Opis

Książka Sylwestra Latkowskiego Człowiek z lasu. Polska lokalna dokumentuje polską rzeczywistość – dziejącą się poza stolicą, poza centrum kraju. Jest to opowieść prawdziwa, rozgrywa się w miastach województwa świętokrzyskiego, położonych na tyle daleko od Warszawy, żeby stworzyć swój własny, lokalny świat, a jednocześnie na tyle blisko, żeby wciągać weń postacie z pierwszych stron gazet...

Nie ma lepszego przykładu, czym jest mafia w Polsce: układy na dole, sięgające góry. Ale nie o mafii to książka, a o Polsce: tej dzisiejszej… oddalonej o sto kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 225

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Opra­co­wa­nie tek­stu

Małgo­rza­ta De­nys

Pro­jekt okładki

Mag­da Kuc

Ilu­stra­cja na okładce

© Ro­bert Kon­rad

DTP

Pau­li­na La­bus

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siński

Text co­py­ri­ght © by Syl­we­ster Lat­kow­ski, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2014

Wszyst­kie zdjęcia po­chodzą z ar­chi­wum au­to­ra

Książka zo­stała wy­da­na pod pa­tro­na­tem ty­go­dni­ka „Wprost”

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark). Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-553-1

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: [email protected]ł handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

Jest to opo­wieść praw­dzi­wa, roz­gry­wa się ona w miej­scach – mia­stach i wio­skach – położonych około 150 ki­lo­metrów od War­sza­wy, sto­li­cy Pol­ski. Dwie go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem.

Off the re­cord (za­miast wstępu)

1.

Tyl­ko niektórzy godzą się na roz­mowę przy włączo­nym dyk­ta­fo­nie, po­zo­sta­li po­zwa­lają je­dy­nie no­to­wać, a i tak chwi­la­mi z nie­po­ko­jem patrzą na długo­pis kreślący na kart­ce wy­po­wia­da­ne przez nich słowa.

– Tyl­ko off the re­cord – żąda mój rozmówca, po­li­tyk, były mi­ni­ster.

– Cze­go się pan oba­wia? – py­tam.

– Lu­dzi, ja tu­taj miesz­kam. Pan stąd wy­je­dzie, a ja tu zo­stanę – oznaj­mia z po­wagą.

2.

OSO­BA 1, znająca tu­taj wszyst­kich lo­kal­nych po­li­tyków, kie­dyś za­an­gażowa­na po­li­tycz­nie, dzi­siaj naj­wyżej im do­ra­dzająca, po­ma­gająca w kam­pa­niach wy­bor­czych. Właśnie zakończyła ostat­nią kam­pa­nię. Z suk­ce­sem – jej kan­dy­da­ci do­sta­li się do par­la­men­tu:

– Jest taka za­sa­da – rządzi­my raz ja, raz ty – żyj i pozwól żyć. A jeśli ktoś z zewnątrz mie­sza – to wspólny wróg. Oni wszy­scy przez lata się ułożyli, po­wstała jakaś hie­rar­chia; po­li­ty­cy, lo­kal­ny biz­nes, po­li­cja. Jed­ni z tego układu ko­rzy­stają, inni są po pro­stu słabsi albo głupsi i prze­gry­wają.

3.

OSO­BA 2: A wiesz, że te lo­kal­ne układy sa­morządowe ist­nieją dzięki wspar­ciu lo­kal­nej pra­sy? Trochę to me­cha­nizm ko­rup­cyj­ny. Na przykład na­czel­ny [tu pada na­zwa jed­ne­go z lo­kal­nych mediów – przyp. aut.] bie­rze od bur­mistrzów, pre­zy­dentów, posłów za przy­chyl­ne pu­bli­ci­ty. Po parę tysięcy bie­rze od głowy.

4.

27 czerw­ca 2011 r., godz. 14.10. Wykręcam nu­mer cen­tra­li Ko­men­dy Wo­jewódzkiej w Kiel­cach i słyszę au­to­mat: „Dzień do­bry, Ko­men­da Wo­jewódzka Po­li­cji w Kiel­cach, proszę cze­kać na zgłosze­nie się ope­ra­to­ra”. I tak przez sie­dem mi­nut, w kółko to samo. Ope­ra­tor się nie zgłosił. Próbuję po go­dzi­nie piętna­stej, także bez efek­tu.

5.

Dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia w ho­te­lu Mar­ki w Łopusz­nie. 32-let­nia me­nedżerka ho­te­lu zo­stała za­strze­lo­na przez dwa lata star­sze­go od niej męża, chwilę później on sam strze­lił so­bie w głowę. „Ga­ze­ta Kie­lec­ka” usta­liła, że mężczy­zna od lat han­dlo­wał bro­nią, był ska­za­ny m.in. za prze­myt pi­sto­letów ma­szy­no­wych, które miały do­trzeć do ne­apo­li­tańskiej ma­fii.

Kil­ka dni przed­tem, 22 paździer­ni­ka 2011 r., wcze­snym wie­czo­rem, otrzy­muję e-ma­ila od – na­zwij­my go Wy­so­kim – za­ty­tułowa­ne­go „Wid­mo re­wo­lu­cji krąży po Człowie­ku z Lasu… Włoszczo­wa… Łopusz­no… cdn.”. W ho­te­lu zna­le­zio­no dwa ciała z ra­na­mi po­strzałowy­mi. Skąd tak szyb­ko wie­dział, że to od­prysk tej sa­mej spra­wy? In­tu­icja? Po­li­cja do­stała we­zwa­nie o 16.45, kil­ka­naście mi­nut później przy­by­li na miej­sce tra­ge­dii. Me­dia od­kryły tło wy­da­rzeń w ho­te­lu Mar­kiz do­pie­ro kil­ka dni później.

„Ga­ze­ta Kie­lec­ka” do­no­siła:

Pro­ku­ra­to­rzy znają już wstępny prze­bieg wy­da­rzeń. – Nie brały w nich udziału żadne oso­by trze­cie. Około go­dzi­ny 16.30 do ho­te­lu przy­je­chał mąż 32-let­niej pra­cow­ni­cy. Roz­ma­wia­li w po­miesz­cze­niu so­cjal­nym, inni pra­cow­ni­cy naj­pierw słysze­li kłótnię, a po­tem czte­ry strzały. Mężczy­zna po­strze­lił żonę w głowę, szyję i klatkę pier­siową. Po­tem wy­biegł z po­ko­ju, być może próbował uciec, ale gdy na­tknął się na pra­cow­ników ho­te­lu, wrócił do po­miesz­cze­nia i po­strze­lił się w głowę – mówi „Ga­ze­cie” o pierw­szych usta­le­niach śledz­twa Rafał Orłowski z Pro­ku­ra­tu­ry Okręgo­wej w Kiel­cach. Wia­do­mo, że spraw­ca broń miał nie­le­gal­nie.

– Mężczy­zna pra­co­wał jako kie­row­ca busa – wyjaśnia mi później au­tor e-ma­ila, Wy­so­ki. – Ko­ja­rzysz wojnę o szlak firm trans­por­to­wych dowożących lu­dzi do pra­cy i domów?

– Pod­pa­le­nie au­to­busów i busów w Bliżynie przez Człowie­ka z Lasu? – py­tam, ocze­kując po­twier­dze­nia.

– Tak. Ten mężczy­zna pra­co­wał w kon­ku­ren­cyj­nej fir­mie, która chciała wy­eli­mi­no­wać z ryn­ku przed­siębiorcę z Bliżyna. To ku­rier. Jego na­zwi­sko po­ja­wia się w spra­wie prze­my­tu bro­ni dla ca­mor­ry. Miał dwa wy­ro­ki za po­sia­da­nie i han­del bro­nią w Pol­sce, ale sie­dział też we Włoszech. Wpadł tam z pi­sto­le­ta­mi ma­szy­no­wy­mi Skor­pion, broń była ukry­ta w skryt­kach wbu­do­wa­nych w ścia­ny i podłogę busa.

– W e-ma­ilu wspo­mniałeś także o Włoszczo­wie?

– Kil­ka­naście dni wcześniej [5 paździer­ni­ka 2011 r. – przyp. aut.] zadźgano tam nożem mężczyznę. Zaj­mo­wał się między in­ny­mi han­dlem le­wym ole­jem napędo­wym. Przed­tem da­wa­li mu ostrzeżenia, pod­pa­la­li mu dom [kwie­cień 2011 r. – przyp. aut.] i sa­mo­cho­dy [li­piec 2011 r. – przyp. aut.], aż wresz­cie załatwi­li go pod śmiet­ni­kiem blo­ku, w którym miesz­kał.

– To, że wsa­dzi­li za krat­ki Człowie­ka z Lasu, nie kończy tu ni­cze­go, nie zli­kwi­do­wa­no ma­fij­nej sie­ci w święto­krzy­skim. W Szydłowcu zno­wu po­ja­wiły się ha­ra­cze, „wy­kup­ki” sa­mo­chodów. To głowa dana w ofie­rze, żeby resz­cie dali spokój.

6.

Ta książka to za­pis mo­ich trzech lat by­cia świad­kiem, ob­ser­wa­to­rem tego, co się dzie­je nie­da­le­ko War­sza­wy, dwie go­dzi­ny jaz­dy sa­mo­cho­dem, w wo­jewództwie święto­krzy­skim. Opo­wie­dzia­na hi­sto­ria przy­po­mi­na mi kli­ma­ty, ja­kie po­znałem, opi­sując po­rwa­nie i śmierć Krzysz­to­fa Olew­ni­ka. Tu­taj także spo­tkałem pełno­moc­ni­ka ro­dzi­ny Olew­ników me­ce­na­sa Ire­ne­usza Wil­ka i po­li­cjan­ta Re­mi­giu­sza M., który pu­blicz­nie był obar­cza­ny błędami popełnio­ny­mi w śledz­twie w spra­wie po­rwa­nia Krzysz­to­fa (nie­daw­no sąd oczyścił go z za­rzutów). Tak jak w Świer­czyn­ku, Dro­bi­nie, Płocku, i tu­taj lu­dzie w wal­ce z przestępczością zo­sta­li po­zo­sta­wie­ni sami so­bie. Widzę taki sam dra­ma­tycz­ny przykład bier­ności potężnego apa­ra­tu państwa wo­bec tra­ge­dii jed­nost­ki. Kie­dy w Sej­mie sio­stra Krzysz­to­fa, Da­nu­ta Olew­nik-Cie­plińska, po­wie­działa: „Ja już nie wierzę w to państwo!”, wie­lu uznało, że też już nie wie­rzy. Przykłady tego wi­dzie­li na co dzień w swo­ich miej­sco­wościach.

Przez kil­ka lat Olew­ni­ko­wie i ich dra­mat nie sku­pia­li większej uwa­gi. Ot, spra­wa, ja­kich wie­le. Ktoś za­ginął, ro­dzi­na go szu­ka – zwykła rzecz. Wte­dy co kil­ka dni w Pol­sce upro­wa­dza­no kogoś dla oku­pu, a z enig­ma­tycz­nych ko­mu­ni­katów po­li­cyj­nych wca­le nie wy­ni­kało, że dzie­je się coś nad­zwy­czaj­ne­go. Pa­no­wała opi­nia, że wza­jem­ne po­rwa­nia to for­ma roz­li­czeń między gang­ste­ra­mi i le­piej się w to nie mie­szać.

O po­rwa­niu syna przed­siębior­cy z Dro­bi­na pod Płockiem me­dia do­no­siły wstrze­mięźli­wie. Kil­ka razy wrócił do tej spra­wy Mi­chał Faj­bu­sie­wicz w swo­im pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym „997”, po­ja­wiło się też trochę in­for­ma­cji pra­so­wych. Jed­na z nie­miec­kich sta­cji te­le­wi­zyj­nych nakręciła o tym re­por­taż, ale jego głównym bo­ha­te­rem był pry­wat­ny de­tek­tyw Krzysz­tof Rut­kow­ski, za­an­gażowa­ny przez Włod­zi­mie­rza Olew­ni­ka już następne­go dnia po po­rwa­niu syna. Ge­ne­ral­nie jed­nak w me­diach pa­no­wała ci­sza.

Wy­daw­cy te­le­wi­zyj­ni i re­dak­to­rzy pra­so­wi nie czu­li w tej hi­sto­rii blu­esa. Dzien­ni­ka­rze, którzy chcie­li po­dej­mo­wać te­mat na nowo, słysze­li, że spra­wa jest już skon­su­mo­wa­na. O czym tu jesz­cze pisać, to już sta­je się nud­ne! Dzi­siaj to za­brzmi jak aneg­do­ta, cho­ciaż może mało za­baw­na: kie­dy na ko­le­gium re­dak­cyj­nym jed­nej z ga­zet re­por­ter zgłosił chęć opi­sa­nia po­rwa­nia Krzysz­to­fa Olew­ni­ka, usłyszał od sze­fa działu, że to te­mat prze­cho­dzo­ny i żeby zajął się czymś cie­kaw­szym. A po la­tach, kie­dy Olew­ni­ko­wie byli już na ustach całej Pol­ski, ten sam szef działu grzmiał w pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym, że to skan­dal, iż sprawę tego po­rwa­nia zlek­ce­ważono i na­wet me­dia nie do­strzegły jej wagi.

Za­in­te­re­so­wa­nie wzrosło, kie­dy schwy­ta­no sprawców i w paździer­ni­ku 2006 roku zna­le­zio­no ciało za­mor­do­wa­ne­go Krzysz­to­fa. Po­tem przed płockim sądem odbył się pro­ces gan­gu po­ry­wa­czy, za­padły wy­ro­ki.

Ro­dzi­na ofia­ry wciąż prze­ko­ny­wała, że na ławie oskarżonych nie za­sia­dają wszy­scy win­ni zbrod­ni, że ktoś od­po­wia­da za błędy w śledz­twie, a ktoś inny mógł po­rwa­nie za­pla­no­wać i te­raz kry­je się w cie­niu. Olew­ni­ko­wie opo­wia­da­li o bez­dusz­nych po­li­ty­kach, których bez­sku­tecz­nie błaga­li o po­moc, su­ge­ro­wa­li, że oso­by z ważnych ga­bi­netów też w ja­kiejś mie­rze uczest­ni­czyły w spi­sku na życie ich syna i bra­ta. Ich wy­nu­rze­nia trak­to­wa­no jed­nak z dy­stan­sem. Przeżyli dra­mat i te­raz wszędzie wietrzą spi­sek. Opi­nia pu­blicz­na nadal nie wy­ka­zy­wała szczególne­go za­in­te­re­so­wa­nia tą hi­sto­rią.

Wszyst­ko zmie­niło się, kie­dy w płockim aresz­cie popełnił sa­mobójstwo Sławo­mir Kościuk, je­den z mor­derców Krzysz­to­fa. To było już dru­gie sa­mobójstwo w tej spra­wie. Rok wcześniej w aresz­cie w Olsz­ty­nie po­zba­wił się życia Woj­ciech Fra­niew­ski, uzna­ny przez śled­czych za sze­fa gan­gu. A do tej li­sty na początku 2009 roku dołączył trze­ci główny spraw­ca, Ro­bert Pa­zik. Po­wie­sił się w płockim więzie­niu. Taka se­ria po­działała na wy­obraźnię. Spo­wo­do­wała, że na­gle wy­buchło nie­by­wałe za­in­te­re­so­wa­nie Olew­ni­ka­mi i ich tra­ge­dią.

Te­mat podjęły wszyst­kie me­dia. Nagły wy­buch ogólno­na­ro­do­wej fa­scy­na­cji sprawą Olew­ników to praw­dzi­wy fe­no­men społecz­ny. Łzy ojca, drżący głos sio­stry i ich przej­mująca opo­wieść o wal­ce i bez­rad­ności spo­wo­do­wały, że zaczęto się z nimi utożsa­miać. Ich ból stał się bólem po­wszech­nym. Re­akcją na ich płacz był ogólny szloch. Za­da­wa­ne przez nich py­ta­nia po­wta­rza­no jako własne. Dla­cze­go nie ura­to­wa­liście na­sze­go syna i bra­ta? Dla­cze­go zlek­ce­ważyliście na­sze prośby? Dla­cze­go nie chcie­liście w porę schwy­tać ban­dytów?

Dla wszyst­kich stało się ja­sne, że oto w ma­je­sta­cie państwa, pod okiem or­ganów ści­ga­nia i wy­mia­ru spra­wie­dli­wości, popełnio­no straszną zbrod­nię.

W 2011 roku na łamach „Rzecz­po­spo­li­tej” uka­zał się głośny ar­ty­kuł Mai Na­rbutt „Skarżysko, mia­sto pry­wat­ne”. Przy­po­mniała ona, że o tym, co dzie­je się w Skarżysku-Ka­mien­nej, do­wie­działa się cała Pol­ska:

Kie­dy właści­ciel mającej tu sie­dzibę fir­my Wtórpol oświad­czył w stycz­niu 2007 roku, że nie jest w sta­nie za­pew­nić bez­pie­czeństwa pra­cow­ni­kom i musi za­mknąć za­trud­niający nie­mal 800 osób zakład, do mia­sta zje­chały eki­py te­le­wi­zyj­ne i re­por­te­rzy. Ujaw­nio­ne fak­ty szo­ko­wały wszyst­kich. Pod­pa­le­nia bu­dynków i ciężarówek, ostrze­la­nie z bro­ni ma­szy­no­wej domu jed­ne­go z pra­cow­ników, wrzu­ce­nie gra­natów na po­sesję, podłożenie ładunków wy­bu­cho­wych pod mer­ce­de­sa właści­ciela układały się w serię prze­mo­cy na pozór nie­przy­stającą do pol­skiej rze­czy­wi­stości.

– Któregoś dnia do fir­my przy­szedł późnym wie­czo­rem nie­zna­ny mężczy­zna. Po­wie­dział, że to, co działo się do tej pory, jest nie­winną za­bawą. Zro­zu­miałem, że na­sza ro­dzi­na jest śmier­tel­nie za­grożona. Nie­zna­jo­my zro­bił jed­nak błąd – opo­wia­da brat właści­cie­la Ma­rek Woj­te­czek. – Wy­szedł do to­a­le­ty, zo­sta­wiając na sto­le komórkę. Za­dzwo­niłem z niej do sie­bie i miałem jego nu­mer te­le­fo­nu.

Ale wte­dy stało się coś, co spra­wiło, że właści­cie­le fir­my zwątpi­li, czy mogą li­czyć na po­moc po­li­cji. – Pod­czas kon­fron­ta­cji z mężczyzną po­li­cjant na ko­men­dzie w Kiel­cach za­cho­wy­wał się, jak­by był jego ad­wo­ka­tem. Mówił, że mężczy­zna przy­szedł do fir­my sta­rać się o pracę – mówi Ma­rek Woj­te­czek. – Ten po­li­cjant już zresztą tam nie pra­cu­je.

We­zwa­nie mediów było ak­tem de­spe­ra­cji, zwróce­niem się do czwar­tej władzy w sy­tu­acji, gdy za­wiodły in­sty­tu­cje państwo­we.

Dra­ma­tycz­na sy­tu­acja w Skarżysku-Ka­mien­nej, ujaw­nio­na opi­nii pu­blicz­nej, wywołała wstrząs. Śledz­two objął oso­bi­stym nad­zo­rem ówcze­sny mi­ni­ster spra­wie­dli­wości Zbi­gniew Zio­bro. Za­po­wia­da­no, że „wy­czyści się do gołej zie­mi” lo­kal­ne ma­fie, które ter­ro­ry­zują małe i śred­nie mia­sta. Do­cho­dze­nie w spra­wie Wtórpo­lu było prio­ry­te­to­we, przyjęło jed­nak spe­cy­ficz­ny kie­ru­nek – pro­ku­ra­tu­ra po­dej­rze­wała długo że cho­dzi w tym wy­pad­ku o wewnętrzne roz­gryw­ki ma­fii, i uważała, że właści­cie­le Wtórpo­lu nie współpra­cują z nią wy­star­czająco.

Tak samo było w spra­wie Olew­ników, w której osta­tecz­nie główny­mi win­ny­mi sta­li się właśnie oni. Pro­ku­ra­tu­ra ape­la­cyj­na w Gdańsku, pro­wadząca śledz­two, nie ukry­wa, że to oni są na ich ce­low­ni­ku.

Maja Na­rbutt pi­sze da­lej:

– Oglądałem w te­le­wi­zji pro­gram o spra­wie Olew­ni­ka i do­szedłem do wnio­sku, że sy­tu­acja jest po­dob­na. Na­sza fir­ma zo­sta­nie przejęta, a jeśli się nie zgo­dzi­my, wy­da­rzy się tra­ge­dia – mówi właści­ciel Wtórpo­lu Le­szek Woj­te­czek. Zwrócił się do ad­wo­ka­ta Olew­ników, me­ce­na­sa Ire­ne­usza Wil­ka.

– De­tek­ty­wi, których wysłałem, od­wie­dzi­li eme­ry­to­wa­nych po­li­cjantów. Bar­dzo szyb­ko in­for­ma­cje z tych spo­tkań wy­ciekły do przestępców – opo­wia­da me­ce­nas Wilk. – Po­ja­wie­nie się „ob­cych”, lu­dzi z zewnątrz, w Skarżysku-Ka­mien­nej nie­po­koiło śro­do­wi­sko przestępcze.

W tej książce opo­wiem między in­ny­mi o wspo­mnia­nej wal­ce ro­dzi­ny Woj­teczków z lo­kal­nym układem, kie­dy to ban­dy­ci zbra­ta­li się z po­li­cjan­ta­mi, pro­ku­ra­to­ra­mi i po­li­ty­ka­mi.

Część pierw­sza

Chłopa­ki, za­stanówmy się, co ro­bi­my

1.

Zwą go prze­kor­nie Małym lub Kajt­kiem, a jest szczupłym, wy­so­kim, czter­dzie­sto­let­nim mężczyzną z krótko ostrzyżony­mi włosa­mi. Kie­dy pierw­szy raz go widzę, ma na so­bie ciem­no­gra­fi­to­wy tani gar­ni­tur, który zwi­sa z nie­go, jak­by ktoś po­wie­sił go na wie­sza­ku. Kaj­tek wbił się w nie­go nie po to, by wyglądać ele­ganc­ko; gar­ni­tur ma dodać mu po­wa­gi i wia­ry­god­ności i – co naj­ważniej­sze – odróżniać go od jego byłych kum­pli, siedzących te­raz za pan­cerną szybą, ubra­nych w czer­wo­ne stro­je dla nie­bez­piecz­nych aresz­tantów, w naj­lep­szym wy­pad­ku w swe­try i dre­sy.

Stoi przed ba­rierką, z twarzą zwróconą w stronę ławy sędziow­skiej.

Przysłuchuję się jego ze­zna­niom w Sądzie Okręgo­wym w Kiel­cach, w sali, która z tru­dem mieści oskarżonych i obrońców. Nie mogąc się po­mieścić, zajęli ławki dla pu­blicz­ności. Słucham go tyl­ko przez chwilę, nie­po­trzeb­nie sięgam do tor­by po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, na co re­agu­je ubra­ny w ko­mi­niarkę, z długą bro­nią w rękach, siedzący za mną po­li­cjant z AT (wy­dział an­ty­ter­ro­ry­stycz­ny po­li­cji). Rychło oprzy­tom­niał, tak jak i po chwi­li sędzia, kil­ka mi­nut wcześniej po­zwo­li­li mi prze­cież spo­koj­nie wejść do sali, zasiąść w jed­nej z ławek dla pu­blicz­ności. Te­raz oka­zu­je się, że spra­wa jest nie­jaw­na. Nie po­wi­nie­nem w ogóle tu­taj się zna­leźć. Kie­dy wy­chodzę, Kaj­tek kie­ru­je w moją stronę wy­chu­dzoną twarz i z za­in­te­re­so­wa­niem mi się przygląda. W jego oczach widzę jakąś de­spe­rację.

2.

Kaj­tek: – To była nie­dzie­la, połowa maja 2002 r. W tym cza­sie od­by­wały się ma­tu­ry. Za­dzwo­nił do mnie Łukasz, syn mo­jej sio­stry, i po­wie­dział, że ma duży pro­blem. Był w So­po­cie z Piętu­siem, Red Bul­lem i Ket­chu­pem. Skończyły im się pie­niądze, pro­sił, bym przy­je­chał po nich. Ra­to­wał. Dzień później Gliz­da pod­rzu­cił mnie do War­sza­wy i stamtąd o szóstej rano wsiadłem w eks­pres. To był wto­rek. W So­po­cie na sta­cji cze­kał na mnie Łukasz. Po­szliśmy coś zjeść. W cza­sie gdy je­dliśmy, Łukasz po­wie­dział, że za­bi­li chłopa­ka.

Kaj­tek od razu pomyślał, że cho­dzi o ma­tu­rzystę.

W Skarżysku-Ka­mien­nej i oko­li­cach było głośno o za­gi­nięciu ma­tu­rzy­sty, 19-let­nie­go Bart­ka z Su­che­dnio­wa. Ro­dzi­na, ko­le­dzy Bart­ka po­roz­wie­sza­li wszędzie ogłosze­nia, sporządzo­ne na kom­pu­te­rze i po­wie­lo­ne na kse­ro, z jego zdjęciem i prośbą o kon­takt. Kaj­tek zo­ba­czył jed­no z nich na sta­cji CPN.

Spra­wa była za­gad­ko­wa. Bar­tek zda­wał właśnie ma­turę. Eg­za­mi­ny szły mu świet­nie. I na­gle, przed ostat­nim eg­za­mi­nem, zniknął. Po południu wziął sa­mochód ojca, bor­dową hondę ci­vic se­dan, i po­je­chał do Skarżyska. Miał wrócić szyb­ko, bo chciał przy­go­to­wać się do ust­nej części eg­za­mi­nu. Do domu już nie do­tarł. Początko­wo ro­dzi­ce myśleli, że roz­bił sa­mochód i boi się wrócić. Były też przy­pusz­cze­nia, że miał wy­pa­dek i mógł stra­cić pamięć.

Nie miał żad­nych kłopotów z rówieśni­ka­mi ani ro­dzi­ca­mi. Lubił piłkę nożną, pa­sjo­no­wał się in­ter­ne­tem, w szko­le uczył się świet­nie. Nie miał również pro­blemów fi­nan­so­wych, jego ro­dzi­ce byli zamożni. Wszy­scy po­wta­rza­li, że nig­dy nie nawiązywał kon­taktów z ob­cy­mi. W dniu za­gi­nięcia Bar­tek ubra­ny był w oliw­ko­wy swe­ter z wąski­mi pa­ska­mi na ściąga­czach, ciem­ne do­pa­so­wa­ne spodnie z kie­sze­nia­mi i gra­na­to­we adi­da­sy.

Ksiądz infułat z Su­che­dnio­wa, miej­sco­wej pa­ra­fii, cieszący się dużym au­to­ry­te­tem Józef Wójcik, wie­lo­krot­nie z am­bo­ny wzy­wał, ape­lo­wał do su­mie­nia sprawców, by przy­najm­niej zo­sta­wi­li w koście­le kartkę, gdzie jest Bar­tek. Za­pew­niał ano­ni­mo­wość i ta­jem­nicę spo­wie­dzi. Bez­sku­tecz­nie.

DANE DO­TYCZĄCE ZA­GI­NIO­NE­GO

Bartłomiej

lat 19

miesz­ka­niec Su­che­dnio­wa

3.

Do po­szu­ki­wań syna bez­rad­ni ro­dzi­ce wy­najęli pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa Krzysz­to­fa Rut­kow­skie­go, wówczas była to gwiaz­da pro­gra­mu TVN „De­tek­tyw”, który na oczach mi­lionów widzów roz­wiązywał spra­wy, z ja­ki­mi po­li­cja nie dawała so­bie rady, ale nic to nie dało.

4.

Kaj­tek: – Łukasz opo­wie­dział, jak to się stało. W so­botę wra­ca­li z działek ra­zem z Mamlą, Red Bul­lem i Ket­chu­pem. Wra­cając, spo­tka­li Mi­nia – swo­je­go ko­legę. Mi­niu był ra­zem z tym ma­tu­rzystą, Bart­kiem. Ten chłopak przy­je­chał sa­mo­cho­dem mar­ki Hon­da. Wi­działem ten sa­mochód później w So­po­cie. Łukasz i jego ko­le­dzy chcie­li, żeby Bar­tek ich pod­wiózł. On im ostro odmówił. Od­je­chał po­tem z Mi­niem. Tam­ci mu­sie­li wra­cać pie­szo do mia­sta.

Gdy do­cho­dzi­li pod swo­je blo­ki, zo­ba­czy­li, że przed klatką Mi­nia stoi ta sama bor­do­wa hon­da. Mi­niu z niej wy­siadł. Bar­tek ru­szył da­lej, miał jed­nak pe­cha, bo wy­je­chał wprost na nich. Stanęli mu na dro­dze, za­trzy­mał się. Nie miał za­blo­ko­wa­nych drzwi, więc bez pro­ble­mu wyciągnęli go zza kie­row­ni­cy i wsa­dzi­li na tyl­ne sie­dze­nie.

Po­je­cha­li w kie­run­ku Ra­do­mia. Pro­wa­dził Łukasz. Po dro­dze kil­ka razy dzwo­nił te­le­fon chłopa­ka, pew­nie któreś z ro­dziców. Nie po­zwo­li­li mu ode­brać tego te­le­fonu.

Z Ra­do­mia po­je­cha­li w kie­run­ku War­sza­wy. Za Grójcem, już na tra­sie szyb­kie­go ru­chu, dwóch z nich wy­siadło z ma­tu­rzystą, a po­zo­stała dwójka po­je­chała na stację CPN, żeby załatwić ja­kieś pi­cie. Kie­dy wrócili, po­je­cha­li da­lej.

Bar­tek mu­siał usłyszeć, że wy­da­li na nie­go wy­rok.

Po dro­dze ude­rzy­li go parę razy. Ma­tu­rzy­sta za­pro­po­no­wał, aby za­dzwo­ni­li do mat­ki, to ona na pew­no im zapłaci, ale oni oba­wia­li się, że ich wyda.

Jadąc w kie­run­ku War­sza­wy, z głównej tra­sy skręcili w pra­wo. Po uje­cha­niu około dwóch ki­lo­metrów wje­cha­li do małego la­sku. Wy­pro­wa­dzi­li chłopa­ka z sa­mo­cho­du. Na głowę naciągnęli mu swe­ter, który wcześniej miał na so­bie. Po­szli kawałek w las. Ka­za­li mu się położyć na zie­mi. Na brzu­chu.

„Chłopa­ki, za­stanówmy się, co ro­bi­my” – po­wie­dział Red Bull.

Piętek, który bał się, że Bar­tek go roz­po­zna, wziął w rękę spo­ry ka­mień i rzu­cił w jego głowę.

Bar­tek błagal­nie wy­char­czał: „Chłopa­ki!”.

Łukasz pod­niósł ten sam ka­mień i po­now­nie rzu­cił w jego głowę. Z ust Bart­ka bryznęła krew, która ochla­pała Red Bul­lo­wi spod­nie.

Po­tem każdy z nich ko­lej­no jesz­cze kil­ka razy ude­rzał w głowę tym sa­mym ka­mie­niem.

Bar­tek jed­nak nadal żył.

Piętek miał nóż, wbił go w tył głowy chłopa­ka, wyciągnął i podał ko­lej­ne­mu, i tak jak z tym ka­mie­niem, każdy go brał i wbi­jał w Bart­ka, w ple­cy, szyję…

Aż nóż się złamał.

Bar­tek już nie żył. Przy­najm­niej tak się im wy­da­wało.

Nie­opo­dal był jakiś dół. Wrzu­ci­li do nie­go ciało, przy­sy­pa­li trochę pia­chem i przy­kry­li gałęzia­mi.

Po­je­cha­li w stronę Gdańska. Po dro­dze za­trzy­ma­li się w Ostródzie, za­szli na jakąś dys­ko­tekę. Tam ukra­dli ko­bie­cie to­rebkę. Z Ostródy po­je­cha­li do So­po­tu.

Kie­dy Łukasz skończył opo­wia­dać o wszyst­kim, dałem mu chy­ba dwieście lub trzy­sta złotych. Mie­li za to coś zjeść i kupić spodnie Red Bul­lo­wi. Krew nie dała się sprać wodą.

5.

Oj­ciec ma­tu­rzy­sty tej nocy, kie­dy za­ginął Bar­tek, prze­bu­dził się o trze­ciej nad ra­nem.

– Wie­działem już wte­dy, że syna mu­siał ktoś zabić – wspo­mi­na. – Prze­czu­wałem to, przez lata nie miałem tyl­ko po­twier­dze­nia… No i ciała…