Wydawca: Goneta Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 702 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Człowiek znikąd. Tom 1. Księga Welesa - Łukasz Gapiński

Kryminał polityczny oparty na historii ludów słowiańskich, mrocznych czasów pełnych bóstw, dziwnych nazw, wszechobecnej tajemniczości.

Śmierć znanego asystenta ministra finansów, Gabriela Lesławskiego, która okazuje się powodem do walki o stołek premiera i zmianę rządu w kraju. Tajemnicza siła, angażująca osoby na wysokich stanowiskach powoduje powstawanie intrygi w szeregach dwóch głównych partii kraju. W tym rozgardiaszu nikt nie wiąże ze sobą kolejnych morderstw, osób związanych z kulturą. Pozornie tylko wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Jedyną osobą, która uważa inaczej jest komisarz z Komendy Głównej — Kamil Kozerski. Sekunduje mu emerytowany chorąży ABW. Obaj prowadzący śledztwo w sprawie zabójstw są prowokowani, namawiani i straszeni, by zaprzestać dochodzenia. Kamil Kozerski nie daje jednak za wygraną, uciekając przed mackami szefa ABW, pułkownika Ryszarda Nowaka, powiązanego układem personalnym z premierem, chcącym wykorzystać morderstwo swojego pracownika, Gabriela Lesławskiego do politycznych celów, a mianowicie do eliminacji głównego przeciwnika politycznego, szefa opozycyjnej partii, Kasperka.

Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Kozerski zostaje poproszony o ochronę przez dziennikarza Igora Rogulskiego, ostatniego Strażnika Światła… Który ma chronić Księgę Welesa, schedę po Słowianach, opisującą ich zwyczaje i wierzenia. Weles to najważniejszy słowiański bóg. Księga nie może opuścić swojego miejsca, bo ma potężną moc, którą chcą posiąść członkowie mrocznego Zakonu Świętego Jakuba. Tymczasem, prawda i rzeczywistość okazują się zgoła inne. Nie wiadomo, kto jest po czyjej stronie. Wybrańcem, który ma zaprowadzić ponownie równowagę na ziemi jest Człowiek Znikąd.

 

Niniejszy tom jest pierwszym z trzech, dotyczących trzech najważniejszych dla Słowian płaszczyzn jestestwa: Jawia, Nawia i Prawia. Kolejne woluminy będą odkrywały kolejne sekrety ukryte w mrokach tajemnych przeszłości naszych przodków.

Opinie o ebooku Człowiek znikąd. Tom 1. Księga Welesa - Łukasz Gapiński

Fragment ebooka Człowiek znikąd. Tom 1. Księga Welesa - Łukasz Gapiński

Człowiek znikąd

tom 1

Księga Welesa

Łukasz Gapiński

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45

02-103 Warszawa

Korekta: Anna Śliwa

an.ga@op.pl

Okładka: Agnieszka Walczak

agnieszka.walczak89@gmail.com

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-63783-17-4

Wydanie 1.

Warszawa, sierpień 2013

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

WSZYSTKIE POSTACI W KSIAŻCE SĄ FIKCYJNE.

WSZELKIE SKOJARZENIA I PODOBIEŃSTWA Z KIMIKOLWIEK W RZECZYWISTOŚCI NIE POWINNY MIEĆ MIEJSCA.

PODOBIEŃSTWA DO OSÓB LUB ZDARZEŃ SĄ CAŁKOWICIE PRZYPADKOWE I NIEZAMIERZONE. AUTOR NIE BIERZE ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA NASUWAJĄCE SIĘ SKOJARZENIA.

Od redakcji:

Kryminał polityczny oparty na historii ludów słowiańskich, mrocznych czasów pełnych bóstw, dziwnych nazw, wszechobecnej tajemniczości.

Śmierć znanego asystenta ministra finansów, Gabriela Lesławskiego, która okazuje się powodem do walki o stołek premiera i zmianę rządu w kraju. Tajemnicza siła, angażująca osoby na wysokich stanowiskach powoduje powstawanie intrygi w szeregach dwóch głównych partii kraju. W tym rozgardiaszu nikt nie wiąże ze sobą kolejnych morderstw, osób związanych z kulturą. Pozornie tylko wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Jedyną osobą, która uważa inaczej jest komisarz z Komendy Głównej — Kamil Kozerski. Sekunduje mu emerytowany chorąży ABW. Obaj prowadzący śledztwo w sprawie zabójstw są prowokowani, namawiani i straszeni, by zaprzestać dochodzenia. Kamil Kozerski nie daje jednak za wygraną, uciekając przed mackami szefa ABW, pułkownika Ryszarda Nowaka, powiązanego układem personalnym z premierem, chcącym wykorzystać morderstwo swojego pracownika, Gabriela Lesławskiego do politycznych celów, a mianowicie do eliminacji głównego przeciwnika politycznego, szefa opozycyjnej partii, Kasperka.

Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Kozerski zostaje poproszony o ochronę przez dziennikarza Igora Rogulskiego, ostatniego Strażnika Światła… Który ma chronić Księgę Welesa, schedę po Słowianach, opisującą ich zwyczaje i wierzenia. Weles to najważniejszy słowiański bóg. Księga nie może opuścić swojego miejsca, bo ma potężną moc, którą chcą posiąść członkowie mrocznego Zakonu Świętego Jakuba. Tymczasem, prawda i rzeczywistość okazują się zgoła inne. Nie wiadomo, kto jest po czyjej stronie. Wybrańcem, który ma zaprowadzić ponownie równowagę na ziemi jest Człowiek Znikąd.

Niniejszy tom jest pierwszym z trzech, dotyczących trzech najważniejszych dla Słowian płaszczyzn jestestwa: Jawia, Nawia i Prawia. Kolejne woluminy będą odkrywały kolejne sekrety ukryte w mrokach tajemnych przeszłości naszych przodków.

PROLOG

I.

Druga dekada XX wieku w Imperium Rosyjskim przyniosła ze sobą liczne strajki, manifestacje i wystąpienia zbrojne ludności cywilnej. Najsilniejsze rozmiary przybrały one w 1917 roku, kiedy to katastrofalna sytuacja żywnościowa kraju, w połączeniu z ogólnym niezadowoleniem z powodu wysokich kosztów uczestnictwa w I wojnie światowej, doprowadziły do wybuchu dwóch rewolucji, w lutym i w październiku. Konsekwencją tych zdarzeń było zamordowanie ostatniego cara Rosji, Mikołaja II Romanowa przez zwolenników partii bolszewickiej i proklamowanie Republiki Radzieckiej. Przeciwnicy ustanowienia nowej, komunistycznej władzy państwowej na czele z Włodzimierzem Leninem szybko sformowali wojsko, które pod nazwą „Biała Armia” już pod koniec 1917 roku wystąpiło zbrojnie przeciwko „czerwonym” bolszewikom. Tak rozpoczęła się najtragiczniejsza wojna domowa w dziejach Rosji.

Biali, wsparci wielonarodowym kontyngentem wojsk zewnętrznych, dość agresywnie rozpoczęli działania zbrojne i w początkowej fazie wojny osiągnęli znaczne sukcesy. Latem 1919 roku Siły Zbrojne Południa Rosji dowodzone przez generała Antona Denikina zajęły Zagłębie Donieckie, obroniły Kijów i wyparły wojska Armii Czerwonej z Woroneża, Kurska, Charkowa i Kubania. Tutaj uzupełniono zapasy, zreorganizowano armię i ogłoszono dyrektywę moskiewską, czyli plan zdobycia Moskwy.

Rosja w tym czasie z potężnego mocarstwa stała się słabym, rozdartym wewnętrznie krajem, rozbitym na wiele obozów walczących o swoje wpływy. Całkowicie zapomniano o ludności cywilnej, która wyniszczona jarzmem wojny światowej, tuż po jej zakończeniu odczuwać musiała piętno kolejnej, tym razem wojny domowej. Prowadzenie konfliktów zbrojnych na kilka frontów, dodatkowo uwikłanie się w wojnę graniczną z Polską, powodowało ogromne wyczerpanie organizmu państwowego. Wieloetniczność, wszechobecna bieda, terror oraz bezprawie sprzyjały działaniom zorganizowanych grup rabunkowych, a życie ludzkie osiągnęło w tym czasie bardzo niską cenę.

*

Wielki Burłuk (14 km od Wołczańska) — Republika Radziecka,

sierpień, rok 1919

Długi korowód sunął mozolnie przez nieutwardzoną drogę, a spod końskich kopyt obok wytłumionego piaskiem tętnu wydobywały się tumany kurzu. Lato tego roku było niesamowicie gorące. Długotrwały brak opadów, a przede wszystkim brak ziarna do wysiewu, zamienił wielkie połacie pól w zarośnięte trawami i chwastami, częściowo wypalone stepy. Widok był przygnębiający.

Słońce lekko chyliło się już ku zachodowi, próbując ukryć się za położonym w oddali borowym lasem i jeziorem, w którym niedawno napoili konie. Temperatura powietrza jednak nic a nic nie ustępowała.

Gdy wyjechali z lekkiego łuku, w oddali zobaczyli zarysy wiejskich drewnianych chat, z których w powietrze wzbijał się lekki, jasnoszary dym. Jedna szybko rzucona komenda i przód kawalkady ruszył kłusem, aż karabiny zawieszone na ich plecach zaczęły podskakiwać jak w tańcu. Reszta ożywiła się znacznie wolniej, poprawiając się jedynie w siodłach. Konie ciągnące dwa drewniane wozy, parsknęły leniwie i zupełnie zignorowały zmianę tempa. Podobnie zresztą jak te, targające dwie rosyjskie armaty kalibru 76 mm.

Gdy dotarli do centrum wsi, czekała już na nich grupa zwiadowcza, która wyrwała się do przodu, żywo z kimś dyskutując. Jeden z nich zerwał się i podjechał do konwoju, wyrównując tempo i kierunek z mężczyzną w bufiastych , zielonych spodniach, wpuszczonych w brązowe oficerki, jadącym na siwym koniu, przy jednej z armat.

— Panie pułkowniku… melduję, że dotarliśmy do Wielkiego Burłuka.

— Co to za człowiek? — zapytał po chwili pułkownik, wskazując na wieśniaka.

— Miejscowy. Przepytujemy go.

— „Czerwonych” widać?

— Nie widać. Wycofali się w kierunku Moskwy. Od tamtej pory czysto. Narzeka bardziej na hordy kozackie znad Doniecka oraz ochotnicze wojska ukraińskie, łupiące często te tereny. Pyta, czy to ich szukamy?

— I co powiedzieliście?

— Oczywiście… nic.

— Dobrze.

— Zaopatrujemy się we wsi?

— Nie. Przed zmrokiem musimy obstawić Wołczańsk artylerią. Nie mamy na to zbyt wiele czasu. Tam zatrzymamy się na dłużej… Ci Kozacy i Ukraińcy często tu się kręcą?

— Dość często. Ostatnio byli tu tydzień temu, więc wieśniacy są nerwowi, spodziewając się ich w każdej chwili. Mówi, że nie wychodzą z domostw, gdy widzą nadciągające grupy jeźdźców, ale poznali w nas „białych” żołnierzy.

— Zbawienną armię generała Denikina… — wysapał z ironią w głosie pułkownik. — Naprawdę nie widzę rychłego zakończenia tej wojny, tak jak to widzi generał. Jeszcze wiele bitew przed nami, przyjacielu. Ofensywa na Moskwę jest źle przygotowana. To będzie naprawdę ciężki kawałek chleba. Nawet taki geniusz militarny jak Napoleon poniósł tutaj porażkę, a to skłania do myślenia.

— Jego zgubiła zima i głód, a nie Moskwa.

— Lato i tym razem nieuchronnie się kończy. A i z żywnością coraz trudniej. Ziemia jest jałowa jak piach i nie chce rodzić. Z biedy nie ma nawet czym rodzić, bo nie ma czym siać… Świat naprawdę się pogubił, a z nim nasza Rosja. Jeszcze nigdy w historii tyle narodów nie wystąpiło przeciwko sobie. Jeszcze nigdy w historii nie zginęło tylu ludzi.

— To już, na szczęście, się skończyło, pułkowniku. Wszyscy agresorzy skapitulowali. Idą więc lepsze czasy…

— Jak widać nie dla nas i nie dla Rosji.

— Mordercy cara już wkrótce staną pod ścianą naprzeciw korpusu egzekucyjnego. Zdrada ich zgubi. Leninowi i Trockiemu pętla na szyi zaciska się coraz bardziej.

— Oby… przyjacielu, oby.

Gdy podjechali do stojącego mężczyzny, przyjaciel dowódcy szybko go przedstawił:

— Pułkownik Sił Zbrojnych Południa Rosji Generała Denikina, Ali Fiodor Izenbek.

Przedstawiony skinął głową, na co wieśniak ukłonił się prawie w pas. Ubrany był on w rozdartą koszulę i materiałowe umorusane spodnie. Za mała czapka dosłownie wciśnięta na głowę, wyglądała jakby była przekazywana od pokoleń. Twarz przykrywał gęsty zarost nie golony od wieków.

— Witam panie w Wielkim Burłuku — rzekł wieśniak z lekkim zawstydzeniem.

— Jak ci na imię?

— Andriej, panie.

— Czy przewodzisz tutaj mieszkańcom tej wsi?

— Od czasu śmierci poprzedniego sołtysa…

— Czy są tutaj sami wieśniacy?

— Tak, panie.

— A gdzie są mieszkańcy tego dworku? — pułkownik wskazał na zarysy pałacu, kryjące się za zaniedbanym parkiem. Obok rozkazu wsparcia, Wołczańka miał bowiem za zadanie przesłuchanie każdego należącego do tak zwanej inteligencji, która w tym rejonie opowiadała się za „czerwonymi”.

— Rodzina Zadońskich… Wymordowani kilka miesięcy temu przez złodziejskie bandy szabrujące ten teren. Przyjechali późnym wieczorem i splądrowali dwór. Nie oszczędzili nikogo, nawet dzieci…

— Zadoński… — Izenbek jakby szukał w pamięci nazwiska — Bolszewik?

— Przede wszystkim Ukrainiec. Dobry człowiek i gospodarz. Dlatego ludzie stanęli w ich obronie i wtedy wielu z nas również straciło życie. W tym właśnie poprzedni sołtys.

— Czy to nie byli aby wieśniacy? Korzystają teraz ze słabości kraju i występują przeciwko swoim panom, za wielowiekowe uciemiężenia?

— Zadońscy stanowili dobrą rodzinę , panie. Nie mieliśmy z ich strony żadnych ucisków i krzywd, więc i po co mielibyśmy przeciwko nim występować? Twardy to był gospodarz, prawda to, ale i sprawiedliwy.

Ali Izenbek zmierzył wieśniaka od stóp do głów.

— Daleko stąd do Wołczańska ?

— Będzie jakieś piętnaście kilometrów na północ, panie.

— Dobrze, Andrieju. Żyjcie w spokoju! — skinął na mężczyznę i krzyknął na swój oddział: — Naprzód!

Ruszyli w kierunku dworku, wzniecając za sobą w powietrze olbrzymi tuman kurzu. Ali Izenbek oraz dowódca zwiadu jechali przodem. Droga, jak zapowiedział wieśniak, prowadziła na północ, obok parku, za którym znajdował się duży budynek. Kiedy zbliżyli się do bram, grupa jeźdźców odbiła w kierunku dworku, podczas gdy wozy i armaty zostały na drodze, skrywając się choć na chwilę w cieniu drzew.

Droga wiodąca do pałacyku była jakby wycięta w parku i przecinała go w połowie na dwie, w miarę równe, części. Wyłożona była wyszlifowanymi kamieniami, ułożonymi w dwóch ciągach, jakby przygotowanymi specjalnie dla powozów. Często odchodziły od niej boczne trakty, prowadzące gdzieś w głąb zadrzewienia, z którego bił miły chłód.

Dworek był w tragicznym stanie. Na rondzie, znajdującym się przed wejściem do budynku i służącym prawdopodobnie do zawracania, porozrzucane były częściowo spalone meble, sterty papierów oraz różnego rodzaju śmieci. Prawe skrzydło pałacyku pozbawione było dachu, który prawdopodobnie spłonął. Ściany były osmolone, a w oknach, z wybitymi szybami, wisiały na wpół nadpalone zasłony. Szczyt pałacyku z niewiadomych przyczyn runął i równie dobrze mógł służyć jako wejście, ponieważ główne wejście było tak zagracone, że pułkownik musiał się nieźle nagimnastykować, żeby dostać się do środka.

— Wygląda jakby właściciele zginęli nie kilka miesięcy , ale kilkanaście lat temu… — mruknął, idący za Izenbekiem, dowódca zwiadu.

— Miejscowi na pewno rozszabrowali dworek nie gorzej od samych najeźdźców. Drewno do palenia, cegły do budowy… Zobacz, drzwi wejściowe zostały wyważone i leżą tak do dzisiaj. Domownicy musieli się zabarykadować. — Pułkownik Izenbek wskazał na wyrwane z futryną drzwi, które połamane leżały wewnątrz korytarza. Na marmurowej posadzce znajdowało się wiele różnych przedmiotów, większość z nich uszkodzonych. Meble, porozrzucane ubrania — które, o dziwo, nie znalazły jeszcze nowych właścicieli — no i książki. Pułkownik wszedł na schody, prowadzące na piętro budynku. Na ścianach wisiały jakieś obrazy. Z racji tego, że z zamiłowania był malarzem, przyjrzał się im dokładnie. Jeden z nich szczególnie zwrócił jego uwagę.

— „Flota rosyjska po bitwie pod Athos, Aleksieja Bogolubowa” — przedstawił koledze i skinął na pozostałych kompanów — Zabieramy!

Dwóch żołnierzy, którzy podążali za dowódcą zdjęło obraz ze ściany. Izenbek natomiast wszedł na piętro i od razu zobaczył małe pomieszczenie z oberwanymi drzwiami. Pokoik przekształcony został na niewielką bibliotekę i każdą ze ścian miał zabudowaną drewnianymi regałami. Z niektórych półek książki zostały wyrzucone, prawdopodobnie w poszukiwaniu ukrytych schowków. Na ziemi leżały pootwierane egzemplarze, wielokrotnie podeptane. Ali Izenbek schylił się i podniósł jedną z nich. „Wspomnienia z martwego domu”, brzmiał wydrukowany na okładce tytuł.

— Dostojewski — mruknął Izenbek i podał przyjacielowi — A to, co? — W miejscu, skąd podniósł książkę, wygrzebał związane w pakiet drewniane deszczułki. Przetarł rękawem i obejrzał dokładnie z każdej strony. Deseczki ozdobione były szeregami drobnych nieznanych mu znaków i liter.

— Wyglądają na stare… — przyjaciel oficera przyglądał się z zaciekawieniem.

— Nawet na bardzo stare — Izenbek oglądał deseczki, z których niektóre miały już wyraźne otwory spowodowane żerującymi owadami — To chyba jakaś stara odmiana cyrylicy. Spakuj je razem z tymi książkami!

II.

Bruksela — Belgia, rok 1923

Ali Izenbek w żałobnym nastroju, siedział w miejscu, które całkowicie odzwierciedlało jego samopoczucie. Bar „Le Cercueil” mieszczący się przy Rue des Harengs w Brukseli nawiązywał wystrojem do swojej wymownej nazwy — „trumna”. Popijał czerwone wino z winogron zebranych gdzieś we Flandrii, którą barman w rozmowie określił jako serce Europy. Smak jednak nie oddawał ani ceny, ani całej otoczki, jaką starał się stworzyć sprzedawca. Przechylił lampkę do końca i spojrzał na zegarek. Osoba, na którą czekał najwyraźniej postanowiła nie przyjść, skoro opóźnienie sięgało już prawie godziny. Spokojnie położył na ladę kilka franków belgijskich i ruszył w kierunku wyjścia. Lokal był średnio zaludniony, dlatego zdenerwował się, gdy przechodzący obok mężczyzna wytrącił mu z ręki niesiony kapelusz.

— Niech pan uważa jak chodzi! — rzucił oschle, ale dopiero po chwili uświadomił sobie , że w wyniku podenerwowania wypowiedział te słowa po rosyjsku.

Adresat natomiast stał i wpatrywał się w niego zdziwiony.

— Proszę uważać — poprawił się Ali Izenbek po francusku.

Mężczyzna wpatrywał się jeszcze chwilę i odezwał się po rosyjsku.

— Witaj, przyjacielu… Dawno nie spotkałem tutaj prawdziwego Rosjanina.

Ali Izenbek zdębiał na dźwięk ojczystego języka, a po chwili obaj uradowani spotkaniem siedzieli przy butelce mocniejszego trunku.

— Jurij Miroliubow — przedstawił się mężczyzna. Wyglądał na około 35-40 lat. Miał bardzo pociągłą twarz i mocno szpiczasty nos. Ubrany w czarny, lekko sprany surdut oraz kapelusz z rondem idealnie wpasował się w miejsce, gdzie siedzieli. Gdyby do ręki podano mu naostrzoną kosę, wyglądałby jak elegancka śmierć. — …Jurij.

— Ali Fiodor Izenbek… Ali.

Stuknęli się pierwszym kieliszkiem.

— Co cię tutaj sprowadziło, przyjacielu?

— Eeech… Matka Rosja stała się dla mnie za ciasna.

— Rosja to przecież miliony kilometrów kwadratowych. Niemożliwe, żebyś nie mógł znaleźć tam miejsca.

— Miejsce tam mam — ściszył głos Izenbek. — Z tym, że nie mogę tam już nigdy wrócić. W tej chwili zabrakło tam przyjaciół dla mnie.

— Skoro tak mówisz, przyjacielu, to wypijmy... Za „białych”.

Izenbek spojrzał wymownie na Miroliubowa.

— Ty też?

— Północno-zachodnia armia generała Nikołaja Judenicza, 3 pułk strzelców… — prawie zasalutował.

— Ja służyłem na południu pod generałem Denikinem… Artyleria.

— Ukraina… gorące tereny. To stamtąd ruszyliście na Moskwę.

— Tak. Początkowo szło nam nawet nieźle, chociaż sam plan ofensywy uważałem za niedopracowany. Pod Orłem i Kromą dosłownie zmiażdżyliśmy „czerwonych”. Pewni siebie ruszyliśmy z drugą fazą ofensywy i zatrzymaliśmy się dopiero pod Tułą…

— Słyszałem o tym. Czy to prawda, że miasto przechodziło kilkakrotnie z rąk do rąk?

— Tak. „Czerwoni” mieli w tym rejonie rozlokowane duże ilości wojsk. Raz miasto zdobywaliśmy, potem znowu traciliśmy. Prawdziwe piekło. Ostatecznie cofnęliśmy się pod Orzeł. Denikin jednak nie przewidział, że tam będzie już na nas czekać kilkanaście tysięcy czerwonoarmistów. Zmęczeni i osłabieni stanęliśmy do najcięższej bitwy, jaką w życiu stoczyłem. Spod Tuły przyszły za nami kolejne pułki bolszewików i praktycznie zostaliśmy otoczeni. Pięć dni walk, tysiące ciał… — Izenbek zamilkł na chwilę. — Po tej porażce ratowaliśmy się ucieczką na południe.

— Doskonale cię rozumiem. W 1919 roku stacjonowaliśmy pod Pskowem i za naszym głównym zadaniem było zdobycie Piotrogrodu. Próbowaliśmy kilkakrotnie i zawsze Armia Czerwona spychała nas do Estonii. Po waszej klęsce, w 1920 roku, kiedy było już wiadomo, że „czerwoni” zwyciężą, Estończycy odmówili nam schronienia, pod groźbą rozbrojenia i wydania bolszewikom. Nie chcieli podpaść Leninowi. Judenicz wtedy po rozmowie z oficerami podjął decyzję o rzuceniu wszystkich sił na Piotrogród i Psków. „Czerwoni” nie spodziewali się takiego ruchu, więc oba miasta prawie zajęliśmy. Było ich jednak zbyt dużo i szybko przygwoździli nas do granicy estońskiej. Gdyby nie flota brytyjska, wycięliby nas w pień. Statkiem trafiłem do Wielkiej Brytanii. Trochę podróżowałem, pisałem artykuły dla jednej z brytyjskich gazet. Chciałem kontynuować studia medyczne, ale uczelnie nie chciały uznać mojego rosyjskiego wykształcenia, więc leczyłem ludzi na własną rękę, żeby z czegoś się utrzymać. Gdy zrobiło się nieciekawie, wyjechałem do Francji, a potem przyszła kolej na Belgię. A ty jak się tutaj znalazłeś?

— Z Rosji uciekłem do Stambułu. Tam dorabiałem trochę jako rysownik, później zatrudniłem się w fabryce dywanów u jednego Turka. Rysowałem wzory. Właściciel eksportował towar do zachodniej Europy. Później, chcąc ominąć pośredników eksportu, otworzył przedstawicielstwo w Brukseli, więc przeniosłem się tutaj. A ty co teraz porabiasz?

— Jestem fotografem. Poza tym leczę zwierzęta bogatym paniom. Dodatkowo oddaję się mojej pasji do archeologii, tłumacząc starożytne teksty…

— Żartujesz? — Ali prawie poderwał się z krzesła.

— Niby dlaczego miałbym żartować? — zdziwił się Jurij, a Ali w tym czasie rozlał do kieliszków kolejną porcję wódki, której efekt powoli dawał o sobie znać u obydwu biesiadników.

— Kocham archeologię… Słuchaj, z nieba mi spadłeś z tym tłumaczeniem. Mam w zbiorach ciekawe deseczki, przypominają coś jakby księgę, ale za cholerę nie mogę rozszyfrować, co jest w nich zapisane. Jakiś staroruski język. Pokażę ci je u mnie w domu. Może uda ci się coś odczytać…

*

Kilka miesięcy później

Ali Fiodor Izenbek w ciemności doczłapał się do drzwi wejściowych. Głośne pukanie, które właśnie wyrwało go ze snu powtórzyło się, a drzwi zatrzepotały w zawiasach.

— Kto tam? — krzyknął, chociaż na usta cisnęło mu się znacznie mniej grzeczne zapytanie.

— To ja, Jurij! Otwórz! Strasznie leje… — usłyszał zza drzwi.

— Wiesz, która jest godzina? — rzucił ze złością Izenbek, ale tamten, nie zważając na połajankę przyjaciela, przepchnął się i wszedł do przedpokoju.

— Też się cieszę, że cię widzę, przyjacielu — w jego głosie nie dało się jednak wyczuć ani krzty radości. — Masz tu jakieś światło?

Gospodarz podszedł do ściany i po wciśnięciu włącznika w przedpokoju rozbłysnęła niezbyt jasna żarówka. Miroliubow był mokry jak kura. Po staromodnym płaszczu na podłogę spływały, niczym rwące, bystro strużki wody. Był nieogolony, a nienaturalnie długie włosy w połączeniu z wonią nieprzetrawionego alkoholu, nadawały mu wygląd kloszarda. Jedynie pełne życia, szerokie i rozbiegane źrenice nie pasowały do tego obrazka. Wyraźnie był czymś pobudzony.

— Muszę zobaczyć przedostatnią deseczkę z tej twojej księgi! — rzucił prędko z niecierpliwością.

— Czy to naprawdę musi być akurat teraz? Jest trzecia w nocy!

— Absolutnie musi być naprawdę teraz!

— Nie rozumiem… Przecież sfotografowałeś i przepisałeś je wszystkie!

— Właśnie o to chodzi, Ali… Muszę porównać je z oryginałem i sprawdzić, czy nie popełniłem błędu. Pokaż mi tylko tę deseczkę, a mną nie przejmuj się !

Zrezygnowany Ali, spuścił głowę. Zaprowadził gościa do pokoju i podał zawiniątko z deseczkami odnalezionymi w Wielkim Burłuku. Zżył się z rodakiem i bardzo go polubił, nie zważając na jego ekscentryczność i słabość do alkoholu. Ostatnimi czasy jednak Jurij wyraźnie przechodził pewien kryzys. Porzucił pracę w zakładzie fotograficznym, coraz częściej zaglądał do kieliszka i całą uwagę poświęcił tłumaczeniu zabytkowej dziwnej księgi Alego. Nie inaczej było teraz. Gdy tylko dostał do ręki drewniane deseczki, zapomniał o całym świecie. Nawet na pytanie o coś ciepłego do picia skinął tylko na odczepnego głową, nie wiedząc, na co się zgadza. Ali doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tylko odnalezienie odpowiedzi na nurtujące pytanie przywróci kolegę do świata rzeczywistego. Dlatego spokojnie usiadł naprzeciw niego i popijał świeżo sparzoną kawę.

— Wszystko się zgadza. Niebywałe… — rzekł po chwili.

— To chyba dobrze, nie? — zagadnął Izenbek.

— Właśnie, że nie za bardzo, przyjacielu. Chciałbym się mylić… Od kiedy Księga jest w twoim posiadaniu?

— Od sierpnia 1919 roku.

— Zapewne nie orientujesz się jak długo była ona u poprzedniego właściciela?

— Jak dobrze wiesz, w ogóle nie poznałem jej poprzedniego właściciela. Właściwie, do czego zmierzasz?

— Pamiętasz jak ci mówiłem, że zapisana jest tu historia Słowian? Opis sięgający czasów ich powstania, ich religii, kultury i dziejów, spisany przez jakiegoś kronikarza. Wspaniałe wypełnienie luki w historii świata, dotyczącej naszych praprzodków.

— Taaak… pamiętam. Czytałem przecież kilka stron twojego tłumaczenia. Ciekawe, czy to prawda?

— Obawiam się, że tak…

— Obawiasz się? Ja tam się z tego cieszę… mam w domu prawdziwy skarb, o którym ludzkość nie ma pojęcia.

— Ostatnie deszczułki to już nie jest tylko spisana historia. Nie wygląda też na to, żeby były dziełem zwykłego kronikarza. Zaczynają się wprawdzie od opisu rytuałów, zaklęć, ale kończą się na wizjach i straszliwych przepowiedniach…

— To znaczy?

— Wygląda, jakby pisał to jakiś mag albo pogański druid. Ale, gdy przychodzi czytać o wizjach upadającego świata… Są tak rzeczywiste, jakby opisywał je sam… bóg.

— Weles? — zaśmiał się Izenbek.

— Tak myślę.

— Biblia też ma Apokalipsę świętego Jana, wizję końca świata. Nawet, jeśli jest jak mówisz, to można przyjąć, że to pewien kanon. Ostrzeżenia dla grzeszników zawsze zawierały się w tego typu pismach.

— Nie… Biblia ostrzega… A ta Księga… przepowiada.

— Nie rozumiem.

— Jest w niej zapisane, że od czasu, gdy Księga rozłączy się ze swoim świętym miejscem, nazwanym Stolicą, świat zaczyna się nieuchronnie zbliżać do końca.

— Wielu to przepowiada, przyjacielu. To tylko kwestia interpretacji…

— A co powiesz o zdarzeniach, które sami przeżyliśmy? Wojna światowa, wojna domowa…?

— Wojny zawsze były i będą jeszcze niejedne.

— Wojny, które przepowiada Księga są tylko trzy. Każda następna straszliwsza od poprzedniej. A będzie brał w niej udział każdy kraj, każdy kontynent… na wodzie, powietrzu i lądzie…

— Eeee… — Izenbek upił kolejny łyk kawy.

— Wzburzy się przeciwko ludziom natura. A jeśli i wtedy Księga nie zostanie zwrócona do Stolicy, Weles ciśnie kulą ziemską prosto w Słońce.

— No, dobrze, w takim razie co to za święte miejsce? Jest tam napisane, dokąd to ma Księga wrócić?

— Stolica…? — Zamyślił się Miroliubow. — Wszędzie tylko pojawia się jej motyw. To musi być jakieś kultowe miejsce… Na innej deseczce widnieje opis jakieś trójkątnej budowli sakralnej… — zaczął szperać w swoich notatkach.

— Przecież Słowianie nie budowali świątyń! — wtrącił żywiołowo Izenbek. — Prędzej sadzili Święte Gaje, czcili Święte Drzewa.

— Mylisz się, przyjacielu… A co powiesz o Arkonie w Niemczech?

— Wyjątek…

— Ooo… mam! Trójkątna budowla wznosząca się ponad inne, sięgająca piorunów, na które sąsiednie ludy spoglądały z zazdrością. Tutaj nasz bóg przychodził po ofiary. Tutaj udzielał odpowiedzi. Tutaj wojowie przychodzili po siłę i odwagę, a wołchowie i druidzi otrzymywali swe moce. To była Retra, stolica Redarów, którą sam bóg zbudował, by tu być najbliżej swych dzieci i radość w ich sercach gościć. Nawet, jeśli zniknie, to i tak stać będzie wiecznie.

— Redarowie to pradawne plemię słowiańskie, mieszkające między Odrą a Łabą. Radość w nich gościć… — zamyślił się Izenbek i prawie krzyknął po chwili. — …Radość gościć! Radogoszcz! Najpotężniejszy gród Redarów…! Ale tam nie było trójkątnych budowli. Przede wszystkim zaś do dzisiaj nie wiadomo, gdzie się ten gród znajdował. Nie ma po nim najmniejszego śladu…

— Trójkąt, trzygłów… Liczba trzy jest magiczna dla wielu kultur i religii. Może do czegoś się odwołuje? Musimy to koniecznie rozgryźć i odwieźć Księgę w to miejsce.

— Ty naprawdę w to wierzysz?

Jurij Miroliubow spojrzał tylko wymownie na przyjaciela.

III.

Okolice Sobótki, rok 1941

Dwóch mężczyzn pospiesznie ciągnęło trzeciego, trzymając go niedbale za barki. Okolica nie była bezpieczna, tym bardziej, że w sąsiednim mieście panowała już godzina policyjna. W każdej chwili mogli więc natknąć się na patrol gestapo, co ewidentnie przyczyniłoby się do aresztowania i w najlepszym wypadku wywiezienia do obozu pracy. Dlatego szybko skręcili z polnej drogi, na której ciągnący nogami, ranny mężczyzna zostawiał wyraźne ślady. Gęstwiną leśną przedostali się szybko do sąsiedniej wsi i tam skierowali się do jednego z gospodarstw. Ułożyli mężczyznę na kupce siana w stodole i pobiegli po właścicieli .

— To ktoś z waszych? — zagadnął starszy gospodarz, przeciągając dłonią po nieogolonej brodzie, gdy stali nad rannym.

— Nie — odparł jeden z przybyszów. — Znaleźliśmy go na drodze do miasta. Chyba uciekł Niemcom.

— Jeszcze tu za wami przyjdą! — skarcił ich gospodarz. — Na pewno ich zgubiliście?

— Tak. Sprawdziliśmy, czy nie idą za nami.

— Bronek… idź no przed chałupę i sprawdź, czy nie przybłąkają się tutaj jacyś — starzec skinął na młodego chłopaczka, który przyglądał się sytuacji, by natychmiast bez słowa sprzeciwu pognać za róg stodoły. — No, a my przyjrzymy się naszemu gościowi.

— Dostał chyba w płuco, bo krwawi obficie z ust — zauważył jeden z mężczyzn.

Poklepali nieprzytomnego po policzku, żeby go ocucić.

— Gdzie jestem? — wyjęczał po rosyjsku.

— Psia mać! Rusek! — zachłysnął się gospodarz. — Zabić zdrajcę! — Złapał za kosę, stojącą pod ścianą stodoły i niechybnie wbiłby ją w leżącego, gdyby nie powstrzymali go przybysze.

— Chwila, dziadku. Trzeba go wpierw przesłuchać! — odepchnął gospodarza jeden z nich . Następnie pochylił się nad leżącym mężczyzną i krzyknął: — Ktoś ty?

Powtórzył jeszcze pytanie dwukrotnie, ale mężczyzna najwyraźniej znowu zemdlał, bo nie odpowiadał.

— To logiczne. Na pewno bolszewik! — skomentował dziadek.

— Ja niet bolszewik — wysapał nagle łamaną polszczyzną ranny. — Ja biełyj!

— Biały czy czerwony, wszystko jedno! Zdrajca! Każdy Rusek to komunista, a każdy komunista to zdrajca i morderca Polaków — gospodarz zionął gniewem i nienawiścią.

— Nazwisko! — wykrzyczał przesłuchujący rannego mężczyzna.

— Iiii… Izenbek… Ali.

— Pewnie to szpieg. Hitler teraz wojuje ze Stalinem, to pewnie ruscy podrzucają tu swoich kamratów ze wschodu… — dodał, milczący dotychczas drugi z przyjezdnych mężczyzn.

— Co ci się stało?

— Niemcy… strzelali.

— A dlaczego do ciebie strzelali?

— Nie miałem… dokumentów — zaświszczało przerywane zdanie między napadami kaszlu.

— Czego tutaj szukasz? Szpiegujesz?

— Nie. Szukam… szukam Rado… goszczy…

— Czego?

— Radości… — mruknął gospodarz.

— Radogoszczy…

— Co to jest?

— Może to jakieś nazwisko? — wtrącił drugi z mężczyzn.

— Niet… Stolica… Słowian…

— Chyba mu się coś w głowie pokręciło z tego wszystkiego. Mami nas. To komunista, czyli gorzej niż szwab… — dziadek ciągnął swoje.

— Mam… mam tutaj… Księgę… — ranny wskazał na przepasany pod kubrakiem worek. — Trzeba to oddać Welesowi… świątynia Retra… na Slegu…

— Nic z tego nie rozumiem, co mówisz… — przesłuchujący tracił cierpliwość. — To jakiś bełkot!

— Nie… mogę… oddychać — ranny zacisnął pokrwawione ręce na ramionach przesłuchującego.

— Jesteś ranny w płuco. Straciłeś dużo krwi… Umrzesz…

— Oddajcie tę Ksiegę Welesowi! — zaczął, zebrawszy resztkę sił. — Musicie to zrobić. Radogoszcz. Sleg. Tam to jest. My nie wiedzieliśmy wcześniej… Ale Jurij to znalazł. Odczytał… On w to wierzył… Ale przyszła wojna… Też uwierzyłem. Jeszcze tylko trzecia i będzie… koniec świata. Oddajcie Welesowi Knigę. Trójkątna, słowiańska Retra na Slegu… Musicie… — urwał w połowie i zakrztusił się własną krwią. Jęknął jeszcze, próbując odchrząknąć, ale po chwili jego głowa opadła na bok, a oczy znieruchomiały.

— Rozumiecie coś z tego? — zapytał mężczyzna zebranych.

— Nic a nic — mruknął gospodarz. — Ale chyba wiem, kto nam pomoże.

— Kto?

— Mieszka tu taki Berg. On co nieco będzie wiedział o Słowianach.

ROZDZIAŁ 1

STRAŻNICY ŚWIATŁA

Warszawa, współczesność

I.

Gabriel Lesławski ze względu na swój niski wzrost i dość sporą nadwagę był w sejmowych kuluarach określany kąśliwym przydomkiem „Kula”. W ostatnich tygodniach do jego pseudonimu jedna z czołowych gazet w kraju z hukiem i przy powściągliwej uciesze jego politycznych kolegów dodała przymiotnik „ognista”. Wiązało się to z głośnym wystąpieniem sekretarza stanu Ministerstwa Finansów, który wchodził w skład sejmowej komisji śledczej, badającej nieprawidłowości przy prywatyzacji największego ubezpieczyciela społecznego w kraju.

Nominację na członka komisji śledczej Lesławski przyjął z niemałą radością. Dzięki poparciu swojego bezpośredniego przełożonego i przyjaciela w jednej osobie — Ministra Finansów, Karola Polita, bez trudu osiągnął wysoką pozycję startową w kolejce posłów czekających na awans do wąskiego grona osób, zasiadających w ławach komisji śledczej. Dodatkowa praca w ogóle nie przerażała go . Pochodził z wybrzeża, a prawie sześć dni w tygodniu spędzał w stolicy. Na peryferiach rodzinnej miejscowości, gdzie czekała na niego żona i dwie córki, zdecydował się wybudować duży, ale skromny dom. „Dodatkowy przypływ gotówki znacznie przyspieszy realizację marzenia” — pomyślał i, nie zapominając o reszcie urzędowych obowiązków, rzucił się w wir nowych zajęć, aby zaprowadzić w tym skorumpowanym państwie porządek, niczym Clint Eastwood na Dzikim Zachodzie. Podobnie zresztą jak bohater amerykańskiego kina był człowiekiem prawym, o czystym sumieniu, który pracę w „brudnej” dziedzinie, jaką bywała polityka, wiązał z wiarą uczynienia czegoś dobrego. Od początku swymi brawurowymi komentarzami i zaskakującymi posunięciami przyćmił postać przewodniczącego komisji, Władysława Kasperka — szefa konkurencyjnej partii, mającej głębokie, chłopskie korzenie. Jego osoba zaś wyrastała na niekoronowanego przywódcę komisji, co wprawiało w niemałą wściekłość jej upadającego lidera, Kasperka.

Komisja śledcza już ósmy miesiąc mozolnie zbierała dowody i przesłuchiwała kolejnych świadków, skutecznie usypiając tym obywateli. Posiedzenia komisji, transmitowane w publicznej telewizji urosły już do rangi puertorykańskiego tasiemca, a członkowie w wywiadach z miesiąca na miesiąc zapowiadali rychłe rozwiązanie sprawy, tworząc osobliwe napięcie akcji. Dość spora oglądalność cieszyła wszystkich członków komisji, ale jeszcze bardziej szefów ich partii, którzy traktowali ją jako wczesną kampanię wyborczą i już teraz walczyli o dobre „pole position” w wyścigu o przyszłe miejsca w sejmowych ławach. Nieudolnie prowadzone rządy bowiem skłaniały nie tyle do refleksji, co do bezzwłocznego rozwiązania sejmu i nowych wyborów. W rzeczywistości jednak oglądalność ta wynikała raczej z chęci obejrzenia przez telewidzów kolejnego odcinka sagi z serii Lesławski kontra Kasperek niż brania aktywnego udziału w nudnych, zmierzających, zdawałoby się donikąd, pracach komisji.

Właśnie w takiej szarej, codziennej rzece przesłuchań, niczym ognisty piorun na niebie, pewnego dnia pojawił się wniosek Gabriela Lesławskiego o powołanie przed oblicze komisji byłego premiera, profesora Józefa Lewickiego. Po przesłuchaniu Lewickiego, mając w pamięci słowa swojego przyjaciela, ministra, Karola Polita: „Gabryś, trzeba iść za ciosem. To bardzo dobry i wybuchowy trop, który może przynieść nam w wyborach bardzo wielkie atuty. Musimy teraz zagrać ofensywnie, bo to dla nas najlepszy moment.” — Lesławski uderzył ognistym gromem ponownie:

— Praca komisji zmierza już ku końcowi i nie chcę zabierać przyjemności odczytania ostatecznego raportu panu przewodniczącemu Kasperkowi, ale mogę zdradzić, że forma prywatyzacji naszego potentata na krajowym rynku ubezpieczeń społecznych od początku do końca przebiegała według wcześniej ustalonego planu! — powiedział na kilka godzin przed odczytaniem ostatecznych ustaleń. — Dlatego efektem działań komisji sejmowej jest unieważnienie umowy prywatyzacyjnej, ponieważ została ona przeprowadzona niezgodnie z obowiązującymi powszechnie procedurami oraz, co ważniejsze, prawem. Kilku osobom postawiliśmy już zarzuty przyjęcia korzyści majątkowej i czynnego łapownictwa oraz składania fałszywych zeznań podczas przesłuchań. Jednak pewne grono osób nadal pozostaje bezkarne, jednak, na szczęście, nie na długo. Osobiście wybieram się teraz do prokuratora generalnego, by złożyć wniosek o tymczasowe zatrzymanie pana profesora Lewickiego...

Słowa te wzbudziły ogromną sensację w całym kraju. Ludzie oswoili się już z faktem, że nieczysto w tej sprawie grali byli minister skarbu, prezes spółki oraz kilku znanych polityków i biznesmenów, ale umieszczenie w tych szeregach byłego premiera Rzeczpospolitej urastało niewątpliwie do rangi skandalu ostatniego dwudziestolecia. Profesor Józef Lewicki swoją funkcję pełnił prawie całą kadencję jako jeden z nielicznych w ciągu minionych kilkunastu lat premier. Prawie, bo w momencie, gdy ujawniono niejasne dotąd okoliczności sprywatyzowania państwowej spółki, rządząca obecnie była opozycja żądała krwi kogo popadnie. On natomiast ze stoickim spokojem podał się do dymisji, uzasadniając tę decyzję brakiem wiedzy i działań zapobiegawczych w związku z aferą. Z kolei opinia publiczna przyjęła to jako gest raczej pozytywny, co wiązało się z zaufaniem, jakim darzono byłego premiera.

Teraz jednak, kiedy jego nazwisko skojarzono z tą sprawą zapanowała istna konsternacja narodowa. Nazwiska Lewicki i Lesławski były na ustach całego kraju. Pierwszy — oszust i kłamca czy niewinna ofiara sprytnej intrygi, drugi — nieustępliwy szeryf, poszukujący bezwzględnej prawdy. Brak riposty lub chociażby odpowiedzi ze strony Lewickiego na stawiane mu zarzuty kompletnie wszystkich zszokowały. Zaskoczenie, bezradność… zastanawiano się nad powodem milczenia eks-premiera. Zanosiło się więc na to, że profesor jednak nie jest taki idealny jak to się dotychczas wydawało. Gazety prześcigały się w formułowaniu wymyślnych nagłówków, a szef partii Lesławskiego zacierał z zadowoleniem ręce, widząc idące w górę poparcie w sondażach. Nadszarpnięta opinia nieudolnymi rządami, spowodowała spadek na trzecie miejsce jego ukochanej partii, jednak teraz z minimalną stratą do pierwszego miejsca, wskoczyła o oczko wyżej.

Kilka dni po wywołanej w mediach burzy, Gabriel Lesławski siedział samotnie w sejmowej kawiarence. Marszałek właśnie ogłosił godzinną przerwę w obradach i Lesławski sprytnie odłączył się od towarzystwa radośnie zmierzającego w stronę barku sejmowego na małą, koleżeńską szklaneczkę Johnny’ego Walkera. Odseparował się od kolegów pod pretekstem wstąpienia do łazienki i gdy zniknął im z pola widzenia, udał się prosto do kawiarenki, znajdującej się na parterze budynku. Nie chodziło tu bynajmniej o antyalkoholową postawę posła. Wręcz przeciwnie — Lesławski uważał, że dobrej whisky nigdy się nie odmawia, ale to „nigdy” nie odnosiło się do dnia dzisiejszego. Był to bowiem jedyny moment, kiedy od kilku dni mógł posiedzieć w ciszy i zebrać rozproszone myśli w jedną całość. Tyle w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin się pozmieniało, że można by obdzielić tym całe jego dotychczasowe polityczne życie. Zamówił sobie dużą kawę z podwójną ilością cukru i dwa kawałki ulubionego sernika. „Ten cukier cię wykończy! — w kółko i do znudzenia powtarza mi żona. — Ale jej tutaj nie ma…” — pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Było już późne popołudnie, a on całą porę obiadową spędził na rozmowach z premierem. Kupił jeszcze najnowsze wydanie popularnego miesięcznika i usiadł przy stoliku obok okna. Przetarł okulary materiałową chusteczką, upił łyk gorącej kawy i rozłożył gazetę. Jednak po kilku zdaniach czytania jakiegoś kolejnego, bzdurnego artykułu, jego myśli wróciły do wydarzeń sprzed kilku godzin.

*

Udzielał właśnie wywiadu dla lokalnej gazety, którego młody przedstawiciel nie doczekał się w tłumie reporterów, czyhających na niego z milionem pytań w Ministerstwie Finansów i dopadł go, gdy poseł wchodził na parking. Chcąc nie chcąc zmuszony był ze sztucznym spokojem odpowiedzieć na kilka pytań, które oczywiście od trzech dni wszyscy dziennikarze i reporterzy zadawali mu nieustannie do znudzenia. Jednak z opresji wyrwał go dźwięk jego komórki.

— Przepraszam. To ważne… — rzucił do reportera i odszedł kilka kroków od niego. — Lesławski…

— Cześć, Gabryś — usłyszał w komórce. — Tu Karol!

— Witam Cię.

— Słuchaj… miałbyś chwilę czasu około godziny czternastej dla starego przyjaciela?

— Oczywiście, że miałbym — odpowiedział Lesławski.

— Właśnie dzwonił do mnie premier i mówił, że chce się z nami spotkać… znaczy głównie to z tobą, ale ja też będę. Chce ci osobiście pogratulować i zaprasza nas na obiad.

— To bardzo miła wiadomość, Karolu.

— A widzisz? Jest dobrze. Mówiłem ci, że ten Lewicki to mocny trop. Bomba! Kawał dobrej roboty odwaliłeś, Gabryś…

— Starałem się.

— Jak zwykle skromny… Wpadnę po ciebie do ministerstwa. Bądź gotowy!

— Cześć. — Lesławski schował telefon i ruszył w kierunku ministerstwa, zapominając o przerwanej rozmowie z dziennikarzem.

— Panie pośle… a wywiad? — usłyszał nagle zza pleców.

— Przepraszam, ale nie teraz! Spieszę się na bardzo ważne spotkanie — rzucił na odchodne, bez pożegnania.

Pół godziny później pędził ulicami stolicy do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, czarną rządową limuzyną przysłaną specjalnie na tę okazję. Siedział wygodnie obok ministra finansów, Karola Polita. Tuż przed godziną czternastą weszli do budynku kancelarii i wolnym krokiem skierowali się do gabinetu premiera.

— Witam panów! — lakonicznie odrzekł na powitanie niski jegomość o lekko szpakowatych włosach i rubasznym uśmiechu, wstając zza biurka i zapinając marynarkę. — Bardzo się cieszę, że przyjęli panowie moje zaproszenie.

— Cała przyjemność po naszej stronie, panie premierze — odparł Polit. — Przyprowadziłem naszego cichego bohatera…

— Bez przesady! — Lesławski starał się być skromny.

— Śledził pan ostatnie sondaże? — spytał premier Lesławskiego. — Już tylko cztery procent dzieli nas od opozycji. To niezły wynik, zważywszy na ostatnie przepychanki na politycznej scenie, w które opozycja skrzętnie i zbyt łatwo wplątuje naszych posłów.

— Tak, uważam, że niektórzy posłowie zbyt pochopnie rzucają się w bitewny ferwor wymiany poglądów z naszymi przeciwnikami.

— Słuszna uwaga — zgodził się premier, marszcząc brwi. — Dlatego, chcąc myśleć o kontynuowaniu naszej misji, musimy już dziś zacząć wybiegać w przyszłość, panowie.

— Stąd nasze spotkanie…? — rzucił pytająco Polit.

— Tak, stąd nasze spotkanie… — powtórzył premier, zamyślając się na chwilę. — Mianowicie… panie Gabrielu… jeśli mogę tak do pana mówić… — kontynuował po chwili.

— Ależ oczywiście!

— Przede wszystkim chciałbym panu pogratulować ostatnich sukcesów. Sam zacząłem się już zastanawiać nad sensem działania tej komisji z tym, pożal się Boże, przewodniczącym na czele. Ale ostatnia prosta, dzięki panu, stała się ciekawa, satysfakcjonująca i zarazem optymistyczna dla nas.

— Dziękuję, panie premierze.

— Profesor Lewicki to dobry i rozważny człowiek. Miałem okazję z nim niejednokrotnie rozmawiać, ale polityka to nie miejsce dla takich ludzi. Trzeba być twardym i charakternym człowiekiem, żeby nie dać się zwieść kuszącym okazjom — tu premier skinął na Karola Polita.

— A Lewicki się skusił… i wpadł — dokończył tamten z szerokim uśmiechem.

— Tak, w sprawie wyszły kolejne niepodważalne dowody, które jednoznacznie wskazywały na to, że Lewicki i kilka osób z jego otoczenia brało pieniądze od prywatnych ubezpieczycieli, którzy startowali później w przetargach — wtrącił swoje Lesławski.

— Tak, tak… — przerwał premier. — Znam to w pewnym tylko zarysie od obecnego tu pańskiego szefa, jednak nie o tym chciałem z panem rozmawiać. Jak już wspomniałem musimy zacząć myśleć o przyszłości. Dzisiejszy sejm w takim składzie długo już nie pociągnie. Jest jak dogorywająca zwierzyna, którą kawałek po kawałku rozszarpują psy myśliwskie z Władysławem Kasperkiem na czele. Afera za aferą, nagrania, podsłuchy, paraliżowanie obrad sejmu… To już farsa, którą społeczeństwo jest zmęczone. Trzeba ją zakończyć. Ale należy to zrobić w odpowiednim momencie i z klasą. Tak, aby zaprocentowało to dla nas na przyszłość.

— Do czego pan zmierza? — zapytał Lesławski nieśmiało.

— Ta wygrana sprawa to niewątpliwie duży punkt dla nas, co znajduje odzwierciedlenie w sondażach, bo jesteśmy na drugim miejscu z niewielką tylko stratą, więc nie powinniśmy bać się przyszłorocznych, wiosennych wyborów — zaczął minister finansów. — Musimy jeszcze tylko umocnić naszą pozycję i mam tutaj na myśli przeforsowanie naszej ustawy…

— Myśli pan o ustawie o finansach publicznych? — spytał Lesławski, patrząc wprost na prezesa rady ministrów.

— Tak, odgadł pan trafnie — odparł szczerze zapytany. — Wiem od ministra Polita, że prace nad projektem tej ustawy, którymi pan kieruje są już dalece zaawansowane. Sam miałem okazję przyjrzeć się jej ostatniemu projektowi i opierając się na poglądach pana przyjaciela myślę, że jest gotowa na to, by pójść pod głosowanie.

— Czy nie jest na to zbyt wcześnie? — zapytał Lesławski zatroskanym głosem.

— Bardzo zależy nam na czasie, ponieważ chcemy ustawę o finansach publicznych wprowadzić jeszcze przed zakończeniem obecnej kadencji sejmu. Zna pan proces legislacyjny1 i wie pan przecież, że projekt trafi najpierw do sejmu, gdzie zostanie zaprezentowany na forum. Dopiero później skieruje się go do komisji sejmowej, gdzie odbędzie się pierwsze czytanie. Tam nie mamy większych problemów, a eksperci zostaną dobrani tak, by zbyt długo dokument nie czekał w boksie startowym. Problem widzę dopiero podczas drugiego i trzeciego czytania. Obliczyliśmy, że potrzebujemy po naszej stronie około dwudziestu posłów z innych ugrupowań, aby zachować większość, przy założeniu, że na sali pojawi się około osiemdziesięciu procent posłów. W ten sposób zapewnimy swobodną drogę naszej ustawie do senatu i ostatecznie na biurko prezydenta. Pana zadanie w tej sprawie polegać miałoby na znalezieniu tej brakującej dwudziestki…

— Czyli musimy się zabezpieczyć na przyszłość? — dopytywał Lesławski z uśmieszkiem pod nosem.

— To pan się musi zabezpieczyć na przyszłość! — zawtórował mu premier.

— Ja? — zdziwił się Gabriel. — Przepraszam, ale nie rozumiem…

— Tak ty… jako przyszły minister finansów! — szybko rzucił Polit .

Lesławski przerzucał swój pytający wzrok to na Karola Polita, to na premiera.

— A co z obecnym tu ministrem finansów? — zapytał po chwili podejrzliwie.

— Spokojnie, panie Gabrielu… Mamy już upatrzone miejsce dla pana Polita — odparł premier łagodnym głosem, chrząkając po chwili w zaciśniętą pięść. — W przyszłym rządzie nie mogę pozwolić sobie na takie błędy jak obecnie i potrzebuję zaufanych ludzi na ważnych dla kraju stanowiskach. Takich ludzi jak pan czy minister Polit… oddanych, ofiarnych, patriotów… Muszę zadbać o nich już teraz, aby płynnie i dynamicznie ruszyć od początku. Jak pan się zapatruje na taką współpracę?

— Propozycja zdaje się być z tych nie do odrzucenia — odparł lekko zmieszany Lesławski.

— Komisja śledcza i przegłosowana ustawa o finansach publicznych to dwa asy w naszej talii kart w pokerowych wyborach — zaczął premier po chwili milczenia. — Te trafiły do nas z rozdania, a kolejne dwa są do zebrania w grze od przeciwników. Takiej szansy to grzech nie wykorzystać! Nie wykorzystać takiej szansy — to grzech!

— Na dodatek nasze asy to pik i kier! — dodał z uśmiechem Polit, rozsiadając się w wygodnym, skórzanym fotelu.

— Tak, a na obu widnieje pański wizerunek, panie Gabrielu — dorzucił premier, przybierając poważną minę i ukrywając swój naturalny, rubaszny uśmieszek, który niejednokrotnie był obiektem drwin satyryków politycznych. Lesławskiemu zrobiło się cieplej, dlatego poluźnił krawat, podszedł do okna i zastanawiał się przez chwilę. Odwrócił się w kierunku rozmówców i powiedział:

— Myślę, że dziesiątkę, może nawet dwunastkę posłów znajdę dość szybko. Niezrzeszeni chętnie opowiedzą się za nami, a mam też kilku znajomych w innych ugrupowaniach . Pozostałych trzeba będzie dobrać z opozycyjnych partii…

— Cieszę się, że się rozumiemy. Ma pan oczywiście pełne poparcie z mojej strony — premier podszedł i uścisnął dłoń Lesławskiego. — Najcenniejszym głosom zaoferujemy przejście do naszego ugrupowania, a pozostali… no cóż… jak to powiedział pewien pisarz: „Polityka to sztuka podejmowania błędnych decyzji”2 — podsumował.

— No, to skoro już się porozumieliśmy w tej sprawie, to uczcijmy to koniakiem — wtrącił, stojący już przy barku Karol Polit i nalał w kieliszki płynu barwy ciemno-miodowej. — Za przyszły rząd! — zaskandował, podając trunek towarzyszom.

— Za rząd! — zawtórowali premier i Lesławski, podając sobie we trójkę dłonie.

*

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk dzwonka jego prywatnej komórki. Odłożył więc gazetę, wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki i spojrzał na wyświetlacz. „Joasia dzwoni” — widniał napis. Joanna od czternastu lat była żoną Lesławskiego. Małżeństwo należało do udanych, chociaż Gabriel, ze względu na pracę i związaną z nią znaczną odległość, nie miał dla rodziny zbyt wiele czasu. Starał się jednak wynagrodzić to z nawiązką w każdej wolnej chwili, a budowa wymarzonego domu miała być tego priorytetowym punktem. Odebrał telefon, a po kilkuminutowej rozmowie pożegnał małżonkę. Zjadł ciasto, dopił kawę i ruszył w kierunku sali posiedzeń, ponieważ zbliżała się już godzina wznowienia obrad. Powoli wspinał się po schodach, podpierając się na poręczy i dysząc. W takich chwilach nadwaga mocno dawała mu się we znaki. Po kilku minutach zasapany w końcu dotarł na górę i wszedł na zapełniającą się już salę. Umęczony opadł na swoim miejscu w półokrągłych rządkach ciemnozielonych foteli i odetchnął z ulgą.

Teraz po jego głowie biegał jedynie głos żony. Ze względu na finał sprawy ubezpieczyciela, nie był w domu od dwóch tygodni i chyba zaczynał tęsknić. Był piątek po południu i teoretycznie jeszcze dwadzieścia cztery godziny dzieliły go od powrotu do Gdańska. „A jakby tak się urwać dzień wcześniej — dobiegła go myśl. — W końcu nie tylko przez te dwa tygodnie harowałem jak wół, więc coś mi się od życia należy. — Rozejrzał się po sali i stwierdził, że dość spora część posłów chyba myślała podobnie. — Pustki jak diabli, tylko ta liberalna partia chrześcijańska jak zwykle prawie w komplecie. Pewnie znowu szykują jakieś bzdurne wnioski i będą przeciągać obrady byleby tylko zrobiło się o nich głośno w mediach”. Każda okazja do przypomnienia o sobie wyborcom w jakże gorącym okresie dogorywania obecnego rządu była dobra. Na samą myśl jeszcze bardziej odechciało mu się tu siedzieć. Spojrzał na zegarek, rozejrzał się jeszcze raz po sali. Po prawej stronie, kilka rządków przed sobą zobaczył ministra finansów, Karola Polita. Podniósł się więc i podreptał do niego .

— Karol? — stuknął kolegę w ramię. — Masz minutkę?

— Jasne — odparł tamten. — O co chodzi, Gabryś?

— Wiesz, od dwóch tygodni nie byłem w domu. Ciągle tylko praca i praca. Zerwałbym się do domu, co? Odpocząłbym, zregenerował umysł… W poniedziałek rano będę jak nowy.

— Jasne, Gabryś! Nie ma problemu. Zresztą do końca i tak nie będzie nic konkretnego w porządku obrad. A jeśli nie ty, to kto inny zasłużył na odpoczynek? — dodał minister, spoglądając na pustki na sali sejmowej. Jedź śmiało. O której masz pociąg?

— O 19:05 mam Intercity ze Wschodniego…

— Hmm… — Polit spojrzał na zegarek. — Jest za piętnaście…

— Wezmę taksówkę… Zdążę…

— Nie, czekaj! Mam lepszy pomysł — przerwał minister. — Pod sejmem czeka na mnie mój kierowca, on cię podrzuci. Zbieraj się, a ja szybko zadzwonię do niego. W końcu musisz zacząć się przyzwyczajać do rządowych maszyn, no nie? — mrugnął okiem z wyrazem zadowolenia.

Lesławski odwzajemnił uśmiech, uścisnął dłoń Politowi i szybkim ruszył krokiem do wyjścia.

— Pozdrów Joasię! — krzyknął jeszcze za nim Polit.

— Dzięki! — Lesławski odwrócił się na chwilę i pomachał ręką na pożegnanie.

Gdy zbliżał się do drzwi sali posiedzeń, w tym samym momencie pojawił się w nich mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat, ubrany w idealnie skrojony garnitur, otoczony świtą podobnie odzianych osób. Biel jego koszuli wyraźnie kontrastowała z brązem opalenizny i purpurą krawatu, który był najbardziej charakterystycznym elementem jego partii. Oczywiście, zaraz po nim samym. Był to Władysław Kasperek, przewodniczący opozycyjnej partii, który od czasów komisji śledczej szczerze nienawidził Lesławskiego.

— Ooo… widzę, że pan sekretarz już wychodzi — zagadnął ironicznie. — A my tu jeszcze dzisiaj ważne głosowania mamy do przeprowadzenia…

— Chyba błaznowania — odciął się Lesławski krótko, po czym dodał: — To głosujcie, głosujcie, panie przewodniczący. Ja mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale myślę, że zdążę obejrzeć finał… — klepnął Władysława Kasperka w ramię, przecisnął się obok stojących w wejściu mniej ważnych posłów i ruszył w stronę szatni. Kasperek spoglądał jeszcze przez chwilę na jego oddalające się plecy i szepnął złowrogo pod nosem:

— Jeszcze coś na ciebie znajdę, skurczybyku.

Zejście ze schodów zajęło Lesławskiemu znaczniej mniej czasu niż wejście. Po kilkudziesięciu sekundach już był przy szatni, skąd odebrał swój płaszcz, ciemny kapelusz i ruszył do wyjścia. Skinął strażnikowi na pożegnanie jak czynił to zwyczajowo i wyszedł na zewnątrz. Momentalnie uderzyła w niego fala przenikliwego chłodu. Był koniec października, a już od kilku godzin padał rzęsisty deszcz. Miasto spowiła kurtyna ciemności, rozświetlona ulicznymi latarniami, światłami okien, witrynami sklepów i reklam ulicznych. Zszedł po schodach na ulicę, gdy w tym właśnie momencie zatrzymała się tuż przed nim czarna, rządowa limuzyna. Zza kierownicy wyskoczył zwinnie postawny pracownik biura ochrony rządu i otworzył tylne drzwi, zapraszając go do środka.

— Dziękuję — rzekł Lesławski i grzecznie wsiadł do limuzyny.

Z dużą prędkością włączyli się do ruchu. Pomknęli przez główne ulice stolicy w kierunku dworca kolejowego, by o punkt dziewiętnastej zatrzymać się przed wejściem do holu głównego dworca kolejowego. Lesławski pospiesznie wyskoczył z auta, krzycząc tylko: „Dzięki! Do widzenia!” i ruszył co sił w nogach na peron. Po chwili wchodził już do pustego przedziału, wyczerpany opadłszy na siedzenie. Kilka minut zajęło mu wyrównanie oddechu. Zza przemoczonych szyb zobaczył jak do pociągu zbliża się konduktor, gwiżdże na znak odjazdu i wskakuje do wagonu. Pociąg ruszył, zostawiając dość zaludniony, jak na tę porę dnia, dworzec. Lesławski zdjął płaszcz i usadowił się przy drzwiach. W przeciwieństwie do większości podróżnych nie lubił siadać przy oknie. Zrobiło się przyjemnie ciepło, wyjął z walizki gazetę, którą czytał w kawiarni. Kilku młodych ludzi przeszło korytarzem, nie dając mu się skupić, więc przysłonił oszkloną ściankę materiałową firanką. Usiedli chyba w przedziale obok, bo zrobiło się tam głośniej od śmiechów i rozmów.

Gdy skończył czytać stronę, poczuł, że musi iść do łazienki. Wstał, rozejrzał się po przedziale, odłożył gazetę i zabrał ze sobą czarną, skórzaną walizkę, z którą bardzo rzadko się rozstawał. Wyszedł z przedziału i ruszył w stronę WC, złapał za klamkę drzwi toalety. „Na szczęście wolne — pomyślał, wszedł do środka i zamknął się od wewnątrz na zamek. — Hmm, nawet elegancko” — zażartował w myślach, znając stan łazienek w pociągach. Gdy już skończył, opłukał ręce i otworzył drzwi. Momentalnie już drugi raz dzisiaj uderzyła w niego fala przenikliwego zimna, a także ogromny huk. Spojrzał w kierunku odgłosu i zobaczył, że drzwi wejściowe wagonu są otwarte na oścież.

— Przysiągłbym, że były zamknięte jak szedłem w tę stronę! — mruknął pod nosem ze zdziwienia.

Położył na podłodze walizkę, przytrzymał się jedną ręką za poręcz i już chciał złapać za klamkę, by zamknąć drzwi, gdy usłyszał za sobą czyjś głos.

— Przepraszam?

Odwrócił się wystraszony i w tym samym momencie poczuł silne kopnięcie w brzuch, które niewątpliwe wyrzuciłoby go z pociągu, gdyby nie trzymał się nadal poręczy.

— Co jest kur…? — wykrzyknął przestraszony.

Jedną ręką kurczowo trzymał się poręczy i tylko jedną nogą stał stabilnie na schodkach wagonu. Niesamowity pęd wiatru przy tej prędkości pociągu oraz strach nie pozwalały mu złapać oddechu. Serce waliło mu jak młot. Dopiero po kilku sekundach zrozumiał, co się dzieje. Chciał spojrzeć w kierunku wejścia, lecz nagle poczuł drugie uderzenie w okolicy klatki piersiowej. Kolejny cios spowodował, że wypadły mu okulary, a noga ześliznęła mu się ze schodka, po czym z impetem uderzył piszczelem w twardy metal. Przeszył go ostry ból, a kopnięcie spowodowało, że zakrztusił się, nie mogąc złapać oddechu. Jednak instynkt przetrwania kazał mu nadal kurczowo resztkami sił trzymać się poręczy, a drugą ręką po omacku starał się wyczuć cokolwiek, czego mógłby się złapać. Było mu przeraźliwie zimno, a jedyne co wyczuwał to idealna, śmiertelnie chłodna gładkość blach wagonu.

— Rr...yyyhh… yyhhhm… Ratun… — próbował krzyknąć, lecz w tym momencie napastnik z całą siłą zadał kolejny cios prosto w palce splecione na poręczy.

W jednej chwili Lesławski usłyszał chrzęst łamiących się palców i poczuł brak jakiejkolwiek przyczepności z wagonem. Stęknął jeszcze z przerażenia i runął do tyłu, porwany przez pęd jadącego pociągu. Jego stukilogramowe ciało z głuchym i tępym odgłosem uderzyło o ziemię, naszpikowaną betonowymi balami i osadzonymi na nich szynami. Siła uderzenia była tak duża, że przekoziołkował jeszcze kilka metrów, zanim znieruchomiał. Jedyne, co usłyszał to trzask łamiących się kości i szum wiatru zmieszany z odgłosem toczenia się metalowych kół pociągu po szynach.

II.

Pokój otaczał półmrok. Przez przysłonięte lekko żaluzjami okno wlewał się do środka blask świecących się latarni. Noc zaczynała przechodzić w szary, zimny i niezwykle mokry poranek. Drobny deszcz padał z niewielkimi przerwami już od kilkunastu godzin. Pokój był mały i zwykły, jakich tysiące w wieżowcach i blokowiskach warszawskiej Pragi. Przy ścianie stała nieco zniszczona meblościanka z przystawionym obok stolikiem pod telewizor, a na środku ława, na której stała niedopita butelka po wódce i dwie puste po piwie. Po przeciwnej stronie pokoju stało łóżko z szafką nocną i z dwoma fotelami rozstawionymi na rogach ławy. Na łóżku spał mężczyzna w średnim wieku, niemiłosiernie chrapiąc.

W ten oto sielankowy obrazek wdarł się nagle głośny dźwięk telefonu komórkowego. Mężczyzna momentalnie poderwał się, trącając ramieniem w ławę, z której strącił na podłogę głośno brzęczące butelki.

— Słucham? — rzucił zaspanym głosem.

— Janusz? — zapytał dla pewności głos w słuchawce.

— Taaaak… — odparł mężczyzna, przeciągając się.

— Tu Nowak… z Agencji… — przedstawił się rozmówca. — Dzwoniłem na twój domowy numer, ale nikt nie odbierał.

— Mówiłem przecież, że sprzedajemy dom i że już tam nie mieszkam… A tak w ogóle, to wie pan, która godzina, panie pułkowniku?

— Wiem, Januszu, wiem dokładnie, bo sam już nie śpię od dwóch godzin.

— Pan wybaczy, panie pułkowniku, ale z tego typu problemem chyba nie dzwoni pan do mnie jako do specjalisty?

— Daj spokój, Januszu, nie mam nastroju do żartów! — skwitował Nowak. — Wydzwaniają do mnie z MSW i z Komendy Głównej Policji, że znaleziono zwłoki przy torach niedaleko Warszawy…

— Zwłoki to chyba robota dla policji, nie? — wtrącił Piekarski. — Niech wezwą tych ze stołecznej…

— Już tam są. Problem w tym, że to zwłoki posła… eee… Lesławskiego… zdaje się.

— Tego Lesławskiego…? — zapytał ze zdziwieniem Piekarski. — Tego od komisji sejmowej?

— Tak, tego… — potwierdził pułkownik Nowak. — Znalazł je maszynista gdzieś na północ od Nowego Dworu Mazowieckiego.

— Co się stało?

— Nie wiadomo. Morderstwo albo samobójstwo. Ponoć ciężko go było zidentyfikować, tak był poturbowany. Jak się dowiedzą dziennikarze, to zaraz będzie ich tam pełno i niczego się nie dowiemy. Dzwonił do mnie minister spraw wewnętrznych i kazał mi tam kogoś wysłać…

— O nie, Ryszard! — rzucił nagle ożywiony i całkowicie ocucony już Piekarski. — Mnie w to nie mieszaj… Wiesz dobrze, że za trzy tygodnie idę w odstawkę. Miałem spokojne przetrzymać do końca. Przecież sam mnie wysłałeś wczoraj na urlop. Nie da rady, stary, słyszysz? Nie da rady! Poza tym… może nie ma mnie tu, jestem gdzieś daleko od Warszawy.

— A gdzie ty niby miałbyś być Janusz, co? — uśmiechnął się głos w słuchawce.

— Nad morzem, na ten przykład — wymyślił na poczekaniu Piekarski, na co w odpowiedzi usłyszał serdeczny i głośny śmiech rozmówcy.

— Nie świruj, chłopie — rzucił pułkownik, w momencie, gdy się nieco opanował. — Wysłałem wczoraj chłopaków na szkolenie do Wrocławia. Nie będę przecież ściągał kogoś stamtąd. Wiem, że masz urlop i naprawdę nie chcę zabierać ci czasu, ale nie mam wyjścia. Chcę tylko, żebyś tam pojechał, rozejrzał się i dowiedział, co i jak. Może to akurat samobójstwo i zanim się sprawa zaczęła, to się zakończy .

— Tak, masz rację, dla mnie zanim się rozpoczęła , to się już skończyła — podkreślił z naciskiem ironicznie Piekarski, wstając z łóżka i podchodząc do okna. Odsłonił żaluzje i spojrzał przez okno. — W taką pogodę na pewno będzie to jakieś gówno… — mruknął głośno do siebie niezadowolony.

— Co mówiłeś? — Nowak nie dosłyszał.

— Nic — uciął Piekarski. — W poniedziałek mam sprawę rozwodową. Nie byłem już dwa razy i jeśli teraz też nawalę, to odbędzie się beze mnie, a jej adwokat oskubie mnie ze wszystkiego, co mi jeszcze pozostało.

— Eee tam… do poniedziałku zdążysz bez najmniejszego problemu. Mówię ci, że to jest krótka sprawa. Podeślę ci kogoś z ośrodka szkolenia, żeby cię podwiózł. Rozejrzyj się, dowiedz czegoś, zadzwoń i wracaj. OK.?

— Nie… — sapnął Piekarski.

— Oj, Janek, ale ty uparty jesteś jak jakiś osioł czy inny tam wół. Nie pozostawiasz mi wyboru — zaczął pułkownik Nowak. — Wydaję ci rozkaz!

Głos w słuchawce wyłączył się, a Piekarski stał chwilę, wpatrując się w spływające krople deszczu po szybie. „Zawsze coś” — pomyślał, a głośno wycedził wściekle przez zęby, zaciskając pięści i dając upust emocjom:

— Zawsze, kurwa, coś!

Podszedł do stołu, spojrzał na przewrócone butelki po piwie i niedokończoną flaszkę wódki. Nie był alkoholikiem, raczej typem z twardym charakterem, czego wymagała szkoła Agencji, dlatego tym bardziej nie piłby z powodu rozwodu. Wczoraj jednak, przechodząc na zasłużony urlop, postanowił to uczcić. Zadzwonił po długim czasie milczenia do brata, ale ten był zbyt zajęty, żeby mu towarzyszyć, dlatego postanowił nie marnować okazji i dobrego nastroju, który ostatnio rzadko mu się zdarzał. Nikt bezboleśnie w końcu nie przeżywa rozwodu, tym bardziej, że dowiaduje się o tym przez telefon. Złapał puste butelki i zaniósł je do kuchni. Napił się zimnej wody z kranu i przeszedł do łazienki.

Kwadrans później był już ubrany i gotowy do wyjścia, podszedł do drzwi balkonowych i wyjrzał przez okno. Na parking przed blokiem właśnie zajechała czarna Octavia. Rozpoznał służbowy samochód.

— Hm… Młody się nie ociąga — mruknął pod nosem i ruszył do wyjścia.

Gdy wyszedł na klatkę schodową, z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął paczkę Goldenów i zapalił jednego. Zamknął mieszkanie i ruszył w stronę wyjścia . Spotkali się przy samochodzie.

— Dzień dobry, panie chorąży — prawie zasalutował młody kierowca.

Piekarski spojrzał na niego zimno i wyrzucił resztkę papierosa zgrabnym pstryknięciem gdzieś w bok. Mężczyzna miał nieco ponad dwadzieścia lat, króciutko przystrzyżone włosy zdradzały ich jasny kolor i drobne zakola. Ubrany był w czarną, skórzaną kurtkę i niebieskie dżinsy.

— Nie taki znów dobry, Młody, wcale nie taki dobry… — odpowiedział i wygodnie usadowił się z przodu na siedzeniu pasażera, ocierając z twarzy krople deszczu. — Ja na urlopie, a tu leje jak jasna cholera, a do tego wyciągają mnie z ciepłego łóżka, a ty mi tu mówisz, że dobry?

— Deszcz jak deszcz, nic na to nie poradzimy. — młodzieniec wzruszył ramionami.

— Janusz — rzekł Piekarski, mierząc go wnikliwym spojrzeniem, które po kilku latach pracy w Agencji wchodziło w nawyk i stawało się już odruchem.

— Sebastian — odparł Młody, a kąciki ust lekko drgnęły ku górze, sugerując delikatny grymas uśmiechu.

— No dobra, jedźmy zobaczyć, co tam się stało i szybko wracajmy — rzucił Piekarski i pokrętłem zmienił stację w radiu. Powoli wyjechali z parkingu w kierunku północnym.

— Możesz mi powiedzieć jak się w to wkręciłeś? — zapytał po dłuższej chwili milczenia Piekarski, któremu nudził się migający, kamienny krajobraz deszczowej, zaspanej Warszawy.

— W ten wyjazd czy w Agencję Bezpieczeństwa? — skonkretyzował Sebastian, nie spuszczając wzroku z drogi.

Padający deszcz znacznie utrudniał warunki jazdy, a wycieraczki ustawione na średnią szybkość nadążały zbierać wodę z szyby. Poza tym, chcąc szybko zdążyć na miejsce, wciskał gaz troszkę bardziej niż zobowiązywały go do tego przepisy.

— W sumie… i w to, i w to — odpowiedział Piekarski.

— Pochodzę z wojskowej rodziny… — zaczął Młody swoją opowieść. — Ojciec był kapralem Wojska Polskiego w Elbląskim Pułku Przeciwlotniczym, dlatego z mundurowymi miałem styczność od najmłodszych lat. Może właśnie z tego powodu nie czułem powołania do wojska. Matka zmarła dość wcześnie, ale zawsze chciała, żebym ukończył studia, czego ojciec starannie dopilnował. Po studiach politechnicznych rok, zupełnie bez sensu, przepracowałem w kilku miejscach. Później zdecydowałem się na Agencję…

— A w to dzisiejsze bagno? — dociekał Piekarski.

— Dużo chłopaków wyjechało na weekend do domu. Miałem do wyboru, ten wyjazd albo siedzenie w dyżurce, więc uznałem to za dużo ciekawsze…

— Interesujący wyjazd w interesującą pogodę… — skomentował Piekarski, patrząc w tonący w strugach deszczu świat za szybą.

Gdy minęli Nowy Dwór Mazowiecki, kilka kilometrów dalej samochód zwolnił, skręcił w prawo w boczną drogę i przejechał około pięciu kilometrów. W  okolicy wsi Bronisławka tory kolejowe zbliżały się na odległość około trzydziestu metrów do szosy. Przejechali jeszcze niecałe pół kilometra i, mijając tabliczkę: „Stanisławowo 2 km”, zobaczyli pierwszy radiowóz. Zjechali w polną drogę, którą wskazał im aspirant drogówki w odblaskowym trykocie. Zza przerzedzających się krzaków widać było jeszcze dwa kolejne radiowozy i nieco dalej skąpaną w gąszczu traw karetkę pogotowia. Obok radiowozów stał bordowy volkswagen Jetta, koło którego się zatrzymali.

Deszcz, jakby na życzenie, trochę osłabł i z całkowicie zachmurzonego nieba spadały już tylko pojedyncze krople. Obaj mężczyźni wysiedli równocześnie z Octavii i ruszyli w kierunku idącego w ich stronę, nieźle już przemoczonego, człowieka. Był wzrostu Piekarskiego i miał trochę ponad trzydzieści lat. Ciemny, kilkudniowy zarost na policzkach, dodawał mu powagi, a ciemnozielone, głęboko osadzone oczy sprawiały wrażenie zaspanych. Ubrany był w brązowe spodnie i wełniany sweter w kratkę oraz czarną, policyjną kurtkę. Wyglądało na to, że też wyciągnęli go tu prosto z łóżka.

— Komisarz Kamil Kozerski, Komenda Stołeczna Policji — wyciągnął dłoń na powitanie .

— Agencja Bezpieczeństwa, Janusz Piekarski i… — tu chorąży się zawahał.

— Sebastian Zuchowicz — Młody szybko wyciągnął rękę.

Piekarski rzadko przedstawiał się „stopniem”, częściej używał samego nazwiska, czym niejednokrotnie łatwiej nawiązywał kontakty ze współpracownikami. Jego zdaniem wszystko, co pomagało w dobrym wykonaniu pracy było słuszne. A i był typem człowieka spokojnego, skromnego, który nie lubił zbytnio afiszować się wyróżnieniami.

— Dostałem telefon z góry, że będziecie, więc czekaliśmy na was. Prokurator właśnie odjechał, a lekarz jest w karetce — zaraportował komisarz Kozerski, wskazując jednocześnie pojazd ręką. — Chodźcie za mną!

Ruszyli przez wydeptaną wśród wysokiej trawy i zielska dróżkę. Równoległe ślady opon biegły tym samym szlakiem i kończyły się przy karetce. Przeszli pod taśmą i podeszli do zapakowanych w czarny worek zwłok.

— Zanim dostaliśmy telefon, że jedziecie, chłopaki już go zapakowali — komisarz przykucnął nad workiem i rozchylił zamek. — Poznajecie? — zapytał z zaciekawieniem.

— Jakbyśmy nie poznawali, to by nas tu nie było — sapnął Piekarski, kucając nad czarnym workiem.

— Gabriel Kazimierz Lesławski, syn Anatola i Marii, urodzony… — Kozerski zaczął recytować z notesu .

— Samobójstwo czy morderstwo? — wtrącił Piekarski.

— Jeszcze nie wiemy. Znalazł go maszynista pociągu towarowego około godziny 2:30. Zwłoki leżały tuż obok torów. Chociaż są konkretnie połamane, to wykluczamy rzucenie się pod jadący pociąg. Denat jest, że tak się wyrażę „cały”, a po spotkaniu z pociągiem, to pewnie do tego czasu byśmy go kompletowali.

— Czyli wyleciał z pociągu… — nieśmiało stwierdził Młody .

— Pytanie: sam czy ktoś mu pomógł? — rzucił Piekarski, zapalając papierosa.

— Chodźcie, pokażę wam, gdzie leżał — zaproponował komisarz, wstając od worka i ruszając przed siebie. Wszyscy podeszli bliżej torów, kamienie usypane między betonowymi balami były w dalszym ciągu, pomimo padającego deszczu, zabarwione zaschniętą krwią.

— Tutaj leżał… — rzekł Kozerski. — Głową skierowany w stronę tych krzaków, a na tych kamieniach były nogi. Leżał na brzuchu. Jeden but w odległości około pół metra od zwłok. Ubrany tylko w garnitur, w kieszeniach portfel z dokumentami, pieniądze oraz telefon komórkowy. Nic nie zginęło. Telefon uszkodzony prawdopodobnie podczas upadku.

— O której nastąpił zgon? — zapytał Piekarski.

— Lekarz stwierdził zgon między 20:30 a 21:30, wczoraj wieczorem. Dokładną przyczynę i czas śmierci wykaże dopiero sekcja, ale pokaże wam coś jeszcze… Zwłoki skierowane były w tamtą stronę… — komisarz wskazał na północ i udał się we wskazanym kierunku. — Dlatego instynktownie ruszyłem kilkadziesiąt metrów w tamtym kierunku. Padający deszcz przeszkadzał nam bardzo w czynnościach, ale znalazłem te ślady. — Tu wskazał na kilka zagłębień w równomiernie rozłożonych kamieniach między dwoma pasami torów. Na niektórych kamieniach widoczne były ślady krwi. — Wziąłem je do analizy, ale na sto procent to jego krew.

— Czyli wszystko wskazuje na to, że faktycznie wyleciał z pociągu — rzekł Piekarski, spoglądając na Młodego.

— Tak. Myślę, że to tutaj upadł. Przekoziołkował przez tory i wylądował przy tamtych zaroślach.

— Czyli, co? Pociąg musiał jechać w kierunku północnym, tak? — rzucił Sebastian Zuchowicz.

— Lesławski mieszkał pod Gdańskiem, więc najprawdopodobniej jechał z Warszawy do domu — głośno myślał Piekarski.

— Też tak pomyślałem, dlatego wysłałem jednego policjanta na PKP w Nowym Dworze Mazowieckim, żeby sprawdził godziny przejeżdżających tutaj pociągów w kierunku Gdańska. Czekam ciągle na telefon.

— Macie spisane zeznania człowieka, który go znalazł?

— Tak.

— Spojrzę jeszcze raz na ciało — powiedział Piekarski i ruszył w kierunku zwłok.

Za nim poszedł komisarz i w tym momencie odezwał się jego telefon.

— Kozerski! No… Tak… Aha… dobra rozumiem, przyślij mi to esemesem… Dzięki. Wracaj do Warszawy. No… Na razie.

— Mamy ten pociąg — zwrócił się entuzjastycznie Kozerski do klęczącego nad zwłokami Piekarskiego.

— Doprawdy?

— Dzwonił mój człowiek, którego wysłałem do Nowego Dworu. Sprawdził pociągi jadące z Warszawy do Gdańska i znalazł tylko dwa: pierwszy Intercity o 19:05 i drugi pospieszny około północy.

— Drugi z dwóch względów odpada — głośno pomyślał Piekarski. — Według ustaleń o północy Lesławski już dawno nie żył, a będąc ważnym od kilku tygodni posłem, którym by się pan udał do domu, komisarzu?

— Intercity — rzucił Kozerski z uśmiechem. — Intercity, który idealnie pasuje do całej sytuacji. Wyjechał o 18:50 z Centralnej, a na Wschodniej był o 19:05. Na pewno wsiadł na którejś z tych stacji! — czytał z komórki komisarz.

– Czyli tak między 19:30 a 19:50 przejeżdżał tędy — rzucił Piekarski. — Ale dlaczego znaleźli go dopiero przed 3:00?

— Ciemno i deszcz. Jeśli coś tędy jechało, to na pewno zapieprzało, ile mocy w silnikach i nikt się nie rozglądał. Nasz maszynista ciągnął trzydzieści wagonów wyładowanych po brzegi ładunkiem, więc toczył się dużo wolniej, to go zauważył — skwitował komisarz.

— Dobra, trzeba przepytać obsługę i konduktorów tego Intercity czy coś widzieli? Czy jechał sam, czy z kimś, czy ktoś z nim rozmawiał , no i trzeba ustalić, gdzie są jego pozostałe rzeczy?

— To znaczy? — spytał komisarz konkretnie.

— No chyba nie wybierałby się pan w podróż do domu w samym garniturze i bez bagażu. Tym bardziej pod koniec października — rzucił Piekarski, kiedy znowu odezwała się komórka komisarza.

— Kozerski… Tak… Tak, panie komendancie… Są… niemożliwe… już jedziemy… — komisarz rzucał półsłówkami.

— Co jest? — zapytał Młody, gdy Kozerski ze zdziwieniem na twarzy zakończył rozmowę.

— W tym Intercity znaleźli płaszcz Lesławskiego… w środku był list pożegnalny…

— Samobój… — westchnął z niepohamowaną ulgą Piekarski.

Właśnie uciekła mu sprzed oczu perspektywa długiego i mozolnego śledztwa, które prawdopodobnie pułkownik Nowak zrzuciłby na niego, pomimo zasłużonego urlopu.

— Gdańsk już nam faksuje kopię tego listu — wyrwał go z rozmyślań komisarz. — Chcecie go zobaczyć?

— Dobra, jedźmy! — rzucił Piekarski i ruszył za komisarzem w stronę samochodów. Za nimi podążał Młody.

— Chłopaki, pakujcie ciało i wracamy do Warszawy — rzucił na odchodne komisarz w stronę kilku błąkających się policjantów i pracowników karetki.

Janusz Piekarski z Zuchowiczem wsiedli do samochodu i ruszyli za Kozerskim w kierunku Warszawy.

III.

Dwa dni po śmierci posła Gabriela Lesławskiego, media w kraju huczały. Gazety prześcigały się w domysłach i spekulacjach, a rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji dla dobra sprawy, na rozkaz komendanta głównego, podawał tylko najważniejsze informacje. Wspomniał o pożegnalnym liście znalezionym w pociągu i o tym, że samobójstwo jest aktualnie najbardziej prawdopodobną wersją śmierci. Załamana rodzina i przyjaciele oczywiście w to nie wierzyli. Współpracownicy posła, z sejmu i ministerstwa byli równie zszokowani i rozbici.

— W tym kraju poseł nie zginął śmiercią inną niż naturalna od czasów komunistycznych. Jestem w głębokiej żałobie po stracie dobrego przyjaciela, pracownika i tak jak cały naród, nie wierzę, że to było samobójstwo. Za dużo odniósł sukcesów zarówno na gruncie prywatnym, jak i zawodowym, żeby targać się akurat w tym momencie na życie — mówił w wywiadach minister finansów, Karol Polit, a premier gromił w każdych wiadomościach:

— Ta śmierć jest wymierzona w każdego z nas osobiście, w partię, w prawdę oraz w całą Polskę! Będziemy szukać przyczyn, a osób odpowiedzialnych za tę śmierć nie uniknie kara.