydnie uśmiechnięta ptasia główka. Kuba najwidoczniej potrzebował przytulnego schronienia, a gdzie może być cieplej i wygodniej niż w zgięciu psiej nogi, przy samym atłasowym brzuchu? Bilbo jeszcze przez godzinę nie śmiał się ruszyć. W końcu zadowolony z siebie wróbel się wygrzał i poleciał coś zjeść.

Kuba przeżył siedem lat, po czym zapadł na przeziębienie. Kaszlał przez tydzień, a potem umarł. Bilbo znalazł go rano. Zaczął delikatnie podnosić ptasie truchełko i podrzucać w nadziei, że ukochany prześladowca jeszcze poleci. A potem wpadł w kilkudniową depresję.

Lata wyuczonej delikatności wobec małych zwierzątek sprawiły, że nasz pies w zasadzie chciał się opiekować każdym, a zęby pokazywał tylko wtedy, gdy czuł, że któryś z jego podopiecznych jest zagrożony. Spośród wszystkich psich ras składających się na tę wspaniałą miksturę najsilniejszy wpływ na jego charakter miała znacząca domieszka owczarka. Co ciekawe, musiał to być owczarek do wypasania manatów albo innych wodnych stworzeń, bo odpowiednie instynkty ujawniały się dopiero po dodaniu do nich wody. Uwielbiał pływać, ale żył w przekonaniu, że poza nim nikt tego nie potrafi. Dlatego pierwsza i ostatnia próba wspólnej z nim kąpieli o mało nie skończyła się dla mnie tragicznie – kiedy do mnie podpłynął, złapał mnie mocno za bark i zaczął wyciągać z wody. O mało się nie utopiłem, a ramię przestało drętwieć po trzech dniach. Jakoś udało mi się wyrwać, ale mój wierny obrońca stał między mną a brzegiem. Musiałem go wywabić na głębszą wodę, a potem opłynąć pod spodem i pędem wrócić na ląd. No i zapomnieć o dalszych zabawach. W płytkiej wodzie nie było lepiej. Kiedyś wybraliśmy się z grupą przyjaciół na spacer Narwią. Szliśmy wzdłuż jej płytkiego nurtu. Bilbo najpierw szczekał zaniepokojony, potem zaganiał maruderów do środka grupy i podgryzał tych, którzy chcieli kawałek podpłynąć, aż w końcu zaczął krążyć wokół naszej ciasnej już gromadki. Odprowadził nas na miejsce niczym stado potulnych rzecznych owiec. Czuliśmy się nadzwyczajnie zaopiekowani.

Tylko raz widziałem go walczącego. Wtedy też chodziło o zagrożenie, w jakim się znalazł jego mniejszy kolega. Miałem szesnaście lat i jakoś tak się składało, że za każdym razem, gdy z nim wychodziłem i zaczynałem na niego gwizdać, zupełnym przypadkiem zjawiała się jakaś koleżanka ze swoim pupilem. Żeby nam zapewnić miłe towarzystwo, musiałem więc tylko wybrać odpowiedni blok. Oznaczało to, że Bilbo miał dwóch psich kolegów: cocker spaniela i pudla. Z każdym z nich się dosyć lubił, ale każdego czasem strofował. Któregoś dnia mój pies odbiegł dosyć daleko, a na „jego” spaniela rzuciły się dwa duże psy. Wilczur stał nad nim i okładał go kagańcem, a wyżeł podgryzał wszystko, co wystawało spod wilczura. Wyglądało to fatalnie. Koleżanka we łzach, ja w panice szykowałem się do bohaterskiej i samobójczej interwencji, gdy nagle usłyszałem tętent szarży ciężkiej kawalerii – Bilbo z rozpędu najpierw dosłownie zmiótł z ziemi wyżła, potem zatoczył koło i to samo zrobił z owczarkiem. Na koniec zatoczył kolejne koło i sam zaczął tarmosić biednego spaniela – widać nie lubił się dzielić zabawkami. To był jego kolega do gryzienia.

Sympatia do małych stworzeń wyćwiczona na Kubie bardzo nam pomogła, gdy w rodzinie pojawił się Zygmunt, introwertyczny żółw stepowy. Zygmunt zresztą przeżył swoich kompanów. Ma się dobrze od dwudziestu pięciu lat. Jest wprawdzie trochę zamknięty w sobie, ale to prawdziwy twardziel. Nawet teraz, gdy piszę, głośno i lubieżnie konsumuje swój wieloletni romans z towarzyszącą mu w terrarium doniczką.

Wszyscy wiemy, że żółwie nie zawsze są powolne. Ale wychodzenie z nimi na spacer nie należy do najbardziej ekscytujących przygód. Dlatego najlepiej sprawdzało się siadanie na trawie z Zygmuntem w pobliżu i książką w ręku. Tyle że potem zawsze był problem ze znalezieniem pancernego towarzysza. Postanowiłem więc zaprząc do roboty owczarka. Oczywiście nie obyło się bez nieporozumień – gdy spytałem po raz pierwszy, gdzie jest Zygmunt, Bilbo ochoczo go zaaportował. To nie było najlepsze rozwiązanie, zwłaszcza z punktu widzenia Zygmunta. Po kilku słowach korekty (Bilbo był bardzo mądry i szybko się uczył) przeszliśmy do radosnego walenia łapą w zaginioną skorupę. To też pozostawiało wiele do życzenia. Po moim następnym komentarzu ustaliliśmy, że znalezionego żółwia wystarczy obszczekać (jemu to nie przeszkadzało, żółwie nie słyszą takich dźwięków) i od tego czasu stosunki psio-gadzie układały się wzorowo, choć Bilbo chyba do końca życia nie wyszedł ze zdumienia, że ma w domu chodzącą i gryzącą w nos kość.

Jedną z wielu cech tego cudownego psa, które tak przyjaźnie mnie do niego nastrajały, był jego entuzjazm wobec upałów. Miał go tyle samo co ja. Ujawnił się już w czasie naszych pierwszych szczenięcych spacerów. Od początku dziwił nas jego sposób spacerowania – galop do przodu, czekanie na resztę rodziny, coraz większa rozpacz, gdy go mijaliśmy, i znów bieg. Dopiero po chwili zauważyliśmy, że biegnie od cienia do cienia, żeby jak najkrócej przebywać na słońcu. I tak mu już zostało. Latem najchętniej całe dnie spędzał zanurzony po szyję w jeziorze, a na spacery lubił wychodzić dopiero po zmroku. Za to w zimie mógł cały dzień buszować w śniegu. Zdecydowanie było to jego naturalne środowisko.

W sześć lat po nastaniu Bilba nadeszło wyjątkowo gorące lato. Któregoś dnia nie było mnie wieczorem w domu. Moi rodzice postanowili wyjść z nim na wieczorny spacer: wokół górki pod naszym blokiem. Bilbo, zawsze skory do zabawy i pełen energii, radośnie wbiegł na górkę, ale kiedy kilka minut później rodzice ją obeszli, leżał już martwy po drugiej stronie. Jego serce nie wytrzymało lipcowego gorąca.

Śmierć Bilba, towarzysza wszystkich moich przygód i stałego kompana czasów dorastania, była bolesnym i symbolicznym końcem mojego dzieciństwa. Dla mnie to była pierwsza śmierć kogoś tak bliskiego. To, że niespodziewana, wiązało się oczywiście z ciężkim szokiem tych, którzy pozostali. Pocieszam się tylko, że mój przyjaciel nie cierpiał i że do ostatniej chwili żył pełnią życia. To najważniejsze. Żywi sobie poradzą.

Po Bilbie zostały mi wspaniałe wspomnienia i kilka pozrywanych karabinków alpinistycznych, na których naiwnie próbowałem go przytrzymać (zwykłe gięły się jak plastelina). Uwielbiam psy, ale jak dotąd żaden inny nie pojawił się w moim stadzie, i dopóki nie mam domu z ogrodem i dopóki często wyjeżdżam, żaden się nie pojawi. Mam nadzieję, że Bilbo nie miałby mi za złe, że wszyscy jego następcy dużo częściej miauczą, niż szczekają.

2. Era kotów

Choć od zawsze podziwiałem koty, jakoś tak się składało, że bardzo długo z żadnym z nich za dobrze się nie znałem. Spotykałem koty na wakacjach i u znajomych, były to jednak tylko przelotne romanse. Utwierdzały mnie w przekonaniu, że to jedno z najbardziej udanych zwierząt na świecie. Do tej pory uważam, że stwarzając koty, Darwin był w najlepszej formie. Tak doskonałe połączenie idealnej gracji z bezkompromisową skutecznością zabójcy wymagało najwyższej inspiracji. O tym, jak świetną konstrukcją ewolucyjną są koty, świadczy chociażby ich sukces – żyją praktycznie we wszystkich lądowych ekosystemach, wszędzie są szczytowymi drapieżnikami i niezależnie od wielkości wszystkie właściwie wyglądają tak samo. Może jedynym wyjątkiem jest gepard, który pod niektórymi względami jest trochę bardziej psem niż kotem (nie umie chować pazurów i ma je lepiej przystosowane do biegania, mniej zaś do wspinania się na cokolwiek i łapania ofiar). Ale jeśli przyjmiemy, że gepard to kot, który postanowił zostać psem i polować jak psy, to chapeau bas! Bo jako wybitny sprinter w byciu psem jest lepszy od innych psów. Znowu koty górą!

Być może spod profesjonalnego obiektywizmu delikatnie przebija tu moje absolutne uwielbienie dla kotowatych, ale nic na to nie poradzę. Kocham je i już.

A jednak zanim w moim domu pojawił się pierwszy z nich, minęło sporo czasu. Jak to ponoć zwykle z kotami bywa, nie tyle ja zdecydowałem się w końcu na kota, ile Kot (od razu wielką literą) postanowił zamieszkać ze mną. Badałem wtedy norki na Mazurach. To był wyjątkowo zimny listopad – z temperaturami dochodzącymi do minus dwudziestu stopni. Mieszkałem w stacji terenowej Uniwersytetu Warszawskiego w Urwitałcie i właśnie przyjechała kolejna grupa studentów, żeby mnie wspierać w terenie. Dla nich to były aktywne ferie w pięknym miejscu, dla mnie konkretna pomoc w badaniach. Urwitałt leży z dala od cywilizacji, od najbliższego miasteczka (Mikołajek). Żeby się do nas dostać, należało drałować jeszcze sześć kilometrów. Tego wieczoru, gdy przyszli studenci, za nimi, nieprzesadnie dyskretnie, przybiegł Kot, którego spotkali na pobliskim moście. Kotów w okolicy zawsze było sporo. Na wiejskich terenach zdziczałe koty są jednymi z najliczniejszych drapieżników. Jeśli chodzi o nie, walczy we mnie bezgraniczna sympatia ze świadomością, że dzika przyroda to nie jest miejsce dla nich i że ich nienaturalnie duża liczebność (koty zawsze dostają trochę jedzenia w okolicznych gospodarstwach, więc jest ich na ogół więcej, niż pozwala ekologiczna pojemność środowiska) prowadzi do niewspółmiernie dużych strat w populacjach ofiar. Nie będę ukrywał, że na stacji przywitałem go dość ozięble. Dostał wprawdzie trochę ryby przeznaczonej do zachęcania norek, by wchodziły do pułapek żywołownych, ale do budynku nie miał wstępu. Przynajmniej w teorii. Cóż jednak może zdziałać chłód zawodowego naukowca w zderzeniu ze spontaniczną litością młodych studentów i studentek? Kiedy dzień później Kot dalej kręcił się po okolicy, jedna z moich pomocniczek pozwoliła mu wejść do środka. Natychmiast rozsiadł się na fotelu przed telewizorem, czym mocno podważył moją pierwotną hipotezę o swojej dzikości i udowodnił, że doskonale wie, co kot w domu robić powinien. Jego zaufanie do obcych było o tyle dziwne, że bliższe oględziny wykazały poprzypalane wąsy i przegryziony język, prawdopodobnie od uderzenia w pyszczek. Nie miał z ludźmi dobrych doświadczeń.

To niesamowite, jak uratowane zwierzęta dają nam drugą szansę. Kot najwyraźniej uznał, że nam może zaufać. Mój opór też już zdecydowanie osłabł. Dostawał już regularnie posiłki i miał wstęp do domu, ale pojawił się nowy problem. Wobec coraz bardziej oczywistej domowej proweniencji naszego lokatora perspektywa opuszczenia przez nas tydzień później stacji nasunęła nam pytanie: co dalej z Kotem? Ewidentnie nie było to dzikie zwierzę, a mrozy wciąż trzymały. Zatem Kot wraca ze mną. Ponieważ nie mam i nie umiem prowadzić samochodu, obiecał nas wziąć kolega.

Nasłuchałem się w życiu o podróżach z kotami, o tym jakie to dla wszystkich traumatyczne doświadczenie. No, ale trudno, co zrobić. Postarałem się o solidne pudełko, zwabiłem tam Kota, włączyłem alarm w budynku, zamknąłem stację. Jedziemy! Cóż mogę powiedzieć? Było strasznie. Kot walczył jak tygrys albo inna pantera. Ledwo udawało mi się domykać raptownie rozpadającą się w strzępy pokrywkę pudełka. Oczywiście teoretycznie istniała możliwość wypuszczenia go z tymczasowego więzienia, ale wizja kociej furii skaczącej po całym samochodzie na ruchliwej trasie skutecznie nas zniechęcała.

Pudełko dotrwało jakoś tak do Myszyńca, czyli przetrwało jakieś siedemdziesiąt kilometrów, może jedną czwartą trasy. Przez rozdarty karton wysunęła się pazurzasta łapa, po chwili druga, potem wściekle najeżony zębami pysk. Koci Armagedon wydawał się nieunikniony, szykowaliśmy się na najgorsze. W końcu nic już nie mogło go powstrzymać. Rozjuszony kocur wyskoczył z pudełka i... położył się na półce pod tylnym oknem, po czym spokojnie zasnął, by się zbudzić dopiero w Warszawie. To nie był ostatni raz, ale z pewnością pierwszy, gdy kocie dostojeństwo sprawiło, że poczułem się jak idiota.

Jak wiemy z filmowej klasyki, osiedlenie się w prawdziwie własnym domu to moment, w którym kot powinien zyskać imię. Nie jestem wprawdzie Holly Golightly, ale ja też stanąłem przed tym wyzwaniem. I wtedy właśnie sobie uświadomiłem, że mój (przy zachowaniu wszelkich proporcji, czyli zakładając karkołomnie, że kot w ogóle może być czyjś) Kot imię już ma. Każdy kot ma zdecydowanie zbyt wysokie stężenie osobowości, żeby mu próbować imię nadawać. Nazywanie kota, czyli formalne zawłaszczanie go, wydawało mi się afrontem, nieomal bluźnierstwem. Stwierdziłem, że nie mam prawa tego robić. Kot doskonale zniósł przeprowadzkę do stolicy. W moim mieszkaniu żyło wtedy troje ludzi i Zygmunt, a także czarny szczur imieniem Karol. Ten jako jedyny z nowego towarzystwa wyraźnie się nie ucieszył (bez wzajemności, Kot był wręcz zachwycony!) i dosyć szybko poprosił o azyl u rodziny swojej właścicielki (znowu w bardzo umownym sensie tego słowa), gdzie dożył szczęśliwej starości. Z pozostałymi domownikami Kot natychmiast bardzo się zaprzyjaźnił.

Był absolutnie fantastyczny. Okazało się na przykład, że za pierwszym razem to pudełko go wkurzało, ale w ogóle podróżować bardzo lubi, zarówno metrem, jak i dalekobieżnym pociągiem, autobusem czy samochodem. Zabierałem go ze sobą, gdzie tylko mogłem. Na kilka lat stał się wiernym towarzyszem moich badań terenowych. Okolice zwiedzał na ogół na własną łapę, ale zawsze dokładnie wiedział, kiedy przychodziła pora na powrót i nigdy nie musiałem go szukać. Stał się żywym dowodem na to, że mit o kocim przywiązaniu do miejsca, a nie do człowieka, to kompletna bzdura. Z punktu widzenia Kota jego terytorium rozciągało się tam, gdzie akurat byłem ja. Oczywiście zdarzało się, że przez swoją nonszalancję pakował się w kłopoty. W tamtym czasie moi rodzice bardzo słusznie uznali, że nie bardzo im się chce urządzać grudniowe święta w domu i że lepiej ten czas spędzić w rodzinnym gronie, ale bez stresów i kulinarnych wysiłków. Dlatego w zimie jeździliśmy do Pułtuska. Przez kilka lat wynajmowaliśmy tam mały domek nad wodą. Kot, rzecz jasna, jeździł ze mną. Pierwszy raz, kiedy jeszcze za dobrze się nie znaliśmy. Mieszkał ze mną niecały miesiąc i to był nasz pierwszy wspólny wyjazd, więc nie wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej że wedle ocen weterynarzy Kot nie miał jeszcze roku. Okazało się jednak, że niepotrzebnie się niepokoiłem. Chwilę po rozpakowaniu bagaży i obejrzeniu domku grzecznie poprosił o wypuszczenie na dwór. Chciał pozwiedzać okolicę.

Co jakiś czas wychodziłem na zewnątrz – w końcu było dość zimno, okolica obca, Kot do domku jeszcze nie przywykł. Za którymś razem nagle moją uwagę przykuł przenikliwy koci wrzask. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyłem Kota w pełnym galopie, mknącego w stronę otwartych drzwi domku. Biegł, wzburzając śnieg i kłęby wyrwanych kłaków, a tuż za nim pędził miejscowy kocur, ogromny i wściekły rudzielec. Po chwili drzwi rozdzieliły oburzonego rezydenta i bardzo skruszonego gościa, który do końca naszego tam pobytu owszem, wychodził, ale bardzo ostrożnie i na krótko. Dostał nauczkę i wyciągnął wnioski. Jak się okazało – na długo.

Rok później znaleźliśmy się w tym samym miejscu. Kot w międzyczasie urósł i zmężniał. Znaliśmy się już świetnie i mieliśmy za sobą niejedną wyprawę. Nie wiedziałem, czy pozna miejsce swojej sromotnej klęski. Poznał, choć nie od razu. Po chwili oznajmił, że ma do załatwienia na dworze coś bardzo ważnego. Wypuściłem go, zastanawiając się, co zrobi. Odszedł spiesznie, wyraźnie czegoś szukając. Nagle moją uwagę zwrócił przenikliwy koci wrzask. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyłem Kota w pełnym galopie. Biegł, wzburzając śnieg i kłęby wyrwanych kłaków, a tuż przed nim pędził miejscowy kocur, ogromny i wściekły rudzielec! Aha, taką miał sprawę. Dokonawszy zemsty, wrócił do domu, wyraźnie z siebie zadowolony. Do końca spędzał na dworze mnóstwo czasu, a obrzydliwy uśmiech nie schodził mu z pyszczka. Czuliśmy się nawet trochę głupio.

Kot był absolutnie wspaniały. Kot w wersji eksportowej. Kiedy wyjeżdżałem sam, nie mogłem go podrzucać dwa razy tej samej osobie, bo później nikt nie chciał go oddać, a ja miałem wrażenie, że jestem jak gestapowiec przychodzący nad ranem po członka rodziny. Nawet ludzie deklarujący nienawiść dla kotów po kilkudniowym obcowaniu z moim przyjacielem natychmiast jakieś koty przygarniali. Miał wspaniały charakter, nikogo się nie bał, ze wszystkimi szybko się zaprzyjaźniał. A jakby tego było mało, miał jeszcze włącznik, którego demonstracja roztapiała ostatnie lodowe ściany w ludzkich sercach. Wystarczyło go podrapać po grzbiecie u nasady ogona, a nagle sztywniał cały z maksymalnie wyciągniętą szyją, by po chwili, z zachowaniem sztywności, rytmicznie zacząć bujać głową to w lewo, to w prawo. Nikt nie mógł mu się oprzeć.

Niedługo po powrocie ze świątecznej batalii Kot miał wypadek. Mieszkam na poddaszu. W nocy padało, ale było ciepło, więc zostawiliśmy dachowe okna uchylone. Musiał zobaczyć na zewnątrz coś kuszącego i ześliznąć się po mokrym blaszanym dachu, bo rano znaleźliśmy go miauczącego żałośnie pod krzakiem – cztery piętra niżej. Miał rozbite poduszki obu przednich łap, wybite siekacze i złamaną prawą przednią łapę. Rehabilitacja trwała długo, z całą procedurą zdejmowania sobie kolejnych gipsów, gdy tylko ktoś mu je założył. Skończyło się na platynowym implancie. Przez ponad miesiąc Kot kuśtykał z łapą wyciągniętą w geście zamawiającego pięć piw narodowca, a kiedy miauczał, seplenił. Już do końca życia. Niestety jego ruchliwość siłą rzeczy została ograniczona: nabranej wtedy dodatkowej masy już nigdy nie zdołał się pozbyć.

Kot doszedł do siebie, a w składzie naszej kilkugatunkowej watahy niespodzianie zaszły zmiany. Pracowałem wtedy jako wolontariusz w jednym z podwarszawskich schronisk dla zwierząt. Co tydzień jeździłem ze znajomymi wyprowadzać tamtejsze psiaki. Polecam to każdemu – trochę ruchu na świeżym powietrzu i ogromna wdzięczność zwierząt desperacko wypatrujących wszelkiej życzliwości. Tego się nie da przecenić. Oczywiście jak w każdym schronisku była tam też kociarnia. Któregoś razu postanowiłem ją odwiedzić. Jak mi później wyznali moi podstępni przyjaciele, wiedzieli, że nie wyjdę sam. Mieli rację. W różnorodnym tłumie kotów w różnym wieku, na samym środku Sali, siedziała młoda dziewczyna. Głaskała coś, co miała na kolanach. Już właściwie w drzwiach zacząłem się łamać, a kiedy spojrzała na mnie, podnosząc to coś w dłoniach, i zapytała: – Może tego? – już było po balu. Trzymała najbrzydsze małe zwierzątko na świecie, kocurka. Okazało się, że jest tak słaby, chory i śmierdzący, że nikt go nie chce. Schronisko wbrew zasadom oddało mi go za darmo, „bo i tak pewnie długo nie pociągnie”. Od razu pojechaliśmy do weterynarza. Okazało się, że kocurek w rzeczywistości jest kotką, w dodatku chorą na wszystkie możliwe kocie choroby, ale niezwykle ufną i bardzo spragnioną miłości. Mała, bo automatycznie tak została nazwana, dostała mnóstwo zastrzyków, witamin i innych medykamentów, po czym wróciliśmy do domu z zaleceniem ścisłej kwarantanny. Przez następny tydzień mieszkała w dużym pokoju i powoli dochodząc do siebie, obwąchiwała się z Kotem przez szparę pod zamkniętymi drzwiami. Była tak wdzięczna, że gdy chodziłem do niej popracować, siadała mi na przedramieniu i owijała się wokół nadgarstka jak ciepła śmierdząca mufka. Nie puszczała mnie ani na chwilę, a kiedy wychodziłem z pokoju i zamykałem drzwi, wpadała w czarną rozpacz.

Mimo że zostały rozdzielone, po tygodniu Kot zachorował. Jego zdrowy mazurski organizm nigdy nie miał kontaktu z miejskimi chorobami. Trzymał się dzielnie, ale w końcu cały spuchł i padł, a ja zacząłem codziennie chodzić do weterynarza z dwoma kotami. Musiał minąć tydzień, nim Kot poczuł się nieco lepiej. A Mała w tym czasie bardzo się ożywiła. Biegała po całym mieszkaniu i próbowała go wciągnąć do zabawy. Jemu jednak nie zabawy były w głowie. Jak tylko odzyskał pełnię sił, poszedł na Małą zapolować. Mimo jej głośnych protestów złapał ją za łeb i przez pół godziny lizał do czysta, od nosa po czubek ogona. Dopiero wtedy, gdy według niego nowa koleżanka zaczęła się do czegoś nadawać, jego wujowska miłość rozkwitła. Tworzyli parę absolutnie nierozłączną. Małą zachwyciła ta adopcja, a Kot odnalazł w sobie instynkty rodzicielskie, o których sam pewnie nie miał pojęcia.

Zmieniło się coś jeszcze. Do tej pory, kiedy ktokolwiek z trojga ludzkich domowników wracał do domu, już z parteru dało się słyszeć głośne miauczenie. Kot rzucał się na nas w drzwiach i nie odstępował na krok, na wszystkie sposoby okazując zachwyt, że znów ma towarzystwo. Kiedy nastała Mała, oba koty, owszem, uprzejmie nas witały, ale po chwili wracały do swoich zajęć. Wtedy sobie uświadomiłem, że już nigdy nie będę trzymał w domu jednego kota. To zwyczajne okrucieństwo. Z dwoma jest tyle samo roboty i ta sama odpowiedzialność. Schodzi tylko trochę więcej karmy i żwirku, ale te inteligentne zwierzaki są dużo szczęśliwsze w towarzystwie przyjaciół. Nie ma codziennej wielogodzinnej nudy samotności. Kot nie witał nas wcześniej tak dramatycznie dlatego, że kochał nas bardziej. Zwyczajnie sam czuł się bardzo źle i cieszył się za każdym razem, kiedy te męki się kończyły. Dopiero dwa koty nasze wyjścia z domu mogą znosić bez problemu, a wracającym domownikom okazywać autentyczną i bezinteresowną miłość.

Mała wyrosła na najpiękniejsze stworzenie, jakie w życiu widziałem. Podobnie jak Kot miała pręgi, tylko u niego tło było bure, a u niej szare. Gibka i elegancka, zawsze skora do zabaw. Po żałosnym stworzeniu, które tak niedawno poznałem, nie został nawet ślad. Może poza wdzięczną miłością – kiedy tylko mogła, spędzała czas na mnie lub obok mnie.

Kończyłem właśnie pisać doktorat na Uniwersytecie Warszawskim. Wcześniej pracowałem tam jako asystent, więc teoretycznie po obronie czekał na mnie etat. Nie miałem nic przeciwko zostaniu na uczelni. Owszem, w polskiej nauce panowały wtedy feudalne stosunki. Pewnie wciąż niewiele się zmieniło. Pełno było porośniętych mchem profesorów, którzy całą Mądrość Świata posiedli w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych i już ją mieli, nie musieli przyjmować do wiadomości nowych faktów i odkryć. Najwyraźniej ujawniało się to po każdym z moich powrotów z zagranicznych stypendiów. Pełen zapału i z przeświadczeniem, że to, co robię, ma sens, z energią i rozpędem wpadałem nie tyle na mur, ile w grząski beton, który stopniowo mnie unieruchamiał. Nie wszyscy, rzecz jasna, byli tacy. Często też winy nie dało się przypisać profesorom – raczej biurokratycznej inercji. Spotkałem na UW mnóstwo inspirujących, mądrych ludzi, ale zderzałem się też z frustratami, którzy znaleźli się tam zapewne dlatego, że nigdzie indziej nie mieli szans. Nie zapomnę na przykład kolegi z wydziału, który wrócił kiedyś po kolokwium i przechwalał się, że znowu wygrał, bo postawił same dwóje. Nie rozumiem, jak można się przechwalać tym, że jest się beznadziejnym nauczycielem.

Wszelkie tego typu frustracje rekompensowali mi z nawiązką studenci. Zawsze uważałem, że nie są ani trochę ode mnie głupsi. Po prostu urodzili się później i to dlatego ja jestem po tej stronie katedry, a oni po tamtej. A dzięki ich pytaniom – „naiwnym” w najlepszym znaczeniu tego słowa – które mnie by do obciążonej fachową wiedzą głowy nie przyszły, mogłem spojrzeć na różne rzeczy pod nowym kątem, weryfikować je w nowym świetle. Dlatego z własnych wykładów korzystałem w tym samym stopniu co oni. To studenci nie pozwalali mi przestać się rozwijać. Chciałem dalej z nimi pracować. Ale w wyniku restrukturyzacji naszego zakładu okrojono liczbę etatów. W tym samym czasie doktorat kończył mój starszy kolega. Promotor wezwał mnie na rozmowę i oznajmił z rozbrajającą szczerością, że jestem młody, znam języki obce i na pewno sobie poradzę, więc on zatrudni mojego kolegę, bo „kto inny go zechce?”. Musiałem szukać innej pracy.

Kilku moich starszych kolegów było już na Antarktydzie. Ja też marzyłem o tym, żeby kiedyś tam trafić. Zgłosiłem się więc na XXVII Polską Wyprawę Antarktyczną. Miałem przez dwanaście miesięcy pracować jako biolog i studiować słonie morskie. Porażka na uczelni okazała się najlepszym kopem w zadek, najszczęśliwszym impulsem, jaki mógł mi się zdarzyć. Choć wciąż z sarkazmem podchodzę do metod rekrutowania pracowników naukowych wiodącej polskiej uczelni, jestem mojemu promotorowi wdzięczny.

Ale o tym później. Na razie zbliżała się wyprawa, a ja miałem w domu dwa koty. Inni ludzie już z nami nie mieszkali i coś musiałem z nimi zrobić. Koty trafiły do mojej przyjaciółki, która szczęśliwie zgodziła się przygarnąć towarzystwo dla swojego pięknego rosyjskiego kota o wdzięcznym imieniu Myszkin.

W połowie wyprawy Kot zapadł na kamicę nerkową – dopadła go czarna chmura zawsze wisząca nad kocimi kastratami. Po miesiącu leczenia, kilku operacjach i strasznych cierpieniach – umarł. Ja byłem ponad czternaście tysięcy kilometrów dalej i nie mogłem mu w tym towarzyszyć, ale zawsze będę wspominał tego, który koty w moje życie wprowadził. To dzięki niemu wiem, że już zawsze ze mną będą.

Rok później nie od razu mogłem wrócić do swojego mieszkania. Tak się złożyło, że musiałem wrócić z wyprawy nieco wcześniej i nadal mieszkali w nim lokatorzy. W tym czasie przyjaciółka wypowiedziała Małej kwaterę. Inna wzięła ją na kilka tygodni. Wróciwszy w końcu do domu, stwierdziłem, że moja kotka przez większość swojego życia mnie nie widziała. Chciałem jej oszczędzić kolejnych rozstań, tym bardziej że dziewczyny bardzo sobie przypadły do gustu. Mała żyje do tej pory ze swoją chwilową opiekunką – już ponad dziesięć lat – w wielkim szczęściu i wzajemnej miłości.

Po powrocie z pierwszej wyprawy wiedziałem, że prędzej czy później koty znowu ze mną zamieszkają. Dużo się wtedy w moim życiu działo, dużo zmieniało, ale ta myśl delikatnie rozrastała mi się gdzieś pod skórą. Właściwie potrzebowałem tylko pretekstu. A ten nie kazał na siebie czekać zbyt długo. Któregoś wiosennego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów, żeby mi powiedzieć, że w piwnicy w bloku jej rodziców urodziła się cała kocia rodzina, ale zwyrodniały sąsiad otruł już matkę i większość młodych. Zostały tylko dwa czarne kociaki. Chwilowo zajmowali się nimi jej rodzice, ale nie mogli ich trzymać dłużej, bo mieli dwa własne (bardzo niezadowolone) koty, podobnie zresztą jak koleżanka. Zapytała, czy nie chciałbym samiczki, bo kocurka już sobie ktoś zamówił. Odbierze go za kilka dni, więc może wziąłbym na trochę oba? Trudno o wyraźniejszy znak. Oto w strasznych tarapatach znalazły się dwa maluchy, a ja od dzieciństwa marzyłem: jeśli kot, to najchętniej czarny. Zapytałem tylko koleżankę, czy zdaje sobie sprawę, że nie istnieje cień szansy, bym raz przechwyconego kocura oddał, skoro może i powinien żyć z siostrą. Odpowiedziała, że się tego spodziewała i dla tamtego kogoś ma już na oku kogoś innego.

I tak w moim życiu pojawiły się dwa wspaniałe demony. Ponieważ każdego kota trzeba moim zdaniem wysterylizować, ich zdolności rozrodcze zostały we wczesnej młodości skreślone przez mojego kuzyna weterynarza – na moim kuchennym stole. Po niemal ośmiu latach wciąż się budzę w ich majestatycznym towarzystwie – czuwają nade mną, bym na pewno nie trafił do nieba. Moja bogata wyobraźnia skonfrontowana z weterynaryjnymi dokumentami kazała mi w odpowiednich rubrykach wpisać Chłopak i Dziewczyna, ale nikt tych imion nie używa.

Oboje mieli wzloty i upadki. Miesiącami trwały między nimi wojny, lecz na ogół, tak jak teraz, ich krewniacza miłość kwitnie bez zakłóceń. Są identyczne, choć Chłopak jest odrobinę większy, ale kiedy widzę tylko jedno z nich, nie jestem pewien, z kim mam do czynienia. Dziewczyna jest wrażliwa, niemal neurotyczna, zawsze spragniona pieszczot, ale na ręce brać się nie pozwala. Jej brat jest zrobiony z gumy nasączonej bezgranicznym zaufaniem. Można z nim zrobić wszystko. Nawet gdy znajoma stanęła mu kiedyś na ogonie i tego nie zauważyła, spokojnie czekał, aż z ogona mu zejdzie, wydając jedynie ciche miauknięcia. Nie przyszło mu do głowy, że ktokolwiek mógłby chcieć go skrzywdzić.

Ale żeby nie było: to bardzo dzielny kocur. Gdy w naszym domu pojawiła się na krótko młoda amstafka, którą ktoś znalazł porzuconą w wielkim mieście i dwa dni musiała czekać na swojego nowego człowieka, bardzo szybko dał jej do zrozumienia, kto rządzi. Wyciągnął się bezczelnie na plecach tuż przed jej nosem, w pewnym momencie wstał, strzelił ją w pysk i położył się z powrotem.

Dziewczyna zużyła przynajmniej jedno ze swoich żyć, gdy parę lat temu zdiagnozowano u niej straszną, w stu procentach śmiertelną chorobę znaną pod skrótową nazwą FIP, czyli kocią białaczkę. Po dwóch miesiącach codziennych kroplówek, zastrzyków i ogólnego wyglądania jak osowiały szkielet zaczęła dochodzić do siebie, udowadniając, że należy do tych siedmiu procent kotów, u których identyczne objawy wynikają z innego schorzenia. Później stresy i alergia pokarmowa powodowały, że miesiącami wydrapywała sobie na grzbiecie ziejące rany, ale teraz i to minęło. Na karku została jej tylko mała łysa plamka.

Długo mógłbym opowiadać o ich perypetiach, więc żeby nie pisać oczywistości ani nie przynudzać, dodam tylko, że osiem lat zażyłości z moimi chowańcami to wspaniały okres. Gdy piszę te słowa, Chłopak włazi mi na klawiaturę, a Dziewczyna ociera o nogi. Myślę, że ich trwający od roku rozejm zawdzięczam wspólnemu frontowi niedowierzania i przerażenia, który stworzyły wraz z pojawieniem się w domu mojej córki, Hani. Żadne z nich jej nie krzywdzi, ale oboje raczej jej unikają. Prawdopodobnie źle znoszą wysokość tonu i natężenie jej miauczenia. A ja nie mogę się oprzeć myśli, że z jej punktu widzenia – jeśli wziąć pod uwagę niewielką różnicę masy ciała – dorastanie z dwoma czarnymi panterami to najlepsze, co można sobie wyobrazić.

Jedną z rzeczy, które w kotach uwielbiam, jest ich niesamowita odporność, również (albo zwłaszcza) na sugestie. To urodzeni anarchiści. Dla nich pojęcie posłuszeństwa jest zwyczajnie niezrozumiałe. Nie mają pojęcia, czego chcemy, wydając im polecenia. Można to łatwo pojąć, gdy porównamy ewolucję psów i kotów.

Koty mają swoją strukturę społeczną, jasne, ale polega ona na tym, że trzeba się orientować, kto jest silniejszy, czyli komu należy ustępować, a kto słabszy – i kogo można pogonić. Ale do złapania myszy wystarczy jeden kot, więc żadna współpraca nie jest do niczego potrzebna. U psów jest inaczej. Ponieważ do łowów na jelenia potrzebna jest współpraca całej wilczej watahy, posłuszeństwo i dyscyplina są dla psów czymś naturalnym: cieszą się, gdy znają swoje miejsce w szeregu. Uwielbiam psy i zawsze będę to podkreślał, ale to koty budzą mój najwyższy podziw. I nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że zachodnia nauka dopiero od niedawna oficjalnie przyznaje zwierzętom osobowość, uczucia i potrzeby duchowe, stwierdzając z oporami, że nie są tylko napędzanymi instynktami automatami. Czy naukowcy nigdy nie mieli psów ani kotów? Moje cztery koty to cztery diametralnie różne charaktery, a mój pies był inny od wszystkich innych psów, z którymi miałem zaszczyt się zetknąć.

Dzikich zwierząt spotkałem w życiu bez liku, ale oczywiście nikogo nie poznałem tak dobrze jak moich domowników. A jednak pisząc dalej, opowiadając o wspaniałych stworzeniach zamieszkujących coraz odleglejsze i dziksze krainy, staram się pamiętać, że każdy napotkany ryś, jenot, wilk czy niedźwiedź, każda z badanych przeze mnie norek, wreszcie każda z milionów spotkanych uchatek czy fok to osobny byt, niezależny charakter, unikalna i niepowtarzalna osobowość. Łatwo o tym zapomnieć, ale nasi właśni podopieczni, członkowie naszych rodzin, nam to uświadamiają na każdym kroku.

3. Dzicy

Tym, co zawsze bardzo ceniłem w moich rodzicach, to ich szacunek dla mojej pasji, którą od moich najwcześniejszych lat były zwierzęta. Odkąd zacząłem mówić, mówiłem, że gdy dorosnę, zostanę przyrodnikiem, jakkolwiek enigmatycznie mogło to brzmieć. Zawody moich rodziców nie miały nic wspólnego z przyrodą, ale dość wcześnie pogodzili się z tym, że nigdy nie będzie ze mnie porządny urzędnik ani bankier z dobrą pracą i perspektywami. Zamiast mi cokolwiek narzucać, umiejętnie podsycali moje zainteresowania. Za to jestem im wdzięczny najbardziej.

Nic zatem dziwnego, że najwcześniejsze zwierzęce wzruszenia mojego życia ściśle wiążą się z nimi: autorami pierwszych czytanych mi przez ojca książek byli Jack London i James Curwood, a bohaterami mojego dzieciństwa stali się niedźwiedź Tyr, mały Muskwa, Bari i Biały Kieł. Lato leśnych ludzi nauczyło mnie, że najwspanialszym zwierzęciem chodzącym po świecie jest rosomak. Wciąż zresztą tak uważam. Pamiętam też historie o koniach i bardziej cywilizowanych psach, które czytała mi mama, ale udomowione stworzenia nigdy nie zdobyły mojego dziecięcego serca tak jak mieszkańcy niedostępnych arktycznych pustkowi. To oni niepodzielnie zawładnęli moją wyobraźnią. Wzrastałem w przekonaniu, że nie da się ciekawie żyć tam, gdzie wypluta ślina nie zamarza, nim spadnie na ziemię. Wniosek stąd taki, że rejony polarne były mi po prostu przeznaczone.

Ale musiałem na to trochę poczekać. Najpierw były wieczorne spacery „na jelenie” w trakcie corocznych wakacji z ojcem na Warmii. Wychodziliśmy z domu koło dziewiątej wieczorem, by na skraju lasu czaić się i w późnym czerwcowym półmroku obserwować jelenie i sarny wychodzące na kolację na trawie. Któregoś wieczoru zamiast jeleni spotkaliśmy dziko wrzeszczącego faceta. Kiedy w końcu nas dopadł, aż kipiał ze złości.

– To wy nie wiecie, że tu się teraz poluje!? Nie wolno tu chodzić! Jestem funkcjonariuszem ORMO i zabraniam wam po zmierzchu wchodzić do lasu. Mogłem was ustrzelić!

Nie pamiętam, co odpowiedział ojciec, ale pamiętam wściekłą wąsatą twarz pewnego siebie grubasa, któremu ktoś przepłoszył ofiary. Był rok 1982, ormowcy zapewne czuli się panami świata. My na oglądanie jeleni chodziliśmy oczywiście dalej, ale mój stosunek do myśliwych od tego czasu się utrwalił. Już wtedy nie potrafiłem zrozumieć, jak można czerpać przyjemność z zabijania tych wspaniałych stworzeń. I do tej pory w każdym myśliwym widzę tę nadętą gębę gminnego sobiepana. Taki uraz.

Jednym z najbardziej emocjonujących wspomnień z tego okresu było nocne spotkanie ze stadem dzików. Wciąż mam przed oczami ich niewyraźne cienie wśród srebrzystych pni bukowego lasu, niepokój kilkorga dorosłych przewodzących naszej stojącej niepewnie pośrodku przecinki grupie i to, że byłem absolutnie zafascynowany. Miałem siedem lat i szliśmy palić kupałowe ognisko. Udało nam się minąć watahę. Nie doszło do konfliktu. Dziki, zajęte wyszukiwaniem buczynowych orzeszków, właściwie nie zwróciły na nas uwagi. Poszły w swoją stronę. A mnie w sercu długo jeszcze grała ta ekscytująca mieszanka lęku (głównie wynikającego ze zdenerwowania dorosłych) i absolutnego zachwytu. Właściwie do dziś gra, choć zachwytu jest zdecydowanie więcej.

Poza wakacyjnymi i weekendowymi spotkaniami z lisami, dzikami, sarnami i jeleniami, czyli poza sytuacjami, gdy to ja odwiedzałem dzikich mieszkańców lasu, zdarzało się, że to oni przychodzili do nas. Któregoś dnia zapukał do naszych drzwi podekscytowany sąsiad, oznajmiając, że pod blokiem łażą dwa łosie! Wymieniliśmy z tatą pełne politowania spojrzenia wytrawnych przyrodników. Jakie łosie? Pewnie sarny, często je przecież widujemy w Lesie Kabackim. Ale ubraliśmy się i wyszliśmy na dwór, a tam... łosie! A dokładniej klępa z podrośniętym łoszakiem. Maszerowały dostojnie wśród nieco przestraszonych i mocno podekscytowanych gapiów, w samym środku warszawskiego Ursynowa. Najwyraźniej wyszły z lasu i kierowały się wprost ku widocznym w oddali drzewom za torem służewieckich wyścigów konnych. Uznały, że tam znajdą schronienie, i zupełnie nie zwracały uwagi na ludzi, którzy próbowali je zawrócić tam, skąd przyszły. Miałem jakieś dwanaście lat i trochę się bałem wielkiej, idącej prosto na mnie klępy. Podziwiałem (i właściwie dalej podziwiam) tych kilka osób, które w miarę spokojnie stawały jej na drodze, odcinając od ruchliwych ulic. Ludzi nie było wielu i odnosiłem wrażenie, że niepokoją się o ich los. Spojrzałem klępie w oczy. Zobaczyłem strach, ale i ogromną determinację matki, która chce swoje dziecko zaprowadzić w bezpieczne miejsce. Mimo lęku czułem się bardziej związany z nią niż z wszystkimi dookoła.

Ostatecznie musiała interweniować milicja. Tym, co w byciu przyrodnikiem zawsze mnie pociągało, jest niezależność biologicznego świata od systemów politycznych. A jednak nawet na te łosie polityka miała wpływ. Był rok 1983, całkiem niedawno zawieszono stan wojenny i nikt z zebranych nie chciał dzwonić po milicjantów, żeby nie wyjść na konfidenta. W końcu gremialnie uznano, że sprawa jest wyjątkowa. Zjawiła się milicja i po długich deliberacjach udało się podjąć decyzję o uśpieniu łosi i przewiezieniu ich w bezpieczne miejsce. I tak się zakończyła ursynowska epopeja przestraszonej matki i kompletnie oszołomionego dzieciaka.

Jeśli pominąć sporadyczne wejrzenia w świat dzikich zwierząt, jeszcze trochę potrwało, nim mogłem z nimi spędzać więcej czasu. W liceum właściwie wiedziałem, że chcę pracować ze zwierzętami. Musiałem tylko zdecydować, co konkretnie chciałbym robić. Choć ciągnęło mnie i do polonistyki, i do anglistyki, a nawet do archeologii, z którą miałem wtedy kilka owocnych wakacyjnych spotkań, spośród poważnych kandydatów na przyszłe studia rozważałem głównie weterynarię (bo chciałem pomagać zwierzętom) i leśnictwo (bo lubię las). W końcu uznałem, że zamiast zajmować się naukami pochodnymi, lepiej się skupić na tym, co leży u ich podstaw – na biologii. Jak chyba każdy młody człowiek chciałem poznać sens życia, a wszak to biologia tłumaczy się na nasz język jako życioznawstwo. Poza tym w Polsce właśnie dogorywał komunizm, szykowały się zmiany, a mnie jakoś żaden z systemów za bardzo nie pociągał. Wręcz przeciwnie – podobała mi się myśl, że niezależnie od tego, kto rządzi światem, pantofelek zawsze rozmnaża się przez podział. Piękno nauk ścisłych polega na tym, że ich domeną jest rzeczywistość obiektywna, niezależna od ludzkich nadbudówek. Chemia mnie fascynowała, ale nie czułem się z nią komfortowo. Fizyka, zwłaszcza na wysokim poziomie abstrakcji, tam, gdzie niezauważenie przechodzi w poezję, fascynuje mnie do dziś. Jest tam na przykład horyzont zdarzeń, cienka na jeden atom sfera otaczająca czarną dziurę, na której równoważy się jej przyciąganie z przyciąganiem reszty kosmosu. Cokolwiek tam trafi, tkwi zawieszone w nieznanej wieczności, pozbawionej określonego przeznaczenia. Jeśli kiedyś otworzę knajpę, nazwę ją Horyzont Zdarzeń. Ale przyroda nieożywiona, choć piękna i ekscytująca, nie grała na strunach mojego serca tak jak jelenie wychodzące na wieczorny żer czy wilki chyłkiem podążające ich tropem. Dlatego konsekwentnie, już studiując biologię, wybierałem coraz wyższe poziomy złożoności – nie świat kwarków i atomów, nie magia związków chemicznych ani tajemniczy język genów czy zdumiewające zawiłości fizjologii, ale etologia i ekologia stały się moją pasją. Tłumaczyłem to sobie tak: jeśli płynę statkiem, to bardziej od skomplikowanych mechanizmów i szczegółów technicznych popychających go do przodu interesuje mnie to, dokąd płynie i po co. Chciałem poznawać zachowania zwierząt i kierujące nimi motywacje, a także złożoną sieć powiązań między nimi a środowiskiem, w którym żyją, zwłaszcza zaś z ożywionymi elementami tego środowiska, czyli innymi organizmami.

I poznawałem. Szybko wyszło na to, że właściwie najmilszym sposobem spędzania czasu jest praca w terenie. Mam co robić, zadaję się ze zwierzołkami, a wokoło nic tylko piękne okoliczności przyrody. Pierwszy poważniejszy kontakt z dziką naturą miałem, kiedy w dwanaście osób wybraliśmy się na Syberię pod pretekstem zaliczenia obowiązkowych praktyk studenckich. Było lato 1992 roku. Wjeżdżaliśmy do resztek Związku Radzieckiego, a wracaliśmy z Rosji. Zamiast jednak ten czas spędzić na obserwowaniu burzliwych przemian, trafiliśmy do maleńkiej „zamkniętej” wsi nad Jenisejem – Mirnoje, gdzie mieści się stacja terenowa Rosyjskiej Akademii Nauk. Już sama podróż okazała się ciekawa i obfitowała w przyrodnicze obserwacje. Po dobie spędzonej w pociągu na zwiedzanie Moskwy musieliśmy wychodzić w małych grupach, bo większość z nas musiała aktywnie bronić bagażu. Kolejne trzy dni przesiedzieliśmy w pociągu Kolei Transsyberyjskiej. Samolot nie daje pojęcia, jak wielki jest nasz świat. Dopiero kiedy konduktor zapytany o najbliższą stację odpowiada, że będzie dopiero jutro o siedemnastej, zaczyna się doceniać ogrom Rosji. I pole, które wokół linii kolejowej ciągnie się w każdą stronę po horyzont, i to przez bite trzy dni z rzędu. W końcu dotarliśmy do Krasnojarska. Tam wystarczyło, by tylko dwoje z nas zerkało na stertę plecaków i skrzyń. Reszta mogła spokojnie chodzić po dopiero co otwartym dla podróżujących mieście.

Krasnojarsk został założony przez Kozaków w 1628 roku i pełnił funkcję ufortyfikowanego przyczółku (inaczej ostróg) służącego do obrony przed okolicznymi Tatarami. Rozwijał się szybko i dość wcześnie zaczął pełnić rolę miejsca zsyłki, więc zesłańcy i ich potomkowie mieli czas, żeby stworzyć dobrze prosperującą, ale kierującą się własnymi zasadami i niechętną obcym społeczność. Jedna z miejskich historii opowiada o bogatym przedsiębiorcy z Petersburga, który w XIX wieku przyjechał tam w interesach. Miał pieniądze, chciał inwestować, ale okazało się, że mało kto chce z nim pracować. Mieszkał jakiś czas nad Jenisejem i wiedział, co powinien zrobić. Wrócił do Petersburga i dokonał włamania. Standardowo dawano za to dwa lata zesłania. Odsiedziawszy wyrok, wrócił do Krasnojarska. Przyjęto go jak swego i interesy rozkwitły.

Po powstaniu ZSRR komuniści kultywowali carską tradycję na coraz większą skalę. Do tej pory o przybyszach mówi się w tym rejonie „chemicy”, ponieważ w latach sześćdziesiątych XX wieku zesłano tam mnóstwo kryminalistów, ale też zwykłych, niewygodnych dla systemu ludzi, do pracy przy budowie wielkich kombinatów chemicznych. Jak to ładnie ujął pewien człowiek, którego spotkaliśmy w pociągu: „To wy z Polski? Polacy byli tu zawsze, ale wy jesteście pierwszą grupą, która przyjeżdża z własnej woli!”. Przekonałem się, że mówił prawdę, gdy na ulicy zaczepiłem przechodnia. Pocąc się i sapiąc, bo mój rosyjski bardzo wówczas kulał, choć uczono mnie go w szkole wiele lat, wydukałem: „Izwienitie, kotoryj czas?”. A on się uśmiechnął i piękną polszczyzną odpowiedział, że siedemnasta trzydzieści, po czym się oddalił, dając mi czas na zamknięcie rozdziawionych ust.

W Krasnojarsku wsiedliśmy na statek. Od Mirnoje dzieliły nas jeszcze dwa dni podróży (wraca się trzy, bo pod prąd). I tam skrystalizowała się moja opinia na temat bezpieczeństwa – idąc na obiad, mogliśmy spokojnie zostawiać aparaty i lornetki na górnym pokładzie. Najwyżej kiedy wracaliśmy, ktoś patrzył przez którąś na brzeg. Choć wielu miejscowych to dawni kryminaliści, w tajdze nie ma miejsca na nieuczciwość. Tam wszyscy po prostu muszą na sobie polegać. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby nas okraść. Wręcz przeciwnie – na każdym kroku spotykaliśmy się z bezinteresowną życzliwością. Częstowano nas hojnie wódką i suszonymi rybami, dostawaliśmy prezenty i wszyscy chcieli z nami rozmawiać. Moim ulubieńcem został Nikołaj, drobny mężczyzna po pięćdziesiątce, jakby wyjęty z powieści Londona i Curwooda. Od dwudziestu lat żył w tajdze. Zimy spędzał na liniach pułapek, by wiosną zawieźć zwierzęce skóry do miasta i trochę odetchnąć wśród uroków cywilizacji. Kiedy się spotkaliśmy, wracał, wyraźnie zmęczony tym odpoczynkiem. Z fascynacją obserwowałem, jak z każdym kilometrem zbliżającym nas do jego prawdziwego domu odzyskiwał dobry humor i formę. Podpytywałem go o mieszkańców lasu. Opowiadał, że tak, niedźwiedzi bywa sporo, ale na ogół nikogo nie zaczepiają. Jedynie stare osobniki, którym polowanie przychodzi coraz trudniej, skuszą się czasem na łatwą zdobycz, jaką jest człowiek. Czyli generalnie trzeba uważać. Zapytany o rosomaka, zamilkł na chwilę i z wyraźnym szacunkiem pokiwał głową. Powiedział, że to prawdziwy, nieuchwytny duch tajgi. W ciągu dwudziestu lat udało mu się go zobaczyć tylko dwa razy, a raz usłyszał przejmujący wrzask. Nie złapał go nigdy. Rosomak był dla niego najwspanialszym ze wszystkich zwierząt. Pewnie dlatego tak go polubiłem.

Wędrując po lesie, wielokrotnie przekonywaliśmy się o głębokiej, pełnej zaufania więzi łączącej tamtejszych ludzi. Przy brodzie przez którąś z leśnych rzek wisiał przywiązany kubek. Każdy mógł z niego skorzystać. Pamiętam swoją smutną refleksję: zastanawiałem się, jak długo taki kubek powisiałby w Polsce. Jednej z moich koleżanek wpadł wtedy do wody aparat. W tamtych czasach porządny aparat ważył naprawdę sporo. Nasz przewodnik, Pasza, poradził jej, żeby go powiesiła na gałęzi, obok kubka. Czekało nas trzydzieści kilometrów marszu z ciężkimi plecakami, a kilka dni później mieliśmy tamtędy wracać. Kalina w zdrowym odruchu racjonalnie myślącego Europejczyka wyraźnie się zawahała. Pasza, któremu do głowy nie przyszedł prawdziwy powód jej obaw, powiedział: „No tak, masz rację, nie pomyślałem. Powieś wyżej, żeby go jakiś niedźwiedź nie uszkodził...”. Ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie przygoda, którą przeżyliśmy podczas następnej kilkudniowej wędrówki. W tajdze nie ma dróg, ale za to pełno jest rzek i strumieni. Dlatego większość transportu odbywa się po wodzie. Popłynęliśmy motorówką w górę Bachty, dopływu Jeniseju. Jakoś tak się stało, że walcząc z prądem, zużyliśmy więcej benzyny, niż planowaliśmy, i na miejsce dopłynęliśmy z prawie pustym bakiem. Pasza nie bardzo się przejął. Nagryzmolił coś na kartce, położył ją na łódce i przygniótł kamieniem. Kiedy pięć dni później wróciliśmy z lasu, kartka zniknęła, a nasz bak był pełny. Po prostu – ktoś przepływał, przeczytał wiadomość i uzupełnił nam paliwo. Syberyjski standard. Wiadomo, że od takich drobiazgów może zależeć życie.

Swoją drogą te zamknięte wsie to ciekawa historia. Jeden z pasażerów statku wyjaśnił mi, że Nikita Chruszczow postanowił obywateli scentralizować. Pozamykał więc dwie trzecie wsi w rejonie. Myślał, że wszyscy przeniosą się do tych, które się ostały. Nie wyrzucał na siłę. Na syberyjskiej wsi wystarczy zlikwidować szkołę, sklep, ośrodek zdrowia i wszystkie inne przydatne instytucje, i jakoś tak się dzieje, że ludzie sami wkrótce się wynoszą. Na „naszym” odcinku Jeniseju stały dwie bogate i dobrze prosperujące duże wsie: Mirnoje i kawałek dalej na północ, po drugiej stronie rzeki – Lebied’. Była tam też trzecia miejscowość, mała rybacka osada Bachta, według mojego informatora pełna „złodziei, pijaków i nieudaczników”. Zamykanie wsi nie odbywało się wedle jakiegoś logicznego porządku. Ot, zwykła wyliczanka: na kogo wypadnie, na tego bęc. No i tak wypadło, że do zamknięcia przeznaczono Mirnoje i Lebied’, a do uchowania – Bachtę. Większość mieszkańców dwu pierwszych stwierdziła, że do Bachty za nic się nie przeniesie. Rozproszyli się po sowieckim imperium, umknęli do Krasnojarska albo postanowili dożyć reszty swoich dni tam, gdzie mieszkali dotąd. Zagrody Mirnoje pełniły więc rolę kwater dla naukowców i studentów, terenowych laboratoriów i magazynów. Wszystkie poza jedną – będącą letnią rezydencją Akademika, zasłużonego moskiewskiego profesora. Co roku wywieszał przed domem wielką flagę, tyle że nie czerwoną, z sierpem i młotem, tylko biało-niebiesko-czerwony symbol nowego państwa. Ostała się tam jeszcze tylko jedna chatynka z parą pamiętających lepsze czasy zasuszonych staruszków. I właściwie tyle. Lebied’ przeistoczyła się w siedzibę władz parku narodowego, a Bachta jak była dziurą, tak dziurą pozostała. My jednak traktowaliśmy ją wtedy jak metropolię: to tam dało się, przepłynąwszy około dwudziestu kilometrów łodzią, kupić chleb i inne niezbędne rzeczy.

Bachtę zobaczyłem zresztą ponownie dwadzieścia lat później – dzięki Wernerowi Herzogowi. To o niej i jej mieszkańcach opowiadał jeden z jego ostatnich filmów – Szczęśliwi ludzie: rok w tajdze