Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 495 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwony testament. Część 1 - Ksawery de Montepin

Fascynująca intryga, zbrodnia, wielkie fortuny i finezyjny wątek miłosny to główne zalety tomu pierwszego „Czerwonego testamentu”, którego akcja toczy się w dziewiętnastowiecznym Paryżu. Zamożny filantrop hrabia de Thonnerieux cierpiąc po utracie ukochanej żony i córki, spisuje swoją ostatnią wolę. Postanawia obdarzyć majątkiem wszystkie dzieci, które przyszły na świat w okręgu paryskim tego samego dnia co jego córka. Każde z sześciorga dzieci otrzymuje złoty medalion, z wygrawerowanym logogryfem. Medaliony dadzą każdemu z nich fortunę, kiedy ich właściciele staną się pełnoletni. Bohaterów poznajemy, gdy mają dziewiętnaście lat. Zanim to jednak nastąpi, napisany czerwonym atramentem testament, zostaje skradziony. Dwaj złoczyńcy obmyślają swój zbrodniczy plan i realizują go krok po kroku...

Opinie o ebooku Czerwony testament. Część 1 - Ksawery de Montepin

Fragment ebooka Czerwony testament. Część 1 - Ksawery de Montepin

Czerwony testament 

tom 1

Ksawery de Montepin

Redakcja:

Joanna Kryszczukajtis-Szopa

Korekta:

Laura Ryndak

Projekt okładki:

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce:

© Barelkodotcom/Dreamstime

© Little_prince/Dreamstime

© Leigh Prather/Dreamstime

© Everett Collection/Shutterstock

redakcja techniczna, skład i łamanie: Grzegorz Bociek

© copyright by wydawnictwo Damidos 2012

ISBN  978-83-7855-060-0

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Część pierwsza  Pascal Saunier

I.

W  jednym z ostatnich dni maja 1879 roku, około pierwszej po południu, czarny powóz ze srebrnymi ozdobami, zaprzężony w parę ciemnogniadych rumaków rasy anglo­‍-normandzkiej, przejechał przez plac Carrousel i ulicę Richelieu i zatrzymał się w pobliżu skweru Louvois, przed wejściem do Biblioteki Narodowej.

Białe sprzączki przy zaprzęgach, pochowane były pod czarne zasłony z lakierowanej skóry. Na łbach koni widniały również czarne, krepowe kokardy.

Stangret i lokaj siedzący na koźle byli w żałobnych liberiach. Tylko jeden herb z koroną hrabiowską o dziewięciu gałkach, wymalowany na drzwiczkach powozu, odbijał jaskrawo od tej ponurej całości.

W chwili, gdy się zatrzymano, lokaj szybko zeskoczył z kozła, otworzył drzwiczki i pomógł wysiąść swojemu panu.

Był to starzec, ubrany także w żałobę, z białymi, miękkimi jak jedwab włosami, okalającymi szczupłą i bladą twarz. Wysiadł, opierając się na ramieniu lokaja.

Wyglądał na osiemdziesiąt lat, chociaż miał dopiero sześćdziesiąt pięć, czy sześćdziesiąt sześć, ale głębokie zmarszczki i wielka boleść rozlana na jego obliczu świadczyły, że ciężkie nieszczęścia pochyliły przedwcześnie tę wyniosłą postać i zgarbiły jej ramiona.

Jasnoniebieskie oczy były przyćmione, a chwilami zdawało się, jakby światło w nich zupełnie zgasło. Całość fizjonomii przedstawiała wyraz najgłębszego smutku. Ręce nerwowo drżały. Słowem, osobistość, którą tu opisaliśmy, zdawała się stać już jedną nogą w grobie.

Chociaż dzień był pogodny i słońce na czystym, bezchmurnym niebie przyświecało wesoło, starzec miał na sobie grubo watowane zimowe palto. W jednej z dziurek od guzika widniała wstążeczka Legii Honorowej.

Kiedy przeszli przez chodnik i weszli do bramy, lokaj zapytał:

– Czy mam pójść z panem hrabią?

– Nie… nie ma potrzeby; siadaj na kozła i powiedz Szczepanowi, niechaj przejedzie z końmi po Polach Elizejskich…

– O której godzinie mamy się stawić po pana hrabiego?

– O trzeciej.

Głos starca, czysty i brzmiący donośnie, był w rażącej sprzeczności z jego ogólną powierzchownością, świadczył bowiem, iż było jeszcze wiele życia w tym złamanym ciele.

Lokaj puścił rękę swojego pana, powrócił do stangreta i powtórzył mu otrzymane polecenie. Zaraz potem powóz szybko zakręcił i tą samą drogą podążył na Pola Elizejskie.

W tym samym czasie, siwowłosy starzec wszedł wolno na schody, prowadzące do obszernego przedsionka, z którego na prawo szło się do gabinetu bibliotekarza, a na lewo do pokoju, gdzie urzędnicy i goście pozostawiali palta, laski, kalosze i parasole, z którymi nie wolno było wchodzić na salę.

Hrabia minął przedpokój, skręcił w lewo i wszedł po kilku schodkach do oszklonej galerii, na końcu której były drzwi, opatrzone tablicą z napisem wypukłymi, jakby rzeźbionymi literami: „Pracownia”.

Starzec otworzył drzwi i znalazł się na wprost biurka, za którym siedział jeden z urzędników biblioteki, upoważniony do sprawdzania tożsamości wchodzących osób z ich kartami członkowskimi oraz do wydawania książek.

Wielka sala w stylu prawie Odrodzenia, bo z czasów drugiego cesarstwa, wyglądała bardzo okazale. W chwili, gdy hrabia przestąpił jej próg, znajdowało się w niej około trzydziestu osób.

Starzec zatrzymał się przed biurkiem urzędnika, wziął podaną mu kartę, odszedł i usiadł na końcu ławki, przy półce zastawionej słownikami, encyklopediami, katalogami itp.

Zająwszy miejsce, chwilę odpoczywał po widocznym zmęczeniu, potem wyjął z bocznej kieszeni palta książeczkę, zaopatrzoną w srebrny ołówek i zaczął wpisywać w otrzymaną przy wejściu kartę, jak tego wymagały biblioteczne przepisy, najpierw swoje nazwisko: „Hrabia Filip de Thonnerieux”, potem w następnej rubryce: „ulica Vaugirard nr 62”.

Następnie odwrócił się, spojrzał na numer, wypisany na ławce i w trzeciej rubryce zanotował: „oddział 216”.

Zamiast wypełnić czwartą rubrykę, podniósł się i zwrócił ku miejscu, gdzie siedzieli pomocnicy bibliotekarza, zobowiązani do dostarczania książek, żądanych przez pracowników.

Wszyscy urzędnicy biblioteki znali już pana de Thonnerieux, ukłonili mu się więc z szacunkiem, a jeden z nich zapytał:

– Jakże zdrowie pana hrabiego?

Starzec potrząsnął smutno głową.

– Nie najlepiej – odpowiedział.

– Może pan za dużo pracuje?

– Nie, to nie ta przyczyna.

– Więc co jest przyczyną, jeśli wolno zapytać? Nie wygląda pan na chorego…

– Bo też i nie jestem chory, ale wiek… ma swoje prawa. Lat z każdym rokiem przybywa, a sił – nie.

– Już dosyć dawno nie mieliśmy przyjemności widzieć pana hrabiego.

– Blisko trzy miesiące…

– Jaką książkę życzy sobie pan hrabia?

– Doprawdy, sam nie wiem. Muszę przejrzeć wiele różnych, ale może na początek mógłby mi pan podać ostatni tom z katalogu Bruneta.

– Służę w tej chwili.

I niebawem pomocnik bibliotekarza podał hrabiemu dosyć grubą książkę, z którą pan de Thonnerieux wrócił na swoje miejsce.

Gdy się oddalił, jeden z nowo przyjętych urzędników odezwał się do siedzącego obok kolegi:

– Kim jest ten starszy pan?

– To hrabia de Thonnerieux.

– …

– Nie znasz tego nazwiska?

– Nie.

– To wielki bogacz. Posiadacz ogromnej fortuny.

– Chciałbym być na jego miejscu! Ale tylko dla tych jego milionów, dla niczego innego… starowina widać schorowany i pewnie niedługo już będzie mógł cieszyć się swoim bogactwem.

– Wygląda na dużo starszego niż jest w istocie.

– Przynajmniej na sto lat!

– A ma najwyżej sześćdziesiąt pięć.

– Ciekawe, czy tę przedwczesną zgrzybiałość zawdzięcza nadmiernej pracy, czy też nazbyt intensywnemu życiu?

– Ani jednemu, ani drugiemu.

– Więc czemuż u licha?

– Zmartwieniom.

– Zmartwieniom? Jakiego rodzaju?

– Najpierw stracił żonę, którą ubóstwiał, a potem jedyną córkę, w której pokładał wszystkie swoje nadzieje. Przed tymi dwoma tragicznymi zdarzeniami, które nastąpiły po sobie w bardzo krótkim odstępie czasu, hrabia wyglądał na młodego i pełnego życia mężczyznę. W ciągu dwóch lat po śmierci córki zestarzał się o trzydzieści lat!

– Pewnie nie zmartwiło to zbytnio jego spadkobierców.

– On nie ma żadnych spadkobierców.

– Jak to?

– Powiadam przecież panu, że nie ma nikogo, ani bliższej, ani dalszej rodziny.

– Milioner bez spadkobierców! Komu więc pozostawi swoją fortunę?

– Co do mnie, nie pogniewałbym się, gdyby mnie się dostała…

– Życzę tego panu z całego serca, pod warunkiem, że podzieliłby się pan ze mną…

– Na nieszczęście, z pewnością nie przyjdzie mu ta chwalebna myśl do głowy. To zagorzały filantrop i zapewne odda wszystko na cele publiczne.

– Jeżeli jest dobroczyńcą inteligentnym, to nie zrobi tego głupstwa i postanowi tak, aby z jego bogactw mogli korzystać ci prawdziwie nieszczęśliwi i potrzebujący.

– Nie wątpię w to, że postąpi jak najlepiej. Świadczy o tym całe jego poczciwe życie. Złote to serce i wielki rozum. Napisał kilka bardzo cennych dzieł o dobroczynności.

Jest założycielem nocnych przytułków, przekazał 300 000 franków na przytułek przy ulicy Tocquerelle, wyposażył zakład pomocy dla dzieci, a przytułek Vesinot zawdzięcza mu też bardzo wiele. Pamięć jego będzie błogosławiona…

– Skoro to tak zacny człowiek, to szkoda doprawdy, że ma tak smutne życie… Żyjemy w czasach, w których podobne osobistości należą do rzadkości.

Podczas, gdy toczyła się pomiędzy dwoma urzędnikami powyższa rozmowa, hrabia de Thonnerieux, jak wspomnieliśmy wcześniej, powrócił na swoje miejsce.

Rozłożył katalog na pulpicie i zaczął przeglądać dział historii i pamiętników. Jakiś czas przewracał niecierpliwie kartki. Wreszcie najwidoczniej znalazł to, czego szukał, wziął bowiem ołówek do ręki i w czwartej rubryce karty bibliotecznej zapisał tytuł dzieła, którego potrzebował. Następnie wrócił do pomocnika bibliotekarza i podał mu wypełnioną kartę.

Urzędnik złożył na karcie podpis, wyglądający jak hieroglif i podał ją swojemu koledze, prosząc aby odszukał wymienioną na karcie książkę.

Hrabia de Thonnerieux usiadł ponownie na swoim miejscu i zajął się przeglądaniem różnych papierków, wyjętych z portfela. Po kilku minutach woźny biblioteczny przyniósł mu żądaną książkę.

Był to niewielki tomik, oprawiony w skórę, ze złoconymi brzegami. Widocznie nie był dotąd często używany, bo na złoconych brzegach nie znać było śladów wytarcia, jakie powstaje przy przewracaniu kartek.

Starzec otworzył książkę i przeczytał tytuł:

Czerwony Testament.

Pamiętniki Pana de Laffemes.

Przyczynek do historii Jego Eminencji Kardynała Richelieu 

– pierwszego ministra Jego Królewskiej Chrześcijańskiej Mości

Ludwika XIII.

Amsterdam, Anno Domini 1674

II.

Pan de Thonnerieux zatrzymał się na dwudziestej stronie, założył to miejsce kawałkiem papieru, sięgnął do kieszeni, wydobył maleńką buteleczkę czerwonego atramentu i złote pióro. Umoczył pióro, otworzył znowu książkę i rozpoczął pracę.

Polegała ona na podkreślaniu pewnych wyrazów i liter w tekście na stronach 20, 21 i 22. Gdy doszedł do końca ostatniej strony, odłożył pióro i zaczął odczytywać półgłosem zaznaczone litery. Całość utworzyła trzy następujące zdania:

„Zamek des Granges de Mer – La Fontaine.

Siedemnasta, czarna płyta w kaplicy.

Liczyć od lewej strony”.

– Zupełnie dobrze! – szepnął po przeczytaniu.

Niemożliwe, aby wtajemniczeni nie zrozumieli, natomiast dla nie posiadających klucza, zagadka pozostanie nie do rozwiązania.

Odłożył książkę i spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina trzecia. Czas minął bardzo szybko, a praca jaką wykonał była wyjątkowo drobiazgowa i mozolna.

Pan de Thonnerieux schował swoje papiery, atrament i pióro, podszedł do urzędnika, odbierającego od czytelników książki, ukłonił się wszystkim i wyszedł z sali, po czym opuścił gmach biblioteki.

Powóz czekał na niego przy skwerze Louvois.

– Dokąd pan hrabia każe jechać? – zapytał lokaj, po tym, jak pomógł hrabiemu usadowić się w powozie i zamknął za nim drzwi.

– Do hrabiny de Chatelux – odpowiedział pan Thonnerieux.

W dziesięć minut później powóz zatrzymał się na ulicy Tournon, przed pałacem pani de Chatelux.

Gospodyni wybiegła aż do przedsionka na powitanie gościa, ujęła go pod rękę i poprowadziła do wielkiego salonu na parterze.

Georginia de Greves, hrabina de Chatelux, była kobietą w wieku około czterdziestu pięciu lat. Wyglądała jeszcze bardzo atrakcyjnie, chociaż w jej arystokratycznych rysach można było dostrzec zmęczenie a nawet cierpienie.

W kruczoczarnych włosach przeplatało się gdzieniegdzie kilka srebrzystych niteczek. Pod czołem, z widocznymi trzema poprzecznymi zmarszczkami, błyszczała para ciemnoniebieskich oczu o wyrazistym spojrzeniu. Fizjonomia hrabiny wyrażała jednocześnie inteligencję, silną wolę i dobroć.

Pani de Chatelux zwróciła natychmiast uwagę na zmianę wyrazu twarzy pana de Thonnerieux, od czasu jego ostatniej, niedawnej wizyty.

– Co ci jest, przyjacielu? – zapytała zaniepokojona i wzruszona, sadzając gościa obok siebie. – Znajduję cię znacznie smutniejszym, niż zwykle i jakby bardziej przygnębionym.

– Bo jestem rzeczywiście bardzo przygnębiony. Dręczą mnie czarne myśli i cierpi moja dusza. Codziennie jest mi trudniej na tym świecie i wiem, że będzie jeszcze ciężej, aż do mojej ostatniej godziny. Czuję, że życie mnie opuszcza i że ta godzina jest coraz bliżej.

– Bo się zaniedbujesz, mój przyjacielu – podchwyciła żywo hrabina – bo nie masz odwagi stawić czoła swojej rozpaczy.

Starzec wzruszył ramionami.

– Walczyć? – zapytał – na co zdałaby się moja walka? Jestem od dawna zwyciężony! Wspomnienia są dla mnie tak bolesne, a nie chcę i nie potrafię niczego zapomnieć! Powiedziałaś – droga przyjaciółko – że jestem przygnębiony… to za słabe określenie, ja jestem zmiażdżony, droga pani!

– Czyż i ja także nie cierpiałam? – wtrąciła pani de Chatelux. Przypomnij sobie, Filipie. Kiedy przed trzema laty straciłam męża, poddałam się strasznej rozpaczy. Ty podtrzymywałeś mnie wtedy na duchu. Ty powtarzałeś mi: „Trzeba być dzielną, droga pani. Nie wolno sprzeciwiać się woli Bożej. Życie jest darem Boga i Jego własnością, nie wolno Go nie szanować”.

– Są to rzeczywiście moje słowa – odpowiedział pan de Thonnerieux, ocierając dłonią łzy, spływające po policzkach. To prawda, że doświadczył panią okrutny los, ale miałaś przecież syna, miałaś dziecko, które kochałaś z całego serca. Dla tego dziecka życie twoje miało dalszy sens, byłaś mu potrzebna i to dla niego zachęcałem cię do życia. Ja nie mam nikogo. Moja ukochana Zuzanna spoczęła w grobie, a w sześć miesięcy po niej moja córka, jedyne, ukochane dziecko poszło za matką do grobu. Pozostałem sam jeden na świecie, sam jeden po prawdziwie szczęśliwym życiu. Co chcesz, abym robił na ziemi?

– Nie! – nie jesteś sam na świecie, kochany hrabio – odpowiedziała pani de Chatelux, biorąc starca za ręce. – Masz przyjaciół, masz wiernych, szczerze sobie oddanych przyjaciół, ludzi, na których przywiązanie możesz i powinieneś liczyć.

– Wiem o tym, wiem i to, że wśród tych przyjaciół zajmujesz, pani pierwsze miejsce. Ale nawet najlepsi i najbardziej oddani przyjaciele nie są w stanie zastąpić mi tego, co utraciłem. Nie zapewnią mi oni tych dni pełnych radości, których doświadczałem w ciągu wielu lat… Śmierć wszystkiego pozbawia!

Pan de Thonnerieux mówił drżącym głosem, zanosząc się co chwila od płaczu, tak, że litość brała na widok tych łez, spływających po zapadniętych policzkach szlachetnego starca.

Poruszona do głębi pani de Chatelux płakała razem z nim. Powstrzymywała jednak siłą woli łzy i próbowała pocieszać przyjaciela.

– Filipie, kochany Filipie – mówiła – zaklinam cię na naszą przyjaźń, nie poddawaj się tak rozpaczy. To słabość niegodna mężczyzny! Nikt szczerzej ode mnie nie odczuł i nie opłakał pustki, jaką wokół ciebie spowodowała śmierć Zuzanny i Marii! Tak jest, dotknęła cię ciężka próba, ciebie, który zasługujesz ze wszech miar na lepszy los, ciebie, który całe swoje życie zaznaczałeś tylko godnymi czynami! Ale wiesz przecież, że Bóg doświadcza ciężko zawsze tych, których kocha. Cios jest ciężki, to prawda, ale to wcale nie powód do buntowania się przeciwko wyrokom Opatrzności. Nie wolno ci zrzucać z siebie tego ciężaru, nie wolno skracać życia ciągłą tęsknotą i rozpaczą. Jeżeli umrzesz, cóż stanie się z tymi wszystkimi biedakami, których wspomagasz i którzy cię błogosławią? Co stanie się ze wszystkimi istotami, które zawdzięczają ci byt, które mogą żyć jedynie tylko dzięki twojej pomocy? Pomyśl o tym, mój przyjacielu, pomyśl o tych dwóch aniołach, których ci odebrano! Patrzą na pewno na ciebie z nieba i smucą się, widząc twoje łzy i twoją rozpacz! Mając niespełna sześćdziesiąt pięć lat, wyglądasz na zgrzybiałego starca. Przy swojej silnej budowie masz jeszcze przed sobą długą przyszłość, a wyglądasz, jakbyś stał już nad grobem. Cóż to za rażąca sprzeczność twoich słów z twoimi czynami! – Do zrozpaczonych wołasz: „Odwagi!”, a sam upadasz pod swoim krzyżem.

– Czy nie mam prawa umierać? – wyjąkał hrabia.

– Nie! Bo życie nie należy wcale do ciebie! – odpowiedziała hrabina. Należy ono do Boga, który uczynił cię apostołem miłosierdzia na ziemi! Powinieneś żyć i spełniać swoje posłannictwo do końca. Wielkie ono i święte.

Pan de Thonnerieux pochylił głowę i przez jakiś czas milczał, a potem rzekł złamanym głosem:

– Masz rację, przyjaciółko, przyznaję to i czuję, ale cóż mogę poradzić, gdy w sercu jest pustka i żal. Choćbym próbował powstrzymać jego bolesne uderzenia, choćbym starał się zagoić jego krwawiącą ranę, ono z pewnością mnie nie posłucha! Jestem bezsilny wobec wspomnień, które cofają mnie ku przeszłości. Mówisz mi o moich biednych? Oni przecież nic nie stracą na mojej śmierci. Umierając, wcale o nich nie zapomnę. Będą się modlić za moją duszę, tak jak modlą się za te dwie ukochane istoty, których już nie ma na ziemi, a z którymi pragnę się połączyć tam wysoko jak najprędzej.

– Proszę cię, Filipie, pokonaj siebie i oddal te posępne myśli. Pomówmy już o czymś innym, dobrze?

Starzec ujął panią de Chatelux za rękę i spojrzał na nią załzawionymi oczyma.

– Dobrze – odpowiedział – porozmawiajmy o czymś innym, porozmawiajmy o Fabianie.

– O moim synu? – a to doskonale – odezwała się hrabina z rozpromienioną twarzą.

– Czy jesteś z niego zadowolona, hrabino?

– Jak najbardziej. Nie mam mu nic a nic do zarzucenia! Jestem prawdziwie szczęśliwą matką. Prowadzi się zupełnie dobrze i gorliwie pracuje. Otrzymał właśnie świadectwo ukończenia szkoły.

– W dziewiętnastym roku życia, to bardzo pięknie! Masz prawo być z niego dumna.

– I jestem, a liczę, że Fabian nie ustanie w pół drogi!

– O jakiej karierze dla niego myślisz? Albo raczej – jaką on sobie chce obrać karierę?

– Pytałam go o to i zwróciłam mu uwagę na konieczność zapewnienia sobie niezależnej pozycji, gdyż nie jesteśmy wcale zamożni. Nasza fortuna bardzo się zmniejszyła przez nieudane inwestycje mojego nieboszczyka męża. Pozostał nam tylko ten dom i procent od nieruchomości, co wystarczy zaledwie na jako takie utrzymanie. Fabian odpowiedział mi, że gdyby był nawet milionerem, to i tak nie zrezygnowałby z pracy, że ma do spełnienia obowiązki względem siebie i bliźnich, że pragnie zająć odpowiednie miejsce w świecie naukowym i stać się użytecznym krajowi, w miarę swoich sił.

– Co zatem zamierza uczynić dla realizacji tak chwalebnych planów?

– Zamierza wstąpić na politechnikę. Czy pochwalasz, hrabio, ten zamiar?

– Najzupełniej. Powtórzę jednakże jeszcze raz to, co ci już tyle razy mówiłem, hrabino: Jeżeli wstąpienie Fabiana na drogę wybraną przez niego, wymagałoby znaczniejszych funduszy, proszę, aby się tym nie martwił. Andrzej de Chatelux, twój mąż, był moim przyjacielem. Nie roztrwonił swojej fortuny, tylko stracił ją w wyniku niesprzyjających okoliczności i przez niekorzystne operacje finansowe. Zraniło to jego serce. Nie mógł znieść myśli o niedostatku, na jaki jego nieroztropność skazały ciebie hrabino i twojego syna. To zmartwienie go zabiło!

– Tak, niestety! A Bóg mi świadkiem, że nie miałam do niego najmniejszego żalu o uszczuplony majątek, chodziło mi tylko o jego życie.

– Kończąc moją myśl – przerwał pan de Thonnerieux – jeżeli mógłbym ci jakoś pomóc, kochana hrabino, mów proszę śmiało, jeśli potrzebna jest Fabianowi jakakolwiek suma pieniędzy – sto, dwieście, trzysta tysięcy franków, czy więcej, aby mógł zrealizować swoje plany.

– Jestem ci, mój przyjacielu – odpowiedziała hrabina – szczerze wdzięczna za tę wspaniałomyślność, ale nie chciałabym, aby Fabian zawdzięczał swoją przyszłość pieniądzom. Dziękuję ci raz jeszcze serdecznie, ale nie mogłabym nic od ciebie przyjąć.

– Czy nie zanadto przesadzasz z tą swoją delikatnością?

– Zupełnie nie.

– Jesteś jeszcze młoda, kochasz świat, a twoje skromne dochody trzymają cię w domu.

– Mam syna, on mi wystarcza za wszystko. Nie pragnę niczego więcej.

Hrabia westchnął. Pomyślał, jak byłoby cudownie móc gdzieś daleko wyjechać z tymi dwiema istotami, które tak gorąco miłował.

– Kochany Filipie – odezwała się żywo hrabina – nie wpadaj tylko znowu w zadumę, proszę.

– Nie, nie… Mówmy więc dalej. Nie chcesz przyjąć ode mnie nic dla siebie ani dla Fabiana, za mego życia. Więc dobrze… nie mówmy więcej o tym, ale nie każesz mi przecież zmieniać mojego testamentu.

– Czy znowu zaczniesz mówić o testamencie? Tego by jeszcze brakowało!

– Przecież mówić można o wszystkim, a wiesz, że już dawno spisałem swoją ostatnią wolę.

– Tak, wiem. Mój Fabian przyszedł na świat w tym samym dniu, kiedy urodziła się twoja córka. Aby uczcić ten radosny dla ciebie dzień, postanowiłeś ująć w swoim testamencie wszystkie dzieci, urodzone tego dnia.

– Tak właśnie zrobiłem, hrabino. Suma przeznaczona dla każdego z nich jest dosyć znaczna i pozwoli im szczęśliwie żyć. Jeżeli doczekam ich pełnoletniości, o czym wątpię, będę słyszał ich błogosławieństwa, jeśli wcześniej umrę, prędzej zostaną bogaci. Fabian będzie jednym z nich.

– Obyś żył jak najdłużej, kochany Filipie i obyśmy mogli cię kochać jak najdłużej, tak, jak na to zasługujesz.

Pan de Thonnerieux uścisnął znowu rękę hrabiny i rzekł:

– Zatem, jeżeli nie każesz mi zmieniać treści mego testamentu, możesz być pewna, hrabino, że twój Fabian, jakąkolwiek obierze sobie karierę, będzie mógł zająć w świecie odpowiednie stanowisko. A gdzie on teraz jest? – zapytał starzec.

– Jest na wystawie malarskiej, ale wkrótce wróci. Zobaczysz go, bo chyba zostaniesz na obiedzie?

– Dzisiaj nie, kochana hrabino.

– Dlaczego?

– Czuję się zmęczony i potrzebuję trochę odpoczynku…

– Nie nalegam, oczywiście, ale ucieszyłabym się, gdybyś został i spotkał z Fabianem…

– Już ponad miesiąc nie pokazał się na ulicy Vaugirard… Skarć go w moim imieniu…

– Nie miej mu tego za złe. Trochę wyjeżdżał, prawie trzy tygodnie bawił u naszych krewnych w Burgundii.

III.

Po chwili milczenia pan de Thonnerieux zapytał:

– Czy Fabian przyjaźni się jeszcze z Fromentalem?

– Tak – odpowiedziała hrabina. Widują się bardzo często, dzisiaj też są razem na wystawie. Rówieśnicy, koledzy z kolegium, nierozłączni towarzysze od dzieciństwa, zaprzyjaźnili się serdecznie… kochają się, jak bracia.

– Bardzo się cieszę. Paweł Fromental to inteligentny chłopak o dobrym sercu.

– Zrobiliśmy wszystko, i ty, mój przyjacielu, i ja, ażeby zrobić z niego człowieka, a nasze starania przyniosły rezultat. Paweł ukończył szkołę, podobnie jak Fabian, z wyróżnieniem.

– Nie widziałem od pewnego czasu jego ojca, ostatnio nie wyglądał najlepiej.

– Tak, zawsze jednakowo smutny. Biedny człowiek, wiele wycierpiał.

– Oj, tak, wiele… – dodał pan de Thonnerieux. Skazanie, które dzięki moim wpływom zostało trochę skrócone, miało fatalne skutki, złamało biedakowi życie. Sprawiedliwość jest względna, a prawo bywa czasami okrutne.

– Fromental jest człowiekiem nieposzlakowanie uczciwym – dodała hrabina.

– Gdybym w to wątpił choć przez moment, nie zajmowałbym się jego sprawą. Czy nie wspominał ci nigdy, hrabino, jakie wiąże plany ze swoim synem?

– Planował dla niego, jak mi się zdaje, posadę nauczyciela.

– Prawdziwie zaszczytna kariera. Zresztą Paweł nie musi obawiać się o swoją przyszłość. Należy, tak samo, jak Fabian do dzieci urodzonych w tym samym dniu, co moja kochana Maria i z tego samego powodu został wpisany również do testamentu. Będzie żył dostatnio i szczęśliwie, a mnie sprawia wielką radość to, że zasłuży na mój zapis, jak zawsze dotąd zasługiwał na wszystko, co dla niego czyniliśmy. Chciałbym go również zobaczyć.

– To bardzo proste. Zostań u nas na obiedzie.

– Dzisiaj to niemożliwe. Czuję się naprawdę bardzo zmęczony i muszę wracać.

Po tych słowach hrabia podniósł się.

– Już odjeżdżasz? – zapytała hrabina ze smutkiem.

– Z wielkim żalem, kochana pani. Nadużyłem dziś trochę sił i potrzebuję odpoczynku. Ale przyślij mi, proszę, jak najszybciej Fabiana i Pawła. Będę szczęśliwy, gdy ich zobaczę i porozmawiam z nimi.

– Ucieszą się na pewno z zaproszenia, bo obaj kochają cię prawdziwie synowską miłością.

– Winni mi są tę miłość za moje ojcowskie przywiązanie do nich. Żegnam cię, przyjaciółko… Cieszę się, że do ciebie wstąpiłem. Wywierasz na mnie zawsze łagodzący wpływ, po każdej wizycie u ciebie mniej cierpię i mam spokojniejszy umysł.

– Zaglądaj więc do mnie jak najczęściej, abym cię mogła zupełnie wyleczyć! – zawołała hrabina.

Pani de Chatelux podała starcowi czoło do pocałunku, odprowadziła do sieni i patrzyła, jak wsiadał do powozu.

Pan de Thonnerieux pomachał jej ręką na pożegnanie i odjechał.

Z ulicy Tournon było już bardzo blisko do tej części ulicy Vaugirard, która znajduje się na rogu ulicy Bonaparte.

Po kilku minutach, pan de Thonnerieux przybył do swego pałacu. Mieszkanie urządzone było wspaniale, jednak panował w nim smutek. Hrabia wysiadł z powozu, po drodze, w przedsionku spotkał Jerome’a, starego kamerdynera o dziwnie zaniepokojonej twarzy.

Jerome, stary kawaler, zaciekły przeciwnik związków małżeńskich, pracował u hrabiego od czterdziestu pięciu lat i miał dla niego to wyjątkowe przywiązanie, które nakazywało mu niepokoić się i troszczyć o wszystko.

Wątłe zdrowie i coraz większe osłabienie pana de Thonnerieux, bardzo martwiły jego wiernego sługę.

Starzec był zawsze nadzwyczaj punktualny. Codziennie wracał do domu o piątej. Tymczasem dzisiaj nie było go do wpół do szóstej. Od pół godziny Jerome, oczekując pana, odchodził od zmysłów, snując najgorsze przypuszczenia i przewidując jakąś straszną katastrofę w chwili, gdy powóz hrabiego właśnie podjechał przed bramę.

Spostrzegłszy pana, siedzącego w powozie, stary sługa odetchnął z ulgą. Wielki ciężar spadł mu z serca, toteż, pomimo podeszłego wieku podbiegł z szybkością młodzieńca do powozu, aby pomóc hrabiemu z niego wysiąść.

– A to pan hrabia, nareszcie! – wykrzyknął. – Ja już doprawdy umierałem z obaw o pana!

– Dlaczegóż to, poczciwy Jerome? – spytał starzec.

– Przecież to już wpół do szóstej!

– Ja zaś mam zwyczaj wracać zawsze punktualnie o piątej. No, no, nic to… tylko małe spóźnienie.

– Prawda, ale od pewnego czasu jest pan hrabia nieco osłabiony, więc jak pana hrabiego nie widzę, to siedzę, jak na rozżarzonych węglach!

– Zapomniałem o upływie czasu, rozmawiając z panią de Chatelux… Jej syn – Fabian i młody Fromental odwiedzą mnie w najbliższych dniach.

– Obaj przyjadą?

– Tak, obaj dzielni młodzieńcy. Wprowadzisz ich zaraz, jak się tylko pojawią, nawet, gdybyś uprzednio otrzymał polecenie nie przyjmowania nikogo.

– Tak zrobię, panie hrabio.

Tak rozmawiając, pan z lokajem przeszli przez przedpokój, aż do sypialni pana de Thonnerieux.

Jerome pomógł się hrabiemu przebrać, a że wybiła właśnie godzina szósta, służący powiedział:

– Zapewne już podany obiad dla pana hrabiego.

– Pewnie, mój przyjacielu, że już podany, bo Lambert jest punktualny jak chronometr. Schowam tylko niektóre papiery, które mam w portfelu i zaraz przyjdę do jadalni. Możesz odejść.

Jerome wyszedł.

Pan de Thonnerieux otworzył szufladę biurka, schował notatnik, atrament i pióro, którego używał w bibliotece, po czym przeszedł do jadalni, gdzie oczekiwał go Jerome, gotowy do zdjęcia pokrywy ze srebrnej, ozdobionej herbami wazy.

Starzec usiadł przy stole i bez najmniejszego apetytu zaczął jeść.

Zanim przejdziemy do dalszego ciągu naszego opowiadania, musimy zaznajomić czytelnika w kilku słowach z pochodzeniem i przeszłością hrabiego, którego przedstawiliśmy już jako zdruzgotanego cierpieniami i pragnącego jak najrychlejszej śmierci.

Potomek jednej z najznamienitszych i najbogatszych szlacheckich rodzin z Languedocu, hrabia de Thonnerieux kończył nauki w Paryżu. Obdarzony jasnym umysłem, łagodną i litościwą duszą, był cały oddany ludzkości, szczególnie tej cierpiącej i tak, jak inni poświęcają się sztuce, przemysłowi lub biurokracji, on poświęcał się tej ludzkości.

Nieustannie szukał sposobów poprawienia i ulżenia nędzy. Już od wczesnej młodości, wielka liczba biednych zawdzięczała mu swój względny dobrobyt, a zrozpaczeni – pocieszenie i nadzieję. Filip marzył tylko o tym, aby zapewnić bliźnim w miarę godną egzystencję.

Był autorem kilku poważnych dzieł, dzięki którym otrzymał najpierw wstążeczkę, a później order legii honorowej, którą nosił z wielką dumą. Założył kilka kas pomocy społecznej, wiele bezpłatnych jadłodajni dla ubogich i kilka schronisk dla bezdomnych. Nigdy nie chciał przyjąć żadnej publicznej ani honorowej funkcji, chociaż często był do tego namawiany. Uważał, że zmniejszyłoby to wymiar jego miłosierdzia, gdyby zaczął działać oficjalnie.

W wieku trzydziestu lat dysponował już bardzo pokaźnym majątkiem. Jako człowiek o skromnych przyzwyczajeniach, większość swoich dochodów przeznaczał na różne cele dobroczynne.

W czterdziestym piątym roku życia pozostał sam, nie mając żadnych krewnych ani bliskich. Jego majątek sięgał potężnej sumy dziesięciu milionów franków, przynosząc dochód z odsetek kapitału pięciuset tysięcy franków rocznie. Działania filantropijne na rzecz najbardziej potrzebujących tak dalece go pochłaniały, że do tej pory hrabia Filip de Thonnerieux nie myślał nigdy o małżeństwie.

Jednak pewien przypadek wszystko zmienił.

Hrabia przyjaźnił się z wicehrabiną de Rouvray, dystyngowaną i dzielną kobietą, niezręcznie jednak prowadzącą własne interesy. Właśnie dowiedział się, że w wyniku nieprzemyślanych transakcji giełdowych, straciła większość swojej fortuny. Pani de Rouvray trudno się było z tym pogodzić, a jeszcze trudniej było jej zmienić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i życie w luksusie. Wkrótce pani de Rouvray umarła ze zmartwienia, osierociwszy swoją jedyną dwudziestodwuletnią córkę, pozostawiając ją niemal w nędzy.

Pan de Thonnerieux, nie znając wcześniej podobnych uczuć, zakochał się w dziewczynie, którą widywał przedtem wiele razy, nie zwracając na nią wówczas większej uwagi.

Zuzanna de Rouvray miała łagodny i szlachetny charakter oraz wrażliwą duszę. Podobnie jak Filip, lubiła czynić dobro. Wszystkie te cechy łączyły sierotę z hrabią. Zuzanna kochała Filipa od dawna. Pobrali się, panna de Rouvray została hrabiną de Thonnerieux, a cały świat przyklasnął jej małżonkowi, że tak znamienity, zamożny pan poślubił pannę bez posagu.

Odtąd rozpoczęła się dla Filipa i jego żony era niewysłowionego szczęścia, o jakim hrabia nawet wcześniej nie marzył. Gdy na świat przyszła ukochana córeczka, której dano na imię Maria, nie posiadał się wprost z radości.

Dla uczczenia tego doniosłego zdarzenia, pan de Thonnerieux postanowił wyposażyć w polisę pieniężną wszystkie dzieci, urodzone w tym samym dniu w okolicy, w której mieszkał. Sporządził w tym celu testament, którego treść wkrótce poznamy.

Maria rosła pod okiem kochającej matki i podobnie jak ona, odznaczała się wielką urodą i szlachetnością. Przez siedemnaście lat nad rodziną hrabiego nie pojawiła się ani jedna chmurka, która zakłóciłaby ich szczęśliwe życie. Ale niestety! Nie ma na tym świecie nic trwałego. Po tych kilkunastu latach niezakłóconego niczym szczęścia, miały nastąpić okrutne zdarzenia. Młoda, zdrowa hrabina, dotknięta nagle niebezpiecznym zapaleniem mózgu, zmarła w kilka godzin. Rozpacz pana de Thonnerieux była bezgraniczna. Najchętniej poszedłby za żoną do grobu, ale pozostała przecież córka, dla której musiał żyć. Niestety! W sześć miesięcy po śmierci matki, śmierć zabrała także córkę. Hrabia pozostał na świecie sam.

Nie podejmuję się opisywać tego, co działo się w jego duszy. Straszliwą rozpacz łagodziła jedynie myśl, że teraz już nic nie powstrzymuje go przed tym, aby też umrzeć. Jednak zasady pana de Thonnerieux nie pozwalały mu odebrać sobie życia.

To jednak niczego nie zmieniało. Rozpacz i żal miały powoli dokonać tego, czego ludzka ręka nie mogła zrobić od razu.

W ciągu piętnastu dni hrabia zmienił się nie do poznania, zgarbił się i pobladł, policzki zapadły się, a włosy zupełnie posiwiały. W pół roku był już całkowicie nie do poznania. Był starcem, jakiego przedstawiliśmy czytelnikom na początku opowiadania. Zamknął się w sobie, w swojej rozpaczy, żyjąc tylko wspomnieniami, czując, że śmierć jest już blisko. Opuściły go siły, gasł w oczach, a gdy budził się rano, czując się coraz słabszym, szeptał do siebie z ponurym zadowoleniem:

– Chwała Bogu! Chwała Bogu! Już wkrótce się z nimi zobaczę!

IV.

Po obiedzie, który nie trwał długo, bo pan de Thonnerieux nie miał apetytu, wstał od stołu i przeszedł do swojego gabinetu.

Jerome udał się za nim.

– Przypuszczam, że pan hrabia nie będzie już długo pisał – odezwał się stary sługa.

– Owszem, drogi Jerome, nie bardzo długo – odpowiedział hrabia.

– Lepiej by było, gdyby się pan hrabia od razu położył.

– Mam do uporządkowania różne rzeczy.

– Czy ja nie mógłbym tego zrobić?

– Nie, mój kochany. Idź, zadzwonię, jak będę cię potrzebował. Ale nie przychodź, proszę, bez mojego wezwania.

– Dobrze, panie hrabio, ale niedługo pan hrabia zadzwoni…

– Tak, niedługo.

– Panu hrabiemu jest bardzo potrzebny sen. Jeżeli pan prędko nie zadzwoni, przyjdę sam.

– Zabraniam ci stanowczo.

Jerome wyszedł, potrząsając głową. Pan de Thonnerieux zasiadł przed biurkiem, podparł rękoma głowę i dumał.

O czym ten nieszczęśnik mógł rozmyślać? Zawsze o tym samym… Myślał o grobie rodzinnym, w którym spoczywały drogie mu istoty i w którym wraz z nimi pogrzebał swoje wszystkie nadzieje i radości.

Długo tak siedział pogrążony w zadumie. Łzy bezwiednie spływały mu po policzkach. Ściemniło się zupełnie. Nagle drzwi uchyliły się i do pokoju wsunął się po cichutku Jerome. Filip podniósł głowę.

– Czego chcesz? – zapytał.

– Zdawało mi się, że pan hrabia dzwonił… – odpowiedział stary sługa.

– Nie dzwoniłem. Ale skoro tu jesteś, to podaj mi światło.

– Myślałem, że pan hrabia już skończył swoją pracę – rzekł służący, stawiając zapalone kandelabry.

– Nie jeszcze, mój przyjacielu.

Służący spojrzał na pana i ujrzał w świetle jego smutną twarz, zaczerwienione oczy i łzy, spływające po policzkach.

– Mój Boże, mój Boże! – wykrzyknął wzruszonym głosem – pan hrabia znowu płakał!

– Mylisz się…

– Na nieszczęście, nie mylę się!

– Wcale nie płakałem. Dumałem tylko… – mruknął hrabia.

– O naszych drogich paniach! O nich… zawsze o nich! Tymi myślami pogłębia pan tylko swoją rozpacz! Pan hrabia się zabija!

– A gdyby i tak było? Wiesz, że śmierć mnie wcale nie przeraża, a wręcz mnie pociąga. Wiesz, że byłoby dla mnie prawdziwym wybawieniem, gdybym mógł się już z nimi połączyć. Jerome, mój drogi, zostaw mnie teraz samego.

Służący skłonił się i wyszedł, ocierając wilgotne oczy.

Hrabia wstał, wziął kandelabr i chwiejnym krokiem podążył do drzwi. Otworzył je i z wielkim wzruszeniem wszedł do przestronnego pokoju. Okna pozasłaniane były ciemnymi zasłonami. W głębi, na niewielkim podwyższeniu stały dwa łóżka, nakryte czarną krepą. Na jednym z nich umarła matka, na drugim córka. Nad łóżkami wisiały naturalnej wielkości portrety: pani de Thonnerieux i Marii.

Hrabia postawił świecznik na stoliku, wszedł na podwyższenie i ukląkł pomiędzy łóżkami. Długo klęczał, modlił się i płakał, a głośne łkanie starca, poruszyłoby najtwardsze serca. Wreszcie podniósł głowę, wyciągnął wychudłe ręce ku obu kobietom, zdającym się patrzeć na niego i stłumionym głosem powiedział:

– Moje ukochane cienie! Byłyście całym moim życiem! Gdy was nie ma, nie ma i mnie. Ale nadeszła wreszcie ostatnia godzina, moja walka skończona. Nie będziecie mnie już odtąd wzywać. Czekajcie na mnie, już do was idę…

Głos zgasł mu zupełnie. Opuścił głowę na piersi i znów zaczął się modlić, a potem podniósł się, jeszcze raz spojrzał na portrety, wziął świecznik i wrócił do swojego gabinetu.

– No – powiedział prawie głośno, siadając znowu przed biurkiem – to wcale nie złudzenie. Dzięki Bogu, mój koniec się zbliża. Czas pomyśleć o tym, aby moja ostatnia wola została należycie wypełniona. Ponieważ nie mam spadkobierców, noszących moje nazwisko i zostałem sam na świecie, chcę, aby po mojej śmierci mój majątek służył tym samym celom, którym służył za mego życia.

Mówiąc to, pan de Thonnerieux otworzył jedną z szuflad biurka i wyjął z niej wielką kopertę, zapieczętowaną trzema czerwonymi pieczęciami, na której dużymi literami widniał napis: „T e s t a m e n t”.

– Muszę to poprawić – rzekł, przecinając scyzorykiem kopertę i przebiegając oczyma wyjętą z niej kartkę. Wtedy myślałem tylko o dzieciach, urodzonych w tym samym dniu, co Maria, ale ponieważ okoliczności się zmieniły, trzeba zmienić ten akt.

Podarł papier, trzymany w ręce i rzucił do kominka, w którym pomimo dość ciepłej pory, utrzymywano maleńki ogień, gdyż wymagał tego nie najlepszy stan zdrowia pana de Thonnerieux.

Gdy ostatni kawałek papieru zamienił się w popiół, hrabia rozłożył na biurku nowy arkusz papieru i postawił kałamarzyk z czerwonym atramentem, ten sam, który miał ze sobą w bibliotece.

Następnie otworzył inną szufladę, wyjął z niej dokumenty przedstawiające rachunki, spisy inwentaryzacyjne i tytuły własności. Zaczął przeglądać te papiery, jedne – rzucając tylko na nie okiem, inne – odczytując dokładnie.

Jeden dokument zainteresował go szczególnie. Wyróżniał się pięknie napisanym u góry tytułem: „Posiadłości Sancerre”. Był to akt własności majątków, jakie pan de Thonnerieux posiadał w Sancerre, z wyszczególnieniem otrzymywanych z nich dochodów. W oddzielnej kolumnie znajdowały się uwagi, dotyczące zarządzających nimi dzierżawców.

– To znakomite pod każdym względem opracowanie – szepnął starzec, przeczytawszy wszystko do końca. Pisał to ten nieszczęśliwy Pascal Saunier, który przez dwa lata był moim sekretarzem. Dziwny to był chłopak! Niesamowicie zdolny, ale co za zła natura! Inteligentny, ale i przewrotny. Interesował mnie bardzo. Wszelkimi sposobami usiłowałem sprowadzić go na dobrą drogę, ale na nic się to zdało. W dwudziestym trzecim roku życia skazany na trzy lata więzienia za fałszerstwo, zamknął sobie drzwi do uczciwej przyszłości! Jeżeli są ludzie, przychodzący na świat ze złymi skłonnościami, to on na pewno do nich należy! Nadchodzi czas jego uwolnienia. Co będzie robił po wyjściu z więzienia? Niestety, pewnie nic dobrego. Zgłosi się do mnie, naopowiada ze skruchą pięknych historyjek, przyrzeknie poprawę, a obietnicy z pewnością nie dotrzyma. Jeżeli będę jeszcze żył, dam mu trochę pieniędzy. A jeśli mnie już nie będzie na świecie?

Hrabia zatrzymał się, a po chwili dodał:

– Nieszczęsny Pascal, był jednak u mnie i sprawował się nieźle. Powinienem bądź co bądź przyjść mu z jakąkolwiek pomocą. A więc spełnię mój obowiązek.

Skończywszy przeglądanie dokumentów, pan de Thonnerieux odłożył kilka z nich na bok, umaczał pióro w atramencie i napisał pewną ręką:

„Ja, Filip Armand hrabia de Thonnerieux, będący w pełni sił umysłowych, wyrażam w tym testamencie swoją ostatnią wolę, a wykonawcą mego testamentu ustanawiam pana Perollet, paryskiego notariusza, w którym pokładam nieograniczone zaufanie.

Mój majątek składa się z dwóch części: z części znanej, to jest wiadomej i z nieznanej, a więc niewiadomej.

1) Z pałacu na przedmieściu Saint­‍-Germain, na rogu ulic Vaugirard i Bonapartego, o powierzchni łącznie z ogrodem i zabudowaniami około trzech tysięcy metrów kwadratowych, wartości około 700 000 franków,

2) Z umeblowania, gobelinów, obrazów, rzeźb, porcelany, biblioteki, srebrnych zastaw rodzinnych, koni i powozów, wartości 400 000 franków,

3) Z nieruchomości wybudowanej przy ulicy Tivoli, z trzema oficynami i dwoma podwórzami, wartości 1 200 000 franków,

4) Z posiadłości przy ulicy Pyramides, wartości 900 000 franków,

5) Z pałacu de Grange de Mer­‍-La Fontaine, mebli, inwentarza, parku, lasu i łąk, należących do całości, wartości 950 000 franków,

6) Z posiadłości Sancerre, składających się z domów mieszkalnych, gruntów ornych i łąk, podzielonych na sześć folwarków, wartości 700 000 franków,

7) Z papierów wartościowych, akcji kolei żelaznych, obligacji kredytowych miasta Paryża, obligacji kolei żelaznych zagranicznych, wartości 800 000 franków

8) Z majątku rzeczowego w złocie, srebrze i obligacjach bankowych w ilości 350 000 franków.

Razem: 5 900 000 franków.

W chwili, gdy piszę moją ostatnią wolę, nie mam żadnych krewnych ani bliskich, czuję się więc w obowiązku rozporządzić moim majątkiem, zgodnie z prawem, w następujący sposób:

Daję i przekazuję:

1) Miastu Paryż moje posiadłości na przedmieściu Saint­‍-Germain, przy ulicy Tivoli i przy ulicy des Pyramides, jak również papiery wartościowe francuskie i zagraniczne, co razem daje sumę trzy miliony trzysta tysięcy franków. W zamian za to zobowiązuję miasto, aby reprezentowane przez swoje władze miejskie, wybudowało w wybranym miejscu w mieście przytułek – noclegownię, na tych samych warunkach, co przytułek przy ulicy Tocquerelle.

2) Miastu Sancerre zapisuję posiadłości, które posiadam w jego obrębie, zobowiązując radę miasta, aby w miejscowym szpitalu założyła salę na czternaście łóżek dla starców, zamieszkałych w okręgu Sancerre, nie posiadających środków utrzymania.

3) Gminie Granges de Mer­‍-La Fontaine, w której się urodziłem, przeznaczam pałac, zabudowania i nieruchomości tam położone, pod warunkiem, że w ciągu sześciu lat od dnia otwarcia mojego testamentu, dzierżawcy utrzymujący moje folwarki, nie będą za to uiszczać żadnych opłat.

Gmina wejdzie w posiadanie pałacu w osiemnaście miesięcy po moim zgonie i zamieni go w dom opieki dla starców i kalek z całego okręgu. Na utrzymanie zakładu przeznaczone będą dochody z dzierżawy.

4) Pani hrabinie de Chatelux z domu de Grave, zapisuję meble, dzieła sztuki, porcelanę, bibliotekę i srebra rodzinne, a także konie i powozy, znajdujące się w moim pałacu przy ulicy Vaugirard.

5) Mojemu staremu, wiernemu słudze Jeremiaszowi Villard, zapisuję pięćdziesiąt tysięcy franków.

6) Każdemu z moich służących: Klaudiuszowi Perrien, Michałowi Bordier, Jakubowi Firmin, Sebastianowi Marcel, Urszuli Armend, Benvicie Vernier, po dwadzieścia tysięcy franków.

7) Sto tysięcy franków przeznaczam do rozdania biednym w okręgu, za pośrednictwem rady miejskiej.

8) Pięćdziesiąt tysięcy franków zapisuję na utrzymanie grobu rodzinnego, gdzie spoczywa moja ukochana żona i moja droga córka i gdzie ja sam będę spoczywać.

9) Dziesięć tysięcy franków proszę użyć na koszty mojego pogrzebu”.

Po napisaniu powyższych dyspozycji, przy pomocy porozkładanych przed sobą różnych notatek i dokumentów, pan de Thonnerieux poczuł się tak zmęczony, jak po wykonaniu najcięższej pracy. Krople potu wystąpiły mu na czole, ręce drżały nerwowo. Odłożył pióro, oparł się o fotel, odetchnął swobodniej, otarł czoło i przymknął oczy. Siedział tak z dobry kwadrans, odpoczywając, po czym wziął znowu pióro, pochylił się nad biurkiem i rozpoczął na nowo przerwaną pracę.

V.

Na tym samym arkuszu, co poprzednio, poniżej tytułu „majątek znany”, pan de Thonnerieux napisał dwa wyrazy:

„Majątek nieujawniony”.

Podkreślił je i pisał dalej:

„Co do mojego nieujawnionego majątku, wynosi on cztery miliony osiemset tysięcy franków, które są ukryte w tajemnym miejscu.

Aby nie posądzono mnie o utratę zmysłów, uważam za właściwe wytłumaczyć, dlaczego tak postąpiłem.

Mając czterdzieści pięć lat, nie posiadając żadnej ani bliższej ani dalszej rodziny, a tym samym sposobem żadnego spadkobiercy, pokochałem młodą dziewczynę, sierotę, bez posagu, którą następnie poślubiłem. Miałem nadzieję, że łącząc się z Zuzanną de Rouvray, młodą, piękną i ukochaną kobietą, doczekam się spadkobierców w postaci naszych dzieci.

Rzeczywiście, w rok po naszych zaślubinach, hrabina de Thonnerieux powiła mi córeczkę. Jej narodziny napełniły mnie tak ogromną radością, że postanowiłem zapewnić przyszłość wszystkim dzieciom z naszego okręgu, urodzonym tego samego dnia.

Wspólnie z panią de Thonnerieux przeznaczyliśmy na ten cel sporą kwotę pieniędzy, którą później jeszcze powiększyłem. Suma ta wynosi dzisiaj 4 800 000 franków.

W okręgu miasta Paryża zapisano w rejestrach urzędu stanu cywilnego sześcioro dzieci, które przyszły na świat tego samego dnia, co moja ukochana córka. Dla każdego z nich wypada zatem po 800 000 franków, które mają być im wypłacone w dniu ukończenia przez nich pełnoletniości. Jeżeli wcześniej umrę, należne kwoty, przypadające tym dzieciom, zostaną im wypłacone przez wykonawcę niniejszego testamentu. W miesiąc po urodzeniu mojej córki, wezwałem do siebie po kolei wszystkich członków rodzin sześciorga zapisanych w rejestrze dzieci i nie powiadamiając ich dokładnie o wysokości sumy, jaką odbiorą, wręczyłem jedynie każdemu z nich sztukę złota, a raczej medal, wybity specjalnie w tym celu, z poleceniem, aby go zachowali i przekazali swoim dzieciom w dniu ich pełnoletniości, w dwudziestym pierwszym roku życia, a który to medal mają okazać bądź mnie, bądź egzekutorowi mojego testamentu. Medale te mają wyryte po jednej stronie numer porządkowy, rok i datę urodzin mojej córki, po drugiej powtórzony numer porządkowy i trzy wyrazy jeden pod drugim. Po okazaniu tego medalu oraz przedstawieniu dokumentu, poświadczającego tożsamość, każde dziecko otrzyma wyrażoną w testamencie sumę pieniędzy. Jeżeli nie będę już żył, wówczas egzekutor mojego testamentu zobowiązany będzie wezwać zainteresowanych, zebrać od nich sześć medali oraz ten, znajdujący się wraz z testamentem w szkatułce, ułożyć je obok siebie, według numerów porządkowych i przeczytać trzy zdania, utworzone z wyrazów, wyrytych na każdym z medalu. Zdania ułożone z tych wyrazów wskażą miejsce, w którym przechowywane jest 4 800 000 franków. Jeżeli w czasie otwierania testamentu, któryś z obdarowanych nie będzie już żył, wówczas jego część darowanej sumy podzielona zostanie pomiędzy pozostałych. Przewidzieć należy wszystko. Otóż jeżeli z powodu śmierci jednego z obdarowanych, nie będzie można dowiedzieć się o miejscu przechowywania jego medalu i tym samym medalu tego będzie brakować, a co za tym idzie, nie można będzie poznać miejsca przechowania całej sumy pieniędzy, mój notariusz jako egzekutor tego testamentu uda się do biblioteki narodowej i zażąda wydania mu książki pod tytułem: „Czerwony Testament. Pamiętniki Pana de Laffemes. Przyczynek do historii Jego Eminencji Kardynała Richelieu – pierwszego ministra Jego Królewskiej Chrześcijańskiej Mości Ludwika XIII. Amsterdam, Anno Domini 1674”. Otrzymawszy tę książkę, otworzy ją na stronie dwudziestej i połączy w jedną całość litery i wyrazy podkreślone czerwonym atramentem, znajdujące się na tej i trzech następnych stronach. Dodane do siebie litery i wyrazy utworzą trzy zdania, wyryte na medalach. Zdania te wskażą jasno miejsce, w którym ukryta jest fortuna dla tych sześciorga dzieci. Powtarzam jeszcze raz, że każde z nich, przynosząc medal, powinno mieć ze sobą również dokument, poświadczający ich tożsamość.

W chwili, gdy piszę i podpisuję ten testament każda z sześciu osób, należących do obdarowanych i do podzielenia się kwotą 4 800 000 franków jest przy życiu, co niniejszym potwierdzam.

Poniżej wypisuję ich nazwiska i adresy, według numerów medali, które zostały im wręczone.

Nr 1. Hrabia Fabian de Chatelux, syn nieżyjącego już Jana de Chatelux i Georginii de Greves. Ulica Tournon 19.

Nr 2. Medal z tym numerem dołączony jest do Testamentu.

Nr 3. Rene Didier Labarre, syn nieżyjącego już Didiera Labarre – byłego adwokata i Marii Teresy Fauvel, ulica Cherche­‍-Midi 52.

Nr 4. Amadeusz Duvernay, syn Mikołaja Fulgentego Duvernay, malarza pokojowego i Celestyny Wirginii Baudoni, ulica Vaugirard 25.

Nr 5. Prosper Juliusz Boulenois, syn Gracjana Boulenois i Joanny Dupius, ulica Recollets 17.

Nr 6. Marta Emilia Berthier, córka panny Berthier, przebywająca w Geniure via Laurenne 49.

Nr 7. Albert Paweł Fromental, syn Rajmunda Fromental – urzędnika i nieżyjącej Marii Tourne, ulica Saint Louis en Pile 34.

Paryż, dnia 22 maja 1879 roku.

Filip Armand hrabia de Thonnerieux”.

Starzec odłożył pióro. Trzy godziny zajęło mu pisanie dotąd czterech stron testamentu. Pan de Thonnerieux czuł się bardzo zmęczony, jednak nie zamierzał odpocząć, dopóki nie skończy wszystkiego.

Złożył papier, włożył go w kopertę i zalakował ją pięcioma, czerwonymi herbowymi pieczęciami. Następnie wziął pióro i napisał na kopercie: „Mój Testament”.

Powkładał z powrotem do szuflady wszystkie dokumenty, które były mu wcześniej potrzebne przy pisaniu, podszedł do małej włoskiej szafki, otworzył ją i wydobył z niej maleńką, srebrną szkatułkę. Kluczykiem, znajdującym się w zameczku otworzył ją.

Na dnie, wyłożonym czerwonym atłasem, znajdowały się trzy paczki, zawierające po sto tysiącfrankowych banknotów i jedna paczka z pięćdziesięcioma takimi samymi banknotami.

Pan de Thonnerieux podniósł paczki i wyjął spod nich złoty medalion. Medalion ten mocno błyszczący, jakby dopiero co wyszedł spod stempla, był podobny do monety stufrankowej z czasów cesarstwa. Jedna jego strona przedstawiała takie oto zapisy:

2

1860

16

Mars.

Po drugiej stronie, pod cyfrą 2 były wyrazy:

Les

Septimes

Comptant.

Hrabia wpatrywał się przez chwilę w medalion, po czym włożył go z powrotem do szkatułki razem z paczkami banknotów. Włożył tam także swój testament, zamknął szkatułkę i umieścił z powrotem w szafeczce, od której kluczyk schował do sekretnej szuflady biurka i upadając prawie ze znużenia, osunął się na fotel.

Ktoś zapukał lekko do drzwi.

Był to stary kamerdyner, który zniecierpliwiony bezskutecznym czekaniem na rozkazy pana, zaczął się o niego niepokoić.

– Wejdź! – odezwał się pan de Thonnerieux.

W drzwiach ukazał się Jerome.

– Panie hrabio, pozwolę sobie to powiedzieć, pan się po prostu zabija! – mruknął wzruszonym głosem stary sługa.

– Wcale nie, mój przyjacielu – odrzekł Filip.

– A tak mi pan hrabia obiecywał, że nie będę długo czekać…

– Miałem ważne sprawy do uporządkowania.

– Czy przynajmniej już to skończone?

– Już zaraz się położę… Musi być już dosyć późno…

– Czy późno? Na miłość Boską, jest bardzo późno! Czwarta rano! Widzę, że ogień wygasł na kominku! Trzeba mnie było przynajmniej zawołać, to bym rozpalił!

– Nie było mi zimno… No, nie marudź już, tylko pozwól mi się położyć.

Stary sługa wziął pana pod rękę, zaprowadził do sypialni, rozebrał i nie opuścił, dopóki nie ułożył w łóżku do snu, jak dziecko.

Nie można sobie wyobrazić nic bardziej rozrzewniającego nad tę wielką tkliwość jednego starca dla drugiego. Wypływała ona z głębi serca i nie miała nic wspólnego ze służalczością.

Pan de Thonnerieux nie mógł zasnąć, choć tak bardzo potrzebował teraz odpoczynku. Czarne myśli spędzały mu sen z powiek, a bezsenność ciążyła mu okrutnie. Zasnął w końcu na krótko przed świtem, ale dręczące wspomnienia nie dawały mu spokoju nawet w snach…

* * *

Dnia 23 maja, o godzinie ósmej rano, dwaj mężczyźni opuścili mury głównego więzienia w Nimes i schodzili z pagórka, prowadzącego ku spacerowym alejkom. Aleje te, jak wiadomo, ciągnęły się wokół miasta.

Mężczyźni oddychali z rozkoszą i pełną piersią napawali się aromatycznym ciepłem wiosennego poranka.

Wydawało się, że się śpieszyli tak, jakby pragnęli szybko oddalić się jak najdalej od więziennych murów.

Obaj przyzwoicie ubrani, prawie bogato, jeden i drugi wyglądali na ludzi klasy wyższej, nie zaś na nędznych mieszkańców głównego w mieście miejsca odbywania kary.

A należeli właśnie do tych ostatnich. Wychodzili z więzienia, w którym jeden spędził pięć, a drugi trzy lata.

Odsiedzieli kary jednocześnie i zostali uwolnieni w tym samym dniu, o tej samej godzinie.

Pierwszy mężczyzna trzydziestopięcioletni, wysoki, dobrze zbudowany, z brodą, którą na jego prośbę pozwolono mu zapuścić na kilka tygodni przed wypuszczeniem na wolność. Władze nie odmawiają zwykle podobnym prośbom. Miał delikatne, regularne rysy twarzy, oczy niebieskie o stalowym odcieniu. Zmieniały one chwilami wyraz jego twarzy, czyniąc ją prawie przerażającą. Wąskie usta, ciągle jakby uśmiechnięte, ukazywały białe zęby.

Był to Jakub Lagarde. Był on doktorem, uczonym człowiekiem, skazanym na pięć lat więzienia za współudział w zawiłej sprawie spadkowej, w której na żądanie spadkobiercy, przyczynił się do skrócenia życia pewnego zamożnego obywatela z Joigny­‍-sur­‍-Jerme.

Drugi uwolniony, był o osiem lat młodszy od pierwszego. Miał dopiero dwadzieścia siedem lat. Był to wysoki, postawny chłopak, o uderzająco pięknej twarzy, o matowej, jasnej cerze, ciemnych kręconych włosach i wysokim, inteligentnym czole. Oczy miał duże, czarne, pełne wyrazu.

Był to Pascal Saunier. Za oszustwo został skazany na trzy lata więzienia.

Nasi czytelnicy znają już to nazwisko, figurowało ono w testamencie hrabiego Filipa de Thonnerieux, którego Saunier był kiedyś sekretarzem.

Ani jeden ani drugi z obu tych mężczyzn nie należał do złoczyńców, złodziei, czy morderców, którzy spędzają pod kluczem trzy czwarte swojego życia. Obaj jednakże byli dla społeczeństwa bardzo niebezpieczni, dużo bardziej niebezpieczni od tamtych.

Natury obu, były do gruntu przewrotne, obaj od dzieciństwa mieli w sobie zalążki jak najgorszych skłonności i obaj dzięki złym instynktom zeszli na drogę występku, która zaprowadziła ich do więzienia. Tam, zetknięcie się z najgorszymi bandytami dopełniło dzieła demoralizacji. Doszli do tego, że mogli stać się bohaterami jak najbardziej ponurej zbrodni, a byli tym bardziej niebezpieczni, że ich elegancka powierzchowność, maniery i edukacja pozwalały się im wedrzeć w świat zupełnie nieprzystępny dla pospolitych złoczyńców.

VI.

Więzienie centralne w Nimes składa się z czterech części.

Pascal Saunier, po swoim przybyciu tutaj, został umieszczony w części drugiej, w której przebywał już od dwóch lat Jakub Lagarde. Podobieństwo charakterów i wykształcenie od razu zbliżyło ich do siebie i wkrótce obaj mężczyźni zaprzyjaźnili się ze sobą.