Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 373 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerwień naszyjnika - Amanda Quick

Amity Doncaster, słynna podróżniczka, przemierzyła wszystkie lądy i dobrze zna smak przygody.

Benedict Stanbridge, uczony i szpieg, patrzył w oczy niebezpieczeństwu w najdalszych zakątkach egzotycznych krain.

 

Spotkali się na karaibskiej wyspie. Lecz wkrótce Amity wróciła do Londynu, a Benedict przepadł gdzieś z tajemniczą misją. Teraz zjawia się znowu. Wie, że dziewczynie grozi niebezpieczeństwo. I to z jego powodu. Plotkarska prasa przypisuje Amity grzeszny romans z Benedictem. A w Londynie grasuje seryjny zbrodniarz. Na ofiary wybiera panny, na które padł cień skandalu…

Opinie o ebooku Czerwień naszyjnika - Amanda Quick

Fragment ebooka Czerwień naszyjnika - Amanda Quick

Korekta

Hanna Lachowska

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcia na okładce

© Miramiska/Shutterstock

Tytuł oryginału

Otherwise Engaged

Copyright © 2014 by Jayne Ann Krentz

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5328-2

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Jest pani pasażerką „Gwiazdy Północnej”? – Męski głos należał bez wątpienia do wykształconego Brytyjczyka. Był przepełniony cierpieniem i dochodził z ciemnego wylotu pobliskiej uliczki. Amity Doncaster stanęła jak wryta.

Wracała właśnie na pokład statku, a z jej torby wystawały kartki z notatkami i szkicami, które wykonała na wyspie.

– Tak, podróżuję tym statkiem – odpowiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie widziała rozmówcy, który ukrywał się w cieniu, ale była pewna, że nie jest jednym z pasażerów. Rozpoznałaby ten niski i dziwnie zniewalający głos.

– Potrzebuję pomocy – powiedział. – To dość pilne.

Teraz nie miała już wątpliwości, że mężczyzna próbuje przezwyciężyć ból. Odniosła wrażenie, że z wielkim trudem wypowiedział tych kilka słów.

Podczas swych podróży spotykała jednak ludzi o wybujałych talentach aktorskich, choć bynajmniej nie uprawiali tego zawodu. Byli za to zręcznymi kanciarzami i przestępcami.

Po namyśle uznała, że jeśli mężczyzna jest ranny, to mimo wątpliwości nie może odmówić mu pomocy.

Złożyła parasolkę i odpięła przymocowany w talii elegancki japoński wachlarz, wykonany na specjalne zamówienie. Choć z wyglądu nie różnił się od zwykłego damskiego wachlarza, został wyposażony w stalowe ostrza i metalowe listki, i w rzeczywistości służył jako broń.

Trzymając w dłoni złożony wachlarz, podeszła ostrożnie do wylotu uliczki. Zjeździła już kawał świata i wiedziała, że należy zachować ostrożność wobec nieznajomych przywołujących ją z ciemnych zaułków. I nawet fakt, że mężczyzna mówił z brytyjskim akcentem charakterystycznym dla wyższych sfer, nie dawał gwarancji, że nie jest przestępcą. Na Wyspach Karaibskich roiło się kiedyś od piratów i korsarzy. Królewska marynarka, a w ostatnim czasie flota Stanów Zjednoczonych uporały się wprawdzie z tym zagrożeniem, ale nadal pozostawał problem zwykłych złodziei i rabusiów. Mnożyli się na całym świecie jak szczury.

Gdy dotarła do wylotu uliczki, od razu zdała sobie sprawę, że jej obawy były nieuzasadnione. Mężczyzna siedział na ziemi oparty plecami o ceglaną ścianę. Wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że jest w poważnych tarapatach. Miał niewiele ponad trzydzieści lat. Bardzo ciemne włosy, mokre od potu, sterczały znad czoła. Bez wątpienia nosił je zazwyczaj zaczesane za uszy, teraz jednak opadały w luźnych kosmykach wokół inteligentnej twarzy o ostrych rysach, zastygłej w wyrazie srogiej stanowczości. Brązowe oczy błyszczały z gorączki i bólu, a ich wyraz świadczył o zbliżającym się szoku. Było w nich jeszcze coś, co znamionowało stalową siłę woli. Mężczyzna walczył o życie, i to dosłownie.

Przód jego eleganckiej białej lnianej koszuli nasiąkł świeżą krwią. Przyciskał do boku zwiniętą marynarkę. To jednak nie pomogło zatamować strumienia krwi, która nieprzerwanie płynęła z rany.

Wyciągnął w jej stronę list, na którym widniały krwawe odciski palców. Jego ręka drżała z wysiłku, jakiego wymagał ten drobny gest.

Przypięła wachlarz do sprzączki przy pasku i szybko podeszła do nieznajomego.

– Wielkie nieba, co się panu stało? Ktoś pana napadł?

– Postrzelono mnie. List. Proszę wziąć. – Wciągnął oddech z głośnym świstem. – Proszę.

Położyła na ziemi torbę i parasolkę i ukucnęła obok niego, nie zważając na list.

– Zobaczę, co panu jest – powiedziała ze stanowczym spokojem, takim samym tonem, jakim jej ojciec zwracał się do pacjentów. George Doncaster często powtarzał, że lekarz zawsze musi sprawiać wrażenie, że wie, co robi, aby pacjent nabrał nadziei i odwagi.

Ale ten mężczyzna nie potrzebował takich gestów. Miał tylko jeden cel i chciał go zrealizować ostatnim wysiłkiem gasnących sił.

– Nie – wycedził przez zaciśnięte zęby. W jego oczach płonęła determinacja. Musiał mieć pewność, że zrozumiała, co powiedział. – Za późno. Nazywam się Stanbridge. Wykupiłem rejs na „Gwieździe”. Ale raczej nie wyruszę do Nowego Jorku. Proszę panią o przysługę. Błagam. To bardzo ważne. Proszę wziąć ten list.

Wiedziała, że nie pozwoli sobie pomóc, dopóki nie będzie miał pewności, że zajmie się jego listem.

– Oczywiście – powiedziała. Otworzyła torbę i wrzuciła do niej list.

– Proszę obiecać, że ten list dotrze do mojego stryja w Londynie. Cornelius Stanbridge. Ashwick Square.

– Właśnie wracam do Londynu – odparła. – Doręczę pana list. Ale teraz musimy zająć się raną. Niech mi pan pozwoli ją obejrzeć. Mam trochę doświadczenia z takimi rzeczami.

Utkwił w niej wzrok. Mogłaby przysiąc, że przez ułamek sekundy dostrzegła w jego oczach cień rozbawienia.

– Mam wrażenie, że ma pani sporo doświadczenia z wieloma rzeczami – powiedział.

– Żeby pan wiedział, panie Stanbridge. Dopilnuję, by pański list dotarł do adresata.

Patrzył na nią twardo jeszcze przez kilka sekund spod na wpół przymkniętych powiek.

– Tak. Sądzę, że tak pani zrobi.

Odwiązała zakrwawioną koszulę i odsunęła dłoń, którą przyciskał zgniecioną marynarkę do rany. Szybko oceniła sytuację. Skóra wisiała w krwawych strzępach, ale nic nie wskazywało na uszkodzenie tętnic. Przycisnęła jego dłoń z powrotem do rany i wstała.

– Kula przeszła na wylot i wygląda na to, że nie uszkodziła ważnych organów – oznajmiła Amity. Nie tracąc czasu, uniosła podróżną spódnicę i podarła halkę na kilka długich pasków. – Zanim zabiorę pana na statek, muszę zatamować krwawienie. Na tej wyspie nie można liczyć na nowoczesną pomoc lekarską. Obawiam się, że jest pan zdany na mnie.

Stanbridge mruknął coś niezrozumiale i zamknął oczy.

Zrobiła gruby opatrunek z długiego paska oderwanego od halki, po czym po raz drugi odsunęła od rany jego rękę zaciśniętą kurczowo na marynarce. Ściągnęła brzegi rany na tyle, na ile się dało, przykryła ją bandażem i przycisnęła do niego dłoń mężczyzny.

– Niech pan mocno przyciśnie – poleciła.

Nie otwierając oczu, mocno zacisnął silną dłoń na prowizorycznym opatrunku.

Szybkimi ruchami owinęła go w talii dwoma długimi paskami halki i zawiązała je starannie na opatrunku.

– Gdzie się pani tego nauczyła? – jęknął Stanbridge, nadal z zamkniętymi oczami.

– Mój ojciec był lekarzem. W naszym domu przy każdym posiłku rozmawiało się o medycynie. Często pomagałam mu w pracy. I przez kilka lat podróżowałam z nim po świecie. Badał zwyczaje medyczne w dalekich krajach.

Stanbridge zdołał unieść nieco powieki.

– No to naprawdę mam dziś szczęście.

Spojrzała na zakrwawioną koszulę i marynarkę.

– Tego bym nie powiedziała, ale myślę, że pan z tego wyjdzie. A w tych okolicznościach to rzeczywiście duża sprawa. Teraz musimy zatargać pana jakoś na pokład statku.

Jej ojciec umarł przed rokiem, ale w każdą zagraniczną podróż zabierała ze sobą jego torbę lekarską. Tyle tylko że zostawiła ją w kajucie na statku. Na razie zatamowała upływ krwi, ale musiała teraz wymyślić, w jaki sposób przetransportować Stanbridge’a na „Gwiazdę”.

Wstała, podeszła do wylotu uliczki i zaczepiła dwóch miejscowych mężczyzn idących na targ. Wystarczyło kilka minut, aby wszystko zorganizować. Mężczyźni zerknęli tylko na rannego leżącego na ulicy i w mig wiedzieli, jak sobie poradzić. Z pomocą dwóch kolegów, którzy byli rybakami, przenieśli na pół przytomnego Stanbridge’a na statek w prowizorycznych noszach zrobionych z rybackiej sieci. Amity hojnie ich wynagrodziła, ale odniosła wrażenie, że jej serdeczne podziękowanie uradowało ich bardziej niż pieniądze.

Marynarze z „Gwiazdy Północnej” zanieśli pacjenta do jego kajuty i położyli na wąskiej koi. Amity poprosiła, by przynieśli z jej kajuty torbę lekarską. Następnie oczyściła ranę i ją zeszyła. Stanbridge od czasu do czasu wydawał jęki podczas tych zabiegów, mimo że pozostawał nieprzytomny.

Amity wiedziała, że jest zdana na własne siły. Na pokładzie statku nie było już lekarza. Zatrudniony doktor, korpulentny mężczyzna o rumianej twarzy, który palił jak komin i pił na umór, zmarł na atak serca wkrótce po wypłynięciu statku z poprzedniego portu. Amity próbowała go zastępować najlepiej, jak potrafiła. Opatrywała skaleczenia marynarzy i leczyła nagłe napady gorączki, które zdarzały się wśród załogi.

Na pokładzie statku było niewielu pasażerów – w większości Brytyjczyków i Amerykanów. Z pewnością jeszcze kilku wsiądzie na kolejnych wyspach, do których przybije statek, ale nie sądziła, by kapitan Harris był w stanie znaleźć lekarza, nim dopłyną do Nowego Jorku.

Około północy pacjentowi podskoczyła gorączka. Jego skóra była niepokojąco rozpalona. Amity moczyła szmatkę w misce z zimną wodą, którą przyniósł steward, i przykładała ją do gorącego czoła mężczyzny. Nagle uniósł drżące powieki i spojrzał na nią ze zdumieniem.

– Czy już umarłem? – zapytał.

– Nie, i daleko panu do tego – pocieszyła go. – Jest pan na pokładzie „Gwiazdy Północnej” i nic panu nie grozi. Płyniemy do Nowego Jorku.

– Jest pani pewna, że nie umarłem.

– Całkowicie.

– Nie okłamywałaby mnie pani, gdyby było inaczej, prawda?

– Nie – odparła. – Nigdy w życiu nie okłamałabym pana w takiej ważnej sprawie.

– A list?

– Jest bezpieczny. W mojej torbie.

Wpatrywał się w nią ze skupieniem przez długą chwilę. I wyraźnie nabrał przekonania, że mówi prawdę.

– W tej sprawie też by mnie pani nie okłamała – stwierdził.

– Nie. I pan, i pański list dotrzecie do Nowego Jorku, panie Stanbridge. Daję panu słowo.

– Ale proszę mi obiecać, że nikomu pani nie powie o tym liście, aż dopłyniemy na miejsce.

– Oczywiście, że nikomu nie powiem. List to pana osobista sprawa.

– Nie wiem, czemu, ale myślę, że mogę pani zaufać. Zresztą i tak nie mam wyboru.

– Przechowam bezpiecznie ten list, panie Stanbridge. Ale musi mi pan w zamian obiecać, że pan z tego wyjdzie.

Nie była pewna, ale mogłaby przysiąc, że dostrzegła cień uśmiechu.

– Zrobię, co w mojej mocy – zapewnił i znowu zamknął oczy.

Zdjęła z czoła Stanbridge’a szmatkę, zmoczyła ją i zwilżyła jego rozgrzaną klatkę piersiową oraz ramiona – części ciała, które nie były ukryte pod bandażem.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę wejść – powiedziała cicho.

Do kajuty wsadził głowę steward Yates, jeden z dwóch zatrudnionych na statku.

– Czy mogę pani jeszcze w czymś pomóc, panno Doncaster? Kapitan powiedział, że mamy pani zapewnić wszelką pomoc.

– Na razie dziękuję, panie Yates! – Uśmiechnęła się. – Był pan bardzo pomocny. Umyłam dokładnie ranę, założyłam szwy i krwawienie ustało. Reszta należy do natury. Na szczęście pan Stanbridge wygląda na silnego mężczyznę.

– Kapitan mówi, że ten Stanbridge umarłby na St. Clare, gdyby go pani nie znalazła, nie przetransportowała na statek i nie zaszyła rany w boku.

Uśmiechnęła się ponownie.

– No cóż, na szczęście nie umarł, więc nie ma sensu zastanawiać się, co by było.

– To prawda, proszę pani. Ale nie tylko on jeden na tym statku ma za co być pani wdzięczny. Cała załoga wie, że gdyby nie pani, to Rudy Ned mógłby umrzeć przez tę gorączkę, która go dopadła w zeszłym tygodniu, a pan Hopkins straciłby rękę po zakażeniu rany. Kapitan wciąż powtarza, że chciałby zatrzymać panią na statku. Wszyscy by się cieszyli, gdyby pani została. To fakt.

– Dziękuję, panie Yates. Cieszę się, że mogę być pomocna, ale muszę wracać do Londynu.

– Jasna sprawa, proszę pani. – Yates skłonił głowę. – Proszę dzwonić, gdyby pani mnie potrzebowała.

– Oczywiście.

Steward zamknął drzwi. Amity po raz kolejny zmoczyła szmatkę.

Tuż przed świtem gorączka ustąpiła. Amity, uradowana, że Stanbridge’owi nie grozi już niebezpieczeństwo przynajmniej na razie, skuliła się na jedynym fotelu, jaki stał w kajucie, i próbowała zasnąć.

Jakiś czas później wzdrygnęła się wybudzona z płytkiego snu. Nieznane wcześniej uczucie przeszyło jej nerwy. Zamrugała kilka razy, próbując stwierdzić, co przerwało jej sen. Ale panującą wokół ciszę zakłócał jedynie głuchy łoskot dużych silników parowych „Gwiazdy Północnej”.

Wyprostowała podkulone nogi i usiadła nieco sztywno. Z koi wpatrywał się w nią Stanbridge. W tym momencie zrozumiała, co ją obudziło. Jego spojrzenie.

Poczuła się dziwnie zmieszana. Aby przykryć to niezręczne zażenowanie, strzepnęła fałdy prostej, brązowej sukni podróżnej.

– Wygląda pan znacznie lepiej, panie Stanbridge – zauważyła, zresztą zgodnie z prawdą.

Jego oczy nie błyszczały już gorączkowo, ale emanował z nich innego rodzaju ciepły blask. Sprawił, że po krzyżu przeleciał jej dreszczyk podniecenia.

– Miło mi usłyszeć, że lepiej wyglądam. – Poprawił się delikatnie na koi, ale jego twarz od razu ściągnęła się z bólu. – Bo czuję się podle jak diabli.

Spojrzała na torbę lekarską stojącą na komodzie.

– Obawiam się, że nie mam środków, aby uśmierzyć ból. Zużyłam sporo zapasów. Zostało mi trochę morfiny, ale to działa krótko.

– Dziękuję za morfinę. Niech ją pani zachowa. Wolę mieć trzeźwy umysł. Nie pamiętam, czy się przedstawiłem. Benedict Stanbridge.

– Kapitan Harris powiedział mi, jak się pan nazywa. Miło mi pana poznać, panie Stanbridge. – Uśmiechnęła się. – Okoliczności, co prawda, nie są miłe, ale i tak lepsze, niż mogłyby być, gdyby sprawy przybrały inny obrót. Nazywam się Amity Doncaster.

– Doncaster? – Na jego interesującej twarzy pojawił się wyraz skupienia. – Znam skądś to nazwisko, ale nie wiem skąd.

Amity chrząknęła.

– Napisałam kilka reportaży z podróży do czasopisma „Latający Podróżnik”. Być może czytał pan któryś z nich?

– Niemożliwe. Nie czytam tego szmatławca.

– Rozumiem – powiedziała z najzimniejszym uśmiechem, na jaki potrafiła się zdobyć.

Ratował honor, robiąc zawstydzoną minę.

– No i obraziłem panią niechcący. To ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzył. Naprawdę.

Podniosła się z fotela.

– Zadzwonię po stewarda. Pomoże panu w porannej toalecie. A ja tymczasem pójdę się odświeżyć do swojej kajuty i zjem śniadanie.

– Chwileczkę, już wiem, skąd znam pani nazwisko. – Benedict wydawał się zadowolony z siebie. – Moja bratowa mówiła kiedyś o pani reportażach. Bardzo lubi je czytać.

– Miło mi to słyszeć – powiedziała Amity, nadal chłodnym tonem.

Pociągnęła mocno za sznur od dzwonka, napominając się w myślach, że Benedict odniósł dość poważną ranę postrzałową i dlatego nie należy go winić za złe maniery. Ale mimo to nadal była poirytowana jego zachowaniem.

Benedict spojrzał na torbę, którą postawiła na komodzie.

– A co do listu, który pani dałem na przechowanie – powiedział – to czy wciąż go pani ma?

– Tak, oczywiście. Mam go oddać?

Zastanawiał się kilka sekund nad odpowiedzią, ale w końcu pokręcił głową.

– Nie. Niech go pani ma na wypadek…

– Na jaki wypadek, panie Stanbridge?

– Do Nowego Jorku jest daleko. Może mi się jeszcze pogorszyć – powiedział.

– Niemożliwe.

– Tak czy inaczej, wolę mieć plan, na wypadek gdyby tak się stało.

– Domyślam się, że lubi pan mieć plan na wszelkie możliwe okoliczności? – zapytała z uśmiechem.

Dotknął bandaża na boku i się skrzywił.

– Sama pani widzi, co się dzieje, kiedy plan bierze w łeb. Gdybym przypadkiem nie dotarł do Nowego Jorku, to uczyni mi pani ogromną przysługę, jeśli dotrzyma obietnicy i przekaże ten list mojemu stryjowi.

– Cornelius Stanbridge, Ashwick Square. Proszę się nie obawiać, zapisałam adres, na wypadek gdybym go zapomniała. Ale zapewniam pana, że nie będę musiała doręczać tego listu. Sam pan to zrobi, kiedy wyzdrowieje.

– Jeśli wyzdrowieję, nie będę musiał go doręczać.

– Nie rozumiem – powiedziała. – Co to znaczy?

– Nieważne. Proszę mi tylko obiecać, że nie spuści pani torby z oczu do czasu, aż odzyskam siły. Potem sam zajmę się listem.

– Daję panu słowo, że zawsze będę mieć przy sobie torbę z listem. Ale uważam, że w zaistniałej sytuacji należą mi się jakieś wyjaśnienia.

– W zamian za obietnicę, że dopilnuje pani listu, mogę tylko przyrzec, iż pewnego dnia wyjaśnię tyle, ile będę mógł.

I to wszystko. Obietnica, że w bliżej nieokreślonej przyszłości dowie się przynajmniej części prawdy. Niewiele, pomyślała.

Pukanie obwieściło przybycie Yatesa. Wzięła torbę i podeszła do drzwi niewielkiej kajuty.

– Zajrzę do pana po śniadaniu, panie Stanbridge – powiedziała. – Proszę uważać, aby nie naruszyć szwów na ranie.

– Będę uważał. Jeszcze jedno, panno Doncaster.

– Tak?

– Według planu „Gwiazda Północna” ma dotrzeć do Nowego Jorku dopiero za dziesięć dni. Oprócz pasażerów, którzy już są na statku, na pewno na pokład wsiądzie kilku nowych.

– Tak. I co z tego?

Uniósł się nieco na łokciu i ściągnął kąciki oczu pod wpływem bólu.

– Proszę nikomu nie mówić o liście – ani pasażerom, ani członkom załogi. To bardzo ważne. Nie może pani ufać nikomu. Ani tym, którzy już są na statku, ani tym, którzy się dosiądą w drodze do Nowego Jorku. Czy to jasne?

– Jak słońce. – Położyła dłoń na klamce. – Muszę przyznać, że jest pan bardzo tajemniczym człowiekiem, panie Stanbridge.

Opadł bez sił na poduszki.

– Ani trochę, panno Doncaster. Jestem inżynierem.

Gdzieś w oddali szalała burza. Nocne niebo przecinały błyskawice. Ogniste smugi światła rozpalały chmury nad ich głowami. Powietrze było naelektryzowane i odurzające. Amity pomyślała, że w taką noc byłaby w stanie uwierzyć, iż potrafi latać.

Stała na promenadzie statku, obejmując dłońmi drewnianą balustradę, i przyglądała się widowisku na niebie. Nie kryła zachwytu i podniecenia, ale te silne i radosne uczucia wywoływała w niej nie tylko odległa burza. Za dreszcze emocji odpowiadał w znacznie większym stopniu mężczyzna, którzy stał obok niej. Ta noc i on wzajemnie się uzupełniali.

– Czuje się emanującą stąd energię – powiedziała i roześmiała się pod wpływem tych przyjemnych uczuć.

– Tak, to prawda – przyznał Benedict.

Ale wcale nie patrzył na burzę. Tylko wpatrywał się w dziewczynę.

Oparł dłonie na relingu tuż przy jej palcach. Wciąż musiał uważać na każdy ruch, ale rana powoli się goiła i nie było żadnych objawów zakażenia. Wiedziała, że przez jakiś czas Benedict będzie jeszcze obolały i sztywny, ale szybko dochodził do zdrowia. Kilka dni temu, kiedy sam nabrał przekonania, że przeżyje, poprosił, aby oddała mu list.

Powtarzała sobie, że nareszcie pozbyła się ciężaru odpowiedzialności, ale jednocześnie czuła dziwny smutek, jakby stała się dla Benedicta mniej ważna. Zaufał jej i powierzył swoją tajemnicę, co, przynajmniej w jej odczuciu, stworzyło między nimi pewną więź.

Po oddaniu listu łącząca ich nić została przerwana. Już nie potrzebował jej pomocy. Szybko odzyskiwał siły. A nazajutrz „Gwiazda Północna” zawinie do portu w Nowym Jorku. Intuicja podpowiadała jej, że rano wszystko się zmieni.

– Nie wrócę z tobą do Londynu – powiedział Benedict. – Gdy tylko wysiądę na ląd w Nowym Jorku, muszę złapać pociąg do Kalifornii.

Była na to przygotowana, napomniała się w duchu. Wiedziała, że miłe interludium na pokładzie statku nie może trwać wiecznie.

– Rozumiem – odparła i zamilkła na chwilę. – Ale z Nowego Jorku do Kalifornii jest bardzo daleko.

A z Londynu jeszcze dalej, pomyślała.

– Niestety, wzywają mnie tam interesy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to szybko załatwię swoje sprawy.

– Dokąd udasz się z Kalifornii? – zapytała.

– Do domu. Do Londynu.

Zamilkła, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Bardzo bym chciał odwiedzić cię, kiedy wrócę. Jeśli pozwolisz – dodał Benedict.

Nagle odzyskała mowę.

– Ja również bym tego chciała. Będę niecierpliwie na ciebie czekać.

– Amity, nigdy nie będę w stanie się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiłaś.

– Nie mów tak, proszę. Zrobiłabym to dla każdego, kto znalazłby się w takiej sytuacji.

– Wiem. I to właśnie jest w tobie najbardziej zdumiewające.

Poczuła, że się rumieni, i cieszyła się, że Benedict nie może tego wiedzieć w ciemności.

– Jestem pewna, że zrobiłbyś to samo na moim miejscu.

– Musiałaś mi uwierzyć na słowo – powiedział Benedict poważnym tonem. – Wiem, że to nie było łatwe. Dziękuję, że mi zaufałaś.

Stała w milczeniu.

– Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mógł ci wszystko wyjaśnić – mówił dalej. – Ale teraz nie mogę ci jeszcze opowiedzieć całej historii. Tak będzie lepiej dla ciebie. Uwierz mi, proszę.

– To twoja historia. Możesz ją opowiedzieć, komu chcesz.

– Zasługujesz na to, żeby poznać prawdę.

– Skoro sam tak mówisz, to muszę się z tobą zgodzić – przyznała.

Uśmiechnął się, słysząc jej rzeczowy ton.

– Żałuję, że nie mogę płynąć z tobą do Londynu.

– Naprawdę?

Położył rękę na jej dłoniach opartych o reling. I zamarł na chwilę. Wiedziała, że czeka na jej reakcję, że chce się przekonać, czy nie cofnie dłoni. Ale ona również stała bez ruchu.

Ujął dłoń Amity i obrócił dziewczynę twarzą do siebie.

– Będę za tobą tęsknił, Amity – wyznał.

– Ja za tobą też – wyszeptała.

Przyciągnął ją do siebie i dotknął wargami jej ust.

Pocałunek był dokładnie taki, jak sobie wyobrażała, a nawet lepszy – pełen porywającej namiętności. Rozchyliła usta i otoczyła dłońmi jego szyję. Zapach Benedicta ją zniewalał. Wdychała pełną piersią tę słodycz zmieszaną z gorącym pożądaniem. Obawiała się, że może sprawić mu ból, więc starała się nie opierać o niego zbyt mocno, choć pragnęła przytulić się całym ciałem. Pragnęła się zatracić w cudowności tego aktu.

Oderwał usta od warg Amity i przeniósł je na jej szyję. Jego dłonie objęły dziewczynę w talii, przesunęły się po staniku sukni i spoczęły tuż pod jej piersiami. Ognista błyskawica na odległym horyzoncie doskonale wyrażała nieokiełznane emocje, które zaczęły ją porywać. Mocno ścisnęła ramiona Benedicta, szukając obietnicy tego, co ma nastąpić – choć wiedziała, że nie stanie się to tej nocy. Ta noc była końcem, a nie początkiem.

Benedict jęknął cicho i ponownie objął ustami jej wargi, pogłębiając pocałunek. Przez niekończącą się chwilę cały świat poza pokładem „Gwiazdy Północnej” przestał istnieć.

Porwana namiętnością nieporównywalną z niczym, co do tej pory przeżyła, zapragnęła, by ten pocałunek zaprowadził ją w samo serce szalejącej burzy, jakby nie było przed nimi jutra. Ale Benedict z cichym jękiem wydostał się z jej objęć i stanowczo, choć delikatnie, odsunął ją od siebie.

– To nie jest dobry czas ani miejsce – powiedział zachrypniętym głosem, w którym jednak wyczuwało się stalową siłę samokontroli, taką samą jak wtedy, kiedy znalazła go krwawiącego w zaułku.

– Tak, oczywiście, twoja rana – powiedziała szybko, przerażona, że wystarczyła chwila gorącej namiętności, by o tym zapomniała. – Wybacz mi. Nic ci się nie stało?

W jego oczach błysnęło ponure rozbawienie. Musnął jej policzek zewnętrzną stroną dłoni.

– Rana to ostatnia rzecz, o której teraz myślę.

Odprowadził ją do kajuty i pożegnał się przy drzwiach.

Rano „Gwiazda Północna” wpłynęła do Nowego Jorku. Benedict pomógł Amity wysiąść na ląd. W chwilę później wsiadł do powozu i zniknął z jej życia. Nie zadał sobie nawet trudu, żeby przysłać telegram z Kalifornii.

2

Londyn

Sama była sobie winna. Zbyt późno zauważyła, że w ciemnym wnętrzu powozu czai się jakiś mężczyzna. Wszystko przez ten deszcz, stwierdziła. Zwykle, i to niezależnie od okoliczności, była dużo bardziej spostrzegawcza. Podróże zagraniczne nauczyły ją zachowywania wzmożonej ostrożności w nieznanym otoczeniu. Ale to był Londyn. Nikt się nie spodziewa, że zostanie porwany w środku dnia na ruchliwej ulicy.

Prawdę mówiąc, wyszła z sali wykładowej trochę wzburzona. Wykład doktora Pottera na temat Dzikiego Zachodu roił się od nieścisłości, co doprowadziło ją do szewskiej pasji. Mało, że ten człowiek nigdy nie wychylił nosa z Anglii, to nawet nie zadał sobie trudu, aby przeczytać jej reportaże w „Latającym Podróżniku”. Potter nic nie wiedział o Ameryce, a mimo to odważył się zabierać głos jako znawca tematu. Oczywiście, nie była w stanie spokojnie tego słuchać, więc wstała i wyraziła kilka istotnych zastrzeżeń.

Nie zostało to dobrze przyjęte ani przez Pottera, ani przez jego audytorium. Dwóch krzepkich osobników wyprowadziło ją z sali przy wtórze stłumionych chichotów i prychnięć pełnych dezaprobaty. Przyzwoite damy nie przerywają wykładów zasłużonych naukowców, w dodatku po to, by korygować ich pomyłki. Na szczęście, wśród słuchaczy nie było nikogo znajomego. Doprawdy, musi się nauczyć, że w Londynie też trzeba być ostrożnym.

Gotowała się ze złości i chciała jak najszybciej uciec przed upiornym letnim deszczem, wskoczyła więc do pierwszego powozu, który się przed nią zatrzymał. I okazało się to poważnym błędem.

Nawet nie zdążyła się zdziwić, że okna są szczelnie osłonięte żaluzjami, a w powozie siedzi mężczyzna, gdyż nieznajomy ten z miejsca unieruchomił ją od tyłu, zarzucając rękę za szyję i przyciągając ją do siebie. Przystawił jej do gardła koniuszek bardzo ostrego przedmiotu. Kątem oka dostrzegła, że dłoń w rękawiczce ściska skalpel.

– Nie krzycz, bo poderżnę ci gardło, ty dziwko. A szkoda by było. Bo najpierw chciałbym ci zrobić zdjęcie – powiedział ochrypłym szeptem, ale i tak była pewna, że ma akcent osoby z wyższych sfer. Twarz mężczyzny zasłaniała maska z czarnego jedwabiu, w której wycięto otwory na oczy, nos i usta. Pachniał słodkimi, aromatyzowanymi papierosami i drogą wodą kolońską. Ponieważ przyciskał ją mocno do marynarki, poczuła, że ta część garderoby jest uszyta z wełny wysokiej jakości.

Mężczyzna wyciągnął rękę, aby zamknąć drzwi powozu, który natychmiast ruszył. Wiedziała, że jedzie z dużą szybkością, ale ciężkie drewniane żaluzje nie pozwalały na określenie kierunku jazdy.

Jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości. Porywacz był silniejszy niż ona.

Przestała z nim walczyć i bezwładnie opuściła ręce. Prawa dłoń opadła na elegancki wachlarz, zawieszony w talii na srebrnym łańcuszku.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytała, starając się, by w jej głosie zabrzmiała uraza i oburzenie.

Ale i tak znała odpowiedź. I to od chwili, gdy dostrzegła skalpel. Wpadła w łapy maniaka, którego prasa nazywała Oblubieńcem. Starała się nie ulegać emocjom i zachować chłodną, asertywną postawę. Była to jedna w wielu rzeczy, jakich nauczyła się podczas licznych podróży. Chłodne rozeznanie sytuacji i kontrolowanie emocji często pomagały jej wydostać się z opresji.

– Mam zamiar zrobić ci prześliczny ślubny portret, moja słodka ladacznico – powiedział śpiewnie morderca.

– Możesz sobie wziąć moją torebkę, ale uprzedzam, że w środku nie ma nic wartościowego.

– Myślisz, że mi zależy na twoich pieniądzach, ty dziwko? Nie potrzebuję pieniędzy.

– To po co się tak wysilasz? – prychnęła obraźliwym tonem, który go rozzłościł.

– Zamknij gębę – wychrypiał. – Powiem ci, dlaczego cię porwałem. Będziesz służyć jako przykład, tak jak inne kobiety, równie bezwstydne jak ty. Przekonasz się, że trzeba słono zapłacić za oszukiwanie innych.

Chociaż sądziła, że jest przerażona do granic możliwości, to po tych słowach ogarnęła ją nowa fala grozy. Wiedziała, że jeśli sama nie spróbuje się wyswobodzić, rano będzie już martwa. I że ma tylko jedną jedyną szansę. Musiała dobrze to zaplanować.

– Obawiam się, że popełnia pan wielki błąd. – Starała się, by zabrzmiało to przekonująco. – Nikogo nie oszukałam.

– Dobrze pani kłamie, panno Doncaster, ale szkoda pani wysiłku. Doskonale wiem, jaka pani jest. Taka sama jak inne. Na zewnątrz wydajecie się czyste i niewinne, ale pod tą fasadą kryje się skaza. W zeszłym tygodniu dowiedziałem się, jak bezwstydnie zachowywała się pani zagranicą. Dobrze wiem, że uwiodła pani Benedicta Stanbridge’a i przekonała go, że jako dżentelmen nie ma innego wyboru, tylko musi się z panią ożenić. Mam zamiar uratować go z tej pułapki, którą pani na niego zastawiła, tak jak ocaliłem innym oszukanych dżentelmenów. – Morderca przejechał skalpelem blisko jej gardła, nie dotykając skóry. – Ciekawe, czy będzie mi wdzięczny?

– Myśli pan, że uchroni pana Stanbridge’a przed takimi jak ja? – zapytała. – Traci pan czas. Zapewniam, że Benedict Stanbridge potrafi sam się o siebie zatroszczyć.

– Zamierza go pani usidlić i zmusić do małżeństwa.

– Skoro tak bardzo się pan tym przejmuje, to może pan poczeka, aż wróci do Londynu? Proszę go poinformować o swoich teoriach na temat mojej cnotliwości, a wtedy sam będzie mógł wyciągnąć odpowiednie wnioski.

– Nie, panno Doncaster. Stanbridge wkrótce odkryje prawdę na pani temat. Ale socjeta dowie się, kim pani jest, już jutro rano. Nie ruszaj się, bo poderżnę ci gardło w tym powozie.

Znieruchomiała, a ostrze skalpela nie przesunęło się ani o jotę. Rozważała, czy dałoby się umknąć spod ostrza i skulić w kącie siedzenia. Ale takim manewrem, nawet gdyby się udał, zyskałaby tylko kilka sekund. A potem znalazłaby się w pułapce, mając do obrony tylko wachlarz.

Pomyślała, że Oblubieniec nie zabije jej w powozie, żeby uniknąć niepotrzebnego zamieszania i bałaganu. Zachlapałby całe wnętrze krwią i byłby zmuszony to wyjaśnić, przynajmniej woźnicy. Wszystko, począwszy od elegancko zawiązanego krawata po wyposażenie pojazdu, wskazywało, że morderca przywiązuje wagę do szczegółów i jest skrupulatny. Nie zrujnuje swojego wykwintnego stroju i aksamitnych obić, jeśli może tego uniknąć.

Doszła do wniosku, że najlepsza sposobność nadarzy się wtedy, kiedy będzie próbował wyciągnąć ją z powozu. Zamknęła dłoń na złożonym wachlarzu i czekała.

Morderca sięgnął do małego pudełka, które stało na przeciwległej kanapie. Gdy w nozdrza uderzył ją charakterystyczny zapach chloroformu, poczuła przypływ paniki. Nie mogła czekać, aż powóz dotrze na miejsce. Jeśli będzie nieprzytomna, to już po niej.

– Dzięki temu będziesz cicho – powiedział Oblubieniec. – Bez obawy. Wybudzę cię, kiedy przyjdzie czas włożyć suknię ślubną i zapozować do zdjęcia. A teraz przesuń się do kąta. Grzeczna dziewczynka. Szybko cię nauczę posłuszeństwa.

Popchnął ją skalpelem, zmuszając, by przesunęła się do kąta. Mocniej ścisnęła wachlarz. Morderca opuścił wzrok, ale nie dostrzegł tego nieznacznego ruchu. Z powodu maski nie mogła ocenić wyrazu jego twarzy, ale była pewna, że się uśmiecha. Bez wątpienią cieszył go widok bezbronnej kobiety żałośnie ściskającej cacuszko przymocowane do sukni.

Wziął szmatkę nasączoną chloroformem i zamierzał przykryć nią nos i usta ofiary.

– Oddychaj głęboko – polecił. – Za chwilę będzie po wszystkim.

Zrobiła to, co uczyniłaby na jej miejscu każda dobrze wychowana dama. Wydała głębokie westchnienie, uniosła oczy do nieba i zemdlała. Starała się nie upaść na ostrze skalpela, tylko na bok, na kanapę, z której zaczęła się osuwać na podłogę.

– Do ciężkiej cholery – zaklął Oblubieniec.

Uchylając się przed jej ciałem, odsunął się instynktownie.

Ostrze skalpela oddaliło się od jej gardła. Jakby w odpowiedzi na jej ciche modlitwy, woźnica z dużą prędkością wziął ostry zakręt. Powóz niebezpiecznie się przechylił. Oblubieniec automatycznie próbował złapać równowagę.

Teraz albo nigdy.

Wyprostowała się, wzięła rozmach i wbiła ostre stalowe żebra zwiniętego wachlarza w najbliższy cel, którym było udo napastnika. Ostrza przebiły spodnie i zagłębiły się w ciało.

Oblubieniec zawył z bólu, całkowicie zaskoczony. Rzucił się na nią ze skalpelem, ale zdążyła już otworzyć wachlarz. Jego metalowe listki obroniły ją przed ciosem.

– Ty suko.

Zdumiony morderca próbował odzyskać równowagę, by zadać kolejny cios. Zamknęła wachlarz i wbiła go głęboko w jego ramię. Dłoń, w której Oblubieniec trzymał skalpel, rozwarła się mimowolnie i narzędzie upadło na podłogę.

Amity wyrwała wachlarz z rany i zadała na oślep trzeci cios. Była już w panice, rozpaczliwie próbując wydostać się z powozu. Morderca wrzasnął i trzepnął ręką w jej stronę, próbując odeprzeć ciosy. Szukał po omacku skalpela.

Otworzyła ponownie wachlarz, ukazując elegancką scenę ogrodową wyrytą w metalu, i przejechała po dłoni mordercy ostrymi jak brzytwa krawędziami listków. Cofnął dłoń, wrzeszcząc ze złości.

Pojazd zatrzymał się gwałtownie. Najwyraźniej woźnica musiał usłyszeć krzyki.

Złapała za klamkę i zdołała otworzyć drzwi. Zamknęła wachlarz, którzy zawisł swobodnie w pasie. Chwyciła obfite spódnice i halki, żeby nie plątały się wokół nóg, i rzuciła się na zewnątrz.

– Co jest, do diabła?! – zawołał woźnica, gapiąc się na nią z osłupieniem. Z kapelusza naciągniętego na oczy skapywały krople deszczu. – Co się tu dzieje? Powiedział, że jest pani jego przyjaciółką. Że chcecie pobyć sam na sam.

Nie miała czasu na wyjaśnienia. I nie ufała woźnicy. Nie wiedziała, czy nie jest przypadkiem w zmowie z mordercą.

Rozejrzała się szybko. Powóz zatrzymał się wąskiej uliczce. Znowu chwyciła obfite spódnice i ruszyła biegiem ku majaczącemu w oddali skrzyżowaniu z inną ulicą. Wiedziała, że dopiero tam, wśród ulicznego ruchu, będzie bezpieczna.

Usłyszała, że woźnica machnął batem. Koń ruszył oszalałym galopem, stukając kopytami o bruk. Powóz odjechał w przeciwnym kierunku. Krzyki pełne złości i bólu powoli cichły.

Ruszyła biegiem przed siebie.

Gdy dotarła do skrzyżowania, wybuchła wrzawa. Pierwszą osobą, jaką napotkała, wyłaniając się z ciemnej uliczki, była kobieta pchająca dziecinny wózek. Niania wydała przeraźliwy wrzask, przyciągając tłum.

Ludzie wpatrywali się w Amity z grozą i przerażeniem, ale i pewną dozą fascynacji. Nagle wyrósł przed nimi posterunkowy, który podbiegł do niej z pałką w ręce.

– Pani krwawi, proszę pani. Co się stało?

Opuściła wzrok i spostrzegła, że cała suknia jest zachlapana krwią.

– To nie moja krew – wyjaśniła szybko.

Posterunkowy zrobił groźną minę.

– Kogo pani zabiła, proszę pani?

– Oblubieńca – odparła. – Tak sądzę. Ale nie jestem pewna, czy nie żyje.

Kiedy Amity Doncaster obudziła się nazajutrz, okazało się, że jej nazwisko stało się głośne – po raz drugi w tym samym tygodniu.

3

Gdy się obudził, spowijał go ciężki obłok bólu i dezorientacji, którego przytłaczającą moc odczuwał już kilka razy przy innych okazjach. Teraz jednak był w stanie jaśniej myśleć. Z mgły dochodziły do niego jakieś głosy. Wsłuchiwał się w nie uważnie, nie otwierając oczu. Dwoje ludzi rozmawiało przyciszonym tonem. Znał ich oboje.

– Będzie żył – powiedział doktor ze znużeniem i przygnębieniem. – Rany goją się prawidłowo. Nie ma objawów zakażenia i wygląda na to, że narządy wewnętrzne nie ucierpiały.

– Dziękuję panu, doktorze. Uratował mu pan życie – odezwał się kobiecy głos, ale mimo że były to wyrazy wdzięczności, brzmiał chłodno i bez radości, jakby mówiąca osoba tłumiła cierpienie i gniew.

– Zrobiłem, co w mojej mocy, aby uleczyć jego ciało – powiedział lekarz. – Ale jak już pani powiedziałem, nie jestem w stanie uzdrowić jego umysłu. Ani ja, ani żaden inny lekarz.

– Zapewniano mnie, że wyzdrowiał. I rzeczywiście w ostatnich miesiącach był w dobrej formie. Szczęśliwy. Zrównoważony. Czerpał radość z fotografowania. Nic nie wskazywało na to, że znowu popada w szaleństwo.

– Ośmielę się pani przypomnieć, że również wcześniej, w poprzednich wypadkach, nic nie wskazywało na chorobę umysłową. Jak już kiedyś pani wyjaśniałem, współczesna medycyna nie ma odpowiednich środków, aby go wyleczyć. Jeśli nie zamierza pani powiadomić policji…

– Nigdy. Wie pan równie dobrze jak ja, co by się wówczas stało. Tp by zniszczyło nie tylko jego, ale zrujnowało całą rodzinę.

Lekarz nic nie powiedział.

– Zrobimy to samo, co poprzednim razem – oświadczyła kobieta zdecydowanie, tym razem silniejszym głosem.

– Spodziewałem się, że podejmie pani taką decyzję – stwierdził lekarz z rezygnacją. – Pozwoliłem sobie wysłać wiadomość doktorowi Renwickowi do Cresswell Manor. Na zewnątrz czeka dwóch sanitariuszy.

– Niech wejdą – oznajmiła kobieta. – Proszę im przypomnieć, że wymagam absolutnej dyskrecji.

– Są dobrze przeszkoleni. Jak już pani mówiłem poprzednim razem, doktor Renwick specjalizuje się w takich sytuacjach. Przyjmuje tylko pacjentów z najlepszych rodzin i pamięta, co jest winien osobom, które płacą za pobyt.

– Mówiąc inaczej, płacę doktorowi Renwickowi za milczenie – zauważyła z goryczą kobieta.

– Zapewniam, że nie jest pani jedyną osobą z wyższych sfer, która tak postępuje. Ale ponieważ alternatywa jest dla pani nie do przyjęcia, nic innego nie można zrobić, prawda?

– Tak. – Kobieta się zawahała. – Jest pan pewien, że podróż mu nie zaszkodzi?

– Tak.

– W takim razie proszę wezwać tych ludzi.

– Myślę, że będzie lepiej dla wszystkich zainteresowanych, jeśli podam pacjentowi kolejną dawkę chloroformu, zanim przygotujemy go do drogi.

– Proszę robić to, co uważa pan za konieczne – powiedziała kobieta. – Pójdę już. Nie mogę patrzeć, jak go znowu zabierają.

Zamierzała wyjść.

Pacjenta przeszył nagły atak paniki. Otworzył oczy i próbował wstać z łóżka, ale odkrył ku swemu przerażeniu, że nie może się ruszyć. Był przypięty skórzanymi pasami.

Doktor podszedł do niego z białą szmatką w ręku. W powietrzu rozszedł się słodkawy zapach chloroformu. Do pokoju weszło dwóch krzepkich mężczyzn w źle dopasowanych marynarkach. Widział ich już wcześniej w Cresswell Manor.

– Matko, nie, nie pozwól, żeby mnie zabrali – błagał. – Popełniasz straszliwy błąd. Musisz mi uwierzyć. Ta kłamliwa dziwka próbowała mnie zamordować. Nie rozumiesz? Jestem niewinny.

Ramiona matki zesztywniały, ale nie odwróciła się do niego. Wyszła z pokoju.

Doktor Norcott przyłożył szmatkę nasączoną chloroformem do nosa i ust pacjenta.

Wściekłość wzburzyła mu krew. To wina tej ladacznicy. Przez nią wszystko poszło nie tak. Zapłaci za to. Tamtym kobietom umożliwił szybką śmierć, bo kiedy przyznały się do swoich grzechów, ulitował się nad nimi. Ale Amity Doncaster będzie umierała powoli.

4

Myślę, że moja reputacja nie zniesie już kolejnych plotek – oznajmiła Amity. Odłożyła egzemplarz „Latającego Podróżnika” i sięgnęła po filiżankę kawy. – Od napaści minęły trzy tygodnie, a ciągle piszą o mnie w gazetach. Jakby im było mało, że różne głupki z wyższych sfer bawiły się moim kosztem, rozważając mój ewentualny związek z panem Stanbridge’em.

– Stanbridge jest bardzo zamożnym dżentelmenem i pochodzi ze starej, znakomitej rodziny – powiedziała Penny. – I jest kawalerem. W dodatku kilka lat temu stał się bohaterem wielkiego skandalu, kiedy jego narzeczona uciekła sprzed ołtarza. Nic dziwnego, że jego życie prywatne budzi duże zainteresowanie w pewnych kręgach.

Amity zamrugała.

– Uciekła sprzed ołtarza? Nigdy o tym nie wspominałaś.

– Ta młoda dama uciekła ze swoim kochankiem. To się stało kilka lat temu, ale wtedy było o tym głośno. Wszyscy się dziwili, jak ta kobieta mogła zostawić takiego szanowanego i bogatego dżentelmena jak Stanbridge.

– Rozumiem. – Amity rozważała przez chwilę tę informację. – Być może miała dość tego, że zostawia ją bez słowa i znika, tak jak zostawił mnie.

– Doprawdy.