Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 411 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Człowiek z wyspy Lewis - Peter May

Druga część, po „Czarnym domu”, trylogii Petera Maya o wyspie Lewis

CZŁOWIEK BEZ IMIENIA

Niezidentyfikowane zwłoki zostaną znalezione w torfowisku na wyspie Lewis. Jedyną wskazówką do odkrycia do tożsamości jest zbieżność DNA z lokalnym rolnikiem.

CZŁOWIEK BEZ PAMIĘCI

Jednakże Tormond Macdonald, starszy pan cierpiący na demencję, twierdzi, że jest jedynakiem.

CZŁOWIEK BEZ WYBORU

Gdy rodzina Tormoda prosi o pomoc Fina Macleoda, czuje się on w obowiązku rozwiązać tę zagadkę.

Opinie o ebooku Człowiek z wyspy Lewis - Peter May

Fragment ebooka Człowiek z wyspy Lewis - Peter May

Wydanie elektroniczne

O książce

Torf to skarb na wyspie Lewis; od wieków wiązało się z nim życie jej mieszkańców. Jak się okazuje, wiąże się z nim również śmierć. Podczas kopania torfu zostają odnalezione zwłoki młodego mężczyzny. Autopsja wykazuje, że został zabity w brutalny sposób, a tatuaż z Elvisem Presleyem obala pierwotną teorię, że ciało spoczywało w torfowisku setki, a nawet tysiące lat. Porównanie DNA mężczyzny zamordowanego w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku z próbkami pobranymi przy okazji jednego ze śledztw wykazuje, że był on spokrewniony z Tormodem, ojcem Marsaili, młodzieńczej miłości Fina Macleoda i matki jego syna.

Fin rozpoczyna własne śledztwo, skazany na strzępy informacji wyrywane od cierpiącego na zaawansowaną demencję starego Tarmoda. A ten – człowiek bez nazwiska i pamięci – jak się wkrótce okazuje, ma powody, by ukrywać prawdę.

PETER MAY

Ceniony pisarz i scenarzysta, urodził się w Glasgow. Zanim wydał swą pierwszą powieść The Reporter, utrzymywał się z dziennikarstwa, pisując dla „The Scotsman” i „Glasgow Evening Times”. W wieku 21 lat zdobył tytuł Szkockiego Dziennikarza Roku. W 1978 rozpoczął pracę w BBC. Jest autorem kilkuset scenariuszy do seriali i widowisk telewizyjnych. Ten etap kariery zawodowej zakończył w 1996 r. i poświęcił się wyłącznie pisaniu książek. Jego dorobek literacki obejmuje ponad 20 powieści kryminalnych, za które otrzymał m.in. francuskie Prix Intramuros, Cezam Prix Litteraire Inter CE oraz przyznawaną przez czytelników Prix des Lecteurs. Pierwsza książka z cyklu Wyspa Lewis, Czarny dom, znalazła się w gronie finalistów The Barry Award i The Macavity Award w kategorii Najlepsza Powieść Kryminalna. Człowiek z Wyspy Lewis został wyróżniony m.in. Grand Prix des Lecteurs. W 2014 r. ukazała się najnowsza powieść Petera Maya, Entry Island.

www.petermay.co.uk

Tego autora

WYSPA ENTRY

Trylogia WYSPA LEWIS

CZARNY DOM

CZŁOWIEK Z WYSPY LEWIS

JEZIORO TAJEMNIC

Tytuł oryginału: THE LEWIS MAN

Copyright © 2012 by Peter May, represented by Editions du Rouergue

All rights reserved

First published under the title L’HOMME DE LEWIS

Published by arrangement with Literary Agency ”Agence de l’Est”

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Jan Kabat 2014

Redakcja: Barbara Gębczak-Janas

Zdjęcie na okładce: Alamy/Be&W

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-050-1

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pamięci mojego taty

To tam mieszkają:

Nie tu i nie teraz, ale tam, gdzie to wszystko było.

Philip Larkin, Stare durnie (tłum. Jacek Dehnel)

PROLOG

Na tej chłostanej sztormami wyspie, w odległości trzech godzin rejsu od północno-zachodniego wybrzeża Szkocji, skąpa gleba daje ludziom pożywienie i ciepło. Przyjmuje także ich zmarłych. I bardzo rzadko, tak jak dzisiaj, wydaje ze swego łona jednego z nich.

Wycinanie torfu to zajęcie społeczne. Rodzina, sąsiedzi, dzieci, wszyscy zebrali się na wrzosowisku w porywach wiejącego z południowego zachodu łagodnego wiatru, który wysusza trawy i odgania muszki. Annag ma tylko pięć lat. Wycina torf po raz pierwszy i zapamięta to na całe życie.

Spędziła ranek z babcią w kuchni rodzinnego domu i pilnowała jajek gotujących się na starym piecyku, w którym płonął torf z poprzedniego roku. Teraz kobiety idą przed siebie z koszami. Ona jest boso; biegnie przodem po kłującym wrzosie, a brązowa woda tryska między palcami jej stóp. Annag jakby się unosiła na skrzydłach podniecenia, które przyniósł ze sobą ten dzień.

Widzi tylko niebo – rozrywane i postrzępione przez wiatr. Niebo, z którego sączą się promienie słońca i padają krótkimi błyskami na martwą trawę, gdzie białe kłaczki wąskolistnej pochylają się w gwałtownych porywach niespokojnego powietrza. W nadchodzących dniach polne kwiaty wiosny i wczesnego lata pokryją brązowe nieużytki zimy żółtym i liliowym kobiercem, ale na razie są pogrążone w uśpieniu i martwocie.

W dali, na tle słonecznego blasku, który migocze na oceanie uderzającym o czarne i uparte gnejsowe klify, widać sylwetki sześciu mężczyzn w kombinezonach roboczych i wełnianych czapkach. Światło jest niemal oślepiające; Annag przysłania dłonią oczy i widzi, jak pochylają się i garbią, gdy tarasgeir – przyrząd do wycinania torfu – przesuwa się po miękkiej czarnej darni, by wydobyć ją pod postacią wilgotnych kwadratowych brył. Ziemia jest naznaczona bliznami, które pozostawiły pokolenia mieszkańców dobywających cenny materiał – rowami głębokimi na trzydzieści albo czterdzieści centymetrów; po obu ich stronach zalegają świeżo wycięte i schnące kawałki darni. Za kilka dni ludzie powrócą tu, by odbyć rytuał cruinneachadh – układania brył w rudhain, czyli niewielkie stożki, które poddając się powiewom wiatru, wyschną do końca.

Potem zostaną umieszczone na wózku i zabrane do zagrody, tam zaś wysuszone bryły ułoży się jak cegły, jedna na drugiej, w jodełkę; utworzą stos, który zapewni rodzinie ciepło i pozwoli gotować posiłki zaspokajające głód przez całą następną zimę.

Tak właśnie mieszkańcy Lewis, najdalej na północ wysuniętej wyspy w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych, potrafili przetrwać przez wieki. I teraz, w epoce finansowej niepewności, gdy ceny paliw rosną niebotycznie, ludzie mający w domach otwarte paleniska i piece powracają tłumnie do tradycji przodków, gdyż jedynym kosztem ogrzania domostwa jest własna praca i oddanie Bogu.

Dla Annag to jednak tylko przygoda; na tym chłostanym wiatrem wrzosowisku czuje, jak łagodne powietrze wypełnia jej usta, gdy się śmieje, woła do ojca czy dziadka i słyszy gdzieś za plecami głosy matki i babki, które rozmawiają krzykliwie. Nie wyczuwa napięcia, jakie ogarnęło nagle mężczyzn. Ma zbyt mało doświadczenia, by bezbłędnie odczytać język ciała ludzi przycupniętych wokół ściany rowu, który zapadł się przy ich stopach.

Jest już za późno, gdy ojciec ją dostrzega i woła, żeby nie podchodziła. Jest za późno, by dziewczynka mogła się zatrzymać albo zareagować na panikę w jego głosie. Mężczyźni podnoszą się nagle i obracają w jej stronę, ona zaś dostrzega twarz brata, która ma kolor bawełnianych prześcieradeł rozkładanych na słońcu, żeby zbielały.

Podąża za jego spojrzeniem ku osuwisku i ręce, która się ku niej wyciąga – łykowata skóra niczym brązowy pergamin, palce skurczone, jakby ściskały niewidzialną piłkę. Jedna noga założona na drugą, głowa odchylona do tyłu, jakby w poszukiwaniu utraconego życia, ziejące czernią dziury w miejscu oczu.

Przez chwilę niczego nie rozumie, a potem nagle uświadamia sobie to, co widzi; krzyk, który dobywa się z jej ust, ucieka porwany przez wiatr.

ROZDZIAŁ 1

Gunn już z daleka zauważył samochody zaparkowane na poboczu drogi. Niebo było niebieskie i czarne, groźne i umęczone; zwieszało się nad oceanem, niskie i monotonne. Poruszające się przerywanie, ale uporczywie wycieraczki rozmazywały na szybie pierwsze krople deszczu. Ołowianą powierzchnię oceanu znaczyła gdzieniegdzie biel załamujących się fal, wysokich na co najmniej pięć metrów, a samotne, migoczące niebieskie światło radiowozu stojącego obok karetki niknęło niemal w ogromie krajobrazu.

Za samochodami widać było kryte żwirem i wapnem domy w Siader – zbiły się w gromadkę, jakby w obronie przed pogodą, znużone niespokojnym wyczekiwaniem, ale przyzwyczajone do bezlitosnych ataków natury. Linii horyzontu nie przełamywało ani jedno drzewo; tylko szeregi próchniejących palików ogrodzeń wzdłuż poboczy i rdzewiejące wraki traktorów i samochodów na podwórzach. Przywiędłe krzewy, dzielnie wypuszczające zielone pędy, przywierały upartymi korzeniami do cienkiej warstwy gleby w oczekiwaniu na lepsze dni, a morze wełnianki marszczyło się i falowało jak woda na wietrze.

Gunn zaparkował obok radiowozu i wysiadł; poczuł, jak gwałtowny podmuch powietrza porywa mu gęste ciemne włosy z czoła, i otulił się szczelniej czarną pikowaną kurtką. Zwymyślał się w duchu, że nie włożył wysokich butów. Ruszył ostrożnie po grząskim gruncie i po chwili poczuł, że skarpetki ma przesiąknięte wodą z torfowiska.

Dotarł do pierwszego rowu, a następnie szedł wzdłuż jego brzegu, omijając wzgórki schnących brył darni. Policjanci wbili metalowe paliki w miękką ziemię, by odgrodzić miejsce zdarzenia niebiesko-białą taśmą, która furkotała i zwijała się na wietrze. Od strony najbliższych zagród, które przycupnęły około ośmiuset metrów dalej, przy krawędzi klifów, docierała woń dymu torfowego.

Wokół ciała skupiła się grupka ludzi, opierając się podmuchom wiatru: załoga karetki w odblaskowych żółtych kombinezonach, czekająca na to, żeby zabrać zwłoki, i policjanci w czarnych nieprzemakalnych kurtkach i kraciastych czapkach, którzy uważali, że widzieli już wszystko. Do teraz.

Rozstąpili się bez słowa, żeby przepuścić Gunna, a on zobaczył lekarza policyjnego, który kucał nad zwłokami i odsuwał delikatnie palcami w lateksowych rękawiczkach kruszejący torf. Podniósł wzrok, gdy Gunn stanął nad nim; detektyw sierżant po raz pierwszy zobaczył brązową, uschniętą skórę martwego człowieka. Zmarszczył czoło.

– Jest… kolorowy?

– Nie, to skutek działania torfu. Powiedziałbym, że to człowiek rasy białej. Całkiem młody. Osiemnaście, dziewiętnaście lat, może trochę ponad dwadzieścia. Klasyczny przypadek zwłok z bagien, niemal doskonale zachowanych.

– Widziałeś już takiego?

– Nigdy. Ale czytałem o nich. Sól niesiona przez wiatr od oceanu sprzyja rozwojowi mchu torfowego. A kiedy korzenie zaczynają gnić, wytwarza się kwas, który zachowuje ciało, niemal konserwuje. Przypuszczam, że organy wewnętrzne są praktycznie nienaruszone.

Gunn patrzył z bezwstydnym zaciekawieniem na niemal zmumifikowane zwłoki.

– Jak umarł, Murdo?

– Wygląda na to, że nie była to śmierć naturalna. W okolicy klatki piersiowej widać kilka ran kłutych, a gardło zostało poderżnięte, jednak definitywną przyczynę śmierci może określić tylko specjalista medycyny sądowej, George. – Lekarz wstał i ściągnął rękawiczki. – Lepiej go stąd zabierzcie, zanim rozpada się na dobre.

Gunn skinął głową, nie mógł jednak oderwać wzroku od twarzy młodego człowieka uwięzionego przez wieki w torfie. Choć była skurczona i zniekształcona, rozpoznałby ją każdy, kto go znał. Tylko miękkie, odsłonięte tkanki oczu uległy rozpadowi.

– Jak długo tu leży?

Śmiech Murda rozpłynął się w porywie wiatru.

– Kto wie. Setki lat, może nawet tysiące. Trzeba specjalisty, żeby to ustalić.

ROZDZIAŁ 2

Nie muszę patrzeć na zegar, żeby wiedzieć, która jest godzina.

Dziwne, że ten brązowy zaciek na suficie wydaje się rankiem jaśniejszy. Krystaliczne ślady pleśni wzdłuż pęknięcia przecinającego plamę są jakby bielsze. I dziwne, że budzę się zawsze o tej samej porze. Nie z powodu światła przy brzegach zasłon, ponieważ o tej porze roku godziny ciemności są tak nieliczne. To musi być kwestia wewnętrznego zegara. Te wszystkie lata wstawania o świcie, żeby wydoić krowy i robić to, co wypełnia każdą godzinę dnia. Lata, które już przeminęły.

Lubię wpatrywać się w tę plamę na suficie. Nie wiem dlaczego, ale rankiem przypomina wspaniałego konia; jest osiodłany i czeka, by mnie zabrać w jakąś lepszą przyszłość. Nocą, gdy robi się mrocznie, plama się zmienia. Przypomina wtedy stojącą na tylnych łapach rogatą istotę, która jest gotowa ponieść mnie w ciemność.

Słyszę, jak otwierają się drzwi; odwracam głowę i widzę kobietę stojącą na progu. Wydaje się znajoma, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie ją widziałem. Dopóki się nie odezwie.

– Och, Tormod…

Oczywiście. To Mary. Poznałbym jej głos wszędzie. Zastanawiam się, dlaczego wygląda tak smutno. I dostrzegam w niej coś jeszcze. Coś, co sprawia, że kąciki jej ust opadają.

Coś w rodzaju obrzydzenia. Wiem, że mnie kiedyś kochała, choć nie jestem pewien, czy ja ją kochałem.

– O co chodzi, Mary?

– Znowu zapaskudziłeś łóżko.

Sam to teraz wyczuwam. Nagle. Prawie mnie zatyka. Dlaczego nie zauważyłem tego wcześniej?

– Nie mogłeś wstać? Naprawdę nie mogłeś?

Nie wiem, dlaczego mnie obwinia. Nie zrobiłem tego specjalnie. Nigdy nie robię tego specjalnie. Zapach się nasila, gdy Mary odsuwa pościel i zasłania sobie dłonią usta.

– Wstawaj – mówi. – Muszę zmienić pościel. Wrzuć piżamę do wanny i weź prysznic.

Spuszczam nogi na podłogę i czekam, aż pomoże mi wstać. Kiedyś nie byłem taki słaby. Zawsze odznaczałem się siłą. Pamiętam, jak skręciła sobie kostkę obok starej zagrody dla owiec, gdy zaganialiśmy zwierzęta do strzyżenia. Nie mogła iść, więc musiałem zanieść ją do domu. Ponad trzy kilometry, z obolałymi ramionami, i ani słowa skargi. Dlaczego nigdy nie wspomni o tym?

Czy nie widzi, jakie to poniżające? Odwracam głowę, żeby nie widziała łez napływających mi do oczu; mrugam rozpaczliwie, by je powstrzymać. Biorę głęboki oddech.

– Kaczor Donald.

– Kaczor Donald?

Zerkam na nią i niemal kulę się w sobie na widok gniewu w jej oczach. Czy to właśnie powiedziałem? Kaczor Donald? Niemożliwe, żebym właśnie to miał na myśli. Ale nie potrafię się teraz zorientować, o co mi chodziło. Więc powtarzam, i to zdecydowanie:

– Kaczor Donald.

Pomaga mi dźwignąć się na nogi, niemal szorstko, i popycha mnie w stronę drzwi.

– Zejdź mi z oczu!

Dlaczego jest taka zła?

Wlokę się do łazienki i ściągam z siebie piżamę. Gdzie miałem ją włożyć? Rzucam ją na podłogę i patrzę w lustro. Spogląda na mnie stary człowiek; jego siwe włosy przypominają szczecinę, niebieskie oczy są wyblakłe. Zastanawiam się przez chwilę, kim jest, potem odwracam się i patrzę przez okno na machair i wybrzeże w dali. Widzę wiatr, który marszczy gęste zimowe futro owiec skubiących wspaniałą słoną trawę, ale nie słyszę go. Nie słyszę też oceanu, który rozbija się o brzeg. Cudowna biała spieniona woda, pełna piasku i zawziętości.

To pewnie z powodu podwójnej szyby. Nigdy nie mieliśmy takiej na farmie. Człowiek wiedział, że żyje, kiedy wiatr gwizdał we framugach okien i wyganiał dym torfowy przez komin. Był pokój, w którym się oddychało, był pokój, w którym się mieszkało. Tutaj pokoje są tak małe, oddzielone szczelnie od świata. Jakby się przebywało w powietrznej bańce.

Ten stary człowiek znów patrzy na mnie z lustra. Uśmiecham się, a on odpowiada mi tym samym. Oczywiście, wiedziałem cały czas, że to ja. I zastanawiam się, co porabia teraz Peter.

ROZDZIAŁ 3

Było już ciemno, kiedy Fin zgasił w końcu światło. Słowa jednak nie zniknęły, jakby wypalone na siatkówce oczu. Nie było ucieczki w ciemność.

Oprócz zeznania Mony były jeszcze dwa inne, złożone przez przygodnych świadków. Żaden z nich nie miał dość przytomności umysłu, by zapisać numer rejestracyjny samochodu. To, że Mona tego nie zrobiła, nie mogło w żaden sposób dziwić. Uderzona przez rozpędzony pojazd, spadła na maskę i przednią szybę ze straszliwą siłą, po czym została odrzucona w bok i przetoczyła się kilka razy po twardej bitumicznej nawierzchni drogi. To, że nie odniosła poważniejszych obrażeń, zakrawało na cud.

Robbie, którego środek ciężkości znajdował się niżej niż u Mony, dostał się pod koła.

Ilekroć Fin czytał te słowa, wyobrażał sobie, że jest na miejscu zdarzenia, że widzi wypadek, i za każdym razem czuł falę mdłości wzbierającą w żołądku. Wszystko to było równie żywe w jego umyśle jak realne wspomnienie. Podobnie jak opis twarzy, którą Mona widziała za kierownicą samochodu, utrwalonej tak wyraziście w jej pamięci, choć musiała dostrzec ją tylko przelotnie, w ułamku sekundy. Mężczyzna w średnim wieku z długimi kasztanowymi włosami o popielatym odcieniu. Dwu – albo trzydniowy zarost. Jak ona to zauważyła? A jednak nie miała żadnych wątpliwości. Kazał nawet policyjnemu rysownikowi sporządzić na podstawie jej opisu portret pamięciowy. Portret twarzy, która pozostała w aktach, twarzy, która nawiedzała jego sny nawet po dziewięciu miesiącach.

Odwrócił się i zamknął oczy w złudnej nadziei na sen. Okna w jego pokoju hotelowym były uchylone za zasłonami; napływało przez nie powietrze, ale też hałas ruchu ulicznego na Princes Street. Podciągnął kolana pod brodę, przywierając łokciami do boków, i złączył dłonie na piersi, niczym pogrążony w modlitwie embrion.

Nazajutrz miał nastąpić koniec wszystkiego, co towarzyszyło mu przez większość dorosłego życia. Wszystkiego, czym był i czym się stał, i czym jeszcze miał się stać. Jak tamtego dnia przed tak wielu laty, gdy ciotka powiedziała mu, że jego rodzice nie żyją, a on poczuł się po raz pierwszy w swym krótkim życiu całkowicie i przerażająco samotny.

• • •

Świt nie przyniósł ulgi, tylko milczącą determinację, by przeżyć nadchodzący dzień. Ulice omiatał ciepły wietrzyk, a blask słońca kładł się ruchliwymi wzorami na ogrodach pod zamkiem. Fin przeciskał się uparcie przez hałaśliwy, rozgadany tłum w modnych wiosennych strojach. Pokolenie, które zapomniało o ostrzeżeniu starszych – nie zdejmuj płaszcza aż do maja. Nigdy nie wydawało mu się w porządku, że życie innych ludzi ma się toczyć tak jak przedtem. Kto jednak by się domyślił bólu kryjącego się za maską normalności, jaką nosił? Kto wiedział, co tak naprawdę skrywają oblicza innych?

Wstąpił do punktu ksero przy Nicolson Street i schował odbitki do skórzanej teczki, nim ruszył na wschód, w stronę St Leonard’s Street i komendy policji, gdzie spędził większość z ostatnich dziesięciu lat. Dwa dni wcześniej odbyło się przyjęcie pożegnalne w pubie przy Lothian Road, gdzie zjawiło się kilku jego kolegów. Dość smutna impreza, pełna wspomnień i żalu, ale też szczerej życzliwości.

Kilku ludzi skinęło mu głową na korytarzu. Inni uścisnęli mu rękę. Potrzebował tylko paru minut, żeby posprzątać biurko i schować osobiste rzeczy do kartonowego pudła. Smutne, gromadzone przez lata szczątki niezmordowanego życia zawodowego.

– Wezmę od ciebie legitymację służbową, Fin.

Odwrócił się. Główny detektyw inspektor miał w sobie coś z sępa. Zawsze sprawiał wrażenie wygłodniałego i czujnego. Fin skinął głową i oddał mu legitymację.

– Przykro mi, że odchodzisz – powiedział Black.

Nie wyglądał jednak na kogoś, komu jest przykro. Nigdy nie wątpił w kompetencje Fina, jedynie w jego zaangażowanie. I dopiero teraz, po tych wszystkich latach, Fin był gotów przyznać, że szef miał rację. Obaj wiedzieli, że jest dobrym policjantem, tylko że Fin potrzebował więcej czasu, by zdać sobie sprawę, że to nie jego powołanie. Punktem zwrotnym była śmierć Robbiego.

– W archiwum powiedzieli mi, że trzy tygodnie temu poprosiłeś o dokumentację dotyczącą wypadku twojego syna. – Black czekał być może na potwierdzenie ze strony Fina. Nie padło, więc dodał: – Chcą ją z powrotem.

– Oczywiście. – Fin wyjął akta z teczki i rzucił je na biurko. – Mało prawdopodobne, by ktokolwiek do tego jeszcze zajrzał.

Black skinął głową.

– Rzeczywiście. – Zawahał się. – Czas, żebyś też zamknął tę sprawę, Fin. Będzie cię zżerać i spieprzy ci resztę życia. Odpuść sobie, synu.

Fin nie potrafił spojrzeć szefowi w oczy. Wziął pudło ze swoimi rzeczami.

– Nie mogę.

Po wyjściu na zewnątrz obszedł budynek od tyłu, uniósł pokrywę wielkiego zielonego pojemnika na surowce wtórne i wrzucił do niego najpierw zawartość, a potem sam karton. Nie był mu do niczego potrzebny.

Stał przez chwilę i patrzył na okno, z którego tak często obserwował słońce, deszcz i śnieg na zacienionych zboczach Salisbury Craggs. Przez wszystkie pory roku tych zmarnowanych lat. Ruszył w stronę St Leonard’s Street, żeby złapać taksówkę.

• • •

Wysiadł u podnóża stromej, brukowanej Royal Mile, najstarszego traktu edynburskiej starówki, tuż obok katedry Świętego Gilesa, i znalazł Monę, która czekała na niego na Parliament Square. Wciąż miała na sobie bezbarwny zimowy strój i niemal niknęła pośród architektury tych Aten północy – budynków z piaskowca, poczernionych przez czas i dym. Przypuszczał, że otoczenie odzwierciedla jej nastrój. Ale dostrzegł coś jeszcze prócz przygnębienia. Była wyraźnie zdenerwowana.

– Spóźniłeś się.

– Przepraszam.

Wziął ją pod rękę i ruszyli pospiesznie przez opustoszały plac, a potem przeszli pod strzelistymi kolumnami. Zastanawiał się, czy specjalnie się nie spóźnił. Nie chodziło o niechęć do zerwania z przeszłością, lecz o strach przed tym, co będzie. Strach przed porzuceniem bezpiecznego związku i samotnym zmaganiem się z przyszłością.

Zerknął na Monę, kiedy wkraczali w bramę niegdysiejszej siedziby parlamentu szkockiego. Zasiadający w nim właściciele ziemscy i kupcy, skuszeni trzysta lat wcześniej łapówkami Anglików, sprzedali niechcianej unii tych, których mieli reprezentować. Związek Fina i Mony też był czymś w rodzaju unii z rozsądku, pozbawioną miłości przyjaźnią, ożywianą sporadycznym seksem i spajaną wspólną miłością do syna. A teraz, bez Robbiego, kończyła się tutaj, w sądzie. Prawomocnym wyrokiem rozwodowym. Kawałkiem papieru zamykającym rozdział ich życia, którego napisanie zabrało szesnaście lat.

Dostrzegł ból w jej twarzy; w tym momencie powrócił żal całego życia, by ponownie go prześladować.

Ostatecznie wystarczyło kilka minut, by wyrzucić te lata na śmietnik. Dobre czasy i złe. Zmagania, śmiech, walki. Wyszli na olśniewający blask słońca rozlewający się po kostce brukowej i na gwar ruchu ulicznego przetaczającego się po Royal Mile. Życie innych ludzi przemykało obok, podczas gdy ich własne zatrzymało się w miejscu. Stali jak nieruchome postaci, podczas gdy reszta świata wirowała wokół nich jak na filmie poklatkowym.

Szesnaście lat przemknęło i znów byli obcymi sobie ludźmi, którzy nie wiedzą, co powiedzieć z wyjątkiem „do widzenia”, którzy boją się nawet wymówić to głośno pomimo świstków papieru trzymanych w ręku. Bo, pomijając pożegnanie, co pozostało? Fin otworzył skórzaną teczkę, żeby schować dokument, i odbitki w beżowym folderze wysunęły się i rozsypały pod jego stopami. Pochylił się szybko, żeby je pozbierać, a Mona przykucnęła, chcąc mu pomóc.

Zauważył, że na niego popatrzyła; wzięła do ręki kilka kartek i musiała się od razu zorientować, co to takiego. Było tam także jej zeznanie. Kilkaset słów opisujących stracone życie i zmarnowany związek. Szkic twarzy nakreślony na podstawie jej opisu. Obsesja Fina. Nic jednak nie powiedziała. Wstała, oddając mu papiery, a potem patrzyła, jak wpycha je z powrotem do teczki.

Kiedy dotarli do ulicy i nie mogli już dłużej odwlekać chwili rozstania, spytała:

– Pozostaniemy w kontakcie?

– A ma to sens?

– Chyba nie.

I tych kilka słów oznaczało, że to, co inwestowali w siebie przez lata – wspólne przeżycia, przyjemność i ból – zostało utracone jak płatki śniegu rozpływające się bez śladu w rzece.

Popatrzył na nią.

– Co zrobisz po sprzedaży domu?

– Wrócę do Glasgow. Pozostanę jakiś czas z ojcem. – Napotkała jego wzrok. – A ty?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem.

– Owszem, wiesz. – Zabrzmiało to niemal jak oskarżenie. – Wrócisz na wyspę.

– Mono, unikałem tego przez większość dorosłego życia.

Pokręciła głową.

– Wrócisz tam. Wiesz o tym. Nie umkniesz przed wyspą. Tkwiła między nami przez te wszystkie lata jak cień. Nie pozwalała się nam do siebie zbliżyć. Była czymś, czym nie mogliśmy się dzielić.

Fin odetchnął głęboko i gdy zwrócił na chwilę twarz do słońca, poczuł na niej ciepło jego promieni. Potem spojrzał na nią.

– Tak, masz rację, mówiąc o cieniu. Ale to nie była wyspa.

• • •

Oczywiście, nie myliła się. Nie miał dokąd wracać, chyba że tam, skąd przyszedł. Do miejsca, które dało mu schronienie, porzuciło go i w końcu wygnało. Do jedynego miejsca, w którym miał szansę ponownie odnaleźć siebie, o czym doskonale wiedział. Pośród swoich ludzi, mówiących jego językiem.

Stał na przednim pokładzie Isle of Lewis i patrzył, jak dziób unosi się i opada łagodnie na wyjątkowo spokojnych wodach cieśniny Minch. Góry stałego lądu zniknęły już dawno i sygnał promu rozbrzmiał żałośnie, kiedy zagłębili się w gęstą wiosenną mgłę, która otulała wschodnie wybrzeże wyspy.

Fin wpatrywał się intensywnie w skłębioną szarość, czując na twarzy wilgoć, aż wreszcie z posępności zaczął się wyłaniać niewyraźny zarys. Ledwie smuga na zagubionym horyzoncie, niesamowita i odwieczna, niczym duch jego przeszłości, który wracał, by go prześladować.

Kiedy w oparach mgły wyspa przybierała z wolna swój kształt, poczuł, jak dostaje na karku gęsiej skórki. Świadomość, że powraca do domu, była niemal przytłaczająca.

ROZDZIAŁ 4

Gunn siedział przy biurku, wpatrując się w ekran komputera. Słyszał dźwięk rogu mgłowego od strony cieśniny Minch i wiedział, że prom niebawem zacumuje.

Dzielił gabinet na pierwszym piętrze z dwoma innymi detektywami i miał z okna dobry widok na sklep instytucji charytatywnej po drugiej stronie Church Street. „Chrześcijańska troska o ciało i duszę”. Gdyby wykręcił szyję, mógłby sięgnąć wzrokiem aż do hinduskiej restauracji z jej krzykliwie barwnymi sosami i smażonym ryżem z czosnkiem, któremu nie można było się oprzeć. Teraz jednak to, co widział na ekranie, tłumiło wszelkie myśli o jedzeniu.

Jak dowiedział się z Wikipedii, zwłoki z bagien, znane także jako ludzie z bagien, to zakonserwowane ciała znajdowane w mokradłach torfowych w północnej Europie, Wielkiej Brytanii i Irlandii. Kwaśna woda i niskie temperatury w połączeniu z brakiem tlenu pozwalały zachowywać skórę i organy do tego stopnia, że w niektórych przypadkach udawało się zdejmować odciski palców.

Zastanawiał się nad zwłokami, które leżały w chłodni pomieszczenia prosektoryjnego w szpitalu. Jak szybko mogłyby ulec rozkładowi, teraz, kiedy już nie spoczywały w torfie? Przeszedł w dół strony i spojrzał na zdjęcie głowy oddzielonej od ciała znalezionego przed sześćdziesięciu laty w Danii. Czekoladowobrązowa o zaskakująco wyraźnych rysach, jeden policzek wciśnięty w nos – skutek ułożenia zwłok – ryży zarost, wciąż dobrze widoczny na górnej wardze i szczęce.

– Ach tak, Człowiek z Tollund.

Gunn podniósł wzrok i zobaczył wysokiego i smukłego mężczyznę o pociągłej twarzy z aureolą ciemnych rzednących włosów; nieznajomy pochylił się, by widzieć dokładniej obraz na monitorze komputera.

– Badanie włosów metodą węglową wykazało, że żył około czterechsetnego roku przed naszą erą. Idioci, którzy przeprowadzali sekcję zwłok, odcięli mu głowę, a resztę wyrzucili. Oprócz stopy i jednego palca, które wciąż są przechowywane w formalinie. – Uśmiechnął się szeroko i wyciągnął rękę. – Profesor Colin Mulgrew.

Gunn był zaskoczony mocnym uściskiem jego dłoni. Facet wydawał się taki lekki. Jakby czytając mu w myślach albo dostrzegając grymas na twarzy, profesor uśmiechnął się.

– Patologowie muszą mieć sprawne dłonie, sierżancie. Żeby przecinać kości i rozdzielać struktury szkieletu. Nie ma pan pojęcia, ile siły to wymaga. – W jego akcencie wyczuwało się irlandzką nutę. Ponownie skupił uwagę na Człowieku z Tollund. – Zdumiewające, prawda? Po dwóch tysiącach czterystu latach wciąż można było ustalić, że został powieszony i że jego ostatni posiłek składał się z jakiejś kaszy.

– Pan też uczestniczył w sekcji zwłok?

– Do diabła, nie. To nie było za moich czasów, dużo wcześniej. Ja zajmowałem się Człowiekiem z Old Croghan, którego wyciągnęli z irlandzkiego torfowiska w dwa tysiące trzecim. Ale był prawie tak stary jak ten tutaj. Z pewnością leżał w bagnie ponad dwa tysiące lat. Cholernie wielki facet jak na swoje czasy. Sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Wyobraża pan sobie? Prawdziwy gigant. – Podrapał się po głowie i uśmiechnął. – Więc jak nazwiemy tego waszego osobnika? Człowiekiem z wyspy Lewis?

Gunn obrócił się na fotelu i wskazał profesorowi wolne krzesło, ale patolog pokręcił głową.

– Już się nasiedziałem. Trudno w samolocie wyciągnąć nogi.

Jako człowiek niewysokiego wzrostu sierżant nigdy nie miał z tym większego problemu, ale skinął głową.

– Jak umarł wasz Człowiek z Old Croghan? – spytał.

– Został zamordowany. Wcześniej go torturowano. Miał głębokie nacięcia pod obydwoma sutkami. Potem go zadźgali, pozbawili głowy i przecięli na pół. – Profesor podszedł do okna i spoglądając na ulicę, ciągnął: – Trochę to tajemnicze, bo miał niezwykle zadbane paznokcie. Nie parał się więc pracą fizyczną. Nie ulega wątpliwości, że odżywiał się mięsem, ale jego ostatni posiłek składał się z pszenicy i maślanki. Mój stary przyjaciel z Narodowego Muzeum Irlandii, Ned Kelly, uważa, że złożono go w ofierze, żeby zapewnić dobre plony zbóż i obfitość mleka w pobliskich włościach królewskich. – Odwrócił się do sierżanta. – Ta hinduska restauracja jest w porządku?

Gunn wzruszył ramionami.

– Niezła.

– To dobrze. Od wieków nie jadłem przyzwoitej hinduskiej potrawy. Gdzie w tej chwili jest nasz człowiek?

– W szpitalnej kostnicy.

Profesor zatarł ręce.

– Lepiej chodźmy i obejrzyjmy go, zanim zacznie się nam rozkładać. A potem lunch? Jestem cholernie głodny.

• • •

Ciało leżące na stole prosektoryjnym było dziwnie skurczone; odznaczało się krzepką budową, ale wydawało się małe. Miało barwę herbaty i wyglądało jak wycięte z żywicy.

Profesor Mulgrew miał na sobie ciemnoniebieski kombinezon i fartuch chirurgiczny, a na twarzy jasnożółtą maskę, która chroniła usta i nos. Powyżej usadowiły się śmiesznie wielkie okulary w rogowej oprawie, które zdawały się pomniejszać mu głowę, tak że wyglądał dość karykaturalnie.

Nie zdając sobie najwidoczniej z tego sprawy, poruszał się zwinnie wokół stołu i dokonywał pomiarów; jego białe tenisówki były zakryte zielonymi plastikowymi osłonami.

Podszedł do laminowanej tablicy, żeby umieścić na niej wstępne informacje; skrobiąc pisakiem, cały czas mówił:

– Biedny sukinsyn waży tylko czterdzieści jeden kilogramów. Niewiele jak na człowieka o wzroście stu siedemdziesięciu trzech centymetrów. – Zerknął znad okularów na Gunna.

– Był chory? Jak pan sądzi?

– Niekoniecznie. Choć jest nieźle zachowany, przez lata spadło mu sporo przez utratę płynów. Wygląda na całkiem zdrowego osobnika.

– Wiek?

– Powiedziałbym, że od osiemnastu do dwudziestu kilku lat.

– Nie, nie, chodzi mi o to, jak długo leżał w torfie.

Profesor Mulgrew uniósł brew i przechylił ironicznie głowę w stronę Gunna.

– Cierpliwości, sierżancie, błagam. Nie jestem jakąś cholerną maszyną do datowania węglowego. – Znów zajął się zwłokami i przewrócił je na brzuch, potem pochylił się i zaczął usuwać resztki brązowego i żółtozielonego mchu. – Znaleziono przy nim jakieś resztki odzienia? – spytał.

– Nie, nic. – Gunn przysunął się bliżej, żeby sprawdzić, co przyciągnęło uwagę patologa. – Przekopaliśmy całą okolicę. Nie znaleźliśmy żadnych fragmentów ubrania ani przedmiotów.

– Hm. Powiedziałbym wobec tego, że był zawinięty w jakiś koc, zanim go pochowano. Musiał w nim leżeć kilka ładnych godzin.

Gunn uniósł ze zdumieniem brwi.

– Skąd pan to wie?

– Bezpośrednio po śmierci, panie Gunn, krew spływa do niższych części ciała, powodując odbarwienie skóry o fioletowoczerwonym odcieniu. Nazywamy to zasinieniem pośmiertnym. Jeśli przyjrzy się pan uważnie jego plecom, pośladkom i udom, zauważy pan, że skóra jest ciemniejsza, ale na zasinieniu widać bledszy, jaśniejszy wzór.

– Co to oznacza?

– Oznacza, że po śmierci leżał od ośmiu do dziesięciu godzin na plecach, owinięty w jakiś szorstki koc, którego splot pozostawił ślad na ciemniejszych partiach ciała. Możemy to usunąć i sfotografować, a potem, gdyby pan chciał, polecić jakiemuś artyście odtworzyć ścieg tkaniny. – Za pomocą pęsety pobrał kilka włókien wciąż przylegających do skóry. – Może wełna. Nietrudno będzie to ustalić.

Gunn skinął głową, ale postanowił nie pytać, jaki sens ma identyfikowanie ściegu i materiału koca utkanego setki czy nawet tysiące lat wcześniej. Patolog zajął się badaniem głowy.

– Gałki oczne uległy rozkładowi tak dawno temu, że nie sposób określić koloru tęczówek, a te ciemne rudokasztanowe włosy nie są żadną wskazówką co do ich pierwotnego koloru. Odbarwił je torf, podobnie jak skórę. – Zaczął sprawdzać nozdrza. – Ale to jest ciekawe. – Przyjrzał się czubkom swoich palców w lateksowych rękawiczkach. – Spora ilość drobnego srebrzystego piasku w nosie. Prawdopodobnie takiego samego jak w zadrapaniach pokrywających kolana i stopy. – Skupił uwagę na czole i usunął delikatnie trochę zanieczyszczeń z lewej skroni i włosów znajdujących się powyżej. – Niech mnie diabli!

– Co?

– Ma zakrzywioną bliznę na lewym przednim płacie skroniowym.

– Po ranie?

Profesor pokręcił w zamyśleniu głową.

– Nie, to wygląda na bliznę pooperacyjną. Oceniam na oko, że ten młody człowiek przeszedł w pewnym momencie operację związaną z jakimś urazem czaszki.

Gunn nie krył zdumienia.

– No cóż, to znacznie późniejsze zwłoki, niż początkowo sądziliśmy, prawda?

Profesor uśmiechnął się z wyższością i jednocześnie rozbawieniem.

– Zależy, co pan rozumie przez określenie „późniejsze”, sierżancie. Operacja mózgu jest prawdopodobnie jednym z najstarszych zabiegów sztuki chirurgicznej. Istnieje wystarczająco dużo dowodów archeologicznych na to, że takie zabiegi przeprowadzano już w czasach neolitycznych. – Po chwili namysłu wyjaśnił: – Epoka kamienia.

Skupił uwagę na szyi i szerokiej, głębokiej ranie, która się na niej znajdowała. Zmierzył ją i stwierdził, że ma osiemnaście i cztery dziesiąte centymetra.

– To spowodowało jego zgon? – spytał Gunn.

Mulgrew westchnął.

– Domyślam się, sierżancie, że nie uczestniczył pan w wielu sekcjach zwłok.

Gunn zaczerwienił się.

– W niezbyt wielu – odparł. Nie chciał się przyznać, że tylko w jednej.

– Nie mogę, praktycznie rzecz biorąc, określić przyczyny śmierci, dopóki go nie otworzę. Nawet wtedy niczego nie gwarantuję. Poderżnięto mu gardło, owszem. Ale ma liczne rany kłute piersi i jeszcze jedną w łopatce. Otarcia na szyi wskazują na obecność liny, także te na nadgarstkach i kostkach nóg.

– Związano mu ręce i nogi?

– Owszem. Mógł zostać powieszony, stąd te ślady na szyi, albo też był wleczony po jakiejś plaży przy użyciu tejże liny, co wyjaśniałoby obecność piasku w popękanej skórze na kolanach i stopach. W każdym razie jest za wcześnie, by wysuwać teorie co do przyczyn śmierci. Istnieje mnóstwo możliwości.

Jego uwagę przyciągnęło ciemne miejsce na prawym przedramieniu. Przetarł je wacikiem, potem odwrócił się, wziął ze stalowego zlewu ostrą gąbkę i zaczął energicznie ścierać wierzchnią warstwę skóry.

– Słodki pieprzony Jezu – rzucił po chwili.

Gunn przekrzywił głowę, żeby lepiej widzieć.

– O co chodzi?

Profesor Mulgrew milczał przez dłuższą chwilę, zanim spojrzał sierżantowi w oczy.

– Dlaczego tak bardzo chciał się pan dowiedzieć, jak długo leżał w mokradle?

– Żebym mógł pozbyć się tej sprawy, profesorze, i przekazać ją archeologom.

– Obawiam się, że nic z tego, sierżancie.

– Dlaczego?

– Ponieważ to ciało spoczywało w torfie nie dłużej niż pięćdziesiąt sześć lat.

Gunn poczuł, jak czerwieni się z oburzenia.

– Powiedział mi pan niespełna dziesięć minut temu, że nie jest pan cholerną maszyną do datowania węglowego. – Z wielką satysfakcją położył nacisk na „cholerną”. – Skąd pan może to wiedzieć?

Mulgrew uśmiechnął się.

– Niech się pan dokładnie przyjrzy prawemu przedramieniu, sierżancie. Zobaczy pan, że ten ciemny ślad to toporny tatuaż przedstawiający Elvisa Presleya, a pod spodem legendarny tytuł: Heartbreak Hotel. Jestem pewien, że Elvisa nie było na świecie w epoce przed Chrystusem. A jako jego zagorzały wielbiciel mogę pana zapewnić bez obawy o pomyłkę, że Heartbreak Hotel trafił na pierwsze miejsce listy przebojów w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym szóstym.

ROZDZIAŁ 5

Po krótkiej przerwie na lunch złożony z cebulowego bhaji, jagnięcego bhuna z czosnkowym smażonym ryżem i lodów kulfi profesor Mulgrew potrzebował prawie dwóch godzin na dokończenie sekcji zwłok. George Gunn zjadł w swoim gabinecie kanapkę z serem, którą przełknął z najwyższym trudem.

Twardość skóry przypominającej dermę wykluczała użycie prostego skalpela w celu otwarcia klatki piersiowej; w końcu, by ją przeciąć, patolog musiał zastosować ciężkie nożyce, a potem, już za pomocą skalpela, oddzielił pozostałą skórę i mięśnie od klatki piersiowej.

Ciało leżało teraz otwarte i przypominało coś, co można zobaczyć na haku rzeźnickim; organy wewnętrzne zostały usunięte i poprzecinane. Był to młody zdrowy mężczyzna i nic nie wskazywało na to, że śmierć spowodowało coś innego niż brutalne morderstwo. Morderstwo popełnione przez kogoś, kto teoretycznie mógł jeszcze żyć.

– Cholernie interesujące zwłoki, sierżancie. – W zmarszczkach pokrywających czoło profesora zbierały się kropelki potu, ale był wyraźnie podekscytowany. – Jego ostatni posiłek nie był tak ciekawy jak mój. Skrawki miękkiego mięsa i maleńkie przezroczyste kawałki włóknistego materiału przypominającego ości. Prawdopodobnie ryba i ziemniaki. – Uśmiechnął się. – W każdym razie mogę z radością przedstawić panu hipotezę dotyczącą jego śmierci.

Gunn był nieco zdziwiony. Z tego, co wiedział, patologowie niemal zawsze odmawiali wyrażania zdecydowanych opinii. Najwidoczniej Mulgrew był przekonany o swoich kompetencjach. Zamknął klatkę piersiową, nałożył płaty skóry i tkanki na miejsce i postukał skalpelem w rany.

– Ugodzono go czterokrotnie w pierś. Sądząc po kącie zadanych od góry ciosów, powiedziałbym, że napastnik był znacznie od niego wyższy albo że ofiara znajdowała się w pozycji klęczącej. Jestem zwolennikiem tej drugiej opcji, ale jeszcze do tego dojdziemy. Rany zostały zadane długim, cienkim obosiecznym ostrzem. Czymś w rodzaju noża szturmowego Fairbairn-Sykesa czy jakimś sztyletem. Ta tutaj – wskazał ranę znajdującą się najwyżej – jest długa na około półtora centymetra i spiczasta z obu stron, co niemal na pewno wskazuje na użycie cienkiej broni o podwójnym ostrzu. Ma ponad dwanaście centymetrów głębokości. Przechodzi przez szczyt lewego płuca, prawy przedsionek serca i przegrodę międzykomorową. Jest więc całkiem długa i podobna do trzech pozostałych ran.

– To właśnie go zabiło?

– No cóż, każda z tych ran okazałaby się śmiertelna po kilku minutach, ale podejrzewam, że załatwiła go ta głęboka rana cięta z przodu szyi. – Skupił na niej uwagę. – Ma długość ponad siedemnastu centymetrów i ciągnie się od obszaru sutkowego lewego ucha do obszaru mostkowego po prawej. – Podniósł wzrok. – Jak pan widzi. – Uśmiechnął się i znów zajął raną. – Przecina poprzecznie, i to całkowicie, lewą żyłę szyjną, narusza lewą tętnicę szyjną i zahacza o prawą żyłę szyjną. Ma w najgłębszym miejscu jakieś siedem i pół centymetra i sięga nawet kręgosłupa.

– Wnioski?

– Według mnie kąt i głębokość cięcia dowodzą, że dokonano go od tyłu i z pewnością przy użyciu innej broni. Potwierdza to jeszcze rana kłuta w plecach. Ma prawie cztery centymetry długości. Górny czubek jest kwadratowy, dolny ostro zakończony. Sugeruje to użycie dużego jednosiecznego noża, bardziej skutecznego, jeśli chodzi o zadanie tak głębokiej rany na szyi.

Gunn zmarszczył czoło.

– Przyznam, że nie bardzo rozumiem, profesorze. Chce pan powiedzieć, że zabójca użył dwóch rodzajów broni, dźgnął kilkakrotnie ofiarę w pierś, a potem chwycił ją od tyłu i poderżnął jej gardło innym narzędziem?

Na zakrytej maską twarzy patologa pojawił się uśmiech wyższości, który Gunn dostrzegł w oczach za szkłami w wielkich rogowych oprawkach.

– Nie, sierżancie. Chcę powiedzieć, że było dwóch napastników. Jeden przytrzymał go od tyłu i rzucił na kolana, a drugi uderzył w pierś. To dźgnięcie w plecy było prawdopodobnie przypadkowe, kiedy pierwszy napastnik szykował się do poderżnięcia gardła. – Profesor obszedł stół i zbliżył się do głowy denata, po czym odwinął skórę i mięśnie na twarz, odsłaniając nacięcie na szyi. – Oto obraz, który powinien pan zapewne utrwalić sobie w pamięci: ten człowiek miał skrępowane nadgarstki i kostki. Na szyi zawiązano mu linę. Gdyby się nią posłużono, żeby go powiesić, byłoby to widać po otarciu. Ale tak nie jest. Przypuszczam więc, że wykorzystano ją, by wlec go po plaży. W nosie i ustach ma drobny srebrny piasek, także w szczelinach popękanej skóry na kolanach i stopach. W pewnym momencie zmuszono go, by ukląkł, po czym wielokrotnie ugodzono go w pierś, a potem poderżnięto mu gardło.

Obraz, który nakreślił patolog, nabrał nagle w oczach Gunna wyrazistości. Nie bardzo wiedział dlaczego, ale wyobraził sobie, że wszystko rozegrało się w nocy, kiedy fosforyzujące fale morskie rozbijały się na zwartym srebrnym piasku, który świecił w blasku księżyca. A potem krew zabarwiająca białą pianę szkarłatem. Najbardziej szokująca była jednak myśl, że ten brutalny mord wydarzył się tutaj, na wyspie Lewis, gdzie w ciągu ponad stu lat doszło tylko do dwóch zabójstw.

– Czy możliwe jest pobranie odcisków palców? – spytał. – Będziemy musieli zidentyfikować tego człowieka.

Profesor Mulgrew nie odpowiedział od razu. Był skupiony na usuwaniu skalpu z czaszki tak, aby go nie uszkodzić.

– Jest cholernie wysuszony – zauważył. – Kruchy jak diabli. – Podniósł wzrok. – Opuszki palców są odrobinę pomarszczone z powodu utraty płynów, ale mogę wstrzyknąć trochę formaliny, żeby je nawodnić. Powinien pan mieć odciski, które da się z powodzeniem zidentyfikować. Mogę też pobrać próbkę DNA.

– Lekarz policyjny już przesłał kilka próbek do analizy.

– Tak? – Profesor Mulgrew nie wyglądał na zadowolonego. – Mało prawdopodobne, by uzyskali dzięki temu cokolwiek, ale nigdy nie wiadomo. Ach… – Jego uwagę przyciągnęła nagle czaszka denata, którą wreszcie odsłonił. – Interesujące.

– Co takiego? – Gunn przysunął się z niechęcią do stołu.

– Pod blizną pooperacyjną naszego osobnika znajduje się… mała metalowa płytka. Wszyto ją, żeby chroniła mózg.

Gunn dostrzegł prostokątną płytkę ołowianoszarego koloru, długą na mniej więcej pięć centymetrów, umocowaną w czaszce za pomocą metalowych szwów przechodzących przez otwory na obu jej końcach. Była częściowo zakryta przez warstwę tkanki bliznowatej o jaśniejszym odcieniu szarości.

– Uraz jakiegoś rodzaju. I prawdopodobnie nieznaczne uszkodzenie mózgu – wyjaśnił Mulgrew.

Na prośbę profesora Gunn wyszedł na korytarz i popatrzył przez szybę w ścianie prosektorium, podczas gdy patolog zaczął za pomocą piły oscylacyjnej ścinać górną część czaszki, żeby usunąć z niej mózg, który po chwili znalazł się w stalowej misce. Kiedy sierżant wrócił do pomieszczenia, profesor oglądał z uwagą organ.

– Hm… tak jak myślałem. Tutaj… – Postukał miejsce palcem. – Torbielowate rozmiękanie mózgu w okolicy lewego płata czołowego.

– To znaczy?

– To znaczy, mój przyjacielu, że ten biedny sukinsyn nie miał zbyt wiele szczęścia. Doznał jakiegoś urazu głowy, w którego wyniku doszło do uszkodzenia lewego płata czołowego, co prawdopodobnie spowodowało, że facet… jak by to powiedzieć… nie odznaczał się szczególnie wysoką inteligencją. – Znów pochylił się nad czaszką i skrobiąc delikatnie skalpelem, usunął warstewkę tkanki, która porastała metalową płytkę. – Jeśli się nie mylę, jest to tantal.

– Co to takiego?

– Niezwykle odporny na korozję metal, stosowany w pierwszej połowie dwudziestego wieku w plastyce czaszki. Często też używany podczas wojny przy ranach spowodowanych przez szrapnele. – Nachylił się jeszcze bardziej, skrobiąc jednocześnie powierzchnię metalowej płytki. – Wysoce biokompatybilny, ale powodujący niejednokrotnie koszmarne bóle głowy. Ma to związek z przewodzeniem prądu, jak sądzę. W latach sześćdziesiątych wyparł go plastik. Teraz jest stosowany głównie w elektronice. Ha!

– Co? – Gunn, przezwyciężając niechęć, zbliżył się jeszcze bardziej do stołu.

Ale profesor Mulgrew odwrócił się i zaczął grzebać w swoim zestawie narzędzi, który stał na kontuarze obok zlewu. Wyjął z niego szkło powiększające o powierzchni około ośmiu centymetrów kwadratowych i trzymając je między kciukiem i palcem wskazującym, przysunął do płytki.

– Tak myślałem. – W jego głosie można było dosłyszeć nutę triumfu.

– Co pan myślał? – Gunn nie potrafił ukryć frustracji.

– Producenci tych płytek często grawerowali na nich numer seryjny. A w tym cholernym przypadku nawet datę. – Odsunął się na bok, żeby Gunn mógł się przyjrzeć.

Sierżant wziął szkło powiększające i przysunął je ostrożnie do czaszki; skrzywił się, pochylając się nad zwłokami. Pod dziesięciocyfrowym numerem widniało MCMLIV.

Patolog był rozpromieniony.

– To oznacza rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty czwarty, gdyby pan nie wiedział. Jakieś dwa lata przed zrobieniem tatuażu z Elvisem. A sądząc po przyroście tkanki, trzy, może cztery lata, zanim został zamordowany na plaży.

ROZDZIAŁ 6

W pierwszej chwili Fin był całkowicie zdezorientowany. Ponad zawodzeniem wiatru i szumem wody w uszach rozbrzmiewał mu monotonny i przerywany stukot. Było mu gorąco i pocił się obficie pod przykryciem, ale twarz i dłonie miał zimne. Jasność, która go oślepiła, kiedy otworzył oczy, przenikało dziwne niebieskie światło. Dopiero po dobrych trzydziestu sekundach przypomniał sobie, gdzie się znajduje, i zobaczył białe płótno namiotu; jego łopotanie przywodziło na myśl nierówny oddech biegacza po wyczerpującym wyścigu. Wokół walały się fragmenty garderoby, dostrzegł też opróżnioną częściowo płócienną torbę, swój komputer i rozrzucone papiery.

Poprzedniego dnia o zmierzchu wybrał miejsce, które wydawało się względnie równe i odpowiednie do rozbicia dwuosobowego namiotu. Teraz jednak uświadomił sobie, że ten wycinek gruntu jest nachylony i schodzi ku urwisku i morzu w dole. Usiadł, nasłuchując przez chwilę skrzypiących linek, które zmagały się ze śledziami wbitymi w ziemię, potem wysunął się ze śpiwora i włożył świeże ubranie.

Oślepiło go światło dnia, kiedy rozpiął tropik i wspiął się boso na wzgórze. W nocy padało, wiatr zdążył jednak osuszyć trawę. Usiadł na niej i zaczął wkładać skarpety, mrużąc oczy przed blaskiem słońca na powierzchni morza – wypalonym kręgiem luminescencji, który zapłonął na krótko, nim szczelina w chmurze zamknęła się na dobre, jakby ktoś wyłączył prąd. Podciągnął kolana pod brodę i wsparł na nich przedramiona; wdychał słone powietrze, wyczuwając woń dymu torfowego i wilgotnej ziemi. Wiatr szargał go za krótkie jasne włosy, kłuł w twarz i napełniał wspaniałym, radosnym poczuciem, jakie daje świadomość, że się po prostu żyje.

Spojrzał przez lewe ramię i zobaczył ruiny zagrody rodziców – starego białego domu, a dalej resztki czarnego, gdzie przez wieki mieszkali jego przodkowie i gdzie bawił się jako dziecko, szczęśliwy i beztroski, nie wyobrażając sobie nawet, co szykuje mu przyszłość.

Wyżej dostrzegł drogę, która wiła się w dół wzgórza przez zbiorowisko porozrzucanych tu i ówdzie domostw, czyli wioskę Crobost. Blaszane czerwone dachy starych szop tkackich, domy pomalowane na biało albo kryte różowym tynkiem, nieregularne słupki ogrodzeń, kłaczki wełnianki zaczepione o druty kolczaste i trzepoczące na wietrze. Po zboczu ciągnęły się w stronę nadmorskich urwisk wąskie pasma ziemi; na niektórych uprawiano podstawowe zboża albo rośliny okopowe, inne służyły jedynie za pastwiska. Porzucone maszyny poprzednich dziesięcioleci – zardzewiałe traktory i popsute kombajny – zaśmiecały zachwaszczone i dziko porośnięte działki jak niszczejące pod gołym niebem symbole wyczekiwanej prosperity.

Za krzywizną wzgórza Fin widział ciemny dach miejscowego kościoła, dominującego zarówno nad horyzontem, jak i ludźmi, których życie upływało w jego cieniu. Ktoś wywiesił na plebanii pranie i białe prześcieradła furkotały wściekle na wietrze niczym obłędny sygnalizator, który odmierza po równo chwałę pańską i strach przed Bogiem.

Fin nienawidził tego kościoła i wszystkiego, co symbolizował. Znajdował jednak pociechę w tym znajomym widoku. Bądź co bądź, tu był jego dom. Czuł się podniesiony na duchu.

Kiedy wciągał buty, posłyszał swoje imię niesione przez wiatr. Wstał, odwrócił się i zobaczył młodego człowieka stojącego obok jego samochodu, który pozostawił poprzedniej nocy przy bramie zagrody. Ruszył w tamtą stronę i kiedy brnąc przez wysoką trawę, podszedł bliżej, dostrzegł na twarzy gościa niepewny uśmiech.

Młody człowiek miał około osiemnastu lat – niespełna dwa razy mniej niż Fin – jasne, nasmarowane żelem włosy i chabrowe oczy, tak przenikliwe jak oczy jego matki. Fin poczuł gęsią skórkę na ramionach. Stali przez chwilę w niezręcznym milczeniu, mierząc się wzrokiem. Potem Fin wyciągnął rękę, a chłopak odpowiedział mu krótkim i mocnym uściskiem dłoni.

– Cześć, Fionnlagh.

Młodzieniec wskazał ruchem głowy bladoniebieski namiot.

– Jesteś przejazdem?

– Tymczasowe lokum.

– Minęło trochę czasu.

– Owszem.

Fionnlagh milczał przez chwilę, jakby dla podkreślenia tego, co chciał powiedzieć.

– Dziewięć miesięcy – zauważył z wyraźnym oskarżeniem.

– Musiałem uporać się z całym życiem.

Chłopak przechylił nieznacznie głowę.

– To oznacza, że tu zostajesz?

– Może. – Fin popatrzył na zagrodę. – To jest dom. Tu właśnie wracasz, gdy nie masz dokąd pójść. A czy zostanę, czy nie… no cóż, jeszcze się okaże. – Spojrzał na chłopaka. – Ludzie wiedzą?

Patrzyli na siebie przez chwilę pełną wspomnień o minionych wydarzeniach.

– Tylko tyle, że mój ojciec zginął w sierpniu zeszłego roku na An Sgeir. Podczas łowów na gugi.

Fin skinął głową.

– To dobrze.

Odwrócił się, żeby otworzyć bramę, i ruszył zarośniętą ścieżką w stronę starego białego domu. Drzwi już dawno nie było, ale do cegieł wciąż przylegało kilka zmurszałych fragmentów framugi. Można było dostrzec łuszczące się płaty fioletowej farby, którą kiedyś jego ojciec pokrywał z zapałem każdą drewnianą powierzchnię, nie wyłączając podłóg. Dach wydawał się z grubsza nietknięty, ale belki były zmurszałe, a po ścianach spływała woda. Deski podłogowe zniknęły, pozostało po nich jedynie kilka upartych legarów. Dom wydawał się tylko skorupą, nie zachował się nawet ślad miłości, która niegdyś go ogrzewała. Fin usłyszał za plecami kroki Fionnlagha i odwrócił się.

– Zamierzam wypatroszyć ten dom. Odbuduję go od wewnątrz. Może zechcesz mi pomóc w czasie wakacji?

Fionnlagh wzruszył ramionami.

– Może.

– Wybierasz się jesienią na uniwersytet?

– Nie.

– Dlaczego?

– Muszę znaleźć pracę. Jestem teraz ojcem. Mam obowiązki wobec dziecka.

Fin skinął głową.

– Jak mała?

– Dobrze. Dzięki, że pytasz.

Fin zignorował sarkazm w głosie chłopaka.

– A Donna?

– Mieszka u rodziców. Z dzieckiem.

Fin zmarszczył czoło.

– A ty?

– Ja i mama wciąż mieszkamy tam, u podnóża wzniesienia góry. – Skinął niedbale głową w stronę domu, który Marsaili odziedziczyła po Artairze. – Pastor Murray nie pozwala mi przychodzić na plebanię.

Fin nie wierzył własnym uszom.

– Dlaczego? Jesteś ojcem dziecka, na litość boską!

– Który nie ma środków, żeby utrzymać swoją córkę albo jej matkę. Czasem Donna bierze małą i nas odwiedza, ale zwykle musimy spotykać się w mieście.

Fin stłumił w sobie gniew, na który Fionnlagh nie zasługiwał. Wiedział, że przyjdzie jeszcze pora, by załatwić tę sprawę. W innym miejscu, z inną osobą.

– Matka w domu? – Było to stosunkowo niewinne pytanie, ale obaj wiedzieli, ile się za nim kryje.

– Wyjechała do Glasgow zdawać egzaminy na uniwersytet.– Fionnlagh dostrzegł zaskoczenie Fina. – Nie powiedziała ci?

– Nie kontaktowaliśmy się.

– Och. – Wzrok chłopaka powędrował w dół zbocza, ku domostwu Macinnesów. – Zawsze mi się wydawało, że być może się zejdziecie.

Uśmiech Fina miał w sobie smutek, a może również żal.

– Nie udało nam się przed laty, Fionnlagh. Dlaczego miałoby się udać teraz? – Zawahał się. – Wciąż jest w Glasgow?

– Nie. Wróciła wcześnie. Przyleciała rano samolotem. Jakaś ważna sprawa rodzinna.

ROZDZIAŁ 7

Słyszę, że rozmawiają na korytarzu. Jakbym był głuchy. Jakby mnie tu nie było. Jakbym już nie żył. Czasem żałuję, że tak nie jest.

Nie wiem, dlaczego mam nosić płaszcz. W domu jest ciepło. Nie ma potrzeby wkładać płaszcza. Albo czapki. Mojej cudownej, miękkiej, starej czapki. Przez lata chroniła mi głowę przed zimnem.

Wychodząc z sypialni, nigdy nie wiem, którą Mary zastanę. Czasem jest to dobra Mary. Czasem jest to zła Mary. Wyglądają tak samo, ale to dwie różne osoby. Tego ranka była zła Mary. Podnosiła głos, mówiła mi, co mam robić, kazała włożyć płaszcz. Siedzieć tutaj. Czekać. Na co?

I co jest w tej walizce? Powiedziała, że moje rzeczy. Ale co miała na myśli? Jeśli moje ubrania, to przecież mam ich całą garderobę i nie zmieściłyby się tutaj. Albo moje papiery. Rachunki sprzed lat. Zdjęcia. Wszystko. Nie weszłoby do walizki o takich rozmiarach. Może jedziemy na wakacje?

Słyszę teraz głos Marsaili:

– To nie fair, mamo.

„Mamo”. Oczywiście. Wciąż zapominam, że Mary to jej mama.

I Mary, mówiąc oczywiście po angielsku, ponieważ nigdy nie nauczyła się gaelickiego, odpowiada:

– Fair? A uważasz, że to jest fair wobec mnie? Mam siedemdziesiąt lat. Nie mogę już tego dłużej znosić. Zapaskudza łóżko co najmniej dwa razy w tygodniu. Jeśli wychodzi sam, to się gubi. Jak przeklęty pies. Nie można mu po prostu ufać. Przyprowadzają go sąsiedzi. Jeśli mówię „białe”, on mówi „czarne”, jeśli mówię „czarne”, on mówi „białe”.

Nigdy nie mówię „czarne” ani „białe”. O czym ona gada? To zła Mary.

– Mamo, jesteście małżeństwem od czterdziestu ośmiu lat. – Znowu głos Marsaili.

A Mary na to:

– Nie jest tym człowiekiem, za którego wyszłam, Marsaili. Żyję z obcym. Wszystko kończy się kłótnią. Nie chce zaakceptować faktu, że cierpi na demencję, że już nie pamięta pewnych rzeczy tak jak dawniej. Zawsze to jest moja wina. Robi różne rzeczy, a potem się do nich nie przyznaje. Kilka dni temu stłukł okno w kuchni. Nie wiem dlaczego. Rozbił je młotkiem. Powiedział, że musi wpuścić psa. Marsaili, nie mieliśmy psa od czasu, gdy opuściliśmy farmę. A pięć minut później pyta, kto stłukł okno, a kiedy mu mówię, że on, odpowiada, że nie, że tego nie zrobił. Że ja to musiałam zrobić. Ja! Mam tego dosyć, Marsaili.

– A ośrodek opieki dziennej? Chodzi tam trzy razy w tygodniu, prawda? Może zgodzą się brać go na pięć albo nawet sześć dni.

– Nie! – Teraz Mary krzyczy. – To tylko pogarsza sprawę. Mam kilka godzin normalności, dom wyłącznie dla siebie, a jestem w stanie myśleć tylko o tym, że wieczorem znowu wróci i będzie mi robił z życia piekło.

Słyszę, jak szlocha. Okropny urywany szloch. Nie jestem nawet pewien, czy to zła Mary, czy nie. Nie lubię słuchać, jak płacze. To denerwujące. Wyglądam na korytarz, ale znajdują się poza zasięgiem mojego wzroku. Powinienem chyba pójść do nich i sprawdzić, czy mogę w czymś pomóc. Ale zła Mary powiedziała, żebym tu został. Przypuszczam, że Marsaili będzie ją pocieszać. Zastanawiam się, co ją tak zdenerwowało. Pamiętam dzień, w którym wzięliśmy ślub. Miałem tylko dwadzieścia pięć lat. A ona była drobną dwudziestodwuletnią dziewczyną. Wtedy też płakała. Urocza dziewczyna. Angielka. Ale nie mogła się powstrzymać od łez.

W końcu płacz cichnie. Muszę nadstawiać ucha, żeby słyszeć głos Mary.

– Nie chcę go tutaj, Marsaili.

– Jak ty sobie to wyobrażasz, mamo? Dokąd pójdzie? Nie mam możliwości się nim zajmować, a nie stać nas na prywatny dom opieki.

– Nic mnie to nie obchodzi. – Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak twardy jest jej głos. Pełen egoizmu. Jakby się nad sobą użalała. – Musisz coś wymyślić. Chcę, żeby stąd zniknął. Natychmiast.

– Mamo…