Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 654 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwony Byk - Mirosław M. Bujko

Rok 1944. Amerykański bombowiec B-29 zmuszony jest do awaryjnego lądowania we Władywostoku. Pomimo sojuszu między mocarstwami kapitan Harold Darrell i jego załoga zostają internowani. Jednak Rosjan nie interesują piloci, lecz ich supernowoczesny samolot, zdolny do przenoszenia pocisków atomowych. Przecież pakt amerykańsko-sowiecki nie będzie trwał wiecznie... Stalin decyduje się na krok z pozoru szalony – postanawia skopiować superfortecę. Przymusowa współpraca kapitana Darrella z radzieckim inżynierem Tumiłowem pokazuje, w jak różnych żyją światach, obnaża absurdy i grozę systemu komunistycznego. Każdy rozkaz staje się wykonalny za sprawą pistoletu przystawionego do skroni, a braki finansowe i techniczne znikają po drobnej wzmiance o tym, co może spotkać rodzinę w wypadku niepowodzenia przedsięwzięcia. Agentem może być tu każdy – asystent, lekarz, kochanka. Mocodawców także jest wielu… Nawiązująca do poprzedniej powieści autora, Złotego pociągu, fabuła Czerwonego Byka obfituje w zaskakujące zwroty akcji, pikantne sceny erotyczne i brawurowe opisy japońskich sztuk walki.

Opinie o ebooku Czerwony Byk - Mirosław M. Bujko

Fragment ebooka Czerwony Byk - Mirosław M. Bujko

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2007

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2007

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję wszyst­kim pla­gia­to­rom drę­czo­nym przez wy­rzu­ty su­mie­nia.

Ma­szy­ny o kil­ka wie­ków wy­prze­dza­ją mo­ral­ność, a kie­dy mo­ral­ność je do­go­ni, może nie bę­dzie już po­trzeb­na.

Mam na­dzie­ję, że nie. Je­ste­śmy jed­nak je­dy­nie ter­mi­ta­mi na pla­ne­cie.

Być może, kie­dy zbyt głę­bo­ko wgry­zie­my się w pla­ne­tę, doj­dzie do ob­ra­chun­ku – kto wie?

Har­ry Tru­man

Tu nie cho­dzi o wy­bór mię­dzy po­ko­jem a woj­ną.

Tu cho­dzi o wy­bór mię­dzy woj­ną a inną woj­ną.

Ma­ha­bha­ra­ta

Wy­bra­łeś woj­nę i oto jest. Wszyst­ko już go­to­we: wo­jow­ni­cy, ko­nie, ry­dwa­ny, wozy peł­ne bro­ni, kon­wo­je, na­mio­ty dla ran­nych, drwa na sto­sy cia­ło­pal­ne, ja­sno­wi­dze, węże ja­do­wi­te…

Ma­ha­bha­ra­ta

Południe 29 lipca 1944. Cztery i pół tysiąca metrów nad Mandżurią

Chmu­ry. Chmu­ry. Chmu­ry. W dole i po bo­kach. To było za­baw­ne wra­że­nie. Wy­da­wa­ło się, że są bar­dzo bli­sko i wy­star­czy­ło­by tyl­ko wy­cią­gnąć rękę, żeby po­czuć ich ulot­ny do­tyk. Ale były tak­że bar­dzo re­al­ne. Prze­pły­wa­ły ma­je­sta­tycz­nie, ni­czym trą­co­ne ły­żecz­ką kup­ki słod­kiej pian­ki z bia­łek, pły­wa­ją­cej po mlecz­nej po­wierzch­ni zupy nic.

Gdy był mały, nie­na­wi­dził tej zupy – za mdłą sło­dycz, ale jesz­cze bar­dziej dla­te­go, że przy­rzą­dza­nie jej wpra­wia­ło jego mat­kę w ab­sur­dal­ne sa­mo­za­do­wo­le­nie. Tak jak­by stwo­rzy­ła coś wiel­kie­go i wspa­nia­łe­go. Wno­si­ła tę zupę z trium­fu­ją­cą miną, ni­czym we­stal­ka nio­są­ca świę­ty ogień przed oł­tarz Zeu­sa. Jego star­szy brat uwiel­biał to pa­skudz­two i był zwy­kle głów­nym ako­li­tą na mdłym i słod­kim jed­no­cze­śnie na­bo­żeń­stwie. Ale jego brat po kil­ku­let­nim okre­sie wstrę­tu do ja­kie­go­kol­wiek je­dze­nia – od cze­go ro­dzi­ce żar­to­bli­wie ochrzci­li go Ted­dym-Nie­jad­kiem – wpadł w ko­lej­ny cykl: po­że­ra­nia wszel­kiej stra­wy bez umia­ru. Sma­ko­wa­ła mu na­wet zupa nic. Świń­stwo spo­rzą­dzo­ne z zim­ne­go, osło­dzo­ne­go wa­ni­lio­wym cu­krem mle­ka i rów­nie słod­kiej pian­ki z bia­łek, ubi­tej kunsz­tow­nie za­baw­nym, sprę­ży­no­wym ubi­ja­kiem. W do­dat­ku zupę nic po­da­wa­ło się w domu Dar­rel­lów za­miast jego ulu­bio­ne­go de­se­ru – wi­śnio­wej ga­la­ret­ki z za­sty­gły­mi w ko­lo­ro­wym, pysz­nym żelu ka­wał­ka­mi po­ma­rańcz. Ale te­raz… – po­pra­wił się w fo­te­lu, bo na­gle ostro za­kłu­ło go w krę­go­słu­pie – te­raz kil­ka ły­żek zupy nic spra­wi­ło­by mu przy­jem­ność. Może przy­wo­ła­ło­by spe­cy­ficz­ny, je­dy­ny na świe­cie wa­ni­lio­wy za­pach domu w nie­dziel­ne po­po­łu­dnie, kie­dy to zwy­cza­jo­wo u Dar­rel­lów po­ja­wia­ła się na sto­le zupa nic, ni­we­cząc do­szczęt­nie pi­kant­ny i kle­isty smak świą­tecz­ne­go in­dy­ka z bo­rów­ka­mi. Chmu­ry były wspa­nia­łe. Gdy le­ciut­ko zmru­ży­ło się oczy, moż­na było do­strzec w ich kształ­tach rze­czy zu­peł­nie nie­zwy­kłe. Pod­sta­wa tej ol­brzy­miej, roz­dę­tej do mon­stru­al­nych roz­mia­rów, lo­ko­wa­ła się na dzie­wię­ciu ty­sią­cach stóp. O ile znał się na chmu­rach, była po­le­pio­na z cu­mu­lu­sów. Ulot­nych, nie­fra­so­bli­wych two­rów, jak­że chęt­nie ini­cju­ją­cych swój nie­trwa­ły, li­czo­ny w mi­nu­tach, ży­wot w taki wła­śnie pięk­ny, sło­necz­ny dzień. Gdy jed­nak two­ry te za­czną się gro­ma­dzić, jak de­mon­stran­ci pod sie­dzi­bą władz sta­no­wych, i kon­spi­ro­wać, ich po­łą­czo­ne nie­trwa­ło­ści roz­bu­du­ją się, tak jak w tym przy­pad­ku, w im­po­nu­ją­ce­go stra­to­cu­mu­lu­sa i wresz­cie w twór o wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cjach – cu­mu­lo­nim­bu­sa, któ­re­go wierz­cho­łek się­gnie, lek­ko li­cząc, trzy­dzie­stu ty­się­cy stóp. Gi­gan­tycz­na chmu­ra po pra­wej w za­baw­ny spo­sób przy­po­mi­na­ła chiń­ską por­ce­la­no­wą fi­gur­kę, zdo­bią­cą biur­ko do­wód­cy 462 gru­py bar­dzo cięż­kich bom­bow­ców, sta­cjo­nu­ją­cej w Ba­zie A1 w Kiun­glia. Fi­gur­ka była wspa­nia­ła i Dar­rell pod­czas czę­stych wi­zyt w ga­bi­ne­cie do­wód­cy wpa­try­wał się w nią urze­czo­ny, sta­ra­jąc się pusz­czać mimo uszu to, co wy­rzu­cał z sie­bie czer­wo­ny na gę­bie puł­kow­nik Jak-mu-tam. Tak go mię­dzy sobą na­zy­wa­li, po­nie­waż wódz 462 gru­py, ab­so­lut­ny wład­ca ich ży­cia i śmier­ci, zna­ny był głów­nie z tego, iż nie po­tra­fił za­pa­mię­tać na­wet naj­pro­ściej brzmią­cych na­zwisk swych licz­nych pod­wład­nych. Rów­nież pięk­nie dźwię­czą­ce na­zwy ma­low­ni­czych miej­sco­wo­ści w opa­no­wa­nej przez 58 skrzy­dło bom­bo­we oko­li­cy – w któ­rych mie­ści­ły się pro­wi­zo­rycz­ne lot­ni­ska, ozna­czo­ne ta­jem­ni­czy­mi kryp­to­ni­ma­mi CV, TC, TR i GI – sta­no­wi­ły dla puł­kow­ni­ka Jak-mu-tam naj­praw­dziw­szą udrę­kę. Jak gło­si­ły gru­po­we plo­tecz­ki, go­dzi­na­mi wpa­try­wał się w mapę, usi­łu­jąc wbić do znę­ka­nej mó­zgow­ni­cy ta­jem­ni­czą i nie­po­ję­tą mu­zy­kę Peng­shan, Kiun­glia, Hin­shing, Kwan­ghan. Ale nic z tego nie wy­cho­dzi­ło. No­sił więc po­dob­no w kie­sze­ni kar­tecz­ki ze sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny­mi na­zwa­mi lot­nisk i wyj­mo­wał je w sto­sow­nych chwi­lach wy­da­wa­nia waż­nych roz­ka­zów. Ale i tak nad wszyst­kim mu­siał czu­wać jego ad­iu­tant, bo Jak-mu-tam my­lił na­wet owe kar­tecz­ki. Ile w tym praw­dy, nikt z za­łóg gru­py nie wie­dział, ale po­ziom umy­sło­wy do­wód­cy był że­la­znym te­ma­tem dow­ci­pów. Jed­na z za­łóg za­ło­ży­ła na­wet spe­cjal­ny bru­lion, w któ­rym skrzęt­nie za­pi­sy­wa­ła wciąż nowe aneg­dot­ki zwią­za­ne z puł­kow­ni­kiem. Od­czy­ty­wa­no je po­tem przy akom­pa­nia­men­cie ży­wio­ło­wej we­so­ło­ści na spe­cjal­nych, suto za­kra­pia­nych pi­wem spo­tka­niach, na­zy­wa­nych kon­spi­ra­cyj­nie wie­czo­ra­mi po­etyc­ki­mi. Nie trze­ba do­da­wać, że nie wszy­scy byli na nie za­pra­sza­ni. By wku­pić się do klu­bu dow­cip­ni­siów, trze­ba było wy­my­ślić ko­lej­ny, ory­gi­nal­ny dow­cip. W ten spo­sób wstę­po­wa­ło się w kon­spi­ra­cyj­ne sze­re­gi żar­tu­ją­cych ze zwierzch­no­ści, a to – w po­ję­ciu or­ga­ni­za­to­rów „wie­czo­rów po­etyc­kich” – sku­tecz­nie za­bez­pie­cza­ło klu­bo­wi­czów przed do­no­si­ciel­stwem.

Chmu­ra prze­pły­wa­ła te­raz ma­je­sta­tycz­nie po pra­wej stro­nie i dzię­ki prze­stron­ne­mu oszkle­niu ka­bi­ny (w isto­cie sie­dzie­li tu jak w wiel­kiej szkla­nej bań­ce, na­zy­wa­nej przez za­ło­gi cie­plar­nią) moż­na było po­dzi­wiać ją bez prze­szkód. Ka­prys bi­lio­nów mi­kro­sko­pij­nych krysz­tał­ków lodu, kro­pe­lek wody i pary wod­nej stwo­rzył fan­ta­stycz­ną ko­pię fi­gur­ki z biur­ka do­wód­cy. To był sta­ry Chiń­czyk, sie­dzą­cy na pła­skim nad­rzecz­nym ka­mie­niu i ło­wią­cy ryby. Wszyst­ko było jak trze­ba, a sam ka­pe­lusz, ide­al­nie wy­to­czo­ny z al­to­cu­mu­lu­sa, miał ze trzy ki­lo­me­try śred­ni­cy. Bra­ko­wa­ło tyl­ko wę­dzi­ska z dyn­da­ją­cą na koń­cu szyl­kre­to­wą ryb­ką, więc gi­gan­tycz­ny sta­ru­szek głu­pio wy­cią­gał przed pęp­kiem kil­ku­set­me­tro­wą, obej­mu­ją­cą roz­rze­dzo­ne po­wie­trze pra­wą dłoń. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by się do­stoj­nie ona­ni­zo­wał w at­mos­fe­rycz­nej sa­mot­no­ści. Dar­rell roz­kasz­lał się, gwał­tow­nie wy­rwa­ny z kon­tem­pla­cji. Roz­wa­lo­ny w pra­wym fo­te­lu dru­gi pi­lot, ofi­cjal­nie ka­pi­tan For­rest C. Fi­sher, a przez przy­ja­ciół i zna­jo­mych zwa­ny Le­gen­dą, za­pa­lił ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Prze­zwi­sko mia­ło swo­je źró­dło w skom­pli­ko­wa­nych hi­sto­riach, któ­ry­mi Fi­sher ra­czył swo­je ko­lej­ne sek­su­al­ne zdo­by­cze. Naj­wi­docz­niej znaj­do­wał w zmy­śla­niu szcze­gól­ną przy­jem­ność, choć wła­ści­wie ko­lo­ry­zo­wać nie mu­siał. W kwie­cie dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat był męż­czy­zną nad wy­raz uro­dzi­wym. Dar­rell po­ra­dził mu czas ja­kiś temu, by miast kon­fa­bu­lo­wać za­brał się za pi­sa­nie po­wie­ści, a dziew­czę­tom mó­wił je­dy­nie to, co nie­odzow­ne jako pre­lu­dium do sek­su­al­nych igra­szek. Dar­rell nie pa­lił od ośmiu lat, a ci­śnie­nio­wa in­sta­la­cja ka­bin sa­mo­lo­tu wy­su­sza­ła mu wraż­li­wą jak u dziec­ka ślu­zów­kę.

– Kop­cisz jak głu­pi! – To była pre­ten­sja, ale brzmiał w niej ton au­ten­tycz­nej tro­ski, bo Dar­rell bar­dzo lu­bił swe­go za­stęp­cę mimo jego roz­licz­nych, trud­nych do znie­sie­nia wad. – Na­wet nie masz po­ję­cia, jak to gów­no śmier­dzi. A po­ję­cia nie masz, bo nig­dy nie rzu­ci­łeś pa­le­nia. – Po­ma­chał osten­ta­cyj­nie dło­nią przed no­sem. – Z cze­go oni ro­bią tę tru­ci­znę?

– Prze­cież to ca­me­le! – Dru­gi pi­lot ener­gicz­nie bro­nił ulu­bio­nej mar­ki i na­wet przy­jął w fo­te­lu cał­kiem przy­zwo­itą pozę. W każ­dym ra­zie zdjął lewą nogę z kra­wę­dzi ta­bli­cy przy­rzą­dów (po­de­szwa buta nie­bez­piecz­nie na­ci­ska­ła na ob­ra­mo­wa­nie szyb­ko­ścio­mie­rza) i umie­ścił ją tam, gdzie na­le­ża­ło, na pła­skim pe­da­le or­czy­ka.

– Wła­śnie – Dar­rell zim­no ce­dził sło­wa – pach­nie do­kład­nie tak jak wiel­błą­dzie gów­no.

Le­gen­da wes­tchnął i zdu­sił po­łów­kę ca­me­la w po­piel­nicz­ce. Na szczę­ście po­piel­nicz­ki w sa­mo­lo­cie mia­ły szczel­ne przy­kryw­ki na za­wia­skach i nie­do­pał­ki nie śmier­dzia­ły tak ja­do­wi­cie. Dar­rell w swo­jej dzie­wi­czej po­piel­nicz­ce trzy­mał to­reb­kę z moc­ny­mi mię­tów­ka­mi.

– Ha­rold, skąd wiesz, jak śmier­dzi wiel­błą­dzie gów­no? – Le­gen­da był jed­nak lo­jal­nym kon­su­men­tem.

Dar­rell uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią.

– La­ta­łem przez dwa mie­sią­ce w Afry­ce i by­łem na pu­sty­ni w nocy. Ara­bo­wie roz­pa­la­ją z tego ogni­ska, bo te gów­na są wy­jąt­ko­wo su­che i twar­de. Tego za­pa­chu się nie za­po­mi­na. A ty sam masz już zęby żół­te jak wiel­błąd. Kie­dyś były cał­kiem ład­ne. – Wrzu­cił do ust mię­tów­kę i wy­krzy­wił twarz, bo wy­da­ła mu się wy­jąt­ko­wo gorz­ka. – Jak te two­je dziew­czy­ny mogą się z tobą ca­ło­wać? – gde­rał bez zło­ści. – Rów­nie do­brze mo­gły­by ca­ło­wać się z tą po­piel­nicz­ką.

Le­gen­da miał go­to­wy ar­gu­ment i uśmiech­nął się sze­ro­ko, bo roz­mo­wa scho­dzi­ła na jego ulu­bio­ne tory:

– My się nie ca­łu­je­my! – Dar­rell uniósł brwi w sar­do­nicz­nym zna­ku za­py­ta­nia i cze­kał na ri­po­stę, świa­dom po­czu­cia hu­mo­ru pod­wład­ne­go. – Od razu za­bie­ra­my się do rze­czy. Szko­da cza­su. Zresz­tą ca­ło­wa­nie się jest bar­dzo nie­hi­gie­nicz­ne. Te wszyst­kie mi­kro­by i tak da­lej.

– My­ślisz, że jak zmu­szasz je, żeby ssa­ły tę two­ją… – Dar­rell przez chwi­lę szu­kał do­bre­go sło­wa, by nie po­paść w ba­nał i wul­gar­ność – …tę two­ją tur­bo­sprę­żar­kę, to to jest hi­gie­nicz­ne?

– Dla mnie tak.

Dar­rell nie rzekł nic i tyl­ko po­ki­wał z po­li­to­wa­niem gło­wą. Ale to po­li­to­wa­nie też było żar­tem, bo do­sko­na­le wie­dział, że Le­gen­da nig­dy nie oka­zał się ego­istą. Był dla swo­ich ofiar ko­le­żeń­ski i tro­skli­wy. Dbał, by – nie daj Boże – nie za­szły z nim w cią­żę, i za­wsze upew­niał się, że mia­ły au­ten­tycz­ny or­gazm. Jed­nym sło­wem, gdy­by ogra­ni­czył swo­je bi­ga­micz­ne skłon­no­ści, mógł­by być wzo­rem ko­chan­ka.

– Do­brze. – Dar­rell mu­siał się zmu­sić do tego, by na po­wrót wejść w rolę do­wód­cy. Słoń­ce, chmu­ry i roz­mo­wa z Fi­she­rem zu­peł­nie go zde­mo­bi­li­zo­wa­ły. – Zej­dzie­my na prze­lo­to­wą. Zmniejsz ob­ro­ty.

Choć wciąż le­cie­li nad te­ry­to­rium oku­po­wa­nym przez Ja­poń­czy­ków, nic im z zie­mi ani na nie­bie nie za­gra­ża­ło. Nad ce­lem, a była nim sta­low­nia kon­cer­nu Sho­wa w An­shan, też nie dzia­ło się nic god­ne­go od­no­to­wa­nia w dzien­ni­ku. Lot­nic­two ja­poń­skie do­go­ry­wa­ło. Nie mie­li ani per­so­ne­lu, ani sprzę­tu, ani pa­li­wa. Obro­na prze­ciw­lot­ni­cza w re­jo­nie celu to nie­licz­ne ba­te­rie, któ­rych po­ci­ski le­d­wie się­ga­ły pu­ła­pu, na któ­rym pod­cho­dzi­li nad cel. Choć trze­ba przy­znać, że je­den po­cisk ro­ze­rwał się cał­kiem bli­sko i sa­mo­lo­tem za­ko­ły­sa­ło gwał­tow­nie, gdy bły­ska­wicz­nie prze­la­ty­wał przez chmu­rę dymu. W kil­ka mi­nut póź­niej, kie­dy dzie­więć­dzie­siąt sześć bom­bow­ców za­czę­ło wy­próż­niać się z pra­wie 900 ton bomb i sta­low­nię po­kry­ły do­kład­nie ja­skra­we, po­ma­rań­czo­wo-czar­ne bą­ble eks­plo­zji, sła­biut­ka ja­poń­ska ar­ty­le­ria za­mil­kła. Wi­dać ze stra­chu.

Mi­sja za­ło­gi su­per­for­te­cy B-29, ochrzczo­nej zgod­nie ze zwy­cza­jem wi­su­sow­skim okre­śle­niem Ramp Tramp, za­czę­ła się nie­szcze­gól­nie. Są ta­kie dni, w któ­rych nic się nie ukła­da. A w ogó­le po­mysł wy­sy­ła­nia sa­mo­lo­tów na od­le­głość 1650 mil był zwa­rio­wa­ny. Gdy grza­li sil­ni­ki, An­der­son, in­ży­nier po­kła­do­wy, za­mel­do­wał, że wy­sia­dło za­si­la­nie agre­ga­tu, któ­ry pom­po­wał płyn ze zbior­ni­ka wy­rów­naw­cze­go do in­sta­la­cji prze­ciw­o­blo­dze­nio­wych. Za­nim tech­ni­cy ob­słu­gi na­ziem­nej ro­ze­bra­li urzą­dze­nie i po­skła­da­li je do kupy, upły­nę­ło trzy­dzie­ści de­ner­wu­ją­cych mi­nut. W za­sa­dzie po­wi­nien za­żą­dać od­wo­ła­nia lotu i do­dat­ko­we­go prze­glą­du, ale mach­nął ręką na pro­ce­du­ry i wy­star­to­wa­li w po­goń za for­ma­cją. Żeby ją do­go­nić, Ramp Tramp mu­siał pę­dzić przez dwie go­dzi­ny na mak­sy­mal­nych ob­ro­tach. Gnać po­tra­fił. Pę­dzo­ny czte­re­ma wri­ght-cy­klo­na­mi – z któ­rych każ­dy roz­wi­jał, dzię­ki sprę­żar­kom, moc 2200 koni – la­tał na wy­so­kim pu­ła­pie z pręd­ko­ścią my­śliw­ca. Ale szyb­kość kosz­tu­je i Dar­rell z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wał ze­spo­lo­ny wskaź­nik pa­li­wa. Do­go­ni­li, lecz znad celu trze­ba było wra­cać noga za nogą, bo z wy­li­czeń An­der­so­na wy­ni­ka­ło, że do bazy do­le­cą na ostat­nich ga­lo­nach. Znów byli sami na wiel­kim nie­bie.

Le­gen­da wy­pro­sto­wał się służ­bi­ście i z wy­stu­dio­wa­ną god­no­ścią się­gnął do ma­ne­tek ste­ru­ją­cych prze­pust­ni­ca­mi sil­ni­ków. Ten gest był­by sto­sow­ny na­wet dla pre­zy­den­ta uru­cha­mia­ją­ce­go głów­ną ślu­zę Ka­na­łu Pa­nam­skie­go pod­czas ce­re­mo­nii otwar­cia. Po­tem wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie. Nu­mer trze­ci, pra­wy we­wnętrz­ny wri­ght-cy­klon, wy­rzu­cił smu­gę czar­ne­go dymu z pło­ną­ce­go ole­ju, a po chwi­li rzy­gnął tym ole­jem na lśnią­cą gon­do­lę sil­ni­ka i da­lej na ślicz­ne, błysz­czą­ce wy­po­le­ro­wa­nym du­ra­lu­mi­nium skrzy­dło. Po­zba­wio­ny sma­ro­wa­nia sil­nik za­tarł się bły­ska­wicz­nie, a pię­cio­me­tro­we, czte­ro­ło­pa­to­we śmi­gło Ha­mil­ton Stan­dard znie­ru­cho­mia­ło. To jesz­cze nie było naj­gor­sze. Bez ła­dun­ku do­le­cie­li­by z ła­two­ścią na trzech mo­to­rach, ale zlek­ce­wa­żo­na przez Dar­rel­la obro­na prze­ciw­lot­ni­cza mu­sia­ła tra­fić w coś, co unie­ru­cho­mi­ło me­cha­nizm szyb­kiej zmia­ny sko­ku. Mimo go­rącz­ko­wych prób Fi­she­ra śmi­gło po­zo­sta­wa­ło w po­ło­że­niu ro­bo­czym i nie dało się usta­wić w cho­rą­giew­kę. Pra­wie pięć me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni ło­pat da­wa­ło mon­stru­al­ny opór czo­ło­wy. W do­dat­ku Ramp Tramp trząsł się i po­dry­gi­wał jak cho­ry na par­kin­so­na, bo – żeby nie po­że­glo­wać ku zie­mi – mu­sie­li zwięk­szyć ob­ro­ty nu­me­ru czwar­te­go i żon­glo­wać mocą po­zo­sta­łych cy­klo­nów. A i tak Ramp Tramp za­ta­czał się po nie­bie jak pod­chmie­lo­ny włó­czę­ga. Oczy­wi­ste było, że w sa­mo­lo­cie, któ­ry musi pchać sta­wia­ją­ce opór ło­pa­ty śmi­gła, ben­zy­na skoń­czy się wcze­śniej, niż­by so­bie tego ży­czy­li. To tak, jak­by ktoś usi­ło­wał biec pod wiatr z otwar­tym pa­ra­so­lem.

– To­śmy so­bie po­la­ta­li – Dar­rell za­klął bez zło­ści i się­gnął po słu­chaw­ki. – Nic się nie da zro­bić? An­der­son! Wy­myśl coś, bo nie zdą­ży­my na ko­la­cję!

In­ży­nier po­kła­do­wy już od dłuż­sze­go cza­su tkwił fra­so­bli­wie po­mię­dzy fo­te­la­mi pi­lo­tów. Te­raz wło­żył su­wak lo­ga­ryt­micz­ny do kie­sze­ni blu­zy na­je­żo­nej ostro za­tem­pe­ro­wa­ny­mi ołów­ka­mi i pe­dan­tycz­nie za­piął gu­zik. Jego in­ter­pre­ta­cja była wia­ry­god­na, ale ogól­ni­ko­wa:

– To czę­sto tak bywa. Nie czu­je się na­wet ude­rze­nia, a do­pó­ki nie zmie­nia­ją się pa­ra­me­try lotu i pra­cy sil­ni­ka, wszyst­ko trzy­ma się kupy. Wi­dzie­li­ście, że od­ma­sze­ro­wał do­pie­ro wte­dy, kie­dy zre­du­ko­wa­li­ście ob­ro­ty? Wcze­śniej przy­rzą­dy ni­cze­go nie po­ka­zy­wa­ły? Praw­da?

Pi­lo­ci po­słusz­nie po­ki­wa­li gło­wa­mi. Dar­rel­lo­wi jak na za­wo­ła­nie wy­świe­tli­ły się w gło­wie stro­ny pod­ręcz­ni­ka o po­etyc­kim ty­tu­le Awa­rie stat­ków po­wietrz­nych. Mu­siał uczyć się na pa­mięć wy­kre­sów i ta­bel. Wy­ma­ga­no tego, udzie­la­jąc li­cen­cji ob­la­ty­wa­cza. Te­raz wszyst­kie te wy­kre­sy i wy­li­czan­ki przy­czyn i skut­ków moż­na było so­bie wsa­dzić do tył­ka i po­pchnąć pa­tycz­kiem.

– Pew­nie wy­ce­lo­wa­li w ko­rek od ole­ju – Dar­rell zmru­żył oko, uśmie­cha­jąc się do dru­gie­go pi­lo­ta, choć sy­tu­acja wy­glą­da­ła na po­waż­ną i taką, któ­ra za­słu­gi­wa­ła na miej­sce w rze­czo­nej księ­dze ka­ta­strof. Za­wsze gdy ro­bi­ło się nie­we­so­ło, pierw­szą jego re­ak­cją było nie­sto­sow­ne, ale po­pra­wia­ją­ce na­strój dow­cip­ko­wa­nie. Za­ło­gę to zde­cy­do­wa­nie iry­to­wa­ło.

– Ra­czej do­kład­nie w RPM1. – Le­gen­da też się uśmiech­nął, bo wy­obra­ził so­bie ja­poń­skie­go ce­low­ni­cze­go w owi­ja­czach i z sa­mu­raj skim mie­czem, mie­rzą­ce­go w ich sa­mo­lot. Ce­low­ni­czy był ze­zo­wa­ty i miał rzad­kie żół­te zęby.

– Aha! – wes­tchnął Dar­rell i spoj­rzał w tył, do góry, na in­ży­nie­ra: – An­der­son, weź swój su­wak i ob­licz, do­kąd mamy szan­se za­le­cieć na tej ku­la­wej kacz­ce, a po dro­dze po­wiedz Ste­ine­ro­wi, co ma prze­ka­zać do bazy.

Sier­żant Al­bert J. Ste­iner był ra­dio­ope­ra­to­rem i z ra­cji nie­miec­ko brzmią­ce­go na­zwi­ska obiek­tem nie­wy­bred­nych do­cin­ków za­ło­gi. Chcie­li mu ko­niecz­nie wmó­wić, że ma w Ber­li­nie wy­so­ko po­sta­wio­ne­go ku­zy­na i że gdy­by tyl­ko chciał, mógł­by wy­ko­rzy­stać swo­je ro­dzin­ne ko­nek­sje do od­su­nię­cia Hi­tle­ra od wła­dzy i szyb­kie­go za­koń­cze­nia woj­ny. Wrę­czy­li mu na­wet mi­ster­nie wy­pi­ło­wa­ny z gru­bej, oksy­do­wa­nej bla­chy Krzyż Że­la­zny, któ­ry ku ich zdu­mie­niu i ha­ła­śli­wej apro­ba­cie za­wie­sił so­bie na­tych­miast w wy­cię­ciu koł­nie­rzy­ka i nig­dy się z nim nie roz­sta­wał, wie­rząc w jego ma­gicz­ną moc, chro­nią­cą od ze­strze­le­nia. Jak do­tąd Krzyż dzia­łał do­sko­na­le.

Ob­li­cze­nia nie trwa­ły dłu­go i po chwi­li Dar­rell usły­szał w in­ter­ko­mie głos An­der­so­na:

– Ha­rold, zo­staw la­ta­nie Le­gen­dzie i chodź do nas.

Zdjął słu­chaw­ki i cięż­ko wy­gra­mo­lił się z fo­te­la, bo ko­rzon­ki znów dały o so­bie znać ćmią­cym ukłu­ciem. „To od tego cho­ler­ne­go la­ta­nia – po­my­ślał. – Kie­dy nie wy­ła­zi się go­dzi­na­mi z fo­te­la i czło­wiek nie ru­sza się przez cały dzień, to mię­śnie za­ni­ka­ją i nie pod­trzy­mu­ją krę­go­słu­pa, jak na­le­ży”. A fo­te­le w su­per­for­te­cy były wy­jąt­ko­wo wy­god­ne. Mia­ły na­wet, co Dar­rell uwa­żał za zby­tecz­ną eks­tra­wa­gan­cję, sto­sow­niej­szą ra­czej dla I kla­sy pa­sa­żer­skiej, luk­su­so­we, wy­ście­ła­ne pod­ło­kiet­ni­ki. Od mie­się­cy obie­cy­wał so­bie w du­chu, że za­cznie się gim­na­sty­ko­wać, bie­gać, grać z chłop­ca­mi w pił­kę. Ale gdy po ko­lej­nym lo­cie wra­cał z ba­ra­ku In­tel­li­gen­ce Se­rvi­ce, gdzie do­wód­cy bom­bow­ców spo­wia­da­li się z prze­bie­gu mi­sji, nie za­cho­dził na­wet do swo­jej kwa­te­ry. Nie szedł też pod prysz­nic, co by­ło­by ze wszech miar wska­za­ne po dłu­gim lo­cie w kli­ma­ty­zo­wa­nej ka­bi­nie. Bo­cia­ni­mi kro­ka­mi, przy­spie­sza­jąc jak koń, któ­ry wy­czu­je staj­nię, sa­dził od razu do lot­ni­sko­wej kan­ty­ny, by po­czuć bo­ski smak bur­bo­na, po­pi­ja­ne­go ja­snym, pusz­ko­wym pi­wem. Te­raz też chęt­nie by się na­pił, ale re­gu­la­mi­ny USA­AF nie prze­wi­dy­wa­ły na po­kła­dach stat­ków po­wietrz­nych al­ko­ho­lu in­ne­go niż ten, któ­ry krą­żył w in­sta­la­cji an­ty­oblo­dze­nio­wej. An­der­son zaj­mo­wał, wraz z na­wi­ga­to­rem w oso­bie ka­pi­ta­na Jac­ka W. Lit­to­na Jr., prze­dział od­dzie­lo­ny od ka­bi­ny pi­lo­tów pan­cer­ny­mi pły­ta­mi. Było tu cał­kiem przy­tul­nie. Umiesz­czo­ne na le­wej i pra­wej bur­cie okien­ka za­sło­nię­te były we­so­ły­mi, kre­to­no­wy­mi za­zdrost­ka­mi w kwiat­ki, któ­re po­da­ro­wa­ła im na­rze­czo­na Ju­nio­ra jesz­cze w kra­ju. Po pra­wej, pa­trząc w stro­nę dzio­bu bom­bow­ca, wzno­sił się ozdo­bio­ny dzie­siąt­ka­mi ze­ga­rów, prze­łącz­ni­ków i dźwi­gni oł­tarz głów­nej kon­so­li kon­tro­l­nej. An­der­son miał tu obi­ty skó­rą fo­tel. In­tym­nie oświe­tlo­ny, roz­kła­da­ny stół na­wi­ga­cyj­ny z ob­ro­to­wym fo­te­li­kiem i kom­ple­tem pod­sta­wo­wych przy­rzą­dów, a pod nim po­my­sło­wy se­gre­ga­tor na mapy, umiesz­czo­no na prze­ciw­le­głej bur­cie. Sta­no­wi­sko na­wi­ga­to­ra są­sia­do­wa­ło z bok­sem ope­ra­to­ra do­sko­na­łe­go ra­da­ru bom­bar­dier­skie­go AN/APQ-23. W gó­rze, ni­czym ol­brzy­mi boj­ler, pra­co­wa­ła z ci­chym szme­rem ser­wo­mo­to­rów przed­nia wie­ża strze­lec­ka. Nie­mal w jed­nej osi po­miesz­czo­no jej lu­strza­ne od­bi­cie: dol­ną wie­żę. Da­lej w stro­nę ogo­na za­mon­to­wa­no prze­gro­dę ci­śnie­nio­wą, za któ­rą znaj­do­wa­ła się pu­sta w tej chwi­li gi­gan­tycz­na ko­mo­ra bom­bo­wa. An­der­son dra­pał się fra­so­bli­wie po krót­ko ostrzy­żo­nej gło­wie. Oby­dwaj z Ju­nio­rem (z wszyst­kich czło­nów skom­pli­ko­wa­nych per­so­na­liów Lit­to­na ostał się tyl­ko Ju­nior) mie­li nie­szcze­gól­ne miny. Na­wi­ga­tor ge­stem po­pro­sił do­wód­cę o spoj­rze­nie na mapę i nie pod­no­sząc już wzro­ku na Dar­rel­la, wbił nóż­kę cyr­kla w kar­ton.

– Je­ste­śmy tu. – Przy­ło­żył do mapy ekier­kę z cen­ty­me­tro­wą po­dział­ką i roz­su­nął cyr­kiel. Po­tem na­ry­so­wał pół­okrąg i uro­czy­ście za­ko­mu­ni­ko­wał: – Mo­że­my do­je­chać do każ­de­go miej­sca w tym kół­ku.

Dar­rell od­su­nął go de­li­kat­nie i za­jął ob­ro­to­wy fo­te­lik. Przy oka­zji po raz pierw­szy (choć wy­da­wa­ło mu się, że zna do­sko­na­le swój sa­mo­lot) za­uwa­żył, że nóż­ki fo­te­li­ka są spryt­nie wsu­nię­te w pod­ło­go­we li­stwy pro­wad­nic. Kon­struk­tor zro­bił to tak prze­myśl­nie, że gdy­by na­wet przy­szło pi­lo­to­wi do gło­wy zro­bić su­per­for­te­cą becz­kę, to tyl­ko na­wi­ga­tor oraz jego cyr­kle i ekier­ki po­że­glo­wa­ły­by w stro­nę su­fi­tu, a fo­te­lik nie drgnął­by ani o cal. Gra­ni­ca za­kre­ślo­na przez ry­sik cyr­kla sta­wia­ła za­ło­gę Ramp Tramp w zu­peł­nie no­wej sy­tu­acji i Dar­rell po­sta­no­wił się upew­nić:

– Tyl­ko tyle?

An­der­son obu­rzył się szcze­rze:

– Po­li­czy­li­śmy dwa razy.

– Z tego, moi pa­no­wie, wy­ni­ka nie­zbi­cie, że mo­że­my albo spaść na gło­wę Ja­poń­com, albo, jak za­le­ci­my da­lej – chiń­skim ko­mu­ni­stom, ale ci ugo­tu­ją nas z ry­żem. Zresz­tą, o ile wiem, tu nie ma żad­nych sen­sow­nych lot­nisk. Mo­że­my rów­nież wra­cać do An­shan i zo­ba­czyć, czy sta­low­nia jesz­cze się pali…

Na An­der­so­nie i Ju­nio­rze żar­ci­ki do­wód­cy nie wy­war­ły żad­ne­go wra­że­nia i Dar­rell też spo­waż­niał:

– Ma­cie inny po­mysł?

Ju­nior wy­cią­gnął cyr­kiel z mapy i wbił jego szpi­ku­lec w in­nym punk­cie, o wie­le bar­dziej na wschód. Gdy tym ra­zem za­kre­ślił pół­okrąg, w jego ob­rę­bie zna­la­zła się dziur­ka uczy­nio­na po­przed­nio. Dar­rell przyj­rzał się do­kład­nie no­wej kon­fi­gu­ra­cji:

– Nie­eee. Jak pra­gnę zdro­wia. Se­rio?… Chcesz le­cieć do Ru­skich? Co to w ogó­le za mia­sto?

– Wła­dy­wo­stok. – Ju­nior był nie­wzru­szo­ny ni­czym gu­ber­na­tor sta­no­wy od­rzu­ca­ją­cy ape­la­cję. – Bar­dzo ma­low­ni­cze miej­sce. Nad mo­rzem – za­chwa­lał.

– Lot­ni­sko? – Nie­prze­ko­na­ny do po­my­słu Dar­rell krę­cił gło­wą.

– Prze­cież to ich stra­te­gicz­na baza! Mu­szą mieć po­rząd­ny run­way. Poza tym to so­jusz­ni­cy.

Dar­rell pod­jął de­cy­zję:

– Do­bra. Wy­kre­ślaj kurs. – Po­tem wró­cił do ka­bi­ny pi­lo­tów i mosz­cząc się w fo­te­lu, po­le­cił Le­gen­dzie: – Ster na szym­bort, pa­nie Fi­sher. Le­ci­my do Wła­dy­wo­sto­ku. Ju­nior za­raz poda nowy kurs2.

– Świę­ci nie­bie­scy! Prze­cież to u Ru­skich! – Dru­gi pi­lot był au­ten­tycz­nie za­cie­ka­wio­ny, co nie prze­szko­dzi­ło mu w wy­ko­na­niu pięk­ne­go za­krę­tu w lewo. Fi­sher był nie­kwe­stio­no­wa­nym mi­strzem pi­lo­ta­żu i jego mi­strzo­stwa nie umniej­sza­ły na­wet po­dej­rza­ne po­dry­gi su­per­for­te­cy. Ma­new­ro­wał oka­le­czo­nym ko­lo­sem de­li­kat­ny­mi ru­cha­mi ste­rów, jak wy­traw­ny ka­wal­ka­tor na­ro­wi­stym ogie­rem.

– Mó­wią, że za gó­ra­mi. – Taka kon­sta­ta­cja oraz nowy kurs, wy­kre­ślo­ny przez Ju­nio­ra, uspo­ko­iły zu­peł­nie dru­gie­go­pi­lo­ta. Do tego stop­nia, że za­po­mniał o pa­le­niu pa­pie­ro­sów i ci­chut­ko mru­czał coś, co w za­ry­sach przy­po­mi­na­ło me­lo­dię Żół­tej róży Tek­sa­su. Le­gen­da ko­chał la­ta­nie, bo la­ta­nie było dla nie­go za­stęp­czą i przej­ścio­wą for­mą jaz­dy kon­nej. Wy­cho­wał się na du­żej far­mie i od dziec­ka nie roz­sta­wał się z sio­dłem. Na­wet spo­sób de­li­kat­ne­go, czu­łe­go trzy­ma­nia trój­ra­mien­ne­go wo­lan­tu i uło­że­nie dłu­gich, krzy­wych nóg na pe­da­łach or­czy­ków było po­chod­ną hi­picz­nych na­wy­ków Fi­she­ra. Ile­kroć Le­gen­da z ru­ty­no­wą gra­cją za­sia­dał w pra­wym fo­te­lu, ty­le­kroć Dar­rell od­no­sił nie­od­par­te wra­że­nie, że przy­stoj­ny Tek­sań­czyk do­sia­da ko­nia i że ich B-29-5-BW3 za­cznie za chwi­lę rżeć, par­skać i nie­spo­koj­nie tań­czyć pod wpraw­nym i wy­ma­ga­ją­cym jeźdź­cem. Dla Ha­rol­da Dar­rel­la la­ta­nie było zu­peł­nie czymś in­nym. Było je­dy­ną jak do­tąd sku­tecz­ną me­to­dą po­ko­ny­wa­nia naj­więk­szej, jak są­dził, jego sła­bo­ści. Ha­rold Dar­rell uwa­żał się bo­wiem za tchó­rza. O tym, że jest tchó­rzem, do­wie­dział się w dzie­ciń­stwie. Jego star­szy o pięć lat brat wspi­nał się ocho­czo na drze­wa i wła­ził bez cie­nia wa­ha­nia na chy­bo­tli­we kład­ki prze­rzu­co­ne nad wodą. Dla Ha­rol­da te rze­czy były nie­osią­gal­ne. Nie wcho­dził na kru­chy lód. Pod­czas wa­ka­cji na wsi nie zbli­żał się do krów i koni, choć jego brat w tej sa­mej chwi­li bez na­my­słu or­ga­ni­zo­wał cor­ri­dę ze spo­tka­nym na łące bu­ha­jem. W szko­le szyb­ko zy­skał opi­nię cia­py i dry­ful­ca, choć po­dzi­wia­no jego in­te­li­gen­cję i po­nad­prze­cięt­ne zdol­no­ści pla­stycz­ne. Tchó­rzo­stwo szyb­ko prze­ro­dzi­ło się w mę­czą­cą ob­se­sję. Jako dwu­na­sto­la­tek Dar­rell nie wcho­dził na ciem­ne klat­ki scho­do­we, za nic w świe­cie nie za­głę­bił­by się sa­mot­nie w nie­oświe­tlo­nym tu­ne­lu. Na wi­dok grup­ki nie­zna­nych so­bie ró­wie­śni­ków, nad­cho­dzą­cych z prze­ciw­ka, za­wra­cał lub skrę­cał po­spiesz­nie w prze­czni­cę. Brat tak­tow­nie uda­wał, że nie do­strze­ga ła­two prze­cież za­uwa­żal­nych oznak sła­bo­ści Ha­rol­da. Ojca to naj­wy­raź­niej bo­la­ło. Ha­rold Dar­rell se­nior bra­łu­dział w po­przed­niej woj­nie i jako uczest­nik walk w Eu­ro­pie do­stał na­wet me­dal za od­wa­gę. Tchó­rzo­stwo Ha­rol­da oka­za­ło się ma­gne­sem przy­cią­ga­ją­cym kry­tycz­ne mo­men­ty i nie­bez­piecz­ne sy­tu­acje. Co­raz czę­ściej wra­cał do domu, ma­jąc pod­bi­te oczy albo po­si­nia­czo­ne ko­la­na. Cza­rę tego, co mo­gła znieść duma ojca, prze­peł­ni­ło wy­da­rze­nie, któ­re ro­ze­gra­ło się przed ro­dzin­ną re­zy­den­cją Dar­rel­lów pew­ne­go ma­jo­we­go po­po­łu­dnia. Zlo­do­wa­cia­ły ze wsty­du se­nior przez szcze­li­nę ża­lu­zji ob­ser­wo­wał upo­ko­rze­nie ju­nio­ra. Za­cze­pio­ny przed wła­snym do­mem chło­piec stał ze spusz­czo­ną gło­wą. Z oczu ka­pa­ły mu łzy, a pro­wo­dyr gra­su­ją­cej w oko­li­cy mło­do­cia­nej ban­dy ło­bu­zów nie­spiesz­nie i nie­zbyt sil­nie, ale z wi­docz­ną przy­jem­no­ścią po­licz­ko­wał Ha­rol­da z obu stron. Choć Dar­rell se­nior miał wiel­ką ocho­tę wy­paść z domu i so­lid­nie przy­lać ło­bu­zo­wi, po­ko­nał w so­bie ową chęć, jed­nak­że in­cy­dent skło­nił go do ce­lo­we­go i szyb­kie­go dzia­ła­nia. Już na­stęp­ne­go dnia oj­ciec opła­cił dwa kur­sy dla syna. Za­pi­sał go na pro­wa­dzo­ne trzy razy w ty­go­dniu za­ję­cia dżiu-dżit­su oraz na roz­po­czy­na­ją­ce się wraz ze szkol­ny­mi wa­ka­cja­mi dwu­mie­sięcz­ne szko­le­nie szy­bow­co­we w po­bli­skim ae­ro­klu­bie. Efek­ty prze­szły naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia stro­ska­ne­go ro­dzi­ca. Już po trzech mie­sią­cach mu­siał spo­tkać się w są­dzie z ro­dzi­ca­mi na­pa­stli­we­go hersz­ta mło­do­cia­ne­go gan­gu, któ­re­mu szko­lo­ny przez ci­che­go, skrom­ne­go Ko­re­ań­czy­ka syn gład­ko wy­bił ra­mię ze sta­wu bar­ko­we­go. Spra­wa skoń­czy­ła się po­lu­bow­nie, bo kil­ku­na­sto­let­ni ło­buz był wie­lo­krot­nie no­to­wa­ny przez po­li­cję, a Ha­rol­da na­padł w bia­ły dzień, w asy­ście swo­ich dwóch naj­lep­szych sil­no­rę­kich. Ła­miąc za­sa­dę mil­cze­nia, po­twier­dzi­li dys­pro­por­cję sił, za­fa­scy­no­wa­ni moż­li­wo­ścia­mi za­de­mon­stro­wa­ny­mi przez ich no­we­go ido­la. Ha­rold, wbrew ich ci­chym na­dzie­jom, nie za­ło­żył jed­nak kon­ku­ren­cyj­ne­go gan­gu, do któ­re­go mo­gli­by wstą­pić, tak ha­nieb­nie zdra­dziw­szy sze­fa. Wpadł po uszy w la­ta­nie. Pierw­szy sa­mo­dziel­ny skok w po­wie­trze – bo trud­no in­a­czej na­zwać mi­nu­to­we le­d­wie szy­bo­wa­nie nad sto­kiem – bę­dzie mu się pew­nie przy­po­mi­nać za­wsze, jak pierw­sza dziew­czy­na. Szy­bo­wiec był szczy­tem po­my­sło­wo­ści i pry­mi­ty­wi­zmu. Skła­dał się ze skrzy­deł, pło­zy star­to­wej, do któ­rej przy­krę­co­no fo­te­lik pi­lo­ta, i kra­tow­ni­cy pod­trzy­mu­ją­cej uste­rze­nie ogo­no­we. Nie­wie­le wię­cej było trze­ba. Za samo-wy­pi­na­ja­cy się hak na przo­dzie za­cze­pia­ło się linę, któ­rej dwa koń­ce, roz­pię­te na kształt kil­ku­dzie­się­cio­me­tro­wej li­te­ry V, cią­gnę­li w dół ła­god­ne­go tra­wia­ste­go sto­ku po­zo­sta­li en­tu­zja­ści. To wy­star­czy­ło, by wy­rzu­cić szy­bo­wiec na kil­ka me­trów w górę, i umoż­li­wia­ło kil­ku­set­me­tro­wy ła­god­ny lot, za­koń­czo­ny twar­dym zwy­kle, z bra­ku amor­ty­za­to­rów, przy­zie­mie­niem. Pierw­sze wra­że­nie było nie­sa­mo­wi­te. Ulo­ko­wa­ny na koń­cu gi­gan­tycz­nej pro­cy, ści­ska­jąc w spo­co­nej dło­ni rur­kę drąż­ka, ze sto­pa­mi na pe­da­łach or­czy­ka sta­rał się uspo­ko­ić od­dech. Gdy pło­za prze­sta­wa­ła szo­ro­wać po tra­wie i zie­mia ła­god­nie za­pa­da­ła się pod nim, do­znał uko­je­nia i uczu­cia, któ­re­go przez wie­le dni nie po­tra­fił ani spre­cy­zo­wać, ani na­zwać. Coś się przed nim otwo­rzy­ło. Ob­szar, o któ­rym po pro­stu nie miał po­ję­cia. Gdy po zbyt krót­kim w jego prze­ko­na­niu lo­cie wra­cał na zie­mię, miał nie­od­par­te sko­ja­rze­nie z eia­cu­la­tio pra­ecox. Po­tem na­stą­pi­ły ko­lej­ne loty, tre­nin­gi z in­struk­to­rem w szy­bow­cu szkol­nym, aż wresz­cie ran­kiem 14 lip­ca, w szes­na­ste uro­dzi­ny, sfa­ty­go­wa­ny avro4 wy­cią­gnął go na trzy ty­sią­ce stóp w górę, gdzie w koń­cu mógł od­rzu­cić hol i po­ki­waw­szy ho­low­ni­ko­wi skrzy­dła­mi, za­nu­rzyć się w chłod­nym, przy­ja­znym nie­bie. To było nowe, nie­zwy­kłe do­zna­nie i Ha­rold po raz pierw­szy uświa­do­mił so­bie ab­sur­dal­ny wy­miar swo­ich lę­ków. Prze­cież miał pod sobą ki­lo­metr po­wie­trza, od któ­re­go od­dzie­la­ła go tyl­ko war­stwa uże­bro­wa­nej bu­czy­ną brzo­zo­wej sklej­ki, nie grub­sza niż jed­na czwar­ta cala. Jak mógł się bać tam na zie­mi kła­dek i drzew? Jaki wy­miar wo­bec po­ło­że­nia, w któ­rym się te­raz znaj­do­wał, mia­ły kuk­sań­ce ulicz­ne­go ło­bu­za? Pa­mię­tał, że pa­trząc życz­li­wie na po­wo­li ob­ra­ca­ją­cą się­pod nim sce­nę kra­jo­bra­zu, śmiał się bez­gło­śnie w prze­czu­ciu pod­nie­ca­ją­ce­go speł­nie­nia. Do­wie­dział się wte­dy, że la­ta­nie jest prze­zna­cze­niem, i ile­kroć wra­cał my­śla­mi do pierw­sze­go sa­mo­dziel­ne­go lotu, dzię­ko­wał życz­li­wym mo­com, że we wła­ści­wym cza­sie wy­pra­wi­ły go w nie­bo. Wcze­śnie do­siadł tak­że praw­dzi­we­go sa­mo­lo­tu z sil­ni­kiem, a był to ten sam nie­śmier­tel­ny – zda się – avro, któ­ry ho­lo­wał go pod­czas szy­bow­co­wej ini­cja­cji. Nie miał jesz­cze osiem­na­stu lat, gdy sam za­czął wy­cią­gać pod nie­bo in­nych. Po­tem wszyst­ko po­to­czy­ło się gład­ko, jak w mło­dzie­żo­wych po­wie­ściach o wzo­ro­wych, grzecz­nych ame­ry­kań­skich chłop­cach. Stu­dia tech­nicz­ne. Szko­ła lot­ni­cza. Kurs dla cy­wil­nych na­wi­ga­to­rów, pro­wa­dzo­ny przez Pa­nAm, aż wresz­cie do­stał się w nie­wo­lę Ma­ta­be­lów z Bo­ein­ga. Na kil­ka lat przed Pe­arl Har­bor zo­stał jed­nym z asów w ze­spo­le fa­brycz­nych ob­la­ty­wa­czy. A były to lata, kie­dy kon­cern, bo­gat­szy o do­świad­cze­nia z ty­pem 200 i YB-9, przy­mie­rzał się do wy­pusz­cze­nia w po­wie­trze re­wo­lu­cyj­ne­go mo­de­lu 299, póź­niej­szej La­ta­ją­cej For­te­cy.

– My­ślisz, że będą tam dziew­czy­ny? – Ton na­dziei w py­ta­niu dru­gie­go pi­lo­ta skło­nił Ha­rol­da do uśmie­chu.

– Z pew­no­ścią mają tam dziew­czy­ny. Prze­cież to port, a w por­cie za­wsze są mewy. – Dar­rell z ma­sko­wa­ną nie­chę­cią ode­rwał się od wspo­mnień.

For­rest gwał­tow­nie za­prze­czył, a ru­chy jego ra­mion za­ko­ły­sa­ły ich stat­kiem:

– Nie… Nie ta­kie… Po­rząd­ne ro­syj­skie dzie­wusz­ki. Wi­dzia­łem kie­dyś taki ich chór w na­ro­do­wych stro­jach. Mia­ły dłu­gie kiec­ki. Te kiec­ki za­czy­na­ły się wy­so­ko w ta­lii… Na to ta­kie krót­kie ka­fta­ni­ki… No wiesz, o do­tąd… – Le­gen­da pu­ścił wo­lant i kan­ta­mi obu dło­ni po­ka­zy­wał, do­kąd się­ga­ły ka­fta­ni­ki ro­syj­skie­go chó­ru, a Dar­rell uświa­do­mił so­bie, że do­kład­nie w tych miej­scach, czy­li tam, gdzie koń­czą się że­bra, znaj­du­ją się wy­jąt­ko­wo wraż­li­we na ude­rze­nia punk­ty. – Na gło­wach chu­s­tecz­ki… Jed­nym sło­wem opa­ko­wa­ne jak za­kon­ni­ce. – Jed­na dłoń For­re­sta wró­ci­ła na wo­lant, ale dru­ga trze­po­tli­wie ilu­stro­wa­ła opo­wia­da­nie. – Niby wszyst­ko było za­kry­te, prócz twa­rzy. Rzę­sy dłu­gach­ne i wy­wi­nię­te do góry, jak u la­lek. A może mi się tyl­ko tak wy­da­wa­ło. Sie­dzia­łem na bal­ko­nie. Ale daję ci sło­wo, że to tyl­ko po­ma­ga­ło mi wy­obra­zić so­bie, jak są zro­bio­ne pod tymi kiec­ka­mi. Szcze­gól­nie, że mia­ły bia­łe skar­pet­ki czy poń­czosz­ki. Nie masz po­ję­cia, jak ja lu­bię dziew­czy­ny w bia­łych skar­pet­kach. Od razu wy­da­ją mi się o wie­le bar­dziej nie­win­ne. – Dru­gi pi­lot oparł obie dło­nie na ste­rze, wes­tchnął i do­stoj­nie spoj­rzał przed sie­bie, jak­by gdzieś w man­dżur­skim nie­bie spo­dzie­wał się uj­rzeć taką chó­rzyst­kę bez ubra­nia.

– Pa­mię­tasz przy­najm­niej, co śpie­wa­ły?

– Ni w ząb. Ale po­do­ba­ło mi się, że są ide­al­nie wy­tre­no­wa­ne i wy­ćwi­czo­ne. Chciał­bym być kie­row­ni­kiem tego chó­ru… – roz­ma­rzył się. – Wy­obraź so­bie, wszyst­ko ide­al­nie zgra­ne w cza­sie. Bo nie tyl­ko śpie­wa­ły, ale tań­czy­ły. Drob­niut­ko. Tymi nóż­ka­mi w bia­łych skar­pet­kach. Jak pod sznu­rek. Ku­pił­bym so­bie taki pa­tyk do dy­ry­go­wa­nia…

– Ba­tu­tę – pod­po­wie­dział skwa­pli­wie Ha­rold i za­wy­ro­ko­wał: – Pa­nie Fi­sher. Pań­ska ero­to­ma­nia przy­bra­ła for­my naj­zu­peł­niej prze­ra­ża­ją­ce. Te­raz wy­da­ło się, że aby za­spo­ko­ić pań­skie na­zbyt wy­ra­fi­no­wa­ne chu­cie, po­trzeb­ny jest ko­mu­ni­stycz­ny chór. I tak do­brze, że nie mie­sza­ny albo chło­pię­cy… – Spoj­rze­li na sie­bie i miast się ro­ze­śmiać, spo­waż­nie­li. Ich wza­jem­ne po­ro­zu­mie­nie było nie­zwy­kłe. Pierw­szy, już zu­peł­nie in­nym to­nem, ode­zwał się Dar­rell:

– Trze­ba by się po­zbyć ksią­żek ko­do­wych, map, mo­du­łów ste­ru­ją­cych i in­struk­cji.

For­rest pod­chwy­cił z le­d­wie sły­szal­ną nut­ką po­wąt­pie­wa­nia:

– My­ślisz, że mo­gli­by…

– For­mal­nie nie są w sta­nie woj­ny z Ja­poń­ca­mi i wo­lał­bym nie tłu­ma­czyć się po­tem temu Jak-mu-tam.

– W koń­cu to alian­ci… – Fi­she­ro­wi ob­raz so­jusz­ni­ków wciąż mą­ci­ło idyl­licz­ne wy­obra­że­nie chó­rzy­stek.

– Tak czy in­a­czej zrób coś z tym, na wy­pa­dek gdy­by tu wleź­li i za­czę­li wę­szyć.

Fi­sher zdjął ręce z wo­lan­tu, ale nie wy­ła­ził z fo­te­la, do­pó­ki nie upew­nił się, że pierw­szy pi­lot zro­zu­miał i na­uczył się kon­tro­lo­wać nie­nor­mal­ne za­cho­wa­nia sa­mo­lo­tu. Do ze­bra­nia było spo­ro i Le­gen­da, ob­szedł­szy wszyst­kie sek­cje su­per­for­te­cy, z wy­sił­kiem przy­dźwi­gał do ka­bi­ny ster­tę ksią­żek i ru­lo­nów. Uło­żył to pe­dan­tycz­nie na pod­ło­dze i od­dy­cha­jąc cięż­ko przez nos, za­siadł znów na swo­im tro­nie, by na­ra­dzić się z do­wód­cą:

– Nie wie­dzia­łem, że tyle tego mamy. Praw­dzi­wa, cho­ler­na bi­blio­te­ka. Mo­gli­by­śmy za­ło­żyć in­sty­tut lot­ni­czy…

Ko­lo­ro­wy sto­sik na pod­ło­dze skła­dał się z wie­lo­stro­ni­co­wych in­struk­cji ob­słu­gi pła­tow­ca, sil­ni­ków, urzą­dzeń i uzbro­je­nia, bro­szur pro­ce­dur star­tu i lą­do­wa­nia w alu­mi­nio­wych okład­kach, ksią­żek ko­dów i pro­ce­dur ra­dio­wych, a wresz­cie afi­szów po­glą­do­wych z ło­pa­to­lo­gicz­ny­mi sche­ma­ta­mi ko­lej­nych kro­ków pro­ce­dur awa­ryj­nych i prze­ciw­po­ża­ro­wych, któ­re przy­kle­ja­no na bur­tach i prze­pie­rze­niach. Dar­rell spoj­rzał z sza­cun­kiem na te ma­te­ria­ły, uświa­da­mia­jąc so­bie po raz ko­lej­ny, jak skom­pli­ko­wa­nym urzą­dze­niem jest ich bom­bo­wiec, i spy­tał:

– Masz na ten śmiet­nik ja­kiś po­mysł? Prze­cież nie bę­dzie­my tu roz­pa­lać ogni­ska.

Fi­sher z za­do­wo­le­niem wró­cił do pi­lo­to­wa­nia:

– Jak chcesz to wy­rzu­cić, to te­raz, ale na­wet gdy­by­śmy to po­dar­li na mi­lion ka­wał­ków, jest szan­sa, że Ja­poń­czy­cy to znaj­dą, skle­ją i go­dzi­na­mi będą stu­dio­wać.

Dar­rell pod­chwy­cił z ocho­tą:

– Po­tem bo­gat­si o wszyst­kie te mą­dro­ści, wy­ko­rzy­sta­ją je prze­ciw nam i jed­nak wy­gra­ją tę woj­nę. Od­pa­da. Upchnij to w ko­mo­rze przed­nie­go koła.

– My­ślisz? – Le­gen­da nie był pe­wien, czy to do­bry po­mysł.

– Ja­sne. Pod­nieś pły­tę w pod­ło­dze. Tam są ta­kie śru­by z mo­tyl­ka­mi i wsadź to w tę wnę­kę z pra­wej. Po­tem włóż uszczel­kę i za­kręć po­rząd­nie. Ni­ko­mu nie przyj­dzie do gło­wy, żeby tam wę­szyć. Tyl­ko nie wpad­nij tam na do­bre, bo jak do­le­ci­my, wy­pusz­czę cię ra­zem z pod­wo­ziem. Albo już le­piej ty leć do tego Wła­dy­wo­sto­ku, a ja to zro­bię.

Dar­rell, wzdy­cha­jąc, zszedł do nosa ma­szy­ny i wy­pro­sił stam­tąd (przed­tem obu­dziw­szy) smacz­nie drze­mią­ce­go bom­bar­die­ra. Ste­ve Pace, zwa­ny przez za­ło­gę Su­słem, po­tra­fił spać o każ­dej po­rze i w każ­dych wa­run­kach. Naj­wi­docz­niej nie prze­szka­dza­ły mu nie­co­dzien­ne po­dry­gi i usko­ki bom­bow­ca. Pace, ziew­nąw­szy, po­szedł spać do prze­dzia­łu na­wi­ga­cyj­ne­go, a Dar­rell prze­krę­cił uchwyt i gdy uda­ło mu się – po­ko­nu­jąc lek­kie na tej wy­so­ko­ści pod­ci­śnie­nie – pod­nieść po­kry­wę, mógł, po­chy­liw­szy się akro­ba­tycz­nie, do­tknąć pra­wie me­tro­wej śred­ni­cy opon po­dwój­nych kół i go­le­ni przed­nie­go wóz­ka. Od spodu ko­mo­rę za­my­ka­ły sy­me­trycz­ne po­kry­wy, któ­re skła­da­ły się po wcią­gnię­ciu pod­wo­zia wzo­rem zło­żo­nych dło­ni, czer­pią­cych wodę z po­to­ku. Gdy sa­mo­lot stał na zie­mi i po­kry­wy były otwar­te, moż­na było od­czy­tać na­pis ogła­sza­ją­cy, że pa­lić moż­na do­pie­ro w od­le­gło­ści dzie­więć­dzie­się­ciu stóp od bom­bow­ca. Po­my­ślał, że nie bę­dzie upy­chał ksią­żek i ru­lo­nów po jed­nej sztu­ce, wy­lazł więc z cia­sne­go prze­dzia­łu, po­szedł do tyłu i po mi­nu­cie wró­cił uzbro­jo­ny w koc i zwój ka­bla. Le­gen­da, po­chło­nię­ty pi­lo­to­wa­niem, uda­wał dy­plo­ma­tycz­nie, że nie wi­dzi tej krzą­ta­ni­ny, i za­ci­snąw­szy fil­mo­we szczę­ki god­ne Gary Co­ope­ra, pa­trzył upo­rczy­wie przed sie­bie. Za­sa­paw­szy się po­rząd­nie (trze­ba jed­nak bę­dzie zrzu­cić parę ki­lo­gra­mów), Dar­rell upchnął wresz­cie to­bół we wnę­ce. W cza­sach, gdy pra­co­wał dla Bo­ein­ga, wie­dział na­wet, do cze­go ta wnę­ka słu­ży. Było z pew­no­ścią kil­ka waż­nych przy­czyn, tłu­ma­czą­cych jej ist­nie­nie. Te­raz na­wet nie usi­ło­wał so­bie tego przy­po­mi­nać. Gdy po­czer­wie­nia­ły wró­cił na swój fo­tel, po­my­ślał, że musi uprze­dzić za­ło­gę. Chrząk­nął i prztyk­nął prze­łącz­ni­kiem in­ter­ko­mu:

– Uwa­ga wszy­scy. Mówi do­wód­ca. Nie mo­że­my le­cieć do domu, bo nie star­czy nam pa­li­wa. Bę­dzie­my lą­do­wać we Wła­dy­wo­sto­ku. Jak bę­dzie­my na zie­mi, niech wszy­scy sie­dzą na swo­ich miej­scach. Je­śli ma­cie przy so­bie ja­kieś… – za­sta­no­wił się chwi­lę – rze­czy, któ­re mogą za­wa­dzać o woj­sko­we ta­jem­ni­ce, zniszcz­cie to te­raz. No wie­cie… Pry­wat­ne no­tat­ki, kody, czę­sto­tli­wo­ści, ścią­gaw­ki i tak da­lej. Sami wie­cie naj­le­piej… Ro­sja­nie to nasi so­jusz­ni­cy i pew­nie wszyst­ko bę­dzie OK, ale le­piej zrób­cie, co mó­wię.

Bar­dzo chciał do­dać do ko­mu­ni­ka­tu je­den ze swo­ich słyn­nych dow­ci­pów, ale coś go po­wstrzy­ma­ło. Wy­łą­czył in­ter­kom, żeby nie sły­szeć nie­wy­bred­nej wy­mia­ny po­glą­dów na te­mat no­wej sy­tu­acji, i za­gad­nął Fi­she­ra:

– Cie­ka­we, czy mają tam ja­kiś bar? Czy ty w ogó­le masz po­ję­cie, co tam się pije?

Na tym aku­rat Le­gen­da znał się do­sko­na­le, bo ko­lej­ną po sek­sie i la­ta­niu pa­sją jego ży­cia było de­gu­sto­wa­nie i zbie­ra­nie wy­so­ko­pro­cen­to­wych trun­ków. W Sta­nach ho­no­ro­we miej­sce w jego służ­bo­wym miesz­ka­niu, tuż obok ka­na­py (któ­ra oczy­wi­ście była naj­waż­niej­sza), zaj­mo­wał roz­ło­ży­sty po­moc­nik z ma­ho­niu za­peł­nio­ny cia­sno naj­róż­niej­sze­go kształ­tu bu­tel­ka­mi i fla­ko­na­mi. Były tam al­ko­ho­le z ca­łe­go świa­ta, a przy­ja­cie­le Le­gen­dy nie mie­li nig­dy pro­ble­mu z ob­my­śla­niem uro­dzi­no­wych pre­zen­tów dla Tek­sań­czy­ka. Naj­więk­szą ra­dość spra­wia­ła mu bu­tel­ka, któ­rej jesz­cze nie miał w swo­jej ko­lek­cji. Ogni­sta za­war­tość eks­po­na­tów słu­ży­ła do wstęp­ne­go odu­rza­nia ko­lej­nych ofiar, a cza­sa­mi – po­wiedz­my to szcze­rze – po­cie­sza­ła go w ra­zie nie­po­wo­dze­nia w osta­tecz­nym sztur­mie na ja­kąś szcze­gól­nie sil­nie bro­nio­ną for­te­cę.

– Oczy­wi­ście, że mam. Po­win­no ci się spodo­bać, bo pę­dzą bar­dzo do­bre wód­ki i ko­nia­ki. No i ten ich szam­pan jest cał­kiem nie­zły. Moż­na z nie­go ro­bić dia­bel­skie mie­szan­ki. Na­uczył mnie tego je­den Ru­sek, ko­leż­ka mo­je­go dziad­ka. – Le­gen­da roz­ma­rzył się i oczy mu za­bły­sły. Naj­wi­docz­niej przy­po­mniał so­bie coś szcze­gól­nie przy­jem­ne­go. – Jak zmie­szasz to pół na pół z ko­nia­kiem, wy­cho­dzi tak zwa­ny Niedź­wiedź, a jak z czy­stą wód­ką albo jesz­cze le­piej ze spi­ry­tu­sem, to masz Ognie Mo­skwy. Jak rany! Oni tak to na­zy­wa­ją: Ogni Mo­skwy. Pije się cał­kiem gład­ko, ale po szklan­ce na­wet tę­gim pi­ja­kom zda­rza się klap­nąć na za­dek. Idzie do gło­wy jak dym… A za­gry­za się po­kra­ja­ną w ćwiar­tecz­ki cy­try­ną. Ra­zem ze skór­ką, uwa­żasz. Taka ma­nie­ra. Ale do­pie­ro po dru­giej szklan­ce. Po pierw­szej nie wy­pa­da…

– Ze spi­ry­tu­sem? – Dar­rell uwa­żał, że wszyst­ko, na­wet po­świę­ca­nie się na oł­ta­rzu wy­so­ko­pro­cen­to­we­go Ba­chu­sa, ma swo­je gra­ni­ce.

– A coś ty my­ślał? – Le­gen­da był dum­ny, że może po­dzie­lić się ze star­szym ko­le­gą swo­imi do­świad­cze­nia­mi. – To tyl­ko kwe­stia wpra­wy. Jak pierw­sze sa­mo­dziel­ne lą­do­wa­nie. Jak raz ci się uda, to już po­tem idzie gład­ko…

– Do pierw­szej ka­ta­stro­fy – pod­su­mo­wał spo­koj­nie pierw­szy pi­lot, ale Fi­sher to zi­gno­ro­wał:

– Trze­ba tyl­ko na­brać po­wie­trza. Ro­zu­miesz? Żeby się nie za­chły­snąć albo nie za­krztu­sić. Bo ko­niec z tobą. Za to po set­ce spi­ry­tu­su wra­że­nia są nie­po­wta­rzal­ne.

– To zna­czy? – Dar­rell lu­bił do­kład­ne wy­ra­że­nia.

– Nie­sa­mo­wi­ty skok sa­mo­po­czu­cia. Przez pierw­sze pięć mi­nut mógł­byś góry prze­no­sić. Gdy­byś mi te­raz skom­bi­no­wał szklan­kę spi­ry­tu­su, wy­la­zł­bym na skrzy­dło do tej cho­ler­nej czwór­ki i kop­nia­ka­mi usta­wił to pie­przo­ne śmi­gło w cho­rą­giew­kę.

Dar­rell pod­jął grę i wy­obra­ża­jąc so­bie Fi­she­ra, jak przy­trzy­mu­jąc ka­pe­lusz, ma­sze­ru­je po skrzy­dle su­per­for­te­cy w stru­mie­niu po­wie­trza wie­ją­ce­go z szyb­ko­ścią 150 wę­złów, od­po­wie­dział z nut­ką żalu:

– I tak by­śmy już nie za­wró­ci­li…

Fi­sher nie tra­cił re­zo­nu:

– Ale przy­najm­niej wy­lą­do­wa­li­by­śmy z fa­so­nem. Je­stem prze­ko­na­ny, że tam jest mnó­stwo dziew­czyn… Amy bę­dzie­my opa­dać jak za­cza­dzo­na gęś, a nie jak przy­zwo­ity bom­bo­wiec…

– No i do­brze! – Dar­rell nie po­zwo­lił mu do­koń­czyć. – Na sam wi­dok zle­cą się wszyst­kie ślicz­not­ki z oko­li­cy. Z trze­ma sil­ni­ka­mi wyj­dzie­my na bo­ha­te­rów. Szko­da, że nie ma dymu… – Pierw­szy pi­lot po­wie­dział to nie­mal se­rio.

Le­gen­da nie dał się wy­trą­cić z ude­rze­nia:

– Z tego, co czy­ta­łem, z Ru­ski­mi trud­no kon­ku­ro­wać w bo­ha­ter­stwie. Po­dob­no jed­ne­mu my­śliw­co­wi Nie­miec pod­pa­lił na trzech ki­lo­me­trach spa­do­chron. Tak że bie­dak spa­dał na sa­mych lin­kach, jak ko­me­ta. Wy­obraź so­bie… to zu­peł­nie nie­praw­do­po­dob­ne. Jak w kre­sków­ce Di­sneya. W lo­cie wy­prze­dził go jego wła­sny pło­ną­cy sa­mo­lot. Ude­rzył tuż pod nim o zie­mię… Wy­buchł… I ta eks­plo­zja wy­rzu­ci­ła fa­ce­ta z po­wro­tem w nie­bo i na ja­kieś sprę­ży­ste cho­ja­ry. W do­dat­ku z tych cho­ja­rów spadł w błot­ni­ste ba­jo­ro i nic mu się nie sta­ło. Wstał o wła­snych si­łach. Z trzech ki­lo­me­trów! – en­tu­zja­zmo­wał się Le­gen­da. – A ty mi tu o trzech sil­ni­kach. Oni pew­no, jak trze­ba, po­tra­fią la­tać bez żad­ne­go sil­ni­ka. Samą wolą zwy­cię­stwa. Spi­ry­tus też pić umie­ją. Że­byś ty wi­dział kum­pla mo­je­go dziad­ka. To był praw­dzi­wy mistrz!

Dar­rell za­cie­ka­wił się:

– Skąd twój dzia­dek w Tek­sa­sie wy­trza­snął ro­syj­skie­go ko­leż­kę?

– Wy­obraź so­bie, że po­zna­li się jesz­cze w ze­szłym stu­le­ciu. Przy oka­zji wo­do­wa­nia w Fi­la­del­fii krą­żow­ni­ka dla Ro­sjan5. Ten Ro­sja­nin był w eki­pie od­bie­ra­ją­cej okręt od stocz­ni. Gdy już pu­dło spły­nę­ło na wodę, dzia­dek – któ­ry, choć ro­do­wi­ty Tek­sań­czyk, był, jak wiesz, stocz­niow­cem – za­pro­sił tego Ro­sja­ni­na do baru. Od­pły­nę­li ra­zem tak, że zroz­pa­czo­na bab­cia po trzech dniach od wo­do­wa­nia mu­sia­ła pro­sić po­li­cję, żeby od­szu­ka­li dziad­ka. Po­li­cja zna­la­zła dziad­ka i tego ro­syj­skie­go spe­cja­li­stę bez więk­sze­go tru­du. Wy­star­czy­ło tyl­ko od­wie­dzić kil­ka bur­de­li w naj­bliż­szej oko­li­cy. Wy­obraź so­bie, ba­wi­li się ra­zem do­sko­na­le i dziad­ko­wi z tru­dem uda­ło się wy­per­swa­do­wać po­mysł za­miesz­ka­nia w bur­de­lu na sta­łe, ra­zem z Ro­sja­ni­nem. No i wspól­ne prze­ży­cia tak ich zbli­ży­ły, że pro­wa­dzi­li od­tąd re­gu­lar­ną ko­re­spon­den­cję. – Fi­sher uśmiech­nął się, pa­trząc uważ­nie przed sie­bie, a Dar­rell wy­czy­tał w tym uśmie­chu wie­le sym­pa­tii i uzna­nia za­rów­no dla pro­to­pla­sty, jak i Ro­sja­ni­na. Dru­gi pi­lot zło­wił jego spoj­rze­nie ką­tem oka i był za­do­wo­lo­ny, że Ha­rold chwy­ta tak wie­le rze­czy od razu i że ni­cze­go nie trze­ba mu szcze­gó­ło­wo tłu­ma­czyć. – W cza­sie pierw­szej woj­ny ten Ro­sja­nin znów zja­wił się u nas. Był wy­so­kim ofi­ce­rem ma­ry­nar­ki car­skiej, bo­daj z ja­kąś mi­sją tor­pe­do­wą ich­nie­go ad­mi­ra­ła. Jak mu tam? – Le­gen­da po­dra­pał się fra­so­bli­wie w czu­pry­nę i to po­mo­gło mu przy­wo­łać trud­ne do za­pa­mię­ta­nia na­zwi­sko: – Koł­cza­ka. Mi­sja się prze­cią­ga­ła, no i jak sam ro­zu­miesz, fa­cet wie­le cza­su spę­dzał u nas. Pa­mię­tam, że był za­baw­ny i miły. I w nic się nie­po­trzeb­nie nie wpie­przał. Lu­bi­łem go za to. Zde­cy­do­wa­nie go lu­bi­łem.

Fi­sher py­ta­ją­co spoj­rzał na ko­le­gę, ale znów do­strzegł nie­wy­ma­ga­ją­ce dal­szych za­bie­gów zro­zu­mie­nie war­to­ści „nie­po­trzeb­ne­go nie­wpie­prza­nia się”. Cią­gnął więc:

– Po­tem ten Ro­sja­nin za­ko­chał się w mło­dej ku­zyn­ce mo­jej bab­ci i cho­ciaż miał już po­nad pięć­dzie­siąt lat, ta ku­zyn­ka, któ­ra mia­ła le­d­wie trzy­dziest­kę, a była jesz­cze cał­kiem atrak­cyj­ną ko­bit­ką, też się w nim za­bu­ja­ła. W tym cza­sie w Ro­sji wy­bu­chła re­wo­lu­cja i ten Ro­sja­nin po­sta­no­wił, że prze­cze­ka ją w Ame­ry­ce. No i zo­stał. Dzia­dek zna­lazł mu pra­cę w stocz­ni na Za­chod­nim Wy­brze­żu i od tego cza­su część każ­de­go urlo­pu spę­dza­li ra­zem. Ko­rzyść z tego była taka, że dzia­dek na­uczył się pić spi­ry­tus, a tę sztu­kę, już jako umie­jęt­ność ro­dzin­ną, prze­ka­zał ta­cie i mnie. Bo trze­ba ci wie­dzieć, że w tra­dy­cyj­nej tek­sań­skiej ro­dzi­nie trzy po­ko­le­nia męż­czyzn upi­ja­ją się wspól­nie i ra­zem cho­dzą się za­ba­wić. To bar­dzo sca­la ro­dzi­nę. Na­wet w cza­sach pro­hi­bi­cji. – Dru­gi pi­lot uśmiech­nął się, przy­po­mi­na­jąc so­bie za­pew­ne coś przy­jem­ne­go, i zno­wu otwo­rzył usta, by snuć da­lej swo­je tek­sań­skie wspo­mnie­nia, ale Dar­rell uciął to krót­kim ru­chem dło­ni, bo w in­ter­ko­mie za­zgrzy­tał głos na­wi­ga­to­ra.

– Sze­fie. Do celu sześć­dzie­siąt mil.

„To ja­kieś pięt­na­ście mi­nut” – oce­nił w my­ślach pierw­szy pi­lot i po­le­cił Le­gen­dzie:

– Za­wia­dom bazę, że sko­rzy­sta­my z ro­syj­skiej go­ścin­no­ści, i spró­buj wy­wo­łać Ru­skich. Może ktoś tu uczył się an­giel­skie­go w szko­le. Tyl­ko mów wol­no i bez ak­cen­tu. Wiesz, o co mi cho­dzi? Nie po­pi­suj się jed­nym sło­wem… – Pu­ścił do Fi­she­ra oko i prze­jął ste­ry. Z mapy, któ­rą oglą­dał u na­wi­ga­to­ra, wy­ni­ka­ło, że naj­roz­sąd­niej bę­dzie omi­nąć mia­sto od po­łu­dnia i prze­ciąw­szy sze­ro­kim łu­kiem Za­lew Ussu­ryj­ski, za­wró­cić i zro­bić ele­ganc­kie, na ile po­zwo­li na to kon­tu­zjo­wa­ny cy­klon, po­dej­ście od wscho­du. – Po­tem po­cze­ka­my, aż roz­wi­ną czer­wo­ny dy­wan, ścią­gną or­kie­strę dętą i dziew­cząt­ka z na­rę­cza­mi po­wi­tal­nych bu­kie­tów – iro­ni­zo­wał, ale tyl­ko po to, by od­go­nić na­tręt­ny nie­po­kój.

Fi­sher ner­wo­wo prze­glą­dał czę­sto­tli­wo­ści, krę­cąc se­lek­to­rem. Wresz­cie dał spo­kój i spoj­rzał spod na­sę­pio­nych brwi:

– W domu chy­ba śpią, a ci tu­taj nie ro­zu­mie­ją, co się do nich gada. Ktoś tam coś bez prze­rwy skrze­czy, ale ani jed­ne­go sło­wa po an­giel­sku.

– Spró­buj po ro­syj­sku. W koń­cu ten kum­pel two­je­go dziad­ka to pra­wie two­ja ro­dzi­na – znów nie w porę żar­to­wał Dar­rell.

– Umiem tyl­ko po­wie­dzieć: „Na zdro­wie”. Ale do­bry ak­cent mam je­dy­nie ze szklan­ką w gar­ści.

– Na­daj w ta­kim ra­zie po na­sze­mu ofi­cjal­ną proś­bę o zgo­dę na lą­do­wa­nie ze wzglę­du na awa­rię. – Dar­rell po­my­ślał, że je­śli Ro­sja­nie mają zwy­czaj re­je­stro­wa­nia roz­mów, to bę­dzie do­wód, iż prze­strze­gał mię­dzy­na­ro­do­wych pro­ce­dur.

Ob­ni­ża­li stop­nio­wo lot i Dar­rell z za­cie­ka­wie­niem przy­pa­try­wał się zie­mi. Po kil­ku mi­nu­tach, gdy byli na trzech ty­sią­cach stóp, za­bły­sła przed nimi w od­da­li, ni­czym przed wi­dza­mi roz­par­ty­mi w am­fi­te­atrze, świe­tli­sta i iskrzą­ca się mi­liar­da­mi od­bić ma­te­ria od­le­głe­go o kil­ka­na­ście le­d­wie mil oce­anu. Gdy prze­le­cie­li ko­lej­nych osiem czy dzie­sięć, mo­gli już, nie wy­tę­ża­jąc wzro­ku, do­strzec nie­zli­czo­ne syl­wet­ki ry­bac­kich ku­trów, cią­gną­cych za sobą de­li­kat­ne zmarszcz­ki kil­wa­te­rów, i gdzie­nieg­dzie tęż­sze kro­ple trans­por­tow­ców, mo­zol­nie od­kła­da­ją­cych za rufą tłu­ste, mi­go­tli­we śla­dy po­wol­nej że­glu­gi.

– Do­bra. Proś o po­zwo­le­nie jesz­cze raz i bę­dzie­my sia­dać. Nie­za­leż­nie od tego, czy im się to po­do­ba, czy nie. Uwa­żaj z kla­pa­mi. Nie lą­do­wa­łem jesz­cze na trzech sil­ni­kach i z za­blo­ko­wa­nym śmi­głem. Ustaw ci­śnie­nie ła­do­wa­nia.

Dar­rell de­li­kat­nie cof­nął prze­pust­ni­ce trzech sil­ni­ków i roz­po­czął dłu­gi na­wrót w lewo, na pół­noc­ny za­chód. Mu­siał się bar­dzo kon­cen­tro­wać, bo choć upal­ne po­po­łu­dnie było wy­jąt­ko­wo spo­koj­ne i bez­wietrz­ne, su­per­for­te­ca, przy mniej­szej szyb­ko­ści i w gęst­szym na tej wy­so­ko­ści, cie­płym po­wie­trzu za­cho­wy­wa­ła się nad wy­raz ka­pry­śnie. Po­wo­li na­pły­nę­ły pod „szklar­nię” li­nia brze­gu i port za­śmie­co­ny bez­li­kiem pir­sów, be­to­no­wych na­brze­ży, skła­dów i bu­dyn­ków. Mimo wy­so­ko­ści, któ­ra zwy­kle dzia­ła­ła na ko­rzyść kra­jo­bra­zów, Dar­rell wi­dział, że mia­sto jest brzyd­kie. Może na­wet nie tyle brzyd­kie, co za­nie­dba­ne, za­śmie­co­ne i… – chwi­lę szu­kał w my­ślach tego sło­wa – za­pa­sku­dzo­ne. Na ca­łym świe­cie wi­dział ta­kie miej­sca i je­śli tyl­ko było to moż­li­we, sta­rał się ich uni­kać. Z każ­de­go bo­wiem za­kąt­ka, z każ­dej oko­li­cy, na­wet naj­ład­niej urzą­dzo­nej przez przy­ro­dę, moż­na zro­bić miej­sce za­pa­sku­dzo­ne. Mi­strza­mi w za­pa­sku­dza­niu są zwy­kle lu­dzie ze szwan­ku­ją­cą wy­obraź­nią i tacy, któ­rzy pięk­no ota­cza­ją­ce­go ich świa­ta mają za nic.

– Za­gra­ci­li tu wszyst­ko po­nad mia­rę. Nie uwa­żasz? – Dru­gi pi­lot po­słu­żył się za­pew­ne te­le­pa­tią, od­bie­ra­jąc bez pu­dła nie­przy­chyl­ne Wła­dy­wo­sto­ko­wi my­śli Dar­rel­la.

– Może lot­ni­sko bę­dzie ład­niej­sze? – rzu­cił pierw­szy pi­lot bez prze­ko­na­nia i do­strze­ga­jąc da­le­ko przed no­sem bom­bow­ca li­nię be­ton­ki, ide­al­nie prze­dłu­ża­ją­cą tor ich lotu, do­dał: – Pa­nie Fi­sher. Pod­wo­zie.

Dru­gi pi­lot prztyk­nął prze­łącz­ni­ka­mi i pod­niósł nie­wiel­ką kla­pę w pod­ło­dze, by przez plek­si­gla­so­we okien­ko spraw­dzić, czy pod­wo­zie wy­szło jak na­le­ży. Po­tem po­pro­sił strzel­ców o po­twier­dze­nie po­ło­że­nia klap. Jak na ra­zie wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Prze­la­ty­wa­li wła­śnie nad wci­na­ją­cą się w ląd za­krzy­wio­nym ję­zo­rem za­to­ką o po­etyc­kiej na­zwie Zło­ty Róg. Luki pod­wo­zia otwo­rzy­ły się, par­te hy­drau­licz­ny­mi si­łow­ni­ka­mi. Pod­wo­zie wy­szło z głu­chym ło­mo­tem, a sa­mo­lot le­ciut­ko, ale do­strze­gal­nie, przy­ha­mo­wał. Dar­rell, któ­ry miał zwy­czaj re­gu­lar­ne­go kon­tro­lo­wa­nia tyl­nej pół­s­fe­ry, za­uwa­żył, że wszyst­kie tak pie­czo­ło­wi­cie spa­ko­wa­ne przez nie­go taj­no­ści, trze­po­cząc we­so­ło, roz­sy­pa­ły się za sa­mo­lo­tem i opa­da­ły w wody za­to­ki, któ­ra te­raz, gdy le­cie­li pra­wie pro­sto pod słoń­ce, wy­da­wa­ła się wy­peł­nio­na nie wodą, ale płyn­nym zło­tem. Naj­wi­docz­niej pod­ci­śnie­nie, wy­two­rzo­ne przez stru­gi po­wie­trza, wy­ssa­ło pa­ku­nek, mimo że pierw­szy pi­lot tak sta­ran­nie go upchnął. Fi­sher za­uwa­żył nie­za­pla­no­wa­ny zrzut nie­mal w tej sa­mej chwi­li i po­słał ko­le­dze iro­nicz­ne spoj­rze­nie. Dar­rell, za­ję­ty utrzy­ma­niem ma­szy­ny na to­rze po­dej­ścia do nie­zna­ne­go lą­do­wi­ska, skwi­to­wał to z ulgą:

– I bar­dzo do­brze. Raz-dwa wszyst­ko na­mok­nie i pój­dzie na dno, a jak…

Nie do­koń­czył i ze zdzi­wie­niem po­trzą­snął gło­wą, wi­dząc, jak wy­strze­lo­na z tyłu so­lid­na se­ria smu­go­wych po­ci­sków cia­sno opa­su­je ka­bi­nę. W chwi­lę po­tem, nim zdą­żył od­wró­cić gło­wę, by spoj­rzeć do tyłu, w od­le­gło­ści nie więk­szej niż pięt­na­ście me­trów od le­we­go skrzy­dła z wi­zgiem i szu­mem prze­mknął becz­ko­wa­ty kształt my­śliw­ca. Za­raz po­tem dwa ko­lej­ne śmi­gnę­ły nad pra­wym. Na­wet w tak skró­to­wej i chwi­lo­wej tyl­ko eks­po­zy­cji Dar­rell bez­błęd­nie roz­po­znał ła­wocz­ki­ny. Trój­ka gra­san­tów, bły­ska­wicz­nie wy­prze­dziw­szy wol­no opa­da­ją­cy bom­bo­wiec, po­ka­za­ła czer­wo­ne gwiaz­dy na skrzy­dłach w wa­riac­kim wy­wro­cie, wy­ko­na­nym jak na ko­men­dę: dwa w pra­wo, je­den w lewo. Po­szli pio­no­wo w górę i po chwi­li pi­lo­ci B-29 stra­ci­li ich z oczu.

– To na po­wi­ta­nie? – Fi­sher był bla­dy i wi­dać było, że eks­hi­bi­cjo­ni­stycz­ny po­pis Ro­sjan zro­bił na nim pew­ne wra­że­nie.

– Zgłu­pia­łeś. To nie śle­pa­ki! – Dar­rell był wku­rzo­ny i zdez­o­rien­to­wa­ny. – Cze­go oni chcą?

Do po­cząt­ku be­to­no­we­go pasa zo­sta­ło im le­d­wie kil­ka­set me­trów, a zie­mia co­raz szyb­ciej pod­cho­dzi­ła pod ka­dłub, od­sła­nia­jąc nie­wi­docz­ne z więk­szej wy­so­ko­ści szcze­gó­ły. Za­uwa­ży­li, że tra­wa jest su­cha i wy­pa­lo­na słoń­cem. Jed­nak run­way zda­wał się w zu­peł­nym po­rząd­ku. Wte­dy Ro­sja­nie znów za­czę­li strze­lać, nad­la­tu­jąc od tyłu, a kłę­busz­ki pyłu, zna­czą­ce ude­rze­nia po­ci­sków z dzia­łek o zie­mię przed pa­sem, zda­wa­ły się na­rzu­cać nowy tor po­dej­ścia. To nie były żar­ty. Naj­wi­docz­niej Ru­scy nie ży­czy­li so­bie, by Ramp Tramp do­ty­kał ich be­ton­ki. Na­wet w swo­im ży­wio­le, na trzy­dzie­stu ty­sią­cach stóp, ze spraw­ny­mi sil­ni­ka­mi i przy peł­nej szyb­ko­ści, bom­bo­wiec był­by wo­bec trzech ra­dziec­kich my­śliw­ców w sy­tu­acji nie do po­zaz­drosz­cze­nia. Ła-7 – a z ta­kim, naj­now­szym mo­de­lem mie­li wła­śnie do czy­nie­nia – tak­że po­wy­żej dwu­dzie­stu pię­ciu ty­się­cy stóp był znacz­nie szyb­szy od ich bom­bow­ca6. A trzy dwu­dzie­sto­mi­li­me­tro­we dział­ka były na­praw­dę sku­tecz­ną bro­nią. Jed­nak w gó­rze moż­na by po­ga­dać z my­śliw­ca­mi za po­mo­cą au­to­ma­tycz­nych wie­ży­czek strze­lec­kich, z któ­rych każ­da wy­po­sa­żo­na była w parę rów­nie groź­nych co ra­dziec­kie po­le­wa­czek. Nie od­da­li­by skó­ry ta­nio. Tuż nad zie­mią, z otwar­ty­mi kla­pa­mi i wy­pusz­czo­nym pod­wo­ziem, nie mie­li jed­nak naj­mniej­szych szans i Dar­rell, je­dy­nie do­my­śla­jąc się in­ten­cji ostrze­gaw­czych se­rii, skie­ro­wał sa­mo­lot lek­ko w bok, obok­be­ton­ki. Na szczę­ście bo­eing miał so­lid­ne pod­wo­zie, a po­dwój­ne koła głów­ne­go chas­sis po­nadme­tro­wą śred­ni­cę. O dzi­wo, uda­ło mu się po­sa­dzić sa­mo­lot ide­al­nie na trzy punk­ty, co do­brze świad­czy­ło o jego zim­nej krwi. Gdy to­czy­li się cięż­ko po sza­ro­żół­tej, spa­lo­nej słoń­cem tra­wie, wzbi­ja­jąc w go­rą­cym po­wie­trzu gę­ste kłę­by ak­sa­mit­ne­go pyłu, pi­lo­ci ła­wocz­ki­nów raz jesz­cze za­de­mon­stro­wa­li ide­al­ne opa­no­wa­nie sztu­ki pi­lo­ta­żu, prze­la­tu­jąc nie­bez­piecz­nie bli­sko „szklar­ni”. Po­tem ła­wocz­ki­ny od­le­cia­ły, a oni za­trzy­ma­li się wresz­cie w peł­nym słoń­cu, do­tkli­wie pra­żą­cym przez szy­by kok­pi­tu. Dar­rell wy­łą­czył za­płon i za­pa­dła ci­sza. Sy­cza­ło tyl­ko roz­krę­co­ne żyro, a w ka­bi­nie na­wi­ga­to­ra ktoś roz­kasz­lał się su­cho i gwał­tow­nie. Od stro­ny kon­tro­li lo­tów pę­dzi­ły w ich stro­nę, pod­ska­ku­jąc na mul­dach, trzy ła­zi­ki. Na­wet z tej od­le­gło­ści moż­na było do­strzec oksy­do­wa­ne sy­gna­ły słoń­ca na heł­mach i au­to­ma­tach żoł­nie­rzy, pod­rzu­ca­nych za­baw­nie, jak ziar­na ku­ku­ry­dzy na roz­grza­nej pa­tel­ni.

Centralne Biuro Konstruktorskie nr 29 NKWD w gmachu CAGI. Marzec 1941

Moż­na zwa­rio­wać. Wszyst­ko stoi na gło­wie. Ale to i tak o nie­bo lep­sze niż wię­zien­na cela. No cóż. Tu nic nie przy­po­mi­na wię­zie­nia. Wpraw­dzie w oknach są kra­ty, a po ko­ry­ta­rzach spa­ce­ru­ją uzbro­je­ni ofi­ce­ro­wie, ale mają przy­ja­zne, po­god­ne miny i po­sta­wę peł­ną sza­cun­ku. Moż­na z dużą dozą pew­no­ści za­ło­żyć, że nie do­sta­nie się znie­nac­ka kop­nia­ka w ner­ki albo pię­ścią w zęby. Ni­ko­mu się to jesz­cze nie przy­tra­fi­ło. Pro­szę. Wy­star­czy, że jest się kimś nie­za­stą­pio­nym, a na­tych­miast za­czy­na­ją czło­wie­ka sza­no­wać. A może tyl­ko uda­ją, że sza­nu­ją? An­driej Ni­ko­ła­je­wicz Tu­mi­łow wy­jął z szu­fla­dy biur­ka mięk­ką bi­bu­łę do osu­sza­nia tu­szu i starł de­li­kat­nie nie­wi­docz­ne dro­bin­ki ku­rzu ze skrzy­deł i ka­dłu­ba pięk­ne­go, po­ma­lo­wa­ne­go na ciem­no­zie­lo­ny ko­lor mo­de­lu smu­kłe­go dwu­sil­ni­ko­we­go sa­mo­lo­tu. Na­wet w ta­kiej ska­li – 1:36 – sa­mo­lo­cik miał dra­pież­ny i bo­jo­wy wy­gląd. Niech na­wet uda­ją, ale to też o nie­bo lep­sze od bez­in­te­re­sow­nej po­gar­dy i cham­stwa. Kra­ty w oknach? Ma­łoż to krat w oknach nor­mal­nych biur? Nor­mal­nych? Czy są jesz­cze nor­mal­ne biu­ra? Czy w ogó­le jest coś nor­mal­ne­go? Jak mo­del tej pięk­nej bo­jo­wej ma­szy­ny? Tu­mi­łow za­du­mał się nie po raz pierw­szy tego mgli­ste­go po­ran­ka i po­pa­trzył na le­d­wo wi­docz­ną rze­kę w dole. Po­ra­nek był tak mgli­sty, jak ów nie­za­po­mnia­ny, sprzed pię­ciu lat, po­ra­nek pią­te­go stycz­nia 1936 roku, kie­dy z po­wo­du fa­tal­nej wi­docz­no­ści od­wo­ła­no wszyst­kie prób­ne loty. Ileż to rze­czy i spraw może się zmie­nić przez pięć lat? Do­wie­dział się wte­dy, że w pięk­nym wie­ku czter­dzie­stu ośmiu lat osią­gnął szczyt tego, o czym ma­rzył i ku cze­mu skie­ro­wa­ne było całe jego ży­cie. Przy­po­mi­nał so­bie czę­sto, jak wte­dy z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wał się w do­ku­ment, w któ­rym naj­wyż­sze wła­dze czy­ni­ły jego, Tu­mi­ło­wa, Głów­nym In­ży­nie­rem GUAP7. Czy­li Za­rzą­du Lot­nic­twa w Nar­ko­mie8 Prze­my­słu Cięż­kie­go. Moż­na po­wie­dzieć, że z tam­te­go fo­te­la mógł de­cy­do­wać o tym, jak roz­wi­jać się bę­dzie myśl kon­struk­tor­ska i – w efek­cie – co bę­dzie la­tać po ro­syj­skim nie­bie. Jak­by nie dość tego, w kil­ka mie­się­cy póź­niej jego uko­cha­na Wy­twór­nia Eks­pe­ry­men­tal­na nr 156 zo­sta­ła ła­ska­wie wy­ję­ta spod krę­pu­ją­cej opie­ki CAGI9, sta­jąc się sa­mo­dziel­nie (na ile to oczy­wi­ście moż­li­we) dzia­ła­ją­cym przed­się­bior­stwem. Te wszyst­kie wspa­nia­łe wy­da­rze­nia w po­łą­cze­niu z nada­nym trzy lata wcze­śniej ty­tu­łem człon­ka ko­re­spon­den­ta Aka­de­mii Nauk czy­ni­ły z nie­go ko­goś na kształt sta­ro­ru­skie­go he­ro­sa. Wi­te­zia, pół­bo­ga i de­miur­ga. Naj­wspa­nial­sze jed­nak było to, że ho­no­ry, wy­róż­nie­nia i wła­dza spo­tka­ły­go – jak wów­czas mnie­mał – naj­zu­peł­niej za­słu­że­nie. Nie dla­te­go, że się pod­li­zy­wał i płasz­czył, ale dla­te­go że był zna­ko­mi­tym kon­struk­to­rem. Ba! Ge­niu­szem! Wy­da­wa­ło mu się wte­dy, że tak wła­śnie po­win­no być. Twór­ca od­da­je swój ge­nial­ny umysł na usłu­gi na­ro­du i par­tii, a na­ród i par­tia z wdzięcz­no­ści wy­no­szą ge­niu­sza na szczy­ty za­słu­żo­ne­go po­wo­dze­nia. To było sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. Do tego stop­nia, że zu­peł­nie prze­wró­ci­ło mu w gło­wie. Gdy wcze­snym ran­kiem pod re­pre­zen­ta­cyj­ny blok nr 29 przy Ka­ła­jew­skiej10, w któ­rym prze­stron­ne, peł­ne słoń­ca i luk­su­su wie­lo­po­ko­jo­we miesz­ka­nia zaj­mo­wa­li inni do­ce­nie­ni szczę­śliw­cy, za­jeż­dża­ła czar­na służ­bo­wa li­mu­zy­na z kie­row­cą, nim wsiadł, to­czył dum­nym, peł­nym sa­mo­za­do­wo­le­nia wzro­kiem wo­ko­ło, ni­czym gęś z ko­biał­ki. Chciał, by prze­chod­nie, inni do­ce­nie­ni i ich ro­dzi­ny wi­dzie­li, że jest kimś waż­nym i po­trzeb­nym. Wy­da­wa­ło mu się cza­sem, że jest bo­ha­te­rem po­wie­ści, a może le­piej – za­rów­no bo­ha­te­rem, jak po tro­sze au­to­rem. Prze­cież sam cięż­ką pra­cą i wła­sny­mi zdol­no­ścia­mi pi­sał jej kar­ty od dzie­ciń­stwa. Zu­peł­nie nie zwra­cał uwa­gi na dziw­ne zja­wi­sko, rzą­dzą­ce wy­kwint­nie opra­wio­ną li­stą lo­ka­to­rów re­pre­zen­ta­cyj­nej, rzą­do­wej ka­mie­ni­cy. Po­dej­rza­nie czę­sto zni­ka­ły z niej jed­ne na­zwi­ska, a na ich miej­sce po­ja­wia­ły się inne, któ­re z cza­sem tak­że zni­ka­ły, za­stę­po­wa­ne jesz­cze in­ny­mi. Ta szcze­gól­na ro­ta­cja lo­ka­to­rów ja­koś nie za­przą­ta­ła jego uwa­gi. Był zbyt za­ję­ty kon­su­mo­wa­niem owo­ców wła­sne­go po­wo­dze­nia. An­driej Ni­ko­ła­je­wicz nie był ma­te­ria­li­stą i nie przy­wią­zy­wał za­sad­ni­czej wagi do na­by­wa­nia i po­sia­da­nia rze­czy, któ­re były przed­mio­tem po­żą­da­nia i po­wszech­nej za­zdro­ści. To, że miał wspa­nia­łe miesz­ka­nie, służ­bo­wą li­mu­zy­nę i do­stęp do za­mknię­tej dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków sie­ci de­li­ka­te­so­wych skle­pów, uwa­żał za nor­mal­ne na jego sta­no­wi­sku. Moż­li­wość ta­nich za­ku­pów bez ko­niecz­no­ści sta­nia w mon­stru­al­nych ko­lej­kach była nie­odzow­ną w jego przy­pad­ku oszczęd­no­ścią cza­su. Był prze­cież czło­wie­kiem nie­zwy­kle za­pra­co­wa­nym. Owszem, oprócz sa­mo­cho­du służ­bo­we­go miał tak­że pry­wat­ny wóz: skrom­nie wy­glą­da­ją­cy, ale nie­za­wod­ny che­vro­let ca­pi­tol. Na­by­ty za nie­wiel­kie (dzię­ki mi­ni­ste­rial­ne­mu przy­dzia­ło­wi) pie­nią­dze. Auto, choć nie naj­now­szej kon­struk­cji, wzbu­dza­ło jego sza­cu­nek. Znał się na tym do­sko­na­le i po­dzi­wiał Ame­ry­ka­nów za pro­sto­tę i sku­tecz­ność w pro­jek­to­wa­niu. Nie ro­bi­li ni­cze­go, do­pó­ki nie stwier­dzi­li, że wy­bra­na dro­ga jest naj­wła­ściw­sza. Nie kom­bi­no­wa­li i nie kom­pli­ko­wa­li kon­struk­cji. Je­śli stwier­dza­li, że da­lej ja­kąś dro­gą iść nie spo­sób, wy­co­fy­wa­li się i szu­ka­li lep­szej. Ich fi­lo­zo­fia in­ży­nier­ska zda­wa­ła się gło­sić de­wi­zę na­stę­pu­ją­cą: „Je­śli coś moż­na upro­ścić, na­le­ży to upro­ścić”. I che­vro­let ca­pi­tol do­sko­na­le po­twier­dzał tę za­sa­dę. Gdy pod­no­si­ło się ma­skę wozu, wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się pod nią, wy­da­wa­ło się śmiesz­nie oczy­wi­ste. Nie­wy­si­lo­ny mo­tor o spo­rej po­jem­no­ści, pro­sta, nie­za­wod­na elek­try­ka, sku­tecz­ne wod­ne chło­dze­nie. Nie miał z tym au­tem wie­le ro­bo­ty, prócz prze­wi­dzia­nej re­sur­sem wy­mia­ny ole­ju i świec. Sil­nik za­pa­lał rów­nie chęt­nie w upa­ły, jak i naj­więk­sze mro­zy. Pro­wa­dze­nie ca­pi­to­la, mimo iż nie był to wóz o osza­ła­mia­ją­cych osią­gach, spra­wia­ło An­drie­jo­wi Ni­ko­ła­je­wi­czo­wi masę sa­tys­fak­cji.

Auto nie rzu­ca­ło się przy tym w oczy tak, jak pac­kar­dy i ca­dil­la­ki, któ­ry­mi jeź­dzi­ła par­tyj­na góra. Wy­ko­rzy­sty­wał wóz przede wszyst­kim do fa­mi­lij­nych wy­praw do pod­mo­skiew­skiej da­czy. Let­ni dom zbu­do­wa­ny zo­stał tak­że za pry­wat­ne środ­ki, choć plac do­stał mu się pra­wie za dar­mo w ra­mach wia­do­mych przy­dzia­łów, a „spe­cjal­ne” ceny ma­te­ria­łów i ro­bo­ci­zny, przy­słu­gu­ją­ce lu­dziom na jego sta­no­wi­sku, nie wy­dre­no­wa­ły mu nad­mier­nie kie­sze­ni. Da­czy tak­że nie uwa­żał wów­czas za luk­sus. Po­twier­dza­ła tyl­ko jego po­zy­cję i umoż­li­wia­ła krót­kie, ale jak­że ra­do­sne dni wy­po­czyn­ku. Mu­siał od cza­su do cza­su wy­po­czy­wać. Mu­siał re­ge­ne­ro­wać znu­żo­ny ob­li­cze­nia­mi i sy­mu­la­cja­mi umysł. Gdy­by tego nie ro­bił, był­by nie­wy­daj­ny jako kon­struk­tor. Do tego nie wol­no było do­pu­ścić. Zresz­tą – o czym tu w ogó­le mó­wić? Let­ni­sko po­sta­wił z wła­snej kie­sze­ni, a byle dar­mo­zjad urzę­das, sto­ją­cy o wie­le ni­żej w hie­rar­chii, miał da­czę i to czę­sto przy­dzia­ło­wą. Jego dom był wy­jąt­ko­wo skrom­ny. Za to prze­my­śla­ny w każ­dym szcze­gó­le. Po­cząt­ko­wo An­driej Ni­ko­ła­je­wicz chciał wszyst­ko za­pro­jek­to­wać sam. Szyb­ko jed­nak zmie­nił zda­nie. Ar­chi­tek­tu­ra nie była jego ko­ni­kiem, a na­tu­ra in­te­lek­tu, wy­ma­ga­ją­ca do­wo­dów, ar­gu­men­tów, wie­lo­krot­ne­go spraw­dza­nia za­sad­no­ści i ce­lo­wo­ści kon­struk­cji, nie po­zwo­li­ła mu tym ra­zem na sen­sow­ne dzia­ła­nie. Po kil­ku go­dzi­nach stu­diów w bi­blio­te­ce Aka­de­mii Nauk, ma­jąc gło­wę peł­ną nazw ma­te­ria­łów, tyn­ków, więźb i czę­ści no­śnych, zre­zy­gno­wał i po­wie­rzył pro­jekt przy­ja­cie­lo­wi z mło­do­ści – Mar­ko­wi At­ko­ni­so­wi.

Ten At­ko­nis, jo­wial­ny gru­bas i sy­ba­ry­ta, był Es­toń­czy­kiem i za­ra­biał nie­zwy­kłe jak na owe cza­sy pie­nią­dze, pro­jek­tu­jąc da­cze i wnę­trza dla pro­mi­nen­tów. Pie­nią­dze były tak nie­zwy­kłe, bo Mar­ko był uro­czy, a jed­no­cze­śnie bez­czel­ny. Bez­czel­ność po­zwa­la­ła mu dyk­to­wać za pro­jek­ty ceny wzię­te z su­fi­tu, a urok ła­go­dził szok, wy­wo­ła­ny bez­czel­no­ścią wy­gó­ro­wa­nych żą­dań. Po­nie­waż zna­li się od daw­na, At­ko­nis po­trak­to­wał An­driej a ła­god­nie. Co tym dziw­niej­sze, że zna­ko­mi­ty pro­jekt za­wie­rał tak­że kon­kret­ne i zu­peł­nie uro­cze po­my­sły na wnę­trze domu. Pro­jekt nie prze­wi­dy­wał mod­nych i ab­so­lut­nie nie­zbęd­nych w owych la­tach mar­mu­rów i glan­so­wa­nych po­sa­dzek. Re­zy­gno­wał ze stiu­ków i gzym­sów na rzecz nie­mal asce­tycz­ne­go, pu­ste­go wnę­trza z gli­nia­nym ko­mi­nem, pod­ło­ga­mi i stro­pem z so­sno­wych de­sek i ba­jecz­ną w swej pro­sto­cie prze­szklo­ną we­ran­dą. Dom po­do­bał się na­wet Ju­lii, choć żona Tu­mi­ło­wa gu­sto­wa­ła w rze­czach bar­dziej wy­staw­nych.

To były cza­sy, kie­dy wszyst­ko mu się po­do­ba­ło. Czuł sil­ną po­trze­bę iden­ty­fi­ko­wa­nia się z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra go ota­cza­ła. Cie­szył się jak dziec­ko, uj­rzaw­szy na mo­skiew­skiej uli­cy nowy mo­del cię­ża­rów­ki. Ja­kie­goś ro­dzi­me­go zisa czy ziła. Za­chwy­ca­ła go świe­ża far­ba na no­wym mo­de­lu tro­lej­bu­su. Czuł, że wraz z wie­lo­ma in­ny­mi uczest­ni­czy w czymś nie­po­wta­rzal­nym i nie­prze­mi­ja­ją­cym. W czymś, co daje mu zu­peł­nie nad­na­tu­ral­ne po­czu­cie siły i wspól­no­ty z bliź­ni­mi. Na­pa­wał się tym uczu­ciem z taką przy­jem­no­ścią, z jaką czło­wiek, któ­ry wy­szedł z dusz­ne­go, za­tło­czo­ne­go po­miesz­cze­nia, od­dy­cha świe­żym, chłod­nym po­wie­trzem. Swo­ją ra­do­sną apro­ba­tą dla świa­ta sta­rał się ema­no­wać na ze­wnątrz. Był prze­cież zwierzch­ni­kiem. Dy­rek­to­ro­wa­nia na­uczył się bar­dzo wcze­śnie, bo już w dwu­dzie­stym pierw­szym roku wy­bra­no go na za­stęp­cę sze­fa CAGI. Cał­kiem de­mo­kra­tycz­nie, choć jed­no­gło­śnie, pod­czas wal­ne­go ze­bra­nia pra­cow­ni­ków. Dy­rek­to­ro­wa­nie mia­ło swo­je do­bre stro­ny na­wet dla ko­goś, kto kre­ację przed­kła­dał nad wła­dzę. Przede wszyst­kim ta­kie, że moż­na było lan­so­wać i for­so­wać wła­sne po­my­sły. A ko­ni­kiem Tu­mi­ło­wa w owych cza­sach były lek­kie me­ta­le, któ­re moż­na było spo­żyt­ko­wać w sa­mo­no­śnych, pół­sko-ru­po­wych i sko­ru­po­wych kon­struk­cjach pła­tow­ca. Moż­na było tak­że two­rzyć sku­tecz­ne i wy­daj­ne ze­spo­ły, do­bie­ra­jąc lu­dzi jak ko­nie w za­przę­gu. An­driej Ni­ko­ła­je­wicz dość wcze­śnie za­uwa­żył, że lu­dzi, a ści­ślej ich zdol­no­ści do pra­cy ze­spo­ło­wej, moż­na kla­sy­fi­ko­wać tak, jak czę­ści i funk­cje me­cha­ni­zmu. Za­wsze jest ktoś, kto jest sil­ni­kiem, i ktoś, kto wczu­wa się w funk­cję pa­li­wa. Za­wsze jest ktoś, kto ma zdol­no­ści – by tak rzec – pe­ry­fe­ryj­ne, słu­żą­ce opra­co­wa­niu szcze­gó­łów, i ktoś, kto peł­ni rolę cen­tral­ne­go me­cha­ni­zmu, ko­or­dy­nu­ją­ce­go pra­cę me­cha­ni­zmów pe­ry­fe­ryj­nych. Taki ktoś, kto gubi szcze­gó­ły, ale po­tra­fi kil­ka po­zor­nie od­le­głych ele­men­tów sko­ja­rzyć w nową, sen­sow­ną i wiel­ce funk­cjo­nal­ną ca­łość. Tu­mi­łow – wi­ce­dy­rek­tor, a fak­tycz­nie, wo­bec szyb­ko po­stę­pu­ją­cej star­czej de­men­cji Żu­kow­skie­go, szef CAGI – chciał, by jego lu­dzie czu­li to co on. By pra­ca sta­no­wi­ła dla nich ra­dość i cel ży­cia. Po­tem dy­rek­to­ro­wa­nie we­szło mu w krew i co­raz rza­dziej za­sta­na­wiał się nad tym, jak od­bie­ra­ją go pod­wład­ni. Ko­lej­ne kon­struk­cje, co­raz do­sko­nal­sze i bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne tech­no­lo­gicz­nie, wy­peł­nia­ły całe jego my­śle­nie. Dy­na­mi­ka, z jaką ze­spół CAGI po­ko­ny­wał wów­czas ko­lej­ne prze­szko­dy, to było coś! Od pierw­szej kon­struk­cji – pry­mi­tyw­nych ae­ro­sań, pę­dzo­nych stu­kon­nym sil­nicz­kiem – re­ali­zo­wał swo­je ma­rze­nie. Bu­do­wać ma­szy­ny cał­ko­wi­cie me­ta­lo­we, lek­kie. Ta­kie, któ­rych po­kry­cie było jed­no­cze­śnie no­śnym ele­men­tem kon­struk­cji. Niem­cy i Ho­len­drzy z Jun­ker­sa ro­bi­li ta­kie rze­czy już w 1917 roku, sto­su­jąc bla­chę fa­li­stą. Na zdję­cie swo­je­go pierw­sze­go sa­mo­lo­tu (bo po ae­ro­sa­niach za­pro­jek­to­wał tak­że cał­kiem uda­ny ku­ter tor­pe­do­wy) pa­trzył po la­tach ty­leż z sen­ty­men­tem, co z po­li­to­wa­niem. Zdję­cie, sta­ran­nie opra­wio­ne, wi­sia­ło w domu, a ścia­ny biu­ra zdo­bi­ły bar­dziej uro­dzi­we kon­struk­cje. ANT-1 na owym fo­to­gra­mie, wy­ję­tym po­ta­jem­nie z ar­chi­wów CAGI, pre­zen­to­wał swo­je po­kracz­ne pro­por­cje i na do­brą spra­wę wy­glą­dał jak pu­deł­ko od cy­gar ze skrzy­dła­mi. Sam twór­ca, w czap­ce z bącz­kiem, opie­ra­jąc dłoń na ka­dłu­bie za ka­bi­ną, pa­trzy w obiek­tyw do­bro­tli­wie, ale z wy­raź­nie za­uwa­żal­nym bły­skiem iro­nii. Jak­by zda­wał się mó­wić: „Cóż, rze­czy­wi­ście jest szka­rad­ny i na­wet trud­no to na­zwać sa­mo­lo­tem, ale prze­cież ten za­do­wo­lo­ny fa­cet w ka­bi­nie (eta­to­wy ob­la­ty­wacz CAGI, my­śliw­ski as z cza­sów woj­ny) przed chwi­lą tym la­tał. Ba! Krę­cił na­wet akro­ba­cje”. Na­stęp­ne dzie­ło, ANT-2 – pierw­sza ro­syj­ska cał­ko­wi­cie me­ta­lo­wa kon­struk­cja – było chy­ba jesz­cze brzyd­sze. Sa­mo­lot ten przy­po­mi­nał cię­żar­ną babę, włó­czą­cą po zie­mi roz­dę­ty brzuch z fa­li­stej bla­chy. Do­pie­ro trze­ci mo­del, roz­po­znaw­czy dwu­płat ANT-3, wy­szedł cał­kiem zgrab­nie, zda­jąc się po­twier­dzać mą­drą za­sa­dę, gło­szą­cą, że je­śli coś do­brze wy­glą­da, bę­dzie też do­brze la­tać. Sa­mo­lot w oczach An­drie­ja był nie­mal tak uda­ny, jak uro­dzo­ny kil­ka mie­się­cy wcze­śniej sy­nek Alek­sy. ANT-3 la­tał cał­kiem nie­źle. O wie­le go­rzej spi­sy­wa­ły się sil­ni­ki. W le­cie dwu­dzie­ste­go szó­ste­go, po spek­ta­ku­lar­nym prze­lo­cie, wy­lą­do­wał w Mo­skwie zna­ko­mi­ty fran­cu­ski awia­tor Mi­chel Ar­ro­char. Po­sta­no­wio­no, że Ro­sja­nie nie będą gor­si i Mi­cha­ił Gro­mow po­szy­bu­je do Pa­ry­ża na ae­ro­pla­nie ro­dzi­mej kon­struk­cji. ANT-3, na­zwa­ny Pro­le­ta­riu­szem, wy­da­wał się sa­mo­lo­tem stwo­rzo­nym do lo­tów pro­pa­gan­do­wych i po­twier­dzał do­brą opi­nię o so­bie przez pierw­szych 120 ki­lo­me­trów lotu, na któ­rym tak bar­dzo za­le­ża­ło wła­dzom. Po­tem w zbior­nicz­ku wy­rów­naw­czym chło­dze­nia an­giel­skie­go sil­ni­ka Na­pier Lion po­ja­wi­ły się szcze­li­ny i go­rą­ce chło­dzi­wo za­la­ło ka­bi­nę pi­lo­ta. Gro­mow, choć bo­ha­ter, po­sta­no­wił jesz­cze po­żyć i czym prę­dzej za­wró­cił do domu. Ga­ze­ty pi­sa­ły, że lot od­wo­ła­no z po­wo­du wy­jąt­ko­wo złych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych. Fa­tal­ne­go wra­że­nia nie zdo­łał za­trzeć ko­lej­ny, bar­dzo uda­ny, wy­stęp Pro­le­ta­riu­sza, pod­czas któ­re­go po­ko­nał on po­nad sie­dem ty­się­cy ki­lo­me­trów w za­le­d­wie 34 go­dzi­ny. Fa­tal­ne do­świad­cze­nia z sil­ni­ka­mi an­giel­ski­mi zwró­ci­ły wów­czas po raz pierw­szy uwa­gę Tu­mi­ło­wa na Ame­ry­ka­nów. Po­sta­rał się, by ku­pio­no od Wri­gh­ta li­cen­cje na chło­dzo­ne­go po­wie­trzem, gwiaz­do­we­go cy­klo­na. Szczę­śli­wie dało to nową ja­kość so­wiec­kie­mu prze­my­sło­wi sil­ni­ko­we­mu11.

Po­tem przy­szły praw­dzi­we suk­ce­sy i kil­ka na­praw­dę zna­ko­mi­tych sa­mo­lo­tów. Po czę­ści pew­nie dla­te­go, że An­driej Ni­ko­ła­je­wicz, bę­dąc uta­len­to­wa­nym kon­struk­to­rem, miał też szcze­gól­ny, dany za­praw­dę nie­wie­lu, dar znaj­do­wa­nia wła­ści­wych lu­dzi do od­po­wied­nich za­dań. Dar i szczę­śli­wą rękę do lu­dzi. Po­tra­fił szyb­ko i zwy­kle bez­błęd­nie osza­co­wać war­tość czło­wie­ka, na wzór ho­dow­cy, któ­ry po kil­ku kro­kach umie osza­co­wać wa­lor opro­wa­dza­ne­go ko­nia. Taki koń nie musi już ani ga­lo­po­wać, ani ska­kać, ani po­ka­zy­wać skom­pli­ko­wa­nych cho­dów ujeż­dże­nia. Znaw­ca jest w sta­nie wszyst­kie owe wa­lo­ry prze­wi­dzieć, pa­trząc, jak koń cho­dzi w stę­pie. Oczy­wi­ście, że do jego biu­ra in­ży­nie­ro­wie pcha­li się na wy­przód­ki. Za­ra­bia­ło się tam świet­nie. Były bar­dzo do­bre pre­mie, ta­lo­ny, ku­po­ny, przy­dzia­ły, or­de­ry i uzna­nie władz. Je­dy­ny man­ka­ment to zbyt ja­sno błysz­czą­ca gwiaz­da dy­rek­to­ra. Trud­no go było przy­ćmić. Bę­dąc na­wet naj­lep­szym, po­zo­sta­wa­ło się wciąż je­dy­nie i aż człon­kiem jego dru­ży­ny. Ale była to tak­że in­we­sty­cja we wła­sną ka­rie­rę. Ja­sne, że wy­ka­zaw­szy się u Tu­mi­ło­wa, ła­twiej było przy­mie­rzać się do wła­sne­go ze­spo­łu. Tu­mi­łow to mar­ka i gwa­ran­cja po­zio­mu. Nie było tu miej­sca ani cza­su dla mier­not i prze­cięt­nia­ków – je­dy­nie dla asów. Ot, cho­ciaż­by taki Pa­weł Su­choj, któ­ry przy­ło­żył jak­że uta­len­to­wa­ną rękę do po­wsta­nia pierw­sze­go w CAGI my­śliw­ca – ANT-5. Może my­śli­wiec nie był do­sko­na­ły, ale nie od­sta­wał osią­ga­mi od współ­cze­snych kon­struk­cji bry­tyj­skich i fran­cu­skich. Gdy An­driej Ni­ko­ła­je­wicz wra­cał w my­ślach do tych cza­sów „bu­rzy i na­po­ru”, wy­da­wa­ło mu się, że nie­po­trzeb­nie bra­li się wów­czas za wszyst­ko, co po­pad­nie. Ko­lej­ny mło­dy ge­niusz, zwer­bo­wa­ny przez Tu­mi­ło­wa, okrą­gło­gło­wy, wiecz­nie uśmiech­nię­ty Wła­di­mir Pe­tla­kow, pod­jął się stwo­rze­nia pierw­sze­go ro­syj­skie­go czte­ro­mo­to­row­ca. Za­brał się do tego z wła­ści­wym so­bie roz­ma­chem i stwo­rzył gi­gan­tycz­ne­go po­twor­ka, któ­re­mu bli­żej było do pte­ro­dak­ty­la niż do bom­bow­ca. I znów Mi­cha­ił Gro­mow, prze­że­gnaw­szy się po kry­jo­mu, ru­szył na pte­ro­dak­ty­lu w pierw­szy ob­lot i o mały fi­giel nie za­bił się tuż po star­cie, gdy nie­do­sta­tecz­nie zo­po­ro­wa­ne ma­net­ki gazu wszyst­kich czte­rech co­nqu­ero­rów ame­ry­kań­skiej fir­my Cur­tiss cof­nę­ły się do po­zy­cji wyj­ścio­wej. Oka­za­ło się jed­nak, że z sil­ni­ka­mi Mi­ku­li­na o więk­szej mocy pte­ro­dak­ty­lo­wa­ty ANT-6 zdo­łał roz­mno­żyć się w se­ryj­nej pro­duk­cji do im­po­nu­ją­cej licz­by 819 ma­szyn. Mimo ka­ry­ka­tu­ral­nej syl­wet­ki był to pierw­szy so­wiec­ki bom­bo­wiec o przy­zwo­itym udźwi­gu i nie­złych osią­gach. Gdy te­raz, po kil­ku la­tach, An­driej Ni­ko­ła­je­wicz przy­po­mi­nał so­bie nie­któ­re ku­rio­zal­ne po­my­sły zwią­za­ne z tą kon­struk­cją, uśmie­chał się do sie­bie w du­chu, ale też nie­odmien­nie na ich wspo­mnie­nie prze­cho­dził po nim dresz­czyk mi­mo­wol­ne­go lęku. Ta­kie do­zna­nie po­ja­wia się w na­szej psy­chi­ce, ile­kroć wspo­mi­na­my wła­sną butę i lek­ko­myśl­ność, bło­go­sła­wiąc nie­bio­sa, że nie­gdyś uchro­ni­ły nas i lu­dzi wplą­ta­nych w na­sze po­my­sły przed tra­ge­dią. Pierw­szy osza­la­ły, wzię­ty jak­by z Ver­ne’a po­mysł, to pro­jekt na­zwa­ny Zwe­no-2. Na pła­tach i ka­dłu­bie czte­ro­mo­to­row­ca mo­co­wa­no trzy dwu­pła­to­we my­śliw­ce Po­li­kar­po­wa. Tak ob­ju­czo­ny pte­ro­dak­tyl wzno­sił się z tru­dem w po­wie­trze i na od­po­wied­niej wy­so­ko­ści wy­cze­piał swo­je mło­de, któ­re kon­ty­nu­owa­ły lot już o wła­snych si­łach. Ale to jesz­cze nie było tak prze­ra­ża­ją­co głu­pie, jak po­mysł, by poli-kar­po­wy, wy­ko­naw­szy swo­ją my­śliw­ską mi­sję, tak­że lą­do­wa­ły na swo­im po­wietrz­nym lot­ni­skow­cu. No… może nie tyle lą­do­wa­ły, co pod­cze­pia­ły się na spe­cjal­nie wy­pusz­cza­nym z brzu­cha pte­ro­dak­ty­la tra­pe­zie. Idio­tycz­ny eks­pe­ry­ment o dzi­wo po­wiódł się i nikt się nie za­bił. Ko­lej­ny po­mysł był już naj­zu­peł­niej kosz­mar­ny. Pod pra­wym skrzy­dłem gi­gan­ta pod­wie­sza­no „la­ta­ją­cą tor­pe­dę” z pry­mi­tyw­nym na­pę­dem ra­kie­to­wym, prze­zna­czo­ną dla ochot­ni­ka sa­mo­bój­cy. Po wy cze­pie­niu „ochot­nik” miał na­pro­wa­dzić dia­bel­skie urzą­dze­nie na cel i bo­ha­ter­sko zgi­nąć. Pe­tla­kow, któ­ry po­ja­wił się w CAGI już w dwu­dzie­stym pierw­szym, wy­bił się z cza­sem na pierw­sze­go spe­cja­li­stę od skrzy­deł z pra­cu­ją­cym, me­ta­lo­wym po­kry­ciem. Opra­co­wy­wał pła­ty dla wszyst­kich wcze­snych wiel­kich bom­bow­ców, po­wsta­ją­cych w ze­spo­le An­drie­ja. Do cza­su, kie­dy osa­dzo­no go w 1937, tak jak więk­szość ge­nial­ne­go ze­spo­łu, w spe­cjal­nym za­kła­dzie kar­nym CKB-29 przy pań­stwo­wej fa­bry­ce sa­mo­cho­dów GAZ nr 156.

Upo­raw­szy się z pte­ro­dak­ty­lem, wzię­li się za ko­lej­ne mon­strum, któ­re prze­le­ża­ło na de­skach kre­ślar­skich ład­nych kil­ka lat. Ktoś na­tchnio­ny w kie­row­nic­twie flo­ty ubz­du­rał so­bie, że na­le­ży stwo­rzyć łódź la­ta­ją­cą o za­się­gu i udźwi­gu ta­kim, by mo­gła pro­jek­to­wać siłę ude­rze­nio­wą da­le­ko za li­nią mor­skie­go fron­tu, ata­ku­jąc nie­przy­ja­ciel­skie okrę­ty. Ta­kie­go la­ta­ją­ce­go nad mo­rzem krą­żow­ni­ka. Po­go­skij, ko­lej­ny ge­niusz ze­spo­łu, któ­re­mu Tu­mi­łow zle­cił re­ali­za­cję tego cho­re­go po­my­słu, wy­brał układ dwu­ka­dłu­bo­wy z sze­ścio­ma sil­ni­ka­mi w tan­de­mie. Każ­dy ka­dłub w czę­ści ogo­no­wej wień­czy­ła wie­życz­ka strze­lec­ka, a strzel­cy w cza­sie lotu mo­gli ma­chać do sie­bie. Żeby to wszyst­ko w ogó­le po­le­cia­ło, skrzy­dło mu­sia­ło roz­ro­snąć się do 51 me­trów roz­pię­to­ści, ale Pe­tla­kow po do­świad­cze­niach z czte­ro­mo­to­row­cem gład­ko so­bie z tym po­ra­dził. Na nad­skrzy-dło­wych py­lo­nach usta­wio­no sil­ni­ki Mi­ku­li­na. Ro­ze­bra­ny na czę­ści pierw­szy eg­zem­plarz prze­wie­zio­no nad Mo­rze Czar­ne i wy­pusz­czo­no w po­wie­trze. La­tał do­stoj­nie, jak sto­ło­wy kre­dens, le­d­wo prze­kra­cza­jąc dwie­ście ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, a z sze­ścio­ma to­na­mi bomb wdra­py­wał się z tru­dem na ża­ło­sny pu­łap dwóch ty­się­cy me­trów. Wi­zjo­ner z ad­mi­ra­li­cji, obej­rzaw­szy kre­den­so­we wy­czy­ny, był naj­wy­raź­niej roz­cza­ro­wa­ny. Wszyst­ko było ja­sne, a ma­rze­nia o bom­bar­do­wa­niu wro­giej flo­ty w da­le­kich por­tach trze­ba było odło­żyć na pół­kę.

W trzy­dzie­stym pierw­szym mę­dr­cy z Rew­wo­jen­so­wie­tu12