Wydawca: Wydawnictwo Nowy Świat Kategoria: Języki obce Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 349 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwony Płomień Sebastiana - Janina Zającówna

Pełnokrwisty romans autorstwa popularnej pisarki (m.in. „Kochankowie mojej mamy”), którego tłem są wydarzenia roku 1968.

Opinie o ebooku Czerwony Płomień Sebastiana - Janina Zającówna

Fragment ebooka Czerwony Płomień Sebastiana - Janina Zającówna

JANINA ZAJĄCÓWNA

CZERWONY PŁOMIEŃ SEBASTIANA

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Zastanawiam się często, jak żyłam, kiedy go nie znałam, jak mogłam spać, poruszać się, chodzić po ulicach, wyjeżdżać nad morze. Nie. To niemożliwe. Kiedy go nie znałam, mnie również nie było. Żyłam w uśpieniu, czekając na ten dzień. Wtedy dnie były znaczone tajemniczym tchnieniem: karnawał, zima, zaspy na ulicach i niebo białe od chmur śniegowych.

Teraz patrzę na niebo wypalone słońcem, które również jest białe, lecz ta biel parzy ogniem, zmusza do ucieczki w cień lub do szukania osłony w ciemnych szkłach okularów, gdyż rani wzrok.

Tęsknię za śniegiem i za tym drzewkiem, co wpatrywało się w nasze okna. Ku niemu codziennie rano, budząc się, kierowałam pierwsze spojrzenie. Lubiłam ten dom z niewielkim ogródkiem, krzyki sąsiadów nigdy mi nie przeszkadzały, hałas w naszym domu też nie był dokuczliwy… Miałam siedemnaście lat, była zima i ja kochałam wiersze Gałczyńskiego, sama też chciałam pisać, myślałam, że się do tego dorasta, wystarczy dużo czytać, wsłuchiwać się w szelest wiatru, w mowę gwiazd i rozbłyski światła, gromadzić to w sobie niczym jakieś skarby, a poezja sama wybuchnie, objawi się światu w swej najczystszej postaci.

Żyłam w świecie swoich fantazji, wiem, ale tamta odległa zima była kwintesencją poezji i był karnawał… Cieszyliśmy się, że jest. W naszym domu też było wesoło. Mama szykowała się na bal u ojca w pracy, włożyła suknię z brokatu, mieniącą się złocistymi gwiazdkami, którą uszyłyśmy dla niej z babcią, złote pantofle, umalowała oczy…

Ja się nigdzie nie wybierałam, miałam zamiar czytać i patrzeć, jak zmrok otula okna i jak świerk srebrzy się w blasku latarni. Nic z tego nie wyszło, ponieważ zadzwoniła Iwona, kazała mi się ładnie ubrać i przyjść. Nalegała jak nigdy. Nie potrafiłam się wykręcić. Pojechałam.

U niej było jak zwykle więcej dziewcząt niż chłopców, więc wszyscy razem kręciliśmy się w takt głośnej muzyki. I wtedy wszedł Stefan w towarzystwie rozszczebiotanej cukierkowatej blondynki. Oboje przyprószeni śniegiem, zaczerwienieni od mrozu. On zrzucił krótki kożuszek w przedpokoju i usiłował przygładzić włosy, ale one nie chciały go słuchać, więc wszedł z nastroszoną czupryną chuchając na zziębnięte dłonie. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach do pokoju i nadal próbował ucywilizować swoje niesforne włosy.

Nagle zobaczył mnie i zapomniał o nich, uśmiechnął się i od tego momentu patrzył już tylko na mnie. Pod wpływem jego uśmiechu i spojrzenia tak odmiennego od wszystkich, bez chwili wahania podeszłam do niego i zapytałam czy chce zatańczyć. Skinął głową i z jeszcze szerszym uśmiechem wziął mnie za rękę tak jakoś miękko, serdecznie, że zapragnęłam zostać z nim dłużej. Chciałam tylko, żeby mnie trzymał za rękę, nic więcej. Iwona włączyła tango. Tańczyliśmy w jakimś dziwnym zauroczeniu, nie dostrzegając nikogo. Tuliłam się do niego, on do mnie. W pewnej chwili dotknął mojego rozpalonego czoła.

– Co my tu robimy? Chodźmy stąd! – powiedział. – Chodźmy stąd! Szybko! Szybko!

Wyszłam za nim. Iwona wołała: Iga! Zaczekaj! Dokąd ty się śpieszysz? Stefan, dokąd ty idziesz? Dopiero przyszedłeś. Co wy wyprawiacie? Psujecie mi zabawę. Jest bigos, barszczyk…

– Bigos! Barszczyk! O Boże! Zwariowała chyba – śmiał się Stefan trzymając mnie za rękę.

Wyszliśmy na podwórze, wokoło cicho, ciemno. Księżyc wysunął się zza komina i groźnie na nas spoglądał. Zrobiło mi się głupio, że tak wyszliśmy. Powiedziałam:

– Może wrócimy?

– Chcesz? – przestraszył się, w jego głosie wyczułam rozpacz. – Chcesz wrócić?

– Nie, ale to nie wypada, głupio.

– Daj spokój! Co ty opowiadasz, głupio. Spójrz na ten księżyc, jak on na nas patrzy. Daj mi rękę! Och! Jaka ciepła, jaka miękka jest twoja ręka. Masz długie palce, grasz?

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Nigdy o tym nie myślałam. Nie mamy pianina. Zresztą kto mnie miał uczyć?

– Ja cię nauczę. Będziesz grać najpiękniejsze walce Chopina, mazurki, polonezy…

– Jestem za stara, grać trzeba się uczyć wcześnie. Może jednak wrócimy? Przyszedłeś z dziewczyną, tak mi się zdawało. Jak ona ma na imię?

– Grażyna. Mieszka tu niedaleko, może wrócić sama do domu, nic jej się nie stanie.

– Ale to twoja dziewczyna! Pisałeś do niej wiersze!

– Skąd wiesz? Nie pisałem wierszy do żadnej dziewczyny, ale dla ciebie napiszę, z tobą będę mówił wierszami, skomponuję nawet symfonię.

– Przepraszam, ty komponujesz?

– Nie, ale czy to trudno napisać symfonię, patrząc w twoje oczy?

– Och! Wróćmy tam lepiej. Iwona miała rację zatrzymując nas, głupio wyszło.

Iwona mieszkała na małej uliczce w pobliżu placu Zbawiciela, stamtąd szliśmy w dół Belwederską na Sadybę, był śnieg, ślisko, rzadkie samochody ledwie mąciły ciszę, gdzieś w dole przy Belwederskiej natknęliśmy się na sprzedawcę baloników, kupiliśmy jeden, on wyrywał się, opadał na ziemię jak ptak, biegaliśmy za nim łapiąc go i parę razy nasze ręce zetknęły się ze sobą. Stefan śmiał się tak jakoś zaraźliwie, ochoczo i śmiejąc się powiedział:

– Jakie ty masz piękne oczy, jak muszle, błękitne muszle, widziałaś kiedyś błękitne muszle?

– Nie ma takich. Muszle są białe, szare, brązowe, niebieskich nie ma.

– Na pewno są, masz oczy jak muszle, włosy jak deszcz…

Wiedziałam, że to nieprawda. Moje włosy były nijakie, nie miały określonego koloru, ni to blond ni szare, jakieś płowe, słowiańskie kłaki poskręcane w loczki, trudne do rozczesania, a on powiedział, że są jak deszcz, tworzą aureolę, koronę czy też srebrny kask. Takie jakieś rzeczy mówił, wstyd je nawet powtarzać, może przy księżycu na tle śniegu tak wyglądały, nie wiem, wszystko było nierzeczywiste, ten balonik, i ta cała noc biała z dziwnymi latarniami, i jacyś pijacy. W Warszawie oni stanowią nieodłączną część krajobrazu. Nie zaczepiali nas, jeden poprosił Stefana o papierosa, a kiedy go dostał powiedział:

– Jest pan moim dozgonnym przyjacielem, gdyby pan czegoś potrzebował, spotka mnie pan tu i tu…

W domu babcia siedziała przed szemrzącym telewizorem.

– Co to, nie udała się zabawa – spytała zdziwiona – już jesteś?

– Babciu, przyszłam z kolegą, pozwól, że ci go przedstawię.

– A chodźcie, chodźcie – ucieszyła się. – Sobota, karnawał, wszyscy się bawią, a w telewizji jakaś bzdurna komedia nie do wytrzymania. Więc co, napijemy się herbaty? Upiekłam ciasteczka, twoje ulubione.

Stefan też je polubił, chociaż były twarde jak kamienie. Babcia objęła go szczerym uśmiechem i zapytała:

– Coś ty taki chudy?

On się speszył.

– Chudy, nie wiem, rosnę jeszcze.

– Ile ty masz lat?

– Dziewiętnaście.

– I jeszcze rośniesz?

– Chyba tak.

– Jesteś wystarczająco duży, masz dwa metry?

– Nie, metr osiemdziesiąt pięć.

– Iga ma metr sześćdziesiąt pięć, jesteś od niej o dwadzieścia centymetrów dłuższy.

Przyniosła herbatę, ciasteczka, a my chcieliśmy już wtedy być razem, patrzeć na siebie i milczeć.

Babcia zgarnęła nas do swego pokoju i nie było mowy, żeby się od niej wyrwać, pokazywała zdjęcia, jak byłam dzieckiem i jak szłam na bal, przebrana za biedronkę. Stefan oglądał je zachłannie z wypiekami na twarzy i porównywał mnie z tamtą smarkulą siedzącą w łóżku czy nagą z podniesionymi tłustymi nogami, rozwrzeszczaną.

– Nie, to nie jesteś ty, ty nie mogłaś krzyczeć, nie mogłaś.

– Krzyczała, krzyczała – potwierdziła babcia. – Była wrzaskliwym dzieckiem. Jak miała złe noce, stawiała na nogi cały dom. Nie było sposobu, żeby ją uspokoić. No, teraz nie wrzeszczy, teraz jak się złości, to z nikim nie rozmawia.

– Potrafisz się złościć?

Znowu spojrzał na mnie tymi oczami, w których był blask pogodnego nieba. Nikt nie miał takich oczu, nikt do mnie nie mówił tak tkliwie i miękko, z takim zachwytem, głosem pełnym muzyki. W banalne pytania wkładał całą duszę.

– Naprawdę się złościsz?

Ja się uśmiechnęłam.

– Pewnie nie potrafisz.

– Potrafię. Każdy się złości.

– To się złość, tylko nie na mnie, złość się na wszystkich, ale nie na mnie.

– Dlaczego miałabym się na ciebie nie złościć?

– Bo ja cię lubię. Nie można złościć się na człowieka, który cię lubi.

– O, ją wszyscy lubią, zapytaj w szkole – uśmiechnęła się babcia. – Koleżanki przepadają za nią. Każdą wysłucha, pocieszy, dla każdej znajdzie jakąś radę i czas, dla mnie i dla sióstr go nie ma, ale dla koleżanek ho, ho. Siostry też ją lubią, a ja chyba najbardziej. – Pokiwała głową. – No to idźcie już stąd, chcecie posiedzieć sami, pogadać, a ja wam dziękuję, och, zmęczyłam się chyba – wyrzuciła nas z pokoju.

Nagle znaleźliśmy się w pełnym świetle, okropnie ostrym, jasnym, sami. Zrobiło nam się jakoś niezręcznie. Co będziemy robić, pomyślałam w popłochu. Rozmazał mi się tusz na powiekach, włosy jeszcze bardziej się rozwichrzyły. O czym będziemy rozmawiać? Byłam nieludzko speszona, zdenerwowana, włączyłam adapter i nastawiłam to, co słuchałam najczęściej, „Koncerty brandenburskie” Bacha, zapaliłam czerwoną świecę, bardzo lubiłam czerwony kolor, płomień oczywiście nie był czerwony, ale świece tak.

– Lubisz Sebastiana? – zdziwił się.

Skinęłam głową. Stefan usiadł na podłodze, ja obok, świecę postawiliśmy między siebie i słuchaliśmy; skończyła się płyta. W ciszy, która wydawała nam się nieposkromiona, obejmująca wszechświat, rozległo się chrapanie babci, przerywane poświstywaniem, wdarło się między nas nagle i zaraz ucichło. Świeca dopalała się, skwierczał płomień. Wstałam, Stefan zrozumiał, że trzeba iść, czas się żegnać, nie wiedziałam która godzina, bałam się, że rodzice zaraz wrócą z balu, albo że siostry się zbudzą, wejdą do nas, narobią hałasu. Chciałam, żeby poszedł, wolałam śnić o nim, wyobrażać go sobie, ale nie chciałam, żeby był, jeszcze się z nim nie oswoiłam, on był jeszcze obcy.

– Co, już mam iść? – zamrugał oczami.

– Rodzice wrócą niebawem. Jest późno. Zresztą nie wiem…

Wyszedł, okrążył dom dookoła, zajrzał do mnie przez okno, położył dłoń na szybie, a potem przywarł do niej całą twarzą. Zostałam z jego obrazem w oczach. Z czubem włosów sterczących nad czołem wyglądał śmiesznie i pięknie.

Śmiał się oczami, które były niebieskoszare, zmieniały barwę w zależności od światła.

***

Nie spałam, zamykałam oczy, chciałam zasnąć, mówiłam: za chwilę zasnę, już, już i nic. Wlokła się za mną jedna sprawa, z którą nie wiedziałam co zrobić. Chciałam być okrutna i nie mogłam. Mówią, że kobiety są okrutne, a ja nie byłam, nie kochałam jeszcze. To dlatego. Miłość wyzwala najgorsze instynkty, okrucieństwo, sadyzm, bezduszność. Nie wiedziałam, że kiedy się kocha, bezwiednie i jakby mimochodem zadaje się innym ból. Jeszcze nie kochałam, a już byłam gotowa zadawać ból. Myślałam o chłopaku, którego poznałam na wakacjach, kiedy byłam z rodzicami nad morzem. Oni wieczorami grali w brydża, a ja pilnowałam sióstr. Czasem, kiedy mi zalazły za skórę, zamykałam je na klucz i szłam do świetlicy, gdzie odbywały się tańce, właściwie zaglądałam tam tylko i wychodziłam speszona. Przerażały mnie chwile wyczekiwania przed tańcami, nie mogłam ustać w miejscu, czułam się jak niewolnica wystawiająca na sprzedaż swoją twarz i ciało, obleczone w kretonową sukienkę.

Któregoś wieczoru zostałam dłużej niż zwykle, taneczne rytmy przyciągały tajemną mocą, wabiły, uległam im i zaczęłam podrygiwać idąc do drzwi.

– Czy mogę, czy mogę prosić? – Chłopak, którego widywałam wcześniej w stołówce, wyciągnął do mnie szorstkie dłonie z pęcherzykami od wioseł. Nie odpowiedziałam, ale pozwoliłam prowadzić się w tańcu. Tłum gęstniał, muzyka otaczała nas wilgotną pianą, lekki wietrzyk wskakiwał przez okno. Dźwięki płynące z głośników układały się w dziwne figury, szybko, szybciej… Chłopak zwiększał tempo i ostro na mnie nacierał. Ja się cofałam, odskakiwałam, a raz z całym impetem rzuciłam się w jego stronę i zaraz uciekłam. On uniesionymi dłońmi wybijał zgrabne rytmy, którym poddawały się nawet stateczne matrony.

Nagle muzyka umilkła, ucięta końcowym akordem. Pary złączone dotąd w uścisku odskakiwały od siebie, w nagłej ciszy zamierały czułe westchnienia, intymność dotychczasowych gestów stała się nieprzyzwoita. Kiedy dotarłam do drzwi, szorstkie ręce z pęcherzykami od wioseł zatrzymały mnie znowu. Przyszły im w sukurs dźwięki perkusji i skrzypiec. Zostałam. Nie obchodziło mnie, co mówił chłopak. Z głośników płynęło somnambuliczne tango. To wystarczało. Niepotrzebne mi były słowa. Zrozumiał to i przestał się odzywać, ale w krótkich przerwach między tańcami stawał w wąskim przejściu prowadzącym do drzwi i z zaciętym wyrazem twarzy zagradzał mi drogę, nic już nie mówił, onieśmielony moim milczeniem. Odpychałam go, kiedy mnie przytulał, a raz niespodziewanie przyciągnęłam go do siebie i musnęłam ustami w policzek. „Było to jak dotknięcie Boga” – powiedział. Ja się odsunęłam i poszybowałam do wyjścia. Dogonił mnie i wtedy zgasło światło. Wszystko zniknęło w mroku, nikt nikogo nie widział, gwiazdy na czarnym niebie zapłonęły jaskrawiej.

– Wyjdziemy? – zapytał z determinacją w głosie.

– Tak – potwierdziłam i nie wyrwałam ręki. Szedł przodem trzymając się ściany, ja posłusznie podążałam za nim. Na dworze było jasno. Księżyc wytrysnął z morza i piął się do góry. Zadrżałam od wieczornego chłodu, a on bez chwili wahania podał mi swoją kurtkę. Podziękowałam wciągając ją na siebie.

– Ty jednak mówisz? – zdziwił się śmiejąc. – To dlaczego milczałaś do tej pory?

– Widocznie nie miałam nic do powiedzenia.

– Mogłaś przynajmniej powiedzieć, że dobrze tańczę.

– Przecież wiesz o tym.

– Wiem, a jednak chciałbym to usłyszeć od ciebie.

– Tańczysz wspaniale. Szkoda, że to już koniec. W takich dziurach jak ta wyłączają zazwyczaj światło na kilka godzin – patrzyłam w niebo, urzeczona księżycem, który wznosząc się coraz wyżej wydobywał z mroku skupisko domków kempingowych przyrośnięte do brzegu. W jednym z nich moi rodzice grali w brydża. Za tymi domkami las szumiał kusząco i groźnie. Zapragnęłam tam pójść. Chłopak się sprzeciwił.

– To niebezpieczne – powiedział. – W ubiegłym roku w tym właśnie lesie znaleziono ciało młodej dziewczyny.

Ruszyłam bez słowa w kierunku plaży, tam było bezpiecznie, chociaż mniej romantycznie. Plaża cieszyła się powodzeniem nie tylko w dzień, w nocy przesiadywały w koszach zakochane pary i dziarskie staruszki niezmordowane w podziwianiu widoków. Udało nam się znaleźć wolny kosz. Usiadłam i uśmiechnęłam się do siebie. Fale lizały brzeg i odpływały z pluskiem. Rozcapierzony księżyc niczym żar-ptak z rosyjskich bajek czuwał nad wszystkim i pilnował, żeby nikomu nic złego się nie stało. Wiedziałam, że chłopak mnie kocha i że w tej chwili gotów jest dla mnie wszystko uczynić, ja go też kochałam, jutro pewnie o nim zapomnę, on o mnie też, rozproszymy się po świecie, każde pojedzie w swoją stronę, nie będziemy wymieniać adresów, niech tak zostanie, chłopak jednego wieczoru, kilku tańców i jednej chwili. Poprosiłam, żeby objął mnie i pocałował… To go wprawiło w zakłopotanie. Nie lubi – powiedział – kiedy dziewczyny przejmują inicjatywę, chce pokonywać przeszkody, krok po kroku zmierzać do celu, więc ja powinnam być jak skała, twarda, nieustępliwa, nie do zdobycia.

– Och! Nie zdobędziesz mnie nigdy – roześmiałam się.

Nie wiedział, z czego się śmieję i nie przestawał się oburzać. Powinnam się wstydzić, nigdy nie przypuszczał, że jestem taka zepsuta – zbierało mu się na płacz, a ja śmiejąc się mówiłam:

– Chciałabym być zepsuta, ale nie jestem, nie będę, bardzo żałuję, nie potrafię być kimś innym niż jestem, chcę robić to, co inni, i nie potrafię, to moja największa wada. Nie rób takich okrągłych oczu, nie bądź taki czysty, nieskazitelny, to mnie okropnie złości. Chwila przeszła, minęła i nie powróci. Byłam w tobie śmiertelnie zakochana, a teraz chcę spać.

– Jak na niemowę gadasz stanowczo za dużo. Pozwól i mnie przeżyć coś podobnego. – Pochylił się i patrzył na mnie świetlistymi oczyma, przysunął nieśmiało rękę i chciał zanurzyć mi palce we włosy, cofnął ją zaskoczony, moje włosy niczym kolczaste krzewy broniły się same, został z rozpłaszczoną dłonią nad moją głową.

– Co ty masz za włosy – wykrzykiwał – jakaś wiązka siana, zwoje kolczastego drutu?

Odepchnęłam go mówiąc, żeby się nie kłuł. Próbował się zrehabilitować. Nie słuchałam go. Chwila przeszła, minęła, był mi zupełnie obojętny. Wlókł się za mną grzęznąc w piasku i mówił, mówił do ściany, bo ja go nie słuchałam.

Moje siostry ze wszystkiego robią sensację, ich rozhuśtana wyobraźnia każdą błahą sprawę przeistacza w zdarzenie, chodzą, szpiegują, zadają się z bandą takich samych gnojków jak one, zaśmiecają świetlicę, plac zabaw i pobliski lasek. Mają swoje wojsko, ciężką artylerię, zwiadowców, telegrafistów, spadochroniarzy, jedną lornetkę, sygnalizacyjne lusterko i nieprzebrane ilości gumy do żucia. Szepczą ustawicznie po kątach, robią jakieś głupie miny, kiwając się na krzesłach. Mnie to okropnie złości, karcę je, uspokajam, one mają to gdzieś. Lekceważą mnie demonstracyjnie, mamy się boją, ojca słuchają, a mnie lekceważą.

– Wyjechał – mówią – rannym pociągiem do Łodzi. Kazał ci się kłaniać. Mama nie wytrzymuje i pyta kto, wtedy one na wyścigi, wpadając sobie w słowa, relacjonują: – Tańczył z nią cały wieczór, cały czas z nią. Mama nie potrafi skryć niepokoju, usłużna wyobraźnia podsuwa jej wszystko co najgorsze, co sama kiedyś przeżyła, zna i pamięta, a o czym usiłuje nigdy nie myśleć. Wtedy była okupacja, stan permanentnego zagrożenia wyciskał na wszystkim swe piętno, żyło się w przyspieszeniu, dniem dzisiejszym, bojąc się myśli o przyszłości, a tym pięknym chłopcom, którzy szli na akcje, nie wypadało odmawiać, wtedy ta ich pozorna rozwiązłość była uzasadniona potrzebą chwili, koniecznością i obowiązkiem, a teraz młodzież po prostu jest rozwydrzona, chce mieć wszystko od razu, na nic nie chce czekać, niczego sobie nie odmawia. Mama chciałaby oszczędzić nam, swoim córkom, złych doświadczeń i przykrych przeżyć, ale nie wie jak to zrobić.

Nikt nie wie. Ja najbardziej ją niepokoję. „Wiem, mówi, że jesteś skryta, nieufna i coraz ładniejsza. Mężczyźni lubią ten typ, niewysoka blondynka o twarzy dziecka i wyrazistych oczach, które zbyt często popadają w zadumę”.

Gdakanie sióstr nie milknie ani na chwilę. Mama lekceważącym uśmiechem bagatelizuje sprawę, nie może się jednak powstrzymać od pytania o tego chłopca. Chciałaby wiedzieć, gdzie go poznałam.

– Nigdzie – odpowiadam ze złością. – One konfabulują. – Morduję je spojrzeniem, nareszcie milkną, a mama patrzy z niepokojem na swoje córki tak odmienne i różne, i w duchu dziękuje Bogu, że ten chłopak wyjechał. My też wyjeżdżamy, kończą się wakacje, na które znów przyjdzie czekać cały rok.

Chłopak o szorstkich rękach z pęcherzykami od wioseł nie zniknął z mojego życia. W sobie tylko wiadomy sposób – przypuszczam, że moje siostry maczały w tym palce – zdobył mój adres i przysyłał listy, w których pod wachlarzem słów skrywał swoje prawdziwe uczucia. Odgadłam to bez trudu. Po cóż by pisał, mając tyle zajęć, piłkę, pływanie, angielski i szkołę techniczną, której nie znosił, musiał ją jednak skończyć, żeby robić to, co naprawdę lubił, to znaczy studiować na AWF-ie w Warszawie, nawet gdyby miał dojeżdżać codziennie pociągiem z Łodzi dwie i pół godziny w jedną i tyleż samo w drugą stronę. Podobał mi się jego upór, jasność, zdecydowanie w dążeniu do celu. Wiedziałam, że wszystkie przeciwności, których nikomu nie szczędzi los, pokona w biegu. Życie takich jak on układa się według znanych schematów, niezależnie od tego czy towarzyszy im pasja, czy wyrozumowany upór w dążeniu do celu. Jemu towarzyszyła pasja i to mnie ujęło.

Odpisałam na list, niezbyt wylewnie, kilkoma zdaniami, wiedziałam, że cokolwiek bym napisała, nie ma znaczenia. Znajomość z tym ładnym chłopcem umrze śmiercią naturalną. Już tak nieraz bywało. Wakacyjne przyjaźnie, flirty i zauroczenia trwały najwyżej kilka tygodni, nie podsycany ogień gaśnie nieuchronnie, tym bardziej że w sobie nie czułam żaru, zaciekawienie nim również nie było wielkie i gdyby nie determinacja i upór z jego strony natychmiast zapomniałabym o nim.

Zaraz po tym liście przyjechał do Warszawy pod wymyślonym pretekstem. Chodziło o jakieś eliminacje czy mecz, nie pamiętam. W każdym razie trafił jak najgorzej, do mnie przyszło kilka osób, ja podawałam kanapki i napoje, niewiele tańczyłam, z nim wcale, dopiero w niedzielę miałam dla niego trochę czasu, czytałam mu wiersze, mówiłam o teatrze. On siedział otępiały, ziewał, wreszcie zasnął w fotelu, wypędziłam siostry z pokoju, żeby mu nie przeszkadzały, domyśliłam się, że ostatnią noc spędził na dworcu. O czwartej odprowadziłam go na pociąg. Powiedziałam, żeby nie przyjeżdżał, jeżeli nie ma się gdzie zatrzymać, niech nie przyjeżdża, nie chcę się z nim widywać, nie chcę takich ofiar.

– Są sprawy, które wymagają ofiar – wyszeptał zbielałymi wargami i cmoknął mnie w policzek.

Pociąg gwizdnął przeciągle, po kołach przebiegło drżenie. Ujrzałam go jeszcze, jak przeciskał się przez korytarz, szukając miejsca w zapchanym wagonie. Wracałam pieszo do domu, cieszyłam się, że jest wiatr i pierwsze płatki śniegu kręcą się jak motyle. Wcale nie myślałam o nim, a on przyjeżdżał nadal, z tym że już nie nocował na dworcu. Jeszcze w liście przykazałam, żeby tego nie robił, niech przyjeżdża rannym pociągiem w niedzielę, pójdziemy do muzeum, pokażę mu miasto. Potem miałam kłopot ze spełnieniem tej obietnicy. Nie wiedziałam, co można pokazać chłopakowi z Łodzi, kino miał u siebie, teatr również, zresztą i tak by nie zdążył. Z Pałacu Kultury też nie najciekawszy widok, z zachodniej strony straszyły jeszcze nagie czerepy domów, Wisła była mętna i szara, zwłaszcza że skończyły się pogodne dni i miasto pod ciężką zasłoną jesiennego nieba było puste. Na kawiarnie nie mieliśmy forsy, chodzenie po omszałych, śliskich ulicach z topniejącym śniegiem na twarzy nie należało do przyjemności, zresztą jesień odsłoniła stare i nowe blizny na domach, cuchnące śmietniki, dziury w jezdni zamienione w kałuże, wybite szyby w tramwajach, połamane stopnie przy wejściach do autobusów. Wszystko to nagle odkryłam chodząc z nim po mieście. Męczyły mnie bezsensowne wędrówki, nudziły sprawozdania Darka o pobitych rekordach i strzelonych bramkach.

W domu kochane siostrzyczki tylko czekały na nasz powrót, witały nas już przy furtce, uśmiechnięte, pyzate, strzygły uszami, łowiąc każde słowo. Jutro albo jeszcze dzisiaj powtórzą je mamie, a ona zamiast je skarcić uśmiechnie się z pobłażaniem, rada, że i tym razem nic nie umknęło jej uwadze. Zresztą już przestała się o mnie martwić, Darek przypadł jej do serca, polubiła jego ogorzałą twarz, pewne, otwarte spojrzenie, czysty śmiech, a nawet gadanie o sporcie. Piekła dla niego ciasto drożdżowe z kruszonką, które on połykał w biegu, nie szczędząc jej pochwał. Siostry wieszały się na nim, powierzając mu szeptem jakieś niezwykłe tajemnice.

W niedzielę u nas jest zawsze mięso. Choćby nie wiem jak krucho było z forsą, jest pieczeń wołowa lub schab i zupa pomidorowa z ryżem, obowiązkowo kompot czereśniowy, a po krótkiej przerwie, ponieważ Darek musi się spieszyć, ciasto drożdżowe z kruszonką i wodnista herbata. Mama dla siebie parzy kawę w szklance, polskim sposobem, który nazywa tureckim, ojciec wypija kieliszek nalewki z czarnej porzeczki i idzie na górę się zdrzemnąć. Żegna się z Darkiem mocnym uściskiem dłoni, wyrażając nadzieję rychłego zobaczenia się z nim. On też go lubi, wszyscy w naszym domu przepadają za nim, wszyscy prócz mnie i babci, która prawie go nie dostrzega. Darek kończy pić herbatę, zdecydowanym ruchem sięga po serwetkę, wyciera usta, wszystko w nim zgrane, celowe, pozbawione wahań, energia przepływa w określonym kierunku, nie rozłazi się po bokach. Całuje mamę w rękę i chwali obiad, placek, a nawet herbatę. Mama pęcznieje z dumy.

– Dobry z ciebie chłopiec i miły, potrafisz docenić cudze starania – patrzy z ukosa na mnie i ma mi za złe, że ja jestem źle wychowana, jem z nosem w książce, nie zauważając co, spóźniam się na obiad, nigdy niczego nie chwalę.

Mama odprowadza Darka do przedpokoju, każe mu się zapiąć, naciągnąć czapkę na uszy i po krótkim wahaniu zaprasza go na następną niedzielę, każe mu przyjechać w sobotę i ofiarowuje nocleg w dużym pokoju, który jest jednocześnie kuchnią, jadalnią, salonem i pokojem gościnnym. W pewnej chwili rzuca mi niepokojące spojrzenie i pyta, co ja na to. Boi się, że powiem coś niestosownego. Kiwam głową, to ją usposabia do mnie życzliwie. Trzeba jechać na dworzec, w autobusie milczę, on mówi, ja nie słucham, puste gadanie, pozbawione cienia refleksji, niekontrolowany strumień wody, w którym jest jakiś kolega, oczywiście sportowiec, biegi popołudniowe, marsze jesienno-zimowe, i najnowsze nagrania. Tłok coraz większy, dużo oddechów i dużo słów, nareszcie dworzec, wysiadamy, cmok, cmok i do widzenia. Ludzi pełno w przedziałach, pociąg gwiżdże, nie ma go, skrył się w oddali, mogę opuścić rękę.

Za każdym razem chcę mu to powiedzieć, wypieściłam w sobie te słowa, powtarzam je w myślach i za każdym razem opuszcza mnie odwaga, droga w ścisku na dworzec trwa długo, na przystanku nigdy nie jesteśmy sami, wszędzie pełno ludzi, nie mam nigdy ochoty wziąć go za rękę, powtarzam matematyczne wzory. Boże! Boże! Dlaczego ludzie torturują innych w ten sposób. Jeśli o mnie chodzi, mogę obejść się bez całek, różniczek i funkcji. Będę pisać wiersze. Czy znajomość wyższej matematyki pomaga w pisaniu wierszy? Wolałabym się uczyć łaciny, kupiłam nawet podręcznik w antykwariacie. Łacina i włoski – to języki, które powinien znać każdy cywilizowany człowiek. On optuje za angielskim. Po co komu włoski? Nie przestaje się dziwić. Cały świat mówi po angielsku.

To nie może tak trwać, przyjazdy, odjazdy, jego mocne uściski, parę nieśmiałych pocałunków, jakieś słowa, których się nie pamięta, tańce u Iwony, inne od tamtych nad morzem, kieliszek szampana i jego zgorszone spojrzenie. Gwizd pociągu, ręka idzie w górę. Odjazd.

Chciałam być okrutna i nie umiałam. To przyszło samo. Okrucieństwo jest wpisane w nasze życie jak śmierć, można postanawiać zostać aniołem i tak się to nie udaje. Życie wywlecze wszystko, nie oszczędzi nikogo.

***

Po tym wieczorze u Iwony Stefan nie pokazał się, nie przysłał listu, nie mógł zadzwonić, ponieważ nie mieliśmy telefonu. Pierwszy raz żałowałam, że go nie mamy, wieczorem zrobiłam ojcu awanturę.

– Wszyscy – mówiłam – mają telefony. Iwona, Grażyna, Majka, a my nie, na tym zadupiu, na tych peryferiach gdzie diabeł mówi dobranoc, odcięci od wszystkiego.

Ojciec zdziwiony moim wybuchem zmarszczył brwi: odsapnął i powiedział z poczuciem winy, że złożył podanie, trzy lata już czeka, jak uruchomią nową centralę, dostaniemy telefon w pierwszej kolejności. Tłumaczył się, a ja zachęcona jego skruchą mówiłam dalej:

– Wszystkie dziewczyny mają swoje pokoje, a ja nie mam gdzie się skryć ze swoimi myślami, nie mam gdzie się uczyć, te dwie jędze depczą mi po piętach.

– Coś ty taka nerwowa – zaniepokoiła się mama – dostałaś kartkę od Darka. Co on pisze? Ma jakieś kłopoty?

– On i kłopoty! – odburknęłam niegrzecznie. – Tacy jak on nie mają żadnych kłopotów. Nic się nie stało. Przyjedzie w sobotę.

Siostrzyczki popatrzyły na mnie znacząco, nic nie powiedziały. Darek przyjechał, mieliśmy iść do teatru, ale ja w tym zamieszaniu i czekaniu na znak od Stefana nie pomyślałam wcześniej o biletach. Zostawało więc kino i jakieś nudne rozmowy przy stole w otoczeniu sióstr. One odczekały aż mama wyjdzie z pokoju i gdy zostaliśmy sami, rzuciły się do Darka:

– Wiesz, wiesz? – przekrzykiwały się, jak to one. – Iga była u Iwony na prywatce w sobotę.

– Tak? – spojrzał na mnie.

Skinęłam potakująco głową, a one nadawały:

– Odprowadził ją chłopak, siedziała z nim bardzo długo, słuchali muzyki.

Darek popatrzył znów na mnie, jakby im nie wierzył.

– Tak – potwierdziłam.

– Ona się zakochała – powiedziała młodsza siostrzyczka, a starsza uszczypnęła ją w pupę. Za późno. Darek odwrócił w moją stronę sztywną głowę.

– Co one mówią? – zapytał. – Co one mówią?

– Powiedziały ci prawdę, chyba się… – nie dokończyłam…

Darek zrobił się bledszy od kredy, zbielały mu nawet włosy, oczy, usta. Przeraziłam się.

– Co ty wyprawiasz?! – Chwyciłam go za rękę, wyrwał ją, odsunął się do ściany, nie mógł złapać tchu, zacisnął usta i stał tak oparty o ścianę, mocując się ze łzami i z tą trupią bladością, wreszcie w ciszy, bo siostry również zamilkły, w ciszy, która zawisła nad nami jak przekleństwo, powiedział:

– Niepotrzebnie przyjechałem. Mogłaś napisać.

– Mogłam, przepraszam, ale ja nie wiedziałam, że to tak, przepraszam, nie wiedziałam jak to zrobić…

– Pojadę do domu.

– Zostań! Mama upiekła ciasto, pójdziemy do kina.

– Nie! – Rzucił się do przedpokoju, złapał swoją kurtkę na misiu i wyszedł. Całe szczęście, że taty nie było. Nie odprowadziłam go na dworzec. Siostry uciekły do swojego pokoju, a ja pobiegłam do babci i opowiedziałam jej wszystko. Ona jedna mnie rozumiała.

– Nie przejmuj się, dziecko, tak lepiej, lepiej, że on pojechał, nie możesz żyć wbrew sobie, pamiętaj, nie możesz żyć wbrew sobie. Szkoda, to miły chłopiec, żeby sobie tylko czegoś nie zrobił. Jedź na dworzec!

– On nie chciał, babciu, wybiegł bez pożegnania. Nie pojadę na dworzec.

Darek odszedł i ja natychmiast zapomniałam o nim, a Stefana nie mogłam wymazać z pamięci, nie tylko nie mogłam, nie chciałam. Ciągle był w moich oczach i w sercu. Mówiłam – zasnę i on zniknie, ulotni się jak wszystkie inne obrazy, odejdzie w niepamięć, a on nie odchodził, jego ciepły głos dźwięczał mi w uszach. Mówiłam: zaraz ucichnie, nie, wracał z rogu pokoju… dochodził zza okna. Wreszcie udało mi się zasnąć, ale zaraz się przebudziłam, zdawało mi się, że on tu jest, patrzy, bierze mnie za rękę, ściska ją delikatnie, przesuwa palce wzdłuż dłoni, przesuwa je dalej do moich palców, dotyka paznokci. Zasnęłam nad ranem. Myślałam, że będę śnić o nim, ale we śnie nie było go. W niedzielę – a była to już druga pusta niedziela – też się nie zjawił i przez cały tydzień nic o nim nie wiedziałam. Nie chciałam pytać Iwony, bałam się zdradzać z moim niepokojem, ale gdzieś w głębi duszy, intuicyjnie czułam, że on się zjawi, napisze list, przyśle telegram, przyjdzie do szkoły, albo gdy wyjdę na ulicę, to spotkam go gdzieś przypadkiem, bo on też wyjdzie, po to żeby mnie spotkać. Wychodziłam do parku, patrzyłam jak śnieg topnieje, zrobiła się odwilż, wszystko ściemniało, drzewa i ziemia. Z dachów spływała woda, potworzyły się groźne kałuże, błyszczały niczym oczy w rosole, zaspy w naszym ogrodzie przypominały brudne, pożółkłe szmaty.

Straciłam apetyt, wydawało mi się, że nie oddycham, czekałam z zapartym tchem. Nagle wieczorem, gdy wkuwałam do głowy jakieś daty, które nie czepiały się mózgu, ujrzałam świecę; za moim oknem płonęła świeca i w jej chybotliwym blasku ujrzałam jakiś cień. Podeszłam bliżej, zgasiłam światło, płomień chwiał się na wietrze, wiedziałam, że osłania go ręka. Tak, to był on, uśmiechnięty, ze śniegiem we włosach, cały biały, bo właśnie po tej odwilży zaczęło padać. Zrobiło się biało, przytulnie, czysto. Otworzyłam okno, parapety u nas znajdowały się bardzo nisko i on wszedł do pokoju, położyłam palec na ustach, nakazałam mu być cicho, nie chciałam, żeby ktoś wiedział, że on wszedł, siostry siedziały u babci i pod jej nadzorem odrabiały lekcje. Od razu włączyłam muzykę i rozmawialiśmy szeptem.

– Czekałaś? – zapytał.

– Tak, każdego dnia.

– Przepraszam, przepraszam, wtedy nie mogłem odejść od ciebie, wracałem i stawałem koło twoich drzwi, patrzyłem, jak kładziesz się do snu i jak zasypiasz.

– Na noc zawsze spuszczam zasłony, nic nie widziałeś.

– Nie spuściłaś zasłon i przez firankę w świetle widziałem, jak ścielisz sobie tapczan, jak się przeciągasz leniwie, podeszłaś do okna, jakbyś wiedziała, że ja tam stoję i patrzę, a potem zgasiłaś światło. Chciałem, żebyś się obudziła, czekałem na twoje przebudzenie, ale ty spałaś tak smacznie…

– Dlaczego nie zapukałeś?

– Nie miałem odwagi. Całą noc stałem za oknem. Przeziębiłem się.

– Całą noc – powtórzyłam jak echo. – Głupi. Naprawdę jesteś, jesteś… – pocałowałam go w czoło, wstydziłam się pocałować go w usta, złożyłam więc na jego czole siostrzany pocałunek, on chwycił moje ręce, położył je sobie na policzkach i patrzył mi w oczy.

– Niebieskie muszle, niebieskie – powtórzył. Wetknął mi do rąk wiersz i tą samą drogą, przez okno wyszedł, ale przedtem przyrzekł mi, że tym razem pójdzie prosto do domu, a jutro przyjdzie pod szkołę, spotkamy się w dzień, popatrzymy na siebie w dzień, a nie przy tym sztucznym świetle.

Rano zobaczyłam go przed domem, zlękłam się, że on umrze od tego sterczenia pod moim oknem, znowu się przeziębi, dostanie zapalenia płuc, umrze… O Boże! Nagadałam mu wiele głupstw. Chwyciłam torbę i wybiegłam bez śniadania do szkoły. Odprowadził mnie do przystanku i wsiadł ze mną do autobusu, a ja krzyczałam: nienawidzę cię, nie chcę cię znać, nie przychodź więcej, przeziębisz się, umrzesz i co ja zrobię, co ja zrobię?

Roześmiał się.

– Nie krzycz – powiedział – przyjechałem do ciebie dziś rano. Jestem zdrów, nic mi nie jest. Popatrz na mnie, czy tak wygląda chory człowiek? No, przyjrzyj mi się!

Wyglądał jak człowiek, którego dni są policzone, chudy i przezroczysty, jego podkrążone oczy płonęły niezdrowym blaskiem, we włosach miał pełno śniegu. Strząsnęłam mu go i okręciłam jego szyję swoim szalikiem, po lekcjachkupiłam mu czapkę, nosił ją przez całą zimę i już się nie przeziębiał.

***

Ranki były najlepsze. Budziłam się świeża, pełna jasnych myśli, a za oknem był on, pukał delikatnie w szybę i czekał aż się ubiorę, potem odprowadzał mnie do szkoły i stawał przed moją klasą na wprost okna. Dopiero gdy nauczyciel pojawiał się w drzwiach, odchodził, odprowadzany zazdrosnymi spojrzeniami koleżanek.

– No, ty to masz szczęście – mówiły – taki chłopak. Dziewczyny za nim szaleją, a on, popatrz, zwariował, popatrz, co ty mu zrobiłaś, świata poza tobą nie widzi, co on takiego w tobie zobaczył, wcale nie jesteś ładna.

– Nie jestem ładna? – śmiałam się im w twarz. – Jestem piękna, dla niego jestem najpiękniejsza na świecie. -Spoglądały na mnie z ironią, wzruszały ramionami.

Lustro mówiło, że nic mi nie brakuje, oczy niebieskie, dołeczki w policzkach, lśniąca gładka cera. Mężczyźni oglądali się za mną na ulicy, natomiast dziewczyny nie przestawały mi wmawiać, że jestem szara, nijaka, pozbawiona seksu. Ludzie nie lubią cudzego szczęścia, złości ich, gdy ktoś wygrywa w totolotka, albo gdy komuś dobrze się wiedzie. Moje koleżanki nie różniły się pod tym względem od innych. W ich docinkach i kpinach wyczuwałam gorycz zawiedzionych nadziei, znały go wcześniej, dłużej niż ja, czytały jego wiersze, a teraz widząc go stale ze mną zapragnęły nagle zepsuć coś w naszych uczuciach, które były dopiero przedsmakiem tego, co miało nadejść – podniecającym oczekiwaniem i odkrywaniem siebie.

Jeśli o mnie chodzi, nie miałam w tych sprawach żadnych doświadczeń. Mówi się, że młodzież jest zdemoralizowana, cyniczna, może też tacy byliśmy, ale nie w stosunku do siebie, do innych chyba też nie.

Mało o nim wiedziałam, tak się jakoś składało, że nie mówiliśmy prawie o sobie, rozmawialiśmy o wierszach, o kształcie obłoków i o obrazach, znaliśmy się krótko, zaledwie kilka dni, a już inni wkroczyli brutalnie pomiędzy nas.

– Czy wiesz jaki jest Stefan? – zapytała któregoś dnia Iwona.

– Oczywiście – odparłam naiwnie.

– Tak? – uśmiechnęła się kąśliwie. – Wiesz, że on ma zawsze trzy dziewczyny? Z jedną sypia, z drugą chodzi, a z trzecią tańczy.

– No to ja jestem ta, z którą tańczy.

– A nie interesuje cię ta, z którą sypia?

– Ja wiem… – odparłam ponuro.

Umilkła, jakby jej usta zalano gipsem, nic już nie miała do powiedzenia, a mnie zakręciło się w głowie.

Zazdrość jest wymysłem szatana, jego głównym narzędziem, bronią, która go nigdy nie zawodzi. Iwona zepsuła mi cały smak porannych spotkań. Już nie czekałam na niego z takim drżeniem, za każdym razem chciałam coś wyjaśniać, pytać go, badać i bałam się słów. Nie mówiliśmy o tym, że ktoś ze sobą sypia, to było zbyt obcesowe, nieprzyzwoite wręcz, nie mogłam zapytać go wprost, kluczyłam więc niemrawo, pytając go o dziewczyny. On nic nie rozumiał.

– Jakie dziewczyny? – pytał otwierając szeroko oczy.

– No, czy masz kogoś?

– Ty pytasz? Ty nie wiesz? Jak ty możesz o to pytać? Zwariowałaś?… Oczywiście – uspokoił się – mam dziewczynę.

– Jaką? – zrobiłam zdziwioną minę. – Ty myślisz o mnie?

– A o kim? Czy ktoś poza tobą istnieje? Czy ktoś się poza tobą liczy? O co ty pytasz? Nie bardzo rozumiem – zdziwienie w oczach, w głosie, w całej postaci.

Przystanął, gestykulował, on naprawdę nie kłamał, mogłabym przysiąc, dać za to głowę, a jednak słowa Iwony dzwoniły mi w mózgu, nie wierzyłam mu, ta kropla jadu, pastylka ohydy wdarła się w nasz świat i została. Od tego dnia każde spotkanie z nim było nią zatrute, ciągle sprawdzałam, gdzie był, co robił, chciałam koniecznie wiedzieć, kim jest ta trzecia, z którą sypia, ja byłam tą, z którą chodził. Z półsłówek dziewczyn zorientowałam się, że to była Iwona. Ona nic o tym nie mówiła, lecz jej stosunek do mnie nagle się zmienił. Była moją najbliższą przyjaciółką, siedziałyśmy razem, pomagałyśmy sobie w lekcjach, bywałam u niej na prywatkach, gadałyśmy o wszystkim… Tak się tylko mówi, ale to wszystko nigdy nie jest zupełne, zawsze są te szuflady, których się nie otwiera, on był tą szufladą, której się nie otwiera. Zajrzałam do niej ukradkiem, niewiele zobaczyłam, więcej się domyśliłam, głównie dlatego, że Iwona zaczęła nagle źle o nim mówić. Do tej pory mówiła niewiele, a teraz wieszała na nim psy. „On ma fantazję, nie wierz ani jednemu jego słowu – uśmiechała się pobłażliwie – co on robi? Zauważyłaś jak schudł? Poślij go do lekarza, może ma coś z płucami, pokasłuje i te jego rumieńce… Nie wydają ci się podejrzane?”

– Czy ja wiem? – patrzyłam na nią przerażona.

Stefan rzeczywiście był chudy, długi, z rozwichrzoną czupryną wyglądał oryginalnie, cerę miał świeżą, czerstwą, przebywał dużo na powietrzu. Po lekcjach zawsze czekał na mnie na ulicy, a była zima i śnieg. Prosiłam go, żeby dbał o siebie i on mnie słuchał, nosił czapkę i szalik, ciepłe buty i swetry, więc chyba Iwona nie miała racji. Ostatnio w ogóle gadała za dużo. Wychodząc ze szkoły starałam się ją zgubić, ale nieraz było to niemożliwe. Ona mając jakiś swój cel nie odstępowała mnie na krok. Przed wejściem czekał Stefan. Na mój widok rozpromieniał się, jaśniał, jakby gdzieś za nim zapalały się niewidoczne jupitery i on w ich rwącym blasku ściągał z głowy czapeczkę z pomponem w niebieskie wzory, którą dostał ode mnie, klękał na śniegu. Taki żar bił od niego, że przymykałam oczy.

– Wariat! – wykrzykiwała ze złością Iwona. – Skończony idiota! – a on jej w ogóle nie widział, podnosił się z klęczek i uczepiony mojego ramienia szeptał mi do ucha ostatni swój wiersz.

Widywaliśmy się prawie codziennie, ja nadal nic o nim nie wiedziałam prócz tego, że mieszka gdzieś na Poznańskiej, w wielkim starym domu i studiuje na uniwersytecie. Nie mówiliśmy o studiach ani o jego rodzinie, nie było potrzeby, ciągle mieliśmy sobie tyle do powiedzenia na temat wierszy, muzyki i książek, chodziliśmy też na wystawy. Raz poszliśmy do teatru na „Fizyków” Durrenmatta i siedząc na widowni myśleliśmy tylko o sobie. To, co odbywało się na scenie, było takie długie, okropne, straszne, nie dotyczyło nas, nie miało nic wspólnego z naszym światem, my chcieliśmy widzieć tylko piękno, harmonię, ład, porządek i tak rzeczywiście było, to właśnie widzieliśmy. Warszawa była dla nas najpiękniejszym miastem na świecie, innego nie znaliśmy, to było naprawdę ładne miasto, takie w każdym razie zostało mi w pamięci.

Śniegu było coraz mniej, wiatr pachniał wiosną, a my przemierzaliśmy je pieszo, właściwie to chodziliśmy ciągle tą samą trasą: Piwna, Brzozowa, Góra Gnojna z widokiem na Wisłę… Po obejściu różnych zakątków na Starówce szliśmy na Sadybę, po dotarciu do domu nie mogliśmy się rozstać.

Dochodziliśmy do jednego drzewka, mówiliśmy: to już tu, potem było drugie drzewko i trzeba było się cofać do pierwszego, potem był płot, najpierw on mnie odprowadzał, potem ja jego, potem znowu on mnie i tak w kółko. W sobotę dzień się wydłużał, nie musiałam odrabiać lekcji, co prawda coraz rzadziej je odrabiałam, byłam na ogół spokojna, szczęśliwa. Wystarczyło jednak, bym spędziła z dala od niego kilka godzin, a moje podejrzenia przybierały monstrualne rozmiary, już byłam pewna, że mnie zdradza, już go widziałam w różnych nieprzyzwoitych sytuacjach z koleżankami z uniwersytetu, tylko dlatego, że wspomniał nieopatrznie, iż wpadł do akademika po książkę. Usłużna wyobraźnia podsuwała mi od razu odpowiednie sceny. Wiadomo jak zachowują się studentki, wciągają od razu chłopaków do łóżka i wyrafinowanymi pieszczotami przywiązują ich do siebie… Nie spałam po nocach, w dzień natomiast głowiłam się nad tym, jak go zapytać o dziewczyny z grupy, aby wyglądało to naturalnie. Chętnie o nich mówił, podając mało dla mnie ważne szczegóły, jak te np., że Hanka pisze opowiadania o zwierzętach i drukuje w „Płomyczku”, a mama Joli piecze wspaniałe ciasta, Kaśka zaś prowadzi studencki kabaret.

– A która się z tobą kocha?

– Wszystkie. Czy nie zasługuję? – roześmiał się i zaraz spoważniał. – Co mnie to obchodzi, czy kocha się we mnie Kaśka czy Jolka? Jakie to ma znaczenie?… Wiesz co? Chodźmy do kina – szybko zmienił temat i niczego się nie dowiedziałam.

– A może pojedziemy do akademika?

– Po co? – oburzył się. – Tam jest okropnie, wspólne łazienki, pokoje z piętrowymi łóżkami.

Mówił prawdę, nie cierpiał dużych grup, uciekał od ludzi, od moich koleżanek również. One wprowadzały dysonans, śmiały się w nieodpowiednich miejscach, mówiły nie to, co należało, nie pasowały do nas. My mieliśmy w sobie za dużo liryzmu, poezji, romantyzmu, muzyki, podczas gdy one kurczowo trzymały się ziemi, która dla nas ważna była o tyle, że chodziło się po niej, stanowiła jakiś punkt oparcia, ale to, co było obok, w sklepach, na ulicy poza tomikami wierszy i nowymi płytami, nie interesowało nas wcale. Tak nie można żyć, wiem, ale tak właśnie żyliśmy. Odurzeni sobą chodziliśmy po Warszawie, nieraz jeździliśmy tylko po to do Śródmieścia, żeby z niego uciekać na Sadybę, nad Jeziorko Czerniakowskie, siadaliśmy na oblodzonej ławce i karmiliśmy ptaki. Przylatywały tam kaczki, kruki, wrony, gołębi nie było, tylko dzikie ptactwo. Przynosiliśmy bułki, kruszyliśmy je, a one ucztowały na naszych oczach, ślizgając się po lodzie.

Tak się złożyło, że nie widziałam się z nim trzy dni, przygotowywał wówczas referat czy gdzieś wyjechał, nie pamiętam. Uprzedził mnie, że nie przyjdzie ani do szkoły, ani do domu. Trudno sobie wyobrazić, co się wtedy działo. Nie spałam, nie jadłam, nie oddychałam chyba, mama była przerażona, ojciec kazał mi iść do lekarza i wziąć coś na apetyt, babcia pokiwała tylko głową, a w korytarzu spytała szeptem:

– Stefan wyjechał?

– Nie.

– Więc co jest, uczy się?

– Nie, wyjechał.

Uśmiechnęła się jakoś dziwnie, ni to współczująco, ni to sceptycznie, dolewając niejako oliwy do ognia. Wtedy postanowiłam: jeżeli on tego dnia wieczorem nie pojawi się pod moim oknem, nie zapuka cichutko w szybę, nie zapali Sebastiana, czyli tej czerwonej świecy, którą tak nazwaliśmy, ponieważ przy niej słuchaliśmy Bacha, jeżeli nie zapali tej świecy, to skończę z nim na zawsze, nie spojrzę na niego, nie odezwę się… Idiotyczne myśli chodziły mi po głowie. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, czekałam, niebo było ciemne, bez śladu gwiazd czy księżyca, w dole czarna wilgotna ziemia i świerk sterczący jak groźny sztylet. Nagle w tej czerni rozbłysł płomień, zerwałam się z łóżka, otworzyłam okno i powiedziałam: – Wejdź, tak czekałam, tęskniłam.

– Mam wejść? – przeraził się. – Przebudzimy dziewczynki.

– Śpią twardo.

– Nie, nie – wzbraniał się. – Przywarłam do niego w oknie, całowaliśmy się nieprzytomnie, byłam w koszuli, boso, on zimny, mokry.

– Wejdź do środka, zostań ze mną – prosiłam, słaniając się z podniecenia.

– Jak to? Nie – szeptał coraz bardziej przerażony. Pocałunki były jak rozżarzone węgle, parzyły dotkliwie, obezwładniały.

Nigdy nikogo nie całowałam tak zajadle, tak agresywnie, z takim oddaniem, z całkowitym przyzwoleniem na wszystko. Nagle on mnie odsunął.

– Nie, tak nie można – powiedział raczej do siebie niż do mnie, siebie przed czymś wstrzymywał, pchnął okno w moją stronę, skrzypnęło z takim wizgiem, jakby chciało rozsadzić dom pogrążony we śnie, zsunął się na mokrą murawę i pobiegł do żwirowanej uliczki, przeskoczył niezbyt wysoki płot i pomknął do przystanku. Stałam rozpalona, przygwożdżona do miejsca, czułam się odtrącona, niechciana. Gorące łzy ciekły mi po twarzy, jego nie było, szukałam więc pocieszenia w łkaniu, teraz już zupełnie nie mogłam spać. Siostry za parawanem oddychały miarowo, a ja zapalałam światło i gasiłam je, podchodziłam do okna, łudząc się, że on wróci, ale nikogo nie było. Ciszę mącił łagodny szelest wiatru, w górze było bezduszne niebo porysowane czarnymi drzewami i rozżarzona łuna miasta. Świt był wilgotny, mglisty, nieprzytulny, zamknęłam okno, zasnęłam na krótko. Obudziły mnie hałasy, siostry ubierały się do szkoły.

– Iga! Iga! Spóźnisz się! Twój ukochany nie przyszedł. Nikogo nie ma.

– Jestem chyba chora.

Mama zajrzała do pokoju.

– Co ci jest? Boże! Masz gorączkę! Trzeba wezwać lekarza. Nie wstawaj! Gdzie termometr? Nigdy nic nie leży na miejscu.

– Znajdę sama, wezmę aspirynę. U nas dziś konferencja. Nie muszę nigdzie iść. Jak będziesz wracała z pracy, kup mi witaminy. Jestem osłabiona.

Mama nie wiedziała w co ręce włożyć, dziewczynki pobiły się w łazience, tatuś je stamtąd przepędził, babcia przewróciła się w przedpokoju, w kuchni wykipiało mleko.

Wstałam, nie mogłam znieść tej wrzawy, nakryłam do stołu, nalałam dziewczynkom mleka, zrobiłam im kanapki. -Starość nie radość – usprawiedliwiała się babcia, popijając swoją ulubioną kawę z mlekiem.

– Potłukłaś się? – spytałam.

– Co się miało potłuc – uśmiechnęła się smutno – stare kości i tyle. – Dopiła swoją kawę i odstawiła szklankę.

– Musisz iść do tego biura? – spytałam. Nie chciało mi się samej zostawać w domu.

– Muszę i chcę – uśmiechnęła się, już zapomniała o swoich kościach. Narzuciła pospiesznie na siebie płaszcz i żwawym, młodzieńczym krokiem popłynęła do furtki, która zatrzasnęła się za nią z piskliwym chlupnięciem.

Siostry też wyszły i znowu otoczyła mnie cisza. Bałam się, byłam chora, ubzdurałam sobie, że tym razem tracę go już na zawsze, ale nie pojmowałam dlaczego. Nigdy do niego nie dzwoniłam, nie było potrzeby, teraz coś mnie z domu wypchało, ubrałam się i wyszłam do budki. Kiedy wykręciłam jego numer, usłyszałam szorstki głos, tak niepodobny do tego, który znałam. Zawahałam się.

– To ja, Iga…

– Ty? Skąd dzwonisz?

– Z budki.

– Ty?

– Przyjedź, mam wolne, konferencja, rozumiesz, jestem sama…

– Tak?

– Tak, tak – powtórzyłam. Wróciłam do domu i czekałam nie wiedząc, czy on przyjdzie czy nie.

Zjawił się szybciej niż to było możliwe. Wszedł jak wczoraj przez okno, które zostawiłam nie domknięte, ukląkł i patrzył na mnie wilgotnymi oczami, wystraszony jakiś, biedny, wycierał czoło wierzchem dłoni i szeptał drżącym głosem:

– Kocham cię tak bardzo, że boję się tego, co chcemy zrobić. Boję się, tak cię kocham, chyba jednak nie powinniśmy…

– Przytul mnie, ja się nie boję, właśnie dlatego, że cię kocham, nie chcę, żebyś to robił z innymi, chcę, żebyś był stale przy mnie, żebyś mnie całował, żebyś mnie dotykał, pieścił, proszę cię, zrób to…

– Nie wiem, nie powinienem…

– Nic nie mów, chodź tutaj! – tuliłam się do niego, płakałam, on zaczął scałowywać łzy z mojej twarzy, wycierał je, byłam całkowicie bezwolna, zamknęłam oczy, czułam jego bliskość, prawdziwą bliskość jego ciała, oplotły mnie jego uda, ramiona, był silny, sprężysty i delikatny…

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że doznałam rozkoszy i że było to najwspanialsze przeżycie… Nic z tych rzeczy… Był ból, lekki – to prawda – i przerażenie, że to już po, już po… Zobaczyłam krew i pomyślałam, że umrę, krew zawsze w moich odczuciach kojarzy się ze śmiercią, nic na to nie poradzę. Jego też przeraziła krew, przepraszał mnie, ubolewał nad tym, co zrobił, zaniósł mnie do łazienki. Umyłam się, krwi było niewiele, a we mnie pustka… czułam się zraniona, zbrukana, bez duszy, chciałam umrzeć. No cóż, samo pragnienie nie wywołuje na szczęście żadnych następstw. Milczałam, on też nic nie mówił, wiedział chyba, co się ze mną dzieje, leżał obok i trzymał mnie za rękę, nic więcej…

Potem już było tak jak myślałam, jak to sobie wyobrażałam. Zapytałam go, czy tak samo było z innymi, czy on nadal potrzebuje tych trzech dziewczyn? Czy teraz już będzie ze mną sypiał? A z kim będzie chodził, z kim będzie tańczył?

Zaśmiał się jasno, soczyście i powiedział: „Teraz i zawsze, zawsze już będziesz tylko ty… Od tamtego wieczoru, pamiętasz, kiedy wyszliśmy od Iwony, byłaś tylko ty, nikogo więcej, o nikim nawet nie pomyślałem, żadnej dziewczyny nie chciałem pocałować, z żadną nie chciałem być blisko. Jesteś tylko ty, tylko ty istniejesz i tylko ciebie, ciebie kocham, dla ciebie chcę żyć. Teraz już zawsze będę się budził obok ciebie, będę patrzył w niebieskie muszle, będę czesał twoje włosy”… Wtedy na poczekaniu ułożył wiersz, taki prosty, niewymyślny, wiersz, który był najczystszą miłością.

Nie wiedzieliśmy, że wokół nas zbierają się chmury. Tyle rzeczy się działo, o których nie myśleliśmy. Byli przecież jego rodzice i moi, lecz nikt się nie liczył, nikt nie istniał, byliśmy tylko my, tak nam się zdawało, tymczasem świat dokądś pędził, niszczył ludzi i nam zagrażał, nie wiedzieliśmy jeszcze o tym.

Któregoś