Człowiek bez twarzy - Edgar Wallace - ebook + audiobook + książka

Człowiek bez twarzy ebook i audiobook

Edgar Wallace

3,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Londyn lata 20. ubiegłego wieku. Młoda australijska panna przyjeżdża do wuja, Brytyjczyka z charakteru i obyczajów. On przerażony, najchętniej uciekłby z własnego domu, ona pełna życia, szukająca wrażeń. No i zaczyna się komedia pomyłek i niezrozumienia, a to wszystko przy grasujących bandytach, kasiarzach i złodziejach londyńskiego półświatka.

 

Bardzo przyjemna lektura, trochę zapomnianego świata dżentelmenów, a trochę złodziejskiego fachu i niezbyt rozgarniętego detektywa. Ale bardzo wciągająca. Stary, dobry brytyjski kryminał.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 201

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 13 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Dariusz Klimek

Oceny
3,3 (15 ocen)
3
1
9
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JustynaTaporowska

Nie polecam

Nie przypadła mi do gustu. Czyta się dosc ciężko, akcja rozwija się powoli i mometami mnie po prostu nudziła
00
tunia68

Całkiem niezła

Staromodny styl lekko nuży.
00
gosiasindalska

Całkiem niezła

Oczekiwałam większych emocji.
00
viollaesz

Całkiem niezła

krótkie czytadełko
00

Popularność




Tytuł oryginału The Man without the Face

Copyright © 2025, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-143-0

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©croisy, ©SergeyBitos, ©Vector Tradition, ©Angga)

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

– Panna Diana jest sierotą – oświadczył wzruszony pan Collings.

Miał słabość do sierot. W codziennych rozmowach z klientami pan Collings był człowiekiem oschłym, powściągliwym i namiętnie, choć zimno kochającym się w kompromisach. Procesujący się wchodzili do biura adwokata, promieniejąc radością, czując, że wrogowie sami oddaliby się im w ręce, przychodzili, rozprawiając z zapałem o pięciokrotnym odszkodowaniu, o zupełnym zmiażdżeniu osób czy instytucji, które ich obraziły. Wychodzili zaś na ulicę lśniącą od blasku australijskiego słońca ze świadomością przegranej, z chaosem w głowie, z przeczuciem chmurnej przyszłości. Pan Collings nie wierzył w procesy. Wierzył, że sprawy zawsze dadzą się jakoś ułożyć.

Gdyby jakaś ofiara mordu mogła zjawić się w gabinecie pana Collingsa i oświadczyć mu: „Mam świetną sposobność procesu z Binksem, przed chwilą mnie zastrzelił. Sądzę, że odszkodowanie jest pewne?”. Pan Collings odpowiedziałby bez wahania: „Przeciwnie, jest to całkiem wątpliwe: wiele rzeczy przemawia za Binksem, a pan znajdzie się, uczciwie to powiem, w sytuacji dość niewygodnej, nosząc w sobie kulę Binksa, która mimo wszystko jest jego niezaprzeczalną własnością. Nigdy nie wiadomo, z jakiego punktu widzenia rzecz ujmie sąd, lepiej proszę powierzyć mi załagodzenie całej sprawy”.

Jedynie w kwestii sierot pan Collings nigdy nie zajmował niezdecydowanego stanowiska. Rodzice wychowywali go według najlepszych zasad, zmuszając do czytania w niedziele i święta umoralniających książeczek, pełnych powiastek o biednych dzieciach i przygarniających je kataryniarzach.

(W literaturze tej piętnowano również dosadnie figle łobuzów, urwipołciów i utrapieńców, którzy ciągną psy za ogon lub z premedytacją rzucają muchy w sieć zdradzieckich pajęczyn).

– Panna Diana jest sierotą – powtórzył pan Collings.

– Tak, od dziesięciu lat – zauważył cynicznie Wiliam Cathcart.

Pan Collings był tęgi, łysy i lubił poobiednie drzemki. Pan Cathcart przeciwnie, szczupły, o wąskiej twarzy, z gęstą czupryną, niesypiający nigdy po obiedzie, natomiast nie cierpiał sierot. Kojarzyły mu się z tak zawikłanymi prawniczo sprawami, jak kwestie donatio mortis causa1 czy też opieka nad nieletnimi.

Widząc sierotę, instynktownie kładł rękę na kieszeni, w której znajdował się portfel.

– Niezwykła sierota, jakiej jeszcze nigdy nie spotkałem – dodał teraz z lodowatą ironią – nieletnia sierota mająca sto tysięcy dolarów na rachunku bieżącym, daruje pan, ale nie mogę wzruszyć się do łez.

Pan Collings przetarł oczy i powtórzył uparcie:

– Mimo to ona jest sierotą. Pani Tetherby po prostu dała jej ciepłą ręką te pieniądze, nie ma w tym nic niezwykłego. Jeżeli dam (przełknął ślinę) sierocie pensa czy funta, czy tysiąc, czy jest w tym przekroczenie prawa lub jakaś niewłaściwość, zwłaszcza jeśli dzieje się to die in diem?2

Pan Cathcart pomyślał chwilę.

– W pewnych okolicznościach może zachodzić ewentualność de dolo malo3.

Pan Collings rozważył tę możliwość, określenie wydało mu się zupełnie niewłaściwe, ale nieobrażające. Powrócił więc do rzeczy:

– Pani Tetherby była osobą nieco ociężałą umysłowo, ale lubiła Dianę. Jej wola tego dowodzi. Zapisała tej dziewczynie wszystko, co posiadała.

– Wówczas nie miała już co zapisywać – przerwał cierpiący na niestrawność pan Wiliam Cathcart.

– Nie miała co zapisywać, bo już za życia Diana rozporządzała jej pieniędzmi.

– Ponieważ ciotka była ociężała, a przy tym kochała tę sierotę – obstawał przy swoim pan Collings.

– Nie ma chyba kobiety, która mniej byłaby powołana...

– Która byłaby mniej powołana – poprawił delikatnie pan Collings.

– Powołana do opieki nad dziewczyną z temperamentem Diany Ford, jak pani Tetherby. Szesnastoletnia pannica, która przeżyła już miłosną awanturę ze studentem...

– Ze studentem teologii, nie zapominajmy o tym – wtrącił pan Collings.

– Panna Diana czuła zapewne wyraźnie, że lepiej powierzyć swe serce studentowi teologii niż na przykład medycyny. Medyk zniszczyłby w niej wszystkie uczucia.

– Student teologii jest w danym przypadku daleko niebezpieczniejszy.

– W każdym razie, pani Tetherby radziła się nas w tej sprawie – wtrącił pan Collings.

– Tak, ale głównie, aby dowiedzieć się, czy panna Diana może uchodzić za współwinną śmierci pana Dempsi. Sama przyznała, że szczuła go psem.

Pan Collings rzekł cicho:

– Dempsi nie żyje, rozmawiałem z Dianą o tej sprawie, już po śmierci ciotki, osiem miesięcy temu. Pytałem ją, czy rana zostawiła ślady w postaci blizny, i otrzymałem odpowiedź, że było to jedynie draśnięcie – zresztą, konsekwentnie powtarzała, że usilnie stara się o Dempsim zapomnieć.

– Miły diabełek – rzekł pan Cathcart.

– Cóż, młodzi prędko zapominają nawet o niedyspozycjach żołądkowych – dodał znacząco pan Collings.

– Czy wypytywał pan pannę Dianę o niedyspozycje żołądkowe? – Wspólnik uśmiechnął się zjadliwie. Pan Collings podniósł wysoko brwi. Człowiek jego pokroju musiał odczuć bezsilność wobec tak jawnego prostactwa.

– Sierota... – zaczął, zmieniwszy ton.

W drzwiach ukazała się głowa sekretarza, który wycedził z urzędową powagą:

– Panna Diana Ford.

Wspólnicy kancelarii Collings & Cathcart wymienili spojrzenia.

– Prosić. – Drzwi się zamknęły. – William, proszę cię, bądź dla niej uprzejmy.

Pan Cathcart obruszył się.

– A czy możesz ręczyć, że ona będzie wobec mnie równie uprzejma? Może dasz mi gwarancję gotówką?

Jak świeżość kwiecia brzoskwini w wiosenny ranek, jak brzask letniego dnia nad zroszoną łąką, jak szept leśnego strumyka lub krzak różany, kwitnący w samotnej uliczce, tam w Starej Anglii – zjawiła się i stanęła na progu panna Diana Ford.

Pan Cathcart zarządzał w czasie wojny magazynem Komitetu Pomocy dla Armii i w owym czasie przyzwyczaił się do inwentaryzowania wszystkiego.

Zobaczył więc i zarejestrował:

Kobieta smukła, wzrost średni.

Oczy (dwoje) szaroniebieskie, duże, mniej więcej niewinne.

Usta – czerwone, dobrze wykrojone, nieco szerokie.

Nos – prosty, w kształcie nienaganny.

Włosy – złotawe, w loczkach.

Diana podobna była do tego rysopisu jak przeciętny obywatel do swego portretu w paszporcie. Było w niej coś z wiosny i świtu. Jej cera miała kolor płatka róży, a białość tej cery porównana z prawdziwą bielą wydawała się różowa. Jej ruchy były tak pełne wdzięku, że pan Cathcart jako człowiek żonaty odgadł od razu, że nie używa gorsetu.

Diana podeszła swobodnie do pana Collingsa i uścisnęła go. Wiliam Cathcart przymknął dyskretnie oczy, dzięki czemu nie zauważył błogiego uśmiechu, który przemknął po twarzy jego partnera.

– Dzień dobry wujaszkowi, dzień dobry wujaszku Cathcart.

– Dobry – mruknął pan Cathcart tonem niezbyt przyjaznym.

– Dobry – zdziwiła się, naśladując ten ton. – Jestem do pana jak najmilej usposobiona, nazwałam pana moim wujaszkiem!

– Słyszałem – oświadczył skwapliwie świeżo spokrewniony – jednak byłoby właściwsze, panno Ford, abyśmy nie wychodzili poza oficjalne ramy.

– Owszem, niech się pan oprawi, jak się panu podoba – westchnęła, zdejmując kapelusz i kładąc go na teczce z aktami. – Ach, wujaszku Collings, jestem naprawdę chora!

Pan Cathcart zerwał się przerażony.

– Mam dość Australii, ludzi, kolei, wszystkiego. Jadę do domu.

– Do domu! – powtórzył z westchnieniem pan Collings. – Moja droga Diano, jeśli przez dom rozumiesz Anglię...

– Anglię, oczywiście że Anglię. Jadę do mojego kuzyna Gordona Selsbury’ego.

Pan Collings poskrobał się po nosie.

– Czy to... starszy mężczyzna?

– Nie wiem. – Wzruszyła obojętnie ramionami.

– Ee... żonaty?

– Zapewne miły i przystojny. A wszyscy mili mężczyźni są żonaci, nie mówiąc o obecnych.

Pan Collings był kawalerem, mógł więc śmiać się z tej uwagi zupełnie swobodnie, pan Cathcart przeciwnie, był żonaty i dlatego nie znalazł w niej nic zabawnego.

– Zapewne pan... ee... Selsbury otrzymał już telegram i nie zachodzi żadna przeszkoda co do wyjazdu?

– Oczywiście, jest zachwycony zapowiedzianą wizytą.

Pan Cathcart pokiwał poważnie głową.

– Pani ma dwadzieścia lat i jest niepełnoletnia. Sądzę, że powinniśmy mieć bliższe dane tej osoby, to znaczy pana Selsbury’ego, hm, jak sądzisz, Collings?

– Hm, zapewne, byłoby to wskazane – rzekł bez wielkiego przekonania pan Collings patrząc na Dianę z czułością niemal ojcowską.

Diana uśmiechnęła się, ukazując dwa rzędy białych ząbków.

– Zamówiłam już kabinę, śliczną, z łazienką i salonikiem. Ściany obite błękitnym brokatem, łóżko na środku, tak że spada się raz na lewo, raz na prawo.

Wiliam Cathcart uznał, że teraz należy wystąpić.

– Przykro mi, lecz nie mogę wyrazić zgody na pani wyjazd – powiedział spokojnie.

– Czemu? – zdziwiła się.

– Dlaczego? – zapytał niespokojnie pan Collings.

– Ponieważ – odparł pan Cathcart – droga panno, zgodnie z duchem starego prawa tego kraju jest pani niepełnoletnia, a pan Collings i ja znajdujemy się wobec niej in loco parentis4. Zresztą mógłbym być pani ojcem.

– Ba, nawet dziadkiem – przyznała spokojnie panna Diana. – Ale co to ma do rzeczy? Jadąc tutaj z Bendigo, spotkałam w pociągu sześćdziesięcioletniego chłopca, który usilnie starał się zawrzeć ze mną znajomość. Jeśli serce jest młode, wiek nie odgrywa żadnej roli.

– To prawda – rzekł pan Collings, który serce miał bardzo młode.

– W każdym razie, mówiąc krótko, pani wyjazd jest niemożliwy – oświadczył kategorycznie pan Cathcart. – Sądzę, że nie będę zmuszony uciekać się do orzeczenia sądu.

– Zaraz, zaraz, proszę pana – przerwała Diana, usuwając z krzesła stos bezcennych tomów prawniczych i siadając. – Przed chwilą, proszę poprawić mnie, jeśli się źle wyrażę (co zresztą zdarza się rzadko), przed chwilką pogrążył mnie pan zupełnie swoim Loco parentis, ale teraz z kolei proszę mi coś powiedzieć o Locus standi5!

– Jak? – zapytał nieco zmieszany William.

– Nie znam się na formułach prawnych – ciągnęła Diana z powagą. – Wychowałam się na cichym odludziu, wśród stepów Kara-Kara, ale mimo całej mojej ignorancji zdaję sobie sprawę, że bez strony skarżącej, czyli bez powoda, najgenialniejszy adwokat nie może wnieść skargi sądowej, chyba jeśli zakochał się szczęśliwie i nie odzyskał jeszcze zdrowego rozsądku.

Pan Wiliam Cathcart wzruszył ramionami, po czym widząc, że Diana biegnie ku niemu, wziął szybko pióro do ręki.

– Wujaszku Cathcart – zabrzmiał miękko głos Diany. – Ufam i proszę, abyśmy rozstali się przyjaciółmi. Modlę się codziennie: Boże spraw, aby wuj Cathcart był wesoły i coraz milszy. Ach, jakie byłoby to cudowne.

„Wuj” Cathcart skrzywił się i rzekł z przekąsem:

– Proszę, niech pani myśli o sobie, panno Diano, trudno, nie mogę kłaść mojej starej głowy na pani ramieniu. Zrozumiemy się, kiedy będzie pani starsza.

– Być może, ale nie zawadziłoby spróbować – zauważyła z uśmiechem.

Przy kolacji Collings strącił popiół z cygara na spodek od filiżanki i zapytał:

– Jaki on jest, ten Selsbury?

– Cudowny! – oświadczyła Diana. – Zajął szóste miejsce (na ośmiu) w regatach uniwersyteckich. Po prostu szalenie mi się podoba.

Collings spojrzał na nią z zachwytem,

– A on... czy także będzie szaleć za tobą?

Diana uśmiechnęła się.

Pudrując koniec noska, pochylona nad lusterkiem umieszczonym wewnątrz podręcznej torebki, powiedziała gorąco i cicho:

– Będzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 (łac.) darowizna w wyniku śmierci ↩

2 (łac.) łacińskie wyrażenie prawne, które można przetłumaczyć jako „z dnia na dzień”. Odnosi się do czegoś, co ma zastosowanie na co dzień lub z dnia na dzień, a nie przez dłuższy okres ↩

3 (łac.) w złej intencji ↩

4 (łac.) pełniąc obowiązki rodzica ↩

5 (łac.) Legitymacja procesowa – oznacza wynikające z przepisów prawa materialnego bądź prawa procesowego uprawnienie do uczestniczenia w konkretnym postępowaniu cywilnym w charakterze powoda (legitymacja czynna) lub pozwanego (legitymacja bierna) lub dokonania określonej czynności procesowej. ↩