Opis

Paweł Majka, dwukrotny laureat Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, powraca do Uniwersum Metra 2033, by swoją nieokiełznaną wyobraźnią uchylić kolejne zasłony skrywające Kraków A.D. 2033!

Horda jednomyślnych pod wodzą Króla dokończyła dzieła Pożogi. Zabrała ze sobą i poprowadziła ku zagładzie większość z tych, którym udało się przetrwać pierwszy kataklizm. Nowa Huta opustoszała – upadła Federacja i Muzeum. Kombinat poniósł ogromne straty, a ze wschodu, z radioaktywnej pustyni, ciągną nowe przerażające formy życia. Jedyną nadzieją jest nienarodzone dziecko Króla i Ewy – za wszelką cenę należy je sprowadzić do Kombinatu. Chętnych, by posiąść dziecko, jest jednak wielu, a najpotężniejsza z nich wydaje się istota żyjąca pod Wawelem.

Paweł Majka zaprasza nas do przeżycia nowej przygody w ruinach postapokaliptycznego Krakowa – niegdyś miasta polskich królów. W roku 2033 ma ono zupełnie innych włodarzy… Nowa powieść Pawła Majki wciąga, zaskakuje i zwodzi – uważajcie! Wiele rzeczy wcale nie jest takimi, jakimi się wydają.

Dmitry Glukhovsky

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2016 Copyright © Paweł Majka, 2016 All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Uniwersum Metro 2033 Dmitry Glukhovsky, 2009

Redakcja Piotr Mocniak

Korekta Pracownia 12 A

Projekt okładki Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii Jacek Doroszenko | www.doroszenko.com

Plan Krakowa Leonid Dobkacz

Konwersja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2016 Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65315-88-5

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media

Prolog

Potem nie potrafił sobie zbyt wiele przypomnieć. A przecież jego dawni towarzysze pomagali mu, jak mogli. Najpierw tylko zadawali pytania. Gdy to nic nie dało, bo zamiast odpowiadać, potrząsał głową i poddawał się atakom histerycznego śmiechu, zaczęli go bić. Pierwszego ciosu prawie nie poczuł, uderzenie dłonią w policzek miało go tylko rozbudzić i uświadomić mu, że powinien traktować sprawę równie poważnie jak ci, którzy przyszli go wysłuchać.

Zdaje się, że rozzłościł ich, gdy znowu się roześmiał. Nie rozumieli, że ani mu w głowie z nich kpić. Bardzo chciał im wszystko opowiedzieć, bo w ten sposób również sobie wyjaśniłby, co właściwie się stało. A przecież pamiętał tylko przebudzenie: jak leży na poboczu, bolą go plecy i głowa i nie może przestać się śmiać.

Po pierwszym uderzeniu posypały się kolejne. Bili coraz mocniej, zapamiętale. Głównie ze złości i frustracji. Gdy wywrócił się razem z krzesłem, do którego go przywiązali, nie podnieśli go, ale zaczęli kopać. Już nie zadawali pytań, tylko go wyzywali. Aż reszcie ktoś rozsądniejszy musiał wpaść między nich i siłą odciągnąć od więźnia.

Wtedy podarowano mu nieco wytchnienia. Przyszedł nawet lekarz. Pomamrotał coś, nawet nie spróbował łagodzić bólu, tylko opatrzył rany. Więzień zemdlał, gdy przemywano mu głębokie rozcięcie na plecach spirytusem.

Gdy się ocknął, znów zadano mu pytania. Podczas tej jednostronnej rozmowy zerwano mu paznokcie z trzech palców lewej stopy. Tracił przytomność za każdym razem, a gdy ją odzyskiwał, nadal potrafił tylko się śmiać. A przecież bardzo się starał tego nie robić. Ten śmiech doprowadzał go do szału, sprawiał ból niemal równie wielki jak tortury. Wydawało mu się, że każdym spazmem histerycznego rechotu jego organy wewnętrzne są szarpane i rozrywane. Nabrał pewności, że zabije go albo ten śmiech, albo gniew przesłuchujących.

Nie wiedział, ile czasu minęło. Może kilka godzin, a może dzień? Ledwie odzyskał przytomność tego, a może już następnego wieczora – trudno to było ocenić w ciasnej, podziemnej klitce – wepchnęli mu w usta kawał sztywnej szmaty, stopy włożyli do miski z wodą i spróbowali przywrócić pamięć i rozsądek, rażąc prądem.

Osiągnęli tylko tyle, że przestawał się śmiać, gdy jego układ nerwowy płonął od przeciążeń. Nadal nic nie pamiętał.

Wtedy się naradzili. Rozmawiali tak głośno, że nawet on ich usłyszał i zrozumiał. I przestraszył się po raz pierwszy, bo groza tego, co miało nadejść, przebiła się nawet do jego oszołomionego mózgu, który przez cały ten czas trwał pomiędzy ciemnością a histerią.

Tamci kłócili się zawzięcie. Więzień kibicował frakcji obawiającej się, że ostatni, rozpaczliwy sposób, którego chcieli się chwycić, może nieodwracalnie zniszczyć mu umysł. W końcu jednak ulegli. Dali się przekonać nieustępliwością przesłuchiwanego, którą fałszywie interpretowali, a także pokusie, by poeksperymentować na nowy sposób. Uważali się za naukowców, zbawców ludzkości – nie za oprawców.

Przyprowadzili niuchacza.

Więzień nie pamiętał dokładnie, czym było to stworzenie, wiedział tylko, że miał się czego bać. Ale gdy poczuł zimne, oślizgłe dotknięcie myśli tamtego, gdy głód tamtej istoty stał się przez chwilę jego głodem, przypomniał sobie wszystko.

Najpierw niuchaczy. Ofiary eksperymentów, jakie Kombinat przeprowadzał od tygodni, starając się wycisnąć ile się tylko da z potencjału jeńców. Spieszono się, bo najcenniejszy z nich umierał. Nie rozumiano, dlaczego tak się działo – wszak rany, jakie mu zadano, nie były śmiertelne. Ale szybko stało się jasne, że nie pozostało mu wiele czasu.

Utrzymywano go w stałym oszołomieniu, a równocześnie starano się tresować podając narkotyki i uzależniając go od nich. A potem zaczęto przyprowadzać do niego innych jeńców, a jego zmuszać, by zmieniał ich wedle życzeń zarządu Kombinatu. Większość popadała w szaleństwo, kilku próbowało zabić jeńca albo strażników. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę robił z umysłami ofiar. Nie była to już prosta, czysta jednomyślność. Kombinatowi chodziło o osiągnięcie ciekawszych efektów.

Poniekąd się to udało. Wprawdzie ginęło dziewięciu na dziesięciu z tych, których poddano wpływowi naćpanego po uszy, konającego Króla, ale ci, którzy przeżyli, zmieniali się w interesujące bestie. Berserkerów musiano wprawdzie cały czas trzymać w klatkach, bo ich szały bojowe były całkowicie bezrozumne, ale niuchacze zachowali nieco inteligencji. Byli spokojni i potulni.

Gdy Król zmarł, poszatkowano jego ciało. Podobno próbowano nawet wszczepiać fragmenty jego mózgu niektórym jeńcom, ale to musiały być legendy. Nikt w Kombinacie nie znał się na neurochirurgii. Wszyscy ci mieniący się naukowcami ludzie tak naprawdę działali na ślepo. Nie byli ludźmi nauki, ale dziećmi nieznającymi odpowiednich metod i nieposiadającymi odpowiednich narzędzi. Nie tyle prowadzili badania, ile bawili się w wyjątkowo okrutny sposób.

Co nie zmieniało faktu, że niuchacze im się udały.

O ile przesłuchiwany wiedział, istniało ich tylko trzech. Jeden rozwiewał właśnie mgłę w jego umyśle. I nagle przesłuchiwany przypomniał sobie swoje imię. Mikołaj. Dowódca tramwaju bojowego Kombinatu.

Potem poszło już gładko. Pobudzony przez niuchacza mózg Mikołaja przywołał obrazy, które ktoś starał się ukryć albo może wymazać.

Jeńcowi przypomniała się młoda dziewczyna w zaawansowanej ciąży, która przyszła do niego pewnego poranka. Nie powinna się ruszać ze swojej celi, trzymano ją przecież pod strażą. Ale mężczyźni, którzy mieli jej pilnować, przyszli razem z nią. Twarze mieli wykrzywione w nienaturalnych uśmiechach, a wzrok nieobecny. To wtedy Mikołaj poczuł w mózgu to dziwne dotknięcie, nieco przypominające jednomyślność, ale trochę jednak odmienne. Dziewczyna, która nie powinna mieć aż tak wielkiego brzucha, bo przecież minęły ledwie dwa miesiące, odkąd ją schwytali, coś mówiła. Że jest w niebezpieczeństwie, że dziecko, że śmierć, że eksperymenty… Mikołaj ledwie ją słyszał, bo umysł wypełniały mu obrazy bólu i śmierci. Poczuł cudzy lęk i przepełniło go cudze pragnienie ucieczki. A także tęsknota za czymś, czego nie rozumiał. Dojmująca i nieznośna, sprawiająca, że zapragnął natychmiast rzucić się do ucieczki, biec przed siebie, jak najdalej od Kombinatu i Nowej Huty, gdzieś daleko ku wielkiej budowli strzeżonej przez potwory, które w tamtej chwili wydawały mu się braćmi. Gdy dziewczyna wyjaśniła wreszcie, czego oczekuje, usta Mikołaja otwarły się, a tramwajarz usłyszał własny głos oznajmujący, że oczywiście, że pomoże, że zrobi wszystko, czego oczekują. Ona się uśmiechnęła, a umysł Mikołaja na moment ogarnęło uczucie niewyobrażalnej błogości.

Następne, co mu przypomniano, to jak przemykali się ku bramom Kombinatu. Strażnicy, którzy zmienili się w gwardię dziewczyny, zarżnęli wartowników, a potem, zupełnie kretyńsko, wszczęli alarm, strzelając z kusz na wszystkie strony, do kogo popadło. Mikołaj rozpędzał już wtedy tramwaj. Pomagali mu obcy ludzie, zupełni dyletanci. Ale udało się. Gdy obstawa dziewczyny ginęła, oni już śmigali w stronę centrum.

Kombinat rzucił na nich wszystko, czym dysponował. Nawet więcej niż do bitwy przeciwko hordzie Króla. Gdy Mikołaj zdał sobie sprawę, że utracili wszelkie szanse, że pościg z pewnością ich dopadnie, roześmiał się szaleńczo, zakręcił gwałtownie tramwajem, wbijając się w opuszczony posterunek Federacji Schronów Nowej Huty znajdujący się naprzeciw starego kina, o który Federacja tak niedawno toczyła rozpaczliwe boje z szarymi. Metal rozorał dyktę, rozłupał drewno, roztrzaskał surogat podmurówki z fragmentów płyt chodnikowych, ale nie podołał postawionej na sztorc szynie stanowiącej oś posterunku. Cenny pojazd zatrzymał się na niej, stęknął, a potem odbił w prawo i gubiąc równowagę, stoczył się w rów, który był niegdyś jednym z tuneli wykopanych przez ludzi, zniszczonym po bitwie z hordą. Kombinat nakazał rozkopanie części korytarzy, by światło wywabiało niedobitki oszalałych ludzi i zwierząt.

Gdy go dopadli, Mikołaj leżał we wraku rozbitego tramwaju i śmiał się histerycznie.

Dopiero teraz, dzięki pracy niuchacza, przesłuchujący pojęli przyczyny tego śmiechu.

– Oszukała go – głos mężczyzny, w którego niedźwiedziowatej posturze Mikołaj rozpoznał Pitalę, kapitana Straży Wewnętrznej, brzmiał zarazem jak warczenie i jak jęk. – Oszukała nas wszystkich.

Wtedy także Mikołaj zrozumiał. Tej dziewczyny, Ewy, nie było w jego tramwaju. On miał tylko odciągnąć pościg, zaangażować wszelkie siły Kombinatu, żeby zdołała uciec inną drogą. Wszystko pozostałe było ułudą oszukanego umysłu. Znów, jak wtedy gdy roztrzaskał tramwaj, zaczął się śmiać.

– Co z nim? – zapytał jeden z oprawców.

– Biedny dureń. Ale oficjalnie zdrajca. Jeżeli nie jest wam już potrzebny, możemy zrobić tylko jedno – odparł Pitala.

– Niuchacze mogliby się nim pobawić – zaproponował ktoś. – Zawsze jest szansa, że dowiemy się czegoś nowego.

– Zatem niuchacze – zdecydował Pitala i wyszedł. A wraz z nim wszyscy, poza tymi, którzy mienili się naukowcami.

Zachęcony niuchacz znów wtargnął w umysł Mikołaja, wyszukując wszystkie wspomnienia i tęsknoty, lęki i każdą zawstydzającą mężczyznę chwilę, o jakiej ten starał się zapomnieć. A Mikołaj śmiał się mimo to. Śmiał się, bo uznał, że wszyscy zostali oszukani na dziesiątki sposobów i że to dopiero początek kłopotów.

Aż wreszcie niuchacz dotarł do echa owej tęsknoty, którą Mikołaj poczuł podczas kontaktu z dziewczyną. I teraz potwór zatrząsł się ze zgrozy, bo dopadła go niezrozumiała dla człowieka tęsknota, by w mgnieniu oka wypełnić go niczym ogień, którego nic nie zdoła ugasić.

Niuchacz odskoczył od Mikołaja. Ku zdumieniu i przerażeniu swoich twórców uciekł w kąt pokoju przesłuchań, skulił się i zaczął przejmująco skowyczeć.

A Mikołaj śmiał się coraz głośniej i gwałtowniej. Wbrew sobie, bezmyślnie. „Naukowcy” spoglądali to na niego, to na niuchacza, aż wreszcie uciekli, zostawiając obu z ich szaleństwem.

Część pierwsza

Człowiek obiecany

Rozdział 1

Najważniejsza na świecie jest miłość.

To znaczy zaraz po jedzeniu, piciu i paru solidnych tonach żelbetonu nad głową, zapewniających bezpieczeństwo przed zabójczym wiatrem ze wschodu oraz apetytami nocnych. Gdy człowiek ma już wszystko to, co zapewni mu przeżycie, zaraz zaczyna mu brakować czegoś więcej. I wtedy, jeśli ma pecha albo szczęście, pojawia się miłość.

Szurnięty Stach siedział w swoim bezpiecznym i wcale nieźle zaopatrzonym „pałacu”, gapiąc się na kartkę papieru, na której nabazgrał portret ukochanej. Jajowata głowa przykryta na czubku czymś, co równie dobrze mogło być włosami, jak i ośmiornicą, upiększona została twarzą składającą się wyłącznie z ogromnych oczu i ust. Nawet ktoś tak bezkrytyczny wobec siebie jak Stach musiał przyznać, że kompletnie nie radzi sobie z rysowaniem nosa. Zrezygnował więc z niego. Bezpośrednio spod głowy wyrastała para ogromnych piersi, pod którymi od razu rozkwitał bujny krzew trójkątnego bohomazu. Całość nie przypominała człowieka, nawet wedle dość zaniżonych po Pożodze standardów, jednak siła wyobraźni i wspomnień Szurniętego Stacha pozwalała mu widzieć ukochaną, tak jak ją zapamiętał, ilekroć spojrzał na portret.

„Ninel” – szeptał, a zafałszowane przez szaleństwo i upływ czasu wspomnienia napływały natychmiast i znów widział najpiękniejszą kobietę świata tańczącą z nim w ramionach, całującą go namiętnie bądź spoglądającą na niego pełnymi miłości oczami. Stach nie widział powodu, by nie ubarwiać nieco wspomnień, tak jak ubarwiał swoje spojrzenie na cały otaczający go świat. Dawno już uznał, że skoro rzeczy nie zawsze są takie, jakie być powinny, można trochę pomóc rzeczywistości wyobraźnią. Dzięki temu mógł „pamiętać” wiele upojnych chwil z Ninel, szaloną wojowniczką, która przybyła do niego, by przenocować w jego „pałacu” i na zawsze skraść mu serce. Popijał więc wino zrobione przez popielnych i po raz kolejny przeżywał wszystkie te upojne chwile, które nigdy nie miały miejsca, a które niespodziewanie przydały jego życiu sensu.

Ostatnie miesiące nie były dla Szurniętego najlepsze. Jeden prawie cały spędził, kryjąc się przed łowcami Kombinatu. Nie dość, że najpierw przez okolicę przetoczyła się horda jednomyślnych, porywając niemal wszystkich, którzy nie zdążyli przed nią uciec, to potem, po dwóch tygodniach względnego spokoju, Kombinat postanowił wyłapać niedobitki.

Gdy zagon hordy przebiegł przez ruiny, Szurnięty Stach także poczuł dotknięcie jednomyślnych. Przepełniony obietnicami zew dotknął jego umysłu i odbił się od niego. Choć samozwańczy dziedzic imperium Konopków pozostawał dla jednomyślności niczym otwarta księga, równocześnie na swój sposób był na nią odporny. Wzruszył więc ramionami i wygnał hordę ze swoich myśli wyobrażając sobie, jakby to było fajnie przetrzebiać ją wraz z Ninel.

Z łowcami Kombinatu nie poszło mu już tak łatwo. Dzięki wziętym do niewoli popielnym ci z Kombinatu dowiedzieli się o istnieniu Szurniętego Stacha, jego powiązaniach z Farmą Konopków mieszczącą się w podziemiach Szpitala Rydygiera, a także o większości jego kryjówek. I choć znaczna część popielnych utrzymywała, że Stach zmyślił wszystko, co opowiadał o Konopkach, to jednak ktoś w Kombinacie uznał, że gra jest warta świeczki.

A to dlatego, że Konopkom udało się oprzeć tak hordzie, jak i Kombinatowi. Hordzie być może dzięki temu, że Farmę ominęła główna fala jednomyślnych. Kombinatowi zaś dzięki silnym umocnieniom, fanatyzmowi wyhodowanych na Farmie wojowników i strategicznemu sojuszowi z tymi, których Ninel nazywała faszystami. Szalony Stach też zaczął ich tak nazywać, ale nigdy nie robił tego w obecności tych ogolonych na łyso, wytatuowanych w dziesiątki starożytnych, pogańskich symboli i zawsze uzbrojonych po zęby osiłków. Zdaniem Stacha musieli być szaleni oddając cześć rozmaitym Perunom i Swarożycom – bóstwom, które wymarły wieki przed Pożogą. Nie można jednak było odmówić łysolom skuteczności.

Nieustępliwość Farmy sprowadziła na Stacha kłopoty. I choć czuł się mile połechtany faktem, że wreszcie ktoś uwierzył w jego królewskie pochodzenie, sukces ten oznaczał, że musiał na jakiś czas porzucić pałac i ukrywać się w plątaninie podziemnych korytarzy, które kopał przez ostatnie dwanaście lat. Łączył je czasem potajemnie z korytarzami popielnych, tworząc szalony labirynt, w którym tylko on się orientował. A i to nie zawsze.

Przez dwa tygodnie spał w paskudnych, śmierdzących ziemiankach, marząc o powrocie do swego pałacu. A gdy wreszcie łowcy Kombinatu skapitulowali i Szurnięty Stach mógł wrócić do domu, ten wydał mu się pusty i ponury. Nie dlatego, że ci z Kombinatu ukradli wszystko, co celowo zostawił niepoukrywane, by wydawało im się, że odnieśli nie wiadomo jaki sukces. Szurnięty raz-dwa otworzył nietknięte, sprytnie zamaskowane schowki i w ciągu godziny ponownie napełnił wszystkie pomieszczenia śmieciami, które tak kochał. A jednak nie był szczęśliwy, bo wciąż tęsknił za Ninel.

Męczył się przez kolejny miesiąc. Od faszystów dowiedział się o wielkiej bitwie i upadku hordy oraz Federacji i Muzeum. Świat najwyraźniej bardzo się zmienił i Szurnięty czuł, że jego ukochana musiała mieć z tym wiele wspólnego. Spróbował dowiedzieć się czegoś o niej na Farmie, ale tam albo rzeczywiście nic nie wiedzieli, albo ukrywali przed nim prawdę. Wartownicy, którzy tym razem nie przepuścili go przez bramy, i owszem, zainteresowali się Ninel i oświadczyli, że patriarcha z pewnością zapłaciłby dobrą cenę za tak silną i zdrową kobietę. Stach sklął ich i odszedł. Przez kolejny tydzień przeżywał męki, aż wreszcie uznał, że dłużej tak nie może, i podjął decyzję.

Wyruszy szukać Ninel.

Nigdy dotąd nie zapuszczał się dalej niż pół dnia drogi poza pałac. Żył z tego, co udało mu się znaleźć bądź ukraść, ze sprzedaży popielnym nic niewartych śmieci, które potrafił łączyć na cudaczne sposoby, tworząc zabawki oparte na dźwigniach i wiatrakach. Popielni uważali, że miały one działanie magiczne, i płacili za nie żywnością i alkoholem. Czasem Stachowi udawało się od nich wykupić jakąś w miarę zdrową dziewczynkę, za którą dostawał dobrą cenę na Farmie. Podróżował niechętnie, przyjmując nie bez racji, że dłuższe wędrówki zawsze wiązały się z niebezpieczeństwem.

Dlatego przygotował się starannie. Wygrzebał plecak turystyczny, prawdziwy skarb ze starych czasów, zaopatrzony w porządne szelki i pasy, które dawały się regulować i zapinać, by lepiej trzymał się ciała. Zapełnił go jedzeniem poupychanym w starych puszkach, drzazgami na opał, kilkoma butelkami wódki na handel, dwoma butelkami oleju do lampy i jeszcze paroma drobiazgami, do których był przywiązany. Przypiął jeszcze śpiwór i namiot. Co do tego ostatniego nie miał pewności, czy jeszcze się do czegoś nadaje i czy w ogóle będzie umiał go rozbić. Od dnia kiedy się znalazł w jego rękach, nie wyjmował go nawet z ochronnej folii, na której wciąż pozostała naklejka z ceną.

Podniósł plecak i prawie upadł pod jego ciężarem. Westchnął. Co też z człowiekiem wyprawia ta miłość! Napił się wódki dla nabrania sił i jeszcze raz spróbował wstać. I tym razem dał radę.

Po kilku minutach czołgania tunelem, w którym na powrót musiał zdjąć plecak, by ciągnąć go za sobą, wyszedł nareszcie na powierzchnię. Pospiesznie zapiął kurtkę pokrytą osłoną z połączonych na gorąco starych worków foliowych, narzucił na głowę głęboki kaptur i założył przyciemniane gogle narciarskie, bo słyszał kiedyś, że letnie słońce potrafi oślepić. Nigdy nie widział świata na zewnątrz bez osłony, która przytłumiała kolory, toteż bez względu na pogodę wydawał mu się on nieco ciemniejszy i bardziej ponury. Jego pałac był zdecydowanie przyjemniejszym miejscem.

Obrócił się jeszcze raz, by spojrzeć na swoją siedzibę. Westchnął. Jaki to pech, że miłość była jednak najważniejsza na świecie, ważniejsza nawet od jedzenia, picia i bezpieczeństwa, jaką dawał porządny schron. Łyknął znów wódki z manierki i wyruszył na poszukiwania ukochanej. Wiedział, że Ninel musi gdzieś na niego czekać i tęsknić równie mocno jak on. Spodziewał się zastać ją w niewoli u jakichś wyjątkowo wrednych drani (oby nie u kanibali, nie wiedział, jak poradziłby sobie z kanibalami, których bał się szczególnie). Wydawało mu się, iż to nawet dobrze, że będzie mógł ją uratować i ostatecznie zasłuży sobie na jej dozgonne oddanie.

Na początek skierował się ku siedzibie czerwonych. Skoro Ninel była komunistką, może wiedzieli coś o jej losie? Wprawdzie faszyści utrzymywali, że cała komuna została porwana przez hordę, ale Szurnięty Stach nie wierzył im w tej sprawie. Jeśli Pożoga i wszystkie następujące po niej katastrofy czegoś go nauczyły, to tego, że zagłada nigdy nie jest ostateczna. Zawsze coś zostawało. Niedobitki, które starały się odtwarzać cywilizację, albo przynajmniej jakieś łupy do zebrania.

Zerknął odruchowo na niebo i zamarł. Dwa ciemne punkty szybowały tam po nierównych, ale wyraźnie celowych trajektoriach. Ptaki! Nie potrafił ocenić, czy to drapieżniki. Instynkt podpowiadał mu, że powinien natychmiast poszukać schronienia, że tam gdzie są dwa ptaki, zaraz może pojawić się całe ich stado. A jednak nie ruszył się z miejsca.

Pamiętał czas, gdy niebo wydawało się miejscem pełniejszym życia niż ziemia. Choć Pożoga i je obróciła w ruinę, oczyściło się szybciej. Miasta wciąż pokryte były pyłem, budynki nie podniosły się z upadku, a ludzie prawie w nich już nie mieszkali, preferując piwnice, schrony i wąskie, ciemne korytarze, na wykopanie których mieli dwa dziesięciolecia. Nikt nie budował już domów próbujących sięgnąć nieba, nikt nie wysyłał samolotów ponad chmury. Nawet wszechobecne niegdyś sygnały radiowe nie krążyły teraz w powietrzu.

Przetrwały tam tylko owady i ptaki. Kiedy opadł zabójczy pył, powróciły na odnowione niebo i zajęły je na wyłączność. Zamiast jednak stać się znakiem odnowy, okazały się jeszcze jednym symbolem klęski ludzi – istot, które same sobie odcięły skrzydła.

A jednak ludzie przetrwali. I może udało im się nawet lepiej niż ptakom, bo tych było teraz niewiele na nowohuckim niebie. Do dwóch przyglądających się Szurniętemu Stachowi nie dołączyły następne. Nie pojawiło się żadne stado. Najpierw Król zgarnął dla siebie wszystkie, tak jednomyślne, jak i niejednomyślne, a potem Kombinat wybił te, które nie zdołały uciec.

Natchniony wiarą w zdolności przystosowawcze ludzkości, opierającą się między innymi na wybitnej zdolności zabijania wszystkiego, co ośmielało się żyć w jej pobliżu, Szurnięty Stach zmierzał ostrożnie ku terenom Nowej Huty, których nigdy dotąd nie odwiedzał, a które znał jedynie z opowieści. Wiedział na przykład, że powinien trzymać się z dala od ronda Czyżyńskiego, gdzie mieszkali kanibale, oraz że lepiej uważać na siebie w okolicach Teatru Ludowego, największego legowiska nocnych. Do Ronda nie zamierzał się zbliżać, natomiast teatr postanowił minąć, cały czas się czołgając. Zmarnował przy tym mnóstwo czasu i sił, kompletnie nie radząc sobie z sinymi pnączami, porastającymi tę okolicę znacznie ściślej i gęściej niż siedliska plemienia Wandy, w którego sąsiedztwie mieszkał. Klął na czym świat stoi, przebijając się przez ten gąszcz, i tak w nim zmitrężył, że ani się obejrzał, a zastała go w nim noc. W samym środku terytorium upiorów!

– Coś musisz teraz zrobić, brachu – szepnął sam do siebie, gdy dotarły do jego uszu pierwsze niepokojące odgłosy, świadczące, ze nocni zaczęli wychodzić ze swoich dziennych kryjówek. – Myśl szybko, albo przepadniesz!

Jakkolwiek jednak wysilał umysł, zdobył się tylko na to, by skulić się wśród pnączy i wstrzymywać oddech na tak długo, jak to tylko możliwe, by czynić jak najmniej hałasu. Bał się, że jeśli choćby drgnie, tamci mogą go usłyszeć. Nie obawiał się natomiast, że wyczują jego zapach. Podczas przedzierania się przez siny las rozeźlony przeciął kilka pnączy, a one mściwie spryskały go cuchnącym sokiem. Pachniał więc teraz jak siny las. W myślach pobłogosławił swą zapobiegliwość i spryt, natychmiast uznając, że ów atak złości, podczas którego siekł wszystko w okolicy starą, kupioną od faszystów maczetą, był w istocie zaplanowanym atakiem, efektem słynnej przemyślności Szurniętego Stacha.

Teraz bał się choćby sięgnąć po maczetę spoczywająca w pochwie przypiętej do pasa. To przecież także byłby jakiś ruch, a ruch mógł stać się zalążkiem dźwięku.

Leżał więc, drżąc na całym ciele. Pierwszy raz przebywał nocą poza bezpiecznym schronieniem, na zewnątrz, pod gołym niebem, z którego również dobiegały ciekawskie pokrzykiwania jakichś istot. Odkrył, jak pełen dźwięków jest nocny świat. W dzień nie dobiegało ich aż tyle, jakby światło tłumiło je w jakiś magiczny sposób. Gdy zabrakło słońca, każdy szelest nabierał mocy i stawał się słyszalny dla Stacha. Słyszał kroki miękkich łap, jakieś popiskiwania, szelest nagle pobudzonych skrzydeł. Prawie krzyknął, gdy jego uszu nagle dobiegło gniewne warknięcie w pobliżu.

Spędził tak całą noc. Czasem zapadał w drzemkę, by zaraz budzić się z niej ze strachu, że coś może go dopaść we śnie. Nic jednak go nie dopadło. Gdy wstało słońce, odczekał jeszcze, aż wzniosło się wyżej, ostatecznie przeganiając noc, i wreszcie spróbował podnieść się z ziemi. Zajęło mu to chwilę, bo przeciw woli Stacha buntowało się całe jego ciało. Łyk wódki rozgrzał go i dodał mu sił. Zdołał usiąść. Potem podczołgał się pod ruiny najbliższego bloku, z ulgą oparł o nie plecy i wyjął z kieszeni kurtki porcję suszonego mięsa, by z satysfakcją zacząć je przeżuwać.

– Nie dopadli cię! – mruknął. – Z wprawą zamaskowałeś się między pnączami, bohatersko nie drgnąłeś przez całą noc. Choć kusiły cię dźwięki szalonych syren, choć podchodzili cię nocni łowcy, nie uległeś pokusie ani strachowi. Wykonałeś plan i przetrwałeś.

W nagrodę za swoje męstwo pociągnął z manierki.

– Teraz powinieneś się przespać. Ale wtedy pewnie będziesz spał do nocy i wszystko się powtórzy. Musisz więc ruszać dalej.

Jęknął, wstając. Noc spędzona w lesie nie należała do relaksujących. Miłość jednak przydała mu sił. Spróbował spojrzeć w niebo w poszukiwaniu ptaków, które widział poprzedniego dnia, ale splątane pnącza przesłaniały mu widok. Wprawiło go to w ponury nastrój. Ruszył szybszym tempem, niż początkowo zamierzał. I choć klął przy każdym kroku, udało mu się je utrzymać.

Nawet nie zauważył, że bał się nieco mniej niż pierwszego dnia podróży. A przez to zrobił się także mniej ostrożny. I przegapił mężczyznę, który wyłonił się z ruin Teatru Ludowego, by ruszyć jego tropem. A przecież był to prawdziwy olbrzym, uzbrojony w charakterystyczny, przesadnie potężny topór. Stach rozpoznałby go natychmiast.

Gdyby tamten chciał, by go dostrzeżono.

Rozdział 2

Szurnięty Stach błądził blisko godzinę, nim udało mu się znaleźć przedszkole komunistów. Pamiętał je z dzieciństwa, kiedy wszystkie budynki naokoło wydawały się takie same. Przybysze z Krakowa krążyli między nimi zagubieni. Nie pomagała im ani specyficzna architektura Nowej Huty, ani chaotyczne dla nich nazwy osiedli i numery domów. Nie potrafili rozpoznawać drobnych szczegółów oczywistych dla każdego tubylca znającego na pamięć topografię swojego miasta.

Pożoga przekształciła urodę Nowej Huty, odmieniając każdy z podobnych niegdyś budynków. Jedne zawaliły się kompletnie, inne tylko częściowo. Niektóre spłonęły doszczętnie, większość straciła dachy i okna. Potem ogołacano je ze wszystkiego, co mogło się przydać Federacji. W efekcie, dwadzieścia lat po Pożodze, Nowa Huta przypominała olbrzymią twierdzę pełną zrujnowanych kaszteli i baszt, opanowanych obecnie wyłącznie przez rośliny, które piętro po piętrze zdobywały niegdysiejsze ludzkie schronienia. Na ulicach i parterach budynków dominował oczywiście siny bluszcz, ale wyżej rozpanoszyły się mchy, wcześniej często uprawiane na ścianach domów przez Federację, która potrafiła je przerabiać na dodatek do papki żywnościowej. Na rozsypujących się balkonach Stach dostrzegał wpijające się w szczeliny, obsypane dziwnymi czerwonymi owocami krzewy, a nawet młode rachityczne drzewka, zapewne także doglądane przez Federację.

To bogactwo życia oszołomiło go. Mieszkańcy Federacji żyli w przepychu niedostępnym dla popielnych. W okolicach Wandy każda roślina stanowiła skarb. Ludzie albo pożerali ją, albo ostrożnie wykopywali i starali się posadzić w prowizorycznych donicach, które Stach produkował ze śmieci, wykorzystując okazję niezłego zarobku. Nie istniało nic takiego jak dobro wspólne; najdrobniejszy pęd trawy, który ktoś zostawił w spokoju, stawał się łupem kogoś innego. Tylko pnączami sinego lasu nikt się nie interesował.

W Federacji spokoju roślin strzegła władza. Twardzi, bezwzględni ludzie, wysyłający żołnierzy, by karali każdego, kto bez zezwolenia zaburzył roślinny spokój. Choć Stach cenił swoją wolność, ten jeden raz zaczął sobie wyobrażać, jak by to było żyć w takim bogactwie.

No cóż, przekona się, gdy tylko wreszcie uznają jego prawa wśród Konopków. Zamieszka wtedy między nimi ze swoją Ninel bogaty jak nigdy w życiu.

Na razie błąkał się wśród ruin, starając się przywołać wspomnienia z dzieciństwa i porównywać je z nową topografią miasta. Nie przychodziło mu to łatwo, ale wreszcie odnalazł ruiny przedszkola.

Długo stał przed wejściem, nim zdecydował się wejść do środka. Tu mogła czekać na niego Ninel i myśl ta zaskakująco go onieśmielała. Dodatkowo oszałamiała Stacha cisza. Kiedy sam się nie poruszał, nie było w okolicy nikogo, kto wydawałby jakiekolwiek dźwięki. Nie wiał tu teraz nawet wiatr. Zabrakło ludzi i zwierząt. Horda jednomyślnych dokończyła dzieła Pożogi. Zabrała ze sobą i poprowadziła ku zagładzie większość z tych, którym udało się przetrwać pierwszy kataklizm.

– Cóż – szepnął Stach onieśmielony brakiem tych dźwięków, które napawały go takim strachem w nocy. – Jeśli ja i Ninel nie zaludnimy tej ziemi na nowo, stanie się ona światem roślin.

Zachichotał i tak przezwyciężył onieśmielenie.

Drzwi przedszkola ustąpiły zaskakująco łatwo. Nikt ich nie strzegł, co może dałoby Stachowi do myślenia, gdyby nie porwało go teraz podniecenie na myśl o możliwości rychłego potkania z Ninel. Wewnątrz przedszkola nie czuł się zagubiony. W dzieciństwie chodził wprawdzie do innego, ale w czasach gdy powstawały te placówki, wszystkie budowano w ten sam sposób. Bez trudu odnalazł schody prowadzące w dół ku schronowi i dopiero na widok jego otwartych na oścież wrót zamarł.

Prawie wyrwano je z zawiasów. Ciężkie żelazne drzwi wyszarpnięto, wybito na zewnątrz. Nie padły ofiarą ataku kogoś, kto przybył spoza przedszkola. To mieszkańcy schronu musieli w panice z niego uciekać. Czyżby poddali się szałowi jednomyślnych? A może wyhodowali wśród siebie jakiegoś potwora? Albo coś przerażającego wypełzło spod ziemi, w której, jak wszyscy inni ludzie, którzy przetrwali Pożogę, kopali coraz głębsze i dalej sięgające korytarze?

Nieznośna wyobraźnia podsuwała Stachowi dziesiątki scenariuszy, każdy wydawał się straszniejszy od poprzedniego. Zamknął oczy i dziesięć razy powtórzył szeptem imię Ninel. To pomogło mu zapanować nad galopadą coraz bardziej rozszalałych myśli. Wyobraźnia, która, w jego mniemaniu, dawała mu taką przewagę nad innymi, czasem potrafiła być też problemem.

Niemniej przydała się na tyle, że go otrzeźwiła. Podniecenie zniknęło. Wyjął z plecaka lampę olejową. Podkręcił ostrożnie knot, a potem przez chwilę bawił się hubką i krzesiwem, by za pomocą jednej z drzazg przenieść płomyk na knot. Dopiero wtedy, ostrożnie, wszedł w ciemność schronu.

Zaraz natrafił stopą na coś miękkiego. Przykucnął, by oświetlić przedmiot światłem. Szmaciana lalka, całkiem spora. Zdaje się, że miała przypominać pluszowego misia, istotę mityczną dla dzisiejszych dzieci. Odruchowo, wiedziony instynktem zbieracza, wyciągnął rękę ku zabawce. Nie ma takiej rzeczy, której zdolny kupiec nie potrafiłby sprzedać. Zamarł jednak, gdy wydało mu się, że lalka drgnęła. Choć był niemal pewny, że musiało to być złudzenie, być może wywołane drżeniem płomienia w lampie, cofnął dłoń. Kto wie, jakie duchy potrafiły się kryć w zabawce? Skąd ona w ogóle się tu wzięła? Jakie dziecko porzuciłoby taki skarb?

Wyprostował się powoli i jeszcze trochę podkręcił knot. Niech tam, zaoszczędzi na oleju innym razem, w ostateczności wróci do domu po zapasy, gdyby skończyły mu się te, które miał w plecaku. Teraz potrzebował mocniejszego światła.

Pluszowy miś nie był sam. Cały korytarz usiano porzuconymi przedmiotami. W zasięgu wzroku walały się części ubrań, prymitywne narzędzia, puste i pełne toboły. Stach dostrzegł nawet taki skarb jak stary, wyszczerbiony nóż o cienkim ostrzu. Ludzie musieli uciekać stąd w panice, przerażeni tak bardzo, że aż bezmyślnie porzucali swój majątek. Coś takiego nie mieściło się w głowie. Pierwsze, o czym myśleli ludzie wychowani przez Pożogę, to ocalić jak najwięcej przedmiotów, które później mogły im ocalić życie. Stach mógłby jeszcze uwierzyć, że jakieś dziecko zgubiło w tłumie lalkę. Ale ten leżący kilka metrów dalej nóż? Albo tamten bezkształtny strzęp falistej blachy, z której można by zrobić prawdziwe skarby? Albo ten porwany koc? Garnek?

Istniało tylko jedno wytłumaczenie: ci ludzie zwariowali.

Może oszaleli od narkotyków, które produkowali? A może dopadła ich jednomyślność i zmieniła w zwierzęta?

Tak czy owak, należało się strzec. Stach przełożył latarnię do lewej ręki, a prawą wyciągnął maczetę. Coś mogło czyhać na niego w ciemnościach. Może jakiś oszalały od narkotyków człowiek, a może coś jednomyślnego? Przestał wierzyć, że znajdzie tu Ninel, nie mógł jednak ryzykować. Istniała, niechby i maleńka, szansa, że ukryła się z garstką ostatnich obrońców w jakimś głęboko wykopanym bastionie. Jeśli ktoś miał się okazać na tyle silny, by przetrwać zagładę komuny, musiała być to jego Ninel.

Gdy zbliżył się do porzuconego noża, odłożył na moment latarnię i schylił się, by sięgnąć po cenną zdobycz. Cóż, nawet jeśli nie znajdzie ukochanej, wyjdzie stąd lepiej zaopatrzony.

I wtedy kłąb szmat tuż przed nim naprawdę się poruszył. To już nie mogła być gra świateł. Coś tu żyło. Stach wetknął zdobyczny nóż za pas, chwycił lampę i szybko cofnął się o krok.

Kłąb szmat podążył za nim. Pełzł za człowiekiem niewprawnie, kołysząc się na boki, jakby poruszanie sprawiało mu trudność. Aż wreszcie zsunął się na bok i zamarł w bezruchu, a spod niego wyczołgał się przypominający chrabąszcza, ale wielki niczym męska dłoń robal o czarnym chitynowym pancerzyku, sześciu odnóżach i łebku zaopatrzonym w parę chwytnych żuwaczek oraz w długie, przypominające kocie wąsy czułki. Uniósł czarny jak reszta ciała łeb i zamachał cienkimi czułkami.

Stach przyglądał mu się z ciekawością, zastanawiając się, czy strułby się, gdyby przypiekł cielsko robala nad żarem. Pod tym pancerzem musiało znajdować się trochę mięsa. Zjadał już mięso owadów, zwykle okazywało się całkiem smaczne. Może opłacałoby się urządzić tu małe polowanie i zgromadzić zapasy na dłużej?

Dopiero gdy coś rozbłysło na wysokości jego dłoni w świetle lampy, Stach dojrzał, że wyrastające nieprzerwanie z ciała robaka ni to czułki, ni to włosy zbliżały się do niego. Kilka dotarło do butów i wpiło się w ich podeszwy. Inne wspinały się ku jego dłoniom. Stach spróbował przeciąć je maczetą, ale tylko okręciły się wokół jej ostrza. Szarpnął się. Cholerstwa były mocne, nie puszczały.

Dotarło do niego, że to nie on tutaj polował.

Zaklął, jednym skokiem dopadł robala i z całej siły nastąpił na niego, starając się drania rozdeptać. Pancerz stwora pękł z chrzęstem, a robal nim zdechł, wydał z siebie przenikliwy pisk. Włosoczułki natychmiast opadły i odczepiły się od butów i maczety.

– Zadarłeś ze Stachem, to masz za swoje! – zawołał triumfalnie Szurnięty. – Nie tacy próbowali…

Ostatnie słowo dokończył szeptem, bo wydało mu się, że ze wszystkich stron zaczęły dobiegać piski podobne do tego, jakie wydał umierający robal, tyle że mniej rozpaczliwe. Raczej nawołujące.

W kręgu światła rzucanego przez latarnię Stach dostrzegł, że wiele z zalegających na ziemi szmat zaczęło się poruszać. Większe i mniejsze robale wypełzały spod nich, unosząc się na odnóżach i kierując ku człowiekowi włosoczułki.

Nie były jednomyślne. Kilka, najwyraźniej przestraszonych, wybrało ucieczkę w głąb schronu. Ale tych, które postanowiły zapolować, i tak zostało zdecydowanie zbyt wiele.

Stach rozdeptał dwa, które stanęły mu na drodze, ale czuł, jak włosoczułki pozostałych zaczynają wpijać mu się w ubranie. Okazały się zaskakująco silne. Któraś z nich przebiła się przez rękawicę i wgryzła w dłoń. Ukąszone miejsce natychmiast zapiekło jakby dotknięte żywym ogniem.

Przerażony wizją, że te mikre ścierwa jak nic go tutaj pożrą, Stach cisnął latarnią w kierunku największego zgrupowania robali. Szkło szczęśliwie pękło, olej rozlał się i zapłonął. Przerażający pisk płonących bestii wypełnił cały korytarz.

Stach stracił latarnię, ale był wolny. Pędem ruszył ku wyjściu. Gdy minął wrota, nie zatrzymał się, ale biegł dalej, przez korytarz przedszkola, ku zbawczemu światłu. Wmówił sobie, że robale muszą bać się słońca, i z całego serca w to uwierzył.