Człowiek w przystępnej cenie - Urszula Jabłońska - ebook
Opis

W ciągu ostatnich niemal czterystu lat człowiek zdecydowanie staniał.

W siedemnastowiecznym Syjamie zdrowy dorosły mężczyzna kosztował ponad dwieście bahtów, natomiast ryż praktycznie nie miał ceny.

W XIX wieku mężczyzna kosztował szesnaście ton ryżu, kobieta dwanaście, dziecko osiem.

Dzisiaj cena człowieka waha się w granicach od dziesięciu do trzydziestu tysięcy bahtów. To cena maksymalnie tony ryżu.

Tajlandia jeszcze w 2015 roku znajdowała się na trzecim, najniższym poziomie, jeśli chodzi o kwestię zapobiegania handlowi ludźmi. Równie źle było w Wenezueli, Korei Północnej i Sudanie Południowym.

Ta historia rozgrywa się w dzielnicach czerwonych latarni (gdzie autorka stara się zrozumieć, dlaczego prostytucja w Tajlandii jest nielegalna), slumsach (gdzie odkrywa, że niemal dwie trzecie dorosłych Tajów pracuje na czarno), portach rybackich (gdzie zdarza się, że dorośli mężczyźni znikają w fabrykach i na łódkach rybackich) i schroniskach dla uchodźców (gdzie sprawdza, jak się podróżuje po Azji bez paszportu).

Człowiek w przystępnej cenie. Reportaże z Tajlandii to opowieść o tym, co to właściwie znaczy „kupić człowieka”. Czy człowiek może sam się sprzedać? Co sprawia, że chce to zrobić? Gdzie przebiega granica między pomocą a handlem? Kto może sobie pozwolić na wolność?

I dlaczego akurat w Tajlandii, w której niewolnictwo zniesiono na początku XX wieku, i której nazwa oznacza „kraj wolnych ludzi”, problem wciąż jest aktualny?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


„Uniknęliśmy europejskiej kolonizacji, ale w efekcie to my sami staliśmy się kolonizatorami własnego narodu”.

Gen. Saiyut Koetphon

LALKI

W styczniu 2016 roku tajskie tanie linie lotnicze Smile postanowiły wprowadzić bilety dla lalek. W ciągu dwóch miesięcy obsługa odnotowała, że ponad czterdzieści osób podróżowało z lalkami do złudzenia przypominającymi dzieci. Pasażerowie stanowczo odmawiali umieszczania ich w schowkach na bagaż. Wielu sadzało sobie lalki na kolanach i prosiło stewardesy, żeby serwowały im napoje i przekąski. „Luk thep to lalki, które są żywe. Duch został zaproszony do życia w lalce i właściciel musi traktować ją jak dziecko” – brzmiało uzasadnienie decyzji o wprowadzeniu biletów. Zapewniano, że luk thep, czyli anielskie dzieci, będą mogły zajmować tylko miejsca przy oknie (pewnie dlatego, żeby inni pasażerowie nie czuli się niekomfortowo, siedząc obok lalki). Będą też musiały mieć zapięte pasy przy starcie i lądowaniu1.

Niektórzy uważają, że są słodkie, inni – że przerażające.

Nawiedzone lalki luk thep są wielkości dzieci w wieku od dwóch do dziesięciu lat. Właściciele chodzą z nimi na spacery, na zakupy, do restauracji. Lalki w zamian za opiekę mają zapewnić im sukcesy, pieniądze i miłość. Bookko, aktor komediowy i prezenter telewizyjny, opowiedział w telewizji o swojej relacji z lalką – chłopcem o imieniu Wansai:

– Od razu poszedłem do działu dziecięcego kupić mu ubranka. Kiedy tylko za nie zapłaciłem, dostałem telefon, że odzyskałem stanowisko, z którego dopiero co zostałem zwolniony2!

Lalka kosztuje od dwóch do szesnastu tysięcy bahtów[1], ale to tylko przedmiot.

Ożywa dopiero wtedy, kiedy umieści się w niej ducha.

Długowłosa Mae Ning uważa się za twórczynię luk thep. Prowadzi w Bangkoku wielki showroom z różnymi modelami lalek. Twierdzi, że ma kontakt z hinduistyczną boginią Parwati. To właśnie do niej zwraca się z prośbą, żeby umieściła ducha w plastikowych ciałkach. Również mnisi buddyjscy i wróżbici odprawiają obrzędy sprowadzania duchów do lalek3.

Na długo zanim Tajlandia oszalała na punkcie nawiedzonych lalek, popularne były amulety Kuman Thong. Pierwszy taki amulet zrobił podobno legendarny bohater Khun Paen. W tym celu wyjął płód z brzucha żony, którą chwilę wcześniej zabił własnymi rękami. Kuman Thong to zasuszony płód, który obumarł w macicy matki. Szaman więził w nim ducha zmarłego dziecka i wykorzystywał jego moc do ochrony przed zagrożeniami. Płód pokrywał złotym lakierem – stąd jego nazwa: Kuman Thong, Złoty Chłopiec.

Jeszcze w 2012 roku w Bangkoku aresztowano handlarza, który miał przy sobie sześć męskich płodów. Ususzył je, pomalował na złoto i szykował na sprzedaż.

Na szczęście teraz opiekuńczego ducha nie trzeba więzić w ludzkim płodzie.

Wystarczy umieścić go w lalce.

LATARKA

Metro w Bangkoku ma świetną ochronę.

Trzeba przejść przez bramkę do wykrywania metalu. Bramka piszczy przy każdym przechodniu. Dzisiaj wszyscy noszą ze sobą coś metalowego, chociażby telefon. Tuż za bramką ma swoje biurko ochroniarz. W ręku trzyma malutką latarkę. Salutuje i każe otworzyć torbę. Świeci latarką do środka przez sekundę i pokazuje, że można iść dalej.

Wieczorami na centralnych stacjach, jak Silom czy Sukhumvit, przez bramkę płynie gęsty strumień mieszkańców. Ludzie wracają z pracy, młodzież rusza na miasto, turyści rozpoczynają nocne życie. Bramka piszczy jak opętana. Ochroniarz stoi za swoim biurkiem, ma granatową czapeczkę i krawat w paski, logo metra na rękawie koszuli, jest obwieszony naszywkami i przypinkami. Bezradnie świeci latarką na strumień przechodniów, którzy nie zwracają na niego uwagi.

Z tłumem wydobywam się na powierzchnię – na ulicę Sukhumvit. Wzdłuż niej ciągną się stoiska z podrabianymi dresami Nike i torbami Louis Vuitton. Z viagrą, wibratorami i stringami z koronki. Z grillami, na których dymią stosy szaszłyków. Na chodnikach w kałużach walają się plastikowe torebki i kubki. Wściekle migają kolorowe neony klubów. Słychać kilka rodzajów muzyki, które na środku ulicy zlewają się w wibrującą kakofonię. Gorące powietrze pachnie mięsem i zgniłymi owocami.

Ten tłum to turyści z USA, Australii i Europy (znaki rozpoznawcze: po pięćdziesiątce, koszula z krótkim rękawem i butelka piwa w ręce), turyści z Bliskiego Wschodu (zwykle kilka kobiet w nikabach drepczących parę kroków za mężami ubranymi w krótkie spodenki) oraz turyści z Chin (okulary i wyraz zdziwienia w oczach).

Na skrzyżowaniu z jedną z większych przecznic w specjalnej budce siedzi policjant. Ma na sobie obcisły szary mundur. Pilnuje, żeby nie działo się tutaj nic niezgodnego z prawem. Prawo to między innymi ustawa o zapobieganiu i zwalczaniu prostytucji z 1996 roku, która głosi, że kobietom proponującym usługi seksualne grozi mandat do tysiąca bahtów. Prawo to także kodeks karny, według którego prostytutkom grozi do dwudziestu lat więzienia i do czterdziestu tysięcy bahtów kary. Zakazane są też przedstawienia o obscenicznym charakterze. Jest jeszcze ustawa o miejscach rozrywki – zgodnie z nią właściciele lokali, w których dochodzi do prostytucji, również popełniają przestępstwo.

Kilka dni temu wylądowałam w Bangkoku. Zwiedziłam już Pałac Królewski, najważniejsze świątynie i gwarne Chinatown. Przepłynęłam się łodzią po rzece Chao Praya o zachodzie słońca, zapuściłam się nawet w mniejsze, bardziej klimatyczne kanały. Teraz przyszłam tutaj, bo wszystkie przewodniki informują, że można tu zrobić zakupy, dobrze zjeść i posmakować nocnego życia.

Spróbujmy więc.

Grube kotary zasłaniają wejście do klubu go-go, w szparach migają smukłe sylwetki tancerek w bikini. Nieśmiało uchylam zasłonę. W środku tłum, ten sam co na ulicy, może z wyjątkiem kobiet w nikabach. Zamawiam drogie piwo (sto sześćdziesiąt pięć bahtów) i siadam na pokrytej czerwonym aksamitem ławeczce. Przede mną na scenie przy kilku chromowanych rurach dwadzieścia tancerek w bikini przestępuje z ogromnego obcasa na ogromny obcas. Do majtek mają przymocowane numerki. Niektóre zatknęły za figi także telefony komórkowe.

Numer czterdzieści osiem wygląda na trzynaście lat, ale na pewno ma więcej. Spod czarnych włosów obciętych na Kleopatrę wyglądają wielkie zdziwione oczy. Ubrana jest w białe bikini i czarne lakierowane szpilki. Przywołuję do stolika menedżerkę, która krąży po sali.

– Chciałabym postawić drinka numerowi czterdzieści osiem.

– Chwileczkę – świeci małą latarką w kierunku tancerki, a ta, chwiejąc się na obcasach, schodzi ze sceny i przysiada obok. Wbija we mnie spod grzywki zdziwione spojrzenie.

– Dzień dobry – wita się grzecznie jak uczennica.

– Dzień dobry, czego się napijesz? – pytam.

– Wódki z colą – mówi, amenedżerka już biegnie po drinka za trzysta dziesięć bahtów.

– Jak masz na imię?

– Mint.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia jeden.

– Pochodzisz z Bangkoku?

– Nie umiem mówić po angielsku – wyznaje Mint po chwili krępującej ciszy. Menedżerka akurat podchodzi do stolika z drinkiem, więc składam reklamację.

– Przepraszam, ale nie możemy rozmawiać. Koleżanka nie mówi po angielsku.

Menedżerka patrzy na mnie przez chwilę w osłupieniu, po czym wybucha głośnym śmiechem. Kciuk i palec wskazujący jednej ręki zwija w kółeczko, w które wkłada palec wskazujący drugiej. Po półgodzinie zobaczę, jak Mint, grzecznie ubrana w dżinsy i T-shirt, wychodzi z klubu. Za rękę trzyma ją pulchny Azjata w okularach.

Chodźmy dalej.

Przed lokalem z różowym szyldem stoi kilka masażystek. „Massage, massage khaa!” – krzyczą tak głośno, że dzwoni w uszach. Prezentują zalaminowane karty z ofertą: masaż tajski, z olejkiem, ziołowy.

Niech będzie z olejkiem.

Wchodzę do chłodnego, pachnącego eukaliptusem wnętrza. Płacę w kasie trzysta pięćdziesiąt bahtów. W pomieszczeniu na piętrze rozbieram się i kładę na leżance. Podchodzi do mnie kobieta po sześćdziesiątce w fioletowych spodniach od dresu i poplamionej olejkiem do masażu koszulce. Czarne, rozczochrane włosy ma związane w kucyk.

Masaż jest bardzo przyjemny.

– Ma pani taką gładką skórę – po dłuższej chwili dociera do mnie jej cichy głos.

– Dziękuję – odpowiadam nieco zaskoczona.

– Zapłaci pani pięćset bahtów, będzie happy end.

– Słucham? – zrywam się z leżanki jak oparzona.

– Happy end! – masażystka przykłada dwa palce do ust i wystawia język.

Łapię leżące na krześle ubranie i w pośpiechu opuszczam lokal.

Chodźmy dalej.

Kilka przecznic w głąb miasta wpadam w tłumek naganiaczy. Podtykają mi pod nos kartki ze zdjęciami nagich kobiet. Jeden przez drugiego krzyczą: „Ping pong show!”, „Pussy cut banana!”, „Pussy open bottle!”. Pokazy, podczas których tancerki wystrzeliwują z cipek piłeczki pingpongowe albo wyciągają z nich małe żabki, to najbardziej hardcorowa atrakcja tajskich dzielnic rozrywki.

Zobaczmy.

Jeden z naganiaczy prowadzi mnie boczną uliczką do baru na piętrze. Płacę przy wejściu czterysta bahtów i wchodzę do środka. W zadymionym wnętrzu stoi przy rurze pulchna, niska kobieta po trzydziestce o kwadratowej twarzy i grubo ciosanych rysach. Ma na sobie tylko czerwone stringi, które właśnie powoli zdejmuje. A później, kołysząc się w rytm muzyki, wprawnym ruchem wyciąga z cipki długi sznurek, do którego przywiązane są dziesiątki żyletek. Na sali tłum patrzy w osłupieniu. Po skończonym przedstawieniu performerka rusza pomiędzy stoliki, dumnie prezentując naszpikowany żyletkami sznurek.

– Są prawdziwe. Chcesz dotknąć? – uśmiecha się do mnie słodko.

– Niekonieczne – krztuszę się rozwodnionym piwem w cenie biletu.

– Ale chyba należy mi się napiwek?

Wyciągam z portfela sto bahtów.

Tymczasem na scenę wychodzi kolejna performerka, całkiem naga. Stawia na niej sztuczny tort, na którym płoną prawdziwe świeczki. Kładzie się przed tortem tak, żeby publiczność dokładnie widziała, co się zaraz wydarzy. W cipce umieszcza plastikową rurkę. Manewrując biodrami, zdmuchuje świeczki. Jedną po drugiej.

Wystarczy.

Wracam na ulicę w tłum, w hałas, w zapach mięsa i zgniłych owoców. Mijam budkę, w której siedzi policjant w obcisłym szarym mundurze. Pilnuje, żeby nie działo się tu nic niezgodnego z prawem.

W metrze przechodzę przez bramkę do wykrywania metalu.

Bramka piszczy.

Ochroniarz świeci latarką.

ZŁE CÓRKI ISANU

Tajskie lalki Barbie są wysokie i smukłe, ubrane w jedwabne sukienki, a na głowach mają złote stożki tradycyjnych tancerek. Jednak Barbie, z którą rozmawiam w parku otaczającym buddyjską świątynię, ma trzydzieści siedem lat, sporą nadwagę, ziemistą cerę i nogę w gipsie. Naprawdę nazywa się inaczej, ale tak właśnie mówili na nią przez prawie piętnaście lat mężczyźni, którzy mieli zdjąć z niej klątwę Isanu. Żadnemu to się nie udało.

Ale zacznijmy od początku.

Gdzieś w małej wsi w regionie Isan na północnym wschodzie stał drewniany dom na palach ukryty w palmowym gaju. Prowadziła do niego droga z kurzu i dziur. W domu mieszkali rodzice Barbie. Co rano w słomianych kapeluszach ruszali tą drogą na pole, na którym uprawiali ryż. Brodzili po kostki w gorącej od upału wodzie. Przesadzali siewki.

Barbie i jej dwaj bracia tą samą drogą chodzili do szkoły. Starszy wiercił się na lekcjach i tylko czekał, żeby skończyć podstawówkę. Zaraz potem wsiadł do zielonego autobusu w pobliskim miasteczku i pojechał do Bangkoku. Tam znalazł pracę w fabryce tkanin. Co innego Barbie – uwielbiała szkołę, miała świetne stopnie, marzyła, żeby zostać lekarką albo inżynierką. Rodzice jednak mieli inne plany. Powiedzieli, że nie stać ich na szkołę dla wszystkich dzieci. Zapłacą jedynie za młodszego brata. Nie była na nich zła, ale była zbyt uparta jak na dwunastolatkę z drewnianego domku w Isanie. Pojechała na wakacje do Bangkoku, by pracować z bratem w fabryce. Zarobiła na mundurek i przybory szkolne, mogła iść do gimnazjum. Ale nie miała sumienia go skończyć. Rodzice tonęli w długach, choć nic o tym nie mówili. Kiedy przeciągała się susza albo za dużo padało w porze deszczowej, brakowało ryżu do sprzedania. Właściwie każdego roku musieli pożyczać pieniądze na życie. Wiedziała, że nie może być taka samolubna.

Kiedy miała piętnaście lat, znów wsiadła do zielonego autobusu. Tym razem nie zamierzała wracać. Zamieszkała z bratem, pracowała z nim w fabryce tkanin i uczyła się w szkole weekendowej. Dostawała sześćdziesiąt bahtów dziennie, prawie dwa tysiące miesięcznie. Większość wysyłała rodzicom. Miała też jednak swoje potrzeby. Mieszkała w mieście, chciała czasem włożyć sukienkę, pomalować usta różową szminką. Kiedy skończyła szkołę, przeniosła się do fabryki plastikowych butelek, która płaciła sto bahtów dziennie, ale i tam nie popracowała długo. Wieczorami wracała do domu zmęczona i lepka od potu. Podchmieleni mężczyźni, którzy przesiadywali przed ulicznymi knajpami z zupą, coś za nią krzyczeli. Raz nawet zaczęli ją gonić. Miała tylko siedemnaście lat. Bała się.

A pieniędzy i tak było za mało. Matka dzwoniła co jakiś czas i raczej nie pytała, jak Barbie się czuje i czy jest bezpieczna, tylko prosiła o więcej. Najpierw młodszy brat wpadł do studni i trzeba było opłacić szpital. Potem starszy się ożenił, więc przestał wysyłać pieniądze. Mogli liczyć jedynie na nią.

Palmowe gaje skrywają dziesiątki tysięcy takich domów i prowadzących do nich ścieżek. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku ścieżki połączyły się z drogami, które wybudowała amerykańska armia podczas wojny w Wietnamie. Można było bez problemu dojechać niemal w każdy zakątek kraju. Ścieżkami z miast do drewnianych domów wyruszyli przedstawiciele świata, który wcześniej nie miał tam dostępu.

Pierwsi byli sprzedawcy przedmiotów z plastiku, metalu i szkła. Pukali do drzwi, siadali na podłodze i wyciągali kolorowe foldery. Mówili:

– To telewizor. Spróbujcie go poużywać, może wam się spodoba. Za trzy miesiące wrócimy i wtedy możecie go oddać albo wpłacić pierwszą ratę.

Potem prezentowali jeszcze lodówkę i mały japoński motocykl. Na takim motocyklu można było w mgnieniu oka dostać się na pole albo bazar. Tylko nieliczni decydowali się go zwrócić.

Po nich do domów ruszyli pośrednicy pracy. Telewizor, lodówka i motocykl na raty oznaczały spore długi. A przecież oprócz rat trzeba opłacić rachunki za niedawno podłączony prąd, posłać dzieci do szkoły. Pukali do drzwi, siadali na podłodze i mówili:

– Ceny ryżu spadają? Nie ma popytu na wasze warzywa? W mieście praca tylko czeka na wasze córki, mogą zarabiać nawet czterdzieści tysięcy bahtów miesięcznie. Już teraz chętnie wypłacimy zaliczkę.

W drugą stronę – ścieżkami z drewnianych domów do miast – wyruszyły więc nastoletnie dziewczyny. Młodziutkie Tajki w jedwabnych strojach i z czerwonymi kwiatami we włosach uśmiechały się słodko z plakatów, które miały zachęcić turystów do odwiedzania magicznego Syjamu. I to właśnie takie dziewczyny chcieli oglądać goście, którzy coraz liczniej zjeżdżali do kraju. To one miały siedzieć w hotelowych recepcjach, podawać w restauracjach tajskie curry o złagodzonym smaku, masować klientom plecy w salonach masażu.

Ludzie z drewnianych domów zrozumieli, że córki oznaczają pieniądze. Było im wszystko jedno, gdzie je zarobią. A jeżeli nie było, pośrednik mówił, że córka będzie zmywać naczynia w restauracji za tysiąc bahtów miesięcznie. Świetnie wiedział, że jeżeli przeprowadzi się do miasta, to za pierwszą pensję kupi coś do ubrania, bo szmaty z wioski nie będą się do niczego nadawać. Za drugą – pójdzie do fryzjera, bo w mieście nosi się fryzury, a nie włosy upięte w praktyczny koczek. A kiedy zadzwoni matka i spyta, kiedy przyśle coś do domu, pieniędzy już dawno nie będzie. Córka ze wszystkich stron będzie słyszeć: – Chcesz więcej zarabiać? Żaden problem! Idź do baru lub klubu go-go. Zobacz, twoje koleżanki już to robią!

O tym wszystkim opowiada mi Sompop Jantraka, aktywista, który w latach osiemdziesiątych sam zaczął chodzić drogami z kurzu i dziur. Uparł się, żeby założyć w miasteczku Mae Sai przy granicy z Birmą[2] gimnazjum dla zagrożonych takim losem dziewczynek.

Chodził z nauczycielką, z mnichem buddyjskim, z każdym, kto we wsi cieszył się szacunkiem i mógł pomóc w rekrutacji uczennic. Pukał do drzwi drewnianych domów, siadał na podłodze i mówił:

– Wasza córka nie powinna iść do pracy w tak młodym wieku. Niech przyjdzie do mojej szkoły.

– Nie mamy pieniędzy – odpowiadali rodzice.

– Kupię jej mundurek i wszystkie potrzebne rzeczy. Chodźmy jutro do sklepu.

Kiedy już kupił wyprawkę, rodzice czuli się zobowiązani, by dotrzymać słowa.

Chodził z dokumentami pod pachą: publikacją Ministerstwa Zdrowia o zagrożeniu HIV, policyjnym raportem o morderstwach prostytutek, wycinkiem z gazety o znalezieniu w spalonym barze zwłok trzech piętnastoletnich dziewczynek przykutych łańcuchami w piwnicy. Działo się to w Phuket, kurorcie na południu, ale dziewczyny pochodziły z północy.

– To wszystko może się przytrafić waszym córkom – tłumaczył.

Ale i tak w 1989, pierwszym roku działalności gimnazjum, udało mu się zwerbować do szkoły tylko dziewiętnaście uczennic. Pośrednicy przyjeżdżali z miast i kurortów ze zleceniami na setki dziewcząt. Czasem spotykał ich pod którymś z drewnianych domów, kiedy żuli betel i popijali piwo.

– Przyjechałeś po córki tej rodziny? – pytali.

– Tak, umówiliśmy się, że pójdą do mojej szkoły.

– Zobaczymy – śmiali się pośrednicy.

Kiedy wchodził do domu, okazywało się, że już wypłacili rodzicom zaliczki i ze szkoły nici.

W ciągu dwudziestu pięciu lat działalności szkoła Sompopa Jantraki uchroniła od pracy w prostytucji setki dziewcząt. Ale tych, których nie udało się uratować, było znacznie więcej.

Z czasem pośrednicy przestali być potrzebni. Przenieśli się za granicę, do Birmy i Laosu, żeby tam przecierać szlaki drogami z kurzu i dziur na ulice tajskich miast. Rodziny z drewnianych domów na północy same już wiedziały, dokąd ich córki mają jechać, gdy tylko skończą podstawówkę.

Siedemnastoletnia Barbie miała jedno marzenie. Miłość? Nawet nie myślała o takich rzeczach. Najbardziej na świecie chciała poznać mężczyznę, który uwolniłby ją od pamięci o drewnianym domku w Isanie. Pracowała wtedy jako sprzedawczyni w firmie handlującej sprzętem elektronicznym. Zarabiała dobrze, a praca nie była zbyt ciężka. Wystarczyło ładnie się uśmiechać i grzecznie odpowiadać na pytania klientów.

Na imprezę noworoczną w firmie włożyła nową niebieską sukienkę i buty na obcasie, rozpuściła włosy. Jeden z menedżerów wciąż przytulał ją w tańcu, donosił alkohol. Pamięta, że trochę zbyt często się śmiała, kręciło się jej w głowie. Rano obudziła się w domu w podartej sukience, obolała. Tak Barbie poznała swojego Kena.

Pierwsze uczucie, które ją opanowało, to wstyd. Jak teraz pokaże się w pracy? Drugie – to strach. Co będzie, jeżeli ją zwolnią?

On jednak nic nie mówił o tamtej nocy, tylko się uśmiechał i szukał okazji, żeby spędzić z nią trochę czasu. Czuła, że mu się podoba. Czy on jej się podobał? Trudno powiedzieć po czymś takim. Ale w końcu to był jej pierwszy mężczyzna. Z tym pierwszym często kobietę łączy specjalna więź. A ich więź była tym bardziej specjalna, że spóźniał jej się okres. Wpadła w panikę. Jak zareagują znajomi? Przecież wiedzą, że z nikim się nie spotyka, a tu coś takiego. A rodzice? Skąd teraz weźmie dla nich pieniądze? On był jedyną osobą, z którą mogła o tym porozmawiać. Na zapleczu w firmie, nerwowo skubiąc koszulkę, wyznała mu, co się stało. On złapał ją za rękę, powiedział, że się cieszy i że wszystkim się zajmie.

Dopiero kiedy urodził się syn, okazało się, że chyba nie do końca się zrozumieli. Zamieszkała u niego, a dokładnie u jego rodziców, którzy nie okazywali jej szczególnej sympatii. No bo co to za synowa z drewnianego domu w Isanie? A on wprawdzie dawał jej pieniądze, ale w ogóle się nie zajmował ani nią, ani dzieckiem. Każdej nocy wracał kompletnie pijany. Ciągle się kłócili.

Barbie wróciła do swojej wioski i może z ręką na sercu powiedzieć, że te trzy lata, które nastąpiły potem, to był najlepszy czas w jej życiu.

Po pierwsze, synek był cudowny. Uwielbiała się nim opiekować.

Po drugie, jej Ken mieszkał w Bangkoku, więc nie musiała się z nim kłócić. Pieniądze za to przysyłał regularnie.

Po trzecie, pieniędzy starczało na życie całej rodziny. I nawet na kolejne raty długów rodziców.

To było wszystko, czego Barbie potrzebowała do szczęścia. Niestety, szybko się skończyło. Ken stracił pracę i nowej już nie znalazł, więc miał więcej czasu, żeby pić. Po co jej taki mężczyzna? Skończyła z nim.

Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy pożegnała się z matką i synem i znowu ruszyła zielonym autobusem do Bangkoku. Do pracy w fabryce lin za sto pięćdziesiąt bahtów dziennie, do wiecznie brudnych ubrań, do strużek potu spływających po szyi w ciągłym upale. Zaczęła też wieczorami pracować w barze karaoke. Przychodzili tam mężczyźni, by oglądać dziewczyny, które w kusych strojach śpiewały na scenie ich ulubione piosenki. Zarabiały tyle, ile napiwków wręczyli im urzeczeni panowie. Barbie nie umiała śpiewać, ale była ładna – długie lśniące włosy, gładka miodowa skóra, okrągłe kształty. Mężczyźni czasem dawali jej sto bahtów.

– Tak bardzo się starasz – mówili. Ale w końcu chyba nauczyła się śpiewać, bo pieniędzy było coraz więcej. Na zawsze zapamięta wieczór, kiedy pewien milczący mężczyzna za jedną piosenkę wręczył jej czterdzieści tysięcy bahtów. Wpatrywała się w pieniądze jak zaczarowana.

Nareszcie! Po raz pierwszy w życiu pieniędzy było tyle, że kiedy wysłała połowę rodzicom i opłaciła rachunki, została jej jeszcze spora suma na sukienkę z błyszczącego materiału, kosmetyki i fryzjera. To była inwestycja – im ładniej wyglądała na scenie, tym hojniejsi byli mężczyźni. Rzuciła pracę w fabryce i teraz oprócz pieniędzy miała także czas. Wciągało ją nocne życie, pełne muzyki, neonów i alkoholu. Czasem tanią whisky popijała yaba – małe czerwone tabletki z mieszanką metamfetaminy i kofeiny, które seksownie rozszerzały źrenice i dawały jej poczucie, że może wszystko.

Mężczyźni się trafiali, ale żaden dobry. Raczej tacy jak policjant, którego spotkała, kiedy oglądała ze znajomymi mecz w hotelu. Jakoś tak wyszło, że znalazła się z nim sama w pokoju, a on wycelował w nią pistolet i kazał się rozbierać. Po wszystkim uciekła zapłakana, on kilka razy dzwonił do niej i groził, że jeżeli komuś powie, to popamięta. Chciała uciekać. Pojechała odwiedzić koleżankę, która mieszkała w Pattai – nadmorskim kurorcie sto pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Bangkoku.

Pattaya to miasto, które wyrosło na wojnie i seksie.

W 1960 roku prostytucja, która wcześniej była jawna i prawnie uregulowana, została zdelegalizowana (prostytutkom od tej pory groziły mandaty, a nawet więzienie).

W latach 1961–1964 w Tajlandii powstało siedem amerykańskich baz wojskowych, z których startowała większość samolotów bombardujących Wietnam.

W 1966 roku podpisano umowę dotyczącą zorganizowania na terenie kraju obozów wypoczynkowych R&R (Rest and Recuperation) dla żołnierzy walczących w Wietnamie.

W 1969 roku siedemdziesiąt tysięcy dzielnych amerykańskich chłopców miało już za sobą upojne wakacje pod hasłem: „Pięć dni miłości po pół roku śmierci”. Większość latała do Bangkoku, ale odkąd pięciuset żołnierzy z bazy w prowincji Nakhon Ratchasima wynajęło domki nad morzem w Pattai, wtedy rybackiej wiosce, szybko zaczęli tam też zjeżdżać inni. Błyskawicznie pojawiły się kobiety i alkohol. A wraz z nimi hotele, sklepy, bary i restauracje.

W 1975 roku, właściwie bez walki, poddał się Sajgon, co ostatecznie zakończyło wojnę w Wietnamie.

W 1976 roku zamknięto ostatnie bazy wojskowe w Tajlandii.

Wojna się skończyła, ale seks pozostał. Z czasem opustoszałe bary i hotele wypełnili turyści. Początkowo przyjeżdżali z innych krajów Azji, potem także z USA i Europy, a ostatnio– z Rosji. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ponad połowa odwiedzających to byli mężczyźni, zwykle żywo zainteresowani nocnym życiem. Już na lotnisku wręczano im broszury, które zachwalały uroki tajskich kobiet i reklamowały konkretne lokale4.

Pattaya to dziś miasto, w którym każdy mężczyzna znajdzie coś dla siebie.

Na słynnej Walking Street, przed klubem Sexy Airline, grupka dziewczyn, ubranych w kuse błękitne mundurki i fikuśne czapeczki, głośnym krzykiem zachęca przechodniów do wejścia. Klub Ginza[3] celuje zapewne w gusty japońskiej klienteli, pracują w nim dziewczyny w seksownych szkolnych mundurkach. W Alcatraz gości witają ostre hostessy w strojach więziennych strażniczek. Obok dziewczynka guma w asyście siwowłosego ojca balansuje na wieży z tac poustawianych na szklankach. Bez wysiłku sięga stopami do uszu. Dalej na ringu młodzieniec ze zlaną potem klatą usiłuje ujarzmić kobrę w rytm oklasków publiczności. Na lewo, pod minimarketem 7–Eleven, ktoś z tłumu syczy wprost do ucha: „Marihuana?”, „Speed?”. Pod nogami leżą jak porozrzucane szmaciane lalki niepełnosprawne dzieci sprzedające pieski z koralików.

W ofercie, tak jak na ulicy Sukhumvit w Bangkoku: go-go, karaoke, body oil massage, ping pong show. Wbarach dziewczyny czekają, aż ktoś postawi im drinka. Niemal w każdym z tych lokali można zapłacić właścicielowi niewygórowaną sumę i wyjść z wybraną dziewczyną. Nikt nie będzie pytał, jak zamierzamy spędzić z nią czas. Możemy iść na wieczorny spacer brzegiem Jomtien Beach. Możemy umówić się na jakąś kwotę i wejść na godzinkę do hotelu. U wylotu Walking Street jest jeszcze Coconut Bar. Na murku, który odgradza od morza wąską ścieżkę wysadzaną palmami, siedzą dziewczyny. W bladym świetle latarni nakładają na powieki srebrne cienie, przeglądają się w telefonach, w pośpiechu dojadają zupę z makaronem. Niektóre nieśmiało skubią rąbek kusej spódniczki, inne bezceremonialnie łapią mężczyzn pod rękę i bardziej rozkazują, niż pytają: „You go with me! One thousand five hundred baht!”.

W jednym z barów w Pattai pracowała koleżanka Barbie. Nazwijmy ją Sindy. Jak ona miała dobrze! Barbie obserwowała związek przyjaciółki z dwa razy starszym od niej Niemcem. W Tajlandii spędzał tylko pół roku, ale przez cały rok dawał jej pieniądze, za które utrzymywała siebie i rodziców. To był właśnie mężczyzna, jakiego potrzebowała Barbie.

Postanowiła spróbować.

Bar był pod gołym niebem, z czerwonym światłem, stołem bilardowym na środku i kontuarem wychodzącym na ulicę. Barbie w czarnej minisukience siedziała niepewnie na wysokim stołku jak na wystawie.

Jak to się robi?

Dokładnie pamięta trzy pierwsze próby.

Za pierwszym razem pomogła koleżanka.

– Idź z nim – wskazała jakiegoś dużego blondyna w hawajskiej koszuli. Złapał ją za rękę i poprowadził do pokoju w pobliskim hotelu. Posiedzieli tam chwilę sztywno w świetle jarzeniówki. On coś do niej mówił, ona nie rozumiała. Nagle wręczył jej pięć tysięcy bahtów i pokazał drzwi. Stała w progu, wahając się chwilę, ale w końcu oddała mu banknoty. Przecież nic nie robili.

– Jaka jesteś głupia! Trzeba było wziąć pieniądze – śmiała się Sindy, kiedy Barbie wróciła do baru. Podobno on chciał tylko sprawić, żeby jego dziewczyna była zazdrosna.

Za drugim razem Barbie nie miała tyle szczęścia. Żylasty wytatuowany staruszek od razu się rzucił, żeby zdjąć z niej kusą sukienkę. Uciekła. Mężczyzna zrobił w barze awanturę, zażądał zwrotu pieniędzy. Na szczęście była koleżanka. Wytłumaczyła menedżerce, że Barbie musi trochę potrenować, najlepiej, żeby zaczęły od razu. Zaprowadziła ją do pokoju hotelowego, w którym na łóżku leżał jakiś mężczyzna, i pokazała jej, jak się uprawia seks oralny. Barbie spróbowała, lecz od razu zachciało się jej wymiotować. Wybiegła. Mimo protestów klienta i koleżanki. To było trudne. Trudniejsze, niż myślała.

Za trzecim razem trafiła lepiej. Mężczyzna był młody i bardzo przystojny. Przez cały wieczór mówił do Barbie: „Pretty!” i „Marry me!”, głaskał ją po policzku, łapał za rękę. Spała z nim i to było miłe. Obudziła się z uczuciem, że w jej życiu zdarzyło się coś dobrego. Ale on miał kaca i był już w gorszym humorze. Rzucił w nią czarną sukienką i powiedział, żeby sobie poszła.

Później próbowała jeszcze z paroma klientami i za każdym razem kończyło się ucieczką. Po kilku tygodniach powiedziała, że rezygnuje. Menedżerka zaprowadziła ją na zaplecze, nalała jej whisky do szklanki i zaczęła przekonywać, że właśnie marnuje największą życiową szansę. Jest piękna jak lalka, mogłaby zarobić spore pieniądze, a nawet wyjść za mężczyznę z Europy. A tak zaraz spotka kolejnego tajskiego pijaka bez pieniędzy, który będzie miał trzy żony i zmarnuje jej życie. Prostytucja to szansa, którą ma się tylko w młodości, a ona ma już dwadzieścia cztery lata, więc najwyższy czas.

Ale Barbie czuła, że chce mieć teraz kogoś na stałe. Wróciła do Bangkoku, zaczęła spotykać się z Tajem. Wspierał ją finansowo i był przy niej, kiedy go potrzebowała. Aż do momentu, gdy zrobił dziecko innej kobiecie.

Kolejna ucieczka. Tym razem do małego miasta na północy. Chciała odpocząć, odetchnąć chłodniejszym górskim powietrzem. Jednak w życiu córek z Isanu nie ma czasu na odpoczynek. Co chwilę dzwoni telefon, a w słuchawce głos z drewnianego domu sucho recytuje, co trzeba kupić i za ile. Barbie zamieszkała u koleżanki. Po kilku dniach usłyszała, że musi się dokładać do czynszu. Ale z czego niby ma się dokładać? Okazało się, że koleżanka też pracuje w barze.

– Co za problem, wszystkie to robimy! – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Przecież nie będę sama pracować, żebyś mogła tu mieszkać!

Dziewczyny z baru koleżanki były smukłe, wciśnięte w błyszczące sukienki, włosy miały długie i lśniące. Czasem wpadały po pracy na drinka. Rozmawiały głośno i dużo się śmiały, a w przerwach tłumaczyły Barbie, że jeżeli chce z nimi pracować, to musi przejść okres próbny. Trochę poćwiczyć, pozbyć się lęku i obrzydzenia. Najlepiej, jak same będą przyprowadzać jej mężczyzn do domu.

Szybko przeszły od słów do czynów. Pierwszy klient był Tajem, miał przyjemnie miękkie dłonie. Barbie sporo już wypiła. Alkohol pomaga, kiedy trzeba z udawaną czułością dotknąć obcego mężczyzny. Dostała pięćset bahtów. Kolejni zostawiali jej tyle samo. Dopiero po kilku miesiącach zorientowała się, że klienci tak naprawdę płacili po dwa tysiące. Różnicę zabierały koleżanki. Na przeprosiny zaprosiły ją wreszcie do pracy w swoim barze.

Alkohol pomagał. Po kilku miesiącach miała już paru stałych klientów. Do dzisiaj nie jest w stanie stwierdzić, który z nich ją oszukiwał, że używa prezerwatyw. I z którym zaszła w ciążę. Nie chciała dziecka nieznajomego klienta, ale nie wiedziała, co robić. Więc piła. I piła. I piła jeszcze więcej. Aż pewnego dnia, gdy była bardzo pijana, pośliznęła się w łazience i wypłynęło z niej coś czerwonego. Po trzech dniach wróciła do pracy.

Akurat tego wieczoru do baru przyszedł Pieter, starszy mężczyzna z Holandii. Postawił jej drinka, a ona, zamiast się uśmiechać zachęcająco, zaczęła strasznie płakać.

Pytał, co się stało.

Wyciągnął słownik tajsko-angielski.

Wyszukała w nim słowa:

syn

matka

wieś

długi

pieniądze

praca

bar

ciężko

zdrowie

złe

Czy Pieter dzięki tym kilku słowom zrozumiał, co czuje? Chyba tak, bo obiecał, że jej pomoże. Powiedział, że będzie jej dawał pieniądze na życie i dla rodziny, jeżeli z nim zamieszka. Zgodziła się. Kupił jej bilet na samolot do Bangkoku, żeby przywiozła swoje rzeczy. Razem pojechali odwiedzić jej syna. Rodzice czekali przed drewnianym domem i byli zachwyceni.

Tylko że Barbie szybko zaczęła się z Pieterem kłócić. On był już po sześćdziesiątce i musiał brać viagrę. Działała przez cztery godziny. Nie wiadomo, dlaczego się uparł, żeby łykać tabletkę tuż przed snem, i prosił, żeby go w porę obudziła. Ale ona często też po prostu zasypiała. Rano był wściekły.

– Za co ja ci płacę! – krzyczał.

A potem z tych krzyków wynikło, że ma w Tajlandii jeszcze wiele kobiet, które chętnie przyjdą i go obudzą, kiedy viagra zacznie działać. Chciał nawet zaciągnąć do łóżka sprzątaczkę. Na początku dawał Barbie od dwudziestu do trzydziestu tysięcy miesięcznie. A potem poznał kolejną dziewczynę i Barbie dostawała tylko pięć tysięcy. Na co to niby miało starczyć? Odeszła.

Kolejnym chłopakiem z baru był Richard ze Szkocji. Tego naprawdę pokochała, chyba jego jedynego w życiu. Ale on raczej jej nie kochał, bo po trzech miesiącach znajomości pewnego dnia po prostu nie przyszedł do baru. Słyszała, że przeprowadził się na wyspę Ko Samui.

Potem było jeszcze wielu. Mężczyźni przychodzili i wychodzili, nic już do nich nie czuła – ani obrzydzenia, ani miłości. Tylko czasami ją bolało, kiedy miała wyjątkowo dużo klientów. A czasami, kiedy klientów było zbyt mało, myślała o swoim życiu i czuła, że wszystko jest nie tak, jak powinno być. Nie tak jak wtedy, gdy przez chwilę mieszkała na wsi z rodzicami i synem.

Może innym ta praca przychodzi łatwiej?

Kiedy