Człowiek honoru ? Czesław Kiszczak w rozmowie z Jerzym Diatłowickim - Jerzy Diatłowicki, Czesław Kiszczak - ebook

Człowiek honoru ? Czesław Kiszczak w rozmowie z Jerzym Diatłowickim ebook

Jerzy Diatłowicki, Czesław Kiszczak

0,0
36,00 zł

lub
Opis

Niepublikowana dotychczas spowiedź generała Kiszczaka.

W tej książce zebrano o wiele więcej dokumentów, niż IPN znalazł w tak zwanej „szafie Kiszczaka”. W efekcie niemal 20-letniej znajomości Jerzego Diatłowickiego z generałem Czesławem Kiszczakiem, były szef MSW dopuścił autora nie tylko do swego prywatnego domowego archiwum, ale także zwierzał mu się z sekretów swojego życia – przekazując ogromną liczbę nieznanych i sensacyjnych informacji na temat najnowszej historii Polski.

W książce przedstawione są skomplikowane relacje szefa MSW z generałem Jaruzelskim. Poznajemy kulisy: wydarzeń grudnia 70., przygotowań do wprowadzenia stanu wojennego, a później spotkań w Magdalence i obrad Okrągłego Stołu. 

Kiszczak opowiada również o ludziach, których poznał w czasie swojej kariery: marszałku Rokossowskim, szefach wszechwładnej wojskowej bezpieki m.in. Dymitrze Wozniesieńskim oraz Ignacym Krzemieniu oraz wielu innych. Poznajemy także szczegóły planowanego przez MSW zamachu na Adama Michnika i różne sekrety partyjnych towarzyszy.

Jerzy Diatłowicki – dziennikarz, socjolog.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 404




Copyright © Jerzy Diatłowicki, 2016

Projekt okładki

Mariusz Kula

Zdjęcia na okładce

© Jerzy Dudek/Agencja Forum

Zdjęcia w książce

Archiwum domowe Czesława Kiszczaka

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Jan Osiecki

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-809-6

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

WSTĘP

Na wstępie jestem winien Czytelnikom słowo wyjaśnienia, jak doszło do tego, że generał Kiszczak zdecydował się na współpracę przy pisaniu tej książki. A przede wszystkim – dlaczego zgodził się odpowiedzieć na stawiane mu pytania i udostępniał mi dokumenty oraz fotografie.

W chwili śmierci generała, a więc w 2015 roku, minęło dwadzieścia jeden lat od naszego pierwszego spotkania. Wszystko zaczęło się w 1993 roku, gdy jako amatorski znawca historii PRL rozpocząłem tworzenie dla TVP cyklu historyczno-publicystycznego „Rzeczpospolita druga i pół”. Do 1998 roku powstało ponad pięćdziesiąt audycji telewizyjnych, w których wspólnie z zaproszonymi gośćmi, bohaterami wydarzeń, analizowałem nieodległą historię.

Po kilku pierwszych programach zorientowałem się, że muszę pogłębić swoją wiedzę o relacjach między władzami PRL a ZSRR. A że akurat w tym momencie ukazała się książka generała Witalija Pawłowa Byłem rezydentem KGB w Polsce, postanowiłem zrealizować kolejny program z jej autorem. Chciałem solidnie przygotować się do tego spotkania, poprosiłem o rozmowę Wojciecha Jaruzelskiego. Generał przyjął mnie z dużą życzliwością, lecz poinformował, że z rezydentem KGB w Polsce miał wyłącznie sporadyczne kontakty. Powiedział, że z całą pewnością pomoże mi generał Czesław Kiszczak i podał numer telefonu do dawnego podwładnego i współpracownika.

Natychmiast zatelefonowałem do byłego szefa MSW, a dwa dni później dzwoniłem już do furtki domu na warszawskim Mokotowie.

Otworzył mi dobrze zbudowany starszy mężczyzna z gołym torsem i zaprosił do ogrodu. Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy drewnianym stole, a ja zacząłem wyjaśniać, co mnie do niego sprowadza. Przerwał mi dźwięk telefonu komórkowego (wówczas olbrzymiej „cegły” z antenką i słuchawką połączoną z akumulatorem). Ku mojemu zdumieniu gospodarz, który do tej pory siedział w dość swobodnej pozycji, kiedy tylko usłyszał swojego rozmówcę, odruchowo przyciągnął rękę do tułowia. Zobaczyłem, jak pod stołem łączy kolana i stopy.

– Melduję się! – powiedział.

– Generał? – zapytałem szeptem, z trudem powstrzymując chichot, a Kiszczak potwierdził skinieniem głowy.

Słuchał w milczeniu, a po mniej więcej minucie zakończył rozmowę słowami: „Odmeldowuję się!”.

Gdy odłożył słuchawkę, rozluźnił się natychmiast.

Powróciliśmy do tematu. Czesław Kiszczak potwierdził swoją przyjaźń z generałem Pawłowem i jego małżonką. Mówił o nich z nieukrywaną sympatią, prosił o przekazanie obojgu serdecznych pozdrowień i zapewnienia, że zawsze będą w jego domu mile widzianymi gośćmi.

Gdy usłyszał pytania zadawane na podstawie lektury książki Byłem rezydentem KGB…, stał się bardziej powściągliwy. Nie było sensu przedłużać spotkania, więc pożegnałem się, dodając, że jeśli pozwoli, ponowię wizytę po moim powrocie z Moskwy.

Po latach z żalem muszę stwierdzić, że nigdy nie wpadłem na pomysł, żeby zaprosić go do mojego programu…

W mojej politycznej świadomości generał pojawił się w połowie 1981 roku, gdy został ministrem spraw wewnętrznych. Długo uważałem go wyłącznie za wykonawcę poleceń generała Jaruzelskiego. Choć pamiętam, że w 1984 roku, w wystąpieniu telewizyjnym po zaginięciu księdza Popiełuszki, zrobił na mnie wrażenie człowieka, który tym razem mówił prawdę. Dopiero kolejne tomy Dziennikówpolitycznych Mieczysława Rakowskiego (wydawane sukcesywnie od 1998 roku) pozwoliły mi spojrzeć na Kiszczaka nie tylko jak na sprawnego wykonawcę pomysłów Jaruzelskiego, ale również jak na inteligentnego kreatora wielu posunięć politycznych.

Od 1995 roku aż do jego śmierci w roku 2015 wielokrotnie odwiedzałem generała Kiszczaka z konkretnymi pytaniami. Przynajmniej raz na rok znajdowałem powód do wizyty. W trakcie jednego ze spotkań, a było to wiosną 2013 roku, dowiedziałem się, że małżonka generała, pani Teresa Korzonkiewicz-Kiszczak, pracuje nad swoją kolejną książką. Miał to być wywiad z mężem, jednak generał cierpiał wówczas na ciężką chorobę krtani, która niemal uniemożliwiała mu mówienie. Pani Teresa, bazując na posiadanych materiałach – opracowaniach oraz wypowiedziach przygotowanych do wygłoszenia w trakcie kilkunastu różnych rozpraw sądowych męża – spisała zatem odpowiednie fragmenty, dodając do nich ex post stosowne pytania. Poprosiłem autorkę o możliwość przeczytania całości przed drukiem, zgodziła się na to. Po lekturze pozwoliłem sobie na zrobienie kilku merytorycznych uwag, pani Teresa zaś uwzględniła niektóre z nich. Moja najpoważniejsza wątpliwość dotyczyła tytułu publikacji: Twórca przemian. Wprawdzie generał częściowo podzielił ją (bo niewątpliwie przemiany współtworzył), ale ostatecznie przystał na tytuł proponowany przez żonę.

W trakcie rozmowy z nim zaproponowałem półżartem:

– Panie generale, a może to ja powinienem napisać książkę o panu?

Trzeba w tym miejscu dodać, że trzy lata wcześniej, wspólnie z moim przyjacielem dokumentalistą i producentem Andrzejem Machnowskim, zaproponowaliśmy Czesławowi Kiszczakowi wielogodzinne nagranie do telewizyjnego dokumentu o jego życiu, jednak generał odmówił stanowczo. Na propozycję napisania o nim książki także przecząco pokręcił głową. Jednak, niezrażony, ponowiłem prośbę.

– Zainteresowanie pana osobą jest bardzo duże. Ukazują się pozycje książkowe na pana temat, artykuły. Tyle że niekoniecznie obiektywne, bo brak w nich choćby elementarnych informacji biograficznych – przekonywałem. – Proponuję spotykać się dwa razy w tygodniu na dwie godziny. Rozmowy będę nagrywać, a pan generał będzie je autoryzował na papierze.

Wsparcie nadeszło z nieoczekiwanej strony, bo do mojej propozycji bardzo pozytywnie odniosła się pani Teresa. Rozumiała najwyraźniej, że mój projekt nie jest konkurencyjny wobec jej książki. Jednak generał, na wzmiankę o nagrywaniu, zaprotestował gwałtownie. A ja odparłem, że w takiej sytuacji jest po sprawie, bo nie jestem w stanie szybko notować, ze względu na niepełnosprawność ręki…

Być może zadziałał efekt „solidarności chorych”, a może inne czynniki, ale po namyśle Czesław Kiszczak wyraził zgodę.

Spotykaliśmy się regularnie w jego mieszkaniu od połowy marca do końca czerwca 2013 roku. W czerwcu generał zaprosił mnie na tydzień do swojej daczy na Mazurach, gdzie kontynuowaliśmy pracę, tyle że podczas krótszych seansów – nie tylko ze względu na coraz słabszą formę mojego rozmówcy, ale również dlatego, że wtedy rozmawialiśmy o sprawach, na które mieliśmy odmienny punkt widzenia. Siłą rzeczy wywiązywała się polemika, co nie tylko denerwowało mojego gospodarza, ale dodatkowo go męczyło.

Pod koniec września powtórzyliśmy tygodniowy wypad nad jeziora, a po wakacjach kontynuowaliśmy projekt w Warszawie, z częstotliwością jednej rozmowy na tydzień. Trwało to do końca roku. Nasze późniejsze spotkania, w pierwszej połowie 2014 roku, dotyczyły dopracowania szczegółów.

W trakcie wieloletnich kontaktów z generałem nauczyłem się rozpoznawać, kiedy mój rozmówca „mówi prawie wszystko”. A ich intensyfikacja podczas pracy nad wywiadem dała mi niemal pewność, że w owym „prawie wszystkim” coraz większy udział ma „wszystko”, a coraz mniejszy „prawie”. Choć prędko zorientowałem się, że kilku tematów nie wolno poruszać mi pod żadnym pozorem, aby nie wywoływać irytacji Czesława Kiszczaka, mającego na nie „zabetonowany” pogląd…

Minęło sporo czasu, zanim poczułem, że generał nabiera do mnie zaufania i w rezultacie coraz częściej udostępniał mi wiele ciekawych, często tajnych (w swoim czasie), a nawet osobistych dokumentów.

Dzięki temu powstała książka będąca efektem pracy historyka amatora, w pierwotnym sensie słowa amator. Czyli człowieka zainteresowanego bezinteresownie.

Jerzy Diatłowicki

Brwinów 31 XII 2015

Jerzy Diatłowicki i Czesław Kiszczak

Rozdział:

DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ (LATA 1925–1941)

Zacznijmy rozmowę tak, jak się to robi w wywiadzie wojskowym.

To znaczy?

Proponuję przesłuchanie.

W takiej sytuacji mógłbym podać wyłącznie imię, nazwisko i stopień.

Data i miejsce urodzenia?

To byłoby już zbyt wiele informacji. Ale niech Panu będzie. Urodziłem się 19 października 1925 roku we wsi Roczyny koło Andrychowa, w powiecie wadowickim, w dawnym województwie krakowskim. Dziś przez tę wieś przechodzi granica województw małopolskiego i śląskiego.

Kim byli Pana rodzice?

Oboje wywodzili się z Targanic. To sąsiednia wieś, obok Roczyn. Matka Rozalia z domu Orkisz była dwukrotnie zamężna. Jej pierwszy mąż zginął podczas I wojny światowej pod Szczekocinami, niedaleko Krakowa. Z tamtego małżeństwa urodził się w 1912 roku mój brat Michał, starszy ode mnie o trzynaście lat.

Czym zajmował się Pana ojciec?

Jan Kiszczak urodził się w 1888 roku. Był stalownikiem, pracował w hutach czeskich, a właściwie w austriacko-czeskich. Służył osiem lat w armii austriackiej, doszedł nawet do stopnia starszego sierżanta, został dowódcą plutonu. W 1915 albo 1916 roku na Podkarpaciu trafił do niewoli rosyjskiej. W ten sposób – najpierw na wojnie, a potem w obozie jenieckim – spędził całą młodość. Wrócił do domu jako 31-latek, a zatem jako człowiek dojrzały.

W niewoli mógł pozostawać maksymalnie do 1918 roku…

Nie, w Rosji był do 1919 roku. Nie wiem jednak, czy cały ten czas spędził w obozie. W każdym razie rewolucja listopadowa zastała go w Rosji. Wiem, że opowiedział się za bolszewikami, jak większość szeregowych żołnierzy.

Tyle że on jednak był podoficerem.

Tak. Dlaczego tak postąpił, nie wiem. Nie wykluczam, że być może siedziało to w nim od zawsze. Na pewno po powrocie z Rosji bolszewickiej miał skrajnie lewicowe poglądy – był zaciętym przeciwnikiem Piłsudskiego, zwolennikiem Związku Radzieckiego. W domu nie można było mówić źle ani o ZSRR, ani o Żydach, za to źle mówiono o Kościele.

Kiedy byłem już starszy, ojciec podrzucał mi różne teksty o tym, że Boga nie ma, a także inną „zakazaną” literaturę. Jak na przykład Zmory Zegadłowicza.

Ale zanim pojawił się Pan na świecie, najpierw ojciec musiał poznać Pańską matkę. Jak do tego doszło?

Znał ją jeszcze z młodości, z Targanic. Tyle że przed I wojną nic się między nimi nie wydarzyło. Zaiskrzyło, gdy oboje spotkali się ponownie, już po jego powrocie z Rosji. Zresztą dość szybko po powrocie do Polski ojciec się z matką ożenił. Mieli dwójkę dzieci: córka Zosia zmarła jako małe dziecko, a następnie pojawiłem się na świecie ja. Jak już wiadomo, stało się to 19 października 1925 roku.

Czym po wojnie zajmował się Pana ojciec?

Po powrocie z Rosji zatrudnił się w Chropaczowie1 koło Gliwic jako wytapiacz stali w hucie cynku „Guidotto” należącej do pruskiego księcia Guida Henckel von Donnersmarcka. Pracował tam do mniej więcej połowy lat 30., bo w końcu zwolniono go za lewicowe przekonania. To stało się albo w 1934, albo rok później.

Należał do Komunistycznej Partii Polski? Albo do PPS?

Nie! Był związany ze Stronnictwem Ludowym. Utrzymywał dość ścisłe kontakty z doktorem prawa Józefem Putkiem, znanym posłem i działaczem ruchu ludowego, człowiekiem o radykalnie lewicowych poglądach. Putek za swoje działania był sądzony w procesie brzeskim.

Jak się poznali?

Putek mieszkał niedaleko nas, chyba dosłownie dziesięć kilometrów od Roczyn. W Choczni niedaleko Wadowic. Pewnie dzięki temu się poznali.

Zrezygnujmy na chwilę z chronologii. Zna Pan powojenne losy doktora Putka?

Tak. Po II wojnie światowej został posłem oraz ministrem poczty i telegrafów.

Nie na długo…

Owszem. W 1950 roku pozbawiono go immunitetu poselskiego i do 1953 siedział w więzieniu. Kiedy został aresztowany, służyłem już w Informacji Wojskowej i pytałem, dlaczego tak się stało. Miałem duże wątpliwości. Przekonywano mnie wprawdzie, że ludzie się zmieniają, ale aresztowanie Putka było jednym z ziarenek, które zasiały we mnie wątpliwości co do linii ustrojowej.

O tym, co było po wojnie, porozmawiamy za moment. Najpierw o Pana domu. Skoro ojciec miał niemal lewackie poglądy, jak było u niego z wiarą?

Był skrajnie niewierzący. I skrajnie lewicowy. A zatem był także ateistą.

A matka?

Matka, pod wpływem literatury, którą podsuwał jej ojciec, z jednej strony uważała, że religia to „opium dla ludu”, z drugiej jednak wierzyła, że jest Ktoś Tam, nie wiadomo kto, i dyryguje światem…

To znaczy?

Że istnieje Bóg.

A do kościoła chodziła?

Nie.

Bo mąż jej nie pozwalał? A może był to jej własny wybór?

Sądzę, że tak zdecydowała. Wierzyła w Boga, ale do kościoła nie chodziła. Za to zawsze przyjmowała księdza, kiedy przychodził po kolędzie. Podczas takiej wizyty obecny byłem ja, brat i ona, za to ojciec wychodził. Matka dawała księdzu złotówkę albo dwie.

Na wsi takim ludziom jak wasza rodzina było raczej trudno żyć, prawda?

Z tego, co pamiętam, nie byliśmy wyjątkiem. Nie licząc rodziców, znalazłoby się jeszcze kilka takich osób. Na pewno nie sekowano nas w żaden sposób. Ojca powszechnie szanowano, dlatego że wyróżniał się na tle otoczenia mądrością. Był oczytanym człowiekiem. Dobrze pisał, chociaż z błędami.

A Pana od dzieciństwa uczono, że nie ma Boga?

Nie. Ja nawet zostałem ochrzczony.

Chrzcił mnie ksiądz Klemens Tatara; do dziś pamiętam jego nazwisko. Byłem święcie przekonany, że zmarł jeszcze przed wojną, gdy jednak przy jakiejś okazji zapytałem kardynała Macharskiego, czy znał takiego księdza, odpowiedział, że tak. A później dodał, ku mojemu zdziwieniu, że duchowny ów zmarł w sierpniu 1959 roku i został pochowany przy kościele w Andrychowie.

Na lekcje religii Pan chodził?

Nie tylko chodziłem, ale też uczyłem się pilnie. I co więcej – byłem z niej dobry, choć czasem podpadałem prowadzącemu zajęcia księdzu Tatarze poglądami zasłyszanymi u ojca. Zazwyczaj były to przekomarzanki w stylu „czy Pan Bóg jest wszędzie?”.

− Tak, jest wszędzie – padała odpowiedź.

− A czy u pani Gołębiowskiej w piwnicy też?

− Tak, też.

− A nie ma, bo pani Gołębiowska nie ma piwnicy!

Mimo że ksiądz Tatara był człowiekiem słusznej postury, a ponadto porywczym, to jednak nigdy nie szarpał mnie za uszy. A stopnie z religii miałem zawsze bardzo dobre.

À propos religii. Brał Pan udział w modlitwach rozpoczynających lekcje?

Tak. Chodziłem nawet od czasu do czasu do kościoła, bo ojciec mi tego nie zabraniał. W końcu jednak przestałem.

Dlaczego?

Bo zaczęło mnie to nudzić.

Na religii nie sprawdzano obecności na mszy?

Zawsze w poniedziałek na pierwszej lekcji pytał o to katecheta. Na szczęście wychodził tygodnik „Gość Niedzielny”, a w nim zawsze drukowano kazanie na niedzielę. Czytałem coś i potem konfabulowałem księdzu. Zresztą nie ja jeden.

Może Pan generał jeszcze mi powie, że przystąpił do Komunii Świętej?

Nie tylko (uśmiech). Bierzmował mnie ksiądz kardynał, wtedy jeszcze arcybiskup, książę Sapieha. Pamiętam doskonale, jak namaszczał mnie świętymi olejami.

A co na to wszystko Pana ojciec?

Nic. Mówiłem już, że nie zabraniał mi przecież chodzić do kościoła.

Czy oprócz „Gościa Niedzielnego” czytał Pan coś jeszcze?

Zacząłem czytać wcześnie i czytałem dużo.

Mieliście w domu książki?

Nie. Książki pożyczałem.

Skąd?

Nie uwierzy Pan.

Proszę powiedzieć.

Była taka pani, która prowadziła w Andrychowie miejski ustęp. Miała w domu dużą bibliotekę.

Babcia klozetowa?

Tak, babcia klozetowa. Za wypożyczenie płaciło jej się jakieś drobne pieniążki, chyba coś koło grosza za egzemplarz. To była taka typowa literatura popularna.

To znaczy?

Powieści zeszytowe. Cieniutkie i tanie książeczki wydawane w seriach. Mało wymagająca literatura, przede wszystkim kryminały. Na przykład Leonardo Pratto, postrach Ognistego Miecza2 Wernera Charlota.

To na nich uczyłem się czytać i mówić właściwie. Dzięki książkom właśnie bardzo szybko wyzbyłem się swojej wiejskiej gwary. Mówiłem poprawną polszczyzną – no, może w miarę poprawną – ale bez śląskich naleciałości.

To wszystkie Pana lektury w młodości?

Nie. Niedługo potem wziąłem się do pozycji ambitniejszych.

Skąd je Pan brał? Bo chyba jednak nie od wspomnianej pani?

Już jako młody chłopak miałem kontakty z działaczami PPS-u. Chodziłem na demonstracje pierwszomajowe.

„Młody chłopak”? To ile miał Pan lat?

Chyba 12. Maksymalnie 13 lat, gdy po raz pierwszy wziąłem udział w pochodzie.

Wybrał się Pan wówczas z ojcem czy sam?

Sam. Ojciec też chodził, ale nie razem ze mną. Ja byłem z młodzieżą, on ze starszymi.

On był poważnie zaangażowany w różne polityczne działania. Z tego powodu w połowie lat 30. policja kilka razy robiła rewizje w naszym domu. W pewnym momencie doszło do tego, że przed pierwszym maja prewencyjnie, na dwa, trzy dni, zatrzymywano ojca.

A na zebrania PPS-u Pan chodził?

Nie. Ale nawiązałem kontakt z takim działaczem, który skierował mnie do biblioteki pepeesowskiej w Andrychowie. Daleko nie miałem, raptem trzy kilometry od domu.

Czytał Pan wywrotową literaturę?

Nie, ale rzeczy zdecydowanie poważniejsze niż wcześniej. Zacząłem wypożyczać Sienkiewicza; jeszcze w szkole podstawowej przeczytałem całą Trylogię. Również Tadeusza Dołęgę-Mostowicza.

Czytanie było Pana jedyną pasją?

Najważniejszą, ale nie jedyną. Drugą było zbieranie znaczków.

Zacząłem od obiegowych polskich i wciągnęło mnie to do tego stopnia, że zabrałem ze sobą klasery, nawet jak mnie skierowano na roboty w 1941 roku. Tam zresztą kontynuowałem swoją pasję, tyle że we Wrocławiu zbierałem obiegowe niemieckie. Niestety, moi ówcześni towarzysze niedoli, Czech i Francuz, ukradli mi nie tylko buty, ale i znaczki, których nie zbierałem już do końca wojny. Ale do tej części historii powrócimy trochę później.

Dobrze. Tymczasem zatrzymajmy się na chwilę przy szkole i nauce…

Pamiętam moje pierwsze nauczycielki. Jedną z ważniejszych była pani Jadwiga Zajączkowska, moja nauczycielka polskiego i matematyki. Druga nazywała się Maria Leśniak.

Pamiętam nazwisko kierownika szkoły: Stanisław Filipek. Pamiętam, jak go aresztowano w kwietniu 1940 roku. Przyszli po niego do szkoły. Najpierw siedział w Bielsku-Białej, po kilku tygodniach został zesłany do obozu w Dachau, a następnie przeniesiony do Mauthausen.

Pod jakim zarzutem?

Powodem była prowadzona przez niego jeszcze przed wojną działalność społeczna. To były czasy, kiedy Niemcy próbowali zniszczyć polską inteligencję.

Czy szkoła po wybuchu wojny działała jak wcześniej?

Tak, jako podstawowa siedmioklasowa.

Ale w 1940 roku Pan już chyba nie powinien uczęszczać do szkoły powszechnej?

Z moją nauką w ogóle było specyficznie. W 1938 roku skończyłem szóstą klasę szkoły podstawowej i zdałem egzaminy do gimnazjum w oddalonych o 14 kilometrów od domu Wadowicach. Notabene do tej samej szkoły, do której chodził Karol Wojtyła.

Zostałem przyjęty, ale czesne okazało się bardzo wysokie, 40–50 złotych miesięcznie. Dla rodziców była to spora kwota. Nie było ich na nią stać.

I co się stało?

Musiałem zrezygnować z gimnazjum i poszedłem do siódmej klasy, żeby skończyć szkołę podstawową.

A potem?

W 1939 roku zapisałem się do gimnazjum w Kętach3. Zdałem egzamin i zostałem przyjęty.

Tym razem rodziców było stać na czesne?

W domu się nie przelewało, ale w Kętach było o połowę taniej. Miesiąc nauki kosztował tylko 20 złotych. To był wydatek do udźwignięcia.

Jaki był poziom tej szkoły?

Chyba dobry. Pamiętam, że uczyłem się łaciny i niemieckiego.

Chociaż wtedy łaciny uczono się po prostu na pamięć.

Jednak do tej szkoły chodziłem przez niecały rok szkolny, bo już wiosną 19404 roku Niemcy zamknęli gimnazja dla Polaków.

I wówczas…

…poszedłem po raz drugi do siódmej klasy. Namówił mnie do tego dyrektor Filipek.

?

Spotkaliśmy się przy jakiejś okazji i on zaczął mnie przekonywać. – To, co się dzieje, skończy się szybko, bo Anglicy i Francuzi wypowiedzieli już przecież wojnę Niemcom – mówił. – A oni bez problemu rozprawią się z Hitlerem. To kwestia raczej miesięcy niż lat. Warto, żebyś wykorzystał ten czas pożytecznie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

WSTĘP

DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ (LATA 1925–1941)

DOM RODZINNY, DORASTANIE

WIEK MĘSKI, CZYLI II WOJNA ŚWIATOWA

W PARTII I W WOJSKU

SZAFA KISZCZAKA

W POSZUKIWANIU SPRAWIEDLIWOŚCI NA PROWINCJI

KROK OD PLUTONU EGZEKUCYJNEGO

PAŹDZIERNIKOWA ODWILŻ

SŁUŻBA NAD MORZEM

ROK 1968

„Z BRATNIĄ POMOCĄ” CZECHOSŁOWAKOM

KULISY WYDARZEŃ GRUDNIOWYCH

WYCHOWANEK JARUZELSKIEGO

DROGA NA SZCZYT

MINISTER KISZCZAK

KISZCZAK I STAN „W”

ROZPRAWA Z „SOLIDARNOŚCIĄ”

KOGO ZDRADZIŁ KUKLIŃSKI?

„OBYWATEL” WAŁĘSA

SZPIEDZY W PRL

SEKRETY MSW 1982–1989

MINISTER DO ZADAŃ SPECJALNYCH

AFERA „ŻELAZO”

ADAM MICHNIK

TRÓJKA KISZCZAKA

GRATULACJE DLA TOWARZYSZA KISZCZAKA

OJCIEC MAGDALENKI

KISZCZAK: NIEDOSZŁY PREZYDENT, NIEDOSZŁY PREMIER

ANEKS

BIBLIOGRAFIA

1Obecnie dzielnica Świętochłowic (przyp. autor).

2 Niemiecka seria 108 zeszytowych powieści wydawanych w Polsce na licencji od 1930 roku (przyp. autor).

3 Leżące ok. 10 km od Roczyn miasteczko w powiecie oświęcimskim (przyp. autor).

4 Musiało się to stać najpóźniej na przełomie marca i kwietnia 1940, ponieważ w kwietniu 1940 roku w Kętach rozpoczęły się masowe aresztowania, które objęły nie tylko wszystkich mieszkańców pochodzenia żydowskiego, ale także większość przedstawicieli kęckiej inteligencji (przyp. autor).