Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów ebook

Kazuki Sakuraba  

3.25 (8)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 479 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów - Kazuki Sakuraba

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakuchibów, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy.

Opinie o ebooku Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów - Kazuki Sakuraba

Fragment ebooka Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów - Kazuki Sakuraba

Copyrights and Design Approval. The Novel shall include the following copyright acknowledgement: “Original cover design by Fawn Lau for the English edition of Red Girls: the Legend of the Akakuchibas published by HAIKASORU, an imprint of VIZ Media, LLC. © 2017 VIZ Media, LLC.” Licensee shall use the Work in good faith and must submit to VIZ the final cover design for approval before publication and obtain approval prior to publication. © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2017 TYTUŁ ORYGINAŁU: "Akakuchiba-ke no densetsu" (The Legend of the Akakuchibas) PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Adaptacja okładki z wydania angielskiego: Robert Kleemann REDAKTOR PROWADZĄCY: Jolanta Korkuć REDAKCJA: Anna Rudnicka KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Aneta Tkaczyk, Lidia TimofiejczykWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05962-3 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

CZĘŚĆ I Epoka ostatniej legendy: 1953–1975

1. Lato proroczych wizji

Pewnego lata dziesięcioletnia Manyō Akakuchiba — moja babka — zobaczyła na niebie latającego człowieka. Ponieważ zdarzyło się to, zanim weszła do rodziny Akakuchibów, posiadaczy wielowiekowego majątku w regionie San’in, wciąż była prymitywną wiejską dziewuchą i nie miała nazwiska. W wiosce wołano na nią po prostu Manyō.

Wyrosła na dużą, mocno zbudowaną kobietę o długich do pasa włosach, czarnych jak mokre skrzydła wrony — które, jak nietrudno się domyślić, gdy doczekała sędziwego wieku, przybrały śnieżnobiałą barwę. Często mrużyła powieki i w zamyśleniu wpatrywała się w odległe szczyty górskie. Miała świetny wzrok, a odkąd sięgała pamięcią, dostrzegała dziwne rzeczy, niedostępne innym. Opowieść o tym, jak uznano ją za wieszczkę domu Akakuchibów, zostawię sobie na później, skupiając się teraz na jej najmłodszych latach; już w czasach dzieciństwa nikt nie wątpił, że Manyō potrafi zaglądać w przyszłość.

Wizje te przyjmowały najróżniejszą postać, od spontanicznej zmiany porządku atramentowych liter, starannie naniesionych na zwoje wiszące w tradycyjnym salonie, aż po duchy zmarłych osób, które przychodziły do jej pokoju i gestami przekazywały swe proroctwa. Widywała także obrazy, których znaczenie było dla niej niejasne. Manyō nie rozmawiała o tych sprawach z mieszkańcami wioski; uważano ją za dziwne, obce dziecko, a ona z niejaką dumą, ale i niepokojem przyjmowała fakt, że jest inna niż wszyscy.

Tamtego lata 28 roku okresu Shōw1 — w kalendarzu zachodniego świata był 1953 rok — Manyō miała najprawdopodobniej dziesięć lat. Piszę „najprawdopodobniej”, ponieważ nikt w wiosce nie znał jej daty urodzenia, nawet ona sama. Pojawiła się któregoś dnia w tym dalekim regionie Japonii, znanym pod nazwą San’in — wąskim paśmie lądu wciśniętym pomiędzy czarny łańcuch Gór Chūgoku a szary bezmiar Morza Japońskiego — zupełnie jakby stoczyła się z jednej z wysokich grani. Manyō tego nie pamiętała, ale cudzoziemcy porzucili ją w wiosce, gdy miała niespełna trzy lata.

„Cudzoziemcy” to nazwa, na którą przystałam, pisząc tę opowieść. Ludzie z regionu San’in — a zatem nasi przodkowie — przez długi czas ukrywali się głęboko w górach. W odróżnieniu od nas, którzy mieszkaliśmy w wiosce, nie mieli oni żadnej nazwy; mówiono o nich „oni”, „tamci” lub „ludzie z gór”. W ostatnim czasie folkloryści określają ich jako lud Sanka2, Nobuse lub Sangai, lecz nazwy te nie były wówczas używane — a już z pewnością nie w wiosce Benimidori w zachodniej prefekturze Tottori, gdzie żyjemy.

W każdym razie ludzie ci kryli się w sercu gór, gdzie wiatr targał ich długie kruczoczarne włosy od co najmniej setek lat, a pewnie i znacznie dłużej. Wyróżniali się karnacją ciemną jak garbowana skóra i mocną sylwetką. Często zmieniali miejsca pobytu. Pomieszkiwali to tu, to tam, w zależności od pory roku. Nie płacili rocznych danin, nie zwoływali narad i nie słyszeli o podatkach, a ponieważ nie mieli państwa, musieli sami o siebie zadbać.

Nikt w Benimidori ani w odległych osadach Izumo czy Tottori nie widział ich od około pięćdziesięciu lat, trudno więc powiedzieć, czy wciąż żyją w Górach Chūgoku. Tak czy inaczej mała Manyō przybyła do Benimidori mniej więcej sześćdziesiąt pięć lat temu z dorosłymi przedstawicielami swojego ludu, ostatniego pokolenia, które odwiedziło wioskę. Z niewiadomych przyczyn cudzoziemcy przed powrotem w góry porzucili między domami trzyletnią dziewczynkę.

Ponieważ większość miejscowych, którzy mogli pamiętać tamto wydarzenie, dołączyła już do grona zmarłych, nie znam jego szczegółów, tym niemniej w ciągu ostatnich kilku wieków, kiedy w wiosce brakowało rąk do pracy, cudzoziemcy zstępowali z gór niczym czarny wiatr i oferowali pomoc. Z wszystkich ważnych ceremonii — czuwań i ślubów, świąt i obrządków wstąpienia w dorosłość — najbardziej potrzebni byli akurat przy pogrzebach.

Gdy w wiosce wskutek samobójstwa ginęła młoda osoba, mieszkańcy palili wiązkę trawy tokonen, która wydziela fioletowy dym. Cudzoziemcy przybywali wówczas nocą, żeby pomóc w przygotowaniach pogrzebowych. Ścinali drzewo niezbędne do wykonania skrzyni, a o świcie łamali z trzaskiem zesztywniałe nogi nieboszczyka w udach i piszczelach, by wcisnąć go do kwadratowego pojemnika. Uporawszy się z tym zadaniem, zabierali skrzynię i ciskali ją w przepaść głęboko w górach, nucąc inkantacje. Gdy cudzoziemcy przychodzili, a mieszkańcy wioski czekali cierpliwie, aż odejdą z ciałem zmarłego, nawet najwyższy kapłan świątyni nie miał prawa zakłócać tego wydarzenia.

Właśnie dlatego tamtego ranka jakieś sześćdziesiąt pięć lat temu, kiedy porzucili Manyō, w wiosce musiał umrzeć ktoś młody. Do dziś nie jestem pewna, czy ciało z połamanymi nogami zamykano w ciasnym pojemniku, aby zapobiec jakiejś transformacji lub ucieczce zmarłego i czy idealnie sześcienny kształt skrzyni miał znaczenie mistyczne. Te pytania pozostawmy jednak badaczom folkloru. Istotne jest to, że kiedy „oni” w końcu zniknęli z zapakowanymi zwłokami, zostawili po sobie małą dziewczynkę — moją babkę o ciemnej karnacji, mocnej sylwetce i czarnych włosach, a zatem niewątpliwie cudzoziemkę. Siedziała na ziemi, nieopodal powojów, oparta o studnię przed czyimś domem niczym lalka albo wiadro owinięte pnączami o różowych kwiatach.

— Pewnie wtedy o mnie zapomnieli — stwierdziła z westchnieniem babka sześćdziesiąt pięć lat później, niedługo przed śmiercią.

— Nie mogliby tak po prostu zapomnieć o dziecku.

— W takim razie dlaczego mnie zostawili?

Do dzisiaj nikt nie poznał odpowiedzi na to pytanie — wiadomo było tylko, w jakich okolicznościach Manyō trafiła do Benimidori, gdzie dorastała wśród pozostałych dzieci.

Przygarnęła ją młoda para mieszkająca trzy domy od wspomnianej studni i kwitnącego powoju. Dziewczynka była trochę dziwna i różniła się od nas wyglądem, lecz jej nowi opiekunowie zrobili wszystko, co w ich mocy, by wychować ją tak samo jak inne dzieci z wioski.

Ludzie z regionu San’in, od Benimidori aż po Izumo, wyglądają identycznie: mają jasną karnację, delikatne rysy oraz są szczupli. Dzięki wąskim oczom i owalnemu kształtowi głowy ich twarze prezentują się niemal majestatycznie, kiedy się patrzy pod odpowiednim kątem; choć ktoś mniej życzliwy mógłby powiedzieć, że przypominają zdeformowane, niedojrzałe tykwy. Według jednej z teorii ludzie zamieszkujący ten obszar przybyli w okresie Yayoi3 z Półwyspu Koreańskiego, żeby nauczać Japończyków techniki produkcji żelaza znanej pod nazwą tatara, co może tłumaczyć ich wygląd.

W odróżnieniu od nich cudzoziemcy, którzy porzucili Manyō i zniknęli w górach, mieli ciemną skórę i grube kości. Zatem Manyō, kiedy pojawiała się w wiosce czy jechała do miasta, zupełnie tutaj nie pasowała, ale wychowująca ją młoda para dbała o nią najlepiej, jak to możliwe, czasem traktując ją surowo, a kiedy indziej z czułością. Posłali ją do szkoły, lecz z jakiegoś powodu Manyō nie potrafiła nauczyć się liter. „Nie umiem czytać. Nie umiem pisać”, powtarzała. Cała jej edukacja szła na marne.

Zamiast tego niekiedy wygłaszała dziwaczne proroctwa. W tamtym czasie Oddział Trzeciego Obszaru Narodowej Rezerwy Policji (przekształconej później w Siły Bezpieczeństwa Narodowego), stworzony po wojnie przez MacArthura, stacjonował w Izumo w prefekturze Shimane, a dzięki pożyczce wojska amerykańskiego każdy jego członek miał własny karabin. Oddział składał się głównie z młodych mężczyzn pochodzących z tego regionu, ale także tych, którzy urodzili się w innych zakątkach kraju, a ominęło ich powołanie na front. Karabin, tajemnicza broń plująca ogniem, z naturalnych względów przerażał miejscowych. Nawet dziś w Benimidori głęboko zakorzeniona jest prowincjonalna kultura okresu Edo4 — kiedy ktoś popełni zbrodnię, ludzie gromadzą się pod domem przywódcy wioski, ale przychodzą z włóczniami i siatkami, żeby złapać kryminalistę, a potem oddać go w ręce władz.

Kiedy na ulice wyszli ci młodzi mężczyźni w zielonych mundurach, ściskając w rękach karabiny, mała, niedouczona, ciemnoskóra Manyō wskazała jednego z nich, po czym rzekła:

— Rozbłyśnie i rozpadnie się z hukiem.

Młodzi opiekunowie dziewczynki nie zwrócili na te słowa uwagi, ale później do myślenia dała im informacja, że tego samego wieczoru karabin jednego z żołnierzy Narodowej Rezerwy Policji eksplodował, zabijając go. Zapytana o to, Manyō odparła:

— Rozbłyśnie i rozpadnie się z hukiem. Widziałam to.

To tylko zmyślone brednie dziecka, stwierdziła młoda para i postanowiła nie trapić się dłużej tą sprawą. Ale Manyō naprawdę miewała dziwne i tajemnicze wizje przyszłości. Być może to był prawdziwy powód porzucenia jej tamtego ranka przy studni w wiosce Benimidori.

Podobne proroctwa powtarzały się co jakiś czas, zwykle wtedy, gdy Manyō znajdowała się na jakiejś wysokości. Żołnierza ginącego w eksplozji światła ujrzała w dniu, kiedy jej nowy opiekun niósł ją na ramionach. Ponadto przyszłość ukazywała jej się bez żadnej zapowiedzi — w górach, na wzniesieniach czy w zamożnej okolicy znanej jako Takami. Ludzie umierali, rodzili się i mieli groźne wypadki, a mała Manyō biernie to obserwowała. W końcu była tylko dzieckiem, a po tym jak młoda para zareagowała na jej wizję żołnierza umierającego w rozbłysku światła, doszła do wniosku, że lepiej nie mówić zbyt wiele o tych osobliwościach. Dlatego też najczęściej Manyō w ogóle się nie odzywała. Przeważnie jej objawienia były niejasne i ona sama nie wiedziała, co tak naprawdę przedstawiały.

Latem, gdy miała dziesięć lat, po raz pierwszy ujrzała na niebie latającego człowieka.

Nie był to człowiek młody — Manyō uznała, że taki nie jest, mimo iż nie prezentował się szczególnie staro czy dojrzale. Cóż, dla dziesięcioletniej dziewczynki nie ma wielkiej różnicy między dwudziesto- i czterdziestolatkiem. W każdym razie zobaczyła dorosłego mężczyznę, który z jakiegoś powodu wyglądał na smutnego — tak właśnie pomyślała. Był niezbyt postawny i w stroju w kolorze suchych liści, a w bladej twarzy, tak charakterystycznej dla mieszkańców regionu, miał oko w kształcie migdała. Właściwie to nie jedno, a dwa, lecz tylko lewe było otwarte; powiekę prawego zaciskał tak mocno, że zlewało się z gładką skórą.

Ów człowiek unosił się w bladobrzoskwiniowym zmierzchu.

Jego usta rozwarły się i wypowiedział szeptem słowa:

— Du. Że. Em.

Zjawa, pomyślała w pierwszej chwili Manyō. Mimo że chodziła do szkoły, wciąż nie potrafiła czytać ani pisać, a ponieważ wyglądała obco i nie radziła sobie na zajęciach, miała trudności z nawiązywaniem przyjaźni. Wiatr bawił się jej czarnymi, sięgającymi do pasa włosami, kiedy maszerowała energicznym krokiem wiejską drogą. Pewnego dnia postanowiła pójść skrótem i właśnie w połowie wzgórza w drodze do Takami ujrzała latającego mężczyznę.

Unosił się w powietrzu z szeroko rozpostartymi rękami, jakby spadł z niebios, i spoglądał prosto w dół, obserwując uważnie Manyō. Zawisł nad nią przez chwilę na tle brzoskwiniowego firmamentu, by zaraz potem wzlecieć i zniknąć w ciemnościach nadchodzącego wieczoru. Manyō chciała go zawołać, lecz ugryzła się w język, bo zdała sobie sprawę, że widzi przyszłość. Jak zwykle nie miała pojęcia, co oznaczała jej wizja, ale zrozumiała, że to się kiedyś wydarzy.

Tamtego wieczoru dziewczynka po raz pierwszy uświadomiła sobie z całą mocą, kim tak naprawdę jest: Manyō widzącą przyszłość, wieszczką, dziwolągiem. I że pewnego dnia spotka tego tajemniczego mężczyznę z jednym okiem, który ukazał się jej w postaci zjawy.

Niewykluczone, że był on jej pierwszą nietypową miłością. Przyszła jesień, po niej zima, po zimie nastała zaś wiosna, a Manyō nie potrafiła przestać o nim myśleć. Nadała mu imię Jednooki. Wieczorami wspinała się na wzgórze prowadzące do Takami i spoglądała w dal, zastanawiając się, czy dane jej będzie ujrzeć jeszcze jakąś inną przyszłość. Ale latający mężczyzna nie ukazał jej się po raz drugi; musiało minąć dziesięć lat, by Jednooki, który mieszkał w sercu Manyō, stanął przed nią we własnej osobie.

I by pewnego dnia poleciał tak jak w jej wizji, lecz było to dużo, dużo później.

W tamtym czasie w Benimidori w prefekturze Tottori stały dwa wielkie domy. Miejscowi nazywali je czerwony u góry oraz czarny w dole. To właśnie w „czerwonym u góry” — w domu starej i cieszącej się uznaniem rodziny Akakuchibów — rozgrywa się niniejsza opowieść. W tym domu moja babka wyszła za mąż, a ja się urodziłam i wychowałam.

Akakuchibowie mieszkali u podnóża Gór Chūgoku od czasów tak zamierzchłych, że nawet oni sami nie pamiętali początków rodu. Powiedziano mi, że wioska Benimidori powstała w tym miejscu, gdy jeden z naszych przodków wkopał się w ścianę góry, żeby zbudować hutę tatara, a wokół szybko wyrosły ludzkie osiedla. Przodkowie Akakuchibów przypłynęli przez ocean z Półwyspu Koreańskiego i wylądowali w tym niewielkim wyspiarskim kraju. Później natrafili w górnym biegu rzeki Hino na tereny, gdzie mogli wydobywać wysokiej jakości piasek żelazisty. Osiedlili się tam i dzięki znajomości technik produkcji żelaza świetnie prosperowali.

Słowo tatara oznacza w języku koreańskim „rozgrzewać”, choć najwyraźniej z sanskrytu tłumaczy się je także jako „gorąco”. Dawno, dawno temu — tak dawno, że trudno to sobie wyobrazić — technologia wytapiania żelaza przywędrowała krok po kroku z Indii do Jiangnan w Chinach, a stamtąd aż do południowej części Półwyspu Koreańskiego i ostatecznie na Wyspy Japońskie. Jeszcze do niedawna rodzina Akakuchibów wykorzystywała tę starą technikę, opierającą się na prymitywnych piecach zaopatrzonych w podwójne miechy. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy na Czarnych Okrętach dotarły do nas nowe technologie z zachodu. Jak wiadomo, produkcja żelaza nierozerwalnie łączy się z wojną. W miarę jak Japonia przekształcała się w reżim militarny, doskonalono metody wytopu żelaza i jak grzyby po deszczu wyrastały olbrzymie fabryki z produkowanymi w Niemczech wielkimi piecami hutniczymi, a niebo zasnuły kłęby dymu. Podobnie jak Yawata Steelworks na Kiusiu, duża i zmodernizowana huta okresu Meiji5, a ostatnio także Kawasaki Steel Corporation w Kobe, nowoczesny, publiczno-prywatny zakład Akakuchiba Steelworks, znany w wiosce jako „czerwony u góry”, stał się dużym przedsięwzięciem, na którym korzystała cała okolica.

Zgodnie z opowieściami ludzi pamiętających tamten okres po wojnie Akakuchiba Steelworks rozkwitło. Piec był jak wielki ciemny wieżowiec, symbol współczesności; rzeka roztopionego żelaza — niczym ogień buchający z paszczy smoka; słupy czarnego dymu unoszące się z niezliczonych kominów, stojących w równym rzędzie jak żelazne zęby, zasnuwały jasnoszare niebo pełne leniwych chmur, charakterystycznych dla regionu San’in; wypływające z wnętrzności pieca czerwone wodospady oślepiały, a towarzyszyły temu echo mechanicznego ryku, zawodzenie industrialnej bestii oraz karmazynowe płomienie rozjaśniające mokre od potu i smaru twarze robotników. Cóż pozostało? Marny cień dawnej potęgi. Żyjąc tu dzisiaj, znam tylko czarną, wysuszoną skorupę miasta, gdzie ognie zgasły, gdy zmieniły się czasy; martwe miejsce pokryte grubą warstwą czerwonej rdzy i przekształcone w olbrzymią ruinę.

W tamtych czasach jednak, po wojnie fabryka Akakuchiba Steelworks — ze strzelistym piecem majaczącym na niebie, wybudowanym, gdy ustała praca starych miechów — była jednym z najlepszych miejsc zatrudnienia.

Pracownicy huty mogli liczyć na niezłe wynagrodzenie. Za dnia wypruwali sobie żyły, a po pracy korzystali z przywilejów młodości. Wielu młodych pojawiało się w wiosce na wiosnę, gdy nadchodził czas naboru — żuli mochi, kleiste ciastka ryżowe, żeby choć odrobinę utyć, bo w hutach obowiązywał minimalny limit wagi. „Wiosna to czas jedzenia mochi”, mawiali. Dostawali uniformy w kolorze świeżych liści i dwupokojowe domki robotnicze z ogródkami. Podczas gdy mężczyzna pracował w hucie, młoda żona zajmowała się gospodarstwem, a w dni wolne od pracy szli razem zjeść dobry posiłek czy obejrzeć sztukę. Jak na warunki panujące w powojennej Japonii było to całkiem satysfakcjonujące życie.

To właśnie jedna z takich par przygarnęła pod swój dach i wychowała Manyō.

Domek robotniczy, w którym mieszkali, stał między kilkoma podobnymi, na tarasach przypominających wielopoziomową platformę wyciętą w górskiej ścianie. Dokładnie przez środek tej platformy biegła stroma droga łącząca szczyt wzgórza z podnóżem, z piętnastoma domkami po prawej stronie i dwudziestoma pięcioma po lewej. Ich położenie nie było przypadkowe; ludzie mieszkający na dole pochodzili z niższych warstw społecznych. Miejscowi zajmowali nieco wyższe domy, nawet jeśli pracowali w tych samych zakładach i na tych samych stanowiskach, podczas gdy przyjezdnym przydzielano domy położone najniżej. Jeszcze wyżej stały budynki należące do zarządców huty, tak zwanych białych kołnierzyków, a nad nimi górowała jaskrawoczerwona posiadłość Akakuchibów, wzniesiona w czasach, których nikt już nie pamiętał.

Był to budynek olbrzymi i niezgrabny, lekko przechylony, jakby próbował się skryć między drzewami i górą; można by wręcz pomyśleć, że to jakiś olbrzym napierał na niego, by go pogrzebać w ścianie masywu. Za brunatną bramą lśniły w słońcu czerwone dachówki. Latem ze szczytu głównej drogi Manyō przeszywała swym ostrym wzrokiem malowidło pokrywające fusuma, rozsuwane drzwi w głównym holu. Przedstawiało ono Morze Japońskie i szkółkę niemal żywych, jasnoczerwonych morleszy. Zgodnie z pierwszą literą nazwiska dom Akakuchibów był czerwony (aka) w każdym swym detalu. Miał odcień więdnących liści klonu i prężył się dumnie na szczycie góry, majestatyczny i okazały, chociaż odrobinę krzywy.

Na samym dole wielopoziomowej platformy toczyło się życie przyziemne; idąc w górę, w kierunku Takami, człowiek zdawał się zbliżać do nieba. Świat na dole tonął w czarnym dymie i smarze. Powietrze było tam tak kiepskiej jakości, że robotnicy nie próbowali suszyć prania w ogródkach. W Takami — cudownej krainie za czerwoną bramą, która wiodła niemalże do raju — niebo zawsze było czyste. Właśnie tak mieszkańcy wioski postrzegali wejście do posiadłości Akakuchibów.

W połowie drogi do Takami mniejsze domy — choć, rzecz jasna, równie czerwone — pobudowali dalsi krewni rodu. Często pełnili oni w hucie funkcje kierownicze, rzadko jednak widywali członków głównej rodziny. Raz na jakiś czas jeden z mieszkańców wielkiej posiadłości zjeżdżał drogą do wioski w czarnym zagranicznym samochodzie, pędząc na złamanie karku. Ponieważ wnętrze auta spowijał mrok, trudno było stwierdzić, kto siedział za kierownicą. Nawet przenikliwy wzrok Manyō nie rozpoznawał twarzy, dlatego tożsamość kierowcy zwykle pozostawała tajemnicą.

W owym czasie Manyō nie wiedziała nic więcej na temat „czerwonego u góry”. Patrząc na domy stojące jeden nad drugim na wielopoziomowej platformie, która pięła się aż do Takami, doszła za to do wniosku, że świat składa się ze schodów.

A ponieważ sama mieszkała wówczas w pokrytym sadzą domku robotniczym u podstawy tychże schodów, o wiele lepiej znała „czarny w dole” rodziny Kurobishich.

Kurobishi to nie stary ród, nic z tych rzeczy; byli biednymi szkutnikami, cenionymi w dzielnicy portowej Nishiki w tym podłużnym regionie o nazwie San’in, wciśniętym pomiędzy łańcuch Gór Chūgoku a Morze Japońskie. Podobno przed wojną dzieci Kurobishich, równie biedne jak wszystkie pozostałe, biegały po wiosce boso i w brudnych ubraniach. Ale wraz z nastaniem w Japonii reżimu militarnego sztuka budowy okrętów zaczęła przynosić krociowe zyski i zupełnie niespodziewanie ich fortuna się odwróciła — po wojnie Kurobishi należeli już bowiem do kasty nuworyszów. Tuż przy morzu, na skrawku ziemi wrzynającym się w wodę niczym półwysep, zbudowali posiadłość przypominającą wielki buddyjski ołtarz — w kolorach czerni i złota (kuro, kin’iro) zgodnie z pierwszą literą swego nazwiska — a córkę imieniem Midori ubrali w bogate kimono. Była to dziewczynka mniej więcej w wieku Manyō.

Z płaską twarzą i wielkimi, okrągłymi, wypukłymi oczami Midori nie zasługiwała na miano urodziwej, a jej charakter także pozostawiał sporo do życzenia, często bowiem robiła wszystko, żeby wzbudzić w innych zazdrość. Ubrana w nowiutką świąteczną kreację — czarno-złote kimono — lubiła paradować po czarnych od dymu uliczkach Benimidori. Gdy szła, długie rękawy kimona, furisode, furczały na wietrze.

Rodziny mężczyzn budujących okręty dla „czarnego w dole” nie dogadywały się z hutnikami pracującymi u „czerwonego u góry”. Czerwoni patrzyli na czarnych jak na uniżone sługi nowej fortuny, podczas gdy czarni narzekali, że dym z kominów huty brudzi i śmierdzi. Ludzie ci — w rzeczywistości wiodący bardzo podobną egzystencję — w praktyce żyli osobno; żywili do siebie wzajemną pogardę i przy każdej okazji wdawali się w spory, co niejednokrotnie kończyło się niemalże rozlewem krwi w barach, gdzie pili, i w parkach, gdzie przychodzili ze swoimi dziećmi. W efekcie między czerwienią i czernią powojennego regionu San’in, między górami i wybrzeżem, powstało coś w rodzaju niewidzialnej granicy.

Oczywiście swarliwa natura dorosłych udzielała się ich pociechom. Czerwone dzieci dokuczały czarnym. Czarne dzieci sadzały Midori Kurobishi o wyłupiastych oczach na piedestale, próbując traktować z czcią księżniczkę w czarno-złotym furisode i ze złotymi, ozdobnymi spinkami migoczącymi we włosach. Czerwone dzieci przezywały Midori Złotą Rybką. Było to poniekąd zrozumiałe, bo gdy spojrzało się ich okrutnym wzrokiem na płaską twarz, rozkołysane rękawy kimona i błyskotki mieniące się na głowie, rzeczywiście przypominała złotą rybkę.

Ponieważ Manyō nie potrafiła czytać, nie rozumiała większości lekcji w szkole — co wcale nie znaczy, że moja babka była głupia. Wręcz przeciwnie, uchodziła za osobę inteligentną, choć miała spore problemy z zagadnieniami matematycznymi. Prawdopodobnie jej mózg został skonfigurowany w sposób inny niż wszystkich rówieśników i dlatego nie pasowała do żadnej z dwóch grup. W sposób typowy dla dzieci Złota Rybka uważała Manyō za istotę gorszego gatunku. Po lekcjach często zaczajała się na nią ze swą świtą, by rzucać w Manyō kamieniami albo ciągnąć ją za włosy.

— Przybłęda, przybłęda! — krzyczała, podążając za nią krok w krok. Była w tych wyzwiskach zaskakująco wytrwała. — Bezdomny kot! Patrzcie, jaką ma ciemną skórę! I zbyt czarne włosy, co nie?

Przekrzywiała głowę, a jej koledzy potakiwali, powtarzając obelgi.

— I na dodatek jest biedna! — ciągnęła uradowana Złota Rybka.

Manyō nie reagowała, a wówczas jej dręczycielka tupała ze złości.

Wkrótce jednak docierały do niewidzialnej bariery, granicy między czerwonym i czarnym. Manyō wiedziała, że dalej nie będą jej gonić, i dlatego przyrzekła sobie w duchu, że każdego dnia będzie w milczeniu szła w stronę domu, ignorując docinki.

Wróćmy jednak do dziesiątego roku życia Manyō. Był to początek ostatniej epoki legend Benimidori. Wydarzyły się wówczas trzy ważne rzeczy.

Po pierwsze, Manyō ujrzała Jednookiego, latającego człowieka.

Po drugie, doszło do pewnego drobnego incydentu z udziałem Złotej Rybki, znanej też jako Midori Kurobishi.

Powroty ze szkoły do domu nieustannie były dla Manyō udręką, aż dziewczyna znienawidziła Złotą Rybkę — do tego stopnia, że gdy musiała załatwić coś w mieście, unikała głównej, przemysłowej ulicy wiodącej do portu Nishiki, żeby przypadkiem nie wpaść na Midori i jej świtę. Zamiast tego przekradała się bocznymi alejkami pachnącymi herbatą, rozchylając zasłony z wodorostów kombu.

Nastała zima, znad Morza Japońskiego uderzył wilgotny wiatr. Manyō, wysłana do miasta po trzy sardyny i odrobinę glonów wakame na trzydniowy zapas zupy miso, natknęła się na Złotą Rybkę w niewielkim parku na uboczu nabrzeża, skąd rozciągał się widok na szary ocean. Z nieba padał drobny, miękki śnieg.

Złota Rybka miała na czarnym kimonie zimową kamizelkę, chanchanko, i wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w morze, tym razem pozbawiona obstawy brudnych pachołków. Manyō chciała się schować, ale poślizgnęła się i upadła na twarz do piaskownicy. Zaalarmowana hałasem, Złota Rybka spojrzała w jej kierunku. W pierwszej chwili na widok Manyō nie kryła zaskoczenia, ale zaraz potem wykrzywiła usta w zwyczajowym złośliwym uśmieszku. Chciała coś powiedzieć, lecz ostatecznie rozmyśliła się, spoważniała i wytarła łzy z policzków.

Złota Rybka płakała. Wyraz jej twarzy, niepasujący do gniewnej dziewczyny w eleganckim kimonie, przeraził Manyō, gdy z otwartymi szeroko ustami spojrzała w górę, leżąc na brzuchu w piaskownicy. Z wyłupiastych oczu Złotej Rybki skapnęły łzy wielkie jak grochy. Wyglądały słono, pomyślała Manyō. Bez żadnego powodu doszła do wniosku, że łzy i pot tej morskiej dziewczyny muszą być wyjątkowo słone.

— Co się stało? — zapytała.

— Czekam na brata — odparła szorstko Złota Rybka. Znów starła łzy, ale na ich miejsce wciąż napływały nowe. — Jeszcze nie wrócił z Syberii — dodała, zanosząc się od szlochu.

— Z Syberii?

— Uwięzili go tam. Ma buzię ładną jak dziewczyna, dlatego tak się o niego martwię. Chłopcy, którzy są ładni jak dziewczyny, są też słabi jak dziewczyny, a ponieważ nie mogą nosić furisode, do niczego się nie nadają. Mój brat jest wątły, nie pozwolili mu nawet pracować na kutrze do połowu tuńczyków, od razu dostawał choroby morskiej i wymiotował, brali go tylko na malutkie łodzie do połowu kalmarów, a on gadał jakieś głupoty, takie jak: „Och, te biedne kalmary!”, i nic nie potrafił złowić… Pewnie taki słabeusz jak on nie dałby sobie rady na Syberii, co? — powiedziała niemal na jednym wdechu Złota Rybka, po czym znów otarła twarz.

Był to rok 1953, a wojna zakończyła się osiem lat wcześniej. Ci, którzy mieli wrócić do domów, już tam dotarli, a ci, którzy wrócić nie mogli, nie wrócili, wszyscy zaś zdążyli rozpocząć nowe życie. Licząc zarówno żołnierzy, jak i cywilów, w ciągu kilku lat do kraju ściągnęło z Chin, południowych wysp i Syberii ponad sześć milionów ludzi. Wśród czarnych szkutników i czerwonych hutników pracowało wielu repatriantów i zdemobilizowanych żołnierzy.

Manyō podeszła cicho do łkającej Złotej Rybki.

— Pamiętasz swojego brata? Kiedy wyjeżdżał na wojnę, byłaś chyba całkiem mała.

— Widziałam go na zdjęciu. Rodzice powiedzieli mi, że jeśli mój brat nie wróci, będę spadkobierczynią fortuny.

— To chyba dobrze?

— Wcale nie. — Przeciągnęła rękawem po twarzy. — Zobaczyłam mojego brata na fotografii i chcę, żeby wrócił do domu. To wszystko.

Od strony Morza Japońskiego znów nadciągnął podmuch wilgotnego wiatru. Śnieg, który nie przestawał padać, został wręcz wessany w szary przestwór wody. Fale piętrzyły się i przewalały.

Chwileczkę, pomyślała Manyō. Odkąd to żołnierze zwolnieni ze służby wracali do domu od strony oceanu? Przecież przybywali lądem — jechali pociągami z dalekich krain, hen za Górami Chūgoku, przez wszystkie stalowe mosty i wszystkie doliny świata, aż na stację Daibenimidori. Zdarzało się, że jeden z żołnierzy pojawiał się nieoczekiwanie na peronie, gdy wszyscy byli już gotowi o nim zapomnieć.

Mimo to Złota Rybka uparcie wpatrywała się w morze, więc Manyō stanęła milcząco obok i razem obserwowały nieustępliwe bałwany.

Manyō tak bardzo bała się swej prześladowczyni, że za wszelką cenę unikała okolic wybrzeża, co nie znaczy, że nie lubiła tutejszych widoków. Co więcej, tu na dole, z dala od wszystkich wysokich punktów okolicy, nigdy nie nawiedzały jej wizje. Dzięki temu mogła się odprężyć. Patrząc na ocean, zapomniała o płaczącej Złotej Rybce, a Złota Rybka utkwiła w niej swój wzrok. Teraz z jej oczu nie płynęły już łzy.

— A ty co, nie masz żadnych zmartwień? — Pociągnęła Manyō za faliste, sięgające do pasa włosy.

— Au! Pewnie, że mam. Łobuziara!

— Przybłęda!

— Powiedziałam au!

— Ty nawet nie masz brata. Pewnie mi zazdrościsz, co?

— Niczego ci nie zazdroszczę. Mam wszystko, czego mi trzeba.

W tamtej chwili Manyō nie umiałaby powiedzieć, czego tak naprawdę potrzebowała, bo nigdy nie miała wielu pragnień. Wychowująca ją młoda para dbała, żeby dziewczynie niczego nie zabrakło, a sama Manyō zbyt dużo widziała w swych wizjach, by pragnąć luksusu czy jakichkolwiek ziemskich zbytków. Została porzucona przez cudzoziemców i mimo że obecnie żyła w niezamożnej rodzinie, w jej ocenie dostawała wszystko, czego mogłaby chcieć.

Okres Shōwa, zwany inaczej Erą Oświeconego Pokoju, przypadał w Japonii na rządy cesarza Hirohito i trwał od 25 grudnia 1926 roku do 7 stycznia 1989 roku (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza i redakcji). [wróć]

Lud Sanka — koczownicze, prymitywne plemiona (nazywane czasami japońskimi Cyganami) żyjące dawniej w górskich regionach Honsiu, które opierały się integracji. Ostatnie wzmianki o ich istnieniu przypadają na lata siedemdziesiąte XX wieku; nie jest do końca jasne, w jaki sposób doszło do ich zniknięcia. [wróć]

Okres w dawnej historii Japonii, trwający od około 300 roku p.n.e. do 300 roku n.e. [wróć]

Okres Edo przypadał w kalendarzu zachodnim na lata 1603–1868, kiedy władzę w Japonii sprawowali sioguni pochodzący z rodu Tokugawa. [wróć]

Okres Meiji, zwany Epoką Światłych Rządów, trwał w Japonii za panowania cesarza Mutsuhito od 8 września 1868 roku do 30 lipca 1912 roku. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki