Czerwona księżniczka - Dariusz Kortko, Judyta Watoła - ebook
Opis

„Ariadna Gierek-Łapińska. Towarzyszy jej legenda genialnej polskiej okulistki. Każdy chce leczyć oczy tylko u niej. Ale sławę wyprzedza plotka: synowa Edwarda Gierka musi przecież mieszkać w marmurach, jeździć na ciuchy do Paryża, kąpać się w kryształowej wannie oraz być córką Leonida Breżniewa.
W marcu 2007 roku cała Polska ogląda w telewizji jej białą, koronkową bieliznę. Alkohol zabija jej karierę, ale ona zaprzecza, że pije. Traci prawo do wykonywania zawodu i szpital, który zbudowała w Katowicach. Słynna Gierkowa strącona z piedestału? – Nie-do-cze-ka-nie – mówi nam”.
O kobiecie wzbudzającej wielkie emocje zarówno w czasach PRL-u, jak i dzisiaj opowiada dwoje dziennikarzy Dariusz Kortko i Judyta Watoła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WARSZAWA 2012
Siedzi przed lustrem, szykuje się do teatru. Pójdzie, mimo że na czołówkach gazet tytuły: „Słynna okulistka pijana w pracy”.
Na twarz nakłada najlepszy krem wygładzający cerę. Pójdzie, choć będą szeptać, że jej kariera legła w gruzach.
Olśniewająca długa suknia wieczorowa doskonale opina ciało. Pokaże ją wbrew nadziejom wielu, że to już „koniec legendy znanej okulistki”.
Włosy. Fryzjerka ułożyła fryzurę prostą, ale efektowną. Kobiety spojrzą na nią i nie bez satysfakcji podkreślą: „Podejrzana o korupcję i przyjmowanie łapówek”.
Założy futro z norek. Ulubione, przywiezione lata temu z Hiszpanii.
Złote pierścionki i wisior. Pewnie ktoś przypomni: „Czerwona księżniczka”, niech i tak będzie.
Miejsce ma w pierwszym rzędzie, więc wejdzie ostatnia. Niespiesznie, wyprostowana, z uniesioną głową. Po sali przejdzie szept: „Przyszła”.
Będą gadać, ale przecież zawsze gadali.
I
W którym przedstawiamy osoby ważne dla Ariadny

EDWARD GIEREK, teść Ariadny. Były I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wysoki, przystojny, zawsze pokazywał się w dobrze skrojonym garniturze. Doskonale znał francuski. W latach 70., gdy rządził krajem, Polska bardzo się zmieniła. Ludzie zaczęli więcej zarabiać, sklepy zapełniły się wcześniej niedostępnymi towarami. W wyniku intryg gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kani, towarzyszy z KC, w 1980 roku Gierek stracił stanowisko, a w stanie wojennym został internowany. Zmarł w 2001 roku.

STANISŁAWA GIEREK, teściowa Ariadny. Żona Edwarda, urodziła mu trzech synów: Adama (1938), Zygmunta (1940 – wkrótce zmarł) i Jerzego (1942). Edward Gierek był jednym z pierwszych przywódców komunistycznych, którzy przedstawili opinii publicznej swoje żony. Można ją było oglądać na oficjalnych fotografiach w gazetach. Stanisława była w czasach PRL-u prawdziwą pierwszą damą. Na jej temat szybko zaczęły się rodzić plotki o rzekomych zakupach w Paryżu lub wypadach za granicę do fryzjera. Zmarła w 2007 roku.

ADAM GIEREK, drugi mąż Ariadny. Najstarszy syn Edwarda i Stanisławy, absolwent Politechniki Śląskiej, specjalista inżynierii materiałowej. Z Ariadną ma córkę Stanisławę. Rozstali się po 20 latach małżeństwa. Po rozwodzie Adam związał się z fizyczką Krystyną Zębalą (mają syna Marcina). Od 2004 roku jest posłem do Parlamentu Europejskiego.

STANISŁAWA GIEREK-CIACIURA, córka Adama i Ariadny. Urodziła się w 1964 roku (dostała imię po babci). Po ukończeniu liceum w Katowicach chciała studiować medycynę, ale nie przyjęto jej na Śląską Akademię Medyczną. Wyjechała do NRD, gdzie w 1989 roku skończyła medycynę na uniwersytecie w Greifswaldzie. Została okulistką. Szkoliła się w najlepszych klinikach na świecie, ale na stałe osiadła w szpitalu w Katowicach, którym kierowała jej matka. Zajmowała się m.in. leczeniem wad wzroku za pomocą lasera. Gdy Ariadna Gierek przestała być dyrektorką szpitala, Stanisława, już uznana profesorka nauk medycznych, dostała propozycję, by przyjmowała pacjentów w szpitalnej przychodni. Ujęła się honorem i odeszła z kliniki. Jest teraz na rencie, ale wciąż wykonuje zabiegi korekcji wzroku w prywatnych gabinetach. Wraz z trzecim mężem, Marianem Ciaciurą, wychowują córkę Agatę.

TATIANA GIEREK, młodsza siostra Ariadny. Profesor medycyny, laryngolog, od 1979 roku kierowniczka kliniki laryngologii w szpitalu przy ul. Francuskiej w Katowicach. Wkrótce po ślubie Ariadny z Adamem Gierkiem Tatiana wychodzi za Jerzego, młodszego brata Adama. Ale po kilkunastu latach Tatiana uciekła od męża, wynajęła małe mieszkanie w bloku i zaczęła życie od nowa. Wybudowała dom w Mikołowie, mieszka sama. Aleksander, syn Tatiany i Jerzego, jest weterynarzem. Ma żonę i dwie córki Zuzannę i Klarę.

JERZY GIEREK, szwagier Ariadny. Najmłodszy syn Edwarda i Stanisławy. Gdy jego ojciec był szefem partii, miał opinię playboya. Świetnie się ubierał, jeździł dobrymi samochodami, pachniał drogimi perfumami. Po studiach na Politechnice Śląskiej w Gliwicach wykładał w Instytucie Inżynierii Materiałowej. W stanie wojennym został oskarżony o malwersacje finansowe i przywłaszczenie mienia państwowego, potem zarzuty oddalono. Po rozstaniu z Tatianą Jerzy Gierek znów się ożenił. Ze swoją trzecią żoną Barbarą mieszkają w Cisownicy koło Cieszyna.

TEODOR ZANKOWICZ i KLARA FALKOWSKA, rodzice Ariadny. Tata był inżynierem agronomem. Chciał być prawosławnym księdzem, ale na ostatnim roku opuścił seminarium. Klara uczyła niemieckiego. Przed wojną mieszkali w Wilnie, gdzie urodziły się im córki – Ariadna (1938) i Tatiana (1942). Po wojnie przenieśli się do Katowic. Teodor pracował w Samopomocy Chłopskiej, Klara była księgową w mleczarni. Zmarła na serce w wieku 48 lat. Ojciec długo był sam, w końcu ożenił się po raz drugi.

LUCYLLA ZANKOWICZ, macocha Ariadny. Mikrobiolog. Swojego męża Teodora poznała na turnusie w Ciechocinku. Miała 48 lat, on – 60. Ślub wzięli w Katowicach. Świadkową była Stanisława Gierek, żona Edwarda. Teodor zmarł w wieku 81 lat na białaczkę. Lucylla mieszka sama w Katowicach. Ma już ponad 90 lat, wierzy w sny i horoskopy.

ALEKSANDER I ANATOL ZANKOWICZOWIE, wujowie Ariadny. Podczas kampanii wrześniowej trafili do niewoli. Aleksander wrócił po wojnie do Polski, pracował w wytwórni filmowej. Pomógł Ariadnie rozwieść się z pierwszym mężem. Anatol wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Był czyścibutem, potem skończył ekonomię i został szefem sieci domów towarowych.

TADEUSZ ŁAPIŃSKI, trzeci mąż Ariadny. Poznali się w podstawówce, w liceum chodzili do równoległych klas. Tadeusz siedział z Adamem Gierkiem w jednej ławce. Wysoki, przystojny. Koszykarz. Gdy Ariadna była na studiach, tworzyli z Tadeuszem parę, potem zerwali. Tadeusz się ożenił, robił karierę w hutnictwie, doszedł do stanowiska naczelnego dyrektora w Centrali Zaopatrzenia Hutnictwa. W 1986 roku wzięli z Ariadną ślub cywilny, są ze sobą do dziś.

ŚWIATOSŁAW NIKOŁAJEWICZ FIODOROW, mistrz i nauczyciel Ariadny. Sława rosyjskiej okulistyki. To on pokazał jej, co na sali operacyjnej może zdziałać okulista, jeśli zostanie uzbrojony w mikroskop. Ale kiedy Ariadna rozwinęła jego technikę operacyjną, oskarżył ją o plagiat. Po upadku ZSRR sprywatyzował instytut, którego był dyrektorem. Kupił sobie helikopter. Zginął w 2000 roku, gdy podchodził do lądowania na lotnisku w Moskwie.

LEONID ILJICZ BREŻNIEW. Przez 18 lat (od 1964 do 1982 roku) rządził Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Dobrze rozumiał język polski, uwielbiał nasz salceson. W krajach socjalistycznych chyba nie było orderu, którego by nie nosił na piersi. Protektor Edwarda Gierka. Ariadna nigdy go bliżej nie poznała, choć cała Polska była przekonana, że jest jego córką.

II
O spotkaniu na przystanku, podszeptach babci, lenistwie Edwarda Gierka, tajemnicach Ariadny i jej drugim ślubie

Najważniejszy dzień w życiu.

Katowice, rok 1962. Dzień ciepły, słoneczny. Młoda kobieta stoi na przystanku tramwajowym na pl. Wolności. Ubrana w zwiewną sukienkę, w dłoni trzyma siatkę z garnkiem wypełnionym kaszą. Jedzie do Brynowa, musi nakarmić psa, który pilnuje tam ogródka działkowego. Zwykle zajmuje się tym jej ojciec, ale pojechał na turnus do Ciechocinka.

Szczupła, ładna, zadbana. Sukienka uszyta na miarę, pięknie na niej leży. Modny makijaż, grube kreski, włosy kruczoczarne.

– Cześć! – młody mężczyzna uśmiecha się do niej szeroko.

– Cześć – odpowiada zaskoczona. Kiedy ostatni raz się widzieli? W liceum?

Co u ciebie, co robisz, jak żyjesz...

Mężczyzna pomaga nieść siatkę z kaszą, towarzyszy w drodze na działkę, opowiada o studiach w Moskwie, pyta, czy może wpaść, gdy następnym razem będzie w Katowicach.

Oczywiście, że może. No to cześć, trzymaj się, do zobaczenia.

On – Adam Gierek.

Ona – Ariadna Zankowicz, studentka ostatniego roku medycyny, świeżo po rozwodzie z pierwszym mężem. Jeszcze nie wie, że dzień, kiedy stoi na przystanku z garnkiem dymiącej kaszy, na zawsze zmieni jej życie.

Adam wpada do Ariadny równie często jak Leszek, kolega ze studiów. Obaj mają poważne zamiary, ale to Adam oświadcza się pierwszy, przywozi ze Związku Radzieckiego złoty zegarek. Ariadna prosi o czas na zastanowienie.

Decyzję podejmuje babcia, Agata Falkowska z domu Mostowicz. Kiedyś Agata na swoje nieszczęście zakochała się w księgowym. Myślała, że miłość wszystko tłumaczy. Z trudem przeżyła skandal. Arystokratyczna rodzina Mostowiczów musiała zareagować na mezalians, odcięła się od zakochanych, wyrzekła. Agata bardzo kochała męża, ale chyba mu nie wybaczyła upokorzenia. Nigdy nie wyzbyła się arystokratycznych nawyków. Zwykle jej mąż szorował podłogi, a ona sobie leżała.

Naturalnie to ona rządzi w domu. Cierpi, że jej córka Klara zamiast lekarza wybiera prawosławnego teologa i agronoma Teodora Zankowicza. Bez przerwy wypomina Klarze, że miałaby słodkie życie, gdyby wybrała lekarza. Teodora nie ceni. Kiedy po wojnie Klara dostaje pracę w mleczarni, Agata nie może tego znieść. Nie dopuści, by jej wnuczki – Ariadnę i Tatianę – spotkał równie podły los. Wysyła je na lekcje rytmiki, bo panienki z dobrego domu muszą się dystyngowanie poruszać.

Teraz namawia Ariadnę, żeby rzuciła Leszka i brała Adama. – Z Adamem będziesz miała słodkie życie – mówi.

– Ale ja nie wiem, czy go kocham – protestuje wnuczka.

Babka Agata prycha na miłość. Co miłość ma do rzeczy? – Miłość przyjdzie z czasem – pociesza. Próbuje wszystkiego: – Adam jest wyższy od Leszka, a ty nie lubisz niskich. Szepcze: – Przywiózł ci zegareczek, kocha cię, na pewno nie będzie się rozglądał za innymi dziewczynami.

Dwa tygodnie później Ariadna odpowiada Adamowi. Odda mu rękę.

Po latach wytłumaczy: – Oświadczyny przyjęłam z rozsądku. Dziewczyny na studiach mówiły, że najlepiej wyjść za mąż w wieku 25, 26 lat, a do trzydziestki trzeba koniecznie urodzić dziecko, bo później potomstwu grożą ciężkie choroby genetyczne. Ja miałam 24 lata, czas uciekał.

Najważniejsze, że babka Agata promienieje szczęściem. Postawiła na swoim. Ariadna zabezpieczona, wchodzi do nowej arystokracji. Co miłość ma do tego?

Wieść o zaręczynach szybko się rozchodzi. Koleżanki ze studiów zazdroszczą – Adam jest synem I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Szczebioczą: – Dziewczyno, będziesz mogła wszystko! Jak się postarasz, to dostaniesz nawet mieszkanie w bloku.

Mieszkanie to marzenie. W Polsce obowiązują normy PK. Liczy się „zagęszczenie” – nie mniej niż dwie osoby na pokój. Jedno PK, czyli pokój z kuchnią, ma być użytkowane przez dwie, trzy osoby. W 2PK, czyli w dwóch pokojach i kuchni, nie mogą mieszkać mniej niż cztery osoby, a w 3PK – nie mniej niż sześć.

Prasa pełna doniesień o sukcesach budownictwa. Na 22 lipca przodownicy pracy w blasku fleszy dostają klucze do mieszkań. Reporter „Dziennika Zachodniego” towarzyszy jednemu z wybrańców. Relacjonuje: „18 lat przemieszkał Konrad Szczypka w suterenie przy ul. Warszawskiej, gdzieś pod Bogucicami. Starał się o ludzkie mieszkanie, jak wielu obywateli i jak wielu je otrzymał. Po prostu powiedziano mu: – Jutro przyjedzie wóz po wasze rzeczy, Szczypka, czasu mało, ale musimy i innych przeprowadzić, zdążycie się spakować?

– A dokąd? – spytał Szczypka.

– Na Koszutkę...

Samochód na Koszutkę odchodził o 7 rano. Nagderała się trochę Szczypkowa, że co nagle, to po diable. Wtedy spytałem ją, czy żal jej starego miejsca. Żachnęła się, ale prawdziwie piękny uśmiech zakwitł na jej ustach dopiero wtedy, gdy zobaczyła nowe mieszkanie: trzy pokoje, kuchnia, łazienka, balkon.

– No to będziemy mieszkać jak jaki dyrektor – zakomunikowała Szczypkowa”.

To propaganda. Wszyscy wiedzą, jak jest naprawdę.

W Katowicach nie ma wolnych mieszkań. Trzeba kombinować. Można się zatrudnić w kopalni, dostać mieszkanie i zaraz się zwolnić. Ostatecznie można czekać w niekończącej się kolejce po przydział.

Koleżanki Ariadny podniecone: – Edward Gierek otworzy ci drzwi do własnego mieszkania. Własnego!

Ariadna wzrusza ramionami: – Nie wiem, o czym mówicie. Kim jest Gierek?

Przyjaciółki: – Chyba żartujesz!

O legendzie Gierka

Edward Gierek w 1954 roku zaczyna się piąć po szczeblach partyjnej kariery. Na II Zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jedzie jako delegat, wraca jako członek Komitetu Centralnego. Nie jest to jeszcze realna władza. W Polsce rządzi Biuro Polityczne, a KC zatwierdza tylko jego decyzje albo uchwala, co Biuro każe. Ale za to jaki prestiż! Zdjęcia Gierka w każdej gazecie. Przystojny mężczyzna, z mocnym spojrzeniem, włosy ścięte na jeża.

Co się stało, że mało znany działacz z Sosnowca mógł dostąpić takiego zaszczytu?

Janusz Rolicki w biografii „Edward Gierek. Życie i narodziny legendy” podpowiada: strajk w kopalniach Zagłębia Dąbrowskiego.

Mamy rok 1951. Gierek uczy się w Centralnej Szkole Partyjnej w Łodzi, a wraz z nim dwa tysiące działaczy partyjnych różnego szczebla. Polsce Ludowej brakuje wykształconych kadr. Trwa łapanka na stanowiska. Nie trzeba wiele umieć, wystarczy wierzyć w socjalistyczne ideały. Po kraju krążą dowcipy o działaczu partyjnym, który nie wie, czy wtorek pisze się przez „w” czy przez „f”, więc wyznacza zebranie na środę.

Centralna Szkoła Partyjna ma uzupełnić braki w wykształceniu kursantów. Gierek nie lubi siedzieć na wykładach, tęskni za rodziną, która została w Sosnowcu. Los zsyła mu te strajki.

Górnicy pracują po osiem godzin, ale co najmniej pół godziny poświęcają na dojazd z wyrobiska pod szyb i kąpiel w łaźni. Władze ogłaszają, że tak być nie może. Żądają od górników, by fedrowali pełne osiem godzin. Czas, kiedy wyjeżdżają spod ziemi i się kąpią, nie będzie wliczany do dniówki. Skoro tak, to strajk.

Strajk w zakładzie pracy, którym kieruje partia robotnicza?! To się w głowie nie mieści. Partia wzywa Gierka. Ustami sekretarza mówi: – Sięgnęliśmy po was, bo Kazimierz Juliusz to wasza kopalnia, towarzyszu. Zginęli w niej wasz ojciec i dziad. Nikogo lepszego do uśmierzenia strajków nie mamy. Kto jak nie wy poradzi sobie z tym zadaniem? Spiszcie się dobrze, a zostaniecie jednym z sekretarzy komitetu wojewódzkiego.

Gierek się martwi. Nigdy nie był w kopalni Kazimierz Juliusz, ponadto zgadza się z żądaniami protestujących górników. No, ale skoro partia stawia zadanie, trzeba je wykonać.

Górnicy ostrzegają, że kto zjedzie na dół bez zapewnienia, że nowe zarządzenie o czasie pracy zostało cofnięte, zostanie zrzucony do szybu. Gierek nie może im tego obiecać, ale zjeżdża. Towarzyszy mu Marian Czerwiński, sekretarz związku zawodowego z Katowic. Na dole słyszą:

– Czego tu chcecie? Macie papiery cofające zarządzenie o przedłużeniu godzin pracy?

– Nie.

– To do szybu ze skurwysynami!

Gierek: – Hola, hola, tylko nie skurwysyny! Ja jestem jednym z was, nazywam się Gierek. Tu zginęli mój ojciec i dziad, ta kopalnia jest zroszona krwią mojej rodziny. Przychodzę tu do was nie z „kurwa mać”, lecz z propozycją dogadania się.

Opowiada górnikom, że przed wojną bieda wygoniła go do Francji, o strajkach, które organizował we francuskich kopalniach, że został za to deportowany. – Ale ja to wszystko robiłem przeciwko kapitalistom, a wy walczycie z własną władzą ludową. Chcecie, żeby wasze dzieci chodziły do szkoły, chcecie, żeby kraj został odbudowany, ale za co? Skąd na to brać, jak wam się nie chce pracować? Jak wy tego nie zrobicie, wszyscy zdechniemy z nędzy – mówi.

Po kilku godzinach górnicy przerywają strajk. Bezwarunkowo. Wielki sukces Gierka, klęska załogi. Władza oddycha z ulgą, o Gierku mówią na posiedzeniu rządu i Biura Politycznego PZPR. Zapamiętują.

Gdy Ariadna Zankowicz spotyka na przystanku Adama, jego ojciec od siedmiu lat jest już członkiem ścisłego kierownictwa PZPR. Od marca 1957 roku I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Pierwszy człowiek w województwie. Gazety, radio i telewizja muszą informować o wszystkich jego wizytach w zakładach pracy, przemówieniach i referatach. Rodzina korzysta z państwowych ośrodków wczasowych i rządowej służby zdrowia, nie można ich zwolnić z pracy.

– Nie wiedziała pani o tym? – pytamy Ariadnę Gierek.

– Skąd! W domu nie mieliśmy telewizora, nie czytałam gazet. Studiowałam, tylko to miałam w głowie.

– Wszyscy wiedzieli, kim był Edward Gierek.

– Ja nie.

W Katowicach Gierek tworzy tandem z Jerzym Ziętkiem. Powstaniec śląski, przed II wojną światową sanacyjny burmistrz Radzionkowa. Po wojnie członek PPR, a potem PZPR, szefuje zarządowi województwa, wojewódzkiej radzie narodowej, jest posłem na Sejm. Ludzie go kochają, nazywają „Jorg”. Swój chłop. Powstańcom załatwia stopnie oficerskie, Krzyże Kawalerskie i dodatki do emerytur. Proteguje i bliskich, i obcych. Dziennikarz, który po rozwodzie z żoną nie ma się gdzie podziać, po jednym telefonie Ziętka dostaje mieszkanie. Lekarka, która nocami chodzi pieszo do pracy w szpitalu – talon na samochód. Wystarczy do niego przyjść.

Pragmatyk, ugodowy, podporządkowany władzy. Marzy o wielkich inwestycjach na Śląsku. Spodobał się Gierkowi.

Kazimierz Kutz wspomina w „Gazecie Wyborczej”: – Gierek był strasznym leniem, nic mu się nie chciało, Ziętek wszystko za niego robił i raczej się nie wtrącał. Stary „Jorg” był szczęśliwy, bo mógł rządzić, a owoce zbierał Gierek. Budował mit dobrego gospodarza i organizatora.

Za Gierka i Ziętka rozkwita Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, rosną: Spodek, kompleks sanatoryjny w Ustroniu, Stadion Śląski. W gazetach wciąż tylko Gierek – Ziętek, Ziętek – Gierek.

W 1970 roku Gierek zostaje I sekretarzem KC PZPR. Wygląda inaczej niż jego poprzednik Władysław Gomułka. Wysoki, przystojny, w dobrze skrojonym garniturze. Biegle mówi po francusku.

Rosną pensje Polaków, ceny żywności zostają zamrożone. Wielkie budowy za kredyty z Zachodu: droga szybkiego ruchu z Warszawy do Katowic, Centralna Magistrala Kolejowa, fabryka Fiata w Bielsku-Białej, kilkadziesiąt fabryk, Huta Katowice. Władza stawia gigantyczne szpitale-pomniki: Centrum Zdrowia Dziecka, Centrum Zdrowia Matki Polki.

Na sklepowych półkach soki, coca-cola, guma do żucia Donald z historyjkami obrazkowymi, czerwone papierosy Marlboro, a przed świętami pomarańcze, cytryny i banany. Do tego fotele kon-tiki, magnetofony kasetowe i mały fiat. W peweksach za bony walutowe można kupować towary z Zachodu albo nawet tam pojechać, z Orbisem. Niemal Europa.

Gierek zabrania wieszania swoich portretów w szkołach i urzędach. Do Polski przyjeżdża prezydent USA.

O tajemnicach Ariadny

Adam przedstawia rodzicom swoją narzeczoną. Ariadna strasznie się denerwuje. Już wie, kim jest rodzina Gierków. A ona? Biedna jak mysz kościelna. Gierkowie będą pytać, kim jest, co im odpowie?

Na pewno, że jest studentką Śląskiej Akademii Medycznej im. Ludwika Waryńskiego. Do niedawna mieszkała w akademikach z czerwonej cegły, ocienionych rozłożystymi kasztanowcami. Pokój zajmowała z Joasią Kozłowską (później została anestezjologiem).

Czy Gierkowie będą tym zainteresowani? A tym, że lubi przedmioty teoretyczne, a boi się interny? Bo jak osłuchuje pacjentów i wykładowca każe interpretować szmery, ona nigdy nie jest pewna. Boi się, że postawi złą diagnozę. Woli chirurgię, bo od razu widać efekt, ale o chirurgii ogólnej nie ośmieli się wtedy marzyć chyba żadna kobieta. Ariadna celuje w okulistykę.

O szalonym życiu studenckim na pewno nic nie powie, bo niewiele o nim wie. Na medycynie jest inaczej niż na innych kierunkach. Rano wkuwanie, potem zajęcia, wieczorem wkuwanie. Kto oblewa egzamin – wylatuje. Stypendia naukowe ledwo wystarczają na utrzymanie. Ariadna i Joasia kupują margarynę, chleb, smalec i ogórki. Od święta jedzą obiad w stołówce. Chcą dobrze wyglądać, ale na kosmetyki nie mają pieniędzy. Robią więc maseczki z ogórków, a na zajęciach z farmakologii – kremy. Trzyprocentowy kwas borny mieszają z gliceryną i gotowe – najlepszy krem nawilżający.

Czy Gierkowie zechcą słuchać o śmierci mamy? I czy wypada tym epatować? Dla niej to historia najważniejsza.

Mama zmarła młodo, miała 48 lat. Chorowała na serce. Niedomykalność i zwężenie zastawki dwudzielnej. Była księgową w Zakładach Mleczarskich w Katowicach. Kiedyś na ul. Wieczorka w centrum miasta została napadnięta przez grupę wyrostków. Poturbowali ją, miała wstrząśnienie mózgu, pojawiła się padaczka. Lekarz wysłał ją do sanatorium, do Lądka-Zdroju. W dniu, w którym tam przyjechała, zamknęła za sobą drzwi i upadła. Tak umarła.

Na drugi dzień Zankowiczowie dostali telegram. Trzeba było załatwiać samochód, trumnę. Ariadna z ojcem pojechali po mamę. Leżała w prosektorium. Ariadna zastukała w okno, jakaś kobieta wpuściła ją do środka. Lekarz, dowiedziawszy się, że jest studentką medycyny, zaproponował Ariadnie udział w sekcji.

A jeśli Gierkowie zapytają, dlaczego się na to zgodziła? Co odpowie? Że była w szoku? Że nie powinna patrzeć na sekcję zwłok własnej matki? Że ojciec, zaniepokojony, stukał w okno, dopiero wtedy oprzytomniała i uciekła z prosektorium? Że ten obraz wciąż ją prześladuje?

Może lepiej o tym nie mówić. Wystarczy tyle, że mama zmarła młodo i leży w Sosnowcu na cmentarzu prawosławnym, a tato od razu zarezerwował sobie miejsce obok niej. I o tym, że żyją tylko z emerytury taty, w domu bieda, więc kupuje jeden kotlet schabowy z kostką, mięso odcina, na kościach gotuje krupnik, a kość z zupy dokładnie obgryza. Nie, o tym też nie wypada. No więc ograniczy się do informacji następującej: mieszka z ojcem, młodszą siostrą Tatianą i babką w dwupokojowym mieszkaniu komunalnym. Miała już męża, a teraz nie ma nic.

Jak Gierkowie przyjmą rozwódkę?

Zjada ją stres, więc Ariadna niewiele zapamięta z tej wizyty. Tyle że I sekretarz KW PZPR mieszkał z żoną Stanisławą na pierwszym piętrze kamienicy w jednej z uliczek odchodzących od Kościuszki, że mieszkanie było trzypokojowe, z dużą kuchnią i łazienką, urządzone raczej skromnie. Żadnych antyków. Nic, co by się rzucało w oczy. Raczej jak u innych – wersalka, meblościanka, fotele. Zaskoczyło ją to.

Stanisława Gierek podała kawę i ciasto, które sama upiekła. Gierkowie zapytali o pierwszego męża.

Odpowiedziała mniej więcej tak: – Mojego pierwszego męża, Jeremiego Czaplickiego, poznałam na studiach, był adiunktem, oblałam u niego egzamin z histopatologii. Musiałam mu się spodobać, bo wkrótce potem poprosił mnie o rękę. Nie wiem, dlaczego zgodziłam się na ten związek, na pewno go nie kochałam. Miałam tylko 21 lat, nie potrafiłam myśleć rozsądnie. A może chciałam się wreszcie zbuntować, nie być już posłuszną, ułożoną córką tatusia? Marzyłam o niezależności.

Jeremi był starszy ode mnie o osiem lat. Mieszkał w Katowicach na Mikołowskiej z mamą i babcią, wychowywany bez ojca, który wcześnie zmarł. Już na weselu babcia Jeremiego zapytała mnie, czy wiem, co zrobiłam. A potem dodała: „Dziecko, uciekaj z tego domu jak najszybciej”.

Czy miała odwagę powiedzieć Gierkom, że matka Jeremiego była kierowniczką biblioteki i dom trzymała twardą ręką? Że nie dawała nikomu odetchnąć, do wszystkiego się wtrącała?

Powie to nam wiele lat później: – Byłam przyzwyczajona do dyscypliny w domu, ale nie aż do takiej! Awantura, że ścierka źle odłożona, że talerz nie na swoim miejscu, kolacja źle podana. Wieczne pretensje. Wytrzymałam trzy miesiące.

Z Jeremim nie zdążyliśmy się dobrze poznać. Pragnął ciepła, pieszczot, przytulania, nie dawałam sobie z tym rady. Cierpiałam psychicznie. Bałam się powiedzieć rodzicom, że popełniłam błąd i chcę rozwodu. Wyniosłam się do koleżanki, która mieszkała na ul. Wieczorka w trzech pokoikach z mężem i dwójką dzieci. Była ode mnie starsza, bardziej doświadczona, rozumiała mnie.

Po kilku tygodniach zebrałam się na odwagę i powiedziałam tacie o moich kłopotach. Bardzo się ucieszył, że chcę opuścić Jeremiego. Powiedział: „Ale ja, dziecko, nie wiem, jak się takie sprawy załatwia, trzeba ściągnąć jednego z braci mamy”. Poprosił Aleksandra, który pojechał do mojego męża, żeby się z nim rozmówić. Cztery miesiące potem byłam wolna.

To, co powiedziała, Gierkom wystarczy, są zadowoleni. Ariadna będzie wkrótce lekarką, Adam inżynierem. Na pewno im się razem ułoży, jakby co, to pomogą młodym. O pierwszym mężu przyszłej synowej nigdy więcej nie wspomną.

O Jeremim Czaplickim

A wspomnieć trzeba.

Jeremi Czaplicki, biolog, genetyk, okulista. Urodzony 3 lipca 1930 roku w Kozach, w powiecie krzemienieckim na Wołyniu. Jego rodzice – Julian i Maria z Raczyńskich – mieli tam majątek ziemski. W 1937 roku kończy szkołę powszechną w Krzemieńcu, a gimnazjum – na tajnych kompletach w stolicy. W czasie okupacji mieszka z matką w Warszawie. Bierze udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie przenoszą się do Sosnowca.

W 1954 roku Jeremi zostaje lekarzem. Niezwykle zdolny, cztery lata po dyplomie broni doktoratu z biologii. W 1972 zostaje dziekanem nowo powołanego Wydziału Farmaceutycznego Śląskiej Akademii Medycznej w Sosnowcu, prorektorem do spraw dydaktyczno-wychowawczych. Autor wielu publikacji naukowych. Cytowany, odznaczany.

Największy rozgłos zyskuje w 1991 roku. „Gazeta Wyborcza” donosi: „Naukowcy z Sosnowca za pomocą wyciągów z grasicy cielęcej leczą dzieci z zespołem Downa i porażeniem mózgowym”.

Do Sosnowca przyjeżdżają rodzice dzieci z zespołem Downa. Opowiadają o cudach. Mama Agnieszki zauważa: „Odkąd moja córeczka cztery razy w tygodniu dostaje zastrzyk z preparatem z grasic, chodzi do szkoły specjalnej, sama wychodzi na podwórko, stała się otwarta i ufna, zaczęła rozmawiać z lekarzem, co się wcześniej nie zdarzało, łatwiej się uczy, już składa literki, powoli zmienia się jej wygląd”.

Pełni nadziei ludzie okupują laboratorium, czatują pod domami naukowców, ambasada Argentyny pisze list z prośbą o leczenie grupy dzieci.

Prof. Jeremi Czaplicki bada grasice od 35 lat. „Chałupniczo”, na ile pozwala skromne wyposażenie laboratorium w Sosnowcu i mizerne pieniądze. Odkrywa, że jego preparat oddziałuje na układ odpornościowy, który od nowa uczy się rozpoznawać własne komórki, by ich nie niszczyć. Pobudza też centralny układ nerwowy, którego komórki po czwartym roku życia już się nie regenerują.

Preparat, który zmusza organizm, by traktował obcy narząd jak swój! To może być przełom, choćby dla transplantologii.

Pierwszego pacjenta prof. Jeremi Czaplicki przyjmuje w 1971 roku. Chłopiec stracił wzrok po wypadku, w wieku 12 lat. Po trzech miesiącach podawania wyciągu z grasic embrionalnych zaczął odróżniać światło od ciemności i ruch. Wszyscy chcą wierzyć w opowieść, że pięć lat później zrobił prawo jazdy.

Ludzie są przekonani, że preparaty z grasicy czynią cuda. Prof. Zbigniew Religa, kardiochirurg, chce ich używać do ratowania pacjentów, u których dochodzi do ostrego odrzutu przeszczepionego serca. Inni wierzą, że u chorych w starszym wieku pomogą cofnąć otępienie, że wyleczą dzieci z porażeniem mózgowym.

Co z tego, kiedy na badania brakuje pieniędzy. Leczenie jednej osoby kosztuje około 100 tys. zł miesięcznie. Prof. Czaplicki zakłada fundację Revita, która ma pomóc sfinansować dalsze badania.

Środowisko lekarskie jest oburzone.

Prof. Tadeusz Chruściel, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, ogłasza: „Uznano, że brak jest jakichkolwiek przesłanek do zastosowania preparatów z grasicy. Eksperymentować można – ale bez przesady”.

Prof. Antoni Horst, dyrektor Zakładu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk: „Nie uznaję lekarza, który żeruje na niesprawdzonych terapiach, i to w chorobach, w których poprawa może być samoistna. To jest po prostu nieuczciwe i myślę, że wcześniej czy później ktoś mu takich badań zakaże. Oby wcześniej”.

Zewsząd słychać: Czaplicki bredzi, że komórki nerwowe się regenerują. Przecież jest naukowcem, ma habilitację, niech się w końcu opamięta! Nie ma cudownych leków! Jeśli nie przestanie, zostanie powszechnie potępiony!

Wokół prof. Czaplickiego coraz większa pustka. Młodzi naukowcy skupieni wokół niego chcą robić kariery, skandal nie jest im potrzebny. Odchodzą. Fundacja Revita przestaje przyjmować pacjentów.

Prof. Jeremi Czaplicki umiera na zawał serca w 1997 roku. Jego przyjaciele publikują w gazetach wspomnienia. Jeden z fragmentów opowiada o jego relacjach z matką: „Prof. Czaplicki z wielką atencją odnosił się do swojej matki Marii Czaplickiej. Podczas Powstania Warszawskiego straciła cały swój majątek, zginęła jej jedyna córeczka, stąd całą swoją miłość przeniosła na syna. Żyła jego sukcesami naukowymi i osiągnięciami, dzieliła zarówno radości, jak i troski”.

Ariadna tego nie wie. Nie śledziła losów swojego pierwszego męża?

– Nie – mówi. – Po latach dowiedziałam się, jak było. Otóż matka Jeremiego bardzo chciała, żeby on się ożenił z córką znanego profesora psychiatrii, ale jej ojciec nie zgadzał się na ślub. Jeremi był w tej kobiecie do szaleństwa zakochany, a ona w nim. Ożenił się ze mną, bo chciał zapomnieć o tamtej. Wszystko się dla niego dobrze ułożyło. Pobrali się krótko po naszym rozwodzie. Mieli dwójkę czy trójkę dzieci. Udane małżeństwo. Szczęśliwe. Ciekawe, bo jego druga żona też była okulistką, ale starsza ode mnie.

Lato 1963 roku. Teodor Zankowicz, ojciec Ariadny, pracownik biurowy w Samopomocy Chłopskiej, idzie do dyrektora z prośbą. Córka wychodzi za mąż, trzeba młodych zawieźć do urzędu stanu cywilnego. Taksówki drogie, może więc dyrektor zgodziłby się wynająć służbowy samochód z kierowcą? Tylko na kilka godzin i odpłatnie.

Dyrektor: – Co pan, panie Zankowicz! Samopomoc Chłopska to nie prywatny folwark! Nie ma mowy, auta nie dam. Do widzenia, koniec dyskusji.

Autem podjechał Adam. Ariadna w różowej sukni (długi rękaw z mankietem, kołnierzyk sportowy, dół poszerzany, talia wiązana paskiem, zamek z boku). Czarny kok kontrastuje z różem.

– Piękna suknia, śliczna panna młoda – słyszy. Jest dumna, bo suknię uszyła sobie sama. Babka pomogła jej tylko wszyć rękawy. W drodze do urzędu stanu cywilnego Ariadna myśli: „Wystarczą drobne przeróbki i będę mogła nosić tę suknię na inne okazje; nic się nie zmarnuje”.

Powtarza: – Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z tu obecnym Adamem Gierkiem, i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, trwałe i szczęśliwe.

Słyszy: – Budujecie rodzinę, podstawową komórkę socjalistycznego społeczeństwa...

Myśli: „Jak to będzie?”.

Rok 1957. Ariadna Zankowicz od roku studiuje medycynę na Śląskiej Akademii Medycznej w Zabrzu. Zdjęcie z indeksu
Teodor Zankowicz, ojciec Ariadny, nie chciał się zgodzić, żeby jego córka studiowała malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. – Lekarz zawsze zarobi na chleb – powtarzał
Rok 1946. Ariadna (trzecia z lewej) ma osiem lat. Na zdjęciu z rodzicami – Klarą i Teodorem Zankowiczami. Na kolanach mamy młodsza o cztery lata siostra Tatiana
Rok 1946. Aleksander Falkowski (na zdjęciu: pierwszy z lewej), wuj Ariadny, wrócił właśnie do Polski z obozu jenieckiego we Francji. Rodzinę odnalazł w Kluczborku. Obok niego stoją babcia Ariadny Agata Falkowska oraz Teodor i Klara Zankowiczowie. Na dole, obok Ariadny (z kokardką we włosach), młodsza siostra Tatiana
Wilno, rok 1940. Ostatnie dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej do miasta. Ariadna na rękach mamy Klary. Z tyłu dziadek Feliks Falkowski. Wkrótce potem został aresztowany przez NKWD, zmarł na zawał serca podczas transportu do łagru
Kluczbork, rok 1946. Rodzinne spotkanie. Na zdjęciu: Ariadna z babcią Agatą, z tyłu (z lewej) tata Teodor. Z prawej wuj Aleksander
III
O pierwszym mieszkaniu, pierwszej pracy, pierwszym samochodzie i pierwszych zaszczytach, a także o słynnej klinice i samotności na szczycie

Przyjęcie weselne skromne, w trzypokojowym mieszkaniu ojca Ariadny. Kawa, herbata, kanapki. O obiedzie nie ma mowy, bo gdzie pomieścić wszystkich gości? Gierkowie chwalą, że swojsko i prosto. Przyjęcie szybko się kończy.

Kilka dni po weselu państwo młodzi składają podanie o przydział mieszkania. Motywują: założyliśmy rodzinę, prosimy o trzy pokoje. Ariadna woli pierwsze piętro, żeby – jak zajdzie w ciążę – nie musiała wysoko wchodzić. W tym przypadku norma PK nie obowiązuje. Miejska Rada Narodowa w Katowicach przydziela nowożeńcom lokal w nowej kamienicy na rogu Mickiewicza i Sokolskiej. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Piętro drugie.

Podanie o zmianę mieszkania pisze też ojciec Ariadny. Wkrótce wyprowadza się ze starej kamienicy przy Chopina. Przenoszą go na Koszutkę, do nowego bloku. Dwa pokoje, łazienka, centralne ogrzewanie.

Dyrektor Samopomocy Chłopskiej wzywa go na dywanik. Grozi palcem: – Nieładnie, nieładnie, nic pan nie powiedział, nasz drogi panie Zankowicz. A trzeba było słówko szepnąć, samochód do ślubu podstawilibyśmy, jakiś prezencik od firmy by się zorganizowało. A pan nic, ani słówka. Nieładnie, nieładnie.

W październiku 1964 roku Ariadna rodzi córkę. Daje jej imię po babci – Stanisława. Mogłaby teraz siedzieć w domu, ale o tym nie ma mowy. Pamięta rozmowę z ojcem sprzed kilku lat. Ładnie malowała, chciała iść na Akademię Sztuk Pięknych. Tata wybił jej to z głowy: – Może 200 lat po śmierci twoje obrazy będą coś warte, teraz na pewno nie, a jak będziesz dobrym lekarzem, to siebie i dziecko utrzymasz.

Poradził: – Idź do Urzędu Wojewódzkiego i zapytaj o 20 deficytowych specjalności w medycynie.

Na pierwszym miejscu listy Ariadna znalazła anestezjologię, na drugim – okulistykę. Nadszedł czas, by spełnić obietnicę daną ojcu.

Najpierw staż lekarski w szpitalu miejskim w Chorzowie, w 1965 roku przenosiny na okulistykę do Szpitala Górniczego w Bytomiu. Z łatwością mogłaby zostać przyjęta do renomowanej kliniki na Francuskiej w Katowicach, ale Adam się nie zgadza. W klinice pracuje Jeremi Czaplicki, pierwszy mąż Ariadny.

A więc Bytom. W Szpitalu Górniczym wszyscy wiedzą, kim jest Ariadna Gierek. Ordynator oddziału okulistyki wzywa ją do gabinetu: – To, że pani jest synową I sekretarza KW PZPR i ma pani małe dziecko, mnie nic nie obchodzi. Pani ma być w pracy na 7 rano, jak każdy inny lekarz.

Lekarze plotkują, że Edward Gierek wezwał do siebie prof. Władysława Kotanię, wyśmienitego chirurga okulistę, i że powiedział mu: – Macie mi tu, profesorze, moją synową nauczyć operować.

I jeszcze że w nagrodę za to nauczanie pojechał na stypendium do Instytutu Fiodorowa w Moskwie, dostał samodzielne stanowisko ordynatora okulistyki w Bytomiu i zachodni sprzęt do operacji oczu.

Ariadna: – Bzdura. Ja pracowałam w szpitalu w Bytomiu, a Kotania – w klinice w Katowicach. Nie utrzymywaliśmy kontaktów.

Adam na stażu w Moskiewskiej Wyższej Szkole Samochodowo-Mechanicznej „МАМИ” pracuje nad doktoratem o podstawach projektowania automatycznych linii odlewniczych. Jest tam trzy lata, rzadko przyjeżdża do domu. Raz na dwa, trzy miesiące. Listów nie pisze, nie dzwoni.

Ariadna musi sobie radzić sama. Pobudka o 5 rano, odciąganie pokarmu, makijaż, dyspozycje dla opiekunki do dziecka i biegiem na tramwaj do Bytomia.

Dwa lata po ślubie Adam kupuje volkswagena garbusa. Auto wcześniej stało pod polską ambasadą w Moskwie, zimą przykrył je śnieg, a dzieci zjeżdżały z niego na sankach. Na liczniku 150 tys. km przebiegu, ale po remoncie garbus wygląda jak nowy. Ariadna robi prawo jazdy i furorę na mieście. Autem na zakupy, do pracy i z pracy, rano po nianię, która opiekuje się Stasią. Niania to osoba starsza, karmi Stasię tranem i szpinakiem. Ariadna wraca ze szpitala i zbiera resztki z wózka, garnka, pościeli, ubranka. Wszystko upaprane na zielono.

Dziadkowie zajęci, nie mają czasu zaopiekować się wnuczką. Teść bez przerwy siedzi w komitecie, teściowa prowadzi mu dom. Stanisława Gierek wszystko robi sama, tylko raz w tygodniu przychodzi pomoc do sprzątania. Teściowie zapraszają czasem Ariadnę na niedzielę.

Na niedzielnych obiadach Jerzy Gierek, brat Adama, poznaje Ariadnę. – Nie zauważyłem, by miała jakieś kompleksy. Wręcz przeciwnie, bez przerwy mówiła o swojej pracy, o tym, co się jej udało, co zrobiła. Była ambitna, chciała być najlepsza. Dzisiaj mogłaby być celebrytką, bo przez nazwisko stała się rozpoznawalna i wyróżniała się w tłumie. Ale ona wiedziała, że życie to coś więcej niż blichtr. Osiągnąć sławę w okulistyce to był jej cel. Mój ojciec pochwalał tę ambicję. Był dumny, że jego dzieci robią kariery naukowe, cieszył się z naszych doktoratów i habilitacji. Ale nie słyszałem, żeby Ariadna kiedykolwiek prosiła mojego ojca o protekcję. Nie musiała tego robić. Nazywała się Gierek.

O przejęciu słynnej kliniki okulistycznej

Kliniką okulistyki na Francuskiej kieruje prof. Marian Mądroszkiewicz. Urodzony w 1906 roku w Krotoszynie, ale związany z Krakowem. W 1954 roku polecenie służbowe – ma się przenieść na Śląsk. Na powstałej zaledwie przed kilku laty uczelni brakuje kadry, a trzeba powołać katedrę okulistyki.

Profesor nie czuje się dobrze na Śląsku. Jego życie to Kraków, ma tam etat w szpitalu im. Narutowicza, a musi kierować kliniką i katedrą chorób oczu, która najpierw działa w Zabrzu, a od 1965 roku – w Katowicach na Francuskiej. Przyjeżdża z Krakowa raz, dwa razy w miesiącu. Jest zmęczony, szuka następcy.

Ariadna chce robić karierę naukową. Adam ma już doktorat, ona nie. Myśl, że mąż może ją zostawić w tyle, nie daje jej spokoju. W 1965 roku oddaje pracę: „Wpływ oranżu akrydynowego na namnażanie atenuowanego wirusa poliomyelitis w komórkach HeLa” (chodziło o zbadanie, jak szczególny rodzaj barwnika wpływa na namnażanie się komórek osłabionego wirusa polio w komórkach HeLa uważanych za nieśmiertelne), i zdobywa tytuł doktora nauk medycznych.

Z Katowic dzwoni prof. Mądroszkiewicz, gratuluje Ariadnie sukcesu, zaprasza na kawę. Mówi bez ogródek: – Kiedyś i tak zostanie pani szefową mojej kliniki, już teraz powinna pani tutaj pracować.

Przeszkodą jest były mąż Ariadny, który pracuje na Francuskiej. Plan jest następujący: Mądroszkiewicz nie przedłuży Czaplickiemu umowy o pracę, ale Ariadna musi w zamian za to załatwić profesorowi Krzyż Kawalerski. Odznaczenie gwarantuje emeryturę wyższą o 30 proc.

Ariadna idzie do Edwarda Gierka, mówi, co i jak.

– Nawet dobrze – zgadza się teść. – Nie będziesz musiała jeździć do Bytomia, Stasię spokojnie nakarmisz, do domu dojdziesz na nogach i będziesz miała święty spokój.

Wszyscy są zadowoleni. Profesor dostaje order, Czaplicki przeniesiony na wydział farmacji, a Ariadna od 1 października 1966 roku ma etat w klinice na Francuskiej.

Prof. Mądroszkiewicz w 1977 roku przejdzie na emeryturę, ale już trzy lata wcześniej zrezygnuje ze stanowiska kierownika kliniki.

Ariadna Gierek zaczyna rządy.

– Klinikę zorganizowała na sposób niemiecki – mówi prof. Marian Zembala, kardiochirurg. – Struktura piramidy. Na samym dole front lekarzy przyjmujący pacjentów. Trudniejsze przypadki przepuszczano dalej, do bardziej doświadczonych lekarzy. Ariadna Gierek była najważniejsza. Trafiali do niej najtrudniejsi pacjenci.

Prof. Jerzy Szaflik, okulista, pracował wtedy na Francuskiej: – Była boginią, ale każdy mógł do niej podejść. Była osobą otwartą, łasą na pochlebstwa, bardzo kobiecą. Dziewczyny w klinice od rana biegały do niej z wyznaniami: jak pani profesor pięknie wygląda, jakie ma cudne włosy, sukienka bombowa, biżuteria dech zapiera.

Izabela Ulbrich od 1967 roku pracuje w szpitalu na Francuskiej. Rejestratorka, a potem asystentka prof. Mądroszkiewicza. Nowa szefowa pozwala jej zostać w sekretariacie: – Lekarze też zauważyli, że szefowa łaknie pochlebstw. Komplementowali każdy ciuch, każdą zmianę w wyglądzie, chwalili bluzki i spodnie. Codziennie w sekretariacie słychać było słowa: wystrzałowa, fantastyczna, cudowna, nieziemska...

Szefowa słucha pochlebstw, ale potwierdzenia szuka u Ulbrich (nazywa ją Elą): – Mówią mi, że ta bluzka ładna. A co pani sądzi, Elu?

Ulbrich szczera: – Owszem, ładna, ale ja bym założyła inną.

Polubiły się. Razem chodzą na targ przy pl. Miarki po ogórki i pomidory. Ariadna przedstawia Elę teściowej (Stanisława Gierek daje jej w prezencie zakopiański kożuszek), zabiera ją do Mody Polskiej na ciuchy. Razem przeglądają czasopismo „Burda” z wykrojami i zamawiają stroje dla Ariadny w katowickim salonie Elegancja. Razem do peweksu, ale najpierw Ulbrich sama u koników wymienia złotówki na bony, bo Ariadnie nie wypada.

Prof. Franciszek Kokot, jeden z najwybitniejszych polskich lekarzy: – Szyk miała paryski.

Prof. Grzegorz Opala, neurochirurg: – Skupiła wokół siebie osoby, które we wszystkim się z nią zgadzały i w niczym nie zagrażały jej pozycji, które pilnowały nawet tego, by nie ubierać się lepiej niż ona. Ale po cichu jej zazdrościły, bo nie mogły sobie pozwolić na to, co ona.

Prof. Szaflik: – W szarości życia codziennego lat 70. była motylem. Robiła wszystko, żeby błyszczeć. Znam kobiety, które mają możliwości i mimo wielu starań wyglądają jak służące, a ona jak dama. Była w tym dobra.

O samotności na szczycie

Adam często wyjeżdża, Stasia mała. Wieczorem telefon: – Elu, przyjedź do mnie, jestem sama.

Ulbrich: – Nie znosiła samotności, bała się. Dzwoniła do mojej mamy i usprawiedliwiała mnie: „Ela dzisiaj nie wróci na noc, śpi u mnie”. W pracy byłyśmy na pani, w domu na ty. Trochę pracowałyśmy, przymierzałyśmy ubrania. Dyktowała mi różne oficjalne pisma albo naukowe artykuły. Gadałyśmy godzinami.

Ariadna zwierza się sekretarce, że Adam szorstki, nieczuły: – Wiesz, on mnie publicznie nigdy nie przytulił.

Ulbrich: – Była smutna. Mnie to dziwiło, bo miała wszystko. Teść rządził krajem, jej pozycja była niezachwiana, lekarze w klinice byli jej oddani, pacjenci skoczyliby za nią w ogień. Przynosili masło, cukier, pół cielaka, kurę... Salowe i pielęgniarki ją wielbiły, bo traktowała je na równi z lekarzami, dzieliła się ciuchami. Rosła jej sława okulistki, była na szczycie. Ale nie czuła się kochana, przez to cierpiała.

Prof. Artur Stojko, farmakolog (razem z Ariadną prowadził badania naukowe): – Ona była bardzo ambitna, po ślubie z Adamem Gierkiem otworzyła się przed nią niesamowita szansa. Na pewno nikt nie miał wtedy takich możliwości jak ona. W PRL-u mówiło się, że pierwszym stopniem dobrobytu był samochód, drugim willa, a trzecim mieć własne zdanie, z tym że posiadanie własnego zdania wykluczało punkt pierwszy i drugi. Ariadna była ewenementem, bo osiągnęła trzeci stopień dobrobytu, nie tracąc niczego.

Centralna Rada Związków Zawodowych to w PRL-u wielka siła. Jej działacze są wybierani do rad narodowych i zakładowych, zarządzają Funduszem Wczasów Pracowniczych, mają prawo do inicjatywy ustawodawczej.

Dyrektor szpitala prosi do siebie Ariadnę. W jego gabinecie czeka już przewodnicząca związków zawodowych z propozycją: – Kończy się moja kadencja, może pani przejęłaby tę zaszczytną funkcję?

Dyrektor szpitala gorąco zachęca, omawia korzyści. Ariadna nie chce. – Nie jestem związkowcem – mówi. Pamięta przestrogi ojca: – Nie angażuj się politycznie, nie zapisuj do organizacji, związków ani partii. Z tego tylko kłopoty. Pamiętaj, córeczko, najważniejsze to spokojnie żyć. Na tym polega szczęście.

A tak w ogóle: czy synowa I sekretarza musi się gdzieś zapisywać?

Ariadna pragnie miłości, akceptacji, oparcia w związku. Myśli o Adamie, który jest rzadkim gościem w domu. Właściwie ze sobą nie rozmawiają. A jeśli Adam przestanie ją kochać? A może już przestał? Co zrobi, jeśli ten związek się rozpadnie? Straci wszystko.

Musi pomyśleć o sobie. Skromna, zahukana Zankowiczówna – to już nigdy nie może wrócić. Teraz nazywa się Gierek i na tym nazwisku zbuduje swoją zawodową pozycję. Będzie silna, będzie wpływowa, a nawet bezwzględna. To będzie jej polisa na przyszłość. To będzie jej szczęście.

Prof. Marcin Kamiński, histolog ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, rektor uczelni pod koniec lat 80.: – Miała ciąg do przywództwa i potrafiła psychicznie dominować. Była przekonana, że potrafi osiągnąć wszystko.

Prof. Stojko, farmakolog: – Nic jej nie mogło zatrzymać.

W klinice na Francuskiej u kobiet po menopauzie jaskrę rozpoznaje się pięć razy częściej niż u mężczyzn. Ariadna Gierek bada, dlaczego się tak dzieje. W maju 1973 roku gotowa jest jej rozprawa habilitacyjna. Temat z pogranicza endokrynologii i okulistyki: „Badanie niektórych hormonów u kobiet chorych na jaskrę prostą w okresie przekwitania”.

Władze uczelni wysyłają do Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej w Warszawie wniosek o nadanie Ariadnie Gierek tytułu doktora habilitowanego nauk medycznych. Mija lato, a odpowiedzi nie ma.

Ariadna w listopadzie mówi teściowi: – Nie wiem, co się dzieje, jak wygląda ta sprawa i kto ją blokuje.

Kilka dni później zaprasza ją do siebie minister zdrowia. Chce jej osobiście pogratulować. Habilitacja zatwierdzona.

– Ariadna zaczęła być uważana za osobę bezwzględną, ale wystarczyło pobyć z nią chwilę, by maska spadała z jej twarzy – mówi prof. Stojko. – Byłem kierownikiem Kliniki Małych Zwierząt w Katowicach, przeprowadzaliśmy razem doświadczenia na królikach. Wprowadzaliśmy im do oczu preparaty, które wywoływały wzrost ciśnienia w gałce ocznej. Króliki ślepły, ale potem przywracaliśmy im wzrok. Ariadna zawsze humanitarnie traktowała zwierzęta. Można królika pogłaskać, uspokoić albo wyciągnąć brutalnie z klatki za uszy i postawić na stole operacyjnym. Podczas zabiegu zwierzę może cierpieć albo nie, jeśli się poda środek znieczulający. Ona zawsze dbała, żeby zwierzęta nie cierpiały, żeby je jak najmniej stresować. Bardzo mi się to podobało. Poza tym uwielbia psy. Zawsze trzymała dwa dobermany, były świetnie utrzymane, kochała je. Można grać osobę bezwzględną, ale ja wiem jedno: kto lubi psy, ten lubi ludzi.

O ojcu

Po śmierci Klary Zankowicz Agata, babka Ariadny, przenosi się do Łodzi. Mieszka tam ze swoim synem Aleksandrem, który pracuje w wytwórni filmowej. Uznaje, że Katowice to jednak prowincja. Ale szybko wraca na Śląsk. Podobno Halina, żona Aleksandra, zostawiła mężowi karteczkę z wiadomością: „Albo mama, albo ja”.

Agata nie lubi Śląska. Gdy Aleksander przeprowadza się do stolicy, załatwia matce mieszkanie na drugim krańcu Warszawy. Babka Agata, otoczona wianuszkiem wpatrzonych w nią sąsiadek, szczęśliwie dyryguje nimi aż do śmierci.

Teodor Zankowicz od śmierci żony mieszka sam. Co roku jeździ do Ciechocinka. Córki wykorzystują turnusy na generalne porządki w jego domu, malowanie, sprzątanie. Ariadna: – W marcu 1968 roku ojciec wrócił z sanatorium i oznajmił: „Za tydzień przyjedzie tu pani, z którą zamierzam się ożenić”. No i przyjechała. Była tak zdenerwowana, że zamiast „dzień dobry” mówiła „do widzenia”. Tato był już po sześćdziesiątce, ona o wiele młodsza. Lucylla, mikrobiolog, samotna.

Lucylla Zankowicz: – Pracowałam w Poznaniu w Instytucie Włókien Łykowych. Dużą część załogi stanowili repatrianci z Wilna. To oni mnie wyswatali. Znali Teodora, wiedzieli, że jest w Ciechocinku. Zabrali mnie tam na kawę. Zobaczyłam Teodora i od razu wiedziałam, że to ten – mężczyzna, za którego mogę wyjść za mąż. Był czarujący, dżentelmen w starym stylu. Emanował spokojem, dawał poczucie bezpieczeństwa. Na dodatek został mi wywróżony. Po wojnie przeżywałam zawód miłosny. Moja mama poszła do wróżbity, który oznajmił, że nie ma się czym martwić, że wyjdę za mąż dopiero w starszym wieku, za wdowca. I tak się stało.

Lucylla Zankowicz wierzy w sny: – Widziałam w snach jasnego blondyna, więc myślałam, że trafi mi się jakiś Szwed albo albinos. Teodor też był siwiutki. Ja miałam 48 lat, a on 60.

Zankowiczowie ślub cywilny wzięli w Katowicach. Świadkową była Stanisława Gierek, żona Edwarda. Przyjęcie w mieszkaniu Teodora. Przyszedł Edward Gierek, ale mało mówił, nie pozwalał się fotografować. Stawał z boku, poza kadrem. Może dlatego, że uroczystość nie pasowała do tzw. świeckiej obrzędowości lansowanej przez partię? W tym czasie gazety zamieszczały relacje z postępowych ślubów, na przykład funkcjonariusza Milicji Obywatelskiej z Gliwic z młodą pracownicą Politechniki Śląskiej. Para młoda zawarła związek małżeński w urzędzie stanu cywilnego, skąd nowożeńcy udali się na pl. Bohaterów Stalingradu, gdzie złożyli wiązanki kwiatów u stóp pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej.

O ślubie Zankowiczów w gazetach ani słowa, ale i relacja nie byłaby rozbudowana. Z USC prosto do domu. Przyjęcie skromne, rosół z makaronem, mięso, ciasto i kawa. Koniec.

– Nie czułam, że wchodzę do jakiejś szczególnej rodziny – mówi Lucylla Zankowicz. – Byłam ze dwa razy w Spale, w ośrodku rządowym. Nie podobało mi się, bo krok w krok ciągnęła się za nami ochrona. W pracy też nie dawali mi spokoju, bo każdy chciał wiedzieć, jak żyje władza. Mówiłam: „Nic szczególnego, to zwykłe ośrodki, z tym że łazienka w pokoju i wszystko podane pod nos”. Nie wierzyli.

Teodor niewiele opowiadał Lucylli o swoich córkach. – Bał się tylko, że dziewczyny się nie dogadają. Od dziecka ze sobą rywalizowały – mówi Lucylla. – Ariadna starsza, ambitna, trochę zazdrosna, bo matka i babka faworyzowały młodszą Tatianę. Mąż był sprawiedliwy, nie skrzywdziłby żadnej z córek. Bałam się spotkania z nimi. Niepotrzebnie. Cieszyły się, że ich tata na starość nie będzie sam. Obie mnie przyjęły, każda na swój sposób. Tatiana jest sztywna, mrozi. Ariadna ciepła, z sercem na dłoni.

„Nie telewizor, nie samochód, nie awans męża i nie pieniądze, ale każde dziecko jest szczęściem dobrych rodziców” – głosi plakat propagandowy z lat 70.

Stasia nigdy nie mówi nieznajomym, jak się nazywa. Dla obcych jest po prostu Stasią, uczennicą szkoły nr 65 w katowickim Brynowie. – Nasze nazwisko zwykle wszystkich spinało, budowało dystans. Wolałam, żeby ludzie mnie najpierw poznali, a potem się dowiadywali, kim jestem. Nie zawsze się to udawało – wyjaśnia córka Ariadny.

Ulbrich: – Ariadna nie poświęcała córce uwagi, nie miała dla niej za dużo czasu.

– Mama sprawdzała tylko, czy wszystko jest tak, jak zarządziła – mówi Stanisława. – Musiałam się jej bezwzględnie podporządkować. Nawet nie dostosować, ale podporządkować. Była nieugięta. Musiała wiedzieć, gdzie idę, z kim i o której wrócę. Ale nasz dom był otwarty. Każdy mógł do mnie przyjść, często zapraszałam kolegów.

Jaka jest najważniejsza zasada, której nauczyła mnie moja mama? Nie wiem. Wciąż mówiła, że muszę być obowiązkowa.

Uwaga Ariadny była skierowana na klinikę.

– Pachniało w niej Zachodem – wspomina prof. Edward Wylęgała, okulista. – Pani profesor podjeżdżała do szpitala swoją nową cytrynową ładą. Wszyscy w oknach, podziwiali. Wymagała poświęceń, ale dbała o zespół. Swoim asystentom załatwiła polonezy, każdemu taki sam, żeby się nie kłócili. Łatwo wpadała w złość. Jak ktoś jej zalazł za skórę albo zrobił coś nie tak, nie prosiła do gabinetu, opieprzała od razu, przy wszystkich. Już wtedy była z tego znana. Po latach, gdy miałem już swój oddział, pojechałem na kongres do Włoch. Rozmawiam z szefem wielkiego koncernu okulistycznego. – A tam u was, w Polsce, jest taka profesor Gierkowa – wspomniał. – Wiesz, Edward, ona kiedyś objechała mnie z góry na dół, na oczach wszystkich!

– I co?

– I byłem zachwycony, bo wszyscy się do mnie łasili, a ona jedna się postawiła. Pomyślałem, że z taką osobą mogę robić interesy.

Ulbrich: – Władza i rosnąca pozycja powoli zmieniały szefową. Uwierzyła, że jest wspaniała i wszechmocna. Zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Głośne stały się jej przelotne romanse z lekarzami. Rywalizowali o jej uwagę, zapewniali o swojej miłości i uwielbieniu. Oszukiwali ją, a ona im wierzyła, tak bardzo pragnęła tej miłości. Swoim adoratorom pozwalała na wszystko. Na wszystko! Kiedyś przyszła do pracy z podbitym okiem.

IV
O rozrywkach władzy, wakacjach z teściem na Krymie, wybrykach młodszego syna Gierka i operacjach oka pod mikroskopem

Edward Gierek nalega, by weekendy rodzina spędzała razem, w ośrodkach rządowych rozsianych po całej Polsce. Najczęściej w Łańsku koło Olsztyna. Jezioro, las, cisza i spokój. Poza Gierkami stali goście: Grudniowie, Pykowie, Szlachtowie...

Ariadna niechętnie zdradza tajemnice Łańska. Luksus? Jak w starej leśniczówce. W drzwiach nie ma złotych klamek, nie podają tu krewetek ani kawioru, raczej ryby łowione z jeziora. Cisza i spokój. Nuda. Spacery pod okiem ochrony, sztywne podwieczorki, kolacje, pokazy zachodnich filmów. Ośrodka pilnują żołnierze Nadwiślańskich Jednostek MSW, a pułkownik Doskoczyński łapie ciekawskich. Nieproszeni goście muszą przez cały dzień obierać w kuchni kartofle. Tyle wspomnień.

A może Ariadna dobrze pamięta, tylko nie chce o tym opowiadać, bo przecież – jak zauważył Jerzy Pilch na marginesie powieści Wiesława Białkowskiego „Łańskie Imperium” – kwestia rozrywek władzy to bardzo krucha i drażliwa kwestia. Gigantyczne płoty otaczające Łańsk były i są niczym wobec bariery milczenia.

Ale i tak sporo wiadomo, co się działo za murami.

Bolesław Bierut lubił się napić, Edward Ochab też od kieliszka nie stronił. Władysław Gomułka uchodził za ascetę, ale już jego następca Edward Gierek biesiad nie unikał.

W latach 70. na biesiadny styl partyjnych elit wpłynęły upodobania Leonida Breżniewa, który im starszy, tym coraz mniej się krył z zamiłowaniem do pijatyk. Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku napisał o nim, że „ciągnie wódę jak pompa strażacka wodę”.

W 1974 roku Breżniew wizytował Polskę. Rakowski: „Z samolotu wysiadł pijaniusieńki. Wydziwiał coś tam przy Kompanii Honorowej WP, po czym wsiadł do odkrytego samochodu, przeszedł przez niego i odsunął kierowcę. Chciał sam prowadzić wóz. Gierka zaprosił, żeby usiadł koło niego. Ten jednak wyperswadował mu pijacką fanaberię prowadzenia samochodu”. Podczas VII Zjazdu PZPR, który rozpoczynał się 8 grudnia 1975 roku, w kuluarach towarzysze szeptali, że Breżniew był pijany jak bela.

Ariadna: – Teść był bardzo dyskretny, nigdy mi nie opowiadał o takich sprawach.

Nie była świadkiem alkoholowych libacji ani w nich nie uczestniczyła. Słowo! Z tamtego czasu pamięta jedno: nie lubi Łańska. Nie przepada też za Juratą ani za Brynicą. Jeden weekend podobny do drugiego. Nudzi się, więc do Juraty zabiera ze sobą Tatianę, przynajmniej będzie z kim pogadać, a siostra – jak będzie taka potrzeba – zajmie się malutką Stasią.

Jerzy, młodszy syn Gierków, kończy praktyki studenckie na statku handlowym. Pływa po Morzu Śródziemnym, asystuje w maszynowni. Statek zawija do portu w Gdyni, a Jerzy do Juraty.

Co za niespodzianka! Jerzy pamięta Tatianę ze szkoły. Chodzili przecież do równoległych klas. Zamiast z Ariadną Tatiana woli rozmawiać z Jerzym, a Jerzy z Tanią. – Byłem młodym chłopakiem, co miałem robić? – mówi. Spacerują brzegiem morza, żartują.

Ariadna zła. Choć w domu Gierków unika się rozmów o wybrykach młodszego syna, wie, co zaszło. Jerzy bez wiedzy rodziców wziął szybki ślub z kobietą, którą ledwo znał. Przyszedł z nią nawet na galę do Teatru Narodowego. Stanisława Gierek omal nie dostała zawału. Cała Warszawa szeptała o kobiecie u boku jej syna, która wyglądała jak pani do towarzystwa. Ojciec kazał się Jerzemu rozwieść. Natychmiast! Formalności zostały dopełnione błyskawicznie.

Ariadna zamierza powiedzieć siostrze, co myśli o tej zażyłości, ale odpuszcza. Jest przekonana, że Tatiana z Jurkiem to nic poważnego.

Wiadomość o ich zaręczynach spada na nią jak grom z jasnego nieba. – Byłam tak wściekła, że ślubu siostry prawie nie pamiętam – mówi.

Odtąd już jeżdżą razem. Ariadna z Adamem, Tatiana z Jerzym i teściowie. Wakacje zawsze na Krymie, co roku w tej samej willi, w tym samym pokoju. Łóżka, stolik, fotele. Bez przepychu. Na stołach żadnych rarytasów – suszona słonina, barszcz ukraiński. Kto głodny, ten się naje, kto chce utrzymać sylwetkę, ten utrzyma.

Jerzy Gierek: – Ojciec lubił Krym. Miał pylicę, a tamto powietrze bardzo mu służyło. Prosiłem: pojedźmy raz gdzieś indziej, choćby do Mongolii, ale ojciec nie chciał słuchać. Krym, i już.

Mieszkają w pięknej starej willi, letniej rezydencji, która kiedyś była pewnie własnością rosyjskiego arystokraty. Jedzenie wyśmienite. Do kamienistej plaży kilometr, półtora, woda w Morzu Czarnym ciepła. Kąpiele, jazda na nartach wodnych, opalanie. Ochroniarze zajmują się dziećmi, uczą je pływać w basenie wybudowanym na plaży, grają z nimi w piłkę. Można powiedzieć: raj. Ale już za trzecim razem nuda.

Gości z Polski nie odstępuje Piotr Kostikow, szef polskiej sekcji w Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Przyjaciel Edwarda Gierka, wspiera go w relacjach z Leonidem Breżniewem. Często rozmawiają, wymieniają informacje.