Człowiek z Wywiniętą Wargą - Arthur Conan Doyle - ebook

Człowiek z Wywiniętą Wargą ebook

Arthur Conan Doyle

0,0

Opis

W mrocznym zaułku nad Tamizą, w oparach palarni opium, doktor Watson natyka się na kogoś, kogo spodziewał się tam zastać najmniej — Sherlocka Holmesa w przebraniu. Detektyw tropi sprawę, która wymyka się wszelkiej logice: Neville St. Clair, szanowany dżentelmen z przedmieścia, zniknął bez śladu z pokoju na piętrze podejrzanego przybytku. Jego żona widziała go w oknie. W izbie zostało tylko jego ubranie, plama krwi na parapecie i obdarty żebrak o twarzy naznaczonej szpetną, wywiniętą wargą.

 

Policja ma podejrzanego. Holmes ma pytanie, którego nikt inny nie zadał — i noc spędzoną na fajce, by znaleźć odpowiedź.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 37

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przygody Sherlocka Holmesa

Człowiek zWywiniętą Wargą

Arthur Conan Doyle

Izaak Whitney, brat śp. doktora teologii i rektora seminarium duchownego w St. George, Eliasza Whitneya, był namiętnym palaczem opium. O ile wiem, w ten szkaradny nałóg popadł jeszcze w czasach szkolnych, przez głupią a właściwą młodemu wiekowi skłonność do naśladownictwa. Przeczytał gdzieś opis wrażeń doznawanych przez palaczy – znany utwór pióra Quinceya – i nasycał swój tytoń nalewką z opium, chcąc doświadczyć tych samych rozkosznych snów. Ale z tym jego przyzwyczajeniem stało się tak, jak z wieloma nałogami nabytymi w młodości: przekonał się, że łatwiej do nich przywyknąć niż się ich pozbyć. Pozostał więc przez długie lata niewolnikiem strasznej trucizny, a dla swych przyjaciół i znajomych przedmiotem odrazy lub współczucia. Jeszcze teraz, ile razy o nim myślę, staje mi przed oczyma jego pomarszczona, pożółkła twarz, z opadającymi powiekami i źrenicami pomniejszonymi do wielkości łebka od szpilki – smutna ruina szlachetnego niegdyś i energicznego człowieka.

Pewnego wieczora – a było to w czerwcu roku 1889 – mniej więcej o tej porze, kiedy człowiek zaczyna już ziewać, spoglądając na zegarek i tęskniąc za łóżkiem, ktoś nagle pociągnął za dzwonek przy moich drzwiach. Zerwałem się z fotela, a żona moja odłożyła robótkę na kolana i wyglądała na nieco rozczarowaną.

– Pacjent – powiedziała. – Będziesz musiał iść.

Westchnąłem, bo właśnie wróciłem z ciężkiej całodziennej pracy.

Dobiegł nas odgłos otwieranych i zamykanych drzwi na dole, potem słychać było skrzypienie schodów, wreszcie szybkie kroki po linoleum w korytarzu. Ktoś energicznie otworzył drzwi i w progu ukazała się jakaś dama, ciemno ubrana i w czarnej woalce.

– Wybaczcie państwo tak późną wizytę... – zaczęła i wybuchnąwszy nagle nerwowym płaczem, rzuciła się mojej żonie na szyję, łkając głośno. – Ach, jestem w okropnym położeniu! – zawołała. – I natychmiast potrzebuję pomocy!

– Ależ to Kate Whitney! – rzekła moja żona, odchylając jej woalkę. – Jakżeś mnie wystraszyła, Kate! Kiedy tu weszłaś, nie miałam pojęcia, że to ty!

– O, nie wiedziałam, co robić, więc przybiegłam do ciebie!

Tak to już zwykle bywało. Każdy, kto był w potrzebie, przychodził do mojej żony po pomoc, jak zbłąkane na morzu ptaki lecą do latarni morskiej.

– Bardzo dobrze zrobiłaś, że przyszłaś. Ale wypij no teraz szklankę wina z wodą i rozsiądź się wygodnie. To cię uspokoi. Tak. A teraz opowiedz nam wszystko. Ale wolisz może, żebym odesłała Jamesa na spoczynek?

– O nie, nie! Potrzebuję także i pańskiej rady i pomocy, doktorze! Chodzi o mojego męża. Od dwóch dni nie ma go w domu. Tak bardzo się o niego boję!

Nie pierwszy to raz mówiła z nami o ustawicznym kłopocie i zmartwieniach, jakich przysparzał jej mąż – ze mną jako z lekarzem, a z moją żoną jako starą przyjaciółką i powierniczką jeszcze z czasów szkolnych. Uspokajaliśmy ją i pocieszali, jak mogliśmy. Zapytałem, czy się domyśla przynajmniej, gdzie się mąż teraz podziewa, i czy moglibyśmy jej pomóc, sprowadzając go do domu.

Okazało się, że jest to całkiem możliwe. Dowiedziała się, nie wiem jak, że ostatnio ile razy napadał go nieprzeparty pociąg do opium, udawał się do jakiejś opiumowej nory w najodleglejszej, wschodniej części miasta.

Dotychczas te jego orgie ograniczały się do jednego dnia, po czym wieczorem wyczerpany i rozbity wracał do domu. Ale tym razem jego nieobecność przeciągnęła się do czterdziestu ośmiu godzin i w tej chwili leżał pewnie w tej spelunce między różnymi wyrzutkami społeczeństwa i pijanymi marynarzami, przesypiając skutki strasznej trucizny. Tam go można było znaleźć, była tego pewna, w „Złotej Szynkowni” przy Upper Swandam Lane. Ale co miała zrobić? Młoda, lękliwa kobieta nie może przecież wejść do takiego miejsca i wyrwać swego męża z rąk hałastry, która się tam zbiera.

Tak wyglądała sprawa i w istocie było tylko jedno wyjście. Czy nie mógłbym jej tam towarzyszyć? Albo może lepiej, jeśli sam pójdę? Jestem przecież doradcą medycznym jej męża i jako taki mam na niego pewien wpływ. Łatwiej mi będzie poradzić sobie bez niej.

Dałem jej słowo, że w ciągu dwóch godzin odeślę go dorożką do domu, jeśli go rzeczywiście zastanę we wskazanym miejscu. W dziesięć minut później byłem już daleko od wygodnego fotelu i przytulnego pokoju, jadąc dorożką na wschód w nietypowej, jak mi się wydawało, sprawie, która dopiero potem okazała się jeszcze dziwniejsza.

Pierwsza część mojej wyprawy obyła się bez trudności. Upper Swandam Lane to paskudny zaułek, ciągnący się za wysokimi nabrzeżami na północnym brzegu Tamizy, na wschód od London Bridge. Między budą tandeciarza a wstrętnym szynkiem znalazłem wreszcie poszukiwaną, ciemną jak piwnica spelunkę, do której wiodły spadziste brudne schody. Kazałem woźnicy czekać, a sam zszedłem na dół. Nogi pijaków, snujących się tu nieustannie, zostawiły na stopniach głębokie ślady. Przy migotliwym świetle lampy olejnej znalazłem klamkę i wszedłem do długiej, niskiej izby. Była pełna brunatnego dymu opium i zastawiona drewnianymi tapczanami jak dziób statku dla emigrantów.