Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwony prorok - Orson Scott Card

W wieku jedenastu lat był świadkiem, jak biali ludzie mordują jego ojca. Od tego dnia Indianin Lolla-Wossiki stał się żałosnym pijakiem. Jego brat, Ta-Kumsaw, chciałby przepędzić Białych z kontynentu. Ale gubernator Bill Harrison snuje o wiele okrutniejsze plany wobec Indian. Kiedy zaczyna je realizować, mimowolnie doprowadza do spotkania Alvina Millera – wyjątkowego białego chłopca, obdarzonego potężną mocą magiczną – z Lollą-Wossiky i Ta-Kumsawem. I tak rozpoczyna się kolejny etap edukacji Alvina.


Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Zadebiutował w wieku 26 lat opowiadaniem „Gra Endera”; zostało ono później rozbudowane do rozmiarów powieści, która zapoczątkowała jeden z najpopularniejszych cykli powieściowych autora – Sagę o Enderze. Równie popularną i powiązaną z nią fabularnie serią jest Saga Cienia. 
Czerwony prorok” to drugi tom cyklu Opowieści o Alvinie Stwórcy, wznowienia kolejnych części w nowej szacie graficznej ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Opinie o ebooku Czerwony prorok - Orson Scott Card

Fragment ebooka Czerwony prorok - Orson Scott Card

Tytuł oryginału

RED PROPHET

Copyright © Orson Scott Card 1988

All rights reserved

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Łucja Grudzińska

Michał Załuska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-780-8

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Uwagi tłumacza

Do wieku XVIII (a nawet później) istniał w krajach anglojęzycznych zwyczaj nadawania imion, które coś znaczyły, niezależnie od swej funkcji wskazywania konkretnej osoby. W Polsce i krajach słowiańskich działo się podobnie (np. Bogumił, czyli Bogu miły), choć z czasem znaczenie imienia zostało zapomniane. Jednak w dobrych prezbiteriańskich czy purytańskich rodzinach zasada ta obowiązywała jeszcze w czasie zasiedlania Ameryki, choć nie była regułą obowiązującą bez wyjątków (zdarzały się „zwykłe” imiona, jak choćby David, Alvin czy Eleanor). Tłumaczenie imion wydało mi się niezbyt rozsądne, ponieważ o ile w języku angielskim konwencja ta jest dość naturalna, to po polsku brzmiałoby to dziwacznie (choćby Armor-of-God Weaver stałby się kimś w rodzaju Tkacza-Boskiej-Zbroi, Wastenot Miller byłby Oszczędnym Młynarzem albo – odwrotnie – Bogumił Kowalski Kowalem Bożej Miłości). Jednak, dla informacji czytelnika, podaję znaczenie imion głównych bohaterów powieści. Część nazwisk pochodziła od zawodów wykonywanych przez osoby te nazwiska noszące, co jest chyba regułą na całym świecie (jak na przykład wspomniany wyżej Kowalski). Podałem również tłumaczenie tych imion, choć są w zasadzie oczywiste.

Armor-of-God – dosł. tarcza boża czy pancerz boży

Calm – spokój

Faith – wiara

Ferryman – przewoźnik

Guester – ktoś, kto przyjmuje gości; oberżysta

Hickory – gatunek amerykańskiego orzecha, rodzaj leszczyny

Makepeace – czyniący pokój

Mea­sure – umiar

Miller – młynarz

Smith – kowal

Vigor – wigor

Wastenot i Wantnot – imiona bliźniaków – tworzą razem przysłowie (Waste not, want not), odpowiadające w przybliżeniu polskiemu „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” (dosłownie: „kto nie marnuje, ten nie potrzebuje”)

Weaver – tkacz (zapewne przodkowie Armora-of-God Weavera zajmowali się tkactwem)

Piotr W. Cholewa

Od autora

Opowieść ta rozgrywa się w Ameryce, której historia często jest podobna, a często zupełnie inna od naszej. Czytelnik nie powinien zakładać, że przedstawiony w książce portret bohatera, noszącego nazwisko postaci znanej z historii Ameryki, jest dokładnym portretem owej postaci. W szczególności należy zaznaczyć, że William Henry Harrison, znany w naszej historii z najkrótszego sprawowania urzędu prezydenta i niezapomnianego sloganu wyborczego „Tippecanoe i Tyler też”, był w rzeczywistości osobą bardziej sympatyczną niż jego odpowiednik w tej powieści.

Dziękuję Carol Breakstone za wiedzę o Indianach, Beth Meacham za Ośmiokątny Kopiec i Krzemienny Grzbiet, Wayne’owi Williamsowi za heroiczną cierpliwość oraz mojemu prapradziadkowi za opowieści ukryte w fabule tej książki.

Jak zwykle, wpływ na moją pracę miała Kristine A. Card, każda strona tej książki nosi ślady jej poprawek.

Rozdział 1

Hooch

W tych dniach niewiele łodzi płynęło w dół Hio. W każdym razie niewiele takich, co wiozły pionierów, ich rodziny, narzędzia, meble, nasiona i parę prosiaków na początek przyszłego stada. Wystarczyło kilka płonących strzał i Czerwoni nieśli sprzedać Francuzom w Detroit pęk osmalonych skalpów.

Ale Hooch Palmer nie miał takich kłopotów. Wszyscy Czerwoni wiedzieli, jak wygląda jego łódź – wysoko załadowana beczułkami. Na ogół słychać w nich było chlupotanie whisky, a to chyba jedyna muzyka, jaką Czerwoni potrafią zrozumieć. Ale w samym środku wielkiego stosu antałków znajdował się jeden, który nie chlupotał. Był pełen prochu i miał umocowany lont.

Czemu miał służyć ten proch? Płynęli na przykład z prądem, drągami kierując łodzią na zakręcie, kiedy nagle zjawiało się pół tuzina kanoe pełnych wymalowanych Czerwonych z plemienia Kicky-Poo. Albo widzieli nad brzegiem ognisko, a diabły Shaw-Nee tańczyły dookoła ze strzałami gotowymi do podpalenia.

Dla większości ludzi oznaczało to, że czas się modlić, walczyć i ginąć. Ale nie dla Hoocha. Z pochodnią w jednej ręce i lontem w drugiej stawał na samym środku łodzi i krzyczał:

– Wysadzić whisky! Wysadzić whisky!

Co prawda Czerwoni rzadko znali angielski, ale wszyscy wiedzieli, co oznacza „wysadzić” i „whisky”. I zamiast zasypywać krypę deszczem strzał albo ją atakować, kanoe wyprzedzały Hoocha, płynąc przy brzegu.

– Carthage City! – krzyczeli Czerwoni.

A Hooch wrzeszczał:

– Tak jest!

I kanoe pędziły po Hio do miejscowości, w której wkrótce będą sprzedawać alkohol.

Jednak jeśli dla chłopców przy drągach była to pierwsza wyprawa w dół rzeki, nie wiedzieli tego wszystkiego, co wiedział Hooch Palmer. I niemal robili w portki na widok Czerwonych z płonącymi strzałami. A kiedy Hooch sięgał pochodnią do lontu, chcieli skakać za burtę. Hooch śmiał się z nich.

– Chłopaki, nie macie pojęcia o Czerwonych i whisky – mówił. – Oni zrobiliby wszystko, żeby nawet kropla z zawartości tych beczułek nie spłynęła do Hio. Bez namysłu zabiliby własne matki, gdyby stanęły między nimi a beczułką. Ale nas nie tkną, póki mam proch i mogę go podpalić, jak tylko któryś mnie zaczepi.

Chłopcy zastanawiali się często, czy Hooch naprawdę by wysadził całą łódź z załogą. Otóż zrobiłby to. Nie był myślicielem i nie marnował czasu na rozważania o śmierci, tamtym świecie czy innych podobnych problemach filozoficznych. Postanowił za to, że umierając, zadba, żeby nie ginąć w samotności. Nie chciał też, żeby ten, co go zabije, miał z tego jakąś korzyść. Jakąkolwiek. A już zwłaszcza przepity, tchórzliwy i podstępny Czerwony z nożem do skalpowania.

A najlepsze w tym wszystkim było, że Hooch wcale nie potrzebował pochodni ani lontu. Prawdę mówiąc, lont nie sięgał nawet do wnętrza beczułki – Hooch nie chciał ryzykować przypadkowego wybuchu. Gdyby zechciał wysadzić swoją krypę, wystarczyłoby, żeby usiadł i chwilę o tym pomyślał. I zaraz cały proch zacząłby się podgrzewać jak należy, może wypłynęłaby smużka dymu, a potem – bum! – wybuchłoby wszystko.

Tak jest. Stary Hooch był iskrą. Są tacy, którzy twierdzą, że nie ma żadnych iskier. A na dowód pytają: „A czy ty sam spotkałeś kiedy iskrę albo znałeś kogoś, kto spotkał?”.

Ale to żaden dowód. Ponieważ kiedy już ktoś jest iskrą, nie rozpowiada o tym naokoło, prawda? Usługi iskry nie są szczególnie poszukiwane, za łatwo jest użyć krzemienia i żelaza, czy nawet tych alchemicznych zapałek. Nie. Iskra nabiera wartości tylko wtedy, kiedy trzeba rozpalić ogień z daleka, a ludzie chcą tego jedynie wówczas, kiedy chodzi o zły ogień: żeby komuś zaszkodzić albo spalić budynek. A jeśli ktoś świadczy takie usługi, nie wywiesza zwykle szyldów „Iskra do wynajęcia” czy czegoś w tym rodzaju.

Co najgorsze, kiedy już się rozniesie, że ktoś jest iskrą, zrzucają na niego winę za każdy najmniejszy pożar. Synowie jakiegoś farmera chowają się w stodole, żeby palić fajkę – i stodołę niszczy ogień. Czy któryś z chłopców powie: „Tak, tato, to przeze mnie”? Nie. Powie: „Na pewno jakiś iskra podłożył ogień, tato”.

A potem zaczynają szukać tej iskry, wygodnego kozła ofiarnego. Nie, Hooch nie był durniem. Nie mówił nikomu, że może swoimi myślami podgrzewać i podpalać.

Był jeszcze jeden powód, dla którego Hooch nieczęsto wykorzystywał swój talent iskry. Powód tak sekretny, że Hooch sam właściwie o nim nie wiedział. Rzecz w tym, że ogień go przerażał. Niektórzy ludzie boją się wody, i wyruszają na morze; niektórzy boją się śmierci, i zostają grabarzami; inni jeszcze boją się Boga, i są kaznodziejami. A Hooch bał się ognia, bał się jak niczego innego na świecie, i dlatego ogień zawsze go pociągał, choć wywoływał skurcze żołądka. Ale kiedy ­Hooch sam miał podłożyć ogień, wtedy cofał się, zwlekał, szukał pretekstów, żeby wcale tego nie robić. Miał talent, lecz bardzo niechętnie z niego korzystał.

Ale zrobiłby to. Zanim jakiś Czerwony, mordując załogę, zdobyłby całą tę whisky, Hooch wysadziłby proch, siebie, swoich chłopców i ładunek. Może i boi się ognia, ale bez trudu przezwycięży strach, jeśli tylko będzie odpowiednio wściekły.

Dobrze się zatem składało, że Czerwoni tak lubili alkohol i nie chcieli zmarnować ani kropli. Ani jedno kanoe nie podpłynęło za blisko, ani jedna strzała nie świsnęła w powietrzu, żeby stuknąć o drewno. Hooch ze swoimi beczkami, baryłkami i antałkami spływał wodą spokojnie jak nikt, wprost do Carthage City. Takim pompatycznym imieniem nazwał gubernator Harrison palisadę z setką żołnierzy w środku, postawioną dokładnie tam, gdzie Mała My-Ammy wpada do Hio. Ale Bill Harrison był typem człowieka, który najpierw nadawał miejscu nazwę, a później ciężko pracował, by ono na tę nazwę zasługiwało. I proszę, już prawie pięćdziesiąt kominów dymi wokół palisady, co oznacza, że Carthage City osiągnęło niemal wielkość miasteczka.

Hooch słyszał, jak krzyczą, zanim jeszcze zobaczyli go z nabrzeża. To z pewnością Czerwoni, którzy połowę życia spędzali na brzegu, czekając, kiedy przypłynie krypa z whisky. A on wiedział, że tym razem są szczególnie spragnieni. Widział, jak w Fort Dekane pieniądze przechodzą z rąk do rąk, gdy zatrzymują się tam inni handlarze. Carthage City jest już pewnie suche jak bycze wymię. I oto zjawia się Hooch z krypą wyładowaną bardziej, niż kiedykolwiek widzieli. I tym razem dobrze mu zapłacą, to pewne.

Bill Harrison może się puszyć jak paw, zadzierać nosa i nazywać się gubernatorem, chociaż nikt go nie wybrał ani nikt nie mianował – poza nim samym… Ale trzeba mu przyznać, zna się na interesach. Ustawił tych chłopców w eleganckich mundurach szeregiem na nabrzeżu – równo, aż miło popatrzyć. Mieli nabite muszkiety i byli gotowi zastrzelić każdego Czerwonego, który zrobiłby chociaż jeden krok w stronę brzegu. I nie była to czysta formalność – Czerwoni byli spragnieni jak nigdy. Hooch dostrzegł to od razu. Ma się rozumieć, nie podskakiwali jak dzieci, tylko stali tam, stali i patrzyli, wcale się nie kryjąc, nie dbając o to, kto ich może zobaczyć, półnadzy, jak zawsze latem. Stali tak pokornie, gotowi kłaniać się i czołgać, błagać i żebrać, powtarzać: „Panie Hooch, jedna beczułka za trzydzieści skór jelenich, tak, to będzie cudowne, cudowne, panie Hooch, jeden kubek whisky za te dziesięć skórek piżmowców”.

– Hii-ha! – wrzasnął Hooch.

Chłopcy od drągów spojrzeli na niego jak na szaleńca, bo nigdy nie widzieli, jak wyglądali ci Czerwoni dawniej, zanim jeszcze gubernator Harrison wystawił tu fort. Wtedy nie zniżali się, żeby spojrzeć na Białego, człowiek musiał wczołgiwać się do ich lepianek, dusić się od dymu i wilgoci, siedzieć, pokazywać jakieś znaki i gadać w tym ich bełkocie, żeby pozwolili mu handlować. A potem Czerwoni stali dookoła z łukami i włóczniami, a człowiek się trząsł, żeby przypadkiem nie doszli do wniosku, że jego skalp jest więcej wart niż jego towar.

Teraz już nie. Teraz nie mieli u siebie ani jednej sztuki broni. Teraz tylko wywieszali języki, czekając na alkohol. I będą pić i pić, i pić, i pić, i pić, aż – hii-ha! – padną trupem, zanim skończą z piciem, a to najlepsze, najlepsze, co może się zdarzyć. Dobry Czerwony to wyłącznie martwy Czerwony, Hooch zawsze to powtarzał. A on i Bill Harrison wprowadzili takie porządki, że Czerwoni zdychali od whisky w dobrym tempie, w dodatku płacąc za ten przywilej.

Dlatego cumując do nabrzeża w Carthage City, Hooch był zadowolony jak mało kto. Sierżant zasalutował mu nawet – patrzcie tylko! Całkiem inaczej, niż traktowali go szeryfowie Stanów Zjednoczonych jeszcze w Suskwahenny. Zachowywali się tak, jakby był czymś zeskrobanym z deski w wychodku. Tutaj, w nowym kraju, do ludzi wolnego ducha, takich jak on, wszyscy odnosili się jak do dżentelmenów. Bardzo to Hoochowi odpowiadało. Niech sobie ci pionierzy ze swoimi brzydkimi żonami i chudymi bachorami rąbią drzewa i grzebią się w ziemi, niech hodują kukurydzę i świnie, żeby przeżyć. To nie dla Hoocha. Przybędzie tam o wiele, wiele później, kiedy pola będą już zasiane i piękne, a domy staną w równych rządkach wzdłuż ulic. Wtedy wyjmie swoje pieniądze i kupi sobie największy dom w mieście, wtedy bankier zejdzie z chodnika w błoto, żeby zrobić mu przejście, a burmistrz będzie się do niego zwracał „szanowny panie”. A może Hooch sam zdecyduje się zostać burmistrzem…

To oznaczał salut sierżanta. Przepowiadał przyszłość Hoo­cha.

Hooch zszedł na brzeg.

– Rozładujemy tutaj, panie Hooch – powiedział sierżant.

– Mam listę przewozową – odparł Hooch. – Więc niech twoi chłopcy nie próbują czegoś ściągnąć. Chociaż, sam nie wiem skąd, jest tam chyba beczułka dobrej żytniej whisky, której jakoś nie policzyliśmy. Założę się, że nikt nie zauważy jej zniknięcia.

– Będziemy bardzo ostrożni, proszę pana – zapewnił sierżant, ale uśmiechał się tak szeroko, że pokazywał tylne zęby.

Hooch wiedział, że sierżant znajdzie jakiś sposób, żeby zachować dla siebie większą część tej dodatkowej beczułki. Jeśli jest głupi, po trochu sprzeda tę whisky Czerwonym. Nie wzbogaci się na połowie beczułki. Nie, jeśli sierżant jest sprytny, podzieli się swoją połową – szklaneczka po szklaneczce – z oficerami, którzy mogą dać mu awans. A po pewnym czasie ten sierżant nie będzie już wychodził na brzeg przyjmować krypy. O nie, będzie siedział w kwaterach oficerskich, z piękną żoną w sypialni i dobrą stalową szablą u boku.

Hooch nigdy by tego sierżantowi nie powiedział. Uważał, że jak ktoś nie ma dość rozumu, żeby robić co należy, to tłumaczenie nie pomoże. A jeśli ma dość rozumu, nie potrzebuje, żeby mu handlarz whisky mówił, co powinien robić.

– Gubernator Harrison chce pana widzieć – oznajmił sierżant.

– A ja chcę widzieć jego – odparł Hooch. – Ale najpierw muszę się wykąpać, ogolić i przebrać.

– Gubernator mówił, żeby się pan zatrzymał w starej rezydencji.

– Starej? – powtórzył Hooch. Harrison ledwie cztery lata temu wybudował oficjalną rezydencję. Istniał tylko jeden powód, żeby tak prędko wznosić nową. – Czyżby gubernator Bill znalazł sobie żonę?

– Tak jest. Śliczną jak z obrazka i dopiero piętnastoletnią. Pochodzi z Manhattanu, więc nie bardzo mówi po angielsku. A nawet kiedy mówi, nie przypomina to angielskiego.

Hoochowi to nie przeszkadzało. Dobrze znał holenderski, prawie tak dobrze jak angielski i o wiele lepiej niż mowę Shaw-Nee. Bez trudu zaprzyjaźni się z żoną Harrisona. Zastanowił się nawet… ale nie, nie należy odbijać kobiety innemu mężczyźnie. Hooch nierzadko miał na to ochotę, ale wiedział, że kiedy człowiek już raz wejdzie na taką ścieżkę, sprawy straszliwie się komplikują. Poza tym nie potrzebował białej kobiety. Dookoła było dosyć spragnionych squaw.

Skoro Bill Harrison ma już drugą żonę, ciekawe, czy sprowadzi tutaj swoje dzieci. Hooch nie wiedział, w jakim wieku są chłopcy, ale chyba dość duzi, żeby spodobało im się życie na pograniczu. Mimo to Hooch miał niejasne wrażenie, że lepiej byłoby dla nich, gdyby zostali w Filadelfii, ze swoją ciotką. Nie dlatego, że nie powinni mieszkać w dzikim kraju, ale dlatego, że nie powinni mieszkać za blisko ojca. Hooch lubił Billa Harrisona, nie można powiedzieć, ale nie widział w nim idealnego opiekuna dzieci, nawet jego własnych dzieci.

Przystanął przed bramą w palisadzie. Musiał przyznać, że robiła wrażenie. Obok typowych heksów i amuletów, które miały strzec przed nieprzyjaciółmi, ogniem i tak dalej, gubernator Bill przybił tu tablicę szeroką jak sama brama. Wielkimi literami napisał na niej:

CARTHAGE CITY

i nieco mniejszymi, niżej:

STOLICA STANU WOBBISH

Właśnie czegoś takiego można się było po Billu spodziewać. W pewien sposób wierzył, że ta tablica jest potężniejsza niż wszystkie heksagramy. Jako iskra, Hooch wiedział, że na przykład heks chroniący przed pożarem nie przeszkodziłby mu, a tylko utrudnił rozpalenie ognia w pobliżu. Gdyby jednak rozniecił solidny płomień gdzie indziej, heks spłonąłby jak wszystko inne. Ale tablica nazywająca Wobbish stanem, a Carthage jego stolicą… No cóż, mogła posiadać jakąś moc, władzę nad myślami ludzi. Jeśli powtarza się coś dostatecznie często, ludzie zaczynają wierzyć, że to prawda, a wkrótce potem staje się to prawdą. Oczywiście, nie coś w rodzaju „dziś w nocy księżyc się zatrzyma i zawróci na niebie”, ponieważ żeby to się udało, księżyc musiałby słyszeć te słowa. Ale jeśli powiedzieć „ta dziewczyna jest łatwa” albo „tamten człowiek to złodziej”, nie ma znaczenia, czy osoba, o której mowa, uwierzy w to czy nie. Wszyscy inni uwierzą i zaczną ją traktować, jakby to była prawda. Hooch uznał zatem, że kiedy dostatecznie wielu ludzi zobaczy tablicę nazywającą Carthage stolicą stanu Wobbish, pewnego dnia słowo stanie się ciałem.

Rzecz w tym, że Hoocha wcale nie obchodziło, czy gubernatorem zostanie Harrison i założy swoją stolicę w Carthage City, czy ten abstynent, zarozumiały i cnotliwy Armor-of-God Weaver założy jako gubernator stolicę w Vigor Kościele, na północy, gdzie Strumień Chybotliwego Kanoe wpada do Wobbish. Niech ci dwaj wojują ze sobą; którykolwiek zwycięży, Hooch postanowił być człowiekiem bogatym i robić to, co mu się podoba. A jeśli nie, cała okolica stanie w płomieniach. Gdyby Hooch przegrał kiedyś z kretesem, dopilnowałby, żeby nikt inny nie zyskał. Kiedy iskra nie ma już żadnej nadziei, wciąż jeszcze może wyrównać rachunki. To jedyny pożytek z bycia iskrą.

Oczywiście, jako iskra dbał zawsze, żeby mieć gorącą wodę do kąpieli, czyli talent dawał jednak jakieś korzyści. Przyjemnie było zejść z łodzi i wrócić do cywilizowanego życia. Czyste ubranie już czekało i miło w końcu zgolić z brody kłujący zarost. Nie wspominając o tym, że kąpiącej go squaw naprawdę zależało na dodatkowej porcji whisky. Gdyby Harrison nie przysłał żołnierza, który stukał do drzwi i wołał, żeby się spieszyć, Hooch mógłby od razu odebrać pierwszą ratę jej towaru. Zamiast tego wytarł się i ubrał.

Była naprawdę zmartwiona, kiedy ruszył do drzwi.

– Ty wrócić? – zapytała.

– Pewnie, że wrócę – obiecał. – I przyniosę ze sobą be­czułkę.

– Byle przed zmrokiem – poprosiła.

– Może tak, a może i nie. Co za różnica?

– Po zmroku wszyscy czerwoni jak ja, poza fortem.

– Ach tak… – mruknął Hooch. – Dobrze, spróbuję wrócić przed zmrokiem. A jeśli nie, będę o tobie pamiętał. Mogę zapomnieć twoją twarz, ale zapamiętam ręce. To była przyjemna kąpiel.

Uśmiechnęła się groteskową imitacją prawdziwego uśmiechu. Hooch nie mógł zrozumieć, dlaczego Czerwoni już dawno nie wymarli, skoro ich squaw są takie brzydkie. Ale jeśli człowiek przymknie oczy, squaw zupełnie wystarczy, póki się nie wróci do normalnych kobiet.

Harrison zbudował nie tylko nową rezydencję. Dodał też spory kawałek palisady, tak że fort urósł prawie dwukrotnie. A wzdłuż całej palisady biegł solidny pomost. Harrison był gotów do wojny. Hooch zaniepokoił się nie na żarty. W czasie wojny handel whisky nie szedł zbyt dobrze. Czerwoni, którzy walczyli w bitwach, nie byli tymi, którzy pili alkohol. Hooch tak często widywał ten drugi ich rodzaj, że prawie zapomniał o istnieniu pierwszego. Zauważył też działo. Nie – dwa działa. Stanowczo wyglądało to groźnie.

Harrison nie urządził sobie biura w rezydencji. Mieściło się w innym, całkiem nowym budynku sztabowym. Gabinet Harrisona zajmował południowo-zachodni róg, gdzie jest najwięcej światła. Hooch zauważył, że – oprócz zwykłego oddziału żołnierzy na warcie i grupy zajętych papierami oficerów – w budynku sztabu siedzi albo leży kilku Czerwonych. To oswojeni Czerwoni Harrisona – zawsze trzymał paru pod ręką.

Tyle że było ich tu więcej niż zwykle, a Hooch rozpoznał tylko Lollę-Wossiky. Ten jednooki Shaw-Nee był najbardziej zapitym Czerwonym, który jeszcze nie umarł. Nawet inni Czerwoni nabijali się z niego, takim był pijakiem. Prawdziwa szmata.

Najzabawniejsze, że to Harrison osobiście zastrzelił ojca Lolli-Wossiky – jakieś piętnaście lat temu, kiedy Lolla-Wossiky był całkiem mały, stał obok i patrzył. Harrison opowiadał o tym czasem przy Lolli-Wossiky, a jednooki pijak tylko kiwał głową, śmiał się, szczerzył zęby i zachowywał tak, jakby nie miał krzty rozumu ani ludzkiej godności. Hooch w życiu nie widział gorszego, obrzydliwszego Czerwonego. Nie obchodziła go nawet zemsta za śmierć ojca, byle tylko dostać swoją whisky. Nie, Hooch wcale się nie zdziwił, że Lolla-Wossiky leży na podłodze przed gabinetem Harrisona, tak że za każdym razem otwierane drzwi walą go prosto w tyłek. Niesamowite, ale nawet teraz, kiedy od czterech miesięcy nikt nie dowoził do Carthage City whisky, Lolla-Wossiky potrafił się jakoś zaprawić. Zobaczył wchodzącego Hoocha, uniósł się na łokciu, pomachał ręką i bez słowa zwalił się na podłogę. Chustka zsunęła mu się z głowy, odsłaniając pusty oczodół z zapadniętą powieką. Hooch miał uczucie, że to puste oko go obserwuje. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił Lolli-Wossiky. Harrison chętnie trzymał przy sobie takie nędzne kreatury – prawem kontrastu lepiej się prezentował we własnych oczach, zgadywał Hooch. Ale Hooch nie lubił patrzyć na takich godnych pogardy przedstawicieli rodu ludzkiego. Dlaczego Lolla-Wossiky jeszcze nie umarł?

Oderwał wzrok od pijanego jednookiego Czerwonego i miał właśnie otworzyć drzwi do gabinetu Harrisona, gdy spojrzał w oczy innego człowieka. Śmieszne: przez moment miał wrażenie, że to znów Lolla-Wossiky… Tak byli podobni. Tylko że to był Lolla-Wossiky z dwoma oczami i wcale nie pijany, o nie. Ten Czerwony musiał mieć jakieś sześć stóp od pięt po skalp, kiedy tak opierał się o ścianę; na wygolonej głowie pozostał jeden kosmyk włosów; nosił czyste ubranie. Stał prosto, jak żołnierz na baczność, i nawet nie spojrzał na Hoocha. Wpatrywał się w przestrzeń. A jednak Hooch wiedział, że chociaż ten chłopak na nic nie patrzy, widzi wszystko. Już bardzo dawno nie spotkał Czerwonego, który by tak wyglądał: taki zimny i opanowany.

Niebezpieczny, niebezpieczny… Czyżby Harrison stawał się nieostrożny? Skoro do własnego sztabu wpuszczał Czerwonego z takimi oczami? Z królewską postawą i rękami tak silnymi, że potrafiłyby chyba napiąć łuk z pnia sześcioletniego dębu? Lolla-Wossiky był obrzydliwy aż do mdłości. A ten Czerwony, taki do niego podobny, był jego przeciwieństwem. I zamiast budzić mdłości, rozwścieczył Hoocha. Jak śmie zachowywać się tak dumnie i wyzywająco, jakby myślał, że jest wart tyle samo, co Biały? Nie, więcej: jakby sądził, że jest lepszy. Tak właśnie wyglądał.

I wtedy Hooch uświadomił sobie, że stoi z ręką na gałce drzwi i gapi się na Czerwonego. Czyżby tak długo się nie ruszał? Nie powinien okazywać, jak bardzo zaniepokoił go ten dzikus.

Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Ale nie mówił o Czerwonych, o nie, to na nic. Po co Harrison ma wiedzieć, że jeden dumny Shaw-Nee przestraszył i rozzłościł Hoocha? Bo oto za wielkim biurkiem, niczym Bóg na swym tronie, siedział sam gubernator Bill. Hooch zrozumiał, że wiele się tu zmieniło. Nie tylko to, że fort urósł – urosła też próżność Billa Harrisona. A jeśli Hooch ma zarobić tyle, ile się spodziewał po tej wyprawie, musi się postarać, żeby gubernator Bill zszedł o szczebel czy dwa niżej. Wtedy będą rozmawiać jak równy z równym, nie jak gubernator i handlarz.

– Widziałem twoje działa – oznajmił Hooch, nie mówiąc nawet „dzień dobry”. – Po co ta artyleria: na Francuzów z Detroit, Hiszpanów z Florydy czy na Czerwonych?

– Nieważne, kto kupuje skalpy, i tak zawsze chodzi o Czerwonych – odparł Harrison. – Ale siadaj, Hooch, odpocznij. Kiedy drzwi są zamknięte, nie musimy dbać o te ceremonie.

O tak, gubernator Bill, jak każdy polityk, lubił takie gierki. Przekonać człowieka, że robi mu łaskę, pozwalając siedzieć w swoim towarzystwie, pochlebić mu, żeby czuł się jak prawdziwy kumpel, a potem obrobić kieszenie. No cóż, pomyślał Hooch, ja też znam parę zagrywek, jeszcze zobaczymy, czyje będzie na wierzchu.

Usiadł i oparł nogi o biurko gubernatora. Wyjął kawałek tytoniu i wsunął sobie pod policzek. Zauważył, że Bill drgnął lekko. Pewny znak, że żona zmusiła go do zerwania z męskimi nałogami.

– Poczęstujesz się? – zapytał Hooch.

Minęła dobra minuta, zanim Harrison przyznał, że nie chce.

– Rzuciłem to – wyznał z żalem.

A zatem Harrison nadal tęsknił za kawalerskim życiem. Hooch ucieszył się. Zawsze to jakiś punkt zaczepienia i będzie można wyprowadzić gubernatora z równowagi.

– Słyszałem, że sprowadziłeś sobie z Manhattanu białą szkandelę do łóżka.

Udało się – Harrison poczerwieniał.

– Ożeniłem się z damą z Nowego Amsterdamu – oznajmił.

Głos miał spokojny i lodowaty, co na Hoochu nie zrobiło wrażenia, gdyż właśnie to chciał osiągnąć.

– Żona! – zawołał. – A niech mnie! Przepraszam, gubernatorze, ale słyszałem co innego. Musisz mi wybaczyć, ale wiem tyle, ile ludzie powiedzą.

– Ludzie?

– Nie, naprawdę się nie przejmuj. Wiesz, jak plotkują żołnierze. Wstyd mi, że w ogóle ich słuchałem. No cóż, pamięć pierwszej żony przez tyle lat była dla ciebie święta… Gdybym rzeczywiście był ci przyjacielem, odgadłbym, że kobieta, którą wprowadzisz do swojego domu, będzie damą i prawnie poślubioną małżonką.

– Chcę tylko wiedzieć – oświadczył Harrison – kto ci powiedział, że jest kimś innym?

– Nie, Bill. To tylko żołnierskie gadanie. Nie chcę, żeby ktoś miał przeze mnie kłopoty tylko dlatego, że nie umie trzymać języka za zębami. Na miłość boską, właśnie przywiozłem transport. Nie będziesz miał do nich pretensji o to, co mówią, kiedy myślą tylko o whisky. Nie, poczęstuj się tytoniem i pamiętaj, że twoi chłopcy przepadają za tobą.

Harrison nabrał tytoniu z podsuniętego kapciucha i wsunął sobie do ust.

– Wiem, Hooch. Wcale się nimi nie przejmuję.

Ale Hooch wiedział, że Harrison się przejmuje. Był tak wściekły, że plując, nie wcelował do spluwaczki. Spluwaczki, jak zauważył Hooch, lśniącej czystością. Czyżby oprócz Hoocha nikt tutaj nie pluł?

– Cywilizujesz się – stwierdził Hooch. – Jeszcze trochę, a będziesz miał koronkowe firanki.

– Mam je – oświadczył zimno Harrison. – W domu.

– I małe porcelanowe nocniki?

– Hooch, masz umysł węża i gębę wieprza.

– Dlatego tak mnie lubisz, Bill. Bo sam masz umysł wieprza i gębę węża.

– I nie zapominaj o tym – rzucił Harrison. – Pamiętaj, że potrafię ukąsić, ukąsić mocno i jadowicie. Pamiętaj, zanim znowu zaczniesz te swoje gierki.

– Gierki? – wykrzyknął oburzony Hooch. – O co ty mnie oskarżasz, Billu Harrisonie?

– Oskarżam cię, że whisky nie docierała do nas przez cztery miesiące. Musiałem powiesić trzech Czerwonych, którzy włamali się do wojskowych magazynów. Nawet moi żołnierze nie wytrzymywali.

– Ja? Dostarczyłem whisky najszybciej jak mogłem.

Harrison uśmiechnął się tylko.

Na twarzy Hoocha zagościł wyraz bolesnej obrazy – była to jedna z jego najlepszych min, w dodatku częściowo szczera. Gdyby ktoś z handlarzy whisky miał choć szczyptę rozumu, mimo wszelkich wysiłków Hoocha znalazłby drogę w dół rzeki. To przecież nie wina Hoocha, że jest najsprytniejszym, najzłoś­liwszym, najwredniejszym i najbardziej chytrym śmierdzielem w tym fachu – i tak niezbyt czystym i niezbyt uczciwym.

Wyraz urażonej niewinności na twarzy Hoocha trwał dłużej niż uśmiech Harrisona. Handlarz domyślał się, że tak będzie.

– Posłuchaj, Hooch – zaczął Harrison.

– Może lepiej zwracaj się do mnie: pan Ulysses Palmer. Tylko przyjaciele wołają do mnie Hooch.

Ale Harrison nie złapał przynęty i nie zaczął zapewniać o swojej niegasnącej przyjaźni.

– Proszę posłuchać, panie Palmer – powiedział. – Obaj wiemy, że nie ma to nic wspólnego z przyjaźnią. Pan chce być bogaty, a ja chcę zostać gubernatorem prawdziwego stanu. Potrzebuję whisky, żeby zostać gubernatorem, pan potrzebuje mojej ochrony, żeby zdobyć majątek. Ale tym razem posunął się pan za daleko. Rozumiemy się? Może pan sobie utrzymywać ten monopol, to mnie nie obchodzi. Ale jeśli nie zapewni mi pan stałych dostaw, znajdę je gdzie indziej.

– Spokojnie, gubernatorze. Rozumiem, że mógł się pan zaniepokoić. Chętnie ureguluję te sprawy. Co by pan powiedział na sześć beczułek najlepszej whisky tylko dla siebie…

Ale Harrison nie był w nastroju do przyjmowania łapówek.

– Zapomina pan, panie Palmer, że jeśli zechcę, będę miał całą pańską whisky.

Tak, Harrison potrafił być brutalny. Ale Hooch także, choć z zasady mówił takie rzeczy z uśmiechem.

– Panie gubernatorze, może pan zabrać moją whisky raz. Ale jaki handlarz zechce potem robić z panem interesy?

Harrison śmiał się, długo się śmiał.

– Każdy handlarz. Każdy, i ty wiesz o tym dobrze, Hoochu Palmerze.

Hooch wiedział, kiedy przegrywa. Roześmiał się także.

Ktoś zastukał do drzwi.

– Wejść! – krzyknął Harrison.

Równocześnie skinął Hoochowi, żeby nie wstawał z fotela. W progu stanął żołnierz. Zasalutował.

– Pan Andrew Jackson chce się z panem widzieć, sir – zameldował. – Twierdzi, że przybywa z Tennizy.

– Czekam na niego od paru dni – odparł Harrison. – Ale jestem zachwycony. Nie mógł mi sprawić większej radości, wprowadź go natychmiast.

Andrew Jackson. To pewnie ten adwokat, którego nazywają Hickory. Za dawnych czasów, kiedy Hooch działał w Tennizy, Hickory Jackson był prawdziwym chłopakiem z pogranicza: zabił człowieka w pojedynku, wiele szczęk spotkało się z jego pięścią, znany był z tego, że dotrzymuje słowa. I powiadano, że zawarł nielegalny ślub ze swoją żoną – w przeszłości miała ona innego męża, który ponoć jeszcze nie umarł. Taka jest różnica między Hickorym a Hoochem: Hooch już dawno by się upewnił, czy tamten jest martwy i pogrzebany. Dlatego Hooch poczuł lekkie zdziwienie. Czyżby Jackson urósł tak bardzo, że interesy doprowadziły go z Tennizy aż do Carthage City?

Nie był za to zdziwiony, kiedy Jackson przekroczył próg wyprostowany jak struna, z płomiennym wzrokiem. Przeszedł przez pokój i podał rękę gubernatorowi Harrisonowi. Nazywał go „panem” Harrisonem. To znaczy, że albo jest głupi, albo jeszcze nie pojął, że potrzebuje Harrisona nie mniej niż Harrison jego.

– Trzyma pan tutaj zbyt wielu Czerwonych – oznajmił. – Ten jednooki pijak pod drzwiami wystarczy, żeby człowiekowi zrobiło się niedobrze.

– No cóż – odparł Harrison. – Traktuję go jako coś w rodzaju domowego zwierzęcia. Mój własny domowy Czerwony.

– Lolla-Wossiky – podpowiedział uprzejmie Hooch.

A właściwie niezbyt uprzejmie. Nie spodobało mu się, że Jackson go ignoruje, a Harrison nie uważa za stosowne go przedstawić.

Jackson spojrzał na niego.

– Co pan powiedział?

– Lolla-Wossiky – powtórzył Hooch.

– Tak ma na imię ten jednooki Czerwony – wyjaśnił Harrison.

Jackson przyglądał się lodowato Hoochowi.

– Imię konia jest mi potrzebne tylko wtedy, kiedy zamierzam go dosiąść – stwierdził.

– Nazywam się Hooch Palmer. – Hooch wyciągnął rękę.

Jackson nie podał swojej.

– Nazywa się pan Ulysses Brock – oświadczył. – Ma pan ponad dziesięć funtów niespłaconych długów w Nashville. Ponieważ Appalachee przyjęło walutę Stanów Zjednoczonych, jest pan winien dwieście dwadzieścia dolarów w złocie. Wykupiłem ten dług, i tak się składa, że mam przy sobie odpowiednie papiery. Słyszałem bowiem, że handluje pan whisky w tych okolicach. Myślę więc, że każę pana aresztować.

Hoochowi nigdy by nie przyszło do głowy, że Jackson ma taką pamięć ani że jest takim draniem, co wykupuje weksle innych ludzi. Zwłaszcza weksle sprzed siedmiu lat, o których on sam już prawie zapomniał. Ale rzeczywiście, Jackson wyjął z kieszeni płaszcza nakaz i położył na biurku Harrisona.

– Wdzięczny jestem, że zatrzymał pan już tego człowieka, zanim przybyłem – mówił dalej Jackson. – Z zadowoleniem muszę pana poinformować, że według prawa Appalachee oficer dokonujący aresztowania ma prawo do dziesięciu procent odzyskanych funduszy.

Harrison rozparł się w fotelu i wyszczerzył zęby.

– Może usiądziesz, Hooch, i przedstawisz się. A może nie trzeba, skoro ten oto pan Jackson zna cię chyba o wiele lepiej niż ja.

– Znam Ulyssesa Brocka, to prawda. Należy do takich śmierdzieli, jakich musieliśmy usunąć, zanim mogliśmy nazywać Tennizy krajem cywilizowanym. Spodziewam się, że i wy pozbędziecie się ich szybko… jeśli chcecie włączyć Wobbish do Stanów Zjednoczonych.

– Zbyt wiele pan zakłada – wtrącił Harrison. – Możemy próbować działać niezależnie.

– Skoro Appalachee nie zdołało zaistnieć samodzielnie, choć prezydentem był tam Tom Jefferson, moim zdaniem wam też nie pójdzie lepiej.

– To możliwe – przyznał Harrison. – A może powinniśmy uczynić coś, na co Tomowi Jeffersonowi zabrakło odwagi. I może potrzebni są nam tacy ludzie jak Hooch.

– Potrzebni są wam żołnierze – odparł Jackson. – Nie handlarze whisky.

Harrison pokręcił głową.

– Zmusza mnie pan, żeby przejść do sedna, panie Jackson. Rozumiem, dlaczego ludzie z Tennizy właśnie pana wysłali na spotkanie ze mną. Przejdźmy więc do sedna. Mamy tutaj takie same kłopoty jak wy, a kłopoty te można określić jednym słowem: Czerwoni.

– Dlatego jestem zdumiony, że pozwala pan tym pijanym dzikusom przebywać we własnym sztabie. To przecież jasne jak słońce, że ich miejsce jest na zachód od Mizzipy. Póki ich tam nie zepchniemy, nie będziemy mieli pokoju ani cywilizacji. Niestety, Appalachee i Stany Zjednoczone są przekonane, że Czerwonych należy traktować jak istoty ludzkie. Musimy zatem rozwiązać ten problem, zanim wejdziemy do Unii. To proste.

– Widzi pan?! – zawołał Harrison. – Całkowicie się ze sobą zgadzamy.

– Dlaczego w takim razie w pańskim sztabie jest tylu Czerwonych, co na ulicy Niepodległości w Waszyngtonie? Mają tam ludzi z Cherriky, którzy pracują jako urzędnicy, a nawet zajmują stanowiska rządowe w Appalachee, w samej stolicy. Te stanowiska należą się Białym. A potem zjawiam się tutaj i widzę, że pan też trzyma Czerwonych.

– Spokojnie, panie Jackson. Czy sam król nie trzyma w pałacu swoich Czarnych?

– Jego Czarni to niewolnicy. Wszyscy wiedzą, że nie można zrobić niewolnika z Czerwonego. Mają za mało inteligencji, żeby ich szkolić.

– Niech pan usiądzie, panie Jackson, a ja spróbuję jak najlepiej wytłumaczyć, o co mi chodzi. W tym celu zaprezentuję panu dwa znakomite egzemplarze Shaw-Nee. Proszę siadać.

Jackson przesunął krzesło na drugi koniec pokoju, jak najdalej od Hoocha. Zachowywał się tak, że Hoocha aż brzuch rozbolał. Tacy ludzie jak Jackson wydają się szczerzy i uczciwi. Ale Hooch wiedział, że nie ma czegoś takiego jak uczciwy człowiek. Jest tylko człowiek, którego jeszcze nikt nie kupił, który nie wpadł w dostatecznie poważne kłopoty albo nie ma dość odwagi, by wziąć to, czego pragnie. Doświadczenie życiowe nauczyło Hoocha, że do tego sprowadza się cnota. Ale oto zjawia się Jackson, nadyma się i żąda od Billa Harrisona, żeby jego, Hoocha, aresztował. Pomyśleć tylko! Ten przybłęda z Tennizy przyjeżdża tutaj i wymachuje nakazem wystawionym przez jakiegoś sędziego z Appalachee. Dokument ma w Wobbish taką wagę, jakby wystawił go król Etiopii. No cóż, panie Jackson, zawędrował pan daleko od domu. Zobaczymy, czy w drodze powrotnej nie spotka pana jakiś wypadek.

Nie, nie, nie, pomyślał Hooch. Takie wyrównywanie rachunków do niczego w tym świecie nie prowadzi. Człowiek tylko na tym traci. Najlepsza zemsta to wzbogacić się i zmusić ich wszystkich, żeby mówili do niego „szanowny panie”. Tak wyrównuje się rachunki z tymi ludźmi. Żadnego zabijania. Jeśli zaczną krążyć o tobie plotki, Hoochu Palmerze, będziesz skończony.

Dlatego Hooch uśmiechał się tylko, kiedy Harrison wezwał adiutanta.

– Może zaprosisz tu Lollę-Wossiky? A przy okazji powiedz jego bratu, że też może wejść.

Brat Lolli-Wossiky… To pewnie ten zuchwały Czerwony, który stał pod ścianą. Zabawne, jak bardzo mogą się różnić dwa groszki z tego samego strąka.

Lolla-Wossiky wszedł z pokornym uśmiechem. Spoglądał po kolei na białych ludzi, zastanawiając się, czego chcą i jak może ich zadowolić, żeby wynagrodzili go whisky. Całym sobą pokazywał, jak bardzo jest spragniony; a przecież był już tak pijany, że nie potrafił prosto chodzić. A może wypił już tyle, że nie potrafił chodzić prosto nawet na trzeźwo? Hooch zastanowił się nad tym, ale wkrótce poznał odpowiedź. Harrison sięgnął do biurka, wyjął karafkę i szklaneczkę. Lolla-Wossiky obserwował czujnie, jak brunatny płyn leje się do naczynia; jedyne oko wpatrywało się w nie z takim natężeniem, jakby dzikus potrafił samym wzrokiem smakować alkohol. Nie zrobił jednak ani kroku w stronę Harrisona. Gubernator postawił szklaneczkę na stole niedaleko Czerwonego, ale tamten nadal stał na miejscu. Z uśmiechem spoglądał to na alkohol, to na Harrisona. I czekał… czekał…

Harrison zwrócił się do Jacksona.

– Lolla-Wossiky to chyba najbardziej cywilizowany Czerwony w całym Wobbish. Nigdy nie bierze tego, co do niego nie należy. Nie odzywa się niepytany. Jest posłuszny i robi to, co mu powiem. W zamian chce tylko kieliszka. To nie musi być nawet dobry trunek: całkiem mu wystarcza kukurydziana whisky albo marny hiszpański rum. Prawda, Lolla-Wossiky?

– Prawda, panie ekscelencjo – potwierdził Lolla-Wossiky.

Jak na Czerwonego miał zdumiewająco czystą wymowę. Zwłaszcza jak na pijanego Czerwonego.

Hooch widział, że Jackson z niesmakiem przygląda się jednookiemu dzikusowi. Po chwili prawnik z Tennizy zerknął w stronę drzwi. W progu stanął wysoki, silny, bezczelny Czerwony. Hooch z satysfakcją obserwował twarz Jacksona. Wyraz niesmaku na tej twarzy zmienił się w gniew. Gniew i… otóż to, strach. Tak, panie Jackson, nie jest pan nieustraszony. Wie pan, kim jest brat Lolli-Wossiky. To pański wróg i mój wróg, wróg każdego białego człowieka, który chciałby posiąść tę ziemię. Ponieważ ten arogancki Czerwony wbije panu w głowę swój tommy-hawk, a potem zdejmie skalp, powolutku. I nie sprzeda go żadnym Francuzom, panie Jackson. Zatrzyma go, przekaże dzieciom i powie: „Oto jedyny dobry Biały. Oto jedyny Biały, który nie łamie danego słowa. Tak należy postępować z Białymi”. Hooch to wiedział, Harrison to wiedział i Jackson to wiedział. Ten młody byczek na progu to śmierć. To przez takich młodych byczków Biali muszą się trzymać wschodniej strony gór, stłoczeni w miastach razem ze swoimi prawnikami, profesorami i ludźmi z wyższych sfer, którzy nigdy nie dadzą człowiekowi swobodnie odetchnąć. Szczerze mówiąc, z takimi właśnie ludźmi jak Jackson. Hooch parsknął śmiechem: Jackson to właśnie tego rodzaju typ. Inni wędrują na zachód, byle tylko od takich uciec. Jak daleko na zachód muszę odjechać, żeby prawnicy zgubili mój ślad?

– Widzę, że zauważył pan Ta-Kumsawa, starszego brata Lolli-Wossiky i mojego drogiego przyjaciela. Znałem tego chłopca, zanim jeszcze zginął jego ojciec. Niech pan spojrzy, na jakiego byczka wyrósł od tego czasu.

Jeśli nawet Ta-Kumsaw pojął, że drwią z niego, nie dał tego po sobie poznać. Nie zwracał uwagi na nikogo z obecnych, patrzył w okno na ścianie za gubernatorem. Hoocha jednak nie oszukał. Hooch wiedział, że Ta-Kumsaw widzi, i domyślał się, co w tej chwili czuje. Ci Czerwoni bardzo poważnie traktują rodzinę. Ta-Kumsaw dyskretnie przyglądał się Lolli-Wossiky, a jeśli Lolla-Wossiky był zbyt pijany, by odczuwać wstyd, Ta-Kumsaw odczuwał go za dwóch.

– Ta-Kumsaw – zwrócił się do niego Harrison. – Jak widzisz, nalałem ci szklaneczkę. Usiądź, wypij, i możemy porozmawiać.

Lolla-Wossiky zesztywniał. Czy to możliwe, że trunek nie był przeznaczony dla niego? Za to Ta-Kumsaw nie drgnął nawet – jakby nie usłyszał ani słowa.

– Widzi pan? – zapytał Jacksona Harrison. – Ta-Kumsaw nie jest dostatecznie ucywilizowany, żeby usiąść i wypić tradycyjnego drinka z przyjaciółmi. Za to jego młodszy brat jest cywilizowany. Prawda, Lolly? Przykro mi, ale nie mam dla ciebie krzesła, przyjacielu. Ale możesz usiąść na podłodze pod moim biurkiem, dokładnie u moich stóp, i wypić ten rum.

– Jest pan niezwykle łaskawy – rzekł Lolla-Wossiky tym swoim czystym, wyraźnym głosem.

Ku zdumieniu Hoocha, Czerwony nie rzucił się do alkoholu. Podszedł bardzo ostrożnie, każdy jego krok był studium precyzji. Ujął szklaneczkę w lekko tylko drżące dłonie, potem uklęknął przed biurkiem Harrisona i balansując naczyniem, usiadł, skrzyżowawszy nogi.

Siedział jednak przed biurkiem, a nie pod nim. Harrison zwrócił mu na to uwagę.

– Chciałbym, żebyś usiadł pod biurkiem – powiedział. – Uznam to za wielką uprzejmość z twojej strony.

Lolla-Wossiky pochylił się więc niemal do kolan i na samych pośladkach wsunął pod blat. Niełatwo mu było pić w tej pozycji, bo nie mógł nawet wyprostować głowy, a co dopiero odchylić jej do tyłu. Dokonał tego jednak, kołysząc się z boku na bok.

Przez cały ten czas Ta-Kumsaw nie wypowiedział ani jednego słowa. Nie okazał nawet, że widzi, jak poniżają jego brata. Boże święty, pomyślał Hooch, jakiż ogień płonie teraz w sercu tego chłopaka. Harrison poważnie ryzykuje. Poza tym jeśli Ta-Kumsaw jest bratem Lolli-Wossiky, musi wiedzieć, że Harrison zabił ich ojca – w latach dziewięćdziesiątych, kiedy generał Wayne walczył z Francuzami. Człowiek nie zapomina takich rzeczy. Zwłaszcza Czerwony. A teraz Harrison sprawdza jego odporność, i to do samej granicy wytrzymałości.

– Teraz, kiedy wszyscy już zajęliśmy miejsca – powiedział Harrison – może usiądziesz, Ta-Kumsaw, i wyjaśnisz, co cię do nas sprowadza.

Ta-Kumsaw nie usiadł. Nie zamknął drzwi. Nie wszedł nawet za próg pokoju.

– Ja mówić od Shaw-Nee, Caska-Skeeaw, Pee-Orawa, Winny-Baygo.

– Spokojnie, Ta-Kumsaw. Wiesz, że nie przemawiasz nawet w imieniu wszystkich Shaw-Nee, a już z pewnością nie w imieniu pozostałych.

– Wszystkich plemion, które podpisać traktat generała Wayne’a – mówił dalej Ta-Kumsaw, jakby Harrison wcale się nie odzywał. – Traktat mówi, że Biali nie sprzedawać whisky Czerwonym.

– Zgadza się – przyznał Harrison. – I dotrzymujemy tego traktatu.

Ta-Kumsaw nie spojrzał na Hoocha, ale wyciągnął rękę w jego stronę. Hooch miał wrażenie, że naprawdę dotknął go palcem. Tym razem nie zezłościł się, lecz był zwyczajnie przerażony. Podobno niektórzy Czerwoni znają przywołania tak silne, że żaden heks człowieka nie ochroni. Zwabią go samego do lasu, a potem nożami potną na kawałki, żeby sobie posłuchać, jak wrzeszczy. O tym właśnie pomyślał, kiedy poczuł, że Ta-Kumsaw wskazuje na niego z nienawiścią.

– Dlaczego wskazujesz na mojego starego przyjaciela, Hoo­cha Palmera? – zapytał Harrison.

– Widzę, że dzisiaj jakoś nikt mnie nie lubi – roześmiał się Hooch. Lecz śmiech nie rozproszył lęku.

– On przywieźć łódź pełną whisky – oświadczył Ta-Kumsaw.

– Przywiózł wiele rzeczy – stwierdził Harrison. – Jeżeli również whisky, zostanie dostarczona do markietana w forcie. Możesz być pewien, że Czerwonym nie sprzedamy ani kropli. Dotrzymujemy traktatu, chociaż wam nie idzie to ostatnio najlepiej. Doszło do tego, przyjacielu, że łodzie nie mogą już samotnie pływać po Hio. Uważam, że jeśli to się nie zmieni, armia zostanie zmuszona do podjęcia jakiejś akcji.

– Spalić wieś? – zapytał Ta-Kumsaw. – Wystrzelać nasze dzieci? Naszych starców? Nasze kobiety?

– Skąd ci to przyszło do głowy? – Harrison mówił oburzonym tonem, Hooch jednak wiedział, że Ta-Kumsaw opisał typową operację wojskową.

– Czerwoni palą bezbronnych farmerów w ich chatach i pionierów na łodziach, prawda? – spytał. – Dlaczego więc uważacie, że wasze wsie powinny być bezpieczne? Wytłumacz mi to.

Ta-Kumsaw wciąż na niego nie patrzył.

– Angielskie prawo mówić: zabić człowieka, który kraść twoja ziemia, nie jest złem. Zabić człowieka, żeby jemu ukraść ziemia, jest bardzo źle. Kiedy my zabijać biali farmerzy, my nie być źli. Kiedy wy zabijać czerwonych ludzi, którzy żyć tutaj tysiące lat, wy być bardzo źli. Traktat mówić: wy zostać na wschód rzeki My-Ammy, ale oni nie zostawać, a ty im pomagać.

– Pan Palmer niewłaściwie to ujął – rzekł Harrison. – Cokolwiek wy, dzicy, robicie naszym ludziom: torturujecie mężczyzn, gwałcicie kobiety, porywacie dzieci w niewolę, my nie prowadzimy wojny z bezbronnymi. Jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i zachowujemy się w sposób cywilizowany.

– Ten człowiek sprzedawać whisky czerwonym ludziom. Przez niego oni leżeć w brudzie jak robaki. On dać whisky czerwonym kobietom. Przez niego one słabe jak krwawiące sarny i robić wszystko, co on chcieć.

– Gdyby próbował, aresztujemy go – zapewnił Harrison. – Osądzimy go i ukarzemy za naruszanie prawa.

– Kiedy on to zrobić, ty go nie karać. Ty dzielić się z nim futrami. Ty go ochraniać.

– Nie nazywaj mnie kłamcą – zaprotestował Harrison.

– To ty nie kłamać – odpowiedział Ta-Kumsaw.

– Jeżeli będziesz się tak odzywał do Białych, Ta-Kumsaw, drogi chłopcze, któryś może naprawdę się rozzłościć i rozwalić ci głowę.

– Ja wiedzieć, że wtedy ty aresztować go i ukarać za łamanie prawa.

Ta-Kumsaw powiedział to bez uśmiechu, ale Hooch dostatecznie długo handlował z Czerwonymi, żeby rozpoznać ich poczucie humoru.

Harrison z powagą skinął głową. Hoochowi przyszło na myśl, iż Harrison nie zrozumiał, że to tylko żart. Mógł sądzić, że Ta-Kumsaw naprawdę w to wierzy. Ale nie: Harrison wiedział, że on i Ta-Kumsaw okłamują się nawzajem. Hooch pomyślał, że kiedy obie strony kłamią i wiedzą o kłamstwach rozmówcy, to prawie tak, jakby mówili prawdę.

Najzabawniejsze, że ten prawnik z Tennezy na poważnie uwierzył w te bzdury.

– To prawda – oznajmił. – Przestrzeganie prawa odróżnia ludzi cywilizowanych od dzikusów. Czerwoni nie są jeszcze wystarczająco rozwinięci. Jeśli nie chcecie stosować się do praw Białych, musicie ustąpić.

Po raz pierwszy Ta-Kumsaw spojrzał któremuś z nich prosto w oczy. Zimno obserwował Jacksona.

– Ci dwaj to kłamcy – powiedział. – Oni znać prawdę, ale mówić nieprawdę. Ty nie być kłamcą. Ty wierzyć w to, co mówić.

Jackson z powagą pokiwał głową. Minę miał tak próżną, zarozumiałą i pobożną, że Hooch nie wytrzymał. Podgrzał siedzenie krzesła Jacksona – tylko trochę, tyle, żeby tamten musiał przesunąć tyłek. To usunęło kilka warstw godności. Ale Jackson wciąż był nadęty.

– Wierzę w to, co mówię, ponieważ mówię prawdę.

– Ty mówić to, w co wierzyć. Ale to ciągle nie być prawda. Jakie być twoje imię?

– Andrew Jackson.

Ta-Kumsaw skinął głową.

– Hickory.

Jackson był wyraźnie zaskoczony i zadowolony, że Ta-Kumsaw o nim słyszał.

– Niektórzy tak mnie nazywają.

Hooch jeszcze trochę podgrzał jego krzesło.

– Niebieska Kurtka mówić: Hickory dobry człowiek.

Jackson nie miał pojęcia, dlaczego tak mu się źle siedzi. W końcu nie mógł już wytrzymać. Zerwał się i zaczął spacerować. Przy każdym kroku jakby lekko potrząsał nogami, żeby je ochłodzić. Ale nadal przemawiał z godnością.

– Cieszę się, że Niebieska Kurtka tak sądzi. Jest wodzem Shaw-Nee w Tennizy, prawda?

– Czasami – odparł Ta-Kumsaw.

– Co to znaczy „czasami”? – zdziwił się Harrison. – Albo jest wodzem, albo nie jest.

– Kiedy on mówić szczerze, wtedy być wodzem.

– No cóż, przyjemnie usłyszeć, że mi ufa – oświadczył Jackson.

Uśmiechał się trochę niepewnie, ponieważ Hooch właśnie podgrzewał podłogę pod jego stopami. Od tego Hickory nie ucieknie tak łatwo, chyba że potrafi latać. Zresztą Hooch nie zamierzał dręczyć go zbyt długo. Tylko do chwili, kiedy Jackson podskoczy parę razy, a potem wytłumaczy, czemu tańczy w obecności młodego wojownika Shaw-Nee i gubernatora Williama Henry’ego Harrisona.

Jednak zabawę Hoocha popsuł Lolla-Wossiky, który w tej właśnie chwili upadł do przodu i wytoczył się spod biurka. Na twarzy miał uśmiech idioty, i zamknięte oko.

– Niebieska Kurtka! – zawołał. Hooch zauważył, że po alkoholu zaczął wreszcie mówić bełkotliwie. – Hickory! – wrzasnął.

– Ty być moim wrogiem. – Ta-Kumsaw zignorował zachowanie brata.

– Mylisz się – zapewnił go Harrison. – Jestem twoim przyjacielem. Twój wróg mieszka na północy, w miasteczku Vigor Kościół. Twoim wrogiem jest ten renegat, Armor-of-God Weaver.

– Armor-of-God Weaver nie sprzedaje Czerwonym whisky.

– Ja też nie – zapewnił Harrison. – Ale on robi mapy całej krainy na zachód od Wobbish. Żeby podzielić ją na działki i sprzedać, kiedy zabije już wszystkich Czerwonych.

Ta-Kumsaw nie zwracał uwagi na próby Harrisona, by skierować jego gniew przeciwko rywalowi z północy.

– Ja przyjść cię ostrzec – powiedział.

– Mnie ostrzec? – powtórzył Harrison. – Ty, nędzny Shaw-Nee, który nikogo nie reprezentuje, ostrzegasz mnie, tutaj, w moim forcie, gdzie setka żołnierzy gotowa jest cię zastrzelić, jeśli powiem słowo?

– Ty przestrzegać traktatu.

– Przestrzegamy traktatu! To wy zawsze łamiecie umowy!

– Ty przestrzegać traktatu – powtórzył Ta-Kumsaw.

– Bo co? – wtrącił Jackson.

– Bo wszyscy Czerwoni na zachód od gór przyjść tu razem i porąbać was na kawałki.

Harrison odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Ta-Kumsaw przyglądał mu się z kamienną twarzą.

– Wszyscy Czerwoni, Ta-Kumsaw? Nawet ten tutaj, Lolly? Nawet mój domowy Shaw-Nee, oswojony Czerwony? Nawet on?

Po raz pierwszy Ta-Kumsaw spojrzał na chrapiącego na podłodze brata.

– Słońce wschodzić każdego dnia, biały człowieku – oświadczył. – Ale czy być oswojone? Deszcz zawsze spada. Czy być oswojony?

– Wybacz, Ta-Kumsaw, ale ten jednooki pijak jest równie pokorny, jak mój koń.

– O tak – zgodził się Ta-Kumsaw. – Ty założyć mu siodło. Ty założyć wędzidło. Ty wsiąść i jechać. Zobaczyć, gdzie cię powieźć ten domowy Czerwony. Nie tam, gdzie ty chcieć.

– Dokładnie tam, gdzie zechcę – stwierdził Harrison. – Nie zapominaj o tym. Twój brat jest zawsze w moim zasięgu. I jeśli, chłopcze, zachowasz się niewłaściwie, każę go aresztować jako twojego wspólnika i powieszę wysoko.

Ta-Kumsaw uśmiechnął się lekko.

– Ty tak myśleć. Lolla-Wossiky tak myśleć. Ale zanim ty go dotknąć, on nauczyć się patrzyć swoim drugim okiem.

Ta-Kumsaw odwrócił się i wyszedł. Spokojnie, płynnie, pewnie, bez gniewu. Nawet nie zamknął za sobą drzwi. Poruszał się z gracją, niby dzikie zwierzę… groźne zwierzę. Dawno temu, kiedy Hooch był w górach, widział pumę. Taki właśnie był Ta-Kumsaw – drapieżny kot.

Adiutant Harrisona zamknął drzwi.

Gubernator z uśmiechem zwrócił się do Jacksona.

– Widzi pan?

– A co powinienem widzieć, panie Harrison?

– Czy mam to panu przeliterować, panie Jackson?

– Jestem prawnikiem. Lubię, kiedy mi się wszystko przeliteruje. Jeśli potrafi pan literować.

– Ja nie potrafię nawet czytać – oznajmił grzecznie Hooch.

– I nie potrafisz trzymać gęby na kłódkę – burknął Harrison. – Dobrze, Jackson, wytłumaczę panu. Pan i pańscy chłopcy z Tennizy chcecie usunąć Czerwonych na wschodni brzeg Mizzipy. Powiedzmy, że wam się to uda. Co pan wtedy zrobi? Rozstawi nad rzeką żołnierzy, żeby dzień i noc trzymali straż? Tamci wrócą na nasz brzeg, kiedy tylko zechcą. Będą palić, rabować, torturować i zabijać.

– Nie jestem durniem – przypomniał Jackson. – Wiem, że niezbędna jest długa i ciężka wojna. Ale kiedy wypędzimy ich za rzekę, załamią się. A tacy ludzie jak ten Ta-Kumsaw zginą albo stracą wszelki autorytet.

– Tak pan sądzi? No cóż, podczas tej wielkiej wojny, o której pan łaskawie wspomniał, zginie też wielu białych chłopców, a przy nich także kobiet i dzieci. Ale ja mam lepszy pomysł. Ci Czerwoni ssą whisky, tak jak cielak ssie mleko z wymienia matki. Dwa lata temu tysiąc Pee-Ankashawów mieszkało na wschód od My-Ammy. Potem zaczęli się zaprawiać. Przestali pracować, przestali jeść i tak osłabli, że starła ich z powierzchni ziemi pierwsza lekka choroba, jaka tędy przeszła. Po prostu wymarli. Nie został ani jeden żywy Pee-Ankashaw. To samo zdarzyło się na północy z Chippy-Wa, tyle że tam załatwili ich francuscy handlarze. To w alkoholu najlepsze: zabija Czerwonych, a nie ginie przy tym ani jeden Biały.

Jackson wstał powoli.

– Kiedy wrócę do domu – oświadczył – będę musiał wykąpać się trzy razy. I nawet wtedy nie będę czysty.

Hooch przekonał się z zachwytem, że Harrison jest naprawdę wściekły: poderwał się i wrzasnął na Jacksona tak głoś­no, aż przez krzesło Hoocha przeszły drgania.

– Nie nadymaj się tak, ty hipokryto! Chcesz ich wszystkich zobaczyć martwych, dokładnie tak jak ja! Nie ma między nami żadnej różnicy!

Jackson zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na gubernatora z niesmakiem.

– Morderca, panie Harrison, truciciel nie potrafi może dostrzec różnicy między sobą a żołnierzem. Ale żołnierz ją widzi.

W przeciwieństwie do Ta-Kumsawa, Jackson zniżył się do trzaśnięcia drzwiami.

Harrison opadł na krzesło.

– Muszę powiedzieć, Hooch, że nie podoba mi się ten facet.

– Nie przejmuj się – pocieszył go Hooch. – On jest po twojej stronie.

Harrison uśmiechnął się lekko.

– Wiem. Kiedy dojdzie do wojny, wszyscy staniemy ramię w ramię… może z wyjątkiem tego wielbiciela Czerwonych z Vigor Kościoła.

– Nawet on. Kiedy wybuchnie wojna, Czerwoni nie będą robić różnicy między jednym a drugim Białym. Jego ludzie będą ginąć tak samo jak nasi. I wtedy Armor-of-God Weaver stanie do walki.

– Gdyby Jackson i Weaver lali w swoich Czerwonych whisky tak jak my, nie byłoby żadnej wojny.

Hooch wymierzył śliną do spluwaczki i prawie trafił.

– Ten Czerwony… ten Ta-Kumsaw…

– Co z nim? – zdziwił się Harrison.

– Martwi mnie.

– A mnie wcale. Mam jego brata zachlanego na podłodze. Ta-Kumsaw nic nie zrobi.

– Kiedy wskazał mnie palcem, czułem, że mnie dotyka przez cały pokój. Myślę, że ma dar przywołania. Albo dotyku. Uważam, że jest niebezpieczny.

– Nie wierzysz chyba w te przesądy, Hooch? Jesteś wykształconym człowiekiem. Myślałem, że takie brednie nie robią na tobie wrażenia.

– Robią. I na tobie też, Billu Harrisonie. Kiedy budowałeś palisadę, sprowadziłeś różdżkarza, żeby sprawdził, gdzie jest twardy grunt. A kiedy twoja pierwsza żona rodziła, ściągnąłeś żagiew, żeby sprawdzić, jak dzieci leżą jej w brzuchu.

– Ostrzegam cię – warknął Harrison. – Nie życzę sobie uwag na temat mojej żony.

– Której żony, Bill? Tej zimnej czy tej gorącej?

Harrison wyrzucił z siebie długi łańcuch przekleństw. Tak, Hooch był zachwycony. Trudno zaprzeczyć, że miał talent do podgrzewania. A o wiele zabawniej jest podgrzewać czyjś nastrój, ponieważ nie ma wtedy płomieni, jedynie masa pary i gorącego powietrza.

Pozwolił Harrisonowi wściekać się przez dłuższą chwilę. A potem z uśmiechem podniósł ręce, jakby się poddawał.

– Przecież wiesz, że nie myślałem nic złego, Bill. Nie mam pojęcia, dlaczego ostatnio zrobiłeś się taki delikatny. Obaj chyba wiemy, skąd się biorą dzieci, jak się tam dostają i jak wychodzą na świat. Twoje kobiety nie rodzą ich inaczej niż moje. A kiedy któraś leży już i krzyczy, ściągasz położną, która wie, jak rzucić na nią sen albo odegnać ból. A kiedy dziecko się spóźnia, sprowadzasz żagiew, żeby sprawdzić, jak jest ułożone. Dlatego wysłuchaj mnie uważnie, Billu Harrisonie. Ten Ta-Kumsaw ma jakiś dar, jakąś moc. Jest w nim więcej, niż się wydaje.

– Doprawdy, Hooch? Może jest, a może wcale nie. Ale powiedział, że zanim go dotknę, Lolla-Wossiky przejrzy na swoje drugie oko. Szybko udowodnię, że żaden z niego prorok.

– Skoro już mowa o tym jednookim, to zaczyna okropnie śmierdzieć.

Harrison przywołał adiutanta.

– Przyślijcie mi zaraz kaprala Withersa i czterech żołnierzy.

Hooch podziwiał wojskową dyscyplinę u Harrisona. Nie minęło nawet trzydzieści sekund, a wbiegli żołnierze. Kapral Withers zasalutował.

– Na rozkaz, panie generale.

– Trzech waszych ludzi zechce uprzejmie wynieść to zwierzę do stajni.

Kapral Withers natychmiast wyznaczył trójkę żołnierzy. Zatrzymał się tylko, by rzucić:

– Tak jest, panie generale.

Generał… Hooch uśmiechnął się. Wiedział, że Harrison uzyskał tylko patent pułkownika u generała Wayne’a podczas ostatniej wojny z Francuzami. I nawet wtedy nie liczył się w armii. Generał… Gubernator… Co za nadęty…

Ale Harrison znowu mówił coś do Withersa. Przyglądał się Hoochowi.

– Natomiast wy razem z szeregowym Dickeyem bądźcie łaskawi aresztować tego oto pana Palmera i zamknąć go.

– Aresztować?! – krzyknął Hooch. – Co ty wygadujesz?!

– Ma przy sobie broń, więc przeszukajcie go dokładnie – polecił Harrison. – Radzę rozebrać go przed odprowadzeniem do celi i zostawić rozebranego. Żeby się nie wyśliznął.

– Za co mnie zamykacie?!

– Jak to? Mamy nakaz aresztowania za niespłacone długi – oświadczył Harrison. – Zostałeś też oskarżony o sprzedaż whisky Czerwonym. Oczywiście musimy zająć wszystkie twoje ruchomości, zwłaszcza te podejrzane beczułki, które moi chłopcy przez cały dzień nosili do fortu. Jeżeli sprzedamy je za odpowiednią cenę, a uda się oczyścić cię z tych nieprzyjemnych zarzutów handlu alkoholem z Czerwonymi… no cóż, wtedy cię wypuścimy.

Po czym Harrison wyszedł z gabinetu. Hooch przeklinał, pluł i wygłaszał uwagi na temat żony i matki Harrisona. Jednak szeregowy Dickey mocno dzierżył muszkiet, a muszkiet miał przymocowany do lufy bagnet; dlatego Hooch poddał się rewizji i rozbieraniu. Było jeszcze gorzej, kiedy Withers poprowadził go przez fort, całkiem gołego, i nie dając nawet koca, zamknął w magazynie. W magazynie pełnym pustych beczułek z poprzedniego transportu whisky.

Dwa dni czekał tam na proces. Po raz pierwszy w życiu żądza mordu wypełniła mu serce. Miał wiele pomysłów, jak się zemścić – to pewne. Myślał o podpaleniu koronkowych firanek w domu Harrisona albo spaleniu szopy, gdzie trzymali whisky, o wywołaniu najróżniejszych pożarów. Bo co człowiekowi z bycia iskrą, jeśli nie może wyrównać rachunków z takimi, co udają przyjaciół, a potem zamykają w więzieniu?

Jednak niczego nie podpalił. Nie był durniem. Wiedział, że gdyby gdziekolwiek w forcie wybuchł pożar, w ciągu pół godziny mógłby ogarnąć wszystko, od końca do końca. A kiedy ludzie będą biegać i ratować swoje żony, dzieci, proch i whisky, mogą zapomnieć o pewnym handlarzu zamkniętym w magazynie. Hooch nie miał ochoty ginąć w ogniu przez siebie wywołanym – to żadna zemsta. Przyjdzie czas na pożary, jeśli pewnego dnia założą mu pętlę na szyję… Na razie nie zamierzał narażać się na spalenie z powodu takiej drobnostki.

Ale zasadniczym powodem, dla którego nie wzniecał pożarów, nie był strach, lecz zwykłe wyczucie interesu. Harrison chciał pokazać, że nie podoba mu się, jak Hooch opóźnia dostawy, żeby podnieść cenę. Harrison dawał do zrozumienia, że ma tu prawdziwą władzę, a Hooch tylko pieniądze. Dobrze, niech Harrison bawi się w mocnego człowieka. Hooch też wiedział o kilku sprawach. Wiedział, że pewnego dnia region Wobbish zwróci się do Kongresu Stanów Zjednoczonych w Filadelfii z petycją, by uczynić ich stanem. A wtedy niejaki William Henry Harrison zamarzy w swoim małym serduszku, żeby zostać gubernatorem. Hooch widział już niejedne wybory w Suskwahenny, Pensylwanii i Appalachee. Wiedział, że nie zdobędzie się głosów, nie rozdając wkoło srebrnych dolarów. I kiedy nadejdzie czas, może przekazać te srebrne dolary wyborcom Harrisona, a może ich nie przekazać. Po prostu nie. Może komuś innemu pomóc zasiąść w gubernatorskiej posiadłości. I pewnego dnia, kiedy Carthage stanie się prawdziwym miastem, a Wobbish prawdziwym stanem, Harrison będzie siedział tu przez resztę swojego życia i wspominał, jak to było, gdy mógł zamykać ludzi. Będzie zgrzytał zębami ze złości na myśl o tym, że tacy ludzie jak Hooch odebrali mu to wszystko.

Takim rozmyślaniom oddawał się Hooch, siedząc w areszcie przez dwa długie dni i dwie długie noce.

Potem wyciągnęli go i zawlekli do sądu – nieogolonego, rozczochranego, w pogniecionym ubraniu. Generał Harrison był sędzią, wszyscy ławnicy w mundurach, a jako obrońca wystąpił… Andrew Jackson! To jasne: gubernator Bill próbował rozzłościć Hoocha. Chciał, żeby zaczął wrzeszczeć. Ale przecież Hooch nie urodził się wczoraj. Wiedział, że cokolwiek zaplanował Harrison, krzyki do niczego nie doprowadzą. Trzeba siedzieć spokojnie i wytrzymać to wszystko.

Proces trwał parę minut.

Hooch z kamienną twarzą słuchał, jak młody porucznik zaświadcza, że cała whisky została sprzedana markietanowi za cenę dokładnie taką jak poprzednim razem. Według oficjalnych dokumentów, Hooch nie zarobił ani centa na tym, że bite cztery miesiące kazał im czekać na dostawę. No cóż, pomyślał, to uczciwe. Harrison mi pokazuje, jak to powinno wyglądać. Dlatego nie powiedział ani słowa. Harrison był wyraźnie zadowolony, choć ukrywał to za urzędową powagą. Baw się dobrze, myślał Hooch. Nie wyprowadzisz mnie z równowagi.

A jednak udało mu się to. Wzięli z zapłaty dwieście dwadzieścia dolarów i jeszcze w sądzie wręczyli Jacksonowi. Odliczyli jedenaście złotych dwudziestodolarówek. Hooch odczuwał fizyczny ból, patrząc, jak ognisty metal wpada w ręce Jacksona. Nie mógł dłużej milczeć. Zdołał jednak przemówić spokojnie i grzecznym tonem.

– To chyba wbrew prawu – oświadczył – żeby powód działał jako obrońca.

– Nie jest twoim obrońcą w sprawie o długi – wyjaśnił Jego Sędziowska Wysokość Harrison. – Tylko w sprawie o whisky.

Potem uśmiechnął się i zamknął rozprawę.

Sprawa o whisky nie trwała wiele dłużej. Jackson przedłożył te same rachunki jako dowód, że wszystkie beczułki whisky trafiły do markietana w Carthage, Czerwoni zaś nie dostali ani kropelki.

– Chociaż moim zdaniem – dodał Jackson – ilość whisky, o której mówią te dokumenty, wystarczyłaby na trzy lata dla dziesięciokrotnie większej armii.

– Mamy tu sporo żołnierzy, którzy lubią sobie popić – wyjaśnił sędzia Harrison. – Według mnie, alkohol wystarczy najwyżej na sześć miesięcy. Ale Czerwonym ani kropli, panie Jackson. Może pan być spokojny.

Po czym oddalił wszelkie zarzuty wobec Hoocha Palmera alias Ulyssesa Brocka.

– Ale niech pan zapamięta tę lekcję, panie Palmer – dodał na zakończenie swoim najlepszym sędziowskim tonem. – Sprawiedliwość na pograniczu działa szybko i sprawnie. Na przyszłość niech pan spłaca swoje długi. I unika nawet pozorów przestępstwa.

– Jasne – odpowiedział grzecznie Hooch.

Harrison nieźle mu przyłożył, ale wszystko dobrze się skończyło. Rzecz jasna, Hoocha irytowało te dwieście dwadzieścia dolarów, tak samo jak dwa dni spędzone w więzieniu, ale Harrison nie chciał, żeby Hooch za bardzo ucierpiał. Ponieważ – o czym Jackson nie wiedział, a nikt inny nie uznał za stosowne wspomnieć – Hooch Palmer miał kontrakt jako markietan armii Stanów Zjednoczonych na Terytorium Wobbish. Wszystkie papiery dowodzące, że nie sprzedał whisky Czerwonym, w gruncie rzeczy wykazywały, że sprzedał whisky samemu sobie, i to z zyskiem. Teraz Jackson odjedzie do domu, a Hooch otworzy magazyn, po niebotycznych cenach sprzeda alkohol Czerwonym, podzieli się zyskiem z gubernatorem Billem i będzie patrzył, jak Czerwoni padają jak muchy. Harrison zażartował sobie z Hoocha, to prawda, ale o wiele bardziej zażartował sobie z Jacksona.

Hooch postarał się być na brzegu, kiedy prom przewoził Jacksona przez Hio. Jackson miał ze sobą dwóch drabów z gór z karabinami. Hooch zauważył, że jeden z nich wyglądał jak pół-Czerwony, pewnie mieszaniec Cherriky. Wielu jest takich w Appalachee, gdzie Biali żenią się ze squaw jak z prawdziwymi kobietami. A oba karabiny miały na lufach wybite „Eli Whitney”, co oznaczało, że wyprodukowano je w stanie Irrakwa, gdzie ten Whitney założył warsztat i produkował karabiny tak szybko, aż spadły ceny. Plotka głosiła, że pracują u niego kobiety, squaw Irrakwa. Kto by uwierzył. Jackson mógł sobie gadać o zepchnięciu Czerwonych na zachód od Mizzipy, ale na to jest już za późno. Ben Franklin do tego doprowadził, dając Irrakwa własny stan na północy, a Tom Jefferson jeszcze pogorszył sprawę, uznając Cherriky za obywateli z prawem głosu, kiedy w Appalachee walczyli z królem. Wystarczy tych Czerwonych potraktować jak obywateli, a zaczynają wierzyć, że mają takie same prawa jak Biali. Nie powstanie porządne społeczeństwo, jeśli przyjmą się takie rzeczy. Zaraz potem Czarni nie zechcą być niewolnikami, a potem ani się człowiek obejrzy, a siądzie przy barze w saloonie, zerknie w lewo, a tam Czerwony, zerknie w prawo, a tam Czarny… To przecież wbrew naturze.

Tam płynął Jackson, wierząc, że ocali białych ludzi przed Czerwonymi, a tymczasem podróżował z mieszańcem i wiózł karabiny wyprodukowane u Czerwonych. A co najgorsze, Jackson wiózł w sakwie przy siodle jedenaście złotych monet, wedle prawa należących do Hoocha Palmera. Hooch rozzłościł się tak, że ledwie potrafił sensownie myśleć.

Dlatego podgrzał trochę tę sakwę, dokładnie w miejscu, gdzie metalowy nit mocował ją do siodła. Czuł, jak skóra się marszczy, czernieje i twardnieje wokół nitu. Już niedługo, kiedy koń ruszy w drogę, sakwa odpadnie. Z pewnością to zauważą… Hooch doszedł do wniosku, że sakwa to za mało. W kilku miejscach podgrzał jeszcze siodło Jacksona i siodła dwóch pozostałych także. Dotarli na drugi brzeg, dosiedli koni i odjechali, on jednak wiedział, że do Nashville dotrą już na oklep. Miał błogą nadzieję, że siodło Jacksona rozpadnie się w takiej chwili i w taki sposób, iż stary Hickory wyląduje na tyłku, a może nawet złamie rękę. Sama myśl o takiej możliwości poprawiła Hoochowi humor. Niekiedy dobrze jest być iskrą. Żeby utrzeć nosa takiemu nadętemu, zadufanemu prawnikowi.

Rzecz w tym, że uczciwy człowiek – jak Andrew Jackson – nie miał żadnych szans z parą takich zimnych drani jak Bill Harrison i Hooch Palmer. To istny skandal, że armia nie daje orderów żołnierzom, którzy rozpijają Czerwonych na śmierć, zamiast do nich strzelać. Gdyby tak było, Hooch wiedział to z całą pewnością, on i Harrison zostaliby bohaterami.

Ale i tak, zdaniem Hoocha, Harrison znajdzie jakiś sposób, żeby zostać bohaterem. A Hooch dojdzie jedynie do pieniędzy. Takie jest życie, pomyślał. Jedni zdobywają sławę, inni majątek. Ale mnie to nie przeszkadza, bylebym się nie znalazł wśród tych, co zostają z niczym. Nie chciałbym być jednym z takich, to pewne. A gdyby do tego doszło, wszyscy pożałują.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

Uwagi tłumacza

Od autora

Rozdział 1. Hooch

Rozdział 2. Ta-Kumsaw

Rozdział 3. De Maurepas

Rozdział 4. Lolla-Wossiky

Rozdział 5. Znak

Rozdział 6. Beczułka prochu

Rozdział 7. Jeńcy

Rozdział 8. Miłośnik Czerwonych

Rozdział 9. Nad jeziorem Mizogan

Rozdział 10. Gatlopp

Rozdział 11. Czerwony Chłopiec

Rozdział 12. Działa

Rozdział 13. Ośmiościenny Kopiec

Rozdział 14. Chybotliwe Kanoe

Rozdział 15. Człowiek o dwojgu uszach

Rozdział 16. La Fayette

Rozdział 17. Krosno Bekki

Rozdział 18. Detroit

Rozdział 19. Powrót do domu