Wydawca: Ole Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Człowiek, który stworzył Zarę ebook

Covadonga O'Shea

4.33333333333333 (3)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Człowiek, który stworzył Zarę - Covadonga O'Shea

Prawdziwa historia biednego szewca, który został miliarderem! Ponad 100 000 sprzedanych egzemplarzy w Hiszpanii!

Historia Amancio Ortegi, genialnego twórcy Grupy Inditex kryjącej się za sukcesem takich marek, jak Zara, Massimo Dutti, Oysho czy Bershka.

Ortega to nie tylko jeden z najbogatszych ludzi na świecie, ale też sprawca współczesnej rewolucji w branży tekstylnej i odzieżowej. Kim naprawdę jest? Skąd się wziął? Dokąd podąża? Co sprawiło, że wymyślił swoje imperium? Fascynująca i wyjątkowa biografia człowieka, który odniósł jeden z najbardziej niezwykłych sukcesów w biznesie.

Opinie o ebooku Człowiek, który stworzył Zarę - Covadonga O'Shea

Fragment ebooka Człowiek, który stworzył Zarę - Covadonga O'Shea

Co­va­don­ga O’Shea

Czło­wiek, któ­ry stwo­rzył Zarę

Prze­ło­ży­ła: Ma­rze­na Krze­wic­ka

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Así es Aman­cio Or­te­ga, el hom­bre que creó Zara

Tłu­ma­cze­nie: Ma­rze­na Krze­wic­ka

Re­dak­cja: Agniesz­ka Jeż-Ka­flik

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Jeż-Ka­flik

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Gra­ży­na Fal­tyn

Fo­to­gra­fie wy­ko­rzy­sta­ne na I stro­nie okład­ki:

© Lu­mi­nis / la­bel iso­la­ted on whi­te back­gro­und with clip­ping path

© Fo­toY­akov / vec­tor bu­si­ness man sil­ho­uet­te /

Skład i ła­ma­nie: Gra­ży­na Fal­tyn

© Co­va­don­ga O’Shea, 2008

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion

© Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN: 978-83-7881-319-4

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Przedmowa

Co­va­don­ga O’Shea we­szła do mo­je­go ga­bi­ne­tu na Wy­dzia­le Mody w Par­sons The New Scho­ol for De­sign w No­wym Jor­ku, ema­nu­jąc do­sko­na­łym sty­lem i bły­sko­tli­wą in­te­li­gen­cją. Była szy­kow­na, ele­ganc­ka i wy­ra­fi­no­wa­na – od razu wie­dzia­łem, że z taką ko­bie­tą na­sza szko­ła na pew­no ze­chce pra­co­wać. Od tego cza­su na­sze dro­gi prze­ci­na­ły się wie­lo­krot­nie, mię­dzy in­ny­mi za­pro­si­ła mnie, bym po­pro­wa­dził wy­kła­dy w kie­ro­wa­nej przez nią w Ma­dry­cie ISEM Fa­shion Bu­si­ness Scho­ol na stu­diach po­dy­plo­mo­wych. Po każ­dym spo­tka­niu z Co­va­don­gą O’Shea rósł mój sza­cu­nek do jej po­glą­dów na te­mat ogól­no­świa­to­we­go prze­my­słu odzie­żo­we­go. Nie dzi­wię się więc, że za­mknię­ty do­tych­czas świat Zary otwo­rzył się przed nią, kie­dy spi­sy­wa­ła hi­sto­rię tej fir­my.

Wie­le lat wcze­śniej, gdy pra­co­wa­łem jako pro­jek­tant mody w Lon­dy­nie, waż­nym przy­stan­kiem w na­szych pa­ry­skich wę­drów­kach ba­daw­czych był sklep Zary po­ło­żo­ny nie­da­le­ko Ope­ry Pa­ry­skiej. Spraw­dza­li­śmy, w jaki spo­sób mar­ka in­ter­pre­tu­je naj­waż­niej­sze tren­dy. Zna­li­śmy oczy­wi­ście ofer­tę se­zo­no­wą in­nych skle­pów, ale Zara za­wsze nas za­ska­ki­wa­ła. Ko­le­dzy od­wie­dza­ją­cy sklep kil­ka ty­go­dni póź­niej oglą­da­li już zu­peł­nie inny asor­ty­ment. Nie mo­gli­śmy zro­zu­mieć, w jaki spo­sób do­ko­ny­wa­ła się tak szyb­ka zmia­na.

Wie­le osób kry­ty­ku­je to, że z każ­dym no­wym se­zo­nem wpro­wa­dza się inne ko­lo­ry, syl­wet­ki i dłu­go­ści. Gdy­by jed­nak nie prze­lot­ność tren­dów, kon­tro­le­rzy ja­ko­ści w fa­bry­kach w In­diach, po­moc­ni­cy sprze­daw­ców w An­glii, tech de­si­gne­rzy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, de­ko­ra­to­rzy wy­staw w Hisz­pa­nii, dzie­wia­rze w Taj­lan­dii, kraw­co­we w Mek­sy­ku i ty­sią­ce in­nych osób za­trud­nio­nych w prze­my­śle odzie­żo­wym nie mia­ło­by pra­cy.

Oczy­wi­ście, moda to rów­nież mnó­stwo przy­jem­no­ści. Klient­ka, któ­ra wy­bie­ra wspa­nia­łą suk­nię na przy­ję­cie, pro­jek­tant wy­my­śla­ją­cy nowe nie­sa­mo­wi­te kre­acje – tak wy­peł­nia się pod­sta­wo­wa po­trze­ba spo­łecz­na: by w ubra­niu wy­glą­dać i czuć się do­brze.

W swo­jej książ­ce Co­va­don­ga O’Shea śle­dzi po­cząt­ki Zary, opi­su­jąc, jak fir­ma sta­ła się glo­bal­ną po­tę­gą na ryn­ku mody i, co rów­nie istot­ne, w jaki spo­sób uda­je się jej tak szyb­ko re­ago­wać na świa­to­we tren­dy. Wpraw­dzie moż­na by dys­ku­to­wać o rów­no­wa­dze eko­no­micz­nej zwią­za­nej ze sta­le zmie­nia­ją­cą się modą (fast fa­shion), fak­tem jed­nak jest, że dzię­ki mar­kom ta­kim jak Zara mi­lio­ny lu­dzi, któ­rzy nie mogą so­bie po­zwo­lić na kre­acje hau­te co­utu­re, mają do­bre sam­po­czu­cie.

Po­zna­jąc hi­sto­rię Zary moż­na się wie­le na­uczyć, a Co­va­don­ga O’Shea przed­sta­wia ją w spo­sób prze­my­śla­ny i in­te­li­gent­ny.

Si­mon Col­lins

Dzie­kan Wy­dzia­łu Mody w Par­sons the New Scho­ol for De­sign w No­wym Jor­ku

Podziękowania

Je­stem wdzięcz­na wie­lu oso­bom za ich po­moc przy pu­bli­ka­cji ni­niej­szej książ­ki.

Na pierw­szym miej­scu chcia­ła­bym oczy­wi­ście wy­mie­nić jej bo­ha­te­ra, Aman­cia Or­te­gę, któ­ry przez wie­le lat po­wo­li od­sła­niał ukry­te za­ka­mar­ki swej oso­bo­wo­ści i taj­ni­ki pra­cy, dzię­ki cze­mu, mimo po­cząt­ko­we­go opo­ru, uzy­ska­łam jego po­zwo­le­nie na spi­sa­nie wszyst­kich jego opo­wie­ści.

Chcia­ła­bym rów­nież po­dzię­ko­wać oso­bom pra­cu­ją­cym obec­nie lub daw­niej w In­di­tek­sie, z któ­ry­mi prze­pro­wa­dzi­łam wie­le roz­mów – ich opi­nie i opo­wie­ści po­mo­gły mi stwo­rzyć por­tret czło­wie­ka i jego fir­my z naj­więk­szą moż­li­wą pre­cy­zją. Je­stem nie­zmier­nie wdzięcz­na wszyst­kim i każ­de­mu z osob­na. Nie przed­sta­wiam tej dłu­giej li­sty na­zwisk, ale za­pew­niam, że wszyst­kie po­zo­sta­ną w mo­jej wdzięcz­nej pa­mię­ci.

Po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję, po raz ko­lej­ny, do swo­ich se­kre­ta­rek: Ra­qu­el, Mi­ra­bel i Car­men, któ­re były nie­oce­nio­ny­mi po­moc­ni­ca­mi, wy­ka­zu­jąc nie­skoń­czo­ną cier­pli­wość i ini­cja­ty­wę wy­kra­cza­ją­cą poza zwy­kłe obo­wiąz­ki.

Dzię­ku­ję bar­dzo obec­ne­mu pre­ze­so­wi In­di­tek­su, Pa­blo­wi Isli, za jego wiel­kie wspar­cie, któ­re po­zwo­li­ło mi opo­wie­dzieć świa­tu, jaką oso­bą jest Aman­cio Or­te­ga, twór­ca gru­py. Pa­blo za­wsze wspie­rał mnie w wy­sił­kach i spę­dził wie­le go­dzin, czy­ta­jąc mój tekst i czu­wa­jąc nad po­praw­no­ścią za­war­tych w nim in­for­ma­cji.

I na koń­cu dzię­ku­ję LID Pu­bli­shing, za spra­wą któ­re­go ta od daw­na ocze­ki­wa­na i bar­dzo po­trzeb­na an­giel­ska wer­sja tek­stu uka­za­ła się w księ­gar­niach.

Ma­dryt, li­sto­pad 2011 roku

Wstęp

Pew­ne­go dnia, nie­ocze­ki­wa­nie, zda­łam so­bie spra­wę, jak bar­dzo chcę na­pi­sać tę książ­kę. Pra­gnie­nie, któ­re mnie ogar­nę­ło, było prze­moż­ne – od razu chcia­łam usiąść przed kom­pu­te­rem i opo­wie­dzieć wszyst­ko świa­tu, w któ­rym in­te­re­sy Aman­cia Or­te­gi od­nio­sły tak spek­ta­ku­lar­ny suk­ces. Mia­łam szczę­ście po­znać tę nie­zwy­kłą hi­sto­rię pod­czas na­szych spo­tkań. Or­te­ga urzekł mnie swo­ją otwar­to­ścią. Ceni so­bie ano­ni­mo­wość, więc za­wsze bro­nił pry­wat­no­ści – wbrew tym, któ­rzy chcie­li ją znisz­czyć. Mi­mo­wol­nie stał się po­sta­cią nie­mal mi­tycz­ną w świe­cie biz­ne­su i cho­ciaż chciał­by po­zo­stać ano­ni­mo­wy, to prze­cież na­le­ży do gro­na lu­dzi, któ­rzy two­rzą hi­sto­rię.

Ist­nie­ją róż­ne opo­wie­ści na jego te­mat – więk­szość nie ma po­twier­dze­nia w rze­czy­wi­sto­ści; praw­dzi­wa oso­bo­wość Aman­cia Or­te­gi nadal po­zo­sta­je nie­zna­na. Jego ka­rie­ra była przed­mio­tem ba­dań szkół biz­ne­su zaj­mu­ją­cych czo­ło­we lo­ka­ty w mię­dzy­na­ro­do­wych ran­kin­gach. Wie­lu, któ­rzy roz­ma­wia­li z nimi cho­ciaż­by raz, za­cho­wu­je się tak, jak­by był ich sta­rym zna­jo­mym.

Nie mam za­mia­ru bez­sen­sow­nie uda­wać, że na­le­żę do bli­skie­go krę­gu przy­ja­ciół Aman­cia lub gru­py osób, z któ­ry­mi współ­pra­cu­je na co dzień, uwa­żam jed­nak, że zaj­mu­ję uprzy­wi­le­jo­wa­ną po­zy­cję, po­nie­waż od po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści po­zo­sta­wa­li­śmy w cią­głym kon­tak­cie. Mo­głam roz­ma­wiać z nim na każ­dy pra­wie te­mat, jak to zwy­kle bywa, kie­dy po­glą­dy wy­mie­nia dwo­je pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy na do­da­tek uwiel­bia­ją pra­cę, któ­rej się od­da­ją. W swo­jej dzie­dzi­nie wy­ty­czał nowe szla­ki i osią­gnął nie­zwy­kły suk­ces fi­nan­so­wy na ryn­ku mody. Ja zaś, kie­ru­jąc ma­ga­zy­nem „Te­lva”, pio­nier­skim w świe­cie pu­bli­ka­cji na­ro­do­wych, rów­nież mogę uznać, że zdo­by­łam nasz ry­nek, cho­ciaż za­peł­niał się kon­ku­ren­cyj­ny­mi cza­so­pi­sma­mi.

Czy łą­czy­ła nas wspól­na wi­zja przy­szło­ści i nie­za­chwia­na wia­ra w to, czym się zaj­mu­je­my? Nie mam naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że mimo dzie­lą­cych nas róż­nic mu­sia­ło się po­ja­wić w na­szych re­la­cjach coś ta­kie­go, dzię­ki cze­mu wza­jem­ne za­ufa­nie, któ­re wte­dy się na­ro­dzi­ło, trwa już ćwierć wie­ku i przez te wszyst­kie lata nie stra­ci­ło nic ze swej wy­jąt­ko­wo­ści.

Aman­cia Or­te­gę po­zna­łam 1 grud­nia 1990 roku, kie­dy zo­sta­łam za­pro­szo­na przez In­di­tex (In­du­stria de Di­se­ño Te­xtil), dużą fir­mę odzie­żo­wą z sie­dzi­bą na obrze­żach A Co­ru­ña, pro­win­cji po­ło­żo­nej w pół­noc­no-za­chod­niej Hisz­pa­nii. W tam­tym cza­sie na­zwa tej nie­wiel­kiej stre­fy prze­my­sło­wej zlo­ka­li­zo­wa­nej w mie­ście Ar­te­ixo, na krań­cach A Co­ru­ña, była pra­wie w ogó­le nie­zna­na. Te­raz mówi się o niej na pię­ciu kon­ty­nen­tach. Kie­dy tam do­tar­łam, po­dob­nie jak pod­czas na­stęp­nych wi­zyt, na lot­ni­sku cze­kał na mnie sa­mo­chód. Zo­sta­łam za­wie­zio­na do sie­dzi­by, któ­ra sta­no­wi­ła wte­dy głów­ną kwa­te­rę Zary. Kil­ka lat póź­niej, w tym sa­mym par­ku prze­my­sło­wym Sa­bón, wznie­sio­no wspa­nia­ły bu­dy­nek. Przy­le­cia­łam na roz­mo­wę z za­ło­ży­cie­lem in­te­re­su tek­styl­ne­go, na któ­ry za­czę­to zwra­cać co­raz więk­szą uwa­gę; mia­łam też oka­zję obej­rzeć fa­bry­kę.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że spo­tka­nie to przy­czy­ni się do mo­jej póź­niej­szej de­cy­zji, by wy­ja­śnić, co kry­je się za czte­re­ma li­te­ra­mi na­zwy Zara, głów­nej mar­ki nie­zwy­kłej fir­my, jaką jest In­di­tex. Ta czo­ło­wa w ogól­no­świa­to­wym han­dlu de­ta­licz­nym fir­ma, we­dług ra­por­tu MER­CO (El Mo­ni­tor Em­pre­sa­rial de Re­pu­ta­ción Cor­po­ra­ti­va – ran­king firm) opu­bli­ko­wa­ne­go w 2008 roku zaj­mu­je pierw­sze miej­sce wśród firm hisz­pań­skich. In­di­tex re­ali­zu­je mo­del biz­ne­su, któ­ry zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał skom­pli­ko­wa­ny i eks­cy­tu­ją­cy świat mody. Nie­stru­dzo­ne wy­sił­ki Aman­cia Or­te­gi i se­tek osób u jego boku spra­wi­ły, że w dzie­dzi­nie mody dam­skiej na­stą­pił wiel­ki skok z XX do XXI wie­ku.

Przy­słu­chu­jąc się temu, co mó­wią Aman­cio Or­te­ga i ota­cza­ją­cy go lu­dzie, zro­zu­mia­łam, ja­kie są me­cha­ni­zmy biz­ne­su two­rzo­ne­go przez oso­bi­sto­ści, o któ­rych czy­ta­my w ga­ze­tach. W jaki spo­sób uda­ło mu się zbić ogrom­ny ma­ją­tek, skąd się bio­rą ty­sią­ce ki­lo­me­trów ma­te­ria­łów uży­tych do uszy­cia roz­ma­itych pro­duk­tów do­star­cza­nych w re­kor­do­wym tem­pie do wie­lu skle­pów po­ło­żo­nych w naj­róż­niej­szych miej­scach na zie­mi, jak żyją jego pra­cow­ni­cy i ich ro­dzi­ny.

Za­pew­niam, że mimo na­szej przy­jaź­ni i wie­lu go­dzin spę­dzo­nych na wspól­nych roz­mo­wach Aman­cio nig­dy nie dał mi naj­mniej­szej prze­słan­ki, dzię­ki któ­rej mo­gła­bym my­śleć, że udzie­li mi po­zwo­le­nia na na­pi­sa­nie tej książ­ki. Moje usi­ło­wa­nia, wręcz upór, by uka­zać bar­dziej pry­wat­ną i ludz­ką stro­nę Or­te­gi ob­ser­wo­wa­ne były przez jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków: wy­jąt­ko­we­go José Ma­ríę Ca­stel­la­no (by­łe­go dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go i wi­ce­pre­ze­sa Gru­py In­di­tex), waż­ne­go dla ca­łej hi­sto­rii i jej zro­zu­mie­nia, oraz jego wspa­nia­łe­go na­stęp­cę Pa­bla Islę (od lip­ca 2011 roku pre­ze­sa i dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go In­di­tek­su). Oby­dwaj czę­sto mie­li oka­zję sły­szeć, jak prze­ko­ny­wa­łam Aman­cia: „Zro­zum, trze­ba wy­ja­śnić świa­tu, ja­kim czło­wie­kiem je­steś. Fakt, że two­je na­zwi­sko otwie­ra li­stę naj­bo­gat­szych lu­dzi w Hisz­pa­nii, ba, je­steś jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi na świe­cie, nie mówi o to­bie ni­cze­go. Po­ka­zu­je tyl­ko, że zbi­łeś ma­ją­tek. Cho­dzi o to, by przed­sta­wić cie­bie, uka­zać twój punkt wi­dze­nia. Kim na­praw­dę jest Aman­cio Or­te­ga? Skąd po­cho­dzi? Do­kąd po­dą­ża? Skąd się wzię­ły jego ma­rze­nia o im­pe­rium, któ­re obec­nie sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią?”.

Nie po­wstrzy­my­wa­ły mnie jego bez­li­to­sne od­mo­wy. By­łam pew­na, że któ­re­goś dnia mój upór i siła ar­gu­men­tów prze­zwy­cię­żą jego nie­chęć, że przy­zna mi ra­cję. I wresz­cie, po wie­lu la­tach, sta­ło się. Wpraw­dzie nie po­wie­dział, że w peł­ni po­pie­ra mój pro­jekt, bo to ozna­cza­ło­by od­rzu­ce­nie wy­zna­wa­nych przez nie­go za­sad, prze­ka­zał mi jed­nak wia­do­mość ni­czym naj­słod­szy pre­zent: „Rób, co chcesz, prze­cież nie mogę za­bro­nić ci pi­sać. Ufam ci”. Po­tem do­dał: „I nie ogra­ni­czaj się tyl­ko do plu­sów ani też nie pisz, że sam je­den zbu­do­wa­łem fir­mę. Jest nas ra­zem osiem­dzie­siąt ty­się­cy, nie mó­wiąc o tych, któ­rzy kie­dyś u nas pra­co­wa­li”.

Taki był po­czą­tek książ­ki, o na­pi­sa­niu któ­rej ma­rzy­łam od cza­su, kie­dy po­trą­ci­łam pew­ne­go męż­czy­znę ubra­ne­go w ko­szu­lę, bez ma­ry­nar­ki, ukry­te­go po­śród ubrań w ma­ga­zy­nie w Ar­te­ixo. Uśmiech­nął się wte­dy do mnie w swój spe­cy­ficz­ny spo­sób i po­wie­dział: „Je­stem Or­te­ga, a ty pew­nie je­steś Co­va­don­ga. Cze­ka­łem na cie­bie”. Żad­ne z nas się nie spo­dzie­wa­ło, jak wie­le z tych na­szych wspól­nych do­świad­czeń zdo­by­tych pod­czas po­dró­ży przez ży­cie zo­sta­nie po­da­ne do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści. Zro­zu­mie­li­śmy, że nie po­win­ni­śmy trzy­mać pew­nych spraw w ta­jem­ni­cy, bo cho­ciaż nie­któ­re z nich wy­da­ją się nie­istot­ne, to mają jed­nak tę nie­uchwyt­ną war­tość, któ­ra daje po­czą­tek cze­muś wy­jąt­ko­we­mu. Będę za­do­wo­lo­na, je­śli uda mi się do­brze opi­sać hi­sto­rię chłop­ca, któ­ry 75 lat temu uro­dził się w León (pro­win­cja le­żą­ca w pół­noc­no-za­chod­niej Hisz­pa­nii) oraz za­ło­żo­ne­go przez nie­go po­tęż­ne­go im­pe­rium.

1. Moje spotkanie z Amanciem Ortegą

„Pro­szę mi mó­wić Or­te­ga, obej­dzie­my się bez ce­re­mo­nii”

Pierw­sze wra­że­nia zwią­za­ne z dłu­go ocze­ki­wa­ną wi­zy­tą, za­pla­no­wa­ną, by po­znać nie­zwy­kłe mia­sto lub oso­bę, za­pi­sa­ne są w kon­kret­ny spo­sób na twar­dym dys­ku pa­mię­ci w na­szej gło­wie. Po­zo­sta­ją bar­dzo wy­raź­ne, nie­zmie­nio­ne mimo upły­wa­ją­ce­go cza­su i ty­się­cy spraw, któ­re wy­da­rza­ją się w ży­ciu. Tak wła­śnie sta­ło się w dniu, kie­dy po­zna­łam Aman­cia Or­te­gę. Było to nie­mal 15 lat temu, pierw­sze­go grud­nia, na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Przed­sta­wię tło tego wy­da­rze­nia, by dać peł­niej­szy ob­raz.

Pra­co­wa­łam wte­dy jako sze­fo­wa „Te­lvy”, czo­ło­we­go hisz­pań­skie­go ma­ga­zy­nu mo­do­we­go, bę­dą­ce­go za­wsze na bie­żą­co w spra­wach tren­dów i wy­da­rzeń na tym ryn­ku. Czę­sto ro­bi­łam in­te­re­sy i spo­ty­ka­łam się z naj­lep­szy­mi pro­jek­tan­ta­mi z Pa­ry­ża, Me­dio­la­nu, No­we­go Jor­ku i Lon­dy­nu, miast, któ­re od­wie­dza­łam co naj­mniej dwa razy do roku, by obej­rzeć naj­now­sze ko­lek­cje. Nie mu­szę też do­da­wać, że moż­na mnie było spo­tkać w ma­dryc­kim Ci­be­les i bar­ce­loń­skim Gau­dí, gdzie od­by­wa­ły się je­sien­ne i wio­sen­ne po­ka­zy mody hisz­pań­skiej. W stycz­niu i lip­cu to Pa­ryż za­ska­ki­wał świat swo­ją wy­kład­nią es­te­ty­ki hau­te co­utu­re. Eks­plo­zja kre­atyw­no­ści i fan­ta­zji była prze­ka­zy­wa­na w spo­sób jak naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny, cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się roz­po­zna­wal­nym bla­skiem fran­cu­skiej mody, któ­ra wy­zna­cza­ła stan­dar­dy od po­cząt­ku XX wie­ku do lat sześć­dzie­sią­tych – stan­dar­dy przyj­mo­wa­ne przez eli­ty we wszyst­kich naj­więk­szych sto­li­cach mody.

W tam­tym cza­sie ka­rie­ra Zary na­bie­ra­ła roz­pę­du, pro­wo­ku­jąc roz­ma­ite py­ta­nia. Co kry­je się za tym fe­no­me­nem, któ­ry ma­gne­tycz­nie przy­cią­gał nie­wol­ni­ków mody w la­tach osiem­dzie­sią­tych i na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych? Jak okre­ślić styl ubio­ru, któ­ry nie ruj­nu­je kie­sze­ni, do któ­re­go tak do­brze pa­su­ją okre­śle­nia: nie­sta­ły, jed­no­ra­zo­wy, zmien­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla spo­łe­czeń­stwa kon­sump­cyj­ne­go, przez któ­re wszy­scy zo­sta­li­śmy wchło­nię­ci? Ja­kie było źró­dło suk­ce­su sty­lu łą­czą­ce­go nie­złą ja­kość i sen­sow­ną cenę z wy­raź­ny­mi ce­cha­mi de­si­gnu z gór­nej pół­ki? „Ten Ar­ma­ni wy­glą­da, jak­by zo­stał zro­bio­ny spe­cjal­nie dla cie­bie”, po­wie­dział mi kie­dyś znaw­ca w tej dzie­dzi­nie, eks­pert od luk­su­so­wych ma­rek, prze­ko­na­ny, że ma ra­cję, kie­dy zo­ba­czył mnie ubra­ną w ża­kiet z Zary, nie­na­gan­nie skro­jo­ny i uszy­ty z tka­ni­ny cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tego wspa­nia­łe­go pro­jek­tan­ta. Ża­kiet ten był pierw­szym ubra­niem, ja­kie ku­pi­łam w Za­rze, skle­pie, któ­ry miał się stać dla mnie i dla wie­lu in­nych ko­biet jed­nym z ulu­bio­nych.

Bar­dzo szyb­ko roz­po­zna­wal­na czar­na tor­ba z ciem­ny­mi li­te­ra­mi w pia­sko­wym od­cie­niu, któ­re skła­da­ły się na na­zwę bę­dą­cą logo, po­ja­wi­ła się na uli­cach naj­więk­szych eu­ro­pej­skich miast. Ko­bie­ty po­dą­ża­ją­ce śle­po za tren­da­mi i sty­li­ści z mię­dzy­na­ro­do­wych ma­ga­zy­nów mody no­si­li ją z taką samą pew­no­ścią sie­bie, z jaką po­ka­zy­wa­li świa­tu naj­now­sze pro­jek­ty od Pra­dy, Guc­cie­go czy Dio­ra. Naj­bar­dziej za­dzi­wia­ją­ca była umie­jęt­ność, z jaką słyn­ne ko­bie­ty, uwa­ża­ne za iko­ny sty­lu, za­czę­ły lan­so­wać nowy spo­sób ubio­ru: łą­cze­nie luk­su­so­wych ma­rek z ba­zo­wy­mi ciu­cha­mi z Zary. Na­śla­do­wał to póź­niej cały świat. Na­wet roz­kła­dów­ki w ma­ga­zy­nach ta­kich, jak „Te­lva”, „Elle”, „Ma­rie Cla­ire” czy „Vo­gue” pu­bli­ko­wa­ły zdję­cia wy­zna­cza­ją­cych tren­dy pań w ubra­niach tej mar­ki. I znów, ni­czym pies goń­czy, za­czę­łam po­szu­ki­wać przy­czyn tego fe­no­me­nu, któ­ry na do­da­tek ota­czał nimb do­my­słów i ta­jem­ni­czo­ści. Twier­dzo­no, że Zara była oskar­ża­na o ko­pio­wa­nie, pla­giat naj­bar­dziej wy­bi­ja­ją­cych się tren­dów każ­de­go se­zo­nu. Mó­wi­ło się o pra­niu brud­nych pie­nię­dzy, po­dej­rza­nych in­te­re­sach i dziw­nych se­kre­tach, po­ja­wia­ły się też plot­ki o męż­czyź­nie bez twa­rzy, o któ­rym nig­dy nie pi­sa­no w me­diach, kimś, kogo na­zwi­sko zna­no, ale nic poza tym. Mno­ży­ły się po­gło­ski o dzi­wa­ku, któ­ry za­czął in­te­re­sy na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych od szy­cia pi­ko­wa­nych szla­fro­ków i nie­ocze­ki­wa­nie pod­bił naj­trud­niej­sze ryn­ki odzie­żo­we świa­ta.

Co tak na­praw­dę dzia­ło się na przy­ląd­ku Fi­ster­ra sły­ną­cym z le­gend o wiedź­mach wy­ła­nia­ją­cych się z mgieł ota­cza­ją­cych Wy­brze­że Śmier­ci? Fi­ster­ra leży na ska­li­stym Co­sta da Mor­te (po ga­li­cyj­sku: Wy­brze­że Śmier­ci), na­zwa­nym tak z po­wo­du ukształ­to­wa­nia li­nii brze­go­wej i czę­stych za­ła­mań po­go­dy, bę­dą­cych przy­czy­ną za­to­nię­cia wie­lu stat­ków. Jak mamy od­kryć praw­dę o wy­da­rze­niach w tej czę­ści pół­noc­no-wschod­niej Hisz­pa­nii, z któ­rej wy­wo­dzi się wie­lu guru mody, mię­dzy in­ny­mi bra­cia Adol­fo i Ja­vier Do­mín­gu­ez, An­to­nio Per­nas, Ro­ber­to Ve­ri­no, Kina Fer­nán­dez i Ca­ra­me­lo, przez co za­czę­to na­wet mó­wić o „ga­li­cyj­skiej mo­dzie”.

O wy­ja­śnie­nie tej spra­wy po­pro­si­łam świet­ną dzien­ni­kar­kę z „Te­lvy”. Mia­ła szó­sty zmysł, du­szę tro­pi­cie­la i wiel­ki dar do pra­cy bę­dą­cej po­łą­cze­niem żmud­ne­go śledz­twa i do­cie­kań ro­dem z po­wie­ści de­tek­ty­wi­stycz­nych, któ­re to ce­chy oka­za­ły się bar­dzo przy­dat­ne. Wró­ci­ła z wi­zy­ty w Ar­te­ixo bar­dzo pod­nie­co­na do­ko­na­ny­mi od­kry­cia­mi, a tak­że tym, jak zo­sta­ła przy­ję­ta, wiel­ki­mi in­te­re­sa­mi, któ­re tam pro­wa­dzo­no i swo­imi pro­gno­za­mi na przy­szłość. W kwiet­niu 1990 roku opu­bli­ko­wa­li­śmy pierw­szy, jak się oka­za­ło, ar­ty­kuł o Za­rze, za­ty­tu­ło­wa­ny „Za­ra­ma­nia”, na­pi­sa­ny przez Te­re­sę Ola­zábal. „Do­trzy­mu­jąc kro­ku fir­mom hau­te co­utu­re, Zara otwo­rzy­ła swo­je skle­py na głów­nych uli­cach Ma­dry­tu, Pa­ry­ża, No­we­go Jor­ku, Li­zbo­ny, Aten i Mek­sy­ku. Jaki kry­je się za tym se­kret? Za­dzi­wia­ją­ca umie­jęt­ność wy­czu­wa­nia tren­dów mody, ich prze­ni­co­wa­nie i przy­sto­so­wa­nie do re­aliów za roz­sąd­ne ceny. A wszyst­ko to w cią­gu 20 dni!”. Oprócz przed­sta­wie­nia chłod­nych da­nych i wy­ni­ków fi­nan­so­wych z tam­te­go okre­su, któ­re obec­nie na­le­ża­ło­by wie­lo­krot­nie po­mno­żyć, pod­kre­ślo­no fakt, że „w re­kor­do­wym tem­pie ta ga­li­cyj­ska fir­ma prze­kształ­ci­ła się w spół­kę hol­din­go­wą, ma­ją­cą pod sobą 42 fir­my. Do­star­cza­ją one tka­ni­ny, far­bu­ją je, dru­ku­ją, ro­bią wy­kro­je, zszy­wa­ją ubra­nia i zaj­mu­ją się ich dys­try­bu­cją. Na po­trze­by nie­któ­rych eta­pów tego pro­ce­su In­di­tex stwo­rzył spół­dziel­nie zrze­sza­ją­ce 6000 ga­li­cyj­skich ko­biet szy­ją­cych ubra­nia. Jed­nak dla wie­lu Zara nadal po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą. Trud­no jest po­jąć, jak to moż­li­we, że ofe­ru­je tak ni­skie ceny, w jaki spo­sób przy­go­to­wy­wa­ne są pro­jek­ty od­po­wia­da­ją­ce wie­lu mo­do­wym kla­sy­kom i jak uda­je się nie­ustan­nie uzu­peł­niać asor­ty­ment”.

Jaka jest ta­jem­ni­ca suk­ce­su Aman­cia Or­te­gi? Za­sta­na­wia­li się nad tym wszy­scy – i wte­dy, i obec­nie. Od­po­wiedź za­war­ta zo­sta­ła w kil­ku pro­stych zda­niach wy­po­wie­dzia­nych przez jed­ne­go z me­na­dże­rów fir­my. „Ze wzglę­du na ceny cały pro­ces od­by­wa się bez han­dlow­ców lub po­śred­ni­ków. Za­sa­dą fir­my jest ku­po­wa­nie ma­te­ria­łów za do­brą cenę i ko­rzy­sta­nie z ta­niej siły ro­bo­czej”, wy­ja­śniał da­lej, „ale tak­że mar­gi­nes nie­wiel­kie­go zy­sku. Wo­li­my za­ra­biać nie­du­żą sumę na każ­dym przed­mio­cie, żeby sprze­da­wać tych przed­mio­tów jak naj­wię­cej”.

Ko­lej­ną fun­da­men­tal­ną za­sa­dą fir­my jest ofe­ro­wa­nie ubrań zgod­nych z naj­now­szą modą. Je­den z pro­jek­tan­tów ze­spo­łu wy­ja­śnił, że wiel­ki suk­ces mar­ki opie­ra się na szyb­kim wy­czu­wa­niu i in­ter­pre­to­wa­niu świa­to­wych tren­dów i gu­stów klien­te­li. „W In­di­tek­sie mamy wy­dział za­trud­nia­ją­cy 40 osób (za­sta­na­wiam się, ile osób pra­cu­je tam te­raz), któ­re dzia­ła­ją w no­wo­jor­skich pu­bach, pa­ry­skich dziel­ni­cach biz­ne­so­wych oraz hisz­pań­skich ba­rach i mod­nych miej­scach. Na­zy­wa­my tę pro­ce­du­rę ba­da­nia tren­dów »te­sto­wa­niem ryn­ku na gru­pie do­ce­lo­wej«”.

Do­szu­ku­jąc się ko­lej­nych przy­czyn ogól­no­świa­to­we­go suk­ce­su fir­my, mogę do­dać jesz­cze je­den czyn­nik, któ­ry we­dług mnie jest klu­czo­wy, czy­li cią­głe od­na­wia­nie asor­ty­men­tu – 40% pro­duk­tów zmie­nia się co ty­dzień. W mię­dzy­cza­sie asor­ty­ment w skle­pach uzu­peł­nia­ny jest co trzy dni. In­ny­mi sło­wy, pod­czas gdy po­zo­sta­łe fir­my pro­du­ku­ją ko­lek­cję tyl­ko raz na cały se­zon, Zara nie prze­sta­je wy­mie­niać to­wa­rów, sta­ra­jąc się do­star­czyć to, o co lu­dzie py­ta­ją. Przy­kład? By­łam świad­kiem wy­da­rzeń z 11 wrze­śnia zwią­za­nych z ata­kiem na World Tra­de Cen­ter w No­wym Jor­ku. Wła­śnie roz­po­czął się ty­dzień mody. Po po­łu­dniu w dniu po­prze­dza­ją­cym datę, któ­ra zo­sta­ła wy­ry­ta w hi­sto­rii świa­ta, czy­li dzie­sią­te­go wrze­śnia, od­by­ło się kil­ka po­ka­zów ame­ry­kań­skich pro­jek­tan­tów. Kie­dy nowe pro­po­zy­cje po­ja­wi­ły się na wy­sta­wach to­po­wych skle­pów Man­hat­ta­nu, wy­raź­nym tren­dem oka­za­ła się fe­eria barw ko­ja­rzą­ca się z prze­peł­nio­nym ra­do­ścią i za­ba­wą la­tem. Ka­ta­stro­fa, któ­ra wy­da­rzy­ła się na­stęp­ne­go dnia, do­tknę­ła nie tyl­ko Wiel­kie Jabł­ko, ale tak­że spo­rą część świa­ta. Nig­dy nie za­po­mnę bólu i oszo­ło­mie­nia pa­nu­ją­ce­go na uli­cach, ani też kiru, któ­ry za­wie­sza­no na znak ża­ło­by w oknach wy­sta­wo­wych na­wet naj­bar­dziej luk­su­so­wych skle­pów po­ło­żo­nych przy głów­nych uli­cach za­ku­po­wych, ale też w tak mod­nych dziel­ni­cach jak Soho i Tri­be­ca. W se­zo­nie na­stę­pu­ją­cym po ka­ta­stro­fie ci pro­jek­tan­ci, któ­rzy przy­go­to­wa­li ko­lek­cje ki­pią­ce od ko­lo­rów, od­no­to­wa­li wy­raź­ny spa­dek sprze­da­ży.

Nie­dłu­go po­tem, w oko­li­cach Bo­że­go Na­ro­dze­nia, kie­dy na kil­ka dni przy­je­cha­łam znów do No­we­go Jor­ku, oka­za­ło się, że je­dy­nie Zara sprze­da­je swo­je rze­czy. Dzia­ło się tak mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że po­dzie­la­no smu­tek i cier­pie­nie wie­lu lu­dzi – dzię­ki re­kor­do­we­mu tem­pu pro­duk­cji fir­ma mo­gła za­peł­nić skle­py ciem­ny­mi, spo­koj­ny­mi od­cie­nia­mi od­po­wied­ni­mi do nie­daw­nej tra­ge­dii, zwłasz­cza w miej­scu prze­ży­wa­ją­cym naj­więk­szą ma­ka­brę, któ­ra wstrzą­snę­ła nie tyl­ko bliź­nia­czy­mi wie­żow­ca­mi, ale też ogrom­ną czę­ścią ludz­ko­ści.

Te­re­sa Ola­zábal koń­czy­ła swój ar­ty­kuł w „Te­lvie” stwier­dze­niem, że „abs­tra­hu­jąc od da­nych, ze­sta­wień fi­nan­so­wych i nie­spo­dzia­nek, naj­cie­kaw­szą spra­wą do­ty­czą­cą Zary jest to, że sta­ła się ona so­cjo­lo­gicz­nym fe­no­me­nem. Za­czy­na­my uży­wać okre­śle­nia Za­ra­ma­nia jako zwy­cza­ju za­ku­po­we­go po­le­ga­ją­ce­go na tym, że na­by­wa się no­win­ki mo­do­we, by je no­sić przez je­den se­zon, a w na­stęp­nym roku po­zbyć się ich bez wy­rzu­tów su­mie­nia”. Za tym stwier­dze­niem ukry­wa się istot­na praw­da – ujaw­nia ono nie­zwy­kłą re­wo­lu­cję w świe­cie mody. Jesz­cze oko­ło 20 lat temu tren­dy za­wsze ob­ja­wia­ły się w cy­klu je­sien­no-zi­mo­wym i wio­sen­no-let­nim, a naj­lep­sze mo­de­le były w za­sa­dzie wiecz­ne. Pa­mię­tam Va­len­ti­no opo­wia­da­ją­ce­go w swo­jej rzym­skiej pra­cow­ni, jak waż­ne było dla nie­go, kie­dy pew­na bo­ga­ta klient­ka po­wie­dzia­ła mu, że je­den z jego ubio­rów nadal leży ide­al­nie po trzech lub czte­rech la­tach i że bę­dzie on prze­cho­wy­wa­ny gdzieś na za­ple­czu gar­de­ro­by, tak jak się prze­cho­wu­je rzecz bez­cen­ną, być może by prze­ka­zać ją cór­ce. Czy zna­la­zł­by się ktoś, kto nie spoj­rzał­by z wiel­kim sza­cun­kiem na ko­stium od Per­te­ga­za, nie mó­wiąc o stro­ju od Ba­len­cia­gi, któ­ry na­le­żał do pra­bab­ki lub te­ścio­wej i nadal jest ide­al­ny, nie­tknię­ty przez mi­ja­ją­cy czas? Na­wet je­śli tak, inny re­wo­lu­cyj­ny pro­jek­tant, Paul Po­iret, stwier­dził już daw­no temu, w 1890 roku, że „ra­ison dˈêtre prze­my­słu odzie­żo­we­go są no­win­ki”. To wła­śnie na tym klu­czo­wym czyn­ni­ku da­le­ko­wzrocz­ny ge­niusz Aman­cio Or­te­ga oparł się sto lat póź­niej, cią­gnąc swój cały ze­spół do za­wrot­ne­go eks­pre­su mody, by spo­sób do­star­cza­nia to­wa­rów opar­ty na teo­rii „w samą porę” za­mie­nić na do­sta­wę z szyb­ko­ścią po­nad­dźwię­ko­wą, co sta­ło się mo­ty­wem prze­wod­nim jego biz­ne­so­wej toż­sa­mo­ści oraz no­wym mo­de­lem pro­wa­dze­nia in­te­re­sów.

Po opu­bli­ko­wa­niu ar­ty­ku­łu „Te­lva” zo­sta­ła za­sy­pa­na li­sta­mi z róż­nych czę­ści świa­ta. Wszy­scy chcie­li się upew­nić, czy to, co na­pi­sa­ła dzien­ni­kar­ka Te­re­sa Ola­zábal, było praw­dą. Naj­lep­szy ze wszyst­kich oka­zał się te­le­fon z Me­dio­la­nu o ra­czej po­uf­nym cha­rak­te­rze. Ktoś z krę­gów bli­skich Gior­gio­wi Ar­ma­nie­mu za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób moż­na się skon­tak­to­wać z „głów­ną kwa­te­rą” pana Or­te­gi. Bar­dzo chcie­li z nim po­roz­ma­wiać. Wiem, że do­szło do spo­tka­nia kie­row­nic­twa obu firm i bar­dzo moż­li­we, że me­na­dże­ro­wie ga­li­cyj­skie­go przed­się­bior­stwa uda­li się do sto­li­cy wło­skiej mody. Je­śli jed­nak ży­cie pry­wat­ne twór­cy In­di­tek­su po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą, jesz­cze bar­dziej ta­jem­ni­cze są jego pro­jek­ty. Roz­ma­wia­no, dzie­lo­no się wra­że­nia­mi, ba­da­no fi­nan­so­we ze­sta­wie­nia, ale nikt nie wy­ja­wił, cze­go na­praw­dę do­ty­czy­ły per­trak­ta­cje. „Oczy­wi­ście, że by­li­śmy w kon­tak­cie. I to nie tyl­ko z Ar­ma­nim”, po­wie­dzia­no mi, kie­dy o to za­py­ta­łam. Cho­ciaż nie ma pod­staw, bym tak my­śla­ła, jed­nak za­wsze po­dej­rze­wa­łam, iż spon­so­rzy im­pe­rium Ar­ma­nie­go wie­dzie­li, że na uli­cach róż­nych miast eu­ro­pej­skich po­ja­wi­ły się stro­je po­dob­ne, ale za cenę trzy, a na­wet czte­ro­krot­nie niż­szą niż ich ofer­ta. Dla­cze­go więc nie stwo­rzyć spół­ki lub ja­kie­goś wspól­ne­go pro­jek­tu? Po­wta­rzam, że w tam­tym cza­sie były to zwy­kłe spe­ku­la­cje, któ­rych nig­dy nie po­twier­dzo­no, ani im nie za­prze­czo­no. Do­pie­ro wie­le lat póź­niej, jak to opi­szę w od­po­wied­nim cza­sie, od­kry­łam, co sta­ło się tak na­praw­dę.

1 grud­nia 1990 roku

Sa­mo­lot z Ma­dry­tu do La Co­ru­ña wy­star­to­wał z Ba­ra­jas i wy­lą­do­wał na ga­li­cyj­skim lot­ni­sku z bry­tyj­ską punk­tu­al­no­ścią. Po­wi­tał nas ty­po­wy dla pół­noc­no-wschod­niej Hisz­pa­nii dzień: po nie­bie pły­nę­ły ob­ło­ki, słoń­ce cho­wa­ło się przed desz­czem, któ­ry za­mie­nia pola w łąki mie­nią­ce się wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi zie­le­ni. W tle Mo­rze Kan­ta­bryj­skie, za­zwy­czaj bar­dzo wzbu­rzo­ne, te­raz było gład­kie i spo­koj­ne.

Wszyst­ko za­po­wia­da­ło się świet­nie. Po­dró­żo­wa­łam z Mont­se Cu­estą, ów­cze­sną dy­rek­tor ar­ty­stycz­ną ma­ga­zy­nu, któ­ra obec­nie jest re­dak­to­rem „Ar­chi­tec­tu­ral Di­gest”. Z pod­nie­ce­niem god­nym od­kryw­ców, któ­rzy wy­lą­do­wa­li w Ame­ry­ce, przy­by­ły­śmy na miej­sce prze­zna­cze­nia, ma­jąc na­dzie­ję, że zdo­ła­my roz­wiać ta­jem­ni­ce ota­cza­ją­ce In­di­tex, fir­mę, któ­ra roz­prze­strze­nia­ła się po ca­łym świe­cie ni­czym po­żar, szyb­ki i nie­okieł­zna­ny. Po­zna­ły­śmy jej twór­cę i siłę na­pę­do­wą, ta­jem­ni­czą oso­bę, o któ­rej nie­mal każ­dy miał swo­je zda­nie, a o któ­rym wie­dzia­no tak nie­wie­le, na­wet – jak wy­glą­da. Opo­wia­dał mi póź­niej je­den z przy­ja­ciół Aman­cia, że pew­ne­go ran­ka, kie­dy wy­bra­li się do baru w La Co­ru­ña, usły­sze­li, jak ktoś stwier­dził, że zna Or­te­gę, nie wie­dząc, że oso­ba, o któ­rej opo­wia­da, to wy­glą­da­ją­cy cał­kiem zwy­czaj­nie męż­czy­zna pi­ją­cy obok kawę. Czło­wiek, któ­ry szyb­ko piął się w górę, by wkrót­ce zo­stać oso­bo­wo­ścią stu­le­cia, był obiek­tem co­raz więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Na pro­gram wi­zy­ty przy­go­to­wa­ny dla nas przez głów­ne biu­ro skła­da­ło się do­kład­ne zwie­dza­nie fa­bry­ki, szcze­gó­ło­we wy­ja­śnie­nia na te­mat dzia­łal­no­ści fir­my, lunch z pre­ze­sem i po­wrót do Ma­dry­tu. Kie­dy scho­dzi­ły­śmy po schod­kach sa­mo­lo­tu, czu­ły­śmy się, jak­by­śmy wy­gra­ły na lo­te­rii i nadal ści­ska­ły w dło­niach zwy­cię­skie ku­po­ny.

Na lot­ni­sku cze­kał kie­row­ca, któ­ry miał nas za­wieźć do kwa­te­ry głów­nej In­di­tek­su, po­ło­żo­nej w stre­fie prze­my­sło­wej Sa­bón. Na miej­scu po­wi­tał nas je­den z człon­ków za­rzą­du i po­pro­sił, by­śmy mu to­wa­rzy­szy­ły. Od owe­go dnia, za każ­dym ra­zem, kie­dy je­stem tam z wi­zy­tą, przy­po­mi­na mi się, że ta wiel­ka ma­chi­na prze­my­sło­wa to nie tyl­ko ubra­nia, ale rów­nież lu­dzie, któ­rzy tu­taj pra­cu­ją. Są mili, ser­decz­ni i mają do­bre ma­nie­ry. Róż­ni „pro­fe­so­ro­wie” z fir­my w ostat­nich la­tach pro­wa­dzi­li wy­kła­dy na stu­diach po­dy­plo­mo­wych w ISEM Fa­shion Bu­si­ness Scho­ol, któ­rą obec­nie kie­ru­ję. Stu­den­ci byli po­ru­sze­ni nie tyl­ko wy­so­kim po­zio­mem ich wy­stą­pień, ale rów­nież przy­ja­znym na­sta­wie­niem i sza­cun­kiem, z ja­kim ich trak­to­wa­no. Po­cząw­szy od Jo­se­go Ma­rii Ca­stel­la­no, któ­ry obec­nie za­sia­da w na­szym Ko­mi­te­cie Do­rad­czym i pro­wa­dził wie­le wy­kła­dów, kie­dy był za­stęp­cą pre­ze­sa i dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym In­di­tek­su, po­przez kie­row­nic­two Zara Home, Lo­gísti­ca oraz Mer­ca­do de Ca­pi­ta­les, se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go i obec­ne­go za­stęp­cę pre­ze­sa i dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go, Pa­bla Islę – każ­dy po­sia­da im­po­nu­ją­cą wie­dzę o me­to­dach pro­duk­cji, ale też ma świa­do­mość, co to zna­czy być czę­ścią ta­kiej fir­my jak In­di­tex. Kie­dy nasi stu­den­ci od­by­wa­ją sta­że w Ar­te­ixo, wra­ca­ją bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ni od­kry­ciem, jak wiel­ce skom­pli­ko­wa­ny jest ten biz­nes, ale rów­nież do­sta­ją tam przy­kład nie­na­gan­nych ma­nier go­spo­da­rzy, ta­kich jak szef Dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji, Je­sús Eche­var­ría oraz inni dy­rek­to­rzy. Ten wy­jąt­ko­wy spo­sób za­cho­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia stra­te­gii fir­my nie­zwy­kle trud­no zde­fi­nio­wać, ale za­uwa­żal­ny jest dla ob­ser­wa­to­rów z ze­wnątrz.

W trak­cie na­szej wi­zy­ty w go­dzi­nach po­ran­nych prze­szli­śmy przez róż­ne dzia­ły, w któ­rych wy­ko­ny­wa­no skom­pli­ko­wa­ne czyn­no­ści zwią­za­ne z pro­duk­cją odzie­ży, za­nim tra­fi ona do miejsc prze­zna­cze­nia. Pod su­fi­tem za­mon­to­wa­ne są prze­ci­na­ją­ce się szy­ny, po któ­rych szy­te ma­so­wo ubra­nia nie­usta­ją­co po­dró­żu­ją w usta­lo­nej ko­lej­no­ści do stre­fy met­ko­wa­nia, pra­so­wa­nia i pa­ko­wa­nia, by tra­fić w koń­cu do punk­tu, gdzie szy­ny się roz­wi­dla­ją, pro­wa­dząc do wła­ści­we­go ma­ga­zy­nu. Na tym ostat­nim eta­pie skom­pli­ko­wa­ne, wy­daj­ne urzą­dze­nia skła­da­ją ża­kie­ty, bluz­ki czy spodnie i umiesz­cza­ją je w ogrom­nych kar­to­no­wych pu­dłach. Je­śli ubra­nia nie na­le­ży skła­dać i trze­ba je prze­wo­zić w po­zy­cji pio­no­wej, umiesz­cza się je na wie­sza­kach, któ­re au­to­ma­tycz­nie zo­sta­ją spa­ko­wa­ne do spe­cjal­nych kon­te­ne­rów. Na każ­dym pu­dle wid­nie­je na­zwa skle­pu oraz ad­res w Hisz­pa­nii lub in­nym kra­ju, np. Fran­cji czy Por­tu­ga­lii. Już wte­dy im­pe­rium Zary prze­kro­czy­ło pierw­sze eu­ro­pej­skie gra­ni­ce.

Za­fa­scy­no­wa­ne nie­ustan­nym ru­chem i su­per­no­wo­cze­sny­mi urzą­dze­nia­mi, któ­re zda­wa­ły się pra­co­wać bez kon­tro­li czło­wie­ka, Mont­se i ja za­sko­czo­ne zo­sta­ły­śmy po­ja­wie­niem się uśmiech­nię­te­go, przy­jaź­nie wy­glą­da­ją­ce­go męż­czy­zny bez ma­ry­nar­ki, wy­ła­nia­ją­ce­go się z ob­ło­ku płasz­czy. Pa­trzył na nas ze zdzi­wie­niem i z przy­jem­no­ścią. Po­my­śla­łam, że pew­nie jest to kie­row­nik dzia­łu. Po­de­szłam do nie­go, by się przy­wi­tać i po­wie­dzieć, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ło na nas to, co zo­ba­czy­ły­śmy tego ran­ka.

Nie mogę stwier­dzić, że do­brze pa­mię­tam swo­je sło­wa, ale chy­ba po­wie­dzia­łam, że je­ste­śmy dzien­ni­kar­ka­mi z Ma­dry­tu, któ­re pan Or­te­ga za­pro­sił na zwie­dza­nie fa­bry­ki. Do­da­ły­śmy też na­tych­miast, że bar­dzo chce­my po­znać oso­bę, któ­ra za­po­cząt­ko­wa­ła coś, co sta­ło się ta­kim bez­pre­ce­den­so­wym suk­ce­sem. W od­po­wie­dzi na moje en­tu­zja­stycz­ne ko­men­ta­rze i bez cie­nia ty­po­we­go ga­li­cyj­skie­go ak­cen­tu, cho­ciaż z sar­ka­zmem zna­nym w tam­tych re­jo­nach, męż­czy­zna za­py­tał: „A więc chcia­ły­by­ście pa­nie po­znać Or­te­gę?”. Pu­bli­ka­cja ofi­cjal­ne­go zdję­cia oca­li­ła­by nas od kil­ku mi­nut wąt­pli­wo­ści, ale wte­dy jesz­cze ta­ko­wa nie ist­nia­ła. „No cóż, moje dro­gie”, okre­śle­nie to wie­lo­krot­nie sły­sza­łam przez na­stęp­ne lata na­szej zna­jo­mo­ści, „no to go ma­cie. To ja je­stem Or­te­ga”. Za­chwy­co­ny na­szym za­sko­cze­niem, szyb­ko do­dał: „ A to ci przy­pad­ko­we spo­tka­nie. Za­pew­niam, że nie było pla­no­wa­ne. Spę­dzam mnó­stwo cza­su na te­re­nie fa­bry­ki, prze­miesz­cza­jąc się z miej­sca na miej­sce, by spraw­dzić, czy wszyst­ko dzia­ła, jak na­le­ży. Je­śli nie ma mnie w ma­ga­zy­nie, to na pew­no je­stem w dzia­le pro­jek­tów. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, uwiel­biam ob­ser­wo­wać cały pro­ces pro­duk­cji, ale naj­bar­dziej fa­scy­nu­je mnie pod­glą­da­nie, co wy­my­śli­li nasi ar­ty­ści! To moja ulu­bio­na część na­szej dzia­łal­no­ści”.

Tak wy­glą­da­ło na­sze pierw­sze spo­tka­nie. Nie trze­ba do­da­wać, że każ­dy, kto miał do czy­nie­nia z Aman­ciem albo pra­co­wał u jego boku, przy­zna, że pew­ne aspek­ty jego oso­bo­wo­ści – otwar­tość, brak wy­ra­fi­no­wa­nia i za­mi­ło­wa­nie do pra­cy – wi­dać od razu. Wszyst­ko, cze­go się do­wie­dzia­łam, za­rów­no o nim jako o czło­wie­ku, jak i o tym, w jaki spo­sób roz­wi­jał biz­nes, zro­zu­mia­łam bar­dzo szyb­ko.

Nie tra­cąc cza­su, spy­ta­łam: „Kie­dy roz­ma­wia pan z pro­jek­tan­ta­mi, pa­nie Or­te­ga, czy wy­ja­wia im pan swo­je zda­nie?”. Od­parł: „Za­nim od­po­wiem na to py­ta­nie, jed­na spra­wa, żad­ne­go wię­cej »pa­nie Or­te­ga«. Tu­taj je­stem po pro­stu Or­te­gą, i to dla wszyst­kich”. Jesz­cze bar­dziej za­sko­czo­na jego bez­po­śred­nio­ścią, przed­sta­wi­łam mu Mont­se. Wy­glą­da­ło na to, że mu się spodo­ba­ły­śmy i na­tych­miast wszedł w rolę ide­al­ne­go go­spo­da­rza. „Sam was opro­wa­dzę po fa­bry­ce”. Za­nim ru­szy­li­śmy da­lej, po­wtó­rzył: „Pro­szę mi mó­wić Or­te­ga, obej­dzie­my się bez ce­re­mo­nii”.

Wo­la­łam zwra­cać się do nie­go po imie­niu, po­nie­waż był je­dy­nym Aman­ciem, ja­kie­go zna­łam, więc na­tych­miast spy­ta­łam, czy mu to nie prze­szka­dza. I tak wła­śnie od tam­tej pory do nie­go mó­wię. Od po­cząt­ku wy­glą­da­ło na to, że na­sza pierw­sza roz­mo­wa nie bę­dzie ostat­nią i że znaj­dą się jesz­cze inne oka­zje do spo­tkań i wy­mia­ny po­glą­dów i wra­żeń, nie tyl­ko na te­ma­ty zwią­za­ne z biz­ne­sem, ale rów­nież z ty­sią­cem spraw, któ­re go in­te­re­so­wa­ły i wy­peł­nia­ły my­śli pod­czas co­dzien­nych dzia­łań. Po­nie­waż zwra­cam się do Or­te­gi in­a­czej niż wszy­scy, za­wsze, kie­dy dzwo­nię do nie­go i py­tam: „Jak się masz, Aman­cio?”, na­tych­miast mnie roz­po­zna­je i od­po­wia­da bar­dziej przy­jaź­nie. Bawi go to, że nie mó­wię do nie­go po na­zwi­sku, jak wszy­scy, na­wet człon­ko­wie jego ro­dzi­ny. Kie­dy wy­sy­łam ży­cze­nia, na przy­kład z oka­zji No­we­go Roku, z przy­jem­no­ścią za­pew­niam, że my­ślę o nim czu­le i pra­gnę dla nie­go w nad­cho­dzą­cym roku jesz­cze więk­szych suk­ce­sów, niż te, któ­re osią­gnął w mi­ja­ją­cym. Jego od­po­wiedź jest za­wsze taka sama: „A ja mo­dlę się o zdro­wie dla wszyst­kich i by spra­wy mia­ły się co naj­mniej tak do­brze, jak do tej pory. Oczy­wi­ście, je­śli mają się jesz­cze le­piej, tym le­piej dla wszyst­kich”. Wszyst­ko jed­no, czy nad­cho­dzi ko­lej­ny rok, czy na­stę­pu­je zmia­na ty­siąc­le­cia, tak jak w 2000 roku, kie­dy wy­czy­nia­no róż­ne sza­leń­stwa, by uczcić tę oka­zję. Aman­cio nie wy­je­chał do ja­kichś eg­zo­tycz­nych kra­jów, był jak zwy­kle w domu w La Co­ru­ña. Co wię­cej, rano, kie­dy wy­sła­łam mu ży­cze­nia i spy­ta­łam: „Ja­kie są two­je pla­ny? Jak za­mie­rzasz po­wi­tać nad­cho­dzą­ce ty­siąc­le­cie?”, od­parł: „Co będę ro­bić? Pra­co­wać, oczy­wi­ście. Je­śli chcę, by wszyst­ko prze­bie­ga­ło spraw­nie, mu­szę wal­czyć każ­de­go dnia, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści”.

Tego ran­ka, kie­dy się po­zna­li­śmy, prze­jął rolę na­sze­go prze­wod­ni­ka. Spy­tał, co już uda­ło nam się zo­ba­czyć i po­pro­wa­dził nas do stref, któ­rych jesz­cze nie zwie­dza­ły­śmy. Prze­szli­śmy do ko­lej­nej sek­cji, gdzie gru­pa duń­skich in­ży­nie­rów mon­to­wa­ła ja­kieś urzą­dze­nia in­for­ma­tycz­ne, bar­dzo za­awan­so­wa­ne jak na owe cza­sy. Sta­nę­li­śmy, przy­słu­chu­jąc się i ob­ser­wu­jąc ich po­czy­na­nia. Cho­ciaż nie zna­li­śmy ję­zy­ka, z pew­no­ścią po­dzi­wia­li­śmy spo­sób, w jaki zaj­mo­wa­li się tymi błysz­czą­cy­mi ma­szy­na­mi, któ­re mia­ły zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać ry­nek przy po­mo­cy in­no­wa­cyj­nych pro­gra­mów, po­zo­sta­ją­cych ta­jem­ni­cą dla wszyst­kich, któ­rzy nie zaj­mo­wa­li się tech­no­lo­gia­mi in­for­ma­tycz­ny­mi. Or­te­ga uśmiech­nął się, pa­trząc, jak z do­słow­nie roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi przy­glą­da­my się roz­gry­wa­ją­cej się na na­szych oczach sce­nie ro­dem z scien­ce fic­tion. Nie zna­łam się zu­peł­nie na tej skom­pli­ko­wa­nej ma­szy­ne­rii, któ­rą nam po­ka­zy­wa­no, ale do­my­śla­łam się, że to wła­śnie tu­taj ukry­ta była więk­szość ta­jem­nic fir­my, któ­ra mia­ła ode­grać głów­ną rolę w świe­cie prze­my­słu odzie­żo­we­go.

Ma­rze­niem Or­te­gi, któ­re dzie­li­ło z nim kie­row­nic­two fir­my, było roz­wi­nię­cie naj­lep­sze­go sys­te­mu lo­gi­stycz­ne­go na świe­cie, dzia­ła­ją­ce­go we­dług nie­spo­ty­ka­nej wcze­śniej me­to­dy, któ­ra po­zwa­la­ła mu umie­ścić pro­dukt w każ­dym skle­pie, bez wzglę­du na jego lo­ka­li­za­cję, w cią­gu za­le­d­wie dwóch ty­go­dni. Na tym wła­śnie się sku­pił. In­ny­mi sło­wy, mia­ła się do­ko­nać zu­peł­na zmia­na w świe­cie han­dlu de­ta­licz­ne­go i dys­try­bu­cji.

Na­sza wi­zy­ta trwa­ła da­lej. Ja­kieś wiel­kie po­miesz­cze­nie ze sto­ła­mi kre­ślar­ski­mi, gdzie pra­co­wa­ła gru­pa pro­jek­tan­tów, za­sła­ne było set­ka­mi ma­ga­zy­nów z róż­nych kra­jów, głów­nie po­świę­co­nych mo­dzie, któ­re wła­śnie za­czę­to na­zy­wać ma­ga­zy­na­mi li­fe­sty­lo­wy­mi. Pod jed­ną ze ścian sta­ły wie­sza­ki ob­cią­żo­ne ubra­nia­mi. Po­de­szłam bli­żej, by na nie zer­k­nąć i uj­rza­łam met­ki zna­nych pro­jek­tan­tów. Spoj­rza­łam na Or­te­gę. Szyb­ko, bez ogró­dek i pro­sto od­po­wie­dział mi na py­ta­nie, któ­re­go nie za­da­łam: „Oczy­wi­ście, że in­spi­ru­je­my się tym, co lu­dzie ak­cep­tu­ją i cze­go szu­ka­ją na świa­to­wych ryn­kach! Roz­pra­co­wu­je­my tu­taj ubra­nia, roz­pru­wa­my je, znów zszy­wa­my i ad­ap­tu­je­my w na­szym wła­snym sty­lu, szy­je­my je i wy­sy­ła­my na ry­nek”.

Słu­cha­jąc go – to samo dzie­je się za każ­dym ra­zem, kie­dy po­wra­ca do mnie ta wy­raź­nie za­pa­mię­ta­na sce­na – po­my­śla­łam o Ba­len­cia­dze, z któ­rym za­zwy­czaj po­rów­nu­je się naj­lep­szych pro­jek­tan­tów na świe­cie. Na sa­mym po­cząt­ku swo­jej ka­rie­ry po­je­chał on kie­dyś do Pa­ry­ża i ze szki­ca­mi, któ­re wy­ko­nał we­dług każ­dej ko­lek­cji, szu­ka­jąc in­spi­ra­cji, ku­pił nie­któ­re mo­de­le, by je do­kład­nie obej­rzeć i wy­ko­nać wła­sne kre­acje zgod­nie z li­nia­mi wy­zna­cza­ny­mi przez naj­lep­sze stro­je ów­cze­snych to­po­wych pro­jek­tan­tów. Opo­wie­dział mi to jego wiel­ki przy­ja­ciel, wiel­bi­ciel ta­len­tu i wie­lo­let­ni współ­pra­cow­nik, Hu­bert de Gi­ven­chy. Po­wie­dział on rów­nież, że Cri­stó­bal nig­dy nie po­peł­niał błę­dów, kie­dy miał zde­cy­do­wać, co ku­pić. „Jego de­cy­zje za­wsze oka­zy­wa­ły się traf­ne”, wy­ja­śnił mi pew­ne­go razu Gi­ven­chy, kie­dy w jego pa­ry­skim domu roz­ma­wia­li­śmy o po­cząt­kach ka­rie­ry Ba­len­cia­gi w to­nie peł­nym nie­mal uwiel­bie­nia. „Kie­dy Cri­stó­bal wró­cił do Hisz­pa­nii, do pra­cow­ni w San Se­ba­sti­án, któ­rą zaj­mo­wał, za­nim prze­pro­wa­dził się na Ave­nue Geo­r­ge V w Pa­ry­żu, roz­pruł ubra­nia – te­raz na­zwa­li­by­śmy je pro­to­ty­pa­mi – i do­kład­nie je prze­stu­dio­wał. Wła­śnie w taki spo­sób na­uczył się, jak naj­więk­si kre­ato­rzy tam­tych cza­sów cię­li po sko­sie, kro­ili rę­ka­wy, ide­al­nie pro­jek­to­wa­li ra­mio­na i pro­wa­dzi­li szwy. To była stro­na tech­nicz­na. Do niej do­dał swo­je no­wa­tor­skie po­my­sły, ta­lent i kre­atyw­ność”. To wła­śnie była dla nie­go szko­ła pro­jek­to­wa­nia, jego oso­bi­sta aka­de­mia sztuk pięk­nych. Do tego do­szła jesz­cze in­spi­ra­cja Mo­rzem Kan­ta­bryj­skim kon­tra­stu­ją­cym z po­szar­pa­ny­mi szczy­ta­mi gór i wzgórz w Pi­re­ne­jach, któ­re mógł oglą­dać z okien swo­je­go domu w Gu­eta­ria. To wła­śnie ten kra­jo­braz i jego świa­tło­cie­nie od­zwier­cie­dlał po­tem w swo­ich pro­jek­tach i prze­kształ­cał w stro­je o nie­zwy­kłych bar­wach i kro­jach.

W dniu na­szej wi­zy­ty w Ar­te­ixo zro­zu­mia­łam, że gru­pa pro­jek­tan­tów osia­dłych na ga­li­cyj­skich wy­brze­żach Mo­rza Kan­ta­bryj­skie­go uczy­ła się i szu­ka­ła in­spi­ra­cji w tej sa­mej szko­le, któ­rą do­wo­dzi „ka­pi­tan” Or­te­ga.

Tren­dy, ko­lo­ry i prze­bo­je każ­de­go se­zo­nu przy­by­wa­ły na sto­ły pro­jek­to­we w Ar­te­ixo ze wszyst­kich za­kąt­ków Eu­ro­py i nie tyl­ko. To za­wsze była ob­se­sja Aman­cia: odzież, któ­rą mo­der­ni­zo­wa­no i prze­ra­bia­no zgod­nie z tym, cze­go pra­gnę­li klien­ci, i stro­je, któ­re szyb­ko po­ja­wia­ły się w Ma­dry­cie, Bar­ce­lo­nie i in­nych hisz­pań­skich mia­stach, ale też w Por­to, Pa­ry­żu i Mek­sy­ku.

Przy­słu­chi­wa­li­śmy się ja­kiś czas jego sło­wom, aż wresz­cie spy­ta­łam: „Czy mo­że­my zro­bić ci zdję­cie?”. Ubra­ny był w ko­szu­lę, bez ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta, i wy­glą­dał jak zwy­kły ro­bot­nik, ale nie dla­te­go nam od­mó­wił. Ła­god­nie i spo­koj­nie – w cią­gu dwu­dzie­stu lat na­szej zna­jo­mo­ści nig­dy nie sły­sza­łam, by kie­dy­kol­wiek pod­niósł głos – od­parł sta­now­czo: „Ab­so­lut­nie nie!”. Zda­łam so­bie spra­wę, że nadal zde­cy­do­wa­nie bro­ni swej pry­wat­no­ści, ale wy­ja­śni­łam, że nie ma się cze­go oba­wiać, po­nie­waż zdję­cie nie uka­że się w ma­ga­zy­nie. Była to praw­da, nie mie­li­śmy za­mia­ru pu­bli­ko­wać żad­nych zdjęć. Po pro­stu chcia­łam mieć por­tret ko­goś, kogo pra­co­wi­tość, wi­zję przy­szło­ści i skrom­ność uzna­łam, jak­by po­wie­dział mistrz Ce­rvan­tes, za wy­bor­ne.

Aman­cio przy­słu­chi­wał się moim sło­wom z tym uśmie­chem, któ­ry za­wsze mu to­wa­rzy­szy, i uczy­nił cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie gest, su­ge­ru­ją­cy, że mogę mó­wić da­lej i że pra­wie go na­mó­wi­łam. Chcąc być jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­ją­ca, po­wie­dzia­łam, że za­wo­do­wo spo­ty­kam wie­lu lu­dzi, któ­rzy są in­te­re­su­ją­cy ze wzglę­du na swo­ją pra­cę i rolę, jaką od­gry­wa­ją w świe­cie, i że sta­ram się mieć do­wód mo­ich z nimi spo­tkań. „Na przy­kład mam wspól­ne zdję­cie z kró­lem, astro­nau­tą, lau­re­atem na­gro­dy No­bla oraz in­ny­mi ludź­mi, bę­dą­cy­mi dla mnie wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Z pew­no­ścią nie chcia­ła­bym, żeby ta­kie zdję­cia uka­za­ły się w pra­sie, po pro­stu pra­gnę­ła­bym za­cho­wać pa­miąt­kę z tak waż­nych dla mnie chwil”.

Za­wa­hał się przez