Opis

Niespodziewany podmuch białego szkwału zakłóca wakacyjną atmosferę Węgorzewa. Do walki ze skutkami kataklizmu skierowany zostaje wydział kryminalny powiatowej policji pod kierownictwem nadkomisarza Andrzeja Bondara. Wśród ofiar zidentyfikowano kilkoro obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy w niewiadomym celu nurkowali nocą w wodach jeziora Mamry. Po złych doświadczeniach z Bieszczadów i Borów Tucholskich Andrzej liczył na Mazurach na spokój i relaks, musi się jednak zmierzyć z jednym z najtrudniejszych śledztw w swojej karierze. Męczony niegojącymi się ranami po doznanych kontuzjach i prześladującymi go upiorami z przeszłości, w coraz większym stopniu uzależnia się od środków przeciwbólowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Ta książka jest fikcją literacką. Żadna z postaci występujących w powieści nie jest ani w całości, ani częściowo wzorowana na osobach, które sprawują lub sprawowały funkcje lub zajmują albo zajmowały stanowiska opisane w książce.

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Copyright © for the text by Tomasz Hildebrandt

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1094-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Strach się rozprzestrzenia,

Pełznąc po schodach w ciemności,

W oczekiwaniu na powiew śmierci.

Robert Smith, One Hundred Years (ten i pozostałe cytaty – w przekładzie autora)

PROLOG

Nie ma ratunku.

Odchodzę, tak będzie najlepiej. Nie da się zakończyć w inny sposób drogi, która skręciła w przepaść. Wpadłem w nią, spadałem długo, zanim uderzyłem o dno. Lecąc, kurczowo chwytałem się wystających korzeni wykrętów, zwietrzałych półek skalnych łgarstw, ostrych wyłomów oszustw.

Bez skutku, nie ma dla mnie ratunku.

Tłumaczyłem się sam przed sobą, że to nie moja wina. Tłumaczyłem jej, ale nie słuchała. Z jakiegoś powodu nie przyswajała najprostszych prawd, choć docierały do niej słowa. Rozumiała, cedziłem je wolno i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości. Przytakiwała, a po chwili namysłu i tak wracała do swojej wersji. Wmówiła sobie coś zupełnie innego, niż jej powiedziałem, jakbyśmy rozmawiali o dwóch różnych sprawach. Uparła się i nie chciała ustąpić nawet o krok. Zamurowała świat, ogrodzoną wysokimi ścianami krainę wypełniła swoją duszną, zaborczą obecnością. Nie pozostawiła miejsca na inne zdanie, jakikolwiek sensowny dialog. Ja, moja, moje, mój – odmieniała przez przypadki jak rozhisteryzowana smarkula. Nieszczęsna wariatka.

Samobójczyni.

Wiedziała, czym to szaleństwo grozi. Znała mnie, za dużo jej o sobie powiedziałem, nie powinienem być taki szczery. Znała tajemnice, które trzymałem w sekrecie przed samym sobą, czyny, do których nie przyznawałem się, patrząc w lustro przy porannym goleniu. Zaufałem jej, nigdy dotąd nie czułem się przy kimś tak rozluźniony, tak bezpieczny. Nie przypominała nikogo z moich dotychczasowych znajomych, przyjaciół z młodości, kolegów z pracy. Potrafiła słuchać, zadawała odpowiednie pytania. Nie potępiała i nie podpowiadała wymówek.

Rozumiała.

Nie zauważyłem, kiedy przyssała się do mnie i zaczęła żerować na emocjach, nie rozpoznałem w porę zagrożenia. Ja, wychowany w gotowości do natychmiastowej obrony, wytrenowany w identyfikowaniu wroga. Dałem sobie założyć kolczatkę i przykuć się krowim łańcuchem do żelaznego pala. Uwięziła mnie za zasiekami z drutu najeżonego uczuciami, szantażowała mnie, wygrażała. Nie potrafiłem dalej tak żyć, okłamywać i jej, i siebie.

Wyznałem jej prawdę, która zabija…

ROZDZIAŁ 1

Pochylił głowę i zacisnął prawą dłoń w pięść. Przyjrzał się jej, twardej bryle ścięgien, mięśni i kostek obleczonych lśniącą, księżycową powłoką. Jego podstawowa żołnierska broń. Potrafił przebić nią drzwi, rozłupać cegłę. Jednym ciosem powalić na ziemię człowieka.

Znokautować lub zabić.

Stojąca przed nim dziewczyna nie przestawała gadać. Zdołał się wyłączyć na długą chwilę, ale głos wrócił, ciągle ten sam. Ten sam przekaz, wielokrotnie powtarzane słowa, za każdym razem z większym ładunkiem emocji. Na zmianę: komunikat, gniew, błaganie, groźba. Tama pękła i należało przeczekać powódź, żywioł w końcu się uspokoi, sytuacja wróci do równowagi.

Byle jak najszybciej, powoli zaczynało mu brakować cierpliwości, potrafił kontrolować się tylko do określonej granicy. Po jej przekroczeniu mogłaby pęknąć kolejna tama, wtedy kataklizm byłby absolutny.

Kompletny.

– Ciii… – wyszeptał, opuszczając powieki. Jeden z wyuczonych sposobów wygaszania agresji. – Cicho, musisz się uspokoić. Pogadajmy normalnie.

– Normalnie?! A co tutaj jest normalne? Kto jest normalny, ty?

Parsknęła nosowym śmiechem, osmarkała się. Wytarła twarz rąbkiem bluzki, pociągnęła nosem. Zasmarkana gówniara.

– Już lepiej? Wysłuchasz mnie? – Oficer postąpił krok do przodu, delikatnie ujął wątłe kobiece ramiona w swoje potężne dłonie. Zmiażdżyłby je bez najmniejszego problemu. – Daj mi pięć minut, okay?

Mówił powoli, starannie cedził słowa, układał je w proste zdania. Bariera językowa była w niektórych momentach irytująca, oficer operował tylko podstawowymi zwrotami po polsku. Młoda coś tam dukała w obcym języku, często uciekały im jednak znaczenia i pojawiały się komplikacje. Szczególnie w trakcie kłótni, które ostatnio zdarzały się nazbyt często. Drogi ich dwojga rozeszły się, a ona nie chciała tego przyjąć do wiadomości. Żołnierz nie wiedział, jak jej to wytłumaczyć.

– Przecież zdawałaś sobie sprawę, że nie będę tutaj stacjonował wiecznie, informowałem cię o tym. Pół roku, na tyle mnie przysłali. Muszę wyjechać, nie mam na decyzje zwierzchników żadnego wpływu.

– Wypisz się z tego, zdezerteruj, uciekniemy gdzieś razem.

– Ty wiesz, co u nas robią z dezerterami? Dokąd by mnie wysłali?

– Nie znaleźliby nas!

Wybuchnął śmiechem. Dla wojskowego wywiadu nie istniały rzeczy nie do wykonania, a zdrajców tropiono z dużo większą zażartością niż wrogów. Nie miałby żadnych szans. A poza tym po co niby miałby to robić? Dla niej?

– Dasz mi dokończyć czy nie? Próbowałem ci to wyjaśnić spokojnie, po dobroci, ale widzę, że nic z tego. Nie da się, nie? Nic innego poza tobą cię nie interesuje, masz wszystko gdzieś! – Potrząsnął dziewczyną, była lekka i bezwładna jak pacynka.

Nie odezwała się, odwróciła zezłoszczone oblicze.

– Nie wiem, co sobie wyobraziłaś, ale między nami był tylko prosty układ. Handlowaliśmy, zapomniałaś? Ja czegoś potrzebowałem, ty mi to dostarczałaś. Zwyczajny biznes, każdy dostawał swoje. Te wszystkie zwierzenia, nocne rozmowy, to całe…

No właśnie, jak to nazwać? Przyjaźń? Miłość? Braterstwo dusz? Oficer nie wiedział, nigdy nie używał tych zwrotów.

– Co ty gadasz, przecież ja… ty… – Zakrztusiła się, rozkaszlała. – Obiecałeś mi to, obiecałeś. Obiecałeś!

Ponownego ataku histerii oficer nie wytrzymał. Dłoń automatycznie trafiła w policzek dziewczyny, głośno plasnęło. Poczuł mrowienie delikatnego bólu. Upadłaby, gdyby nie uwięził jej stalowy uścisk drugiej ręki.

– No bij, bij mnie, zabij, to niczego nie zmieni! Złożyłeś obietnicę, to była część tego układu. Przysiągłeś! Nie wycofasz się teraz. A jak nie… Powiem im, wszystko im powiem. Twoim szefom. Co kupowałeś, czego się od ciebie dowiedziałam. Kim tak naprawdę jesteś. Wszystko!

– Zamknij się!

– Wszystko! Wszystko!

Zamilkła po kolejnym ciosie. Pchnięta, upadła w porosty i mech, zaczęła się obłąkańczo śmiać. Oficer odwrócił się, rękami zatkał uszy, wykonał serię równomiernych oddechów. Jeszcze jedna technika powstrzymywania ataków furii.

– Wyjeżdżam – oznajmił stanowczo. – Wracam do siebie, na wschód. Ty grzecznie zostajesz tutaj. Zapomnij o mnie, więcej się nie zobaczymy.

– Nie! – Dziewczyna przyczołgała się, objęła nogi obute w wojskowe glany, jęczała. – Proszę, błagam, weź mnie ze sobą! Nie mogę tutaj zostać, tutaj nie da się żyć.

– Myślisz, że tam jest lepiej, że gdziekolwiek jest lepiej? Wolność to mrzonka, kapitalistyczna reklama.

– Błagam! Błagam!

– Won! – Oficer odtrącił ją kopniakiem ciężkiego buta.

Dziewczyna skomlała jak pies, krztusiła się własną śliną. Brzydziła go, wzbudzała w nim odrazę, przypominała pełzającego robaka. Podniosła się, powiedziała coś niezrozumiałego. Pociągnęła nosem, błysnęła załzawionymi oczami.

– Zrobię na ciebie donos, kurwiarzu, do generała. I do twoich koleżków w sztabie. I do twoich rodziców. Co się gapisz, zapamiętałam adres, powiedziałeś mi, gdzie mieszkasz. Mnie wszystko jedno, i tak jestem szmatą. Dla ciebie to będzie koniec.

Koniec.

Miała rację: kariera, życie, godność żołnierza, to oskarżenie go zniszczy. Jego rodziców również, a nikogo innego nie miał. Nie. Nie mógł jej na to pozwolić. Spojrzał w górę, księżyc właśnie zachodził czarną kurtyną, znikały gwiazdy.

Dosyć, przedstawienie skończone.

Powiew mroźnego wiatru przeszył go falą dreszczy. Coś nadchodziło z wiatrem, zasnuwało ziemię. Ciemność odebrała mu zdolność widzenia. Zamieniła w potwora.

Dostrzegła to, rzuciła się do ucieczki. Dobrze słyszał oddalające się kroki, ruszył w pogoń. Nikt nie zdołałby uciec, nie przed nim. Był aparatem terroru mocarstwa przez wielu ludzi zwanego imperium zła, szczerze uwielbianego przez nielicznych. Maszyną do rozpoznawania i likwidowania wrogów ojczyzny.

Dopadł ją po kilkunastu metrach, powalił na ziemię. Dziewczyna zdołała wstać, choć powinna przestać się ruszać, wykorzystać ostatnią szansę. W mroku pozostawała samym zapachem, przyspieszonym oddechem, biciem serca. Żołnierz pchnął lekkie jak piórko ciało tyłem na drzewo. Odbiło się z głuchym pogłosem, ale utrzymało równowagę. Doskoczył do niej, ścisnął chudą szyję i przygwoździł do pnia. Szamotała się, broniła, resztką śliny splunęła napastnikowi w twarz. Żołnierz mocniej naprężył mięśnie, zacisnął kłykcie.

Szarpnął.

Uderzył.

Mocno i precyzyjnie, miał doświadczenie. Celował w szczękę, aby osiągnąć natychmiastowy nokaut. Trafił. Ofiara całym ciężarem padła na plecy, zaszeleściła pod nią trawa, trzasnęła pęknięta gałązka. Ciało znieruchomiało.

Mężczyzna ukląkł nad swoją zdobyczą, zbliżył nos i ją obwąchał. Przytomność wraca dość szybko, a tym razem chciał uniknąć zbędnej szamotaniny. Za gwałtowne buzowały w nim emocje, a wściekłość nie jest najlepszym doradcą. Był silny, zbyt silny, jeśli straci nad sobą panowanie, zabrnie za daleko.

Zabije.

Traktował ludzi jak zwierzynę łowną, korzystał z nich jak z zasobu. Smak, dotyk, temperatura, pompowana przez serce energia wzmacniały go, tuczyły ego. Dzięki nim rósł, stawał się coraz większy. Coraz groźniejszy.

Włączył latarkę, przyjrzał się swojej zdobyczy. Młode, gibkie ciało, wysportowane. Świeże. Kiedy zaświecił w twarz, ofiara otworzyła oczy. Powoli nabierała powietrza, jakby uczyła się oddychać na nowo, rozdziawiła paszczę i ryknęła. Piskliwie, z dziewczęcą nutą, jakby głos w pełni się jeszcze nie ukształtował, nie dorósł. Myśliwemu nie spodobało się to, preferował dojrzałe łupy, silnych, w pełni uformowanych ludzi. Dzieci poddawały się zbyt łatwo.

A on wolał walkę.

Od niechcenia trzasnął ofiarę w twarz. Pisk ucichł, ale nie ustał, wydobywał się teraz przez nos, przy zaciśniętych ustach. Nieważne, niech się wydziera do woli, i tak nikt ich nie usłyszy. Las, niedostępny fragment jeziora, głucha dzicz. Najbliższy dom znajduje się ponad dwa kilometry dalej. Po ścieżce chodzą turyści, a zwłaszcza grzybiarze, ale nie nocą. Nocą grasują tu wilki i zboczeńcy.

Mężczyzna z trudem powstrzymał przypływ wściekłości, hamował się. Chodziło mu nie o zadanie lekkiej śmierci, a o skazanie na ciężkie życie. Niech wiedzą, jak to jest, on też nie miał łatwego.

Usiadł na swojej ofierze, ramiona przygniótł kolanami, unieruchomił głowę. Ścisnął policzki, a kiedy otwarły się usta, napluł w nie. Wcisnął do środka dwa palce, głęboko, aż poczuł twardość przełyku, ostre krawędzie zębów na nadgarstkach. Ciałem wstrząsnęły fale spazmów, wtedy wyciągnął dłoń. Splunął jeszcze raz, w szeroko rozwarte ze strachu oczy.

Zachichotał.

– Niech pan nie robi mi krzywdy, błagam! Ja nic nie wiem, nic nie powiem…

– Nie powiesz, nic nie powiesz!

Wydał z siebie niemal zwierzęcy rechot, na głowę ofiary kapnęła ślina.

Wstał. Wiedziona złudną nadzieją ofiara uniosła się, uklękła na roztrzęsionych kolanach. Doskonały cel, jak na treningu. Mężczyzna zamierzył się, kopnął. Nie widział, ale czuł wyłamujące się z dziąseł zęby. Odrzucony impetem uderzenia łup leżał na prawym boku, nie ruszał się.

Oddech myśliwego znowu przyspieszył, testosteron osiągnął najwyższy poziom, bulgotał w gardle. Oczy lśniły, dłonie zaciskały się spazmatycznie. Sięgnął do kieszeni po przedmiot przypominający strzykawkę.

Przecież jeszcze nie skończył.

Zwolniła, włączyła kierunkowskaz, zjechała z jezdni na szerokie pobocze, które służyło wędkarzom za dziki parking. Rozejrzała się. W blasku reflektorów roiły się liście drzew, trącane wiatrem przypominały chmarę szarańczy. Resztę świata zalewał mrok, ciężki i namagnetyzowany jej nerwami.

Strachem.

Zgasiła silnik, wyłączyła światła. Ciemność przygniotła ją niemal fizycznym ciężarem, dziesiątkami kilogramów sypkiej, czarnej substancji nocy. Serce załopotało, ciśnienie krwi w skroniach sprawiło ból. Zachłannie nabrała powietrza i wypuściła je z gwizdem nadchodzącej histerii. Nie, nie teraz! – skarciła się. Musiała zachować spokój, ostrość myślenia. Odwagę.

Uruchomiła radio, w ciszę wdarł się jazgot jazzowych rytmów, cykającej perkusji i lamentującego saksofonu. Skrzywiła się, ale nie zmieniła stacji, każdy dźwięk był w tej chwili lepszy od szalejącej wyobraźni. Od głosu, który usłyszała w telefonie kilka godzin temu, nakazującego jej stawić się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Z wyraźną, choć niewyartykułowaną groźbą, że w przeciwnym razie wydarzy się coś bardzo złego. Wolałaby nie wiedzieć co, ale musiała wiedzieć, o co temu typowi chodzi. Nie powiedział, sama też nie miała pojęcia. Nie popełniła przecież żadnego grzechu, nikogo nie skrzywdziła.

Czego on mógł od niej chcieć? Kim był?

Saksofon zamilkł, z radia płynęły teraz pomruki rwanych palcami strun kontrabasu, bez jakiejkolwiek harmonii, bez melodii. Inwazyjne tony, które czuła na całym ciele, targały nerwy.

– Stop! – krzyknęła, a tapicerka auta chciwie wchłonęła jej krzyk, który nie wrócił najmniejszym echem. Nawet nie była pewna, że wydała ten dźwięk, może pozostał w głowie, a ona nie panowała nad wyobraźnią.

Ponownie spojrzała w tylne lusterko. To nie była ona, patrzyła na nią obca twarz. Definitywnie zaszła w niej jakaś istotna zmiana. Może więc ten mężczyzna żądał spotkania z jej wcieleniem, którego w ogóle nie znała?

Prostokąt lustra zapłonął białym światłem, przymknęła powieki. Kiedy je otworzyła po kilku sekundach, warkot przejeżdżającego samochodu nie ucichł, silnik klekotał kilkanaście metrów dalej. Reflektory zgasły, ale motor wciąż chodził. Drzwi od strony kierowcy otwarły się, pojawiła się w nich postać przysadzistego mężczyzny, czarna sylwetka z głową bez twarzy. Jego radio też grało, chyba nawet tę samą jazzową abstrakcję, nie była pewna. Dopiero teraz przekręcił kluczyk, ale nie wyciągnął go. Saksofon wył w pustce niczym nawołujące się wilki, na dwa głosy.

Mężczyzna zbliżył się, zatrzymał na ziemi niczyjej pomiędzy przodem jej auta a tyłem swojego.

W pierwszym odruchu zapragnęła włączyć silnik, wyrwać do przodu, staranować go uzbrojonym w masywny grill zderzakiem, przejechać kołami, wbić w czarny piach masą swojej terenowej toyoty. Zlikwidować. Uciec. Zapomnieć o sprawie.

Nie mogła, ciekawość była silniejsza od strachu. Wyszła z kabiny, stanęła obok otwartych drzwi. Czekała.

– Masz to? – Jego głos był inny niż w telefonie, wyższy, niespokojny. Mężczyzna też musiał się trochę bać.

Pokręciła głową.

– Jadźka, Jadźka… Przecież mówiłem, kazałem ci to przywieźć ze sobą! Co jest grane, chcesz mnie zrobić w chuja?! Mam się wkurwić?!

– Nie, przepraszam… – Zapowietrzyła się. Poczuła wściekłość na samą siebie, zachowywała się jak gówniara, którą strofuje ojciec pijak. Odetchnęła głęboko. – Najpierw powiedz mi, o co chodzi, muszę to wiedzieć. Nie mam zamiaru kupować kota w worku.

Nie odzywał się przez kilka sekund, po czym parsknął nerwowym śmiechem. Przesunął się o pół kroku do przodu, w blasku padającym z jej kabiny zdołała dostrzec niewyraźne rysy twarzy. Nie dopasowała ich do żadnego z ludzi, których znała.

– Pewnie, wielka pani bizneswoman, księgowa Koterska będzie targować się nawet z kostuchą na łożu śmierci, co? Kurwa mać, bierzesz mnie za debila?! Odpowiadaj, jak pytam, chcesz ze mnie zrobić idiotę?!

Postąpił do przodu. Przedłużająca się perkusyjna solówka zaczęła ją doprowadzać do szału, czemu nie wyłączyła radia, kiedy mogła?

Nerwowo zaciskał pięści, zerknął na drogę. Też czegoś się bał. Jej?

– Dogadamy się, ale najpierw mi powiedz. Co wiesz? Co ja powinnam wiedzieć?

– Ja pierdolę!

Wyrzucił ręce nad głowę, założył je za kark i zaczął dreptać w kółko. Zbliżał się i oddalał, wyraźnie toczył jakiś wewnętrzny bój, tłukły się w nim sprzeczne emocje. Plan był widocznie inny, nie przewidział przeszkody.

– Jutro, wyznaczysz nowe miejsce, przyjadę i dobijemy targu. Ale najpierw…

– Nie! Nie, nie, nie! – Skoczył do przodu, znalazł się o dwa kroki od niej.

Zerknęła w bok, czy zdołałaby uciec, wsiąść do auta i zamknąć drzwi, gdyby się na nią rzucił. Za daleko, nie da rady.

– Powiedziałem wyraźnie, usłyszałaś mnie, zrozumiałaś, zgodziłaś się… Ja mogę ci przecież coś zrobić, nie przewidziałaś tego? Zajebię cię, ja cię chyba zajebię!

Miała rację, nie zdążyła uciec. Wrosła w ziemię skamieniała, kiedy mężczyzna ruszył w jej kierunku. Chwycił za poły garsonki, szarpnął, przyciągnął do siebie. Stykali się niemal nosami, z ust cuchnęło mu papierosami i mielonym. Widziała go teraz dokładnie.

– I co, Jadźka, ciągle będziesz strugała głupią? Nie rozpoznajesz mnie, już zapomniałaś, jak to było? Zbyt ważna jesteś, za bardzo przemądrzała?

Pokręciła głową, mężczyzna w odpowiedzi pchnął ją na drzwi pasażera. Karoseria przeszyła ją chłodem, ale mroźny dotyk dodał pewności siebie. Ciągle była na swoim gruncie, jej możliwości nie wyczerpały się, mogła się jeszcze targować.

– Dawaj kluczyki!

– Co?

– Na dodatek ogłuchłaś? Kluczyki i kwity, u siebie w schowku mam papier i długopis, spiszemy umowę kupna-sprzedaży. Nie trzeba było cwaniakować, teraz stracisz więcej. Słyszysz?!

Walnął otwartą dłonią w dach toyoty tuż przy jej głowie. Skurczyła się w sobie, spięła i bez zastanowienia wyprowadziła cios, trafiła napastnika w policzek. Odsunął się, rozmasował skórę palcami, parsknął śmiechem.

– Tobie naprawdę chyba kompletnie odbiło!

Naparł na nią całym ciężarem, przydusił do maski auta. Ściśnięta krtań nie była w stanie wydać dźwięku, brakowało powietrza. Szamotała się, próbowała wyrwać, ale mężczyzna był dla niej za mocny, nie ustępował. Z oczu bił mu blask furii, usta rozwarły się w sadystycznym grymasie.

Szarpała się, ale jego żelazny uścisk nie ustępował. Jeszcze trochę, a całkiem opadnie z sił, straci przytomność. Straci życie. Została jej jeszcze jedna szansa, ostatnia, zanim strach przed śmiercią odbierze jej wolę walki. Od strony wody nadchodził jakiś kataklizm, drzewa ugięły się pod naporem wiatru, coś rozbłysło. On tego nie dostrzegał.

To była jej ostatnia szansa.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz