Czerwony szkwał - Tomasz Hildebrandt - ebook
Opis

Niespodziewany podmuch białego szkwału zakłóca wakacyjną atmosferę Węgorzewa. Do walki ze skutkami kataklizmu skierowany zostaje wydział kryminalny powiatowej policji pod kierownictwem nadkomisarza Andrzeja Bondara. Wśród ofiar zidentyfikowano kilkoro obywateli Federacji Rosyjskiej, którzy w niewiadomym celu nurkowali nocą w wodach jeziora Mamry. Po złych doświadczeniach z Bieszczadów i Borów Tucholskich Andrzej liczył na Mazurach na spokój i relaks, musi się jednak zmierzyć z jednym z najtrudniejszych śledztw w swojej karierze. Męczony niegojącymi się ranami po doznanych kontuzjach i prześladującymi go upiorami z przeszłości, w coraz większym stopniu uzależnia się od środków przeciwbólowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 473

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Elżbieta Steglińska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Ta książka jest fikcją literacką. Żadna z postaci występujących w powieści nie jest ani w całości, ani częściowo wzorowana na osobach, które sprawują lub sprawowały funkcje lub zajmują albo zajmowały stanowiska opisane w książce.

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Copyright © for the text by Tomasz Hildebrandt

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1094-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

Strach się rozprzestrzenia,

Pełznąc po schodach w ciemności,

W oczekiwaniu na powiew śmierci.

Robert Smith, One Hundred Years (ten i pozostałe cytaty – w przekładzie autora)

PROLOG

Nie ma ratunku.

Odchodzę, tak będzie najlepiej. Nie da się zakończyć w inny sposób drogi, która skręciła w przepaść. Wpadłem w nią, spadałem długo, zanim uderzyłem o dno. Lecąc, kurczowo chwytałem się wystających korzeni wykrętów, zwietrzałych półek skalnych łgarstw, ostrych wyłomów oszustw.

Bez skutku, nie ma dla mnie ratunku.

Tłumaczyłem się sam przed sobą, że to nie moja wina. Tłumaczyłem jej, ale nie słuchała. Z jakiegoś powodu nie przyswajała najprostszych prawd, choć docierały do niej słowa. Rozumiała, cedziłem je wolno i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości. Przytakiwała, a po chwili namysłu i tak wracała do swojej wersji. Wmówiła sobie coś zupełnie innego, niż jej powiedziałem, jakbyśmy rozmawiali o dwóch różnych sprawach. Uparła się i nie chciała ustąpić nawet o krok. Zamurowała świat, ogrodzoną wysokimi ścianami krainę wypełniła swoją duszną, zaborczą obecnością. Nie pozostawiła miejsca na inne zdanie, jakikolwiek sensowny dialog. Ja, moja, moje, mój – odmieniała przez przypadki jak rozhisteryzowana smarkula. Nieszczęsna wariatka.

Samobójczyni.

Wiedziała, czym to szaleństwo grozi. Znała mnie, za dużo jej o sobie powiedziałem, nie powinienem być taki szczery. Znała tajemnice, które trzymałem w sekrecie przed samym sobą, czyny, do których nie przyznawałem się, patrząc w lustro przy porannym goleniu. Zaufałem jej, nigdy dotąd nie czułem się przy kimś tak rozluźniony, tak bezpieczny. Nie przypominała nikogo z moich dotychczasowych znajomych, przyjaciół z młodości, kolegów z pracy. Potrafiła słuchać, zadawała odpowiednie pytania. Nie potępiała i nie podpowiadała wymówek.

Rozumiała.

Nie zauważyłem, kiedy przyssała się do mnie i zaczęła żerować na emocjach, nie rozpoznałem w porę zagrożenia. Ja, wychowany w gotowości do natychmiastowej obrony, wytrenowany w identyfikowaniu wroga. Dałem sobie założyć kolczatkę i przykuć się krowim łańcuchem do żelaznego pala. Uwięziła mnie za zasiekami z drutu najeżonego uczuciami, szantażowała mnie, wygrażała. Nie potrafiłem dalej tak żyć, okłamywać i jej, i siebie.

Wyznałem jej prawdę, która zabija…

ROZDZIAŁ 1

Pochylił głowę i zacisnął prawą dłoń w pięść. Przyjrzał się jej, twardej bryle ścięgien, mięśni i kostek obleczonych lśniącą, księżycową powłoką. Jego podstawowa żołnierska broń. Potrafił przebić nią drzwi, rozłupać cegłę. Jednym ciosem powalić na ziemię człowieka.

Znokautować lub zabić.

Stojąca przed nim dziewczyna nie przestawała gadać. Zdołał się wyłączyć na długą chwilę, ale głos wrócił, ciągle ten sam. Ten sam przekaz, wielokrotnie powtarzane słowa, za każdym razem z większym ładunkiem emocji. Na zmianę: komunikat, gniew, błaganie, groźba. Tama pękła i należało przeczekać powódź, żywioł w końcu się uspokoi, sytuacja wróci do równowagi.

Byle jak najszybciej, powoli zaczynało mu brakować cierpliwości, potrafił kontrolować się tylko do określonej granicy. Po jej przekroczeniu mogłaby pęknąć kolejna tama, wtedy kataklizm byłby absolutny.

Kompletny.

– Ciii… – wyszeptał, opuszczając powieki. Jeden z wyuczonych sposobów wygaszania agresji. – Cicho, musisz się uspokoić. Pogadajmy normalnie.

– Normalnie?! A co tutaj jest normalne? Kto jest normalny, ty?

Parsknęła nosowym śmiechem, osmarkała się. Wytarła twarz rąbkiem bluzki, pociągnęła nosem. Zasmarkana gówniara.

– Już lepiej? Wysłuchasz mnie? – Oficer postąpił krok do przodu, delikatnie ujął wątłe kobiece ramiona w swoje potężne dłonie. Zmiażdżyłby je bez najmniejszego problemu. – Daj mi pięć minut, okay?

Mówił powoli, starannie cedził słowa, układał je w proste zdania. Bariera językowa była w niektórych momentach irytująca, oficer operował tylko podstawowymi zwrotami po polsku. Młoda coś tam dukała w obcym języku, często uciekały im jednak znaczenia i pojawiały się komplikacje. Szczególnie w trakcie kłótni, które ostatnio zdarzały się nazbyt często. Drogi ich dwojga rozeszły się, a ona nie chciała tego przyjąć do wiadomości. Żołnierz nie wiedział, jak jej to wytłumaczyć.

– Przecież zdawałaś sobie sprawę, że nie będę tutaj stacjonował wiecznie, informowałem cię o tym. Pół roku, na tyle mnie przysłali. Muszę wyjechać, nie mam na decyzje zwierzchników żadnego wpływu.

– Wypisz się z tego, zdezerteruj, uciekniemy gdzieś razem.

– Ty wiesz, co u nas robią z dezerterami? Dokąd by mnie wysłali?

– Nie znaleźliby nas!

Wybuchnął śmiechem. Dla wojskowego wywiadu nie istniały rzeczy nie do wykonania, a zdrajców tropiono z dużo większą zażartością niż wrogów. Nie miałby żadnych szans. A poza tym po co niby miałby to robić? Dla niej?

– Dasz mi dokończyć czy nie? Próbowałem ci to wyjaśnić spokojnie, po dobroci, ale widzę, że nic z tego. Nie da się, nie? Nic innego poza tobą cię nie interesuje, masz wszystko gdzieś! – Potrząsnął dziewczyną, była lekka i bezwładna jak pacynka.

Nie odezwała się, odwróciła zezłoszczone oblicze.

– Nie wiem, co sobie wyobraziłaś, ale między nami był tylko prosty układ. Handlowaliśmy, zapomniałaś? Ja czegoś potrzebowałem, ty mi to dostarczałaś. Zwyczajny biznes, każdy dostawał swoje. Te wszystkie zwierzenia, nocne rozmowy, to całe…

No właśnie, jak to nazwać? Przyjaźń? Miłość? Braterstwo dusz? Oficer nie wiedział, nigdy nie używał tych zwrotów.

– Co ty gadasz, przecież ja… ty… – Zakrztusiła się, rozkaszlała. – Obiecałeś mi to, obiecałeś. Obiecałeś!

Ponownego ataku histerii oficer nie wytrzymał. Dłoń automatycznie trafiła w policzek dziewczyny, głośno plasnęło. Poczuł mrowienie delikatnego bólu. Upadłaby, gdyby nie uwięził jej stalowy uścisk drugiej ręki.

– No bij, bij mnie, zabij, to niczego nie zmieni! Złożyłeś obietnicę, to była część tego układu. Przysiągłeś! Nie wycofasz się teraz. A jak nie… Powiem im, wszystko im powiem. Twoim szefom. Co kupowałeś, czego się od ciebie dowiedziałam. Kim tak naprawdę jesteś. Wszystko!

– Zamknij się!

– Wszystko! Wszystko!

Zamilkła po kolejnym ciosie. Pchnięta, upadła w porosty i mech, zaczęła się obłąkańczo śmiać. Oficer odwrócił się, rękami zatkał uszy, wykonał serię równomiernych oddechów. Jeszcze jedna technika powstrzymywania ataków furii.

– Wyjeżdżam – oznajmił stanowczo. – Wracam do siebie, na wschód. Ty grzecznie zostajesz tutaj. Zapomnij o mnie, więcej się nie zobaczymy.

– Nie! – Dziewczyna przyczołgała się, objęła nogi obute w wojskowe glany, jęczała. – Proszę, błagam, weź mnie ze sobą! Nie mogę tutaj zostać, tutaj nie da się żyć.

– Myślisz, że tam jest lepiej, że gdziekolwiek jest lepiej? Wolność to mrzonka, kapitalistyczna reklama.

– Błagam! Błagam!

– Won! – Oficer odtrącił ją kopniakiem ciężkiego buta.

Dziewczyna skomlała jak pies, krztusiła się własną śliną. Brzydziła go, wzbudzała w nim odrazę, przypominała pełzającego robaka. Podniosła się, powiedziała coś niezrozumiałego. Pociągnęła nosem, błysnęła załzawionymi oczami.

– Zrobię na ciebie donos, kurwiarzu, do generała. I do twoich koleżków w sztabie. I do twoich rodziców. Co się gapisz, zapamiętałam adres, powiedziałeś mi, gdzie mieszkasz. Mnie wszystko jedno, i tak jestem szmatą. Dla ciebie to będzie koniec.

Koniec.

Miała rację: kariera, życie, godność żołnierza, to oskarżenie go zniszczy. Jego rodziców również, a nikogo innego nie miał. Nie. Nie mógł jej na to pozwolić. Spojrzał w górę, księżyc właśnie zachodził czarną kurtyną, znikały gwiazdy.

Dosyć, przedstawienie skończone.

Powiew mroźnego wiatru przeszył go falą dreszczy. Coś nadchodziło z wiatrem, zasnuwało ziemię. Ciemność odebrała mu zdolność widzenia. Zamieniła w potwora.

Dostrzegła to, rzuciła się do ucieczki. Dobrze słyszał oddalające się kroki, ruszył w pogoń. Nikt nie zdołałby uciec, nie przed nim. Był aparatem terroru mocarstwa przez wielu ludzi zwanego imperium zła, szczerze uwielbianego przez nielicznych. Maszyną do rozpoznawania i likwidowania wrogów ojczyzny.

Dopadł ją po kilkunastu metrach, powalił na ziemię. Dziewczyna zdołała wstać, choć powinna przestać się ruszać, wykorzystać ostatnią szansę. W mroku pozostawała samym zapachem, przyspieszonym oddechem, biciem serca. Żołnierz pchnął lekkie jak piórko ciało tyłem na drzewo. Odbiło się z głuchym pogłosem, ale utrzymało równowagę. Doskoczył do niej, ścisnął chudą szyję i przygwoździł do pnia. Szamotała się, broniła, resztką śliny splunęła napastnikowi w twarz. Żołnierz mocniej naprężył mięśnie, zacisnął kłykcie.

Szarpnął.

Uderzył.

Mocno i precyzyjnie, miał doświadczenie. Celował w szczękę, aby osiągnąć natychmiastowy nokaut. Trafił. Ofiara całym ciężarem padła na plecy, zaszeleściła pod nią trawa, trzasnęła pęknięta gałązka. Ciało znieruchomiało.

Mężczyzna ukląkł nad swoją zdobyczą, zbliżył nos i ją obwąchał. Przytomność wraca dość szybko, a tym razem chciał uniknąć zbędnej szamotaniny. Za gwałtowne buzowały w nim emocje, a wściekłość nie jest najlepszym doradcą. Był silny, zbyt silny, jeśli straci nad sobą panowanie, zabrnie za daleko.

Zabije.

Traktował ludzi jak zwierzynę łowną, korzystał z nich jak z zasobu. Smak, dotyk, temperatura, pompowana przez serce energia wzmacniały go, tuczyły ego. Dzięki nim rósł, stawał się coraz większy. Coraz groźniejszy.

Włączył latarkę, przyjrzał się swojej zdobyczy. Młode, gibkie ciało, wysportowane. Świeże. Kiedy zaświecił w twarz, ofiara otworzyła oczy. Powoli nabierała powietrza, jakby uczyła się oddychać na nowo, rozdziawiła paszczę i ryknęła. Piskliwie, z dziewczęcą nutą, jakby głos w pełni się jeszcze nie ukształtował, nie dorósł. Myśliwemu nie spodobało się to, preferował dojrzałe łupy, silnych, w pełni uformowanych ludzi. Dzieci poddawały się zbyt łatwo.

A on wolał walkę.

Od niechcenia trzasnął ofiarę w twarz. Pisk ucichł, ale nie ustał, wydobywał się teraz przez nos, przy zaciśniętych ustach. Nieważne, niech się wydziera do woli, i tak nikt ich nie usłyszy. Las, niedostępny fragment jeziora, głucha dzicz. Najbliższy dom znajduje się ponad dwa kilometry dalej. Po ścieżce chodzą turyści, a zwłaszcza grzybiarze, ale nie nocą. Nocą grasują tu wilki i zboczeńcy.

Mężczyzna z trudem powstrzymał przypływ wściekłości, hamował się. Chodziło mu nie o zadanie lekkiej śmierci, a o skazanie na ciężkie życie. Niech wiedzą, jak to jest, on też nie miał łatwego.

Usiadł na swojej ofierze, ramiona przygniótł kolanami, unieruchomił głowę. Ścisnął policzki, a kiedy otwarły się usta, napluł w nie. Wcisnął do środka dwa palce, głęboko, aż poczuł twardość przełyku, ostre krawędzie zębów na nadgarstkach. Ciałem wstrząsnęły fale spazmów, wtedy wyciągnął dłoń. Splunął jeszcze raz, w szeroko rozwarte ze strachu oczy.

Zachichotał.

– Niech pan nie robi mi krzywdy, błagam! Ja nic nie wiem, nic nie powiem…

– Nie powiesz, nic nie powiesz!

Wydał z siebie niemal zwierzęcy rechot, na głowę ofiary kapnęła ślina.

Wstał. Wiedziona złudną nadzieją ofiara uniosła się, uklękła na roztrzęsionych kolanach. Doskonały cel, jak na treningu. Mężczyzna zamierzył się, kopnął. Nie widział, ale czuł wyłamujące się z dziąseł zęby. Odrzucony impetem uderzenia łup leżał na prawym boku, nie ruszał się.

Oddech myśliwego znowu przyspieszył, testosteron osiągnął najwyższy poziom, bulgotał w gardle. Oczy lśniły, dłonie zaciskały się spazmatycznie. Sięgnął do kieszeni po przedmiot przypominający strzykawkę.

Przecież jeszcze nie skończył.

Zwolniła, włączyła kierunkowskaz, zjechała z jezdni na szerokie pobocze, które służyło wędkarzom za dziki parking. Rozejrzała się. W blasku reflektorów roiły się liście drzew, trącane wiatrem przypominały chmarę szarańczy. Resztę świata zalewał mrok, ciężki i namagnetyzowany jej nerwami.

Strachem.

Zgasiła silnik, wyłączyła światła. Ciemność przygniotła ją niemal fizycznym ciężarem, dziesiątkami kilogramów sypkiej, czarnej substancji nocy. Serce załopotało, ciśnienie krwi w skroniach sprawiło ból. Zachłannie nabrała powietrza i wypuściła je z gwizdem nadchodzącej histerii. Nie, nie teraz! – skarciła się. Musiała zachować spokój, ostrość myślenia. Odwagę.

Uruchomiła radio, w ciszę wdarł się jazgot jazzowych rytmów, cykającej perkusji i lamentującego saksofonu. Skrzywiła się, ale nie zmieniła stacji, każdy dźwięk był w tej chwili lepszy od szalejącej wyobraźni. Od głosu, który usłyszała w telefonie kilka godzin temu, nakazującego jej stawić się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Z wyraźną, choć niewyartykułowaną groźbą, że w przeciwnym razie wydarzy się coś bardzo złego. Wolałaby nie wiedzieć co, ale musiała wiedzieć, o co temu typowi chodzi. Nie powiedział, sama też nie miała pojęcia. Nie popełniła przecież żadnego grzechu, nikogo nie skrzywdziła.

Czego on mógł od niej chcieć? Kim był?

Saksofon zamilkł, z radia płynęły teraz pomruki rwanych palcami strun kontrabasu, bez jakiejkolwiek harmonii, bez melodii. Inwazyjne tony, które czuła na całym ciele, targały nerwy.

– Stop! – krzyknęła, a tapicerka auta chciwie wchłonęła jej krzyk, który nie wrócił najmniejszym echem. Nawet nie była pewna, że wydała ten dźwięk, może pozostał w głowie, a ona nie panowała nad wyobraźnią.

Ponownie spojrzała w tylne lusterko. To nie była ona, patrzyła na nią obca twarz. Definitywnie zaszła w niej jakaś istotna zmiana. Może więc ten mężczyzna żądał spotkania z jej wcieleniem, którego w ogóle nie znała?

Prostokąt lustra zapłonął białym światłem, przymknęła powieki. Kiedy je otworzyła po kilku sekundach, warkot przejeżdżającego samochodu nie ucichł, silnik klekotał kilkanaście metrów dalej. Reflektory zgasły, ale motor wciąż chodził. Drzwi od strony kierowcy otwarły się, pojawiła się w nich postać przysadzistego mężczyzny, czarna sylwetka z głową bez twarzy. Jego radio też grało, chyba nawet tę samą jazzową abstrakcję, nie była pewna. Dopiero teraz przekręcił kluczyk, ale nie wyciągnął go. Saksofon wył w pustce niczym nawołujące się wilki, na dwa głosy.

Mężczyzna zbliżył się, zatrzymał na ziemi niczyjej pomiędzy przodem jej auta a tyłem swojego.

W pierwszym odruchu zapragnęła włączyć silnik, wyrwać do przodu, staranować go uzbrojonym w masywny grill zderzakiem, przejechać kołami, wbić w czarny piach masą swojej terenowej toyoty. Zlikwidować. Uciec. Zapomnieć o sprawie.

Nie mogła, ciekawość była silniejsza od strachu. Wyszła z kabiny, stanęła obok otwartych drzwi. Czekała.

– Masz to? – Jego głos był inny niż w telefonie, wyższy, niespokojny. Mężczyzna też musiał się trochę bać.

Pokręciła głową.

– Jadźka, Jadźka… Przecież mówiłem, kazałem ci to przywieźć ze sobą! Co jest grane, chcesz mnie zrobić w chuja?! Mam się wkurwić?!

– Nie, przepraszam… – Zapowietrzyła się. Poczuła wściekłość na samą siebie, zachowywała się jak gówniara, którą strofuje ojciec pijak. Odetchnęła głęboko. – Najpierw powiedz mi, o co chodzi, muszę to wiedzieć. Nie mam zamiaru kupować kota w worku.

Nie odzywał się przez kilka sekund, po czym parsknął nerwowym śmiechem. Przesunął się o pół kroku do przodu, w blasku padającym z jej kabiny zdołała dostrzec niewyraźne rysy twarzy. Nie dopasowała ich do żadnego z ludzi, których znała.

– Pewnie, wielka pani bizneswoman, księgowa Koterska będzie targować się nawet z kostuchą na łożu śmierci, co? Kurwa mać, bierzesz mnie za debila?! Odpowiadaj, jak pytam, chcesz ze mnie zrobić idiotę?!

Postąpił do przodu. Przedłużająca się perkusyjna solówka zaczęła ją doprowadzać do szału, czemu nie wyłączyła radia, kiedy mogła?

Nerwowo zaciskał pięści, zerknął na drogę. Też czegoś się bał. Jej?

– Dogadamy się, ale najpierw mi powiedz. Co wiesz? Co ja powinnam wiedzieć?

– Ja pierdolę!

Wyrzucił ręce nad głowę, założył je za kark i zaczął dreptać w kółko. Zbliżał się i oddalał, wyraźnie toczył jakiś wewnętrzny bój, tłukły się w nim sprzeczne emocje. Plan był widocznie inny, nie przewidział przeszkody.

– Jutro, wyznaczysz nowe miejsce, przyjadę i dobijemy targu. Ale najpierw…

– Nie! Nie, nie, nie! – Skoczył do przodu, znalazł się o dwa kroki od niej.

Zerknęła w bok, czy zdołałaby uciec, wsiąść do auta i zamknąć drzwi, gdyby się na nią rzucił. Za daleko, nie da rady.

– Powiedziałem wyraźnie, usłyszałaś mnie, zrozumiałaś, zgodziłaś się… Ja mogę ci przecież coś zrobić, nie przewidziałaś tego? Zajebię cię, ja cię chyba zajebię!

Miała rację, nie zdążyła uciec. Wrosła w ziemię skamieniała, kiedy mężczyzna ruszył w jej kierunku. Chwycił za poły garsonki, szarpnął, przyciągnął do siebie. Stykali się niemal nosami, z ust cuchnęło mu papierosami i mielonym. Widziała go teraz dokładnie.

– I co, Jadźka, ciągle będziesz strugała głupią? Nie rozpoznajesz mnie, już zapomniałaś, jak to było? Zbyt ważna jesteś, za bardzo przemądrzała?

Pokręciła głową, mężczyzna w odpowiedzi pchnął ją na drzwi pasażera. Karoseria przeszyła ją chłodem, ale mroźny dotyk dodał pewności siebie. Ciągle była na swoim gruncie, jej możliwości nie wyczerpały się, mogła się jeszcze targować.

– Dawaj kluczyki!

– Co?

– Na dodatek ogłuchłaś? Kluczyki i kwity, u siebie w schowku mam papier i długopis, spiszemy umowę kupna-sprzedaży. Nie trzeba było cwaniakować, teraz stracisz więcej. Słyszysz?!

Walnął otwartą dłonią w dach toyoty tuż przy jej głowie. Skurczyła się w sobie, spięła i bez zastanowienia wyprowadziła cios, trafiła napastnika w policzek. Odsunął się, rozmasował skórę palcami, parsknął śmiechem.

– Tobie naprawdę chyba kompletnie odbiło!

Naparł na nią całym ciężarem, przydusił do maski auta. Ściśnięta krtań nie była w stanie wydać dźwięku, brakowało powietrza. Szamotała się, próbowała wyrwać, ale mężczyzna był dla niej za mocny, nie ustępował. Z oczu bił mu blask furii, usta rozwarły się w sadystycznym grymasie.

Szarpała się, ale jego żelazny uścisk nie ustępował. Jeszcze trochę, a całkiem opadnie z sił, straci przytomność. Straci życie. Została jej jeszcze jedna szansa, ostatnia, zanim strach przed śmiercią odbierze jej wolę walki. Od strony wody nadchodził jakiś kataklizm, drzewa ugięły się pod naporem wiatru, coś rozbłysło. On tego nie dostrzegał.

To była jej ostatnia szansa.

Mimo gęstniejących ciemności noc powoli zmieniała się w gigantyczny kataklizm. Wiatr zamarł, wszelkie głosy ustały, fale znikły, powierzchnia jeziora przypominała nieckę wypełnioną wypolerowanym bazaltem.

Modernistyczna bryła jachtu odznaczała się na tle czarnej tafli ostrą bielą. Kołysała się lekko pod ciężarem ludzi chwiejnie wędrujących od burty do burty, opierających się o chromowane barierki z wzrokiem wbitym w toń wody. W swoje pofałdowane, zniekształcone odbicia. Rozżarzone jak węgle kobiety wiły się w rytm głośnych, jednostajnych bitów transowej muzyki, wydając niekontrolowane chichoty. Jedyne dźwięki zakłócające doskonałą ciszę jeziora.

Zagłuszające ostrzeżenie.

Lśniący od potu mężczyźni w rozpiętych koszulach studiowali wojskową mapę, porównywali współrzędne z odczytami GPS-a. Nie zauważyli gasnących gwiazd, znikającego księżyca. Nie poczuli przesuwających się po niebie gór, zbierających się lawin.

– Dawaj, Jura! Nu czto ty, boiszsia łuży?

Łysy typ machnięciem ręki przywołał z kajuty kompana, wysportowanego mężczyznę w krótkiej piance do nurkowania, z butlą tlenową założoną na plecy.

– Otwiażsia od niego! – Jedna z kobiet stanęła w obronie Jurija, lekko odepchnęła łysego. Pocałowała nurka w usta. – Tylko ostorożno, Jura, poka.

Nurek poklepał kobietę po tyłku, usiadł na burcie i zsunął na twarz maskę, obwiązał się liną z kłębu leżącego na pokładzie i wskoczył tyłem do wody, na pożegnanie pokazując wszystkim środkowy palec. Tafla jeziora pękła jak potłuczone lustro, wchłonęła intruza i zamknęła za nim swoje wzburzone oblicze, które po chwili wygładziło się, nie pozostawiając po mężczyźnie żadnego śladu. Kobiety oparły się o poręcz i przyglądały mrocznej mazi, bezdennej studni, która spełniała tylko najgorsze wróżby.

Minęły minuty, pusta plastikowa butelka wzbiła się w powietrze i wylądowała w wodzie, za nią niedopałki skrętów, z sykiem topiąc się w nieruchomej smole. Kobieta żegnająca nurka pocałunkiem z niepokojem zapatrzyła się w dal. Znieruchomiała, poruszyła nosem jak niuchające zwierzę.

Coś się zbliżało, czuła to, mimo ciepła jej ciało pokryła gęsia skórka. Objęła się ramionami, zanim jeszcze dotarł do niej chłód pierwszej bryzy. Długie włosy zafalowały razem z taflą jeziora, rozwiały się. W twarz chlusnęły jej krople zdrapane z powierzchni wody, o kadłub zabębniła fala. Upuściła szklankę, w porę uchwyciła się rury poręczy.

– Wnimanije! – krzyknęła za siebie, a w tym momencie jacht uniósł się w górę. Na ułamek sekundy zawisł w powietrzu, by zwalić się z grzmotem w powstały rów. Woda przelała się przez pokład, porywając żarcie i szklaną zastawę, kradnąc butelki. – Juraa!

Kobiety wpadły w panikę, skuliły się, wkleiły w zagłębienia pokładu. Mężczyźni otrzeźwieli, nieskoordynowanymi ruchami próbowali opanować żywioł. Ryknął silnik, łysy zaczął mocować się z kółkiem steru, żeby ustawić łódź dziobem do fal, dwaj inni ciągnęli linę, by na siłę wytargać nurka z wody. Nie wiedzieli, na jaką odległość odpłynął, gdzie się w tej chwili znajduje. Ktoś wbiegł pod pokład, wyrzucał z kabiny kamizelki ratunkowe i chrapliwe, niezrozumiałe słowa.

Kolejny podmuch zwiał pomarańczowe kapoki, uderzył w szybę sterowni rozpędzoną wodą. Jacht wspiął się na stromy stok fali, stanął na tylnej burcie niemal pionowo. Głuchy grzmot zagłuszył wrzaski paniki, połykane w połowie słowa modlitwy. Pożegnania – cała załoga żegnała się z życiem. Z wyjątkiem wczepionej w poręcz kobiety.

Ona żegnała się z ukochanym Jurą.

Coś zadudniło, korony drzew zaszeleściły, w twarz sypnął mu piach porwany z ziemi podmuchem wiatru. Noc przebiło światło niewiadomego pochodzenia, rozległ się mechaniczny warkot. Mężczyzna poluźnił uścisk, przetarł zaprószone oczy, spojrzał w bok. Ją osłoniły otwarte drzwi auta.

Jadźka zyskała szansę, na którą czekała.

Nabrała powietrza, odbiła się od maski i szarpnęła do przodu. Napastnik nie zdążył zareagować, wpadła na niego i z całej siły pchnęła na jezdnię. Automatycznie, bez zastanowienia, ostatnim zrywem zagryzanego ptaka.

Mężczyzna poleciał w tył, zachwiał się, ale utrzymał równowagę, oparł się o powierzchnię asfaltu na lewym ramieniu. Wyprostował się, wycelował w nią prawą dłoń, jakby skazywał ją na śmierć.

Dudnienie się powtórzyło, potężny mechanizm zaryczał, nieznane światło wylało się zza drzew, oświetlając scenę jak flesz błyskawicy. Zwrócili głowy w tym samym kierunku, w tej samej chwili. I po sekundzie spojrzeli sobie w oczy z identycznym przerażeniem i niemym pytaniem. Ona ciągle nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi, on nie rozumiał, w którym momencie popełnił błąd.

Uderzenie.

Cielsko tira przewaliło się jezdnią jak lawina, ciśnienie powietrza, smród spalin i wilgoć kropel gorącej cieczy uderzyły kobietę w twarz, jakby przednia oś ciężarówki wjechała w kałużę stygnącego oleju. Kobieta cofnęła się i upadła, tyłem doczołgała się do samochodu. Z trudem łapała powietrze, z rozwartych ust wydobywał się charkot idealnie wkomponowany w kakofonię jękliwego saksofonu. Przed sobą miała tę samą ciemność i pustkę, którą odczuwała jeszcze chwilę temu.

Mężczyzna zdawał się złym snem, przejeżdżający tir – wrażeniem.

Wgramoliła się do kabiny auta, uruchomiła silnik, wystartowała, sypiąc spod kół strumieniami piachu. Zawróciła, zahaczając błotnikiem o krzaki przeciwległego pobocza, wbiła stopę w pedał gazu. Coś za nią przybierało na sile, piętrzyło się wysoko nad ziemią, by wkrótce opaść z hukiem. Dmuchnęło, a jej terenowa toyota zatańczyła na drodze jak zabawka. Nie zważając na to, pędziła, uciekała przed wiatrem, pozostawionym na poboczu samochodem nieznanego mężczyzny i własną winą. Czuła, że zaraz zacznie się coś strasznego, jej czyn był tylko preludium.

Zatrzymała się po dziesięciu minutach pod swoim domem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że na policzkach ciągle ma krople oleju. Włączyła wewnętrzne światło, spojrzała w lusterko wsteczne. Krzyknęła, nie przestawała krzyczeć.

Twarz przecinały jej strugi zakrzepłej krwi nieznanego człowieka.

Zerwała się, uniosła głowę. To musiał być zły sen.

Usiadła na brzegu łóżka, stopy postawiła na chłodnej posadzce. Coś ją zbudziło, ale nie potrafiła sobie przypomnieć co. Koszmar, to pewne, tylko jaki? Nigdy nie pamiętała, gdzie jest, chociaż często budziła się przerażona. Metafora zagubienia, tak tłumaczyli to specjaliści. Dla niej była to metafora życia.

Coś się działo, wyraźnie czuła mrowienie skóry. Gdzieś kumulowała się olbrzymia siła, pięła się kaskadami w niebo.

Trzask – coś przewróciło się na twarde podłoże.

Na korytarzu? Nie, dalej, poza budynkiem, na dworze. Wstała i podeszła do okna, zapatrzyła się w delikatną łunę zalewającą parking i najbliższe osiedla, rozpoznała poświatę latarni oświetlających przystań – skojarzyła jej się z blaskiem zniczy. Zawył pies, po chwili następny, po dziesięciu sekundach nad miastem rozbrzmiewał już chór wyjców. Dziwne, bo nie było widać księżyca, niebo było czarne jak piekło, czuła je na ramionach, przygniatało wagą całego kosmosu. Może na przedmieściach pojawiły się wilki?

Opłakiwały śmierć, ale czyją?

Zgrzyt – blaszana tablica przesunęła się na betonowej podstawie, ustawiła równolegle do ściany budynku. Tablica drgnęła i zatańczyła, zakołysała w przód i w tył. Runęła na siatkę płotu, który zazgrzytał i ugiął się prawie do samej ziemi.

Ktoś bardzo zły próbował zniszczyć ziemię.

Dach uniósł się i rozsypał niczym talia kart, arkusze blachy odleciały siać terror. Rzeczy cięższe od człowieka wzbijały się i opadały, świat zwariował. Znad wody dobiegł pogłos syreny alarmowej, odpowiedziały mu liczne głosy alarmów samochodowych. Zawyły organy gzymsów i kominów wentylacyjnych, od strony lasu szybowały ogromne konary. Coś trafiło w ścianę z takim impetem, że zatrzęsły się mury. Na korytarzu walnęły drzwi, ktoś biegł, rozdzwonił się telefon. Przedmioty zaczęły lamentować i krzyczeć ludzkim głosem, głos ludzki przybrał barwę tłukącego się szkła i zgrzytającego metalu.

Ciśnienie było większe i większe, czuła je na klatce piersiowej i barkach, powietrze napierało od przodu. Cofała się przed nim, nieświadomie uciekała na drugi koniec pokoju. Nie dmuchało już, ale pchało, zmiatało wszystko na swojej drodze. Szyby zaczęły pękać pojedynczymi rysami, by nagle wystrzelić wszystkie naraz.

Szklany deszcz.

Odłamki w kształcie zębów i noży, kry rozbitego lodu. Lodowaty wiatr wdarł się do środka, smagał chłodem. Dziewczyna z sąsiedniego łóżka wpadła w histerię, wydawała z siebie niekończący się pisk przerażenia. Ona zwinęła się w kącie pod drzwiami i obserwowała. Huragan przywiał do nich jakiś inny świat.

Sięgnęła po odłamek szyby, przyłożyła do przedramienia i nacięła skórę, zafascynowana przypatrywała się kontrastowi ciepłej krwi i mroźnego szkła. W tym momencie do pokoju wpadła kobieta.

– Wszystko w porządku, Ala? – Dostrzegła ranę, lecz nie zauważyła wypuszczanego z dłoni kawałka szkła. – Co się stało?

– Nic. Skaleczyła mnie pękająca szyba.

– Nie ruszaj się, zaraz sprowadzę pomoc!

Nie ruszała się. Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w taniec szklanych refleksów.

Refleksy światła latarki oznajmiały, że coś znalazł.

Na wyświetlaczu GPS-a sprawdził kierunek i odbił się od mulistego dna, popłynął. Promień lampy ginął kilka metrów od niego, zassany przez toń jeziora, w żółtej poświacie nie widać było niczego poza mętami o nieokreślonym pochodzeniu, przypominającymi strzępy rozgotowanego mięsa w rzadkiej zupie. Ani śladu podwodnych roślin czy ryb, pod powierzchnią jeziora było mrocznie, zimno i ponuro, odpychająco.

Strasznie.

Promień latarki liznął nagle obły kształt. Nurek zatrzymał się, pomacał dłońmi zaokrągloną konstrukcję pokrytą grubą warstwą czarnego śluzu. Opłynął obiekt dookoła, odnalazł sterczącą z korpusu rurę, z której zwisały lepkie sieci dziwacznych pajęczyn. Czołg, nie było wątpliwości. Wieżyczka i górna część maski, gąsienice zapadły się głęboko w dno. T-34, radziecka legenda. Symbol odrodzenia i tryumfu, wolności i zniewolenia.

Nurek szukał dalej. Trafił na prawdziwe podwodne złomowisko najeżone prętami, przeżartymi blachami, wrakami dawno zniszczonych i pogrzebanych mechanizmów. Dało się rozpoznać kabiny ciężarówek, lufy dział, szkielety porozrywanych na części maszyn bojowych. Owalne beczki, które zwiastowały nowszy okres w dziejach. Wojna była fascynująca, ale nie tak tajemnicza jak to, czego mężczyzna naprawdę szukał. Pamiątek po Armii Radzieckiej z późniejszego okresu. Z czasu, który jedni nazywali bratnim współistnieniem, inni – wrogą okupacją.

Rozgrzebał muł, który w poświacie latarki czołowej unosił się niczym tłusty dym. Odsłonił skrzynie, metalowe trumny poustawiane jedna na drugiej. Odszukał tabliczkę umieszczoną na krótszej krawędzi, wyczyścił ją, zbliżył twarz. Rozpoznał kilka liter cyrylicy, to wystarczyło. Wycofujące się wojska Układu Warszawskiego nie zabrały ze sobą całego wyposażenia. Co się dało sprzedać, sprzedano. Co było zbędne, zakopywano w ziemi albo topiono w wodzie, w szczególności chemikalia i odpady toksyczne.

Bomby z opóźnionym zapłonem.

Spadek po ustępującym imperium: szpiedzy, uśpieni agenci, plany manewrów strategicznych. Taktyczne środki działań sabotażowych. Narzędzia walki, które miały posłużyć przyszłym operacjom na tyłach wroga, sianiu terroru i wywoływaniu chaosu. O nie najbardziej chodziło nurkowi, ich szukał.

Wyciągnął GPS, zapisał położenie znaleziska. Kiedy podniósł wzrok znad wyświetlacza, zakołysało nim. Wzburzone dno uniosło się, jeszcze bardziej ograniczając widoczność, dół jakby zamienił się z górą, coś obrywało się i sypało w odwrotnym kierunku, wbrew prawu grawitacji. Jakiś kosmiczny pył z lśniących w świetle latarki drobin minerałów, łusek ryb lub drzazg wypolerowanych kości.

Druga fala odrzuciła go do podwodnego złomu, przytrzymał się wystającego pręta, żeby nie upaść. Zalał go muł, przestał cokolwiek widzieć. Czuł, jak wszystko wokół niego się rusza, otoczenie ożyło, jakaś potężna siła obudziła trupy, które szykowały się do wypłynięcia na wierzch. Na górze musiała rozszaleć się burza, nadszedł sztorm.

Bezpieczniejszy będzie na powierzchni wody czy pod powierzchnią? Na ile wystarczy mu jeszcze powietrza? Co, do cholery, powinien zrobić?

Strumień wody napierał z boku, mężczyzna kurczowo trzymał się żelaznego uchwytu, żeby nie wpaść na ostrza niewidocznych prętów, w gilotyny blach. Poczuł uderzenie w plecy, coś na niego naparło. Odwrócił się, rzecz znikła, ale po kilku sekundach pojawiła się znowu, ruszyła na niego z przodu. Pchała, jakby próbowała pozbawić go zaczepienia, zmusić do poddania się wirom wody. Była na tyle blisko, że promień latarki wyłowił kształt i kontury.

Topielec.

Nurek wydał niemy krzyk, bąbelki powietrza powędrowały ku górze. Puścił pręt, w panice zaczął przebierać płetwami i ramionami, zatoczył koło wokół własnej osi. Przez głowę przeszły mu setki obrazów, wszystkie do siebie podobne. W ciągu sekundy uwierzył w miejscowe legendy, zanegował tę wiarę i uwierzył ponownie. Nie zdawało mu się, zobaczył to na własne oczy. Topielec ukrywał się na podwodnym cmentarzu, wyłonił się i zaatakował, chciał pozbawić go życia, wciągnąć w otchłań. Został tam przykuty łańcuchem, by strzec dawnych tajemnic.

Starych sowieckich zbrodni.

Zakrztusił się, do dna przycisnęła go siła wody. A może dłonie trupa? Tlen wyparował albo nurek nie był w stanie go wchłonąć, płuca pęczniały mimo niewyobrażalnego ucisku, były bliskie pęknięcia. Głębia roztaczała się pod nim i nad nim, była wszędzie wokół. Stawał się jej integralną częścią, kolejną tajemnicą, której nikt nigdy nie zdoła odkryć.

Tonął.

ROZDZIAŁ 2

Usiadł na łóżku, otrząsnął się.

Pot spływał mu po skórze jak po wyjściu z wody na ląd. Ciężko dyszał od potwornego wysiłku, we śnie zmagał się z głębią jeziora. Tonął, ale jakimś cudem zdołał dotrzeć do brzegu, wyrwać się z lepkich łap mułu i objęć oślizgłych rąk. Demony każdej nocy wciągały go w czarną toń, a on każdej nocy im umykał. Aż do teraz.

Jeden z nich wylazł z jeziora, był blisko.

Mężczyzna ściągnął koszulkę i z obrzydzeniem cisnął ją w kąt. Syknął z bólu, ukłucie igły wielkości dekarskiego gwoździa na chwilę sparaliżowało mu prawą stronę, w palcach poczuł mrowienie krwi zamienionej w potok miniaturowych żyjątek. Zmusił się do wykonania kilku niezbędnych ćwiczeń, po których ramię stawało się zdatne do użytku. Kilka wyrzutów w górę, do przodu, do tyłu i w bok. Młynek w obu kierunkach, słoneczko. Serie na ściskaczu.

Postrzał z pistoletu, pamiątka po niedawnych przygodach w Borach Tucholskich. Dowód sympatii Jagi, byłej partnerki. Chciała, żeby cierpiał, więc cierpiał, ale ból fizyczny nie był zły, uśmierzał truciznę, która toczyła mu duszę. Psychikę i sferę uczuć – poprawił się natychmiast. Nie miał duszy, przehandlował ją wraz z trudnymi wyborami, których musiał w życiu dokonać dla ratowania siebie. Zawarł układ zwany najczęściej cyrografem.

Andrzej Bondar zaprzedał się diabłu.

Wstał, stanął przed lustrem. Przypominał skazańca po wieloletniej odsiadce. Dożywocie jakimś cudem zamieniono na wyrok w zawieszeniu. Żył warunkowo, wiedział o tym, dlatego nie wysilał się i unikał kłopotów. Tylko że kłopoty nie unikały jego.

Zatrzymał się w połowie drogi do łazienki. Z zewnątrz dobiegł spanikowany krzyk. Tylko przez dwie sekundy wierzył, że wrzask przybył za nim ze snu. Głos powtórzył się, jak najbardziej realny, nie było mowy o pomyłce. Ktoś wydzierał się na klatce schodowej, wzywał pomocy. Andrzej w pośpiechu ubrał się i wyskoczył z mieszkania, w tle krzyku pojawiło się wycie syreny alarmowej. Jazgot wielu zawodzących syren.

Lament zagłady.

Biegł na dół, harmider rósł, jakby wszystkie pojazdy specjalne wyjechały na akcję naraz. W drzwiach krzyczał zapłakany dzieciak, trzęsącą się ręką wskazał auto przywalone konarem drzewa. Andrzej stanął jak wryty. Wokół siebie miał pole bitwy, krajobraz po bombardowaniu taktycznym. Większość samochodów na parkingu była rozbita, wszędzie walały się śmiecie i poobrywane gałęzie, asfalt wyściełała warstwa potłuczonego szkła. Wybite okna szpitala przypominały puste oczodoły, ponure i ociemniałe. Z któregoś dochodziło wściekłe wycie, życie rodziło się lub odchodziło, nie zważając na koniec świata.

– Niech pan pomoże, proszę, nie możemy wyciągnąć taty! – zawodził z rykiem chłopiec, ciągnąc go do przywalonego fiata.

Dwóch dziadków próbowało odsunąć konar grubości studzienki kanalizacyjnej, zdołali tylko poruszyć liście.

– Na trzy! – zakomenderował, przyłączając się do wspólnego wysiłku. – Jeszcze raz!

Pchali, drzewo drgnęło, ale nie zamierzało ustąpić.

– Damy radę! – dopingował jeden z dziadków. – Jazda!

Po chwili Andrzej przed oczami zobaczył mroczki, prawe ramię przeszył mu ból. Oparł się o maskę samochodu, żeby nie upaść. Pod sobą dostrzegł ciemną plamę zakrzepłej krwi, którą przedtem wziął za wyciek oleju. Wdepnął w nią piętą, pozostawił ślad protektora. Dopiero teraz objął scenę trzeźwym spojrzeniem. Dzieciak szlochał bezgłośnie, jego matka wpatrywała się w zmiażdżony dach z wiarą szaleńca wyrysowaną na twarzy. W dłoni trzymała męski but, który zsunął się z nogi męża podczas próby ratunku. Na tylnym siedzeniu widać było nogę w samej skarpetce.

– Nie wpuściłam pijaczyny na noc do domu – tłumaczyła się cicho, choć nikt o nic nie pytał. – Spał w aucie…

– Zaczekajcie – polecił dziadkom, ale nie przestawali. – Stop!

Wcisnął się do zdezelowanej kabiny, wymacał zimną jak kamień dłoń. Nie wyczuł tętna. Uciekł wzrokiem przed obłąkanym spojrzeniem przerażonej kobiety, nie od niego powinni usłyszeć prawdę.

– Walczcie dalej, zaraz przywiozą sprzęt, pomogą wam – skłamał, pozostawiając im trochę nadziei.

Uciekł.

Strącił gałązkę z dachu swojego saaba 900, który jako jeden z nielicznych na parkingu nie doznał szkody. Był tak brzydki, że odwróciłoby się od niego nawet oko cyklonu. Wsiadł, trzasnął drzwiami, przekręcił kluczyk. Turbodoładowany dwulitrowy silnik jęknął i nierówno zawarczał, musiał się rozgrzać, zanim wszedł na prawidłowe obroty. Podobnie do właściciela, który ciężko dyszał po bezsensownej pracy. Włączył radio, na wyświetlaczu blaupunkta wybrał płytę Arise Sepultury. Apocalyptic clash / Cities fall in ruins – wrzeszczał wokalista zespołu, opisując świat po katastrofie. – I see the world – old / I see the world – dead[1].

Na ulicach walały się oberwane tablice, rynny i pozrzucane dachówki. Garaże posklecane z blachodachówki lub dykty złożyły się niczym tekturowe pudła, wyszczerbione wiatrołapy i źle doklejone do budynków werandy klękały, reklamy na plastikowych tablicach i banerach poznikały zupełnie.

Przystanął przy piekarni, gdzie zwykle kupował śniadanie, a przy okazji wysłuchiwał świeżych plotek. Tym razem pani Józia nie udawała strachu, była naprawdę przerażona.

– Nic pan w nocy nie słyszał?

Pokręcił głową. Ona również, z niedowierzania. Nie mogła wiedzieć, co łykał, żeby w ogóle móc spać. I w co go to zamieniało.

– Tragedia, Ruskie zesłały na nas biały szkwał!

Na plecach poczuł strużkę zimnego potu. Na teren komendy wjechał z piskiem opon, wokół nowego budynku zaprojektowanego tak, by łączył w sobie szlachecki dworek z modernistycznym szklanym biurowcem, panował chaos. Wpadł do środka, wbiegł na pierwsze piętro, w sali konferencyjnej trwało spotkanie. Komendant Chłopska dotykała mapy szpikulcem wskaźnika i co chwila trzaskała nim w stół, jakby był trzcinką, a ona funkcjonariuszem gestapo.

– O, królewicz się zjawił! Zapraszam, nadkomisarzu, i proszę o wybaczenie, że postanowiłam pełnić honory.

Bez słowa przeszedł wzdłuż stołu i zajął swoje miejsce w zasięgu drewnianego wskaźnika. Nieroztropnie, szefową wyraźnie świerzbiła ręka, żeby go zdzielić. Zamiast tego rzuciła w jego stronę teczkę z raportem z nocnego dyżuru.

– Za pięć minut widzę was wszystkich w akcji, jasne?

– Tak jest, pani inspektor – odpowiedział plecom oddalającej się sylwetki.

Spódnica opinała się jej na tyłku jak worek foliowy na pszennej bułce, a absurdalnie wysokie szpilki puszczały oczka czerwoną podeszwą.

Prześledził wzrokiem adresy zgłoszeń, liczby określające zabitych i rannych. Strużka zimnego potu na plecach zamieniła się w jęzor lodowca. Armagedon, a Węgorzewo miało być takim spokojnym miejscem. Wstał i rozejrzał się po twarzach podwładnych. Zespół w sam raz do liczenia topielców, do niczego innego się nie nadawali. Nie musieli, ostatnie zabójstwo zanotowano tu dwa lata temu, chłop trzasnął żonę siekierą, bo nie wycelował w świński łeb. Obuchem, zamierzał ogłuszyć, ale i tak zabił.

Rozdzielił zadania, najlepszy kąsek, człowieka poszatkowanego na mielonkę w wypadku samochodowym, zostawił dla podkomisarza Wojtala, ksywa Łokieć, swojego najbardziej doświadczonego śledczego.

– Żartujesz, nie?

– Nie, Wiech, to robota w sam raz dla ciebie.

– Nie będę zdrapywał ścierwa z jezdni!

– Będziesz. To wszystko, panowie, widzimy się na briefingu o pierwszej. Powodzenia.

Ksywa Łokieć nie miała nic wspólnego z ręką, pochodziła od fiuta, podobno miał w nim tyle, co w łokciu, a regularnie ćwiczył hantlami. I uchodził za lokalnego twardziela, był postrachem prowincjonalnych łajz i opryszków uznawanych w powiecie węgorzewskim za światek przestępczy. Oczko w głowie Hula-Chłopa, komendant Chłopskiej, więc cieszył się u nadkomisarza szczególnymi względami. Miał się uczyć, żeby w niedalekiej przyszłości awansować na naczelnika wydziału.

Zawsze dostawał więc do roboty to, co najgorsze.

Trzasnęły zewnętrzne drzwi, z półki na klucze spadł potrącony kot, huk uderzenia o podłogę przelał się przez pomieszczenia.

Regina wychyliła się z sypialni na piętrze, ale nic więcej nie usłyszała.

– Kto tam? – zawołała.

Jej pytanie pozostało bez odpowiedzi. W pierwszej chwili pomyślała o synu, to byłoby do niego podobne, wyjechał jednak dwa dni temu do Olsztyna, miał wrócić dopiero w piątek. Mąż czegoś zapomniał i wrócił z pracy?

– To ty, Henryk? Halo!

Podeszła do balustrady, wyjrzała na dół. Metalowy kot leżał na środku holu, podłoga zdawała się czymś przybrudzona. Ślady z góry przypominały krew.

– Henryk, stało się coś?

Zeszła po schodach, ostrożnie stąpając na każdy stopień. Mąż zawsze anonsował swoje przybycie, jego wesołe „Heja!” wypełniało cały dom. Wyobraziła sobie bandytów, ale ten pomysł był niedorzeczny, po co wdzieraliby się w biały dzień? Przecież i tak nie było co kraść, chyba że stary telewizor i wieżę. Tych chętnie by się już sama pozbyła, w gratisie dorzuciłaby nawet robot kuchenny i zmywarkę.

Stanęła na panelach korytarza, z bliska przyjrzała się brudnym śladom. Żadna krew, tylko błoto, czarna ziemia. Przez szybkę w drzwiach zlustrowała podwórze, nie było auta. Jeśli nie Henryk, to w takim razie kto?

Wystraszyła się.

Podniosła figurkę kota, ujęła ją za smukłą szyję, zważyła w dłoni. Lepszej broni nie miała pod ręką, musiała się nadać. Powoli posuwała się śladem butów, minęła kuchnię i gabinet męża, kiedy przechodziła obok salonu, dobiegł ją hałas z łazienki. Znowu coś spadło na ziemię, szklane naczynie, które rozbiło się z trzaskiem.

– Kto tam jest? – Przełknęła głośno ślinę. Uniesiony do ciosu kot zadrżał wraz z kurczowo zaciśniętą na szyi ręką. – Wyłaź, bo zaraz wezwę policję. Słyszysz!

Bała się coraz bardziej. Policja i tak nie przyjedzie, w całej okolicy panował chaos, mieli ważniejsze sprawy. Może powinna uciec, zadzwonić do Henia i poczekać na jego przyjazd? Jeśli włamywacz rzuci się za nią w pogoń, nie będzie miała żadnych szans. Najbliższy sąsiad mieszkał daleko, ona nie była w formie. Lepiej zostać na swoim terenie, w razie starcia miałaby większą szansę.

Zaskoczy go, zaatakuje pierwsza.

Głośno dysząc, nacisnęła klamkę i pociągnęła, drzwi otworzyły się bezszelestnie. Nie od razu rozpoznała stojącą w środku postać, zajęło jej to długą chwilę. Ubłocone trampki, brudne, porwane ubranie, potargane włosy. Na podłodze leżał rozbity słój kremu, w białej mazi lśniły metalicznie fragmenty rozkręconej golarki. Obok nich rosła czerwona plama, tym razem nie było wątpliwości, że to krew. Skapywała wielkimi kroplami, po drodze mażąc umywalkę i lustro. Wpływała na kark i ramiona do łokci, barwiła zaciekami koszulkę.

– Jezus Maria, Maciek!

Chłopak dygotał, wydawał z siebie jednostajne rzężenie. Regina przesunęła się w bok, żeby widzieć odbicie syna w lustrze. Upuściła metalowego kota, wrzasnęła.

Jej syn zdrapał sobie żyletką połowę twarzy.

Taśmę policyjną ogradzającą dziki parking targały strumienie powietrza z przejeżdżających samochodów, przez co przypominała szmaciane proporczyki dekorujące trasę przemarszu cudownego obrazu. Wczepione w gałęzie krzaków foliowe worki nadymały się i kurczyły, kwitnące w trawie papierki szeleściły. Drzewa były porwane i postrzępione, zwalona olsza oparła się na konarach buku, które wydawały z siebie posępne jęki.

Podkomisarz Wojtal zatrzymał służbową megankę na poboczu, wysiadł i skierował się do parkującego na drugim końcu zabezpieczonego terenu karawanu z siedzącą w otwartych drzwiach ekipą łowców skór. Ich wyostrzony wzrok chciwie wpatrywał się w szczątki potrąconego mężczyzny, jakby nie mogli doczekać się swojej padliny. Hieny.

Wojtal kiwnął im głową na przywitanie i podszedł do dozorującego zwłoki funkcjonariusza.

– Wziąłeś ze sobą sprzęt, Hubert? – Wskazał brodą wędkarskie krzesełko, z którego właśnie wstawał policjant.

– Dzie tam, znalazłem w bagażniku kijany.

– Nie ma drugiego?

– Nie, cholera, jest wędka, skrzyneczka na sprzęt i lodówka, ale pusta.

– Grilla nie ma?

– Nie, czemu?

– Bobyś mógł sobie jeszcze kiełbachę usmażyć. Z gaci. Od rana się tutaj opierdalasz, a nawet taśmy nie mogłeś porządnie zawiązać? – Obaj spojrzeli na biało-czerwony flak żałośnie zamiatający skraj szosy.

– Co, co?! – obruszył się starszy posterunkowy. – Wysadzili mnie i od dwóch godzin tu kibluję jak cieć, bez śniadania, cholera jasna, bez czegoś porządnego do picia. Ale pana też, widzę, przeznaczyli na zesłanie. Ciekawe, za co.

Chytrze przyjrzał się zwierzchnikowi, próbując domyślić się przewinienia, za które podkomisarz znalazł się na parkingu.

– Za talent, kuźwa, przecież nikt inny tej zagadki nie rozwikła, taka trudna. Dobra, Hubert, szkoda czasu. Gadaj, co wiesz, spisujemy raport i do widzenia, wypiżdżamy do siebie.

Zbliżyli się do kii cee’d stojącej na poboczu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte, podkomisarz usiadł na siedzeniu, rozejrzał się po kabinie. Przekręcił kluczyk wciśnięty w stacyjkę, silnik ruszył, z radia popłynęła głośna dyskotekowa muzyka.

– Radio grało, ale wyłączyłem, kurwica mnie od tego cykania brała. Aż dziw, że tyle akumulator wytrzymał – skomentował posterunkowy.

Łokieć zgasił silnik, wyszedł, powoli przebył kilka kroków w stronę jezdni, wypatrując odcisków butów w piachu lub jakichkolwiek innych śladów. Nawierzchnia była jednak równo zamieciona przez wiatr, a ledwo widoczne tropy szerokich opon mogły należeć do kogokolwiek. Znajdowali się na parkingu, co chwila ktoś stawał tam, żeby rozprostować kości, w spokoju pogadać przez telefon lub wyszczać się w krzakach.

– Mnie się widzi – zaczął starszy posterunkowy – że typ zjechał na lanie. Przypiliło go, wyskoczył i stanął tam, gdzie pan. Szczał w najlepsze, kiedy go jebnął przejeżdżający samochód. Muzyka mogła zagłuszyć dźwięki silnika, ale czemu nie zauważył świateł?

– Może miał w czubie. I trzepnął go co najmniej dostawczak, jak nie tir, inaczej rzuciłoby go w inną stronę. I nie rozpruło jak świni.

Stanęli nad trupem, poskręcanym, wymiętym i pozdzieranym, jakby wciągnęła go i wypluła młockarnia do zboża. Zmasakrowanej twarzy w ogóle nie dało się rozpoznać, nie miał jej, spękana głowa nie przypominała niczego ludzkiego, była zawartością mięsnej konserwy wydłubanej na talerz. Obaj uhonorowali marny los chwilą ciszy i wrócili do auta.

Wojtal bardziej szczegółowo przeszukał wnętrze, znalazł portfel z dowodem osobistym, prawem jazdy, kartą do bankomatu i pieniędzmi, w schowku dowód rejestracyjny auta. Praktycznie wiedzieli o nieboszczyku wszystko, trudno było dopatrzeć się w tym jakiejkolwiek zagadki.

Podkomisarz zrobił zdjęcia, po czym dał znać łowcom skór, że mogą zabierać się do roboty. Ruszyli biegiem, jeden z nich trzymał w ręku czarny foliowy worek. Z daleka nie różnił się niczym od tych, których używa się do wrzucania śmieci. Padlinożerne sępy.

– Techników nie wzywamy?

– Do czego, Hubert? Wiesz, ile mamy trupów po nocnej nawałnicy? Jeszcze pijaka nam do tego wszystkiego trzeba.

– Jasne. Ależ musiał być skuty, żeby wleźć prosto pod ciężarówkę!

Podkomisarz wyczuł w słowach posterunkowego cień wątpliwości. Spojrzał w jego promienną, szczerą twarz ozdobioną czupryną rudych włosów. Stanowczo pokręcił głową.

– Może nie chciał wleźć w wodę, myślał, że sięga tutaj jezioro, te trawy rzeczywiście wyglądają jak trzciny, więc polazł w drugą stronę, jezdnia była pusta. Nieważne, Hubert, słuchaj doświadczonego gliniarza: najprostsze rozwiązania są prawie zawsze prawdziwe, kapujesz?

Starszy posterunkowy kiwnął głową, ale z jego oczu nie dało się wyczytać nic mądrego. Pewnie dlatego po pięciu latach kariery awansował tylko o jeden stopień. Sympatyczny, uczciwy gość, ale myśliciel mizerny. Poza tym Wojtal nie zamierzał się tłumaczyć, w końcu to on był głównym śledczym w komendzie. Jedyną niewiadomą w sprawie pozostawał kierowca samochodu, który potrącił ofiarę. Zwiał z miejsca wypadku, to było pewne. Brakuje śladu hamowania, więc nawet nie próbował się zatrzymać.

Wojtal przekroczył policyjną taśmę i przeszedł pięćdziesiąt metrów w kierunku prawdopodobnej trasy pojazdu. Gdyby kierowcy się zdawało, że trafił sarnę, nie hamowałby, ale spokojnie stanął, aby ocenić straty. Ani na poboczu, ani na asfalcie nie było jednak nic, żadnego obłamanego kawałka lampy, zakrwawionej szmaty z ubrania odklejonej od maski i wyrzuconej w krzaki.

Wrócił.

– Będziemy próbować namierzyć sprawcę – zakomunikował raczej sobie niż posterunkowemu. Sam nie bardzo wierzył w powodzenie. Nie w panującym chaosie, przy zupełnie innych priorytetach. – Poczekaj, aż skończą – polecił młodszemu koledze. – Zwiń manele i odstaw kijanę na komendę, prokuratora nie będzie. Ja jadę załatwiać ważniejsze sprawy.

– Liczyć trupy?

Łokieć nie odpowiedział, ale starszy posterunkowy miał rację. Na samą myśl o skali nocnego kataklizmu przechodziły go ciarki. Śmierć fascynowała, zwłaszcza w takiej masie.

Podniecała i nic nie mógł na to poradzić.

Polowe centrum dowodzenia zorganizowano na terenie plaży miejskiej zamkniętej po huraganie do odwołania. Zwłoki zwożono motorówkami, składano w namiotach, gdzie dokonywano wstępnych oględzin i identyfikacji. Nie dało się określić, ile łodzi znajdowało się ubiegłej nocy na akwenie, ile z nich zatonęło.

Ilu ludzi woda zabrała na dno.

Dwanaście, tyle ciał wyłowiono od rana. Prawdopodobnie drobna część rzeczywistych ofiar, raporty o zaginięciach spływały na bieżąco. Meldunki o amatorszczyźnie, partactwie i panującym pośród służb ratunkowych chaosie gromadziły tłumy gniewnych, którzy domagali się sprawiedliwości, tylko nikt nie był w stanie określić jakiej. Samozwańczy przywódcy nawoływali do linczów, znaczną część policyjnych zasobów trzeba więc było skierować do panowania nad tłuszczą, chociaż i tak brakowało rąk do pracy.

Długo wyczekiwane posiłki z Olsztyna przyjęto z wyraźną ulgą. Kilkunastu ważniaków przytłoczonych zastaną sytuacją bezradnie rozglądało się po linii frontu. W ciągu godziny miały przybyć dodatkowe ekipy wojska i nurków, więcej sprzętu, sytuacja zdawała się bliska opanowania. Nadkomisarz wydał ostatnie polecenia i wcisnął do ręki oszołomionego gliniarza z Wojewódzkiej zebrane notatki. Kończył dyżur w tym wodnym piekle.

Środkiem namiotu przeszedł do wyjścia, rzucił ostatnie spojrzenie na rzędy zmarłych. Woskowe manekiny o porcelanowej skórze, sinych ustach i rozwodnionych oczach. Upiorni mężczyźni o rozlanych, galaretowatych brzuchach. Hipnotyzujące swym posągowym pięknem nieruchome kobiety, dwie prawie nagie, czarna folia przylegała ściśle do ciał, zamieniając je w przetrącone syreny.

Stanął na betonowym brzegu. Woda wciąż bulgotała niespokojnie, drobne wiry tańczyły piruety, rozbijały się o nabrzeże. Zapatrzył się w toń, kocioł gęstej, mętnej cieczy w kolorze zaprawy cementowej. Mięsnej zupy, która jest w stanie wchłonąć góry trupów. Całe wsie, miasta pełne ludzi. Ci z namiotu stanowili tylko początek, drobną zakąskę.

Odwrócił się i ruszył do bramy. Dosyć już miał widoku zwożonych ciał, ciężkiej, pochmurnej żałoby, atmosfery wzajemnych pretensji, jakby ktokolwiek z ratowników ponosił odpowiedzialność za tych, których nie udało się uratować. Za to, że ludzkie życie dobiega końca, a ktoś musi ten fakt spisać w aktach. Przypieczętować.

Próbował przepchnąć się bokiem, ale natychmiast otoczyli go dziennikarze. Nie miał pojęcia, w jaki sposób go rozpoznali, pewnie już zalatywał trupem. Natarli z taką furią, jakby zamierzali wydrzeć mu informacje wraz z kawałkami ciała, a on nie składał się z tkanki żywej, lecz był ulany ze strumienia komunikatów medialnych. Spławił ich standardową formułką. Tych, którym „brak komentarza” nie wystarczył, wyrwał się siłą, z żarłoczności prawie podarli na nim koszulkę. Dalej było jeszcze gorzej, dopadła go grupa sfrustrowanych turystów. Schował się przed nimi w puszce saaba, bębnili rękami w dach, kiedy odjeżdżał.

Postanowił na jakiś czas zaszyć się w Kei, najpopularniejszej knajpie na przystani. Był już głodny, a tam dawano funkcjonariuszom policji specjalny rabat. Nigdy nie pytał czemu, nie interesowały go lokalne układy biznesu z władzą.

Lokal zapchany był ludźmi, napompowany grobową ciszą. Przyciszony telewizor nadawał komunikaty z Mazur. Żałoba była powszechna, choć jeszcze nie przybrała charakteru państwowej, biuro prezydenta czekało na oficjalne dane. Z nadzieją, że ofiar będzie jak najwięcej, bo nic tak nie wpływa na słupki popularności jak narodowa tragedia.

Policyjny stolik w kącie pod drzwiami na zaplecze był wolny, kelnerzy składowali na nim stosy kart menu i tabliczki rezerwacji, dlatego nikt inny przy nim nie siadał. Jemu to nie przeszkadzało, i tak nie był prawdziwym klientem, płacił połowę ceny i prawie nigdy nie zostawiał napiwków.

– Bondy! Kopę godzin cię nie widziałem! – zaświergolił chudy, wysoki kelner o fryzurze hiszpańskiego piłkarza i twarzy wygłodzonej modelki. Oparł rękę na biodrze. Kilku klientów posłało mu zgorszone spojrzenia, nie dostosował się do ich elegijnego nastroju. – Co dzisiaj zjesz, zestaw gejowski numer jeden, dwa, trzy czy cztery?

Nadkomisarz pokazał na palcach trójkę i wbił wzrok w smartfona, udając zaabsorbowanie służbowymi sprawami. Z całej watahy kelnerów biegających między stolikami musiał akurat trafić na Michaśkę. Lubił go, z chłopakiem można było pogadać, znał się na muzyce i literaturze, uwielbiał Michała Witkowskiego, nawet trochę przypominał wersję pisarza z młodych lat. W tej chwili Andrzejowi nie chciało się jednak ani gadać, ani słuchać, miał dosyć wszystkiego.

Obiad pojawił się ekspresowo, po dziesięciu minutach.

– Voilà! – Kelner zaserwował posiłek. Wegetariańska wersja chińszczyzny z soją udającą mięsne kulki. – Jakieś sensacje z linii frontu?

Aż mu się świeciły gały z chciwości, pierwszy zamierzał poznać magiczną liczbę. Nadkomisarz nie zdziwiłby się, gdyby już robiono zakłady. Jak można kochać kraj, w którym liczba ofiar zawsze będzie ważniejsza od liczby ocalałych?

– I co, będziesz teraz nade mną sterczał, nie masz innego zajęcia?

– Mam, pozamykano większość knajp w mieście, więc tłum wali do nas. Ale wiesz, Bondy, przy tobie mógłbym nawet zapuścić korzenie.

– Spadaj, Michał, muszę odbierać raporty, ludzie giną!

– A wy, nadkomisarzu, jak gdyby nigdy nic żrecie obiad.

Stała nad nim komendant Chłopska. Musiała zauważyć, że ulatnia się z centrum dowodzenia, śledziła go. Wzruszył ramionami i nie przerwał jedzenia, nie miał zamiaru reagować na zaczepkę.

– Wiedziałam, że cię tu znajdę, Bondar – zwierzyła się, zajmując miejsce naprzeciwko. – Nie wstyd ci? Wpierdalasz, kiedy inni zajmują się nieboszczykami, walczą o dobre imię funkcjonariuszy policji?

– Im i tak nic nie pomoże – stwierdził.

Inspektor nie spytała, których ma na myśli.

– Racja. – Skubnęła sflaczały słupek marchewki z porcji Andrzeja. – Nie po to cię tutaj jednak ściągnęłam, żebyś zgłębiał prawdę, tylko żebyś odwalał za mnie brudną robotę. Myślałeś, że na takim zadupiu to będziesz tylko podpisywał raporty i smażył dupę w słońcu? Też tak kiedyś myślałam i patrz, na co nam przyszło. – Wskazała wysuszone w solarium policzki. – Przykro mi, ale wakacje skończone. – Rzuciła na stół teczkę z kiepskimi wydrukami zdjęć topielców. – Sytuacja bliska opanowania, więc możesz zająć się swoją działką. Ofiary na zdjęciach to prawdopodobnie Rosjanie, wczoraj jeden z nich wynajął wypasiony jacht na nocną libację z kurewkami. Kopsnij się do Prawdzica, popytaj Ruskich, tam był zameldowany. I weź Wiecha ze sobą, jest wolny.

– Jasne – mruknął, wstając od stołu.

Odliczył piętnaście złotych i wsunął pod talerz. Komendant odprowadziła go do wyjścia i odczekała parę minut, by upewnić się, że odjechał. Na wszelki wypadek opuściła lokal drugimi drzwiami. Wsiadła do auta i ruszyła w kierunku miasta. Miała swoje sprawy, o których nikt nie powinien wiedzieć.

Robotnik w pomarańczowej kamizelce wstrzymał ruch, za jego plecami operowała koparko-spycharka usuwająca z jezdni olbrzymie drzewo pokrojone piłami mechanicznymi na półmetrowe plastry. Każdy z nich mógłby służyć za stół dla kilkuosobowej rodziny.

Spojrzała w boczne okno, zatoczka jeziora sięgała prawie do samej drogi, brzeg porastały ostre jak miecz trzciny, ocierały się o siebie w lekkim wietrze. Woda była brunatna, przypominała ściek, gnojówkę, którą jeszcze parę lat temu okoliczni rolnicy chętnie wpuszczali do publicznych kąpielisk. Jak tu głęboko? Dwa metry, trzy? Więcej, zabarwienie tafli wskazywało na kilkanaście metrów, choć było to niemożliwe. Nie na myśl o głębokości przeszły ją lodowate ciarki, a od tego, co mogło się kryć pod powierzchnią.

Sekret wywołujący strach.

Od trzech lat przejeżdżała tą drogą dwa razy dziennie, nieraz częściej. Od kiedy wyprowadziła się od męża i zamieszkała w Harszu, w domku odziedziczonym po rodzicach. Małym, ale szykownie urządzonym, postarała się o to. Miała gust, nie oszczędzała pieniędzy. To było jej gniazdko, jej ostoja. W porównaniu z willą męża mieszkała skromnie, ale jej to w zupełności wystarczało. Zarabiała na siebie, była niezależna, zabezpieczona. Wciąż atrakcyjna i na tyle młoda, że mogła wszystko rozpocząć od nowa. Próbowała, ale coś wciąż krępowało jej ruchy, trzymało w miejscu. Balast, niewidoczna kotwica.

Przeszłość.

Coś było nie tak z jej przeszłością. Ilekroć przejeżdżała obok tego miejsca, nachodziło ją dziwne uczucie. Ostatnio wzmagało się, zwłaszcza po tajemniczym telefonie od nieznajomego mężczyzny. Szantażował ją, żądał forsy. Nie wiedziała, za co, ale on najwyraźniej wiedział. Był przekonany, że ma nieczyste sumienie, a popełniony grzech odkupi tylko duża kwota.

To była jakaś piramidalna bzdura, typ pewnie bał się zadzierać z Waldkiem, jej byłym mężem, więc próbował coś uszczknąć z jej konta. Ściera, nie facet, cholerny tchórz. Źle zaczął, dlatego źle skończył. To nie była jej wina, ona tylko broniła swoich praw, broniła siebie. Nikt niczego jej nie udowodni. Wydarzenia wczorajszej nocy były tak niedorzeczne, że sama nie potrafiła w nie uwierzyć.

Zły sen, wymysł czyjejś filmowej wyobraźni.

Wciąż pozostawała jednak sprawa jeziora. Niepokoiło ją, odrysowywało w wyobraźni okrutne wizje. Tonęła tam? Ktoś inny tonął? Kiedy? Nic takiego nie odnajdywała w pamięci.

Znów przypomniała się jej legenda, którą opowiadają starsi ludzie. Nie, nie ta o topielcach, świteziankach i nimfach, tę znało każde dziecko. Chodziło o tę bardziej współczesną, o złych NKWD-owcach i ubekach mordujących Mazurów i AK-owców. Katujących, a później topiących w jeziorach swych wydumanych wrogów. Może odczuwa energię błąkających się na dnie dusz, które nie wiedzą, jak uwolnić się od ciążących klątw? Wiele razy raportowano tu zjawiska paranormalne, kiedyś nawet sprowadzono medium. Zarejestrowano pole elektromagnetyczne zatopionego przez Ruskich żelastwa i beczek z toksycznymi śmieciami.

A jeśli na dnie kryło się coś jeszcze i tylko ona była w stanie to wyczuć?

Klakson stojącego za nią samochodu wyrwał ją z zamyślenia. Drogowiec właśnie zszedł z jezdni, udrożniono przejazd. Wrzuciła bieg, odjechała. Zimne dreszcze minęły, jak tylko oddaliła się od nawiedzonego miejsca. Po prostu była zestresowana, spięta bardziej niż zwykle. Ciągle w szoku po tym koszmarnym zdarzeniu.

W końcu kilka godzin temu zamordowała człowieka.

Ukryty w lesie między Pilwą a Skrzypami Dwór Prawdzica stanowił wierny falsyfikat magnackiego pałacu, odpowiednio pomniejszony, w skali, na jaką pozwalała zaadaptowana na cel hotelowy szlachecka rezydencja. Wystarczyło luksusowe samochody na parkingu zamienić w pozłacane karoce, gości odziać w dworskie szaty, napuszyć i upudrować im włosy, a inscenizacja byłaby doskonała. Obsługa półgębkiem mełła uprzejmości i wyginała się w dyskretnych ukłonach, hostessy o aparycji modelek pilotowały klientów, do rytmu stukając wysokimi obcasami. Przepych wręcz atakował, zaszczuwał nieproszonych przyjezdnych w kąt, agresywnie wypychał z salonów na zaplecze dla służby.

Boy na widok ich nieoznaczonej meganki obcesowo wskazał odrestaurowaną stajnię, miejsca postojowe służących. W hierarchii tego przybytku zostali zapewne sklasyfikowani jako woźnice. Na złość wtoczyli się więc w zatoczkę między mercedesem klasy S a lexusem, spanikowany boy pobiegł na skargę do odźwiernego, który jedną ręką otwierał drzwi, drugą z galanterią uchylał cylindra. Ofuknął ich, ale Łokieć podsunął mu pod nos legitymację służbową, po czym groźnie zajrzał w oczy z pułapu swoich metra dziewięćdziesięciu pięciu. Wysokość cylindra w niczym by nie pomogła, bez trudu dałby radę napluć odźwiernemu na środek głowy.

Przywołana hostessa kiepsko zamarkowała uprzejmy uśmiech. Zaprowadziła ich na zaplecze, do gabinetu dyrekcji, gdzie tłustawy menedżer o aparycji świnki Peppy usiłował wyprosić ich tylnym wyjściem, przekonując o stuprocentowej pomyłce. Nie wierzył, że dystyngowani klienci jego hotelu mogliby mieć cokolwiek wspólnego z policją, nawet ci zza wschodniej granicy. Albo łgał w żywe oczy, albo rzeczywiście obdarzono go wiarą zdolną przenosić góry. Trudniej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego, tak zdawał się rozumieć biblijny cytat.

Łokieć posłał Bondarowi porozumiewawcze spojrzenie.

– Też wiem, jak to jest, kiedy roboty tyle, a po obiekcie pałętają się mendy, mam to na komendzie na co dzień.

– No nie, nie o to mi chodzi, pracy co prawda w bród, ale… – wydukał prosiak.

– Żadnego ale, zostawimy pana w spokoju, sami se damy radę. Prawda, szefie? Przejdziemy się po hotelu, popytamy gości o tych Iwanów, cośmy rano z jeziora wyłowili, może ich znają. Chyba nie nabłocimy, nie zasmrodzimy komnat robociarskim odorem.

Unieśli się z krzeseł, ale menedżer był szybszy, stanął nad nimi i gestem dłoni kazał siedzieć. Zmierzył ich wzrokiem, na dłużej zatrzymując się na plamach schnącego potu pod pachami. W radiowozach nie przewidziano klimy.

– Dobra, dobra, pomogę wam, ale załatwcie to szybko, żadnego szwendania się po głównym holu, jasne? Wiecie, ile ci ludzie tu płacą za dyskrecję i spokój?

– Pięć stów? – wypalił Bondar, co wydawało mu się astronomiczną sumą za pokój.

Sam nigdy nie zapłacił więcej niż dwie setki za noc.

– Chyba za drinka w barze. – Peppa łypnął na policjanta z taką pogardą, jakby sam zarabiał miliony i nieznane mu były liczby poniżej trzech zer po jedynce. Wystukał coś na klawiaturze laptopa, przygryzł wargę. – Wygląda na to, że kilku gości rzeczywiście nie wróciło na noc.

– To ci?

Łokieć rozłożył na blacie biurka plik zdjęć z topielcami. Menedżer głośno przełknął ślinę, chwycił za telefon i wydał kilka poleceń. Ponownie zerknął na fotografie, odwrócił się z obrzydzeniem. Wyraźnie miał problemy z utrzymaniem zawartości żołądka, przez chwilę oddychał głęboko, wpatrując się w okno.

– A żebyś jeszcze poczuł, jak cuchną! – szydził Łokieć. – Coś psuje wam się ostatnio klientela, dyrektorze.

Peppa zignorował komentarz, wstał zza biurka i zaprowadził ich do kameralnej sali spotkań, gdzie czekała już hostessa z parą opalonych turystów. U mężczyzny widać było lata dawnej świetności, kiedy musiał toczyć uliczne walki o strefy wpływów w obwodzie kaliningradzkim. Teraz lśnił gęstą siwizną, męską biżuterią i kilkoma widocznymi bliznami. Drobna kobieta o zdecydowanie przerośniętych piersiach w znudzonej pozie opierała się tyłem o bufet, sącząc z kieliszka białe wino. Miała na sobie sukienkę do tenisa i trampki z podeszwami na wysokich obcasach. Na widok policjantów wydęła wargi. Andrzej z ukłuciem zazdrości zerknął na Wiecha, też chciałby kiedyś zrobić wrażenie na takiej babce. Stuknęło jej pewnie z pięć dych, a i tak mogłaby reklamować bieliznę.

– Pan Jewgienij Puszatkin zadeklarował pomoc – poinformował menedżer i dyskretnie wycofał się pod tylną ścianę.

Mężczyźni pozdrowili się skinięciem głowy, kobieta nawet nie drgnęła w odpowiedzi na nieme przywitanie. Łokieć rozłożył na stole zdjęcia, wydukał kilka rosyjskich słów mających przybliżyć okoliczności odnalezienia zwłok. Puszatkin pochylił się nad fotografiami, spojrzał na żonę, po czym pokiwał głową w stronę funkcjonariuszy. Trupy nie zrobiły na nim żadnego wrażenia, jakby widział ich w życiu setki.

– Iwan Kokorin, Roman Szyrokow, Jura Akinfiejew i diewoczki. – Na nie machnął ręką, jakby próbował przegnać muchy. Raczej nie należały do grona najbliższej rodziny.

– Mene zasmutyła tsia nowyna – złożył kondolencje Andrzej szlifowanym od niecałego roku ukraińskim, nie zważając na konotacje polityczne. – Czy w razie konieczności odpowiedzą państwo na więcej pytań?

Mężczyzna kiwnął głową, widocznie wolał czyny niż słowa.

– Proszę, oto dane kontaktowe naszej komendy.

Wypisał numer telefonu i e-mail na kartce, którą podała mu hostessa. Zanotował podany przez gości numer pokoju. Pożegnali się, stanęli przy drzwiach do recepcji, żeby w przyjemnym chłodzie napić się wody mineralnej, którą zwinęli z sali konferencyjnej. Była w szklanych butelkach o kształcie gruszki, smakowała aromatycznie, perfumowana jak zagraniczna wódka. Nawet wodę należało w tym miejscu sfałszować, żeby ją odrealnić, napoić próżność hotelowych klientów. Andrzej prawie się zakrztusił, kiedy przyszło mu do głowy, ile ta butelka musiała kosztować.

Niespodziewanie zbliżyła się do nich żona emerytowanego zbira.

– Eto byli moi blizkije druzja. – Zamrugała zasmuconymi oczami. Na pokaz, jak się okazało, bo zaraz wyciągnęła w ich kierunku kartonik z zaproszeniem. – Maleńkij prijom, siegodnia wieczerom. Ciao!

Przeparadowała przez hol, świecąc brązowymi łydkami w oprawie krótkiej sukienki. Andrzej był przekonany, że Wiechu też widzi w wyobraźni biel majtek na czekoladowym tyłku. Wielkanocnego króliczka obranego ze złotka.

Osuszyli wodę do dna, butelki zostawili na parapecie, ulotnili się po angielsku, w razie gdyby przypadkiem ktoś kazał im za nie zapłacić. Wiech wykonał eliptyczny gest łokciem w stronę odźwiernego, markując uchylanie cylindra. Służący musiał wzbić się na wyżyny swego fachu, żeby zachować godność i nie splunąć im za plecami. Wyraźnie wzorował się na Anthonym Hopkinsie w Okruchach dnia według Ishigury.

W służbowej megance zagotowało się powietrze, przyjęło konsystencję gęstego płynu. Pootwierali drzwi, zawiśli oparci o dach. Andrzej przyjrzał się bilecikowi otrzymanemu od Rosjanki.

– Chyba o tym nie myślisz? – Wiech przebił go wzrokiem na wylot.

– O imprezie? Czemu?

– Pozamieniałeś się z chujem na rozum, Bondar. Przecież tam będą same kacapy.

– No i?

– Co, no i? Chyba nie będziesz chlał wódki z Ruskimi? – Podkomisarz wyprostował się, podejrzliwie zmrużył oczy. – Ty chyba z nimi nie trzymasz, co?

– Z kim?

– Nie świruj, dobrze wiesz, o czym mówię. Coś za bardzo cię do nich ciągnie, za dobrze po rusku nawijasz.

– Po ukraińsku.

– Wsio rawno!

– Ty chcesz mnie znowu wkurwić, Wiech? – warknął.

Łokieć otworzył usta i zamknął, połykając komentarz. Żachnął się, wsiadł do kabiny i trzasnął drzwiami.

Tak myślałem, skomentował w myślach nadkomisarz. Pozwalał sobie wchodzić na kolana, ale nie na głowę. Dał Wojtalowi palec, i tak za dużo, jak na jego standardy, pozostałych podwładnych wciąż trzymał na duży dystans. Nie chciało mu się już walczyć z wiatrakami, tłuc się o każdą piędź ziemi. Dawno przegrał, ale ciągle utrzymywał pozycję. I potrafił jeszcze zasunąć z grubej rury, o czym Wiech doskonale wiedział.

Odjechali, a Andrzej nieświadomie obejrzał się przez ramię, mając nadzieję jeszcze raz spojrzeć na ciało atrakcyjnej Rosjanki. Patrzenie – nagroda pocieszenia, którą dostawali frajerzy. Nie oszukiwał się, na nic więcej nie mógłby liczyć.

Z okien hotelu wpatrywały się w nich czyjeś oczy.

Puszatkin ociężale wdrapał się na schody wiodące z holu recepcyjnego na piętro. Przystanął na platformie, schowany za zakrętem zerknął w dół, odszukał wzrokiem funkcjonariuszy policji. Gapili się na opalony tyłek jego żony, a kiedy zniknęła za drzwiami, zaczęli rzucać po hotelu ukradkowe, niepewne spojrzenia. Przypominali pańszczyźnianych chłopów wprowadzonych na salony hrabiego, brakowało im tylko czapek uszanek, które z zażenowaniem gnietliby w dłoniach.