Człowiek, który biegnie przez las - Mariusz Grzebalski - ebook
Opis

Mariusz Grzebalski potrafi mówić o zwykłej rzeczywistości w zaskakujący sposób. Jego proza pełna jest liryki, metafor, oniryzmu i magii, choć autor porusza tematy dotyczące powszechnie znanych, codziennych spraw. Zbiór opowiadań Człowiek, który biegnie przez las składa się z jedenastu utworów. Grzebalski opowiada historię pewnej dziwnej rodziny na wakacjach, wuja Mateusza, który stał się alkoholikiem, zapisuje dysputy nad muszlą klozetową między torsjami, myśli biegnącego przez las mężczyzny, który się pogubił. Całość przepełniona jest lękiem wobec takich wyznaczników ludzkiego życia, jak Bóg, miłość, pieniądze. Autor, pisząc o prywatnych sprawach, łatwo przechodzi do ogółu, z rzeczy małych czyni rzeczy wielkie i ważne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Ma­riusz Grze­bal­ski

Czło­wiek, któ­ry bie­gnie przez las

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2006

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2006

w se­rii:

Da­wid Bień­kow­ski Nic

Adam Czer­niaw­ski Nar­ra­cje or­miań­skie

Ida Fink Od­pły­wa­ją­cy ogród

Ida Fink Po­dróż

Ma­nu­ela Gret­kow­ska My zdies’ emi­gran­ty

Ma­nu­ela Gret­kow­ska Ka­ba­ret me­ta­fi­zycz­ny

Ma­nu­ela Gret­kow­ska Ta­rot pa­ry­ski

Ma­nu­ela Gret­kow­ska Pod­ręcz­nik do lu­dzi

Ma­nu­ela Gret­kow­ska Na­mięt­nik

Hen­ryk Gryn­berg Dro­ho­bycz, Dro­ho­bycz

Ra­do­sław Ko­bier­ski Ha­rar

Wło­dzi­mierz Ko­wa­lew­ski Świa­tło i lęk

Woj­ciech Ku­czok Gnój

Woj­ciech Ku­czok Opo­wie­ści prze­bra­ne

Woj­ciech Ku­czok Wid­mo­krąg

Kry­stian LupaLa­bi­rynt

Kry­stian LupaPod­glą­da­nia

Ma­rian Ma­rzyń­ski Sen­nik pol­sko-ży­dow­ski

Wło­dzi­mierz Paw­lu­czuk Ju­dasz

Ja­nusz Rud­nic­ki Mój We­hr­macht

Sła­wo­mir Shu­ty Cu­kier w nor­mie z eks­tra­bo­nu­sem

Sła­wo­mir Shu­ty Zwał

Piotr Sie­mion Fi­ni­mon­do

Ma­riusz Sie­nie­wicz Czwar­te nie­bo

Ma­riusz Sie­nie­wicz Ży­dó­wek nie ob­słu­gu­je­my

Ma­rek So­ból Moj­ry

Je­rzy So­snow­ski Wie­lo­ścian

Je­rzy So­snow­ski Prąd za­to­ko­wy

Mag­da­le­na Tul­li W czer­wie­ni

Mag­da­le­na Tul­li Sny i ka­mie­nie

Mag­da­le­na Tul­li Try­by

Mag­da­le­na Tul­li Ska­za

Dni

Po co są dni?

Phi­lip Lar­kin

No i w któ­rymś mo­men­cie, po czte­rech albo pię­ciu mie­sią­cach nie­wi­dze­nia się i nie­sły­sze­nia, po czte­rech lub pię­ciu mie­sią­cach cał­ko­wi­tej ci­szy w ete­rze, usły­sza­łem jego głos w słu­chaw­ce mo­jej ko­mór­ki:

– Jak tam, mia­łeś dzwo­nić, jak zwy­kle nie za­dzwo­ni­łeś, więc dzwo­nię ja, in­a­czej nig­dy się nie spo­tka­my! Mam bu­tel­kę ra­kii, któ­rą z moim ko­cha­niem przy­wieź­li­śmy z Chor­wa­cji, moje ko­cha­nie po­je­cha­ło do mat­ki i po­wie­dzia­ło, że je­śli chcę się na­pić, to z tobą, więc weź dupę w tro­ki i w koń­cu przy­jedź!

Po­nie­waż cie­szą mnie ta­kie pro­po­zy­cje, pły­ną­ce wprost z prze­stron­ne­go pol­skie­go ser­ca, po­nie­waż lu­bię Hu­ber­ta i ra­ki­ję, od­po­wie­dzia­łem:

– Ja­sne, przy­ja­dę. Co przy­wieźć?

Hu­bert po­wie­dział, że nie mam ni­cze­go przy­wo­zić, że wszyst­ko, co trze­ba, ma, że bu­tel­ka ra­kii jest duża, że ma też ma­ry­no­wa­ne kur­ki i sok i za­le­ży mu je­dy­nie na tym, że­by­śmy się wresz­cie spo­tka­li, nie na tym, że­bym co­kol­wiek ze sobą przy­wo­ził.

Dla­te­go koń­czy­łem, jak tyl­ko mo­głem naj­szyb­ciej, pół­rocz­ne ra­por­ty, usta­wia­łem w rzę­dy licz­by do­ty­czą­ce tego, co przez ostat­nie sześć mie­się­cy zro­bi­łem do­bre­go dla mo­je­go pa­dro­ne. Su­mo­wa­łem, ile mi się za tę do­broć na­le­ży, po­tem spraw­dza­łem te wszyst­kie rzę­dy liczb, raz i dru­gi, po­tem znów od po­cząt­ku, aż w koń­cu mo­głem opu­ścić fir­mę.

Ra­port wrzu­ci­łem do ko­per­ty i zo­sta­wi­łem por­tie­ro­wi, żeby prze­ka­zał go goń­co­wi, któ­ry miał się zja­wić w biu­rze o osiem­na­stej. W ba­rze U Wil­ka zja­dłem obiad, ale nie dla­te­go, że by­łem głod­ny, tyl­ko po to, żeby nie rzu­cać się na ra­ki­ję jak mło­kos, z pu­stym żo­łąd­kiem. Chwi­lę póź­niej by­łem w tram­wa­ju, a po­tem w au­to­bu­sie wio­zą­cym mnie do Hu­ber­ta przez to­ną­cy w słoń­cu Po­znań.

Kie­dy za­dzwo­ni­łem przez do­mo­fon, Hu­bert ode­zwał się w swo­im sty­lu:

– No, kur­de, już my­śla­łem, że się roz­my­śli­łeś i znik­niesz mi gdzieś po dro­dze! Za­cze­kaj, za­raz zej­dę ci otwo­rzyć, bo coś się je­bie w tym do­mo­fo­nie.

I fak­tycz­nie, za­raz był na dole, pre­zen­tu­jąc swo­ją wy­szczer­bio­ną je­dyn­kę, a tak­że chu­dy grzbiet in­te­lek­tu­ali­sty, któ­ry za nic ma wy­gląd i ma­nie­ry przy­pi­sa­ne jego ka­ście. Ra­zem z nim wi­tał mnie jego okrop­ny, to zna­czy okrop­ny moim zda­niem, bas­set. Bas­set, któ­re­go nie lu­bię, ale ja w ogó­le nie lu­bię psów, a tego szcze­gól­nie, bo kie­dy mnie wita, w po­ło­wie zo­sta­je na moim ubra­niu w po­sta­ci kła­ków i po­tem mu­szę te kła­ki zbie­rać z sie­bie przez resz­tę dnia.

Kie­dy usie­dli­śmy przy sto­li­ku, kie­dy Hu­bert po­sta­wił przede mną li­tro­wą ra­ki­ję, sa­la­ter­kę z ma­ry­no­wa­ny­mi kur­ka­mi, dwa wi­del­ce, kie­dy uśmie­chał się do mnie, raz za ra­zem po­ka­zu­jąc wy­szczer­bio­ną je­dyn­kę, kie­dy mó­wił o so­bie, o tym, co prze­żył w cią­gu ostat­nich czte­rech mie­się­cy, co w tym cza­sie prze­czy­tał, co usły­szał od lu­dzi – wte­dy po­czu­łem się jak w ja­kimś przej­ścio­wym nie­bie, któ­re znam z pre­na­tal­ne­go snu. Że gdzieś we mnie roz­le­wa się cie­pły po­tok po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, któ­ry wkrót­ce zmie­ni się w sze­ro­ką rze­kę. Po­tok po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, któ­re­go nie ro­zu­miem i zu­peł­nie nie po­tra­fię do­pa­so­wać do sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­leź­li­śmy.

Ale naj­dziw­niej­sze było to, że Hu­bert bez prze­rwy mó­wił, a mnie wy­star­cza­ło sie­dze­nie, wi­dok mó­wią­ce­go Hu­ber­ta, wi­dok zgro­ma­dzo­ne­go na sto­le sprzę­tu, jak rów­nież wi­dok ostat­nich pro­mie­ni sło­necz­nych, prze­kra­da­ją­cych się przez ża­lu­zje w oknach du­że­go po­ko­ju jego miesz­ka­nia, od stro­ny lot­ni­ska na Ła­wi­cy, z któ­re­go tyle razy star­to­wał „Bubi” Hart­mann, ze­strze­li­wu­jąc po­tem ko­lej­nych Ro­sjan, o czym po wie­le­kroć in­for­mo­wa­łem Hu­ber­ta, a on za­wsze grzecz­nie mi przy­ta­ki­wał, choć tak na­praw­dę Hart­mann i jego wy­czy­ny wi­szą mu koło wen­tla jak kilo kitu.

To dziw­ne, ale nie pa­mię­tam, kie­dy się po­zna­li­śmy. Pa­mię­tam tyl­ko, że Hu­bert był wte­dy chu­dy jak szcza­pa i no­sił czer­wo­ny pod­ko­szu­lek bez rę­ka­wów i że ten pod­ko­szu­lek miał cen­ty­me­tro­we ja­sno­błę­kit­ne ob­ra­mo­wa­nie, i że Hu­bert mó­wił wte­dy rów­nie dużo, jak mówi te­raz – po dzie­się­ciu czy je­de­na­stu la­tach od mo­men­tu, kie­dy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem go w tym czer­wo­nym z nie­bie­skim ob­ra­mo­wa­niem pod­ko­szul­ku.

Nie pa­mię­tam, kie­dy go po­zna­łem, przy­po­mi­nam so­bie tyl­ko, że było to tuż przed in­au­gu­ra­cją albo za­raz po wstęp­nych. Ale nie, nie pa­mię­tam go z eg­za­mi­nów, z eg­za­mi­nów pa­mię­tam głów­nie Jan­czy­szy­na, któ­ry przy­je­chał na nie pro­sto z ORP Orzeł, za­ko­twi­czo­ne­go na re­dzie por­tu wo­jen­ne­go w Gdy­ni. Jan­czy­szy­na, któ­ry na eg­za­mi­nach był tak zmor­do­wa­ny po­dró­żą, że w trak­cie pi­sem­ne­go z oj­czy­ste­go za­snął i trze­ba go było bu­dzić szar­pa­niem za rę­kaw jego bia­łej ma­ry­nar­skiej blu­zy.

Hu­ber­ta pa­mię­tam ra­czej z prak­tyk w za­kła­dach me­ta­lur­gicz­nych Po­met. Tak, z prak­tyk, do któ­rych tra­fi­li­śmy jako przy­szli stu­den­ci fi­lo­zo­fii, bo gdzie, jak nie do Po­me­tu, mo­gli tra­fić przy­szli stu­den­ci fi­lo­zo­fii?

Pod­czas prak­tyk pierw­szy raz na­pa­to­czy­li­śmy się na sie­bie przy roz­dzie­la­niu miejsc pra­cy, tego, gdzie kto bę­dzie przez na­stęp­ne pięć ty­go­dni pra­co­wać i co bę­dzie ro­bić. Sta­li­śmy całą gru­pą, dwu­dzie­stu chło­pa, przy pie­cach do wy­to­pu su­rów­ki, przy­szedł do nas maj­ster i za­de­cy­do­wał:

– Ty tu, ty tam, oni tam, resz­ta ho­ło­ty za mną!

Nie było, że się nie chce, że za­wro­ty gło­wy – so­cja­li­stycz­na oj­czy­zna po­trze­bo­wa­ła stu­denc­kich rąk do pra­cy. Inne ręce były do pra­cy w Po­me­cie bar­dziej niż znie­chę­co­ne, cze­mu nie ma się co dzi­wić. Sta­li pra­cow­ni­cy Po­me­tu mó­wi­li o swo­jej fir­mie zda­nia nie­po­zo­sta­wia­ją­ce więk­szych złu­dzeń co do jej fak­tycz­nej kon­dy­cji, na przy­kład, że naj­pierw jest dziu­ra w du­pie, do­pie­ro po­tem da­le­ko, da­le­ko za nią – Po­met. Tyle, żeby po­prze­stać na pierw­szym z brze­gu eu­fe­mi­zmie.

W trak­cie przy­dzia­łu miejsc pra­cy Hu­bert tłu­ma­czył maj­stro­wi, że jest głu­chy na jed­no ucho, bo kie­dy tre­no­wał wio­ślar­stwo, po­śli­zgnął się i ude­rzył gło­wą o po­most. Jego głu­cho­tę po­twier­dził na pi­śmie le­karz za­kła­do­wy Po­me­tu. Ale maj­ster tyl­ko się za­śmiał, spoj­rzał na pa­pier i po­wie­dział:

– To to ty so­bie, chłop­cze, wsadź!

I za­raz skie­ro­wał Hu­ber­ta do pra­cy przy wiel­kim ma­gne­sie. Hu­bert był tam zu­peł­nie nie­po­trzeb­ny, ale wła­śnie tam w ca­łym Po­me­cie naj­bar­dziej hu­cza­ło, więc maj­ster uznał, że to naj­lep­sze miej­sce, żeby Hu­ber­ta utem­pe­ro­wać. Utem­pe­ro­wać po to, żeby na­stęp­nym ra­zem, gdzie­kol­wiek to bę­dzie i ja­ki­kol­wiek rzą­dził­by tam maj­ster, nie star­to­wał na dzień do­bry z dzi­wacz­ny­mi za­świad­cze­nia­mi o głu­cho­cie, tyl­ko żeby ze śpie­wem na ustach brał się do ro­bo­ty.

Hu­bert zro­zu­miał. Stał na ku­pie zło­mu, pod ma­gne­sem wiel­kim jak la­ta­ją­cy ta­lerz, co ja­kiś czas, kie­dy ma­gnes prze­no­sił ko­lej­ną por­cję zło­mu do ka­dzi słu­żą­cej do wy­to­pu su­rów­ki, prze­ży­wał ka­thar­sis – i ro­zu­miał. Dia­gno­za maj­stra była lep­sza niż dia­gno­za le­ka­rza. Maj­ster le­piej niż le­karz znał swój za­kład i le­piej wie­dział, gdzie Hu­bert się przy­da, z uchem czy bez.

Tak więc Hu­bert stał pod wiel­kim ma­gne­sem i wszyst­ko sły­szał! Sły­szał tak do­brze, jak jesz­cze nig­dy w ży­ciu. Ale po­nie­waż po trzech dniach sły­szał ten cho­ler­ny ma­gnes tak­że po wyj­ściu z Po­me­tu, a na­wet we śnie, olał swój przy­dział i nie py­ta­jąc ni­ko­go o zgo­dę, prze­niósł się do od­lew­ni. Do od­lew­ni, czy­li do mnie.

W od­lew­ni było przy­jem­nie, o ile może być przy­jem­nie w ja­kiej­kol­wiek od­lew­ni czy w któ­rym­kol­wiek z od­dzia­łów ja­kiej­kol­wiek huty w ja­kim­kol­wiek kra­ju na świe­cie. Śred­nia tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si­ła tam oko­ło czter­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza, przy ga­rze było tych stop­ni pięć­dzie­siąt z ha­kiem. Gar była to pół­to­no­wa kadź z płyn­ną sta­lą, któ­ra co kil­ka­na­ście mi­nut nad­jeż­dża­ła nad na­sze gło­wy, przy­cią­ga­na przez suw­ni­cę. Za­war­tość gara trze­ba było szyb­ko roz­lać do mniej­szych ga­rów, któ­re pod­jeż­dża­ły pod tę kadź od spodu, je­den po dru­gim, umo­co­wa­ne na czymś w ro­dza­ju pasa trans­mi­syj­ne­go. Słu­ży­ły one do za­le­wa­nia form kół wa­go­nów ko­le­jo­wych, wy­ko­rzy­sty­wa­nych po­tem przez wszech­pol­skie ko­le­je pań­stwo­we.

Była to o tyle do­bra pra­ca, że szyb­ko się za­czy­na­ła, i ani się czło­wiek spo­strzegł, już się koń­czy­ła. Za­czy­na­li­śmy punkt szó­sta, my – to zna­czy przy­szli stu­den­ci fi­lo­zo­fii i żoł­nie­rze z kar­nej kom­pa­nii we Wrze­śni. Ro­bot­ni­cy zja­wia­li się o siód­mej, chy­ba że po­przed­nie­go dnia upi­li się do nie­przy­tom­no­ści albo po pro­stu nie chcia­ło im się wstać. Wte­dy przy­cho­dzi­li o w pół do ósmej albo i póź­niej. Le­d­wie za­czę­li­śmy, a już była dwu­na­sta i prze­rwa obia­do­wa, czy­li kwa­drans prze­zna­czo­ny na to, żeby zjeść dwie paj­dy chle­ba z tłu­stym bocz­kiem albo sło­ni­ną i po­pić je rów­nie tłu­stym mle­kiem z bu­tel­ki po wo­dzie mi­ne­ral­nej.

Po­tem w huku, pyle i bi­ją­cym ze­wsząd ża­rze mi­ja­ła go­dzi­na z okła­dem albo kil­ka (je­śli trze­ba było ro­bić nad­licz­bów­ki), i już był faj­rant, zdej­mo­wa­nie oku­tych bu­tów, dre­li­chów, spodni i ko­szul z fla­ne­li, któ­re daw­no utra­ci­ły swo­ją na­tu­ral­ną mięk­kość, ką­piel pod prysz­ni­cem, skok przez płot – mie­li­śmy wszyst­ko z gło­wy.

Ile­kroć my­ślę o Po­me­cie, od­no­szę wra­że­nie, że ro­bot­ni­cy z tej fa­bry­ki nie mie­li nic wspól­ne­go z bo­ha­te­ra­mi na­szych jak­że licz­nych prze­ło­mów, że ża­den z nich nie miał nic wspól­ne­go z Bir­ku­tem czy Wa­łę­są. Ża­den z nich nie wsła­wił się ni­czym szcze­gól­nym poza kra­dzie­żą, upi­ciem się w pra­cy albo poza pra­cą, obi­ciem po twa­rzy kum­pla, ni­czym szcze­gól­nym poza groź­bą w sty­lu:

– Te, stu­dent, wpier­do­lić cię do ko­tła?

Ro­bot­ni­cy z od­lew­ni przy­cho­dzi­li do pra­cy za­wsze moc­no spóź­nie­ni, za­wsze pi­ja­ni, nie­za­leż­nie od tego, czy była to dniów­ka, po­po­łu­dniów­ka czy noc­ka. Za­wsze sztor­co­wa­li nas, że jesz­cze nie po­sprzą­ta­li­śmy po po­przed­niej zmia­nie, po­tem do­kład­nie czy­ści­li swo­je na­rzę­dzia, jak­by zaj­mo­wa­li się w Po­me­cie me­cha­ni­ką pre­cy­zyj­ną, nie zaś za­le­wa­niem form kół wa­go­no­wych, wy­ko­rzy­sty­wa­nych przez wszech­pol­skie ko­le­je pań­stwo­we. Do­pie­ro wte­dy za­czy­na­ła się wła­ści­wa pra­ca, któ­ra wcze­śniej nie mo­gła się za­cząć, bo ro­bot­ni­cy z od­dzia­łu pie­ców też nig­dy nie przy­cho­dzi­li punk­tu­al­nie. Do dziś nie mogę zro­zu­mieć, kto mię­dzy zmia­na­mi utrzy­my­wał te wszyst­kie pie­ce pod ogniem.

Kie­dy pra­ca ko­niec koń­ców się za­czy­na­ła, ro­bot­ni­cy pró­bo­wa­li dy­ry­go­wać od­da­ną pod ich ba­tu­tę or­kie­strą przy­szłych stu­den­tów fi­lo­zo­fii i żoł­nie­rzy z kar­nej kom­pa­nii we Wrze­śni. A kie­dy zmę­czy­li się dy­ry­go­wa­niem, tą strasz­nie mę­czą­cą ro­bo­tą, jaką jest dy­ry­go­wa­nie in­ny­mi, je­den z nich uda­wał się po wodę mi­ne­ral­ną, dru­gi szedł, gdzie go oczy po­nio­sły, a inni pa­trzy­li, czy do­brze nam idzie, czy nam idzie w od­po­wied­nim ryt­mie i z na­le­ży­tą szyb­ko­ścią. Pa­trzy­li, aż w koń­cu zmę­cze­ni pa­trze­niem za­sy­pia­li snem spra­wie­dli­wych, gdzie któ­ry sie­dział albo le­żał. W ten wła­śnie spo­sób „nasi” ro­bot­ni­cy do­pły­wa­li do tak od­le­głe­go, zda­wa­ło­by się, brze­gu prze­rwy obia­do­wej.

Za­raz po prze­rwie któ­ryś z nich wy­ko­ny­wał de­sant na mo­no­po­lo­wy miesz­czą­cy się za bra­mą Po­me­tu, gdzie ku­po­wał wina mar­ki Wino, przy­no­sił je na od­lew­nię, ro­bot­ni­cy pili je, za­pew­ne w tro­sce o to, żeby obiad do­brze uło­żył im się w żo­łąd­kach, ale zwy­kle uda­wa­ło im się prze­do­brzyć – do tego stop­nia, że rzy­ga­li tym obia­dem gdzie po­pa­dło, pod nogi swo­je i in­nych, jak­by chcie­li się nim nie­udol­nie po­dzie­lić. Po­tem sia­da­li z boku, pa­trzy­li na nas spode łba i dar­li się w nie­zro­zu­mia­łym na­rze­czu, ale sie­dzie­li nie­pew­nie, roz­chwia­ni jak na po­kła­dzie okrę­tu wal­czą­ce­go z roz­sza­la­łym ży­wio­łem fal, nie zaś na spo­koj­nej, usła­nej po­pio­ła­mi i pia­chem be­to­no­wej pod­ło­dze za­kła­dów me­ta­lur­gicz­nych Po­met.

Wy­jąt­kiem był gość od pie­ców, z ra­cji uro­dy prze­zy­wa­ny Cy­ga­nem, do któ­re­go tra­fi­li­śmy trzy albo czte­ry razy, kie­dy coś na­wa­li­ło. Naj­czę­ściej była to suw­ni­ca, bo wte­dy na od­lew­ni się nie pra­co­wa­ło, wszy­scy roz­ła­zi­li się po ką­tach niby in­sek­ty – dzie­siąt­ki lu­dzi, jak­by Po­met miał pod sobą nie­koń­czą­ce się ka­ta­kum­by.

Cy­gan był przy­stoj­nym, za­wa­diac­ko uśmiech­nię­tym go­ściem o ciem­nej kar­na­cji, na­wet w jed­nej pią­tej nie tak sfru­stro­wa­nym, jak resz­ta po­me­tow­ców. Miesz­kał na Chro­bre­go, więc szyb­ko do­ga­da­li­śmy się, jak to lu­dzie z jed­ne­go osie­dla, któ­rzy zna­ją to osie­dle od po­cząt­ku. Ja miesz­ka­łem w pięt­na­st­ce, on w dwu­dzie­st­ce, czy­li w blo­kach, któ­re zbu­do­wa­no na sa­mym po­cząt­ku, za­nim jesz­cze Chro­bre­go sta­ło się osie­dlem i kie­dy na do­brą spra­wę była to jesz­cze wieś Piąt­ko­wo.

W dru­giej po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych miesz­kać na Chro­bre­go to było coś, blo­ków sta­ło nie­wie­le – wszy­scy trzy­ma­li szta­mę. Te­raz po­wie­dzieć, że je­steś z Chro­bre­go, to tak jak przy­znać się, że chcesz pod­pro­wa­dzić ko­muś bry­kę, zwi­nąć port­fel albo wy­mu­sić na nim ha­racz, o ile krę­ci ja­kiś in­te­res. Ale te­raz krę­cić in­te­res na Chro­bre­go mogą wy­łącz­nie lu­dzie lu­bią­cy dzia­łać na wła­sną szko­dę.

Je­śli nada­rzy­ła się oka­zja, Cy­gan brał Hu­ber­ta i mnie pod opie­kę, co wy­cho­dzi­ło nam na do­bre, bo jak­kol­wiek w cha­osie, któ­rym był Po­met, ni­ko­mu nie chcia­ło się pra­co­wać, to jed­nak stu­den­ci i żoł­nie­rze z kar­nej kom­pa­nii we Wrze­śni pra­co­wać mu­sie­li, czy im się to po­do­ba­ło, czy nie.

My jed­nak, za­miast zwa­lać piach z wa­go­nów albo sprzą­tać za ko­goś, komu nie chcia­ło się zwa­lać pia­chu z wa­go­nów ani sprzą­tać, kła­dli­śmy się na drew­nia­nych ław­kach u Cy­ga­na, gdzie po­pi­ja­jąc mi­ne­ral­ną, słu­cha­li­śmy Trój­ki albo ude­rza­li­śmy w ki­mo­no. Cy­gan nie­wie­le z nami roz­ma­wiał. Pa­trzył na nas tyl­ko i śmiał się, kie­dy na za­da­ne po raz enty py­ta­nie o nasz przy­szły za­wód otrzy­my­wał nie­zmien­nie tę samą od­po­wiedź:

– Fi­lo­zof…

Był to uśmiech w po­ło­wie nie­do­wie­rza­nia, w po­ło­wie po­li­to­wa­nia.

W od­róż­nie­niu od Cy­ga­na „nasi” ro­bot­ni­cy ani przez mo­ment nie uda­wa­li przy­ja­zne­go do nas na­sta­wie­nia. Ich mal­kon­tenc­two, wrza­skli­wość i cham­stwo były nie do prze­bi­cia. A że py­ta­nia w sty­lu: „Te, stu­den­cia­ki, wje­bać któ­re­goś do ko­tła?”, po­wta­rza­ły się dzień w dzień, usta­wi­li­śmy spra­wę po swo­je­mu. Któ­re­goś razu kie­row­ni­ca gara przy­cią­gnię­te­go przez suw­ni­cę zo­sta­ła prze­krę­co­na o dzie­sięć stop­ni bar­dziej niż zwy­kle i po­ma­rań­czo­wo­żół­ta stal za­miast do roz­le­wa­rek tra­fi­ła do pia­sku, iskrząc jak w Boże Na­ro­dze­nie. Wszy­scy w pro­mie­niu dzie­się­ciu me­trów roz­bie­gli się, ska­cząc jak na­wie­dze­ni, od­pi­na­jąc dy­mią­ce dre­li­chy, gu­biąc bia­łe i czer­wo­ne ka­ski, prze­kli­na­jąc, na czym świat stoi. Na szczę­ście, ni­ko­mu nic się nie sta­ło. Mimo to oczy tych z dołu, tych, któ­rzy upo­ko­rze­ni na­szym go­rą­cym żar­tem, na­szą go­rą­cą prze­stro­gą, wy­cią­ga­li z po­pio­łu swój dro­go­cen­ny sprzęt, po­pra­wia­li na so­bie dre­li­chy – oczy tych lu­dzi ściem­nia­ły. Ich ręce chwy­ci­ły za ło­pa­ty i ki­lo­fy.

Ale to my, Hu­bert i ja, nie oni, sta­li­śmy dwa me­try nad zie­mią, to w na­szych rę­kach spo­czy­wa­ła kie­row­ni­ca gara, któ­rą co ja­kiś czas prze­krę­ca­li­śmy w dół – i znów wy­bu­chał do­oko­ła pie­kiel­ny po­ma­rań­czo­wy żar. Nikt się nie zbli­żył, uci­chły prze­kleń­stwa, ło­pa­ty i ki­lo­fy wró­ci­ły na swo­je miej­sca. Wresz­cie naj­star­szy z „na­szych” ro­bot­ni­ków po­wie­dział:

– Zo­staw to już, kur­wa, mło­dy, bo jesz­cze kto przyj­dzie i bę­dzie gnój! Z tym ga­rem to były żar­ty, sły­szysz?

I rze­czy­wi­ście, ani na­stęp­ne­go, ani w ko­lej­ne dni na­szej pra­cy w Po­me­cie nikt nie za­pro­po­no­wał nam szyb­kie­go zna­le­zie­nia się ko­tle. Tyl­ko ostat­nie­go dnia prak­tyk naj­star­szy z „na­szych” ro­bot­ni­ków, sto­jąc przy ga­rze, ob­ró­cił jego kie­row­ni­cę za bar­dzo w dół i tuż przed nami, sy­piąc zło­ty­mi iskra­mi, bry­znę­ła od zie­mi po­ma­rań­czo­wo­żół­ta po­świa­ta. Stal mie­sza­ła się z pia­skiem i po­pio­łem – ucie­ka­łem w stro­nę pie­ców, w po­śpie­chu ścią­ga­jąc tlą­cą się fla­ne­lo­wą ko­szu­lę, Hu­bert rwał, co sił w no­gach, w prze­ciw­nym kie­run­ku, pró­bu­jąc zzuć po dro­dze cięż­kie bu­cio­ry z me­ta­lo­wy­mi czu­ba­mi, z któ­rych ulat­niał się dym.

Kie­row­ni­ca w rę­kach Sta­re­go zsu­nę­ła się za bar­dzo w dół tyl­ko raz, za­raz po­tem Sta­ry szyb­kim ru­chem przy­wró­cił jej wła­ści­we po­ło­że­nie, i już za mo­ment po­przez huk pra­cu­ją­cych ma­szyn dał się sły­szeć naj­pierw nie­pew­ny, po­tem żywy, co­raz moc­niej­szy śmiech wie­lu lu­dzi. Śmia­li się wszy­scy do­oko­ła. Śmia­li się żoł­nie­rze z kar­nej kom­pa­nii we Wrze­śni, le­żą­cy przy for­mach kół ko­le­jo­wych, śmiał się Sta­ry przy kie­row­ni­cy gara, śmia­li się jego kum­ple i przy­pad­ko­wi świad­ko­wie zda­rze­nia, le­d­wie wi­docz­ni w pyle uno­szą­cym się w hali od­lew­ni.

Kie­dy uwol­ni­łem się z ko­szu­li, kie­dy Hu­bert zrzu­cił buty, kie­dy­śmy chwil­kę od­sap­nę­li, ro­zej­rze­li się do­oko­ła i wresz­cie kie­dy zro­zu­mie­li­śmy, o co cho­dzi – wte­dy i my za­czę­li­śmy śmiać się zdro­wym, nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. Ra­chun­ki zo­sta­ły wy­rów­na­ne, nikt do ni­ko­go nie ży­wił ura­zy, ba, po­czu­li­śmy z Hu­ber­tem, za­pew­ne na wy­rost, że „nasi” ro­bot­ni­cy sta­li się na­szy­mi ro­bot­ni­ka­mi.

Prak­ty­ki trwa­ły pięć ty­go­dni. Schu­dłem sie­dem kilo, we wło­sach wciąż przy­no­si­łem do domu tłu­sty pył, któ­ry w trak­cie snu bru­dził po­dusz­ki. Wciąż hu­cza­ło mi w uszach i z caro prze­rzu­ca­łem się raz za ra­zem na po­znań­skie bez fil­tra albo po­pu­lar­ne, żeby czuć, że co­kol­wiek palę.

Fir­mę że­gna­li­śmy bez żalu. Bez żalu po raz ostat­ni zrzu­ca­li­śmy z sie­bie po­dziu­ra­wio­ne twar­de dre­li­chy i bu­cio­ry z me­ta­lo­wy­mi czu­ba­mi. Ale kie­dy po raz ostat­ni prze­ska­ki­wa­li­śmy przez na­smo­ło­wa­ny płot za­kła­dów me­ta­lur­gicz­nych Po­met, bru­dząc so­bie przy oka­zji spodnie, bo i tym ra­zem nie chcia­ło nam się wy­cho­dzić przez bra­mę – po­czu­łem nie­ja­sny żal, że zo­sta­wia­my za sobą, na za­wsze, ko­goś, kto nie uciek­nie stam­tąd jak uwol­nio­ny ptak. Jak wła­śnie ucie­kli­śmy my.

Jed­nak żal szyb­ko mi­nął, gdyż ma to do sie­bie, że jest bez­bron­ny wo­bec ra­do­ści, a my jesz­cze tego sa­me­go dnia roz­pę­ta­li­śmy praw­dzi­wą bu­rzę, ist­ny hu­ra­gan ra­do­ści. Za­czę­li­śmy w ba­rze Pod Go­łąb­kiem, po­tem po­je­cha­li­śmy do Ba­bi­lo­nu – aka­de­mi­ka, w któ­rym miesz­kał Hu­bert. W aka­de­mi­ku przy­łą­czył się do nas Dia­beł, prze­zy­wa­ny tak z uwa­gi na za­cho­wa­nie po wód­ce, a tak­że Wło­dek, przy­szły stu­dent pra­wa, któ­re­go głów­nym ma­rze­niem było zo­stać pro­ku­ra­to­rem, ści­gać prze­stęp­ców i mal­wer­san­tów, tak aby wresz­cie wy­pro­wa­dzić nasz ku­le­ją­cy kraj na pro­stą, i Blom­bon, któ­ry ma­rzył, żeby zo­stać fi­zy­kiem na mia­rę He­isen­ber­ga, i Ba­zyl, któ­ry pra­gnął Pol­ski od mo­rza do mo­rza, a tak­że wie­lu, wie­lu in­nych.

Sie­dzie­li­śmy co­raz bar­dziej roz­ma­rze­ni, co­raz bar­dziej roz­ga­da­ni o tym, kto kim w ży­ciu bę­dzie, jak da­le­ko zaj­dzie i cze­go do­ko­na. Al­ko­ho­lu jak­by nie uby­wa­ło, a bu­rza ra­do­ści, któ­rą roz­pę­ta­li­śmy, wy­mknę­ła się nam naj­pierw z jed­ne­go po­ko­ju do dru­gie­go, z tego znów do ko­lej­ne­go, po­tem ogar­nę­ła cały ko­ry­tarz, łącz­nie z prysz­ni­ca­mi i kuch­nią, wresz­cie win­dą po­gna­ła na inne pię­tra, w górę i w dół.

Wło­dek roz­ma­wiał o pra­wie z chło­pa­ka­mi z AWF-u, w tym z To­ni­kiem, któ­ry prze­niósł się po­tem na fi­lo­zo­fię, Dia­beł pró­bo­wał pod prysz­ni­cem ko­chać się z Ka­ro­li­ną, któ­rej wcze­śniej nikt z nas, tak­że sam Dia­beł, nie wi­dział na oczy, Mi­kesz prze­ma­wiał ze scho­dów na te­mat ma­lar­stwa Ego­na Schie­le, Hu­bert li­cy­to­wał się na ar­gu­men­ty z nie­do­szłym je­zu­itą Pio­trem, któ­ry na prak­ty­ki do Po­me­tu przy­je­chał pro­sto z klasz­to­ru w Pusz­czy­ko­wie.

Pa­trzy­łem na tych wszyst­kich chło­pa­ków z nie­kła­ma­nym po­dzi­wem – i za­zdro­ści­łem im, że tyle wie­dzie­li o So­kra­te­sie, Pla­to­nie, To­ma­szu z Akwi­nu, Awi­cen­nie, Kan­cie czy Schel­lin­gu, o któ­rych ja wie­dzia­łem za­le­d­wie tyle, że byli, albo nie­wie­le wię­cej. (Chy­ba że o bra­zy­lij­skim po­moc­ni­ku So­cra­te­sie, któ­ry w nie­ba­nal­ny spo­sób eg­ze­kwo­wał rzu­ty kar­ne.)

I wsty­dzi­łem się tro­chę, że tak wła­śnie jest, że mogę z nimi dys­ku­to­wać tyl­ko na te­ma­ty ogól­ne, bez przy­wo­ły­wa­nia tych wszyst­kich wspa­nia­łych na­zwisk i ukry­tych za nimi tez, że moje opo­wie­ści ogra­ni­cza­ją się do prze­czy­ta­nych ksią­żek i tego, co sam prze­ży­łem, ale to prze­cież nie ma nic wspól­ne­go z fi­lo­zo­fią. I tyl­ko przed Hu­ber­tem przy­zna­łem się, że fi­lo­zo­fia, któ­rą wkrót­ce za­cznie­my stu­dio­wać, jest mi po­trzeb­na po to, że­bym mógł w spo­ko­ju po­zna­wać to, co aku­rat mnie za­in­te­re­su­je, nie­ko­niecz­nie pi­sma Awi­cen­ny czy Kan­ta. Że przez cały ten czas chcę zbie­rać i kon­den­so­wać w so­bie do­świad­cze­nia. Chcę to ro­bić, po­nie­waż chcę pi­sać.

Hu­bert od­cze­kał chwi­lę, po­pa­trzył na mnie, po­ca­ło­wał w czo­ło, kil­ka razy wal­nął dło­nią po ple­cach i po­wie­dział:

– No i bar­dzo do­brze, bra­chu! Bar­dzo do­brze!

A po­tem ra­dość buch­nę­ła już bez żad­nych ogra­ni­czeń – przez okna, na chod­nik i tra­wę, świat za­wi­ro­wał…

Prze­bu­dzi­łem się, idąc przez roz­ko­pa­ne osie­dle po kost­ki w bło­cie – słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, choć jed­no­cze­śnie za­no­si­ło się na deszcz, ale to było cał­ko­wi­cie nor­mal­ne tego cał­ko­wi­cie nie­nor­mal­ne­go lata.

Bar­dzo szyb­ko, bo już na­za­jutrz, mu­sia­łem przy­po­mnieć so­bie wszyst­ko, co się dzia­ło, kie­dy mnie nie było, to zna­czy, kie­dy by­łem, ale o tym nie wie­dzia­łem, bo do tego stop­nia po­chło­nę­ła mnie ra­dość.

Tego dnia za­dzwo­nił do mnie Hu­bert, wy­stra­szo­ny, a jesz­cze bar­dziej – są­dząc po bar­wie gło­su, kie­dy ze mną roz­ma­wiał – przy­gnę­bio­ny. Kie­row­nicz­ka aka­de­mi­ka Ba­bi­lon po­ja­wi­ła się u nie­go w po­ko­ju wcze­śnie rano i na­ka­za­ła mu po­ma­lo­wać od nowa ten jego po­kój oraz po­kój Dia­bła, a po­nad­to ku­pić do tych po­ko­jów sto­ły, krze­sła oraz szaf­ki.

Za­py­ta­łem go, skąd ten