Człowiek z aspiracjami - Hans Fallada - ebook
Opis

"Szesnastoletni Karol Siebrecht, sierota, przyjeżdża do Berlina z zamiarem zawojowania miasta. Początkowo ima się różnych zajęć – pracuje jako pomocnik murarza, tragarz na stacjach kolejowych,  szmugluje po mieście zakazane towary. Obserwuje mieszkańców Berlina w czasach jego rozkwitu, podczas I wojny światowej i powojennego załamania, podczas wielkiej inflacji i w czasach Republiki Weimarskiej. Napędzany ambicją, wszelkimi sposobami dąży do realizacji marzenia o własnym przedsiębiorstwie: obraca się w szemranym towarzystwie, wśród kobiet ułatwiających mu osiągnięcie sukcesu, podejmuje brzemienne w skutki decyzje. Wciągająca historia dorobkiewicza, któremu ostatecznie przychodzi drogo zapłacić za sukces. „Karol Siebrecht jest jedną z najpiękniejszych postaci stworzonych przez Falladę. Tłem perypetii tego niezwykłego bohatera jest burzliwa historia Niemiec”.                                                                                    Die Zeit"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

EIN MANN WILL NACH OBEN

Die Frauen und der Träumer. Roman.

Copyright © Aufbau Verlag GmbH & Co. KG,

Berlin 2009 und 2011

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Tłumaczenie niniejszej pozycji otrzymało

wsparcie finansowe Instytutu Goethego ufundowane

przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Niemiec.

Zdjęcie na okładce: ©Fox Photos/Hulton Archive/Getty Images

Wykonanie okładki: Dt Studio s.c.

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-408-3

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wszystko w tej książce zostało wymyślone; to powieść, a więc dzieło wyobraźni.

Autor chciałby to na początku podkreślić, podobnie jak przy swoich niektórych wcześniejszych dziełach. Stwierdzenie to nie dotyczy wyłącznie osób i wydarzeń, ale także, i w szczególności, powstania i rozwoju przedstawionego w tej powieści berlińskiego przedsiębiorstwa zajmującego się przewozem bagaży.

Autor celowo nie dowiadywał się niczego na temat historii tego rodzaju przedsiębiorstw istniejących w rzeczywistości; chciał wszystko wymyślić sam i tak właśnie uczynił.

Mimo to ma nadzieję, że udało mu się zaprezentować wierny obraz Berlina różnych epok, począwszy od roku 1910.

H.F.

Księga pierwszaMłodzieniec

PROLOGMałe miasteczko

1. Prochy do prochów

– Prochy do prochów! Ziemia do ziemi! Popioły do popiołów! – wołał pastor i przy każdym przypomnieniu człowieczej znikomości wrzucał do grobu odrobinę ziemi dziecięcą łopatką. Zamarznięte bryłki bezlitośnie głośno uderzały o drewniane wieko trumny.

Młodzieniec, który stał za duchownym, trząsł się z rozpaczy i z zimna. Myślał, że pastor powinien delikatniej wrzucać ziemię do grobu. Lecz gdy sam rzucił kilka grudek na trumnę ojca, wydało mu się, że zadudniły jeszcze głośniej. Zebrało mu się na płacz. Nie chciał jednak płakać, nie chciał tutaj szlochać, przed tymi wszystkimi żałobnikami, chciał pokazać, że jest silny. Niemal błagalnym wzrokiem spojrzał na nagrobek z czerwonawego sjenitu, który wznosił się pionowo w głowach grobu. Napis głosił: „Klara Siebrecht, ur. 16 października 1867 r., zm. 21 lipca 1893 r.”. Lecz kamień nie mógł mu pomóc. Złoty napis poczerniał ze starości, data śmierci matki była jednocześnie datą jego narodzin. Nigdy jej nie poznał. Wkrótce na tym kamieniu pojawi się imię ojca z datą: 11 listopada 1909.

„Prochy do prochów! Ziemia do ziemi! Popioły do popiołów!” – powtórzył w myślach. „Teraz jestem na tym świecie całkiem sam” – pomyślał i znów zachciało mu się płakać.

– Daj mi łopatkę, Karolu – szepnął wuj Ernest Studier, wyjmując mu ją z dłoni.

Zmieszany Karol Siebrecht wycofał się w pobliże pastora Wedekinda. Ten uścisnął jego rękę i popatrzył mu prosto w oczy.

– To dla ciebie ogromna strata, Karolu – powiedział. – Nie będzie ci łatwo. Ale uszy do góry i nie zapominaj, że Bóg w niebiesiech nie opuszcza sierot!

A potem wszyscy zaczęli do niego podchodzić, jeden za drugim, potrząsali jego ręką i mówili kilka słów, zwykle upominając go, żeby był dzielny; wszyscy, od pożółkłego wuja Studiera aż po grubego właściciela hotelu Fritza Adama. I nikt z nich nie powiedział choćby jednego dobrego słowa o ojcu, który zawsze przecież był wobec nich uprzejmy i pomocny. „Zbyt uprzejmy i zbyt pomocny – pomyślał gorzko szesnastolatek. – Ale ja nie będę taki dobroduszny jak ojciec – dodał. – Będę silny i twardy!”

Znów poczuł miękkość w sercu, gdy po tych wszystkich mężczyznach jako jedyna kobieta nad grobem stanęła Minna, stara Minna z twarzą jak wyciosaną w drewnie, która służyła już u jego matki i wychowywała go, opiekując się nim rok po roku. Aż zadrżał z czułości, gdy patrzył na nią stojącą nad grobem tak nieruchomo, bez śladu łez. „Biedna, stara Minna – pomyślał. – Co teraz z tobą będzie?”

Wzięła jego rękę w dłonie.

– Wracaj szybko do domu, Karolu – szepnęła. – Jesteś już prawie siny. Zaraz nastawię dla ciebie coś ciepłego!

Wszyscy już poszli. Karol Siebrecht widział biret duchownego niedaleko bramy cmentarza, w pewnej odległości za nim szedł pochód żałobników. Wszystkim się śpieszyło, by jak najszybciej schronić się gdzieś przed lodowatym listopadowym wiatrem.

– Pośpiesz się, Karolu! – ponaglił go wuj Ernest Studier. – Twojemu ojcu wcale nie pomożemy, jak będziemy tu stać i marznąć.

– Masz rację, Erneście! – zgodził się z nim właściciel hotelu Adam i ruszył u drugiego boku Karola Siebrechta. – Powinniśmy jak najprędzej znaleźć się w cieple!

Chłopak nie zwracał uwagi na ich nieczułe słowa. Wydało mu się, że coś przemknęło za jednym z nagrobków i skierowało się do grobu jego ojca. Rzeczywiście, to była Eryka, jego mała sąsiadka, czternastoletnia córka pastora Wedekinda. Przyszła ukradkiem na pogrzeb; po południu o tej porze powinna być na zajęciach z prac ręcznych! Dobra, mała Eryka, właśnie wrzuca do grobu kwiaty…

– Co z tobą, Karolu?! – zawołał wuj i podtrzymał chłopaka, który się potknął. – Gdzie ty masz oczy?

– Patrzcie, patrzcie – powiedział hotelarz, który aż zmrużył oczy z zadowolenia. – Czy to nie Eryka Wedekinda? Pastor powinien się o tym dowiedzieć. Ona raczej nie przyszła tutaj dla twojego ojca, Karolu.

– To nieładnie z twojej strony, Karolu! – Wuj Ernest Studier niemal przemocą przeprowadził chłopaka przez cmentarną furtę. – Podczas pochówku własnego ojca powinieneś mieć co innego w głowie! A tak w ogóle, masz dopiero szesnaście lat, a ona ma najwyżej czternaście…

– Nieważne, co sobie myślicie! – wykrzyknął Karol z gniewem. – My nie jesteśmy tacy, jak myślicie!

– Już my wiemy, co myśleć. Niestety! – odpowiedział surowym tonem wuj. – A poza tym córka pastora to dla ciebie za wysokie progi – oznajmił. – Powinieneś się cieszyć, jeśli ktokolwiek weźmie cię na naukę!

– Właśnie! – poparł go Adam. – Na terminatora jako szesnastolatek jesteś za stary, a na szkołę nie ma pieniędzy!

Lecz Karol Siebrecht nie zwracał już uwagi na ich gadanie, cieszył się, że przestali mówić o Eryce Wedekind. Z niechęcią popatrzył na surowe fasady z czerwonej cegły małego brandenburskiego miasteczka, na skromne wystawy małych sklepików, takich jak sklepik wuja Ernesta Studiera. Trzy razy był z ojcem w Berlinie, tylko na kilka dni, ale i tak wielkie miasto go oczarowało. Ojciec nawet niepotrzebnie mówił: „Nie zrób tak jak ja, Karolu, nie utknij w takiej norze. Tam wszystko jest takie małe i ciasne. Tutaj jest dużo miejsca, tutaj jest przestrzeń”. Och, pragnął przestrzeni, nie zdołają go powstrzymać!

Przed hotelem Hohenzollern czekała cała gromada żałobników.

– Tak właśnie myślałem! – zawołał Fritz Adam. – Tak, wchodźcie wszyscy do środka, moja stara podgrzała już grog! Dobrze nam zrobi! Ciebie też zapraszam, Karolu! Dziś wyjątkowo wolno ci wypić szklaneczkę grogu.

– Nie, dziękuję! – odparł Karol Siebrecht. – Pójdę już do domu!

– Jak sobie chcesz! – odpowiedział nieco urażony hotelarz. – Przez najbliższe parę lat nikt ci raczej grogu nie zaproponuje.

A wuj Studier dodał:

– O piątej będziemy u ciebie i omówimy twoją przyszłość. Powiedz Minnie, żeby zrobiła dobrą kawę.

Za najbliższym rogiem Karol Siebrecht poczekał, aż wszyscy znikną w hotelu Adama. Potem pobiegł kłusem z powrotem na cmentarz. Ale choć bardzo się tam rozglądał, nikogo już nie było. Jego mała przyjaciółka zniknęła. Podszedł więc do grobu. Nic się tam nie zmieniło, grabarze jeszcze nie przyszli. Spojrzał w dół na trumnę. Na rozsypanej ziemi leżały trzy kwiaty, które przyniosła Eryka, trzy białe, późnojesienne astry. Rozdarty między pragnieniem i strachem ukląkł przy grobie ojca, pochylił się głęboko i zabrał jeden z kwiatów.

2. Przyszłość w kuchni

Dyskusja w pokoju stawała się coraz głośniejsza, wciąż nie mogli się porozumieć co do jego przyszłości. Chłopiec wyglądał przez kuchenne okno na wietrzną i mokrą listopadową noc. Za jego plecami krzątała się przy garnkach na piecu stara Minna. Właśnie przykręciła knot naftowej lampy, więc w kuchni zrobiło się bardzo ciemno. Powiedziała:

– Zaraz pora kolacji, zrobić ci kanapki, Karolu?

– Nie mogę jeść, przynajmniej dopóki nie zdecyduje się moja przyszłość!

– Niewiele tu do decydowania! Będziesz musiał zostać sprzedawcą u wuja Ernesta!

– Nigdy, Minno! Nigdy w życiu! Naprawdę myślałaś, że będę się płaszczyć przed wujem Ernestem, sprzedając mydło i powidło w jego kramie? Nigdy, nigdy, nigdy!

– Co w takim razie, Karolu? Wiesz przecież, że nie ma już ani feniga. Jeśli sprzedasz wszystko, wystarczy akurat na spłatę długów. I co wtedy poczniesz?

– Odejdę, Minno. Nie zdradź mnie, ale wyruszę do Berlina.

– Nigdy ci na to nie pozwolą!

– Pójdę bez pytania!

– Ale co ty poczniesz w Berlinie? Niczego nie umiesz, byłeś tylko w szkole, nie jesteś przyzwyczajony do fizycznej pracy.

– Jestem silny, jestem silniejszy od wszystkich, Minno. Chcę uciec z tej ciasnoty! Nienawidzę tutaj każdego kamienia, każdego domu, każdej twarzy, tylko nie twojej dobrej, starej twarzy, Minno! Chcę uciec od tego wszystkiego, co zepsuł ojciec, nie chcę skończyć tak samo!

– Nie masz pojęcia, Karolu, jak ciężkie jest życie człowieka, który jest zdany sam na siebie!

– Niech będzie ciężkie, Minno! – zawołał Karol Siebrecht donośnym głosem. – Wcale nie chcę łatwego życia. Chcę coś osiągnąć, czuję, że mam w sobie tę siłę!

Niewzruszona stara służąca kontynuowała:

– I do tego jeszcze życie w wielkim mieście! Ty, który nigdy nie możesz spokojnie usiedzieć, który każdą wolną chwilę spędzasz na zewnątrz, chcesz już zawsze tkwić w wysokich budynkach z kamienia, bez światła, bez słońca, będziesz tam do cna nieszczęśliwy, Karolu!

– Nawet jeśli będę tam nieszczęśliwy, Minno, to wiem, że warto. Tutaj też każdego dnia byłbym nieszczęśliwy. I po co, Minno, po co? Kim mogę się tutaj stać?!

– Wszędzie można zostać uczciwym człowiekiem, Karolu!

– To brzmi jak jeden z frazesów pastora Wedekinda. A mnie takie frazesy na nic. Czuję tu, w środku, Minno, że muszę stąd odejść, bo tu każda twarz i każde drzewo przypominają mi ojca, bo tu wszyscy szepczą za moimi plecami: to chłopak mistrza murarskiego Siebrechta, tego, który zbankrutował!

Położyła mu dłonie na ramionach i powiedziała:

– W takim razie idź, mój chłopcze, idź! Ja na pewno nie będę cię powstrzymywać, skoro musisz!

– Tak, muszę, Minno, bo chcę zostać kimś, chcę zostać prawdziwym mężczyzną! Oni się z tym pogodzą, wuj Studier, mój opiekun, i przyjaciel ojca, grubas Fritz Adam. Nie będę dla nich obciążeniem, nigdy ich o nic nie poproszę! Nie wrócę, dopóki czegoś nie osiągnę, dopóki nie osiągnę czegoś ważnego. A wtedy odwiedzę ciebie, Minno, wtedy zabiorę cię do siebie do Berlina, może nawet automobilem…

Minna popatrzyła w jego roziskrzone oczy. Nagle – sama nie wiedziała, jak to się stało – objęła go, przycisnęła do piersi, mocno do siebie przytuliła.

– Och, dziecko, och, dziecko – szepnęła, ciesząc się, że nie widzi w jej oczach łez, do których nie przywykła. – Och, ty duży mały chłopczyku! Chcesz już wylecieć z gniazda? Uważaj, jest tyle wielkich, złych ptaków, i są też burze, a ty masz takie słabiutkie skrzydła…! Ale leć, masz rację, lepiej lecieć, niż się płaszczyć!

3. Pożegnanie z młodością

Dzień był szary, nie chciało się przejaśnić. Przy oknie sypialni stał Karol Siebrecht i wyglądał na mały ogródek, w którym nagie drzewa kołysały się pod porywistymi uderzeniami listopadowego wiatru. Chłopiec przeniósł wzrok dalej, na tył domu Wedekindów… Za jego plecami Minna pakowała garnitury i bieliznę do podróżnego kosza. Podniosła żółtawe spodnie ze sztruksu i powiedziała:

– Są jeszcze manczestery ojca, całkiem dobre. Jak troszkę urośniesz, to będą pasować!

– Tylko nie pakuj za dużo, Minno! – zawołał niecierpliwie chłopiec, nawet się nie odwracając. – Po co mi tyle tego?

– Wcale nie jest tego dużo, Karolu! – odpowiedziała Minna pochmurnym tonem i włożyła spodnie do kosza. Sięgnęła do kupki z bielizną.

Chłopiec trzymał ukryte w dłoni okrągłe kieszonkowe lusterko. Raz po raz niecierpliwie przesuwał wzrok z nagiej, pustej tylnej ściany domu pastora na przedzimowe niebo, po którym pędziły szare, puszyste chmury. Modlił się o chwilę, małą chwileczkę słońca…

Pastor Wedekind stał przy pulpicie zajęty przygotowaniem niedzielnego kazania. Odbity w lusterku promień słońca zalśnił mu prosto w oczy.

– Ten podły nicpoń znowu bawi się lusterkiem! – wykrzyknął i zerwał się oburzony. – I to jeszcze w dzień pochówku własnego ojca!

Plamka słońca przetańczyła po suficie, obserwowana nieufnym spojrzeniem duchownego ześlizgnęła się po kaflowym piecu i przez chwilę zabawiła na czole żony pastora. Pacnęła ją, jakby to była natrętna mucha.

– Eryko! – zagrzmiał wzburzony pastor. – Eryko! Masz natychmiast iść…

Listopadowe słońce znów dopadło duchownego, który stanął między oknem a stołem, tym razem oświetlając jego mięsisty policzek. Potrząsnął głową, a złota plamka zsunęła się na blat stołu, tuż przed zajęte szydełkowaniem ręce Eryki. Promyk zadrżał, przesunął tu i tam, zbliżył się do jej dłoni i dotknął, ozłocił, zabawił się jej palcami…

– Masz natychmiast iść do domu Siebrechtów i powiedzieć temu podłemu nicponiowi, że zakazuję mu tak dokazywać! I to raz na zawsze! Jestem oburzony, że on akurat dzisiaj, w taki dzień, to znaczy pod koniec dnia…

– Oczywiście, papo! – powiedziała Eryka i z lekkim żalem zabrała ręce z zasięgu słonecznego pozdrowienia. Podeszła do drzwi.

– Ale za dwie minuty masz być tutaj z powrotem! – nakazała nie tak znowu nieświadoma niczego matka.

– Oczywiście, mamo!

– Albo nie, lepiej sama pójdę!

Lecz Eryka już wybiegła z pokoju. Cichutko i sprawnie zbiegła po schodach, weszła do targanego wiatrem ogrodu, zadzierając bez skrępowania długą spódnicę, przeskoczyła murek, który rozdzielał obie posesje, i przebiegła przez ogród Siebrechtów do szopy, w której przechowywano ogrodowe narzędzia. Gniazda i grzędy wskazywały na to, że szopa służyła także za kurnik.

Ale były tam nie tylko kury. Bo gdy rzuciła w półmrok pytanie: – Karol? – ten natychmiast jej odpowiedział: – Ria! – i pociągnął przyjaciółkę za rękę do taczek.

– Siadaj, Ria! Modliłem się właśnie o chwilę słońca! Nie wierzę w Boga, ale tym razem…

– Tym razem to rozwścieczyłeś mojego ojca! Mam ci powiedzieć…

– Daj spokój! To był ostatni raz, Ria! – Uroczystym tonem powtórzył: – To był ostatni raz. Wyjeżdżam, Ria! I to daleko!

– Ty, Karolu? Ale dlaczego…? Kto będzie ze mną odrabiał lekcje? Na pewno…! Zostań, Karolu, proszę!

– Muszę wyjechać, Ria! Jadę do Berlina!

– Ale, Karolu, dlaczego? Przecież tutaj jest pięknie, przynajmniej czasami…

– Chcę zostać kimś, Ria!

– A jak cię poproszę, Karolu? Zostań tutaj! Błagam cię!

– Nie da rady, Ria, tak musi być.

Przez chwilę milczała, przycupnąwszy na taczkach. On stał nachylony nad nią i wpatrzony w napięciu w jej zanurzoną w mroku, ale mimo wszystko jasną twarz. A potem ona tupnęła nogą.

– Idź więc, idź sobie do tego swojego Berlina! – zawołała z gniewem. – Dlaczego nie idziesz? Ucieszę się, jak cię już nie będzie. Jesteś tak samo okropny, jak wszyscy chłopcy.

– Ależ, Ria! – wykrzyknął wstrząśnięty. – Nie bądź taka! Zrozum, że ja muszę odejść! Tutaj nigdy nie zostanę kimś!

– Nic nie muszę rozumieć! Chcesz odejść, bo masz nas wszystkich dosyć, mnie też. A ja myślałam, że troszkę mnie lubisz… – Przy tych ostatnich słowach załamał jej się głos. Zeskoczyła z taczek i cofnęła się w mrok szopy, żeby nie widział jej łez. Wypłoszyła z gniazda jakąś kurę, która z głośnym gdakaniem uciekła przez drzwi.

Karol Siebrecht chwycił ją za rękę i niezręcznie pogłaskał.

– Ach, Ria, Ria – prosił. – Nie myśl tak! Ja naprawdę muszę odejść. Tutaj zostanę najwyżej służącym w hotelu Hohenzollern.

– Na pewno nie, Karolu, w żadnym razie!

– A ja chcę coś osiągnąć i potem wrócę.

– A długo potrwa, zanim wrócisz?

– Trochę potrwa, Ria. I to raczej długo.

– A potem, Karolu?

– A potem może cię o coś zapytam. Ria…!

Cisza. A potem dziewczyna powiedziała cicho:

– A potem o co mnie zapytasz, Karolu?

Nie odważył się.

– To odległa przyszłość, Ria! Najpierw muszę zostać kimś.

Na to ona cichym szeptem:

– Zapytaj już teraz, Karolu. Proszę!

Zawahał się. A potem ostrożnie wyjął coś z wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Wiesz, co to jest?

– A co to jest?

– To jeden z tamtych kwiatów, Ria – powiedział uroczystym tonem – które rzuciłaś na grób mojego ojca. Zabiorę go do Berlina i będę go zawsze przy sobie nosił.

Wiatr wwiał przez drzwi śnieg wymieszany z deszczem. Przysunęła się do niego i szepnęła z lękiem:

– Przecież to kwiat umarłego, Karolu!

– Ale ja go mam od ciebie, Ria, na pewno przyniesie mi szczęście! A tutaj mam pierścionek po mamie, może chciałabyś go nosić, żeby zawsze o mnie pamiętać?

– Nie mogę nosić pierścionka od ciebie. Ojciec nigdy na to nie pozwoli!

– Możesz go nosić, jak ojciec nie będzie widział. Ja też noszę twój kwiat na sercu!

Milczeli przez chwilę. A potem ona szepnęła:

– Dziękuję ci za pierścionek, Karolu. Zawsze będę go nosić.

I znów milczenie. Patrzyli sobie z bliska w pobladłe twarze, a ich serca mocno waliły. Po chwili Siebrecht wyszeptał:

– Dasz mi całusa na pożegnanie, Ria?

Spojrzała na niego. A potem powoli uniosła ramiona i delikatnie objęła go za szyję.

– Tak – szepnęła.

Wiatr z hukiem zatrzasnął drzwi szopy, tuż przed nosem zbliżającego się pastora Wedekinda, który szukał córki pośród zawiei, deszczu i śniegu. Szarpnął za drzwi. Otworzył je z trudem pod naporem wiatru i zawołał w głąb ciemnej szopy:

– Jesteś tutaj, Eryko?

Chłopiec, który w ciemnościach trzymał dziewczynę w ramionach, szturchnął nogą kurze gniazda. Jedna z kur zerwała się z głośnym gdakaniem i wpadła prosto na duchownego. I tylko taką odpowiedź otrzymał od szopy pastor.

CZĘŚĆ PIERWSZARika Busch

4. Podróż kolejką

Machająca Minna zniknęła już z oczu, więc Karol Siebrecht mógł usiąść w kącie przestronnego wagonu i osuszyć łzy. Tak, jednak płakał przy pożegnaniu, podobnie jak stara Minna. Rozstanie z małym miasteczkiem wcale nie było takie łatwe, jak mu się wydawało.

Wyprostował się i wyjrzał przez okno. Lecz widok mieściny ze strzelistą czerwoną wieżą kościoła zasłonił już las, a on naprawdę jechał w świat, zostawiwszy za sobą wszystko, co do tej pory stanowiło jego życie. Znów musiał poszukać chusteczki, nie znalazł jej jednak od razu, tylko natrafił na paczuszkę, którą Minna dała mu w ostatniej chwili w pociągu. Rozwiązał czerwoną wstążeczkę i odkrył w pudełeczku gruby srebrny zegarek ojca, a pod nim, pod warstewką waty, dziesięć złotych monet!

Dwieście marek! Wpatrywał się w nie z niedowierzaniem, ale były tam, na dnie pudełeczka, i to właściwie pasowało do Minny, że ta wręczyła mu swoje oszczędności w taki sposób, że ani nie mógł odmówić ich przyjęcia, ani nie był w stanie podziękować! Ile lat staruszka musiała oszczędzać, żeby zgromadzić te dwieście marek? Przecież zarabiała tak niewiele, a przez ostatnie lata ojciec na pewno nie płacił jej regularnie. „Jak tylko dotrę do Berlina, odeślę jej te pieniądze z powrotem” – pomyślał. Ale od razu sobie uświadomił, że tylko by ją w ten sposób uraził. „Poślę jej pieniądze, gdy tylko znajdę stałą pracę i cokolwiek oszczędzę, wtedy bardziej się ucieszy!” Ostrożnie zamknął monety w pudełku. Bądź co bądź posiadał teraz dwieście marek. Przybędzie do Berlina jako bogaty człowiek! Zegarek ojca ostrożnie umieścił w kieszonce kamizelki, ustawi go od razu na najbliższej stacji. Po raz pierwszy w życiu miał zegarek!

Pociąg zaczął mocno kołysać, więc Karol pośpiesznie wyciągnął z kieszonki zegarek. Przejeżdżali teraz przez skrzyżowanie tuż przed miejscowością Priestitz, wkrótce się tam zatrzymają, a on będzie mógł ustawić godzinę. Był tym tak zajęty, że dopiero czyjeś głośne besztanie przypomniało mu o innym obowiązku.

– No, drągalu! – zabrzmiał donośny głos spod przypominającego kaptur czepka. – Nie widzisz, co przez tyn kosz nabawie sie przepukliny? Nie gap mi sie tutej, tylko chytaj!

Karol natychmiast się zerwał i wciągnął ciężki kosz do wagonu.

– Przepraszam bardzo – powiedział pośpiesznie. – Myślałem…

– Od myślenia tylko łeb boli. Chyć no sie jeszcze raz, popchnij dalij. Widzisz, tośmy już… No, to tera podnieś Tilde! – A do drącego się dziecka: – Nie rycz, Tilda! Ten pan nic ci nie zrobi, to zresztą żaden pan, a taki jest nierozgarnięty, bo pierwszy raz w życiu wyjechał ze swojej zabitej dechami dziury. No, to teraz podej mi rączkie, kawalierze! Posuń sie! Co za przeklnięte łachy!

Gdy Karol Siebrecht wciągnął energiczną damę do środka wagonu – a zadarła przy tym spódnicę nieprzyzwoicie wysoko, wciskając ją sobie między kolana – po raz pierwszy spojrzał jej w twarz. Sądząc po głosie, musiała być młoda, nawet bardzo młoda. A teraz ze zdumieniem stwierdził, że to dziecko, dziewczynka trzynasto- czy czternastoletnia, jak ocenił, w o wiele za luźnym ubraniu jakiejś starszej kobiety, za to z bezczelną i zadowoloną buzią przypominającą pyszczek myszki. Całkiem ładną, z długim, cienkim nosem, bystrymi oczami i wąskimi, ale bardzo ruchliwymi ustami.

– No, co się tak szczerzysz? – zapytała od razu. – Ach, myślałeś, że jestem jakąś babcią! Nie, nie jestem. Zakład, że nie zgadniesz, ile mam lat? No, ile mam lat? – i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: – Czego wciąż stoim w tej dziurze?! Jak dla mnie, to możem już jechać. Gdyby nie ja i Tilda, to w ogóle nie musiałby się tu zatrzymywać. Niech coś zrobią, żeby pojechał, bo jeszcze się spóźnimy na połączenie w Prenzlau1!

– Muszą najpierw załadować bańki z mlekiem – wyjaśnił Karol. – One też jadą do Berlina.

– Ach, rozumim. A skąd wiesz? Jesteś stąd? Ale ja żem cie tu nigdy nie widziała! Jestem tu już od trzech dni, znam w tej dziurze już wszystkich.

– Nie, jestem z poprzedniej stacji. Ale orientuję się, bo mój ojciec budował ten dworzec. A u kogo tutaj pani… U kogo tutaj byłaś?

– No nie, dworzec? Coś takiego nazywacie tutaj dworcem? Toż to wygląda jak bluzka na lato, z przodu otwarte, a i z tyłu niewiele. Twój ojciec może się z tym czymś wypchać!

Karol nie potrafił się powstrzymać:

– Mój ojciec umarł w poniedziałek.

– Och nie, bardzo mi przykro! Dlatego żeś cały czarny jak gawron, a ja żem myślała, że sie uczysz na jakiego pastora. No cóż, wszyscy musimy kiedyś opuścić dom, nie ma wyjścia! U nas zmarło sie matce, od tamty pory zastępuje ją bachorowi. Tilda, jak jeszcze raz rzucisz smoczek, to ci przyłoże! Widzisz, jak słucha? Najważniejszy jest respekt, słucha mnie, jakbym nie była jej siostrą, tylko matką. A ty matkie jeszcze masz?

– Nie, moja matka nie żyje już od dawna.

– Ach, sierota jesteś? To może nie być takie złe, wiesz, my mamy jeszcze ojca, ale czasem myśle se, że bez ojca byłoby lepij. Jest murarzem, ale głównie pije. Zwykle to porządny człowiek, wszystko jak należy, łagodny, szkoda, że tak go ciągnie do wódki. No cóż, każdy ma jakiś feler…

Pociąg znów mocno zakołysał. Jechali przez pola. Młoda, energiczna osóbka usiadła na koszu podróżnym, wyjęła z kieszeni sukienki jabłko i zaczęła łapczywie jeść. Nie zapomniała przy tym o siostrze, której pozwoliła odgryźć kawałek, a jej bystre oczy zerkały to na okno, to na chłopaka. Teraz skupiła wzrok na jego bagażu. Karol Siebrecht miał wrażenie, że tej dziewczynie absolutnie nic nie umknie. Nigdy dotąd nie spotkał tak żywego i bystrego dziecka. I tak gadatliwego!

– Jabłka są dobre – zaczęła na nowo. – Chcesz jedno? Mam pół koszyka! Nie, nie chcesz? No dobrze, nie bede cie zmuszać, widocznie żeś niegłodny. Dziwi cie pewnie, co żem robiła w takiej dziurze? Chyba żeś zauważył, żem nie wsiowa? Nie, ochrzcili mnie wodą ze Szprewy, a raczej z Panke, jestem przecie z Wedding2, z okolic Pankstrasse. Wiesz, gdzie to jest?

– Tak, domyśliłem się już, że jesteś z Berlina! – roześmiał się rozbawiony Karol Siebrecht. Nie wiedział, jak to się stało, ale ta mała osóbka sprawiła, że zapomniał o wszystkich swoich troskach i tęsknocie. Stanowiła nieprawdopodobną mieszankę dziecka i dorosłej! Doświadczona życiowo, a jednak taka dziecinna!

Ona też się roześmiała.

– A, chodzi ci o to, jak mówie? No cóż, nie wszyscy śpiewają na te same nute. Byłoby nudno. A tak w ogóle to jestem Fryderyka Busch.

– Karol Siebrecht – przedstawił się młodzieniec.

– Bardzo mi miło, Karolu! – I podała mu drobną, poszarzałą i bardzo spracowaną rękę. – Mój kuzyn tyż ma na imie Karol, mieszka w tej dziurze, z której jadę, w Priestitz. Ale jest okropnie nudny, nawet słowa nie można z nim zamienić, a z tobą dobrze sie gada, Karolu!

– Z tobą również!

– No widzisz! A po co byłam w Priestitz? Tam mieszka tyż siostra mamy, ciotka Berta. Póki matka żyła i jeszcze rok po tym, jak jej się zmarło, to zawsze przesyłała nam paczkie po świniobiciu. Ale w zeszłym roku nic. No to w tym roku powiedziałam do ojca: tak nie może być, jak sie na to zgodzim, to przez całe życie bedziem się musieli obejść smakiem. Jade tam! Cóż, stary oczywista cóś tam pomamrotał, ale ja żem sie nie przejęła. Zostawiłam mu kartkie, spakowałam Tilde i jazda!

– A co na to ciotka, jak się tak nagle zjawiłaś? Bo pewnie jej nie uprzedziłaś, prawda, Fryderyko?

– Mów mi Rika, Fryderyka to tak urzędowo albo jak dostaje lanie, ale ja już batów nie zbieram, na mnie już nikt nie podniesie ręki! Jakie gały na mnie wytrzeszczyła, mówie ci. Czego tutaj chcesz? – pyta mnie. I do tego jeszcze z bachorem?! Pozwól, ciociu Berto, mówie do niej, ten bachor to twoja rodzona chrześnica i jest do ciebie podobna jak dwie krople wody. Więc chyba pozwolisz, że spytam, czy twoje świnki se były padły na krztusiec? No to roześmiała sie i już było w porządku. Wyrównała nam za poprzedni rok, nawet z nawiązką. A w następnym mam znowu przyjechać, z wysyłką ma za duży kłopot. Cóż, nie najlepiej jej idzie pisanie, rozumiesz? Trza zaadresować paczkie i tak dalij! Ta sukienka to od nij! Piękna wełna, nie zmieściła sie już do kosza, ale przecie żem nie mogła jej zostawić. No to żem ją narzuciła na swoje łachy, zauważyłeś?

Lecz Karol Siebrecht nie mógł odpowiedzieć, bo lokomotywa zaczęła dziko gwizdać, hamulce zapiszczały, mocno szarpnęło i pociąg nagle się zatrzymał. Zakołysało nimi, a Tilda spadła z ławki.

– No, tego już za wiele! – wykrzyknęła Rika Busch. – Żeby zrzucić dziecko z ławki! Normalnie bandyci!

Karol Siebrecht wyjrzał przez okno. Pociąg, choć właściwie była to tylko kolejka wąskotorowa, zatrzymał się na otwartym polu. Wzdłuż pojazdu biegł konduktor, wysoki, ciemny i bardzo w tym momencie zdenerwowany mężczyzna, który wpadał do wszystkich wagonów po kolei…

– Coś się stało – powiedział Karol Siebrecht do Riki Busch, która starała się uspokoić płaczące dziecko.

Natychmiast wylała na niego swój gniew.

– Co sie niby stało? Tutaj nigdy nic sie nie dzieje! Tutaj przecie tylko kury mówią dobranoc, i tyla! Przecie to śmieszne! Żeby mi dziecko zrzucić z ławki, co za dranie! Przecie mogło se krzywde zrobić! Słuchaj no, człowieku – zwróciła się bez ogródek do konduktora, który właśnie wpadł do ich przedziału przeznaczonego dla podróżujących z większym bagażem. – Co sie dzieje z tą waszą ciuchcią? Mało nas ten wasz maszynista nie poprzewracał! Zrzuciliście mi dziecko z ławki!

Nie zwracając uwagi na oburzoną dziewczynę, konduktor ruszył do pomalowanego na czerwono-biało hamulca awaryjnego. A potem zwrócił się do nich obojga.

– Pociągnęliście za hamulec! – wrzasnął. – Kto z was dwojga go pociągnął? Musi zapłacić karę, i to dziesięć talarów3! – Zaczął przeszukiwać podłogę. – Tu leży drut! A tu plomba! Od razu widać, że to wy go pociągnęliście! Dziesięć talarów, jeśli nie zapłacicie, traficie do więzienia!

– Przepraszam bardzo – powiedział Karol Siebrecht – ale my na pewno nie pociągnęliśmy za hamulec! Spokojnie sobie tutaj rozmawialiśmy…

Lecz jego towarzyszka nie zamierzała się grzecznie tłumaczyć.

– Pan jest komiczny! – zawołała najgłośniej jak mogła. – I to jak! Najpierw zrzucacie dziecko z ławki, a potem przychodzicie z takie gadkie?! Pan mi powie, czy pan w ogóle ma oczy? Widzi pan może, jakiego jestem wzrostu? Nie jestem takim drągalem jak niektórzy, nawet nie dostałabym do tego waszego durnego hamulca! Prosze, przyjrzyjta mi sie tymi swoimi czarnymi, kaprawymi oczkami, nie dostane tam, nawet jak stane se na koszu…

– Ale ten chłopak… – zaczął protestować konduktor.

– Ten pan, chcieliśta powiedzieć? To kształcony młody człowiek, nie jest taki jak niektórzy, co to biegają i wrzeszczą na ludzi, że wsadzi ich do ciupy. Dopiero co zmarł mu ktoś z rodziny, nie w głowie mu jakieś hamulce, a wy tu tak bezczelnie wpadacie!

– Przecież wyraźnie widać, że to on zerwał drut – zaczął znowu kolejarz.

– To niby widać? Widać tylko kawałek drutu! A widzieliśta, jak go zrywał? Przecie mógł sam se odpaść. Ja tego nie wiem, ale wy wiecie na pewno, że drut nigdy sam nie odpada, tylko zawsze któś go zrywa! No, może któś tu ma olej w głowie, ale na pewno nie wy, panie, nie wy!

Stała w tym swoim groteskowym odzieniu, z oczami skrzącymi się gniewem i jasną, nieustraszoną twarzą przed mężczyzną, który mógłby ją zmiażdżyć jednym ciosem. Ale wcale o tym nie myślał, wprawiła go w zakłopotanie. Przyjrzał się jeszcze raz drutowi i plombie, ale już bez przekonania.

– I tak zgłoszę to na dworcu w Prenzlau! – rzucił jeszcze groźnie, ale nie zabrzmiało to zbyt poważnie. – Już ja wam pokażę! Żeby tak sobie ciągnąć za hamulec!

Z tymi słowami wytoczył się z wagonu. Widzieli, jak idzie wzdłuż pociągu, wciąż trzymając w dłoni drut i plombę. Potem stanął obok lokomotywy i zaczął rozmawiać z maszynistą. Wydawało im się, że słyszą:

– Ktoś go musiał zerwać, przecież to widać!

A potem pociąg sapnął, zagwizdał i ruszył.

– Potrafisz komuś przygadać! – powiedział nie bez podziwu w głosie Karol Siebrecht do Riki Busch. – Nie bałaś się, że on po prostu cię zdzieli?

– Jużem tyle razy dostała w życiu baty, że już sie niczego nie boje! A gadki to sie człowiek uczy sam, tam gdzie mieszkam. Bo tam, jak sie nie obronisz, to cie zaraz załatwią. No, ty żeś nie musiał, o ciebie to zawsze ktoś dbał, to widać.

– Ale może teraz powinienem. Jadę do Berlina, na zawsze.

– No i co? Pewnikiem masz tam jakiego wujka albo pójdziesz do dobry szkoły?

– Nie. Nikogo tam nie mam. I sam muszę na siebie zarobić.

– Co tyż nie powiesz? Ale masz już umówioną jaką posade? Z takiem sztywnem kołnierzykiem to pewnie będziesz subiektem czy cóś?

Karol Siebrecht mimowolnie sięgnął do wysokiego, sztywnego kołnierzyka, który wbijał mu się w szyję. Minna się uparła, żeby założył to narzędzie tortur, w końcu chciał zrobić w Berlinie dobre wrażenie! Ale zanim zdołał wyjaśnić Rice Busch, że wybiera się tam zupełnie w ciemno, lokomotywa znów zaczęła natarczywie gwizdać. Znów nimi szarpnęło, ale nie było tak źle jak za pierwszym razem – Tilda pozostała na ławce – i pociąg po raz drugi stanął.

– No, i co teraz powiesz? – wykrzyknęła z oburzeniem Rika Busch. – W Berlinie takie rzeczy sie nie zdarzają! Uważaj, zaraz wpadnie tu znowu ten czarny pacan!

I rzeczywiście, drzwi otwarły się gwałtownie, do środka wpadł konduktor, rzucił się do hamulca, nie zaszczycając ich obojga nawet spojrzeniem, przyjrzał mu się, podniósł rączkę do góry… Do tej pory Rika Busch milczała, ale teraz rzuciła scenicznym szeptem:

– Całe szczęście, że tera nie ma już tam drutu! Bez drutu niczego nam nie udowodnią, Karolu! Bo najsamprzód trza go zerwać i wtedy trafilibyśmy do kicia!

Konduktor rzucił jej wściekłe spojrzenie, wyciągnął drut z kieszeni i obwiązał nim mocno hamulec bezpieczeństwa.

– No prosze! – powiedziała zadowolonym tonem Rika Busch. – Teraz jeszcze tylko plomba! Bardzo mi zależy na plombie, bo bez plomby to żadna frajda!

Konduktor zrobił krok w jej stronę, przemyślał jednak sprawę i pośpiesznie opuścił wagon.

– Widziałeś go? – roześmiała się Rika Busch. – Prawie mi przyłożył! Mało żem nie pękła ze śmiechu! Komiczni są ludzie, co sie tak od razu wściekają. Lubie ich drażnić.

– A ty nigdy się nie wściekasz?

– I to jak! Umiem sie złościć, możesz być pewien! Jak chcą mnie naciągnąć, jak mi straganiarz ciągle podtyka zgniłe warzywa albo jak brykietów węglowych wchodzi mi osiemdziesiąt w centnar4, a innym dziewięćdziesiąt cztery, albo jak ojciec znów sie upił, chociaż w domu nie ma już nic piniędzy, to wtedy sie złoszczę. Bierze mnie, jak śniedź srebrną łyżkie. Ale dać to po sobie poznać, pokazać ludziom, nigdy w życiu. Wtedy robie sie wytworna, prawie tak wytworna jak pastor na kazaniu. „Nie, moja pani! – mówię. – O, nie! To nie jest tak, jak pani sobie myśli, moja pani. Moje piniądze nie śmierdzą, tak samo jak piniądze innych, to dlaczego moja kapusta miałaby śmierdzieć?”

Tyle zdążyła Rika Busch opowiedzieć o swoim charakterze, a już lokomotywa po raz trzeci zagwizdała, pociąg po raz trzeci gwałtownie zahamował i się zatrzymał.

– To sie już robi nudne! – wykrzyknęła Rika Busch. I szybko zerknęła na hamulec bezpieczeństwa. – Widzisz, drut znowu sie urwał! Tera już na pewno nas zapuszkują!

Wychyliła się przez okno. Zawołała do zbliżającego się konduktora:

– I co pan teraz powie? Drut znowu sie oderwał!

Tym razem konduktor przyprowadził ze sobą maszynistę. Ale nawet nie spojrzał na Rikę Busch. Maszynista powiedział:

– Musimy po prostu odciąć powietrze, Franek! – I zabrali się do odczepiania rurek ze sprężonym powietrzem. Pasażerowie wagonu, podobnie jak wiele innych roześmianych, drwiących czy oburzonych twarzy, przyglądali się im z zainteresowaniem.

Gdy jednak mężczyźni ruszyli z powrotem do lokomotywy, Rika Busch zawołała:

– Hej, Franek, posłuchaj no! – Konduktor niechętnie przystanął i rzucił dziewczynie wściekłe spojrzenie. – Gdybym była na twoim miejscu – powiedziała z naciskiem – tobym przeprosiła. Co ty na to?

Po twarzy czarniawego konduktora widać było, że nie wie, czy się gniewać, czy roześmiać. W końcu rozbawienie zwyciężyło.

– Ty kanalio! – powiedział. – Ty mała berlińska kanalio ze śliczną buzią! Gdybyś była moją córką…

– A ty moim ojcem… – roześmiała się pewna siebie. – To by dopiero było!

– No, dawaj buziaka – powiedział konduktor. – W końcu dziecko z ciebie.

Bez skrępowania przesłała mu całusa przez okno przedziału.

– A teraz dodaj trochie pary, Franek – powiedziała. – Żebymy na czas dotarli do Prenzlau! A potem pomożesz mi z koszem, jasne? Jesteś mi to winien, Franek!

Pociąg już ruszył, gdy oznajmiła Karolowi:

– Wiesz, on powinien zostać moim mężem! Ale takim prawdziwym, nie jakimś pantoflarzem. Kobiety są w większości głupie. Nie tak głupie jak faceci, ale ogólnie głupie, zwłaszcza gdy chodzi o mężczyzn! A co ty będziesz robił w Berlinie, Karolu?

5. W podróży

I rzeczywiście nie zdążyli na połączenie w Prenzlau, czego nikt nie żałował bardziej niż całkiem sympatyczny, jak się okazało, konduktor Franek. Ale co można zrobić ze zwariowanym hamulcem bezpieczeństwa?

Mimo że musieli siedzieć trzy godziny na dworcu w Prenzlau i mimo że nieustanna paplanina Tildy nie ułatwiała im życia, Karolowi Siebrechtowi wcale się nie nudziło. Jeśli chodzi o Rikę Busch, to wyglądało na to, że ona nigdy nie traciła ani minuty, zawsze była niczym żywe srebro, zainteresowana wszystkim wokół. Jej jasne oczy zerkały to tu, to tam, z każdym przechodziła zaraz na ty. W swoim małym rodzinnym miasteczku Karol Siebrecht wolałby nie pokazywać się z tak groteskowo odzianą i pyskatą dziewczyną. Natomiast w takim dużym mieście jak Prenzlau siedział obok niej w poczekalni drugiej klasy, jakby byli razem, pomagał uspokajać Tildę i z niestrudzoną uwagą słuchał jej opowieści. Niemniej Rika Busch umiała nie tylko opowiadać, lecz także zadawać pytania, i trudno było nie ulec jej dociekliwości. A Karol Siebrecht wcale nie chciał się opierać, chętnie opowiadał tej, jak się właśnie dowiedział, niespełna czternastoletniej dziewczynie o swojej zamkniętej już przeszłości i o wielkich planach na przyszłość. Nikt nie wydawał mu się lepszy do udzielania rad niż to dziecko o matczynej mądrości, zaradności i trzeźwym spojrzeniu na życie. Przede wszystkim musiał się jakoś wyżywić, a Rika potrafiła to sobie zapewnić. I to nie tylko sobie i swej siostrze Tildzie, ale często również niewylewającemu za kołnierz ojcu. Widoki Karola na przyszłość były dość mgliste, natomiast ona miała bardzo konkretne plany i była w stanie je zrealizować.

– Musze tylko urosnąć – powiedziała. – Jeszcze dwajścia centymeterów i będe mogła stanąć przy balii i tarze bez podstawiania skrzynki, i wtedy zostane praczką. I zacznę porządnie zarabiać, bo teraz służe tylko pół dnia, z powodu szkoły, i na nic nie starcza! Ale prać mogie, talar dziennie i do tego kanapki, najem sie wszyscy troje. I zaczne oszczędzać! Na co? Na maszyne do szycia, wtedy przestawie sie na krawiectwo, na tym można zarobić. Praca? Pracy jest dosyć, sam sie wkrótce przekonasz, tylko nie można sie wstydzić ani grymasić. Tylko te twoje ładne rączki, cóż, sam wiesz, że długo takie nie zostaną!

– Chętnie zająłbym się automobilami – powiedział Karol Siebrecht.

– Widzisz! – odpowiedziała dziewczyna, a w jej oczach pojawiła się kpina. – Już chcesz wybierać sobie pracę! Najpierw weź, co dadzą! Nawet jakby to miał być handel dziecięcymi wózkami, to automobile przyjdą potem! A tak w ogóle to przy autach są przecież ci wszyscy mechanicy i ślusarze, myślisz, że umiesz to wszystko, co oni się naumieli przez cztery lata terminowania?! Myśl tak dalej, to nawet nie będziesz musiał zaczynać, tylko możesz od razu wracać do tej swojej Minny!

Do diaska, nie przebierała w słowach ta mała mądrala! W głębi serca Karol Siebrecht żywił skryte marzenie, że jakiś bajecznie bogaty, szlachetny człowiek, któremu on zdoła w jakiś sposób pomóc – choćby ratując mu życie! – natychmiast dostrzeże wyjątkowe zdolności młodzieńca i będzie go wspierać, dopóki ten w krótkim czasie nie stanie się jego następcą i dziedzicem. Czasem marzył o czymś takim. Lecz Rika Busch nigdy o niczym nie marzyła, a jeśli tak, to o balii albo maszynie do szycia. Doskonale wyczuwała wygórowane oczekiwania.

– Jak sobie myślisz, że któś ci cokolwiek da – kontynuowała, a przecież Karol Siebrecht nawet słowem nie wspomniał o swoim marzeniu – to jesteś głupi! Nikt ci niczego nie da, dostaniesz tylko to, co sam se weźmisz. A to, co komuś zabierzesz, mocno trzymaj, bo zaraz ci odbiorą! Masz kupę piniędzy, jeszcze nigdy nie widziałam tyle naraz, ale jeśli nie będziesz ich pilnować, zostaniesz goły, zanim zdążysz gwizdnąć. A tak w ogóle, powinieneś jak najszybciej zostać robotnikiem i zacząć wyglądać jak robotnik. Wiesz, jak zaraz zaczną się natrząsać z tego twojego kołnierzyka i piękny fryzury? Otwórz swój kosz, zobacze, czy masz jakieś sensowne ciuchy, które można założyć do pracy. Jak nie, to opchniemy jutro te twoje bezużyteczne klamoty i kupisz sobie coś odpowiedniego. Roladki – brak mi słów! Ale manczestery są dobre. Co, za długie? Założe ci je, przecie musisz jakoś wyglądać, jak zaczniesz prace. Porozmawiam z moim starym, może wybiera sie na jaką budowe i może będą tam potrzebować pomocnika.

Tak, nie wsiedli nawet jeszcze do pociągu do Berlina, a już zostało ustalone, choć Karol Siebrecht nawet o to nie poprosił, że Rika oprócz siostry i ojca również jego weźmie pod swoje opiekuńcze skrzydła. Znalazła mu już nawet nocleg (Ale to nie samodzielny pokój, nie stać cię, jak myślisz, ile będziesz na początek zarabiać?), a pieniądze już następnego ranka miał zanieść do kasy oszczędnościowej! Karol Siebrecht godził się na takie dysponowanie swoją osobą nie dlatego, żeby ze słabości czy tchórzostwa chciał się znaleźć pod czyjąś komendą, tylko dlatego, że uznał, że w pierwszych tygodniach pobytu w Berlinie przewodnik bardzo mu się przyda. Później już sam się rozejrzy… A poza tym bardzo spodobała mu się Rika Busch, rządziła się nie z potrzeby władzy, tylko ze zwykłego rozsądku. Ona to wszystko wiedziała, a on nie miał o niczym pojęcia.

W pociągu do Berlina panował ścisk. Musieli postawić kosze jeden na drugim, ale dzięki bystrości Riki mimo wszystko znaleźli miejsca siedzące i już po chwili Rika zaczęła zabawiać cały przedział opowieściami o swojej podróży kolejką wąskotorową. Karol Siebrecht zapomniał o zmarłym ojcu, śmiał się do łez, gdy Rika Busch w za dużej sukni naśladowała wysokiego konduktora. Udawała, że trzyma w rękach kawałek drutu i powtarzała:

– Przecie widać, że jest zerwany! Przecie sam nie pękł, nie?

Gdy tylko zakończyła przedstawienie, ku zaskoczeniu Karola Siebrechta zaczęła otwarcie opowiadać o jego przeszłym i przyszłym życiu. Wyglądało na to, że dziewczyna nie zna pojęcia dyskrecji. Ponieważ w przedziale siedziało wielu berlińczyków, wybuchła ożywiona dyskusja. Siebrechta raz po raz mierzono wzrokiem, wypytywano o szkołę, umiejętności rachunkowe, kształt pisma, musiał nawet zdjąć marynarkę i napiąć muskuły. Wszystko to robił ochoczo i z radością. W przedziale siedzieli zupełnie przeciętni ludzie, ale naprawdę starali się coś doradzić i zastanawiali się, czy mogą mu jakoś pomóc.

Niestety szybko się okazało, że w tych zawodach, które znają współpasażerowie, potrzeba więcej siły, niż zdawał się mieć Karol.

– Żem pomyślał – powiedział jakiś prostoduszny wąsacz – że może mógłbyś popracować u nas w stajni, chłopcze. Pracuje w miejskich omnibusach, wiesz? Lakierowany kapelusz i wysoki kozioł, kapujesz? Nasz kwatermistrz potrzebuje pomocnika. Do sprzątania, karmienia i innych rzeczy, ale worki są ciężkie, każdy po półtora centnara, nie dasz rady, wykończyłbyś się.

– Nosiłem już po półtora centnara – oznajmił Karol Siebrecht.

– Ta, jeden raz! Ale wiesz, jeden raz to za mało. Jak będziesz musiał przenieść dwadzieścia worków jeden za drugim, to wymiękniesz. Bo ty miętki jesteś! Nie masz ciała robotnika, te twoje mięśnie to cielęcinka, wiesz? Chude to wszystko i już.

– Ale nabierze ciała! – wykrzyknęła Rika Busch. – Nie jest miętki!

– No, może i nie, ale dla nas się nie nada. Nasz kwatermistrz nie jest dobry, od razu leje.

– Może ja miałbym coś dla pana – odezwał się blady i chudy młodzieniec z pryszczami na twarzy. – Jeśli umiesz się pan przyłożyć do roboty, to sporo u mnie zarobisz.

– U pana? – odparła szybko Rika Busch, zanim Karol Siebrecht otworzył usta. Karol znał już ten przeciągły, wysoki ton jej głosu; zawsze tak brzmiał, gdy szykowała się do awantury. – U pana dobrze zarobi? – Zmierzyła młodzieńca spojrzeniem. – A na czym to pan niby zarabia?

– Jestem – odparł spokojnie młody człowiek – generalnym przedstawicielem na Berlin i Brandenburgię firmy Fifikus Oszczędne Palniki. Pozwalają zmniejszyć zużycie nafty o sześćdziesiąt procent…

– A, znam ten szmelc – wtrąciła szybko Rika. – Jak sie to włoży do lampy, to robi sie ciemno jak przy nowiu albo dymi, jakby sadza leciała. Przecież to do niczego, panie!

– Za przeproszeniem – zaprotestował młodzieniec. – Właśnie wracam z Prenzlau i okolic, gdzie sprzedałem sześćdziesiąt trzy sztuki.

– Dajmy już z tym spokój! Może w Prenzlau są tacy oświeceni, że wolą mieć trochie ciemniej. A ile pan zarabia na jednej sztuce?

– Dwadzieścia fenigów!

– No to nieźle! Całkiem nieźle! Dwanaście marek sześćdziesiąt, tacy jak my zarabiają tyle w tydzień! No, ale trzeba odliczyć bilet. Co prawda kolej nie jest droga. – I tak dalej, i tak dalej.

– Zastanawiam sie tylko nad tym – odezwała się znowu Rika Busch – że jak idzie pan do klejentów, to musi pan robić dobre wrażenie, prawda?

– Oczywiście!

– To nie rozumiem, dlaczego sie pan ubiera w takie stare łachy? W marynarce ma pan przecież dziurę! Ten świetny palnik panu wypalił? Przy dwunastu markach dziennie powinien pan mieć ciuchy jak prawdziwy hrabia!

– Ależ, droga pani – odparł wzburzony młodzieniec, nie dbając już o staranność swej wypowiedzi. – A pani to się niby przy tej pogodzie odstawiła?! Myśli se pani, że pozwoliłbym, coby mi przemokły najlepsze łachy?

– Ma pan racje! – wrzasnęła Rika Busch. – A że jest tak mokro, to żeś se pan założył dziurawe buty, coby sie woda dobrze wylewała, tak?

– Nie będę z panią w ogóle rozmawiać – odparł młodzieniec wytwornym tonem. – Będę rozmawiać tylko z tym panem. Przyuczę pana – powiedział przekonująco. – To łatwe, ten towar dobrze schodzi. I tak chciałem zatrudnić kilku pracowników. Dam panu palniki po dziewięćdziesiąt fenigów, jeśli weźmie pan pięćdziesiąt sztuk. Cena sprzedaży to jedna marka. Zysk bez żadnego ryzyka!

– Nie, naprawdę dziękuję!

– A sam kupuje pan po osiemdziesiąt! – wrzasnęła znowu Rika Busch. – To pan ma zysk bez żadnego rezyka! Nie, Karol, daj spokój. Nie słuchaj takich jak on. Jak ktoś przychodzi i mówi ci, że możesz zarobić dwanaście marek dziennie, właściwie nie pracując, a sam wygląda tak, jakby od tygodni nie widział nawet piętki chleba, to mów po prostu: spadaj, znam takich jak ty!

– Za pozwoleniem, młoda damo! Mogę pani udowodnić…

– Ale nie udowodnisz mi pan, że dziura w pańskiej marynarce to nie jest dziura i że buty panu nie przemakają. A to mi wystarczy! Nie, Karolu, porozmawiamy najpierw z moim ojcem. Jak będzie miał dobry dzień, to będzie dobrze. Ale obawiam sie, że znowu będzie pijany!

6. Przybycie na Wiesenstrasse

Była już ciemna noc, gdy pociąg dotarł na Dworzec Szczeciński5. Rika Busch z nieprawdopodobną elokwencją przekonała pewnego bagażowego, który właśnie miał kończyć pracę, żeby użyczył im wózka. Na jego pomarszczonej twarzy odmalowało się najpierw zdumienie, a potem zadowolenie.

– No, szanowny panie, nie jest pan zmęczony? – zapytała, kładąc dłoń na poręczy wózka tuż obok pokrytej starczymi plamami, zmęczonej ręki. – Chce sie pan jeszcze telepać z tym wózkiem do domu? Bez wózka chyba byłoby trochę lepij?

– Przecie nie przyprowadzisz mi wózka z powrotem, bezczelna gadzino – zajęczał starzec.

– A gdzie pan mieszka? Przy Müllerstrasse? O, piękna okolica! A ja mieszkam na Wiesenstrasse, znacie Wiesenstrasse, dziadku?

– Od razu żem zauważył, żeś z Wedding, ty paskudo!

– No widzisz! – roześmiała się Rika. – I od razu wiesz, jak sie nazywam. Paskuda! A wy jak sie nazywata, dziadku?

– Kürass jestem. Numer osiemdziesiąt siedem. Müllerstrasse. Nie zapomnij!

– Kürass – Rika wymówiła nazwisko jak „Kiras”. – Kiras, myślałam, że to imię dla psa. Dobrze, dziadku, nie zapomnę na pewno, Müllerstrasse osiemdziesiąt siedem, Kiras. To do widzenia, dziadku. Słodkich snów!

– Co za bezczelna paskuda! – powtórzył staruszek i posłusznie odszedł, nie pytając nawet Riki o jej prawdziwe imię. Paskuda z Wiesenstrasse wystarczyła mu jako zastaw za wózek.

Karol i Rika załadowali wspólnie kosze na wózek, zaspaną Tildę posadzili między nimi tak, żeby nie spadła, i ruszyli. Karol między poręczami wózka, Rika raz za nim, raz obok niego, żeby wskazywać drogę. Zbyt długą suknię podwiązała sznurkiem na kształt wałka wokół bioder. Latarnie gazowe migotały w porywistym wietrze, pozamykane, milczące i ciemne domy spoglądały na nich z góry. Od czasu do czasu nagła mżawka zraszała ich twarze. Jeśli Karol Siebrecht w rodzinnym miasteczku wyobrażał sobie jakoś swoje przybycie do wielkiego cesarskiego miasta Berlina, to na pewno nie w taki sposób! Nigdy by nie przypuszczał, że będzie dreptał przez ciemne ulice przed załadowanym koszami podróżnymi wózkiem, za jedyne wsparcie mając rezolutną tutejszą dziewczynę, a w perspektywie miejsce noclegowe u boku jakiegoś piekarza.

– Całkiem porządny ten chłopak! Nie pije, pracuje, tylko dziewczynom nie umie sie oprzeć, za łatwo sie zakochuje – tak scharakteryzowała Rika jego kompana do spania. Przed południem był jeszcze w domu, pod opieką Minny, pośród starych ścian, pośród mebli, które towarzyszyły mu przez całe życie – ach, czy nie czuł wciąż na ustach rześkiego pocałunku Rii? – a teraz tak daleko, już na zawsze daleko, a jego usta smakowały jedynie berlińską mżawką, która tutaj wcale nie smakowała deszczem, tylko dymem i sadzą…

– Jak się nazywa ta ulica? – zapytał Rikę, nieśmiało zerkając na stojące wokół budynki.

– To Ackerstrasse! Jeszcze kawałek w górę i bedziem blisko!

– Ackerstrasse? A gdzie tu są jakieś role6? – Zatęsknił już za prawdziwymi polami, po których hula jesienny wiatr.

– Role? A, chodzi ci o pola, takie na których rosną ziemniaki? Już ich tu nie ma. Może kiedyś były. My przecie mieszkamy na Wiesenstrasse, ale łąki tam żadnej nie ma, za to mamy Palmę.

– Palmę? A co tam jest? Ogród botaniczny?

– Człowieku! Nie wiesz, co to Palma? To noclegownia, mamy ją dokładnie naprzeciwko! Tam śpią włóczęgi, jak nie mają sie gdzie podziać! Cóś takiego mamy, ale żadnej łąki. Pól tyż nie ma. Daj spokój – dodała pocieszającym tonem. – Skoro ziemniaków nie brakuje, to nie potrzebujemy pól!

W milczeniu szli dalej. W wielu oknach paliło się światło, czerwonawe od gazu, żółtawe od nafty, czasem jaskrawobiałe elektryczne, a za oknami poruszały się cienie, prześlizgiwały się śpiesznie przez ulicę, z lokalu za rogiem dobiegały wrzaski i śpiewy. Policjant w pikielhaubie, ze zwisającymi siwymi wąsami, podszedł do wózka, w milczeniu przyjrzał się bagażom, Karol automatycznie powiedział „dobry wieczór”, a policjant bez słowa się odwrócił i poszedł dalej. Nikt nie znał Karola Siebrechta, nikt nie zwracał na niego uwagi, każdy miał swoją pracę, swój dom, coś bliskiego, nawet mała Rika. Tylko on kroczył samotnie, bez Riki też trafiłby do Palmy, miejsca dla bezdomnych. Przytłaczające uczucie ścisnęło go za gardło, jeszcze nigdy – nawet wtedy, gdy przy łóżku ojca zrozumiał, że ten nie żyje, że już nie oddycha – jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny i opuszczony. Wciąż przypominała mu się ta przeklęta sentymentalna piosenka.

– Jestem samotny jak uliczny bruk… – zaczął nucić.

Czuł pod stopami setki, tysiące kamieni, rosły u jego boku niczym sięgające nieba mury; kamienie, same kamienie i niczego żywego… A on sam pośród nich, żywy, oddychający, z krwią płynącą w żyłach, z sercem, z uczuciami – a mimo to tylko kamień pomiędzy kamieniami, opuszczony, bezwartościowy. Nikt go nie znał, tak jak nikt nie znał kamieni, po których właśnie przeszedł!

– Tam za rogiem w lewo! – zakomenderowała Rika Busch. – Teraz Hussitenstrasse! Trzymasz się, Karol? Aż szczękasz zębami! Za pięć minut bedziem w domu, ugotuje ci cóś ciepłego!

– Chodzi o to, Riko – powiedział chłopiec – że tak tego wszystkiego dużo, te wszystkie domy, tyle kamienia i nikt nas tutaj nie zna…

– Musisz zadbać o to, by wkrótce cię znali! To zależy od ciebie! A jeśli chodzi o domy, to nie przejmuj sie, czy domy mają pięć pięter, czy to wiejskie chatki, jak u was, to ludzie żyją w nich tak samo, i jak sie nie dasz, to tutej tyż dasz se rade! No, a to już jest Wiesenstrasse. Nie pachnie tu kwiatami, ale śmiesznie, bo jak tu wracam, to czuje sie jak w domu. Ten zapach wydaje mi sie całkiem sympatyczny. Zatrzymaj sie, Karolu! Zostań przy wózku, ja zawołam ojca, niech przynajmniej zabierze kosz. I nie daj sie podejść, tutaj wszystkie kradną jak sroki, a przynajmniej włóczęgi. Daj mi Tilde, zaniose ją, powinna iść już do łóżka! Jest całkiem przemoknięta! Chodź, Tildo, idziem do domku!

I mała groteskowa postać zniknęła w ciemnej bramie, a Karol Siebrecht został sam na ulicy. Usiadł na wózku i trząsł się z zimna. Wsunąwszy ręce do kieszeni, zaczął sobie wyobrażać, jak pięknie będzie po takim długim dniu w końcu położyć się wygodnie do łóżka. Ale jak to jego łóżko będzie wyglądać? I jakim człowiekiem okaże się piekarz, który tak łatwo ulega kobiecym wdziękom? Ta dziewczynka, Rika Busch, wydaje się wiedzieć o życiu niemal wszystko, jakby była stara. Ale lepiej niech się pośpieszy, jest mu bardzo zimno. Z cienia budynku wysunęła się jakaś postać i już od chwili stała przed Karolem. Młody, widmowo blady chłopiec powiedział w końcu:

– No, facet?

– Tak? – zapytał wyrwany z zamyślenia Karol Siebrecht.

– No? – powtórzył chłopiec.

– Dobry wieczór! – odparł Karol Siebrecht, który nie wiedział, czego tamten od niego oczekuje.

– Ćmika? – zapytał chłopiec, podszedł krok bliżej i położył rękę na koszu.

– Zabierz łapy! – krzyknął ostro Karol. Gdy ręka natychmiast się cofnęła, dodał łagodniej: – Co to ćmik?

– Nie wiesz? No, facet! Dasz mi szluga, jak ci powiem, co to ćmik?

– Nie! – oznajmił zdecydowanie Karol Siebrecht. – Jakiego szluga?

– Ale zielony! – uśmiechnął się chłopiec. – Taki zielony, a to już przecie listopad! Pewnie żeś przyjechał prosto ze wsi?

– Rzeczywiście! Jestem w Berlinie dopiero od godziny.

– Facet! – rzucił chłopak gorączkowo, przysunął się do Karola i szepnął mu prosto w twarz: – Nie bądź głupi, wracaj, skąd jesteś. Tu nic nie ma, tylko głód i zimno! To będzie ostra zima, mówie ci!

– Pracy nie ma? – zapytał Karol.

– Praca? W zeszłym tygodniu żem zarobił tyle, ile mam brudu pod paznokciem! Można sobie podeszwy zedrzeć i nic! Człowieku! – Chłopiec przysunął się jeszcze bliżej. – No weź, daj mi jakiego grosza! Nawet nie mam tyle, żeby móc przenocować w Palmie. Wiesz, co to Palma?

– Tak, wspomniano mi o niej.

– Ostatnią noc żem przespał w skrzyni na piach w Tiergarten7. Facet, jak tam zimno! Ciasno, na mokrym piachu, żem sie czuł jak małpa. Tylko grosz, żebym sie mógł przekimać w cieple!

Chłopak, najwyżej dwa, trzy lata starszy od Karola, przemawiał do niego tak gorączkowo, z takim naciskiem, że ten się nie wahał. Pomyślał, jak źle oceniał przed chwilą swoje miejsce do spania, a ten musiał spać w skrzyni na piach… Wyciągnął z kieszeni portfel. – Dam ci ten grosz – powiedział…

I w tej samej chwili dostał pięścią w brzuch, aż zabrakło mu tchu i musiał się skulić. Portfel wyrwano mu z ręki.

– No, facet! – krzyknął triumfalnie chłopak. A zaraz potem zajęczał: – Puść mnie! Ja żem se tylko żarty robił! Oddam piniądze! To był tylko żart! Rika, powaga…!

Karol Siebrecht stęknął i wyprostował się. Tak, to była mała Rika Busch i jakiś młody, blady mężczyzna z kruczoczarną czupryną. Trzymali chłopaka, który lamentował:

– Naprawdę, Rika, to był tylko żart! Przecie bym nie obrobił twojego znajomka! Puść mnie, proszę! Rika, Ernest, nie mówcie mojemu staremu. On mnie zatłucze.

– I słusznie! – powiedziała wściekła Rika. – A i tak będzie za mało! Ty leniwy draniu, cały dzień sie wałkonisz, a w nocy kroisz ludzi! Powinieneś być na Aleksie8, w Plötze9, a nie wśród nas, robotników!

– Riko, kochana Riko – zaczął znowu chłopak.

– Zamknij się! Przelicz piniądze, Karol, zgadza się? A z ciebie osioł, Karolu, po tym wszystkim, co żem ci powiedziała, pokazujesz w nocy jakiemuś dryblasowi portfel! Nawet na chwilkie nie można cie zostawić samego, taki z ciebie dureń. To już Tilda jest mądrzejsza.

– Poprosił mnie tylko o grosz na Palmę. – Zawstydzony Karol próbował się jakoś usprawiedliwić. – Powiedział mi, że musiał spać w zoo w skrzyni z piachem…

Oboje, Rika i krucza czupryna, wybuchnęli gromkim śmiechem, nawet trzymany przez nich złodziejaszek słabo się uśmiechnął.

– A ty żeś uwierzył? – zawołała Rika. – Tobie wszystko można wmówić. Jak będziesz ludziom wierzył we wszystko, to zaraz zostaniesz bez piniędzy. Nieźle zaczynasz, Karolu. Wiesz, kto to jest? To jest potomek mistrza szewskiego Krulla z Pankstrasse, terminuje u swojego ojca, ma łóżko lepsze niż ty czy ja, a nie jakąś tam skrzynie z piachem, wiesz? Tyle że to śmierdzący leń, za nic nie chce mu sie pracować. Ojciec już nieraz nieźle go sprał, ale to nic nie pomaga. Myśle, że tobie pomogłoby tylko Plötze, wiesz?

– Puść mnie, Riko, ten jeden raz! Ja nie chce, żeby znowu… – błagał chłopak.

– Pewnie, że nie chcesz! Spadaj, Bogu dzięki, że nie jesteś moim synem. Już ja bym cie nauczyła, mówie ci! – I drobna istotka popatrzyła na dryblasa tak groźnie, że ten aż się cofnął o krok z pełnym zakłopotania uśmiechem. Od razu skorzystał z okazji i zniknął w ciemnościach. Wszyscy troje popatrzyli za nim w milczeniu.

– Tja, Fryc Krull! – powiedziała potem Rika. – Najważniejsze, że mamy go z głowy. I bez nas go dopadną. Karolu, to jest Ernest, o którym ci już opowiadałam, Ernest Bremer, tak? To jest ten piekarz, dobry chłopak, jak ci mówiłam, tylko lekkomyślny. Zadurza sie w każdej dziewczynie.

Piekarz Ernest Bremer, który miał tak jasną cerę, jakby był obsypany pszenną mąką, roześmiał się zadowolony.

– Nie wierz jej, Karolu – powiedział, podając rękę przybyszowi. – Nie taki wilk zły, jak go malują. Czy ja robiłem kiedykolwiek słodkie oczy do ciebie, Riko?

– No wiesz! – odparła oburzona Rika. – Na pewno bym na to pozwoliła! To by był ostatni dzień, w którym obnosiłbyś sie z tą swoją gładką facjatą! No, łap się za kosz, Karolu! Myślałam, że Ernest poniesie kosze, ale nie zostawie cie już samego na ulicy. Musisz najpierw lepiej poznać Berlin. To była dla ciebie przykra nauczka.

– Możemy obaj zanieść kosze na górę, a ty będziesz pilnować – zaproponował Karol Siebrecht, znowu zawstydzony.

– Dobra, jak tak chcecie, to ruszajcie! Ja sie stąd nie rusze.

Przeszli przez dwa czy trzy ciemne podwórza, coraz węższe, coraz bardziej cuchnące i ponure. Karola przeszedł dreszcz. Potem jeszcze wąskimi schodami na górę, wydeptaną i brudną klatką, w której powietrze było tak okropne, że zdawało się nieprawdopodobne, że błękitny płomień gazowej lampy może się tam w ogóle palić. Drzwi obok drzwi, korytarz przy korytarzu, hałas, rozmowy, huk, szczękanie garnków. Kobiety, które w milczeniu i, jak się zdało Karolowi, wrogimi spojrzeniami odprowadzały mijające je kosze. Wciąż coraz wyżej i wyżej. A powietrze stawało się coraz gorsze.

– Zrobimy sobie przerwę? – zapytał piekarz. – Nie jesteś przyzwyczajony.

– Nie, daj spokój, dam radę. Tu zawsze jest tak duszno?

– Ach, chodzi ci o ten smród? Tak, tu zawsze tak cuchnie, ale za to zimą jest ciepło. I oszczędzamy na węglu.

Karolem znów wstrząsnęły dreszcze.

– No to jesteśmy – powiedział piekarz i popchnął ramieniem drzwi, które były tylko przymknięte. – Odstawimy tylko kosz, żeby Rika nie była długo sama.

Karol rzucił pobieżne spojrzenie na oświetloną słabą lampą naftową kuchnię. Chwała Bogu wyglądała czysto i nie cuchnęło tu tak okropnie jak na klatce. Z jednego z pokoi dobiegły ich gniewne pomruki.

– To stary – wyjaśnił piekarz, gdy zaczęli schodzić po schodach. – Jest niezadowolony, bo Rika już wygłosiła mu kazanie, ale na razie go całkiem nie wybudziła.

Młodzieńcy jeszcze trzy razy musieli wnosić kosze po schodach, ponieważ Rika zarządziła, że bagaż Karola też trafi do niej.

– Weźmiesz sobie tylko to, czego potrzebujesz, a resztę będziesz sobie mógł odebrać, kiedy będziesz chciał. Trzeba na ciebie uważać. Nie żebym nie miała zaufania do twojej gospodyni, pani Brommen jest w porządku, ale z tobą to nic nie wiadomo… – Karol Siebrecht nie protestował.

Przy ostatnim nawrocie piekarz został na górze na straży.

– Tylko nie dopuszczaj do nich starego, Erneście! Sama wszystko rozpakuje. Zaraz będziem z powrotem, musim jeszcze tylko odprowadzić wózek na Müllerstrasse, niedaleko. A wózek pusty, to lekki.

7. Stary Busch

– Usiądź na wózku – powiedział Karol do Riki.

– Nie, będe ciągnąć z tobą. Za zimno, żeby siedzieć. Tobie tyż zimno, Karolu?

– Trochę.

– No, widać. Jak będziem wracać, wezme od razu wiadro węgla, zobaczysz, jak szybko nagrzejem. Zrobiłam ładny zapasik, zanim żem pojechała do ciotki Berty, ale stary wszystko spalił. On nie umie odłożyć na przyszłość. Tacy są mężczyźni.

– Nie chciał pomóc z koszami?

– Daj spokój. Dręczą go wyrzuty sumienia i właśnie przez nie jest taki okropny. Ale potem jest lepiej. Zobaczysz, jak teraz wrócimy, to zrobi dla mnie wszystko. Nie jest zły, inni są gorsi! A tak w ogóle… – Umilkła i zamyśliła się.

– Co tak w ogóle?

– Tak w ogóle… Cóż, kiedyś był całkiem w porządku, ale bardzo przeżył to z matką i od tamty pory taki jest.

– Odkąd twoja matka umarła?

– Można tak powiedzieć. Ale prawda jest taka, że wyrzucił matkie z domu, bo puszczała sie z innym. Tilda nie jest ojca, ale on nie daje jej tego odczuć, jest tak, jak należy. Bo potem ten Kaszub zostawił matkie i ona do nas wróciła, ale była już przy nadziei. Cóż, ojciec jej nie odtrącił, ale nigdy sie już do niej nie odezwał, nawet jak umierała, i teraz żałuje. Dlatego pije, ale tylko czasami.

Młody Karol Siebrecht milczał przygnębiony. Wstrząsnął nim sposób, w jaki trzynastoletnia Rika Busch o tym wszystkim mówiła, taki trzeźwy i pozbawiony żalu.

– I wszystko to traktujesz jak oczywistość, Riko? – zawołał i delikatnie położył rękę na jej małej spracowanej dłoni spoczywającej na poręczy wózka.

– A niby jak? Co niby miałabym zrobić? Przecie tak właśnie jest! Nikt nic na to nie poradzi! Ale jedno ci powiem, Karolu. Niech nikt mi nigdy nie gada o miłości. Ona przynosi tylko nieszczęścia. Jak już wspomniał Ernest, cóż, wszyscy to wiedzą, żem jest zimna jak sopel lodu!

– Riko, przecież ty nie masz jeszcze nawet czternastu lat! – wykrzyknął Karol Siebrecht.

– No to co? Myślisz, że tutej dziewczyny się nie obściskują? A u was to niby nie? Powiedz szczerze, Karolu, nigdy żeś sie jeszcze nie całował z dziewuchą?

– Tak, ale…

– No widzisz! Tu nie ma żadnego ale! Na pewno była młodsza od ciebie! Ale mówie ci, tutej musisz uważać! A jeśli i tak sie zabujasz, przyjdź do mnie! Już ja ci doradze! Znam tutejsze dziewczyny, a jakieś obcej sie przyjrze i od razu będe wiedziała. Zawsze przychodź do Riki, Karolu, Rika ci pomoże!

Karol Siebrecht się roześmiał.

– Riko, mówisz, jakbyś była moją babcią. A poza tym na pewno się tutaj nie zakocham.

– Nigdy nie wiadomo! Jesteś ładnym chłopcem i tutejsze dziewczyny szybko to zauważą. A ta z twojej wsi jest daleko.

– Na pewno się nie zakocham!

– Poczekaj, Karolu, tylko poczekaj!

Mimo że było już wpół do jedenastej, stary bagażowy czekał zaniepokojony przed budynkiem przy Müllerstrasse 87.

– No, dziadku – powiedziała Rika triumfalnym głosem – miałeś pietra, co? Masz tu swój wózek. A zobacz, co tutaj mam dla ciebie: kiełbasę. Ale nie od Aschingera10, nie myśl sobie, tylko prosto ze wsi, specjalnie dla ciebie, dziadku!

– Boże, dziewczyno – odpowiedział wzruszony staruszek. – Nie trzeba było. Boże, jak pięknie pachnie! Wędzona?

– Oczywiście, że wędzona, i to nie na sośnie, jak to robią tutejsze rzeźniki, nie, na prawdziwym buku. No to dobranoc, dziadku!

– Dobranoc, dziecko. Pięknie dziękuję.

– Nie ma za co! – zawołała Rika, odchodząc. – A wiesz, dziadku, za co żeś dostał te kiełbase?

– No, jak to za co? Za wózek przecie.

– E tam! – odkrzyknęła Rika. – Bo nazywasz sie jak pies, a wszystkie psy lubią kiełbase! – Zagwizdała przenikliwie, a potem zaczęła wołać: – Chodź, Kiras, chodź, pieseczku! Kiras, waruj!

Jeszcze dwie przecznice dalej słyszeli śmiech starego. Karol Siebrecht wyobrażał go sobie, jak stoi wymęczony, spracowany, z kiełbasą w dłoni, ponadsiedemdziesięcioletni, wdzięczny za każde dobre słowo.

Było po jedenastej, gdy przechodzili znowu przez wąskie, ciemne i cuchnące podwórza, prawdziwe studnie przy Wiesenstrasse. W oknach było już ciemno, zgaszono nawet gazowe oświetlenie na schodach. Rika musiała wziąć Karola za rękę i prowadzić go w ciemnościach, bo żadne z nich nie miało zapałek, żeby mogli sobie poświecić. A potem zaciągnęła go do kuchni.

– Gdzie Ernest? – zapytała natychmiast wysokiego, masywnego człowieka, który siedział przy stole przy małej lampce z głową między rękoma. – Przecież mu powiedziałam, że ma na nas poczekać!

Mężczyzna uniósł głowę. Karol był zdumiony, gdy zobaczył stosunkowo młodego człowieka, najwyżej przed czterdziestką. Wyobrażał sobie ojca Riki jako starca, a miał przed sobą silnego, wyglądającego niemal kwitnąco mężczyznę z krótką rudawą brodą, o wyjątkowo delikatnej mlecznej cerze i pięknym czole. Nie spodobały mu się tylko oczy, bardzo jasne oczy barwy rozmytego błękitu. Spojrzał na nich oboje, ale jakby ich nie widział, jakby nic nie widział.

– Ten Ernest? – zapytał. – Ten Ernest? Kazałem mu sobie pójść, córko, wiercił się strasznie. I poszedł sobie! Po co miał tu jeszcze siedzieć? Czy ja potrzebuje jakiegoś strażnika, dziecko?

– Nie, ojcze, nie potrzebujesz!

– Nie podchodziłem do koszy, nie. Ugotowałem ci zupę. Mąkę przyniósł mi Ernest od pani Brommen, pół funta, oddasz jej, córko.

– Tak zrobie, ojcze. Może jutro. Wiesz, jaką mam w koszu dobrą mąkie od ciotki Berty? Tutaj nie ma takiej nawet Tamaschke! Ojcze, to jest Karol, Karol Siebrecht. Szuka pracy w Berlinie. To mój przyjaciel, ojcze.

– Dobrze, córko. Usiądź sobie, Karolu. Jak tam ciotka Berta?

– W porządku, ojcze – odpowiedziała Rika, która już krzątała się przy piecu. – Poradziłam sobie z nią. Nie masz pojęcia, co mam w koszu, nawet całą szynkie! – Rika Busch aż promieniała dumą i radością.

Busch jakby tego nie widział.

– Tak, jesteś dzielna, córko – powiedział wciąż tym samym obojętnym i pozbawionym echa głosem. Słowa gasły, gdy tylko wychodziły z jego ust. – Jesteś dzielna, tak jak matka. Matka też była dzielna, wiesz o tym, córko, mówiłem ci to już z tysiąc razy.

– Tak, ojcze.

– Tak, tak mówiłem. Czy kiedykolwiek powiedziałem coś złego na twoją matkę, córko?

– Już dobrze, ojcze! Przecie wiem, już dobrze! Bądźże cicho, ojcze! Matka była najlepsza. Tilda śpi?

– Śpi, córko, położyłem ją do mojego łóżka. Wolała tam, bo ciepło. Dobrze ją przykryłem. Niech sobie tam pośpi, córko, ja wkrótce wyruszam w drogę, jutro idę do pracy. – Ostatnie słowa powiedział niemal z ożywieniem, z podszytym delikatnym lękiem naciskiem.

– Już dobrze, ojcze. Zrobisz, jak chcesz. Nikt ci nie zabroni.

– Ale ty już nie wyjeżdżasz, córko? Zostajesz tutaj?

– Oczywiście, ojcze. Chodź, Karolu, zjedz trochie zupy, jest gorąca. Potem zdejmij z siebie te mokre łachy i przebierz się. Rozepnij ten kołnierzyk, Karolu, już masz pewnie poranioną szyję. Ojcze, nie znalazłaby sie dla Karola jakaś robota?

– To dobrze, córko – powiedział ojciec, który chyba jej nie słyszał – że nie wyjeżdżasz. Nie umiem być sam. Co tam szynka, ważne, żebyś była ze mną!

– Już dobrze, ojcze. Dokąd miałabym jeszcze jechać? Zostaje tutaj.

Stary Busch przyłożył jedną rękę do policzka, a drugą wskazał na Rikę.

– Córko! – wykrzyknął, jakby był zdenerwowany, zabrzmiało to nerwowo na tle jego dotychczasowej obojętności. – Córko! Spójrz na mnie!

– Nie denerwuj sie, ojcze – powiedziała dziewczyna, odkładając łyżkę. Uważnie przyjrzała się ojcu. – Nie denerwuj sie, przyniose ci jeszcze flaszkie. Było aż tak źle?

– Źle? – zapytał. – Źle? Niby źle? Córko, czy to prawda, co mówił mi Ernest, że chciałaś mnie wyswatać z Brommen? – Ręka, która wskazywała na Rikę, drżała tak mocno, jakby mężczyzna miał dreszcze, lecz on siedział nieruchomo jak głaz, tylko dłoń mu się trzęsła.

– Zrobisz, jak będziesz chciał, ojcze. To prawda, rozmawiałam z panią Brommen. Dobrze do siebie pasujeta, a Brommen to porządna kobita. Robie, co mogie, ojcze, ale nie jestem dorosłą kobitą, chociaż wszyscy mnie za nią biorą. Ja wciąż jestem dzieckiem. A gdyby była tu prawdziwa kobita, mogłabym sie trochę więcej uczyć, jestem taka głupia. Ale zrobisz, jak zechcesz, ojcze. Powiesz: nie, to po sprawie i już. Zapominamy.

– Była u mnie, córko – powiedział mężczyzna, a jego dłoń zaczęła drżeć jeszcze mocniej. – Cały dzień przy mnie była, po pijaku. Tera już wiem, dlaczego tak naciskała, przez cały dzień, gdziekolwiek byłem, szeptała mi do ucha: nie śpij z żadną babą, stary, szeptała. Nie zrozumiałem jej, a tera rozumim. Jestem wobec niej bez grzechu, córko, pod tym względem jestem bez grzechu!

– Tak jest, ojcze! To tylko był mój pomysł, ojcze. Jeśli nie daje ci spokoju, to nie ma sprawy. Koniec!

– Załatwione, córko. Tak