Czerwień krwi - Scott Sigler - darmowy ebook
Opis

Zbiór ośmiu opowieści grozy, które Scott Sigler, autor takich bestsellerów jak InfekcjaZakażenieTransplantacja, publikował w formie podcastu na początku swojej kariery pisarskiej.

Czerwony człowiek: Napiętnowanie człowieka jako przestępcę seksualnego, pedofila czy gwałciciela dzieci, wyklucza go ze społeczeństwa. Jeśli jest to fizyczne oznaczenie – trwały, nieusuwalny tatuaż na twarzy – znika wszelka anonimowość i każdy wie o popełnionej zbrodni. Problem zaczyna się, gdy ktoś zostanie niesłusznie skazany, a jego życie zamienia się w piekło.

Wilk: W czasach przed człowiekiem Ameryką rządziło jedno zwierzę. Wilk. Stada przemierzały kontynent, polując, zabijając i rozmnażając się. Zanim jednak wilki poznały śmierć chodzącą na dwóch nogach, pojawiło się zupełnie inne zagrożenie…

Tajfun w Iowa: No dalej, odwiedź Fenders Pointe, IA. Zrób nam przyjemność, pooglądaj drzewa, powąchaj kwiaty i zrelaksuj się, korzystając ze środkowozachodniej gościnności. Musisz jedynie zaplanować pobyt pomiędzy porą deszczową. Jeśli mimo wszystko odwiedzisz nas, gdy uderzy tajfun, z radością przyjmiemy cię jako stałego mieszkańca.

Wielkie polowanie na Snipy: Natura nie znosi próżni. Jednak jedna istnieje w „miejskim ekosystemie”. Od bakterii do owadów, od gryzoni do jastrzębi, od dzikich kotów do masowej ilości gołębi, rośliny i zwierzęta łączą się w sieci życia, która pozostaje niezauważona przez ludzi. Czego brakuje w tej mozaice? Czworo studentów postanawia odnaleźć mityczne stworzenie – „Snipa”. Odkryją, że natura nie znosi jeszcze jednej rzeczy.

Święte Krowy: Istnieje cienka granica między rozkojarzonym geniuszem a zidiociałym uczonym. Gordo Gordon stąpa pewnie po jej obu stronach. Ojciec Al wie o tym najlepiej. Opiekuje się Gordo i znosi niekończące się – i bezużyteczne – wynalazki chłopaka. Jednak teoria o śledzeniu „energii modlitwy” wystawi jego wiarę na ciężką próbę.

Numer jeden z kulą: W Narodowej Lidze Futbolowej gra toczy się o wysoką stawkę; niewłaściwa decyzja może zniszczyć karierę i dobry wizerunek sportu na lata. Czasem jednak zbyt wnikliwe sprawdzanie przyszłej gwiazdy może przynieść więcej szkód niż pożytku.

Mt. Fitz Roy (pierwszy rozdział): W 2005 roku Sigler udostępnił EarthCore jako pierwszą na świecie książkę wydaną jedynie jako podcast. Od tamtej pory fani czekają na Mt. Fitz Roy, drugą część trylogii. Jest to pierwszy rozdział tej dawno zapowiedzianej kontynuacji.

Hunter Hunterson i synowie: Witamy w rodzinnym biznesie. Hunter Hunterson z rodziną mieszka w Slayerville, KY. Zarabiają na chleb ściganiem ujaranych ogrów, widm podglądaczy, zbiegłych zombie, a czasem wściekłych jednorożców. Gdy wampir ćpun wyrusza na morderczą wycieczkę, Hunter z rodziną pakują pick-upa i podążają śladem zwłok aż do San Francisco.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SCOTT SI­GLER

CZER­WIEŃ KRWI

(frag­ment)

Prze­ło­żył: Prze­my­sław Ryba

Wy­daw­nic­two GMORK

Dla Pau­la Wit­co­ve­ra i Jo­shuy Bil­me­sa. Dzię­ku­ję za wy­pra­wie­nie mnie w tę po­dróż.

WSTĘP

Znam was.

Lu­bi­cie fik­cję.

Ro­zu­mie­cie, co was łech­ce i nie po­trze­bu­je­cie re­cen­zen­ta, żeby mó­wił wam, co po­win­no wam się po­do­bać.

Lu­bi­cie roz­ryw­kę.

Wie­cie, że prze­kleń­stwa się zda­rza­ją.

Nie prze­szka­dza wam, że się tro­chę… po­bru­dzi­cie.

Wi­tam w domu.

Je­śli pierw­szy raz bu­szu­je­cie ze mną na sia­nie, pi­szę fan­ta­stycz­no-na­uko­wy-gro­zo-thril­ler. Mam na kon­cie ta­kie po­wie­ści jak: In­fek­cja, Za­ka­że­nie i Trans­plan­ta­cja1. Wy­da­ję rów­nież peł­ną na­pię­cia se­rię dla mło­dzie­ży o ko­smicz­nej, za­wo­do­wej li­dze fut­bo­lo­wej, sko­rum­po­wa­nej przez prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­wa­ną.

Sie­dem opo­wia­dań z tego zbio­ru uka­za­ło się jako dar­mo­wy au­dio­bo­ok na mo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej: scot­t­si­gler.com. Po­nie­waż ebo­oko­wa re­wo­lu­cja trwa, po­my­śle­li­śmy, że faj­nie bę­dzie, je­śli je zbie­rze­my i wsa­dzi­my w ten słod­ki elek­tro­nicz­ny for­mat.

Po każ­dej hi­sto­rii za­ser­wo­wa­łem wam in­for­ma­cje, jak po­wsta­wa­ła i czym się in­spi­ro­wa­łem. Je­śli chce­cie za­py­tać: „skąd czer­piesz po­my­sły?”, tam znaj­dzie­cie od­po­wiedź.

Na­dal wy­da­ję dar­mo­wą, czy­ta­ną prze­ze mnie au­dio­fik­cję, w każ­dą nie­dzie­lę na scot­t­si­gler.com. Cze­ka tam na was nie­zli­czo­na gru­pa fa­nów.

Kto wie? Może po prze­czy­ta­niu tego zbio­ru sami do­łą­czy­cie do mo­ich Jun­kies2. Mam na­dzie­ję, że hi­sto­rie wam się spodo­ba­ją i do zo­ba­cze­nia.

CZERWONY CZŁOWIEK

Ktoś zno­wu się na mnie gapi ze sto­li­ka w rogu.

Ma już swo­je lata, na oko czter­dzie­ści pięć, a może to cięż­kie ży­cie spra­wi­ło, że tak wy­glą­da. Tu wie­lu lu­dzi nie ma lek­ko. Nie ma co się dzi­wić – to re­stau­ra­cja w Hun­ters Po­int.

Ko­bie­ta ma brą­zo­we, strą­ko­wa­te wło­sy i mimo że w po­miesz­cze­niu jest dość cie­pło, na­dal sie­dzi opa­tu­lo­na w nędz­ny, żół­ty płaszcz. Wnę­trze knaj­py wy­peł­nia­ją brzdęk­nię­cia, skro­ba­nia, siorb­nię­cia i gwar kla­sy ro­bot­ni­czej; gru­py, do któ­rej kie­dyś na­le­ża­łem. Ko­bie­ta nie zwra­ca na to uwa­gi. Tak jak­by wy­ci­szy­ła wszyst­ko oprócz mnie. Je­stem ce­lem nie­na­wi­ści zro­dzo­nej z agre­syw­ne­go, opie­kuń­cze­go stra­chu o jej dziec­ko.

Jej mały ru­dzie­lec jest nie­świa­do­my tego wzro­ku. Ma uma­za­ną twarz, mlasz­cze, po­chła­nia­jąc mi­skę Co­coa Puffs. Ko­lor wło­sów mu­siał odzie­dzi­czyć po ojcu. Za­sta­na­wiam się, czy suka w ogó­le wie, kto jest oj­cem chło­pa­ka.

Więk­szość lu­dzi tyl­ko na mnie zer­ka albo przy­glą­da się ką­tem oka. Gdy na nich spoj­rzę, od­wra­ca­ją wzrok. Ale nie ona. Za chwi­lę wy­pa­trzy mi dziu­rę w gło­wie. Już dwa razy jej od­po­wie­dzia­łem, raz uśmie­chem, dru­gi raz naj­bar­dziej obu­rzo­nym gry­ma­sem, na jaki mnie stać. Trwał za­le­d­wie kil­ka se­kund, po­tem się pod­da­łem. Jej nie­na­wist­na ma­ska na­wet nie drgnę­ła.

Ona przy­naj­mniej zo­sta­ła w ja­dal­ni, żeby do­koń­czyć po­si­łek; dru­ga mat­ka z dziec­kiem wsta­ła i wy­szła, le­d­wo zdą­ży­łem usiąść przy ba­rze. Rzu­ci­ła dwu­dziest­kę za kawę i baj­gla, na­wet się nie za­trzy­mu­jąc. To tyl­ko dwa do­la­ry na­piw­ku. Nie­du­żo, ale nie wy­da­je mi się, żeby ko­bie­ta w ogó­le przej­mo­wa­ła się uczu­cia­mi kel­ner­ki.

W sto­łów­ce jest jesz­cze kil­ka osób, mam wra­że­nie, że część wie, kim je­stem. Zna­ją pew­nie moją twarz, była we wszyst­kich wia­do­mo­ściach nada­wa­nych pięć lat temu. Nie­któ­rzy wie­dzą, że zo­sta­łem nie­słusz­nie ska­za­ny, wie­dzą, że nie je­stem pe­do­fi­lem. Jed­nak fakt po­wo­li za­ni­ka w spo­łecz­nej świa­do­mo­ści. Co­raz czę­ściej ob­rzu­ca­ją mnie spoj­rze­nia­mi albo zo­sta­wia­ją na wpół zje­dzo­ne­go baj­gla i wy­cią­ga­ją z ja­dal­ni swo­je pię­cio­let­nie dziec­ko za uma­za­ny se­rem to­pio­nym rę­kaw.

Prze­glą­dam menu. Na la­dzie wy­świe­tla­ją się zdję­cia róż­nych po­traw. Na jej dol­nej kra­wę­dzi miga re­kla­ma Rol-Aids, wy­ni­ki spor­to­we ra­zem z no­to­wa­nia­mi gieł­dy prze­wi­ja­ją się wzdłuż gór­nej. Moi Gi­gan­ci prze­gra­li dwa me­cze z Oakland, tym sa­mym po­no­sząc po­raż­kę pią­ty i szó­sty raz z rzę­du. Nie­któ­re rze­czy się nie zmie­nia­ją. Gen­Tel sko­czy­ło 2 i 3/8 punk­tu pro­cen­to­we­go. Cie­ka­we, co by po­wie­dzia­ła ga­pią­ca się ko­bie­ta, gdy­by wie­dzia­ła, że wła­śnie za­ro­bi­łem ko­lej­ne sto ty­sia­ków na tym ma­łym wzro­ście. Ni­g­dy by mi nie uwie­rzy­ła, na­wet gdy­bym jej po­wie­dział, ale wąt­pię, żeby była w na­stro­ju na po­ga­du­chy.

Nikt nie ma ocho­ty na roz­mo­wę z Czer­wo­nym Czło­wie­kiem.

Na po­ry­so­wa­nym szkle lady wi­dzę nie­wy­raź­ne od­bi­cie. Moja twarz sta­no­wi kon­tra­punkt dla ob­ra­zów je­dze­nia/wia­do­mo­ści/spor­tu mkną­cych po­ni­żej. Wiej­ski sma­żo­ny stek wy­glą­da nie­źle, mimo że wy­świe­tlacz jest lek­ko roz­ogni­sko­wa­ny, bra­ku­je mu też kil­ku pik­se­li. Prze­wi­jam da­lej, sku­pia­jąc się bar­dziej na swo­im ob­li­czu niż po­sił­kach.

Przy­glą­dam się pa­som na skó­rze – czer­wo­ny ko­lor wska­zu­je na to, że je­stem prze­stęp­cą sek­su­al­nym, pier­ście­nie wo­kół oczu, jak u szo­pa, do­da­ją, że gwał­ci­cie­lem, a po­szar­pa­ne ze­brze pasy bie­gną­ce od jed­ne­go po­licz­ka do dru­gie­go oraz w po­przek nosa – że pe­do­fi­lem. Pró­bu­ję pa­trzeć na ze­staw hot doga z chi­li, ale je­dy­ne, na czym mogę się sku­pić, to moja twarz. W pew­nym sen­sie je­stem taki sam jak tam­ta ko­bie­ta – też nie mogę ode­rwać od sie­bie wzro­ku.

Da­lej nie po­tra­fię wyjść z po­dzi­wu, że w cią­gu za­le­d­wie ośmiu lat, od­kąd rząd wy­ko­rzy­stał Wi­rus Zna­ku­ją­cy Abi­ga­il Du­ers­son do iden­ty­fi­ka­cji ska­za­nych prze­stęp­ców, każ­dy zdą­żył za­pa­mię­tać wszyst­kie ko­lo­ry i wzo­ry ko­do­we w ta­kim stop­niu, że tyl­ko małe dzie­ci mu­szą py­tać, czym są te dziw­ne sym­bo­le. Ta wie­dza wro­sła w zbio­ro­wą psy­chi­kę Ame­ry­ka­nów jak ko­lo­ry fla­gi albo poza Sta­tuy Wol­no­ści – nikt ja­koś nie pa­mię­ta, że moje ozna­cze­nia to po­mył­ka.

Ta suka da­lej się gapi. To miej­sce pu­blicz­ne. Mam ta­kie samo pra­wo do je­dze­nia tu­taj, jak każ­dy inny. Nie mogę już tego znieść, wsta­ję i wy­cho­dzę. Mimo że nie pa­trzę na ko­bie­tę, przez całą dro­gę do drzwi czu­ję na so­bie jej świ­dru­ją­cy wzrok. Wy­cho­dzę na zim­ny, stycz­nio­wy deszcz. Gdy drzwi knaj­py po­wo­li się za­my­ka­ją, sły­szę ze środ­ka echo aplau­zu, a na­wet kil­ka ci­chych gwiz­dów zwy­cię­stwa. Za­ci­skam moc­no oczy, igno­ru­ję dźwię­ki, do­pó­ki drzwi się nie za­trza­sną. Na­stęp­ne co sły­szę, to ner­wo­we trą­bie­nie tak­sów­ka­rzy, zgrzy­ta­ją­ce przy­spie­sza­nie sa­mo­cho­dów po­wietrz­nych i cią­gły syk ha­mul­ców. Gdy za­mknę po­wie­ki wy­star­cza­ją­co szczel­nie i je­dy­nie słu­cham, mogę nie­mal uda­wać, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, pra­wie uda­wać, że lu­dzie z na­prze­ciw­ka nie wle­pia­ją we mnie spoj­rzeń, tyl­ko idą da­lej.

***

We­wnątrz Elvi­sa za­wsze jest le­piej. Elvis to moja duma i ra­dość: za­byt­ko­wy Ca­dil­lac Ro­ad­ster rocz­nik ‘19, ostat­ni na­ziem­ny luk­su­so­wy sa­mo­chód. Oczy­wi­ście ka­za­łem go do­sto­so­wać, te­raz osią­ga sto pięć ki­lo­me­trów na go­dzi­nę na pu­ła­pie sześć­dzie­się­ciu me­trów, jak każ­dy inny po­jazd kla­sy luk­su­so­wej. Ma przy­ciem­nia­ne, pra­wie czar­ne szy­by; ze środ­ka wi­dzę bez pro­ble­mu, na­to­miast z ze­wnątrz wszy­scy do­strze­ga­ją je­dy­nie ciem­ne, mgli­ste od­bi­cia ich sa­mo­cho­dów i swo­je wła­sne, nor­mal­ne twa­rze.

Faj­nie jest mknąć na wy­so­ko­ści sześć­dzie­się­ciu me­trów. Przy­jem­nie być nad cię­ża­rów­ka­mi, tak­sów­ka­mi i śred­niej wiel­ko­ści sa­mo­cho­da­mi tło­czą­cy­mi się pół­to­ra me­tra po­ni­żej oraz – broń Boże, że­bym ni­g­dy wię­cej nie mu­siał tam jeź­dzić – war­cze­niem ma­łych sa­mo­cho­dów kla­sy eko­no­micz­nej, prze­py­cha­ją­cych się trzy­dzie­stu me­trów nad uli­cą. Tam jest kosz­mar. Po­dróż z Sa­cra­men­to do San Fran­ci­sco zaj­mu­je pra­wie czter­dzie­ści mi­nut. Jest o wie­le szyb­ciej, gdy stać cię na luk­su­so­wą li­cen­cję – tę samą tra­sę po­ko­nu­ję w dwa­na­ście mi­nut, je­śli tyl­ko uni­kam szczy­tu o sie­dem­na­stej, któ­ry wy­sy­pu­je wszyst­kich pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych.

Sły­szę trą­bie­nie z pra­wej. Nowy Lin­coln Town Car rocz­nik ‘42. Kie­row­ca trą­bi, ma­cha do mnie, po­ka­zu­jąc kciuk w górę. Czę­sto tak mam. Lu­dzie ko­cha­ją Elvi­sa. Bar­dzo rzad­ko moż­na zo­ba­czyć praw­dzi­we­go ro­ad­ste­ra w jed­nym ka­wał­ku, a już na pew­no nie ta­kie­go zdol­ne­go do po­dró­ży na wy­so­ko­ści. Lu­dzie, wi­dząc mój sa­mo­chód, wie­dzą, że kie­row­ca nie tyl­ko jest bo­ga­ty, ale też jest rów­nym go­ściem.

Elvis ma styl. Trą­bię i od­ma­chu­ję. Wiem, że kie­row­ca lin­col­na mnie nie wi­dzi, jed­nak miło jest na­wią­zać z kimś więź, miło zo­ba­czyć uśmiech skie­ro­wa­ny w moją stro­nę.

Dużo cza­su spę­dzam w sa­mo­cho­dzie.

Przy­sto­so­wa­nie Elvi­sa kosz­to­wa­ło for­tu­nę. Pie­nią­dze mam. W bród. Po­sta­rał się o to mój praw­nik po tym, jak uchy­lo­no wy­rok. Po­zew nie opusz­czał na­głów­ków na ca­łym świe­cie. Uży­li Wi­ru­sa Zna­ku­ją­ce­go na set­kach groź­nych prze­stęp­ców – to żad­na no­wość. To, że trwa­le zmie­ni­li pig­men­ta­cję mo­jej skó­ry, na za­wsze zna­cząc mnie jako bru­tal­ne­go prze­stęp­cę sek­su­al­ne­go, a oka­za­ło się, że je­stem nie­win­ny – to już tak. Ława przy­się­głych spoj­rza­ła na do­wo­dy – po­tem na moją twarz – i spra­wa była za­mknię­ta. Za­in­ka­so­wa­łem oko­ło 400 mi­lio­nów do­la­rów od­szko­do­wa­nia. Tak jak po­wie­dzia­łem, pie­nię­dzy mi nie bra­ku­je.

***

Nie zro­zum mnie źle. To nie jest tak, że mam coś prze­ciw­ko pro­gra­mo­wi na­zna­cza­nia prze­stęp­ców. Lu­dzie mają pra­wo wie­dzieć, czy ich są­sie­dzi albo na­wet współ­pra­cow­ni­cy zo­sta­li ska­za­ni. W szcze­gól­no­ści na tle sek­su­al­nym. Sta­ty­sty­ki po­ka­zu­ją sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­pro­cen­to­wy współ­czyn­nik re­cy­dy­wi­stów przy po­waż­nych prze­stęp­stwach sek­su­al­nych. Do cho­le­ry, lu­dzie po­win­ni wie­dzieć, kto co zro­bił. Po­win­ni mieć pra­wo do bez­pie­czeń­stwa, do ochro­ny swo­jej ro­dzi­ny, sa­mych sie­bie.

To świet­ny sys­tem. Przy­pnij go­ścia do sto­łu, na­nieś od­po­wied­ni wzór zna­ku­ją­cy i po­kryj od­kry­ty ob­szar pa­stą. Pa­sta jest po pro­stu po­żyw­ką aga­ro­wą, któ­ra za­wie­ra re­tro­wi­rus. To pro­ste, na­wet nie szczy­pie. Zaj­mu­je tyl­ko dwie go­dzi­ny. Przez ty­dzień nie wi­dać koń­co­we­go efek­tu, za to póź­niej je­steś na­pięt­no­wa­ny do koń­ca ży­cia.

Wi­rus wy­szu­ku­je che­micz­ne re­cep­to­ry w ko­mór­kach pig­men­to­wych na­skór­ka i do­da­je po­je­dyn­czą nić RNA. Od­wrot­na trans­kryp­ta­za w ko­mór­ce prze­kształ­ca RNA w DNA, któ­re sta­je się czę­ścią ge­no­mu ko­mór­ki. Za każ­dym ra­zem, gdy ko­mór­ka się dzie­li, nowe DNA znaj­du­je się we­wnątrz obu ko­mó­rek po­tom­nych. Ta nowa część DNA ko­du­je – zgad­nij – pig­men­ta­cję na­skór­ka.

Ko­lor okre­śla, co ska­za­ny zro­bił i co praw­do­po­dob­nie po­wtó­rzy. Czer­wo­ny dla prze­stęp­ców sek­su­al­nych, zie­lo­ny dla zło­dziei i oszu­stów, ja­skra­wy po­ma­rań­czo­wy dla bru­tal­nych prze­stępstw. Pasy i wzo­ry okre­śla­ją na­tu­rę zbrod­ni.

Mó­wią, że lu­dzie mają pra­wo wie­dzieć. Naj­wy­raź­niej nie mają pra­wa wie­dzieć, że je­stem nie­win­ny.

Gdy ko­mór­ki two­jej skó­ry przyj­mą nowe DNA, je­steś ozna­czo­ny. Dzia­ła to tak samo na każ­dej skó­rze: czar­nej, bia­łej, żół­tej czy brą­zo­wej. Je­śli spró­bu­jesz ją wy­ciąć, zo­sta­ną ci bli­zny – tego sa­me­go ko­lo­ru jak uszko­dzo­na skó­ra. Do­brze prze­pro­wa­dzo­ny prze­szczep skó­ry może usu­nąć ko­lor, ale prze­szcze­py skó­ry twa­rzy są bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne, na­wet naj­lep­sze po­zo­sta­wia­ją okrop­ne ła­cia­te bli­zny. A je­śli twój dok­tor spie­przy to cho­ciaż tro­szecz­kę, skoń­czysz, wy­glą­da­jąc jak mon­strum Fran­ken­ste­ina. Rów­nież chi­rur­dzy pla­stycz­ni nie mają wpra­wy, po­nie­waż zmia­na skó­ry pod­da­nej Wi­ru­so­wi Zna­ku­ją­ce­mu jest nie­le­gal­na. Nie­wie­lu za­ry­zy­ku­je li­cen­cję i praw­do­po­dob­ny po­byt w wię­zie­niu – już nie wspo­mi­na­jąc, że sami mogą skoń­czyć z zie­lo­ny­mi sym­bo­la­mi – aby zdo­być do­świad­cze­nie.

Du­ers­son do bar­wie­nia uży­ła ge­nów pła­zów. Zie­leń po­cho­dzi z rze­kot­ki zie­lo­nej, po­ma­rańcz z sa­la­man­dry, a czer­wień z drze­wo­ła­za. Z DNA pła­zów ła­two się pra­cu­je, a do tego jest ono bar­dzo wy­trzy­ma­łe jako wpro­wa­dzo­ne me­dium. Przy­naj­mniej tak czy­ta­łem. Wie­le się do­wie­dzia­łem o pro­ce­du­rze; wszyst­kie­go, co się dało. Je­śli two­ja twarz krzy­cza­ła­by pe­do­fil, też byś był oczy­ta­nym skur­wy­sy­nem.

Co­raz czę­ściej my­ślę o prze­szcze­pie skó­ry, ale chciał­bym wyjść z tego z moją sta­rą twa­rzą oraz moją sta­rą skó­rą, a nie z ze­sta­wem blizn, jak­by na­pęd nad­prze­wo­dzą­cy Elvi­sa na­wa­lił, a ja spadł­bym z wy­so­ko­ści sześć­dzie­się­ciu me­trów i wy­le­ciał przez przed­nią szy­bę. Li­czę na to, że ktoś wy­my­śli le­kar­stwo na zmia­nę pig­men­ta­cji, ale nie­ste­ty na tym fron­cie spra­wy nie wy­glą­da­ją ró­żo­wo. Jak na ra­zie je­stem je­dy­ną oso­bą, któ­ra ma pra­wo do usu­nię­cia ozna­czeń – je­den czło­wiek nie jest wart dro­gie­go pro­gra­mu R&D.

Wy­da­łem znacz­ną część mo­jej for­tu­ny, pró­bu­jąc usu­nąć te pasy. Po­my­śli­cie, że po­win­ni wy­ko­nać po­dob­ny pro­ces, stwo­rzyć wi­rus, któ­ry ode­tnie część ko­du­ją­cą ko­lor czer­wo­ny i wsta­wi nor­mal­ny od­cień. Pro­blem w tym, że Du­ers­son wzmoc­ni­ła ja­koś wsta­wio­ny frag­ment kodu ge­ne­tycz­ne­go – jak na ra­zie ni­ko­mu nie uda­ło się wy­mon­to­wać zmo­dy­fi­ko­wa­nej czę­ści DNA.

Chcę się tego po­zbyć, ale nie za­mie­rzam eks­pe­ry­men­to­wać na mo­jej twa­rzy. Wi­dzia­łem pro­gra­my po­ka­zu­ją­ce bo­ga­tych eks-ska­zań­ców, któ­rzy pró­bo­wa­li nie­spraw­dzo­nych me­tod. Skoń­czy­li, wy­glą­da­jąc jak ofia­ry trą­du sprzed se­tek lat. Wolę już być Czer­wo­nym Czło­wie­kiem, niż mieć twarz peł­ną otwar­tych, ro­pie­ją­cych, gni­ją­cych wrzo­dów. Wy­da­je mi się, że Du­ers­son nie ży­czy­ła so­bie, aby kto­kol­wiek uciekł od hań­bią­cych ozna­czeń, ich wszech­obec­ne­go ostrze­że­nia dla spo­łe­czeń­stwa.

Je­dy­ną oso­bą, któ­ra mo­gła­by wy­my­ślić le­kar­stwo, jest sama po­czci­wa pani dok­tor, ale ona mil­czy. Nie żyje. Za­bi­ła się nie­dłu­go po tym, jak Wi­rus Zna­ku­ją­cy zo­stał wpro­wa­dzo­ny do stan­dar­do­wej pro­ce­du­ry ko­dek­su kar­ne­go. Po­win­ni­ście wi­dzieć, jak wście­kła się Ame­ry­kań­ska Or­ga­ni­za­cja Praw Czło­wie­ka, gdy Sąd Naj­wyż­szy uznał pro­ces za zgod­ny z kon­sty­tu­cją.

Wi­dzisz, dok­tor Du­ers­son stra­ci­ła swo­je je­dy­ne dziec­ko, sied­mio­let­nią dziew­czyn­kę, przez zwol­nio­ne­go wa­run­ko­wo prze­stęp­cę sek­su­al­ne­go. Wy­obraź so­bie, że miesz­kał na tej sa­mej uli­cy. Nikt nie znał jego kar­to­te­ki. Wszyst­ko wy­szło na jaw do­pie­ro po gwał­cie i mor­der­stwie sied­mio­let­niej Cas­sie. Du­ers­son uda­ło się w pew­nym sen­sie ze­mścić, za­gwa­ran­to­wać, że już żad­na ro­dzi­na nie pad­nie ofia­rą ta­kie­go sa­me­go błę­du. Nie moż­na już prze­oczyć eks-ska­zań­ca, to jest pew­ne. Po­dej­rze­wam, że po tym, jak Du­ers­son do­pra­co­wa­ła Wi­rus Zna­ku­ją­cy oraz zo­ba­czy­ła jego wdro­że­nie, nie mia­ła już po co żyć. Cza­sem na­praw­dę poj­mu­ję ro­zu­mo­wa­nie, któ­re pchnę­ło ją do osta­tecz­ne­go, tak kre­atyw­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia skal­pe­la. Ostat­nio ro­zu­miem ją co­raz bar­dziej.

Co­raz bar­dziej.

Je­stem głod­ny. Na­praw­dę po­trze­bu­ję do­bre­go bur­ge­ra, tro­chę tłu­stych fry­tek i kub­ka kawy. Chcę usiąść, obej­rzeć na la­dzie naj­now­sze in­for­ma­cje o War­rior­sach. Chcę po­słu­chać, jak lu­dzie za­sta­na­wia­ją się, czy w tym stu­le­ciu Ni­ner­som uda się wy­grać mi­strzo­stwa NFL. Chcę się za­to­pić w stłu­mio­nych roz­mo­wach i ryt­micz­nym dzwo­nie­niu ta­nich sztuć­ców ude­rza­ją­cych o ta­le­rze. Chcę być nor­mal­ny. Ale, mimo że tak bar­dzo tego chcę, nie mam siły na ko­lej­ne wpa­try­wa­nie.

Wy­glą­da na to, że wró­cę do domu.

Zno­wu za­mó­wię coś z Do­mi­no.

Uwagi autora do Czer­wo­ne­go czło­wie­ka

 

Chciał­bym wam po­wie­dzieć, że Czer­wo­ny czło­wiek to so­cjo­po­li­tycz­ny ko­men­tarz do na­szej kul­tu­ry, w któ­rej nie po­tra­fi­my prze­ba­czyć prze­stęp­com, po­łą­czo­ny z po­trze­bą ochro­ny na­szych dzie­ci przed ludź­mi bio­lo­gicz­nie uwa­run­ko­wa­ny­mi to by­cia pe­do­fi­la­mi… ale wte­dy za­brzmiał­bym pre­ten­sjo­nal­nie. To może za­miast tego pój­dzie­my na piwo i po­wiem coś w sty­lu: „Sta­ry, zo­stać ska­za­nym za prze­stęp­stwo, któ­re­go się nie po­peł­ni­ło, a do tego nie móc uciec przed pięt­nem, musi być par­szy­wie, nie?”.

Cze­kaj­cie, „pięt­no” to też wy­szu­ka­ne sło­wo. A, pie­przyć to.

W 1997 roku po­sta­no­wi­łem pi­sać i koń­czyć jed­ną hi­sto­rię ty­go­dnio­wo, żeby przy­zwy­cza­ić się do for­my i na­uczyć dys­cy­pli­ny re­gu­lar­ne­go pi­sa­nia. Wy­trzy­ma­łem pięt­na­ście albo szes­na­ście ty­go­dni, nie pa­mię­tam. Czer­wo­ny czło­wiek był pierw­szym opo­wia­da­niem na­pi­sa­nym w ten spo­sób i po­zo­stał moim ulu­bio­nym.

Gdy ta hi­sto­ria po­wsta­wa­ła, trwa­ła za­żar­ta dys­ku­sja o re­je­stra­cji prze­stęp­ców sek­su­al­nych. Czy nie mamy pra­wa wie­dzieć, czy w oko­li­cy prze­by­wa dra­pież­nik? Może miesz­ka w po­bli­żu szko­ły? No tak. Ale je­do­cze­śnie, je­śli ktoś zo­stał ska­za­ny przez przy­się­głych i od­sie­dział wy­zna­czo­ną karę, to czy nie ma on pra­wa żyć swo­im ży­ciem? Do­stać szan­sę na po­now­ne sta­nie się war­to­ścio­wym człon­kiem spo­łe­czeń­stwa? No… Rów­nież tak.

Te dwa toki ro­zu­mo­wa­nia nie pa­su­ją do sie­bie jak cze­ko­la­da i ma­sło orze­cho­we. Są ze sobą sprzecz­ne. Re­jestr prze­stęp­ców sek­su­al­nych to pró­ba za­gwa­ran­to­wa­nia, że prze­szłość żad­ne­go męż­czy­zny (lub ko­bie­ty) nie zo­sta­nie za­po­mnia­na, aby uła­twić trwa­łe ozna­cze­nie, po­zwa­la­ją­ce wszyst­kim do­wie­dzieć się o ich wstręt­nych czy­nach. Czu­łem wte­dy, i na­dal czu­ję, że jest to jed­na z sy­tu­acji, w któ­rej obie stro­ny mają ra­cję. Nie ma pro­stej od­po­wie­dzi.

Opra­co­wa­nie sys­te­mu ozna­czeń było je­dy­nie roz­sze­rze­niem re­je­stru, spo­so­bem, aby zło­żo­na sy­tu­acja sta­ła się bar­dziej oso­bi­sta. Jest to rów­nież jed­no z nie­wie­lu mo­ich opo­wia­dań, w któ­rym nikt nie zo­sta­je po­strze­lo­ny, wy­sa­dzo­ny w po­wie­trze, prze­mie­nio­ny w coś nie­mi­łe­go i ni­ko­mu nie zo­sta­je zje­dzo­na pie­przo­na twarz, więc za­wsze to ja­kaś od­mia­na.

A to miłe.

Tak na mar­gi­ne­sie, Czer­wo­ny czło­wiek zo­stał od­rzu­co­ny osiem razy. Od 1997 do 2002 wy­sła­łem go do „The Ma­ga­zi­ne of Fan­ta­sy & Scien­ce Fic­tion”, „Ta­le­bo­nes”, Ta­les From the In­ter­net, „Abo­ri­gi­nal Scien­ce Fic­tion”, Al­ta­ir Pu­bli­shing, Ter­ra In­co­gni­ta, Deep Out­si­de SFFH: Scien­ce Fic­tion, Fan­ta­sy & Hor­ror, a na koń­cu do MOTA.

Zro­bi­łem z nie­go pod­cast w 2008. Wy­grał na­gro­dę Par­sec Award za naj­lep­sze opo­wia­da­nie.

WILK

W cza­sach przed czło­wie­kiem Ame­ry­ką rzą­dzi­ło jed­no zwie­rzę. Wilk. Sta­da prze­mie­rza­ły kon­ty­nent, po­lu­jąc, za­bi­ja­jąc i roz­mna­ża­jąc się. Były do­mi­nu­ją­cym ga­tun­kiem: cała wa­ta­ha mo­gła po­ko­nać każ­de­go dra­pież­ni­ka, na­wet wiel­kie­go niedź­wie­dzia griz­zly. Za­nim jed­nak wil­ki po­zna­ły śmierć cho­dzą­cą na dwóch no­gach, po­ja­wi­ło się zu­peł­nie inne za­gro­że­nie…

 

Czar­no­no­sy skra­dał się wśród drzew. Ci­cha sza­ra syl­wet­ka nik­nę­ła w krę­tych za­spach i gru­bych za­ro­ślach. Cza­sem po­kry­ta śnie­giem ro­ślin­ność ro­sła tak gę­sto, że mu­siał się przez nią prze­dzie­rać, strą­ca­jąc z pną­czy czy ga­łę­zi nie­wiel­kie bry­ły mo­krej bie­li. Nie wi­dział żad­nych ob­cych śla­dów, nie czuł ob­cych wil­ków.

Jed­nak coś zwę­szył.

Woń była zła. Bar­dzo zła.

Pysk Czar­no­no­se­go wy­krzy­wił się w mi­mo­wol­nym gry­ma­sie. Ten smród nie przy­po­mi­nał ni­cze­go. Wilk znał swąd pa­lo­ne­go drew­na – już raz wi­dział po­ma­rań­czo­we­go po­two­ra pod­czas ule­wy, gdy błysk świa­tła prze­mie­nił wy­so­kie drze­wo w drza­zgi. Znał aro­mat ży­wi­cy z po­ła­ma­nych ga­łę­zi. Znał rów­nież cięż­ki za­pach zru­szo­nej zie­mi, taki jak po ob­su­nię­ciu skał albo po­wo­dzi.

Na­to­miast tych no­wych nie znał. No­wych mar­twych za­pa­chów. No­we­go ży­we­go za­pa­chu.

No­we­go, ży­we­go za­pa­chu na te­re­nie jego sfo­ry.

Czar­no­no­sy po­dą­żał przez śnieg się­ga­ją­cy mu nie­mal pod­brzu­sza. Na otwar­tej prze­strze­ni był on zde­cy­do­wa­nie głęb­szy, tak głę­bo­ki, że tyl­ko gło­wa wil­ka wy­sta­wa­ła po­nad nie­koń­czą­ce się po­ła­cie bie­li. Tam mu­siał ska­kać, by prze­miesz­czać się do przo­du. Tu­taj, w le­sie, po­śród runa po­ru­szał się je­dy­nie z dźwię­kiem sła­be­go szep­tu wia­tru.

Nowy, żywy za­pach na te­re­nie jego sta­da.

Zbli­żał się do nie­go.

Wie­dział, że po­wi­nien za­wró­cić, po­biec po resz­tę, spro­wa­dzić Pół­py­ska. On pew­nie by tego chciał. Ale Czar­no­no­sy nie słu­chał już Pół­py­ska, nie tak jak kie­dyś. Czuł ostat­nio po­pęd. Pra­gnie­nia. Gniew. Wście­kłość na przy­wód­cę.

Za­trzy­mał się, aby po­li­zać małą ranę na le­wej przed­niej ła­pie. To Pół­pysk mu to zro­bił, gdy Czar­no­no­sy nie ustą­pił. Wcze­śniej za­wsze się wy­co­fy­wał, in­stynk­tow­nie war­czał, cho­wa­jąc się przed siłą star­sze­go wil­ka, jego okru­cień­stwem. To nie była pierw­sza rana po ich star­ciu. I na pew­no nie bę­dzie ostat­nia, Czar­no­no­sy po pro­stu nie mógł się już po­wstrzy­mać. Wal­czy­li wie­le razy. Pół­pysk za­wsze wy­gry­wał, a Czar­no­no­sy koń­czył na ple­cach, z pod­ku­lo­nym ogo­nem po­mię­dzy ła­pa­mi, od­sło­nię­tym gar­dłem, po­ko­na­ny. Pół­pysk za­wsze wy­gry­wał.

Jed­nak tym ra­zem Czar­no­no­sy nie był je­dy­nym po­ra­nio­nym. Ode­pchnął Pół­py­ska, na­pie­ra­jąc sil­ny­mi ła­pa­mi i wiel­kim, umię­śnio­nym tu­ło­wiem sze­ścio­mie­sięcz­ne­go sza­re­go wil­ka. Po­gryzł go, nad­ry­wa­jąc ucho zwie­rzę­cia. Po­sma­ko­wał jego krwi. Pół­pysk po­ru­szał się szyb­ko, tak szyb­ko, że ugryzł Czar­no­no­se­go w łapę, prze­wra­ca­jąc młod­sze­go wil­ka na grzbiet i za­ci­ska­jąc szczę­ki na gar­dle. To był ko­niec, tak po pro­stu.

Na­stęp­nie Pół­pysk wy­pę­dził go ze sta­da. Ka­pi­tu­la­cja nie wy­star­czy­ła, nie tym ra­zem, nie po tym, jak przez nie­go Pół­pysk krwa­wił. Czar­no­no­sy uciekł z pod­ku­lo­nym ogo­nem, czu­jąc zęby na swo­im boku. Wie­dział, że wciąż może wró­cić… przy­naj­mniej tym ra­zem mógł. Pew­ne­go dnia, nie­dłu­go, albo prze­pę­dzi Pół­py­ska i przej­mie wła­dzę, albo sam zo­sta­nie wy­gna­ny – na za­wsze. Czar­no­no­sy czuł nowe, wzbie­ra­ją­ce emo­cje. Nie­na­wiść. Gniew. Po­trze­bę ata­ku, po­trze­bę rzą­dze­nia.

Nowy, żywy za­pach na te­re­nie jego sta­da.

Nie po­trze­bo­wał po­mo­cy Pół­py­ska. Sam prze­pę­dzi albo za­bi­je na miej­scu i po­ży­wi się cia­łem in­tru­za.

Woń się na­si­li­ła. Nad­cho­dzi­ła zza wzgó­rza. Wark­nął, po­chy­la­jąc łeb. Za­nim zdą­żył się wspiąć, rzecz, któ­ra wy­dzie­la­ła nie­zna­ny fe­tor, do­tar­ła na szczyt pa­gór­ka.

Czar­no­no­sy po­czuł ude­rze­nie lo­do­wa­te­go stra­chu. Wy­krzy­wił be­stial­sko pysk, pod­ku­lił ogon głę­bo­ko mie­dzy ła­pa­mi, a uszy po­ło­żył po so­bie. Ni­g­dy nie wi­dział ni­cze­go ta­kie­go jak ta rzecz.

Nie wy­glą­da­ła jak je­leń, ani niedź­wiedź, ani puma, ani ptak, ani szop, ani co­kol­wiek co do tej pory wi­dział. Nie była tak duża jak griz­zly, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że była znacz­nie więk­sza od Czar­no­no­se­go.

Sta­ła na dziw­nych tyl­nych ła­pach, wrzesz­cząc wy­zy­wa­ją­co. To nie ryk, nie wy­cie, coś in­ne­go. Coś jak za­wo­dze­nie pumy albo wie­le sów skrze­czą­cych ra­zem.

Sta­ła na szczy­cie pa­gór­ka, syl­wet­ka na tle noc­ne­go nie­ba. Gdy opa­dła na czte­ry koń­czy­ny, dziw­ne łapy ro­ze­rwa­ły zie­mię, wy­ry­wa­jąc ogrom­ne ka­wał­ki po­kry­tej śnie­giem gle­by. Zie­mia drża­ła przy każ­dym kro­ku, przy każ­dym ryk­nię­ciu.

Rzecz chcia­ła go prze­go­nić.

Ale Czar­no­no­sy już nie ucie­kał. Wście­kłość go­to­wa­ła się w nim, roz­pa­lo­na po wal­ce z Pół­py­skiem, pod­sy­ca­na przez wy­zwa­nie dziw­ne­go stwo­rze­nia. Ten te­ren na­le­żał do Czar­no­no­se­go i jego sta­da – ni­ko­go in­ne­go. Po­czuł ni­skie wark­nię­cie wzbie­ra­ją­ce się w gar­dle. Jego cia­ło za­drża­ło ze zło­ści. Gnie­wu. Po­trze­by do­mi­na­cji. Wy­do­był z sie­bie ochry­płe, pro­wo­ku­ją­ce szczek­nię­cie, a na­stęp­nie za­szar­żo­wał w górę wznie­sie­nia, z ob­na­żo­ny­mi kła­mi, wy­trzesz­cza­jąc wy­zy­wa­ją­co żół­te śle­pia.

Rzecz skie­ro­wa­ła się w dół, aby sta­wić mu czo­ło.

***

Nie­wy­raź­ny nowy żywy za­pach uno­sił się w lek­kim po­ran­nym wie­trze.

Wraz z no­wym mar­twym za­pa­chem.

Była jesz­cze jed­na woń, sil­na, za­rów­no nowa jak i zna­jo­ma.

Zna­na, bo na­le­ża­ła do Czar­no­no­se­go.

Nowa, bo był to Czar­no­no­sy cuch­ną­cy śmier­cią.

Wa­ta­ha po­czła­pa­ła na szczyt wzgó­rza; spoj­rze­li w dół, we­wnątrz za­głę­bie­nia.

Le­żał tam wilk, a ra­czej to, co z nie­go zo­sta­ło.

Czer­wień krwi zna­czy­ła bia­ły śnieg. Roz­bry­zga­na, jak­by uma­za­ne nią kró­li­ki, bie­ga­jąc w pa­ni­ce, zo­sta­wi­ły czer­wo­ne, ja­skra­we śla­dy. Nad tru­chłem uno­si­ły się kru­ki, szar­pa­ły je czar­no-czar­ny­mi dzio­ba­mi i od­la­ty­wa­ły z wil­got­nym sre­brem zwi­sa­ją­ce­go mię­sa.

Cy­ka­dy gra­ły swo­ją pieśń wśród drzew. Wal­ka się skoń­czy­ła, Czar­no­no­sy nie żył, a las miał to gdzieś.

Pół­pysk wę­szył w po­wie­trzu, ba­da­jąc oko­li­cę. Śla­dy krwi były na­wet na nie­któ­rych drze­wach, się­ga­ły wy­so­ko­ści dwóch sto­ją­cych wil­ków. Wnętrz­no­ści Czar­no­no­se­go roz­wle­czo­no na boku leja, jak­by wbiegł do środ­ka, cią­gnąc je za sobą. Z le­wej tyl­nej łapy zwie­rzę­cia nie zo­sta­ło nic prócz zmiaż­dżo­ne­go krwa­we­go ochła­pu.

Pięć do­ro­słych sam­ców, trzy do­ro­słe sa­mi­ce oraz czwo­ro mło­dych, któ­re prze­ży­ły pierw­szą zimę, pa­trzy­ło na oka­le­czo­ne szcząt­ki człon­ka sta­da.

Nie­ząb za­skom­la­ła. Po­chy­li­ła łeb, utkwiw­szy wzrok w cie­le syna. Pół­pysk przyj­rzał się to­wa­rzysz­ce. Za­wsze była sil­nie zwią­za­na ze swo­im mio­tem, na­wet gdy mło­de wy­ro­sły wy­star­cza­ją­co, aby wal­czyć o do­mi­na­cję. Praw­do­po­dob­nie nie wi­dzia­ła tego, co on – sil­ne­go, zdro­we­go sam­ca ro­ze­rwa­ne­go na ka­wał­ki. Wie­dział, że do­strze­ga je­dy­nie szcze­nia­ka, któ­rym się opie­ko­wa­ła, któ­re­go uda­ło się utrzy­mać przy ży­ciu, gdy pię­cio­ro z ośmiu ma­lu­chów nie prze­ży­ło pierw­szych śnie­gów. Te­raz zo­sta­ło tyl­ko dwóch, dwa sam­ce – Gry­zą­cy Sto­pę i Smar­kacz, któ­rzy rów­nież sta­li tu, pa­trząc na szcząt­ki. Pół­pysk mi­mo­wol­nie za­sta­na­wiał się, czy któ­ryś z nich nie­dłu­go nie spró­bu­je się­gnąć po wła­dzę w sta­dzie. Ale nie oba­wiał się, nie byli na­wet w po­ło­wie tak wa­lecz­ni jak ich brat.

Co za­bi­ło Czar­no­no­se­go?

Sfo­ra nie bała się ni­cze­go, ale sa­mot­ny wilk?

To już inna hi­sto­ria. Sa­mot­ny wilk mu­siał oba­wiać się pumy. Pumy zwy­kle ucie­ka­ły, ale cza­sem puma sta­wa­ła się głod­na. Wy­star­cza­ją­co, aby za­ata­ko­wać. Tyl­ko że ona za­cią­gnę­ła­by swo­ją zdo­bycz w las, a co­kol­wiek ro­ze­rwa­ło Czar­no­no­se­go, nic nie zja­dło.

Za­bi­ło go dla sa­me­go za­bi­cia.

Pół­pysk zbiegł sa­mot­nie ze wzgó­rza. Sta­do po­zo­sta­ło w tyle.

Spło­szo­ne kru­ki za­kra­ka­ły zi­ry­to­wa­ne.

Lek­ki wiatr prze­my­kał wśród drzew, wzbu­rza­jąc fu­tro, uno­sząc w po­wie­trze bia­ły, tań­czą­cy puch znad gład­kiej po­wierzch­ni śnie­gu. Wia­ło zza na­stęp­ne­go wznie­sie­nia, wraz z bry­zą niósł się nowy żywy za­pach. Zły za­pach. Pół­pysk po­czuł, że pod­ku­la ogon, a uszy lek­ko kła­dzie po so­bie. Usły­szał za­wo­dze­nie sfo­ry – jego strach pchnął resz­tę ku gra­ni­cy pa­ni­ki. Wilk przy­sta­nął, zmu­sił się do wy­pro­sto­wa­nia ogo­na, do po­sta­wie­nia uszu. Gry­zą­cy Sto­pę i Smar­kacz byli już do­ro­śli – nie mógł so­bie po­zwo­lić na oka­za­nie sła­bo­ści. Nie byli wy­star­cza­ją­co sil­ni, aby go po­ko­nać, mo­gli je­dy­nie li­czyć na szczę­śli­we ugry­zie­nie. W koń­cu on w ten spo­sób prze­jął wła­dzę czte­ry zimy temu, kie­dy za­to­pił zęby w go­rą­cej krwi Dłu­gie­go Ogo­na.

Pół­pysk do­tarł do Czar­no­no­se­go. Krew jego syna zda­wa­ła się być wszę­dzie. Na­wet po śmier­ci woń stra­chu, albo pa­ni­ki, przy­war­ła do zwłok. Ra­zem z nie­wy­raź­nym śla­dem wy­zwa­nia. Żo­łą­dek Czar­no­no­se­go był ro­ze­rwa­ny. Po­ła­ma­ne że­bra wy­sta­wa­ły jak su­che ga­łę­zie. Wy­rwa­no jed­no oko ra­zem z więk­szo­ścią fu­tra po jed­nej stro­nie gło­wy. Śla­dy pro­wa­dzi­ły do po­ło­wy wzgó­rza, gdzie spo­ty­ka­ły się z tro­pem cze­goś in­ne­go.

Tro­pem, któ­re­go Pół­pysk do­tąd nie wi­dział.

Czar­no­no­sy pró­bo­wał ucie­kać, lecz na trzech ła­pach było to trud­ne. Bra­ku­ją­ca noga, jak za­uwa­żył Pół­pysk, le­ża­ła ka­wa­łek da­lej. Od cia­ła do koń­czy­ny pro­wa­dzi­ła wy­raź­na ścież­ka krwi. Jego syn wal­czył, prze­grał, na­stęp­nie uciekł – co­kol­wiek to było, do­go­ni­ło go, a po­tem ro­ze­rwa­ło na strzę­py.

Pół­pysk za­czął war­czeć.

Po­pa­trzył na pa­gó­rek wzdłuż śla­dów wal­ki Czar­no­no­se­go z nie­zna­nym prze­ciw­ni­kiem. Wiatr za­wiał w pysk wil­ka, a ra­zem z nim do­tar­ły do nie­go nowe za­pa­chy.

Wśród nich ta sama woń, któ­ra po­kry­wa­ła cia­ło Czar­no­no­se­go.

Za­bój­ca jego syna był nie­da­le­ko.

Pół­pysk pod­niósł łeb i za­wył do­no­śnie. To było za­wo­dze­nie bólu po stra­cie jed­ne­go z nich. To był rów­nież okrzyk bi­tew­ny.

Za nim Nie­ząb wy­da­ła z sie­bie swój wła­sny la­ment, bar­dziej bólu niż gnie­wu. Gry­zą­cy Sto­pę ze Smar­ka­czem za­wy­li peł­ni wście­kło­ści. Przy­czaj­ka i Sta­ry Bia­ły, po­zo­sta­łe dwa sam­ce, rów­nież się ode­zwa­ły – Sta­ry Bia­ły wył zmę­czo­ny, lecz roz­ju­szo­ny, Przy­czaj­ka zły tyl­ko na po­kaz.

Sa­mi­ce, Skocz­ka i Brud­no­no­sa, do­łą­czy­ły. Pół­pysk czę­sto się za­sta­na­wiał, czy one nie opusz­czą sta­da, odej­dą, aby za­ło­żyć swo­je wła­sne. Już nie mu­siał się o to mar­twić.

Do za­wo­dze­nia wa­ta­hy do­łą­czył ko­lej­ny dźwięk – brzmiał jak ran­na puma albo wie­le sów skrze­czą­cych jed­no­cze­śnie.

Dźwięk do­bie­gał zza wzgó­rza.

Pół­pysk prze­stał wyć. Po­zo­sta­li wzię­li z nie­go przy­kład. Spoj­rzał na sta­do, szczek­nął krót­ko, na­stęp­nie ru­szył na szczyt, po­dą­ża­jąc za śla­da­mi łap i krwi. Wa­ta­ha do­go­ni­ła go – je­dy­nie Brud­no­no­sa zo­sta­ła w tyle, żeby pil­no­wać szcze­niąt.

***

Wy­glą­da­ło tak dziw­nie, jak śmier­dzia­ło.

Nie­ząb za­skom­la­ła ze stra­chu. Przy­czaj­ka czła­pał ner­wo­wo to w przód, to w tył, z usza­mi po­ło­żo­ny­mi pła­sko i pod­wi­nię­tym ogo­nem. Pysk Smar­ka­cza skrzy­wił się na chwi­lę, a po­tem wilk wy­dał z sie­bie po­tęż­ne kich­nie­cie. Ob­li­zał się raz, sta­nął wy­pro­sto­wa­ny, sztyw­ny tak jak jego brat, Gry­zą­cy Sto­pę, oraz jego dzia­dek, Sta­ry Bia­ły. Skocz­ka tyl­ko war­cza­ła ni­sko, nie­na­wist­nie.

Pół­pysk trzy­mał swój ogon pro­sto, ale mu­siał się moc­no na tym sku­pić.

Ni­g­dy jesz­cze cze­goś ta­kie­go nie wi­dział.

Spa­lo­ne, po­ła­ma­ne i roz­bi­te drze­wa le­ża­ły wzdłuż dłu­giej ścież­ki, sze­ro­kiej jak rze­ka. Tam gdzie kie­dyś ro­sły, roz­po­ście­ra­ła się wiel­ka, głę­bo­ka szra­ma zie­mi, skał i sczer­nia­łe­go drew­na. W słoń­cu coś mi­go­ta­ło, błysz­czą­ce jak ka­wał­ki lodu, tyl­ko sza­re jak fu­tro wil­ka. Ogrom­ny odła­mek, wiel­ki jak klif, wy­sta­wał z grun­tu, a przed nim pię­trzy­ło się wy­pchnię­te nowe wznie­sie­nie gle­by, śnie­gu, skał i drzew.

Wilk nie wi­dział żad­ne­go ognia, je­dy­nie czuł uno­szą­cy się w po­wie­trzu cięż­ki fe­tor pa­lo­ne­go drew­na. Przy­po­mi­nał mu ten po­twor­ny po­żar, któ­re­go do­świad­czył pierw­sze­go lata, gdy po­ma­rań­czo­wy po­twór na­zna­czył jego fu­tro, a zwie­rzę­ta ucie­ka­ły nie­sio­ne fa­la­mi pa­ni­ki. Swąd spa­le­ni­zny niósł strach, ale woń była sła­ba, sta­ra. Po­ma­rań­czo­wy po­twór ra­czej nie nad­cho­dził.

Za to po­ja­wił się nowy.

Zo­ba­czył ich. Za­skrze­czał wy­zy­wa­ją­co.

Miał łysą skó­rę ko­lo­ru mo­dro­sój­ki błę­kit­nej i był ogrom­ny, pra­wie jak niedź­wiedź. Czar­no­no­sy mu­siał być sza­lo­ny, żeby za­ata­ko­wać coś tak du­że­go. Na łbie znaj­do­wa­ło się czwo­ro czar­nych oczu, ale bra­ko­wa­ło py­ska. Gło­wa po­ru­sza­ła się na dłu­giej szyi, jak u węża, gru­bej jak kło­da. Na niej znaj­do­wał się dziw­ny, po­ru­sza­ją­cy się prą­żek, jak pier­ście­nie, któ­re się roz­cho­dzą, gdy sta­nie się na nie­ru­cho­mą wodę. Ten prą­żek, ta ob­ręcz, wi­sia­ła swo­bod­nie, jak­by stwo­rze­nie prze­ło­ży­ło przez nią gło­wę, a po­tem już ni­g­dy nie mo­gło jej zdjąć. Coś na ob­rę­czy rzu­ca­ło roz­my­te re­flek­sy słoń­ca, wy­da­wa­ło rów­nież ci­che od­gło­sy przy­po­mi­na­ją­ce dzwo­nie­nie so­pli spa­da­ją­cych z drzew na wio­snę.

Stwo­rze­nie ryk­nę­ło. Pół­pysk zo­ba­czył w koń­cu pasz­czę peł­ną krót­kich, za­krzy­wio­nych, czar­nych zę­bów – tkwi­ła ni­żej w tu­ło­wiu, po­mię­dzy dwie­ma dłu­gi­mi przed­ni­mi ła­pa­mi.

Moc­ne tyl­ne koń­czy­ny, tak duże jak u niedź­wie­dzia, utrzy­my­wa­ły obłe cia­ło. Sta­ło na tyl­nych ła­pach. Zro­bi­ło dwa kro­ki w kie­run­ku wa­ta­hy.

Przy­czaj­ka za­czął się co­fać z pod­wi­nię­tym ogo­nem. Pół­pysk pod­biegł do nie­go, ata­ku­jąc gło­wę. Przy­czaj­ka upadł na grzbiet, z ła­pa­mi w gó­rze i pod­wi­nię­tym ogo­nem, lecz to nie za­trzy­ma­ło na­past­ni­ka. Ugryzł wil­ka w pod­brzu­sze. Przy­czaj­ka za­skom­lał i kłap­nął zę­ba­mi. Po­łpysk z ła­two­ścią unik­nął nie­udol­nej obro­ny i za­ata­ko­wał po­now­nie, tym ra­zem gry­ząc w ucho. Przy­czaj­ka ze­rwał się i z opusz­czo­nym łbem, zna­cząc mo­czem swo­ja tra­sę, po­biegł scho­wać się za po­zo­sta­łe wil­ki.

W po­rząd­ku, mógł się cho­wać za in­ny­mi, tak dłu­go jak był z nimi. Ta rzecz znaj­do­wa­ła się na te­re­nie sta­da. Mu­sia­ła umrzeć. Pół­pysk wie­dział, że bę­dzie po­trze­bo­wał każ­de­go człon­ka wa­ta­hy, żeby to za­bić.

***

Sfo­ra sta­ła na szczy­cie wznie­sie­nia; wyła. Wil­ki war­cza­ły. Szcze­ka­ły. Fu­tro na ich grzbie­tach je­ży­ło się gę­sty­mi pa­sma­mi. Na­pu­sza­ły tu­ło­wie, zru­sza­ły zie­mię ła­pa­mi. Zbie­gły do po­ło­wy, na­stęp­nie wró­ci­ły.

Wszyst­kie te zna­ki ostrze­gaw­cze mia­ły prze­ka­zać nie­bie­skiej rze­czy, aby opu­ści­ła ich te­ry­to­rium.

Ale ona się nie ru­szy­ła.

Sta­ła przez kli­fem z sza­re­go lodu. Nie odej­dzie. Za­ry­cza­ła na nich, grze­biąc ła­pa­mi, wy­ko­pu­jąc ka­wał­ki gle­by, sy­gna­li­zu­jąc swo­je wła­sne wy­zwa­nie. Chcia­ła ich prze­stra­szyć, prze­go­nić.

Nie mia­ła szans, oni nie odej­dą.

To był ich te­ren. Nie po­zwo­lą na to.

Pół­pysk prze­stał war­czeć. Po­zo­sta­li rów­nież. Chciał, żeby ta rzecz ode­szła po do­bro­ci, a tak się nie sta­ło. Dał jej szan­sę. Na­de­szła ko­lej na siłę, na be­stial­stwo.

***

Wa­ta­ha po­gna­ła ze wzgó­rza. Sie­dem sil­nych syl­we­tek wzbu­rza­ło śnieg. Gło­wy ni­sko, uszy po­ło­żo­ne, oczy utkwio­ne w celu. Pę­dzi­li do przo­du. Pół­pysk pro­wa­dził ich w stro­nę wro­ga.

Rzecz bie­gła im na spo­tka­nie. Zie­mia drża­ła z każ­dym jej kro­kiem, jak­by prze­wra­cał się ran­ny łoś. Z czar­nych zę­bów w tu­ło­wiu spły­wa­ła żół­ta śli­na. Wę­żo­wa szy­ja utrzy­my­wa­ła gło­wę w tyle.

Ro­bi­li to set­ki razy, po­ko­nu­jąc je­le­nie, ło­sie, ota­cza­jąc pumy, na­wet od­ga­nia­jąc do­ro­słe­go niedź­wie­dzia. Pół­pysk po­śli­zgiem za­trzy­mał się przed stwo­rze­niem, szcze­kał za­ja­dle w cza­sie, gdy po­zo­sta­li ci­cho za­my­ka­li pier­ścień wo­kół. Rzecz na­gle sta­nę­ła na tyl­nych koń­czy­nach, przed­ni­mi ła­pa­mi pró­bu­jąc wcią­gnąć Pół­py­ska do zę­ba­tej pasz­czy. Wilk usko­czył, lecz pa­zu­rza­sta nie­bie­ska łapa zdą­ży­ła za­orać dłu­gą szra­mę wzdłuż jego bar­ku. Prze­le­ciał w po­wie­trzu, upa­da­jąc nie­zdar­nie, bru­nat­na krew zbru­ka­ła bia­ły śnieg.

Sta­ry Bia­ły na­tych­miast za­jął miej­sce na prze­dzie, szcze­ka­jąc, kła­piąc szczę­ka­mi sta­rał się za­jąć uwa­gę rze­czy. Za­ata­ko­wa­ła po­now­nie – pod­sta­rza­ły wilk nie był tak szyb­ki jak Pół­pysk. Dwa nie­bie­skie szpo­ny po­chwy­ci­ły go bru­tal­nie, cią­gnąc w kie­run­ku czar­nych sie­ka­ją­cych zę­bów.

Ugry­zie­nie było moc­ne. Je­den po­twor­ny sko­wyt, po­tem ci­sza.

Skocz­ka wy­bi­ła się w po­wie­trze, jej lśnią­ce, bia­łe kły głę­bo­ko za­to­pi­ły się w dłu­giej szyi rze­czy. Wy­ko­ny­wa­ła ten ma­newr czę­ściej, niż była w sta­nie pa­mię­tać, uży­wa­ła swo­je­go cię­ża­ru, aby prze­wró­cić je­le­nia, aby po­zo­sta­li mo­gli się zbli­żyć i za­dać śmier­tel­ne ugry­zie­nie. Już w cza­sie jej sko­ku Gry­zą­cy Sto­pę ra­zem ze Smar­ka­czem ata­ko­wa­li tyl­ne łapy in­tru­za, wil­got­ne zęby cię­ły w tań­cu śmier­ci.

Rzecz za­ry­cza­ła w pa­ni­ce. Ruch Skocz­ki dzia­łał tak nie­za­wod­nie, po­nie­waż je­leń nie mógł jej się­gnąć ani zła­pać. Ale to nie był je­leń. Łapy po­two­ra bły­ska­wicz­nie ją po­chwy­ci­ły, od­ry­wa­jąc od swo­jej szyi, jej za­ci­śnię­ta szczę­ka wy­rwa­ła ogrom­ny, bro­czą­cy zie­lo­ną krwią ka­wa­łek cia­ła. Jed­na nie­bie­ska łapa trzy­ma­ła Skocz­kę za bar­ki, a dru­ga owi­nę­ła się wo­kół, chwy­ta­jąc pod szczę­ką.

Ode­rwa­na gło­wa wil­czy­cy po­szy­bo­wa­ła w po­wie­trzu.

Prze­ciw­nik nie­spo­dzie­wa­nie się ob­ró­cił, pró­bu­jąc od­go­nić Gry­zą­ce­go Sto­pę i Smar­ka­cza – umy­ka­li bły­ska­wicz­nie w swo­ich mło­dych, szyb­kich cia­łach. Się­gnął po Gry­zą­ce­go Sto­pę, któ­ry z ła­two­ścią usko­czył, war­cząc wy­zy­wa­ją­co.

Nie­ząb i Przy­czaj­ka po­no­wi­li atak na po­ra­nio­ne tyl­ne koń­czy­ny stwo­rze­nia. Zno­wu się ob­ró­ci­ło, tym ra­zem szyb­ciej. Przy­czaj­ka zdą­żył je­dy­nie kłap­nąć zę­ba­mi. Jak za­wsze był go­to­wy do uciecz­ki – z ła­two­ścią unik­nął po­kry­tych krwią nie­bie­skich szpo­nów.

Nie­ząb zo­sta­ła, by spró­bo­wać szczę­ścia jesz­cze raz, jej szczę­ki ode­rwa­ły ka­wa­łek cia­ła, nie była jed­nak wy­star­cza­ją­co szyb­ka. Gdy pró­bo­wa­ła od­biec, do­się­gły ją pa­zu­rza­ste łapy.

Sil­ne szczę­ki Pół­py­ska za­ci­snę­ły się na jed­nej z łap po­two­ra. Zęby za­to­pi­ły się w gru­bej, nie­bie­skiej skó­rze, łu­piąc ko­ści, któ­re wy­da­wa­ły się sztyw­ne i jed­no­cze­śnie gięt­kie. Rzecz pró­bo­wa­ła się wy­rwać. Pół­pysk cią­gnął ze wszyst­kich sił, szar­piąc łbem to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, aby zwięk­szyć ob­ra­że­nia. Zie­lo­na krew obry­zga­ła mu gło­wę i tu­łów. Wol­na łapa stwo­rze­nia cof­nę­ła się, aby za­dać cios, ale Gry­zą­cy Sto­pę ze Smar­ka­czem za­to­pi­li w niej swo­je kły, za­nim zdą­ży­ła ude­rzyć.

Be­stia bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­ła się wy­rwać. Do­ro­sły wilk waży po­nad dzie­więć­dzie­siąt kilo – przy ca­łej swo­jej wiel­ko­ści i mor­der­czej szyb­ko­ści, rzecz nie mia­ła siły się uwol­nić.

Nie­ząb rzu­ci­ła się, wście­kle gry­ząc brzuch stwo­rze­nia. Przy­czaj­ka do­łą­czył do ata­ku. Pół­pysk ra­zem z sy­na­mi moc­no trzy­ma­li be­stię. Rzecz ry­cza­ła w wy­so­kich to­nach bólu, gdy Nie­ząb i Przy­czaj­ka za­głę­bia­li się w jej brzu­chu, wy­ry­wa­jąc ka­wa­łek po ka­wał­ku. Zie­lo­na krew wy­le­wa­ła się, pla­miąc śnieg.

Stwo­rze­nie za­mar­ło, na­stęp­nie cięż­ko upa­dło na jed­ną stro­nę.

Pół­pysk zwol­nił uścisk na uba­bra­nej zie­le­nią nie­bie­skiej ła­pie, prych­nął, a na­stęp­nie pod­biegł do czwo­ro­ocz­nej gło­wy. Za­ata­ko­wał, za­ci­ska­jąc na niej swo­ją po­tęż­ną szczę­kę. Szar­pał gło­wą w tę i z po­wro­tem, aż po­czuł, że coś zmiaż­dżył, że coś w środ­ku ustą­pi­ło.

Rzecz le­ża­ła bez ru­chu.

Pół­pysk da­lej cią­gnął i nisz­czył. Gry­zą­cy Sto­pę wark­nął, ugryzł dłu­gą szy­ję – dwa wil­ki cią­gnę­ły i tar­ga­ły, szar­piąc w prze­ciw­ne stro­ny, za­pie­ra­jąc się do tyłu ca­łym swo­im cię­ża­rem.

Gło­wa ode­rwa­ła się; jesz­cze wię­cej śmier­dzą­cej, zie­lo­nej krwi obry­zga­ło fu­tro Pół­py­ska.

Od­rzu­cił zdo­bycz. Sma­ko­wa­ła okrop­nie.

Za­wył, dłu­go i gniew­nie, wy­zy­wa­ją­co. To było ich te­ry­to­rium.

Ci, któ­rzy prze­ży­li, do­łą­czy­li do nie­go. Oca­la­li po­wą­cha­li Sta­re­go Bia­łe­go. Umarł szla­chet­ną śmier­cią, wal­cząc dla wa­ta­hy. Tak samo Skocz­ka. Nie­ząb po­de­szła do Pół­py­ska, za­czę­ła li­zać jego rany na bar­ku, chro­po­wa­ty ję­zyk ście­rał za­rów­no czer­wo­ną, jak i zie­lo­ną krew. Pół­pysk czuł się sła­by. A po­tem zo­ba­czył Gry­zą­ce­go Sto­pę pa­trzą­ce­go na nie­go, z gło­wą ni­sko, usza­mi po­ło­żo­ny­mi.

Czy Gry­zą­cy Sto­pę za­mie­rzał go wy­zwać? Osła­bio­ny bi­twą Pół­pysk nie wie­dział, czy da radę się obro­nić przed sil­nym sy­nem. Na­dal jed­nak znał kil­ka sztu­czek, więc nie za­mie­rzał od­dać wła­dzy.

Gry­zą­cy Sto­pę pa­trzył przed sie­bie; gło­wa ni­sko, cia­ło ema­nu­ją­ce agre­sją.

Ha­łas prze­stra­szył ich wszyst­kich. Dźwięk do­cho­dził z bry­ły sza­re­go lodu. Wil­ki się roz­bie­gły, a gdy zwol­ni­ły i za­trzy­ma­ły się, spoj­rza­ły za sie­bie.

Pół­pysk ru­szył do przo­du; gło­wa po­chy­lo­na, uszy z tyłu. Gry­zą­cy Sto­pę z Przy­czaj­ką po­dą­ży­li za nim. Szli w kie­run­ku kry­sta­licz­ne­go kli­fu.

Były tam pęk­nię­cia.

Z jed­ne­go z nich wy­do­by­wał się dźwięk.

Pół­pysk zo­ba­czył, że coś się tam ru­sza. Coś du­że­go. Więk­sze­go od stwo­rze­nia, któ­re wła­śnie za­bi­li.

Ko­lej­ny po­twór? Na­wet je­śli, to był na ich te­ry­to­rium.

Po­łpysk trzy­mał się bli­sko zie­mi, pod­kra­da­jąc się do rysy, jego oczy przy­sto­so­wa­ły się ze świa­tła dnia do mro­ku cie­ni.

Stwo­rze­nie. Więk­sze niż po­przed­nie. Sta­ło na swo­ich tyl­nych no­gach, jak cza­sem niedź­wiedź albo po­twór, któ­re­go wła­śnie za­bi­li. Z tym, że to nie opa­da­ło na przed­nie. Wy­glą­da­ło, jak­by mo­gło na tych tyl­nych ła­pach stać wiecz­nie.

Nie ru­sza­ło się, po­mi­ja­jąc dresz­cze stra­chu. Pół­pysk ni­g­dy nie wi­dział ta­kie­go fu­tra ani skó­ry – mia­ła inny ko­lor, była luź­na, jak­by nie na­le­ża­ła do stwo­rze­nia, tyl­ko wi­sia­ła na nim, jak su­chy liść leży na zie­mi, ale nie jest czę­ścią zie­mi.

Pół­pysk zo­ba­czył, że jed­na z koń­czyn była po­kry­ta czymś bia­łym. Bia­łym z wie­lo­ma mo­kry­mi kro­pla­mi zie­le­ni. Zie­le­ni jak krew po­two­ra, któ­re­go wła­śnie za­bi­li.

Nowe stwo­rze­nie było ran­ne.

I się bało.

Po­win­no się bać. To był te­ren sta­da.

Po­łpysk za­war­czał i po­biegł do przo­du. Sy­no­wie po­dą­ży­li za nim.

Nowy wróg krzyk­nął, ale krzyk nie był dłu­gi.

Wy­zy­wa­ją­ce wy­cie od­bi­ja­ło się echem.

Uwagi autora do Wil­ka

 

Ukoń­czy­łem tę hi­sto­rię w li­sto­pa­dzie 2002 roku. Głów­nie za­in­spi­ro­wa­łem się ar­ty­ku­łem o do­mi­na­cji wil­ków w Ame­ry­ce Pół­noc­nej przez ty­siąc­le­cia. W dzie­ciń­stwie nie­zmier­nie wpły­nę­ła na mnie twór­czość Jac­ka Lon­do­na. Prze­czy­ta­łem Whi­te Fang (Bia­ły kieł) wię­cej razy niż pa­mię­tam, A Dog Na­med Wolf3 i Call of The Wild (Zew krwi) co naj­mniej pięć. Sea Wolf (Wilk mor­ski) cał­ko­wi­cie zmie­nił moje ży­cie, ale to hi­sto­ria na inną oka­zję.

Je­stem pew­ny, że wła­śnie wpływ Lon­do­na po­pchnął mnie do wy­bra­nia zwie­rząt na mo­ich pro­ta­go­ni­stów. Za­nim lu­dzie przy­bi­li na ten kon­ty­nent, wil­ki sta­no­wi­ły prze­ra­ża­ją­cą siłę na ca­łym ob­sza­rze (i nie, przez „przy­by­cie czło­wie­ka” nie mam na my­śli Eu­ro­pej­czy­ków, ta hi­sto­ria dzie­je się znacz­nie wcze­śniej niż emi­gra­cja lu­dzi przez Cie­śni­nę Be­rin­ga, tych sa­mych lu­dzi, któ­rzy po­tem sta­li się ple­mio­na­mi rdzen­nych Ame­ry­ka­nów). Wil­ki były do­mi­nu­ją­cy­mi, stad­ny­mi my­śli­wy­mi, były zwie­rzę­ta­mi spo­łecz­ny­mi i praw­do­po­dob­nie naj­in­te­li­gent­niej­szy­mi w ca­łym eko­sys­te­mie. Za­sta­na­wia­łem się, co by się sta­ło, gdy­by taki do­mi­nu­ją­cy ga­tu­nek skon­fron­to­wać z czymś cał­ko­wi­cie dla nich ob­cym.

Jaki wy­nik? Jack Lon­don za­bie­ra H.G. Wel­l­sa na whi­skey, a o pią­tej rano kle­cą opo­wieść z dresz­czy­kiem o te­ry­to­ria­li­zmie i prze­trwa­niu. Po­tem Jack wali H.G po py­sku, bo Jack tak za­wsze koń­czy wie­czór.

TAJFUN W IOWA

Część pierwsza

 

Pa­mię­tam, jak śmia­łem się, kie­dy Bob­by po­wie­dział to po raz pierw­szy.

Bob­by to mój brat. Miesz­kam z jego ro­dzi­ną na Sul­li­van Stre­et. Po­wi­nie­nem na­zy­wać go Bob, tak woli, ale dla mnie za­wsze bę­dzie Bob­bym.

Brzmiał, jak­by żar­to­wał. To zna­czy, czy ktoś kie­dy­kol­wiek sły­szał o taj­fu­nie w Iowa? Ab­surd, czyż nie? Ale tak po­wie­dział, pa­mię­tam, cho­ciaż mgli­ście. Wy­da­je mi się, że im dłu­żej tu prze­by­wam, tym bar­dziej za­po­mi­nam o Prze­szło­ści – i co­raz bar­dziej chcę tu zo­stać. Po­dej­rze­wam, że ta dru­ga część – ta o zo­sta­niu, zna­czy się – to już pew­ne. Za bar­dzo mi się tu po­do­ba.

Fen­der’s Po­in­te to te­raz mój dom. Tak, mogę go tak na­zy­wać – mój dom. Nie wy­obra­żam so­bie ży­cia gdzie in­dziej. Ow­szem, cza­sem tę­sk­nię za Bo­sto­nem, ale ostat­nio co­raz sła­biej. Wła­ści­wie to nie wiem, czy prze­sta­łem za nim tę­sk­nić, czy ra­czej za­cie­ra­ją się wspo­mnie­nia o rze­czach, któ­rych mi bra­ku­je. Czy to ma sens? Nie wiem, ale nie ucie­kaj, to jest cie­ka­wa hi­sto­ria. Gu­bię fak­ty na po­tę­gę, rze­czy z Prze­szło­ści, za­nim jesz­cze za­miesz­ka­łem w Fen­der’s Po­in­te. Prze­pra­szam, mu­szę tak pa­plać, żeby to z sie­bie wy­rzu­cić. Z dru­giej stro­ny wy, re­por­te­rzy, uwiel­bia­cie słu­chać ta­kiej ga­da­ni­ny, praw­da? Mó­wisz, że je­steś z „Bo­ston Glo­be”? Przy­jem­nie zo­ba­czyć twarz z Be­an­town, cho­ciaż praw­dę mó­wiąc nie ko­ja­rzę już żad­nych zna­jo­mych twa­rzy z cza­sów, kie­dy tam miesz­ka­łem.

Po­my­ślisz, że mi to prze­szka­dza, za­po­mi­na­nie o wszyst­kim z Prze­szło­ści, ale nie. Przy­naj­mniej nie bar­dzo. Nie tak jak kie­dyś. „Za­czy­nasz tu nowe ży­cie, Ke­vi­nie”, tak mi po­wie­dzie­li. Nowe ży­cie. I wiesz co? Mie­li ra­cję. Wła­śnie do­sta­łem pra­cę w Ha­rvey’s Har­dwa­re. Młod­szy syn sta­re­go Ha­rvey’a, Ja­cob, tak mi się wy­da­je, miał wy­pa­dek pod­czas ostat­nie­go taj­fu­nu. Bra­ku­je go nam, ale chło­pa­ka już nie ma, a jest pra­ca do zro­bie­nia. Wiesz, wy­pad­ki się zda­rza­ją, zwłasz­cza w cza­sie Pory Desz­czo­wej.

Te­raz pew­nie po­my­ślisz, że za­peł­nia­nie pó­łek w skle­pie z na­rzę­dzia­mi jest nud­ne w po­rów­na­niu z pra­cą pro­fe­so­ra an­tro­po­lo­gii w Bo­ston Col­le­ge. Nie jest. Wiem, że cięż­ko w to uwie­rzyć, ale lu­bię swo­je nowe za­ję­cie. Wła­ści­wie bar­dziej niż po­przed­nie. Ce­ni­łem swój sta­no­wi­sko, ale to wy­da­je się tak daw­no temu, że już nie wiem, o co było tyle krzy­ku. Te­raz jest le­piej – pro­ściej. Je­stem tu szczę­śliw­szy. Moja żona, Mar­tha, też by była, gdy­by nie ode­szła, ale wiesz…

Wy­pad­ki się zda­rza­ją.

Tak jak mó­wi­łem, te­raz miesz­kam z Bob­bym w sta­rym po­ko­ju jego cór­ki, Vic­ky. Ja­sne, ta­pe­ta w klau­ny może być lek­ko de­ner­wu­ją­ca, ale, na mi­łość bo­ską, ten po­kój na­le­żał do dziec­ka, więc mi to nie prze­szka­dza. „Po­kój jest wol­ny”, po­wie­dział Bob­by, więc cze­mu miał­bym nie zo­stać na ja­kiś czas? No to zo­sta­łem. I nie sły­sza­łem na­wet pi­śnię­cia z Bo­sto­nu, do­pó­ki ty się nie zja­wi­łeś. Nie wiem, cze­mu prze­by­łeś taki ka­wal dro­gi, żeby po­roz­ma­wiać ze zwy­kłym pra­cow­ni­kiem skle­pu z na­rzę­dzia­mi. Jak wspo­mnia­łem, od daw­na na­zy­wam młod­sze­go bra­ta Bob­bym. Nie wiem, od ilu ty­go­dni czy mie­się­cy. Te sło­wa już nie­wie­le dla mnie zna­czą. Tu­taj mie­rzy­my czas w Po­rach Desz­czo­wych i Po­rach Su­chych. Ci, któ­rzy nie są stąd, tro­chę się gu­bią, ale miesz­kań­cy Fen­der’s Po­in­te wie­dzą, o co cho­dzi.

Mniej­sza z tym, za­dzwo­ni­łem do bra­ta i po­wie­dzia­łem, że chciał­bym go od­wie­dzić. Nie wi­dzia­łem go od lat, od po­grze­bu ojca. Wi­dzisz, to nie na­sza wina. Ko­cha­my się, lecz od­le­głość i inne za­ję­cia unie­moż­li­wia­ją spo­tka­nie. Bob­by pra­cu­je w ma­łym woj­sko­wym cen­trum ba­daw­czym w Fen­der’s Po­in­te (co po­win­no być ta­jem­ni­cą, ale i tak każ­dy o tym wie), a ja za­wsze by­łem za­ję­ty uczel­nią. Przez ostat­nie dzie­sięć lat wy­by­wa­łem na ko­lej­ne wy­ko­pa­li­ska, jak tyl­ko koń­czył się se­mestr. Nie pa­mię­tam gdzie, zwy­kle było tam nie­ziem­sko go­rą­co, z mnó­stwem pia­sku do­oko­ła. Tu jest znacz­nie przy­jem­niej, kli­mat wy­da­je się do cie­bie do­pa­so­wy­wać – oczy­wi­ście tak dłu­go, jak uni­kasz desz­czu, ale to tyl­ko sta­ry, do­bry, środ­ko­wo­za­chod­ni roz­są­dek.

Tego lata nie mia­łem za­pla­no­wa­nej pra­cy. Przy­po­mi­nam so­bie coś o od­cię­ciu do­fi­nan­so­wa­nia, jed­nak szcze­gó­ły są nie­ja­sne. Wiesz, to już Prze­szłość. Zu­peł­nie spon­ta­nicz­nie za­dzwo­ni­łem do Bob­by'ego i spy­ta­łem, czy chciał­by, że­by­śmy z Mar­thą przy­je­cha­li z wi­zy­tą.

– Przy­je­cha­li z wi­zy­tą? – za­py­tał Bob­by.

– Tak – po­twier­dzi­łem. – Nie wi­dzie­li­śmy cię od lat. Chcę zo­ba­czyć mo­je­go bra­cisz­ka Bob­by'ego i jego dzie­ci.

– Na­zy­waj mnie Bob – po­wie­dział od­ru­cho­wo, a ja jak za­wsze go zi­gno­ro­wa­łem. – Z ra­do­ścią was ugo­ści­my. Su­san z dzieć­mi się ucie­szą.

Po­tem po­wie­dział coś, cze­go ni­g­dy nie za­po­mnę. To mnie roz­ba­wi­ło, to, co już ci wcze­śniej mó­wi­łem; wiesz, to z cze­go się śmia­łem? Po­wi­nie­nem być mą­drzej­szy – Bob­by ni­g­dy nie miał zbyt du­że­go po­czu­cia hu­mo­ru, na­wet gdy by­li­śmy dzieć­mi.

– Cze­mu chce­cie przy­je­chać te­raz? – za­py­tał. – Je­ste­śmy w sa­mym środ­ku se­zo­nu taj­fu­nów.

Uzna­łem to za świet­ny żart, tak jak mó­wi­łem, i nic so­bie o tym nie po­my­śla­łem.

– Taj­fun sraj­fun – od­po­wie­dzia­łem, stwier­dza­jąc tym sa­mym, że wy­jeż­dża­my. Pa­mię­tam jesz­cze jed­ną rzecz, o któ­rej wspo­mniał. Po­win­no to wzbu­dzić moje za­nie­po­ko­je­nie, ale nie za­ła­pa­łem. Nie­wie­lu lu­dzi spo­za Fen­der’s Po­in­te wie­dzia­ło­by, o co cho­dzi.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział. – Ale to twój po­grzeb.

 

Część druga

 

Po­mi­nę więk­szą część po­dró­ży. Nie ma o czym ga­dać. Zwie­dzi­li­śmy po dro­dze, co się dało. Za­baw­ne, że przez te wszyst­kie lata, w któ­rych nie wy­ściu­bia­łem nosa z pia­chu, ni­g­dy nie przy­szło mi do gło­wy, żeby za­in­te­re­so­wać się Ame­ry­ką. To przy­jem­ne miej­sce, jak już wy­do­sta­niesz się z wiel­ko­miej­skiej stre­fy. Dość fa­scy­nu­ją­ce. Zgo­dzi­li­śmy się z Mar­thą, że je­cha­ło nam się tu­taj wspa­nia­le. Mó­wi­łem już, że wi­dzie­li­śmy naj­więk­szą na świe­cie kulę z fo­lii alu­mi­nio­wej? Całą dro­gę po­ko­na­li­śmy sa­mo­cho­dem, za­trzy­mu­jąc się tak czę­sto, jak tyl­ko chcie­li­śmy, cza­sem je­dy­nie żeby się przejść, po­zbie­rać kwia­ty, in­nym ra­zem, aby usiąść w cie­niu drze­wa i po­trzy­mać się za ręce. To była przy­jem­na wy­ciecz­ka. Nie ro­bi­li­śmy cze­goś ta­kie­go od bar­dzo daw­na. Wpraw­dzie nie pa­mię­tam wie­lu szcze­gó­łów z tej wy­pra­wy, ale wiem, że Mar­tha jak za­wsze wy­glą­da­ła pięk­nie w let­nim słoń­cu.

Cho­ciaż tak na­praw­dę nie wie­dzie­li­śmy, czym jest pięk­no, do­pó­ki nie do­tar­li­śmy do Fen­der’s Po­in­te. Pta­ki ćwier­ka­ły na drze­wach. Małe, czy­ste chmur­ki ozda­bia­ły nie­ska­zi­tel­nie przej­rzy­ste błę­kit­ne nie­bo. Drze­wa eks­plo­do­wa­ły bursz­ty­no­wym bla­skiem wcze­sne­go lata. Wi­dok był ab­so­lut­nie osza­ła­mia­ją­cy, tęt­nią­cy ży­ciem, pe­łen uro­ku. Bar­dziej jak ob­raz z książ­ki niż praw­dzi­we mia­stecz­ko. Wiem, mój opis brzmi tro­chę pre­ten­sjo­nal­nie, ale po­patrz tyl­ko na to miej­sce! Z każ­de­go wy­do­bę­dzie po­etę.

A lu­dzie! O rany, są tacy mili. Mó­wi­my tu­taj, że to lu­dzie spra­wia­ją, że Fen­der’s Po­in­te to ta­kie wspa­nia­łe miej­sce (oczy­wi­ście wie­my, że to nie­praw­da, ale tak wy­pa­da).

Tyl­ko się ro­zej­rzyj. Nie mu­szę ci opo­wia­dać, jak jest pięk­nie, praw­da? Nie, kie­dy wi­dzisz to na wła­sne oczy. Aż dech za­pie­ra. Nie wi­dzie­li­śmy ma­łe­go ame­ry­kań­skie­go mia­sta od… chy­ba kil­ku de­kad. Zresz­tą, nie mie­li­śmy na­wet sa­mo­cho­du, gdy miesz­ka­li­śmy… ee… w Bo­sto­nie. Wy­ma­wia­łem sło­wo sa­mo­chód ina­czej, ale no­so­we gło­ski ze Środ­ko­we­go Za­cho­du są tak za­raź­li­we, że stra­ci­łem swój ak­cent.

Na­wet nie mia­łem auta, uwie­rzysz? Wy­po­ży­czy­li­śmy jed­no, żeby tu przy­je­chać. Za­wsze, gdy chcie­li­śmy się gdzieś do­stać w Bo­sto­nie, bra­li­śmy tak­sów­kę. Am­trak za­brał nas na lot­ni­sko. W ogó­le nie po­trze­bo­wa­li­śmy sa­mo­cho­du. Mó­wię ci, na­wet nie wie­dzie­li­śmy, z cze­go re­zy­gnu­je­my. Mar­cie się tu po­do­ba­ło. Bra­ku­je mi jej, ale wspo­mnie­nia za­ni­ka­ją i pew­ne­go dnia nie będę już czuł żad­ne­go bólu. By­ło­by miło.

Tra­fi­li­śmy do domu mo­je­go bra­ta – jego dzie­ci, jak one wy­ro­sły! Bob­by ju­nior zmie­nił się w po­staw­ne­go na­sto­lat­ka, od­kąd wi­dzia­łem go ostat­nio. Czar­ne wło­sy oka­la­ły twarz, na któ­rej zo­sta­ły je­dy­nie reszt­ki mło­dzień­czo­ści. Moc­no za­ry­so­wa­ne ko­ści po­licz­ko­we oraz szczę­ka wy­ra­sta­ły z po­tęż­nej szyi. Chło­pak – któ­ry prze­rósł już ojca – bły­ska­wicz­nie sta­wał się męż­czy­zną, po­zba­wio­ne tłusz­czu cia­ło i mię­śnie po­ka­zy­wa­ły, że jest w szczy­cie for­my. Wy­glą­dał do­kład­nie jak jego tato, gdy był w tym sa­mym wie­ku. Oczy­wi­ście obec­nie pulch­ną twarz Bob­by'ego se­nio­ra zna­czy­ły zmarszcz­ki, a bez­tłusz­czo­we dni daw­no prze­mi­nę­ły, jak koł­nie­rze ze stój­ką i di­sco.

Vik­tor, bliź­niak Vic­ky, wy­rósł z brzdą­ca na dzie­się­cio­let­ni kłę­bek ener­gii. Miał czar­ne oczy po ojcu, a blond wło­sy po mat­ce, tak nie­ska­zi­tel­ne jak pola psze­ni­cy roz­cią­ga­ją­ce się wo­kół Fen­der’s Po­in­te. Ści­ska­jąc znisz­czo­ne­go plu­szo­we­go mi­sia, nie mógł ustać w miej­scu choć­by na se­kun­dę. Oczy­wi­ście nie roz­po­znał nas, ale spo­tka­nie ro­dzin­ne bar­dzo go pod­eks­cy­to­wa­ło.

Boże, ja­kie te dzie­ci były pięk­ne. Z Mar­thą ni­g­dy nie chcie­li­śmy mieć dzie­ci. Te­raz, kie­dy już jej nie ma, może zmie­nię zda­nie – Bóg je­den wie, ile jest tu­taj wdów, wiesz o czym mó­wię. Oh, prze­pra­szam – to taki tu­tej­szy żart. Nie­waż­ne.

W każ­dym ra­zie, za­py­ta­łem, gdzie jest mała Vic­ky. I wiesz co? Bob­by tyl­ko się na mnie ga­pił, jak­by nie wie­dział, o kim mó­wię. Przy­po­mnie­nie so­bie cór­ki za­ję­ło mu kil­ka se­kund.

– Vic­ky? – za­py­tał. Pu­ste oczy pa­trzy­ły na mnie, jak­by jego mózg pró­bo­wał wy­do­być skądś imię. – Vic­ky? Ach tak! To moja cór­ka, praw­da?

Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem, że świe­żo od­na­le­zio­ny hu­mor mo­je­go bra­ta po­pra­wia się z każ­dą chwi­lą, jed­nak to, co po­wie­dział po­tem, uświa­do­mi­ło mi, że coś jest bar­dzo nie tak.

– Vic­ky ode­szła – oświad­czył Bob­by, wła­ści­wie tak jak­by to nie było nic waż­ne­go.

– Jak to ode­szła? – za­py­ta­łem, za­sta­na­wia­jąc się, czy coś mi nie umknę­ło, po­nie­waż na jego pu­cu­ło­wa­tej twa­rzy da­lej go­ścił uśmiech. – Masz na my­śli, że…

– Nie żyje – do­koń­czył, a uśmiech ani na mo­ment nie zszedł z jego ust. – Ona nie żyje. Wy­da­je mi się, że od ja­kichś dwóch Pór Desz­czo­wych. Wy­pad­ki się zda­rza­ją, Ke­vi­nie, po­wi­nie­neś to wie­dzieć. Wejdź­cie do środ­ka i po­zwól­cie mi opro­wa­dzić was po domu. Su­san nie może się do­cze­kać, żeby was zo­ba­czyć.

Męż­czy­zna opo­wia­dał o swo­jej zmar­łej cór­ce tak bez­tro­sko, jak­by na­praw­dę pró­bo­wał uda­wać, że jej nie pa­mię­ta. Nie żyła, a on na­wet nie za­dzwo­nił, żeby po­wie­dzieć o po­grze­bie, na­wet mnie nie po­wia­do­mił.

Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem o ko­le­gach z wy­dzia­łu psy­cho­lo­gii, któ­rzy mo­gli­by po­móc mo­je­mu ko­cha­ne­mu bra­tu po­go­dzić się ze stra­tą. Wy­pie­ra­nie przez nie­go tego fak­tu było oczy­wi­ste. Wy­mie­ni­li­śmy z Mar­thą spoj­rze­nia, któ­rych dłu­go nie za­po­mnę. Ten gest mó­wił wszyst­ko, a głów­nie to, że nie po­win­ni­śmy wspo­mi­nać wię­cej o odej­ściu ma­łej Vic­ky. Przy­naj­mniej na ra­zie. Bob­by opo­wie nam o tym w swo­im cza­sie.

 

Część trzecia

 

Su­san wy­glą­da­ła pro­mien­nie jak za­wsze, z jej spię­ty­mi w ogon dłu­gi­mi blond wło­sa­mi; za­wsze je tak no­si­ła, po­mi­ja­jąc jej ślub (sta­łem tam oczy­wi­ście jako druż­ba). Przy­zna­ję, że za­raz po Mar­cie, jest naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą, jaką wi­dzia­łem. Bob­by wy­ha­czył ją w col­le­ge’u, kie­dy była che­er­le­ader­ką, a on roz­gry­wa­ją­cym (nie na­zwał­bym go „gwiaz­dą”, dru­ży­na skoń­czy­ła z wy­ni­kiem 2-9 na jego ostat­nim roku, jed­nak mimo wszyst­ko był roz­gry­wa­ją­cym). Para jak z książ­ki. Do dzi­siaj są tak szczę­śli­wi i ko­cha­ją­cy się, jak tyl­ko dwo­je lu­dzi po­tra­fi.

Praw­dę mó­wiąc cała ro­dzi­na wy­glą­da­ła na ra­do­sną. Szczę­śliw­szą, niż kie­dy­kol­wiek, gdy Bob­by pra­co­wał w Bo­sto­nie. Oraz na zdro­wą. Wszy­scy wy­glą­da­li wspa­nia­le, jak­by pro­mie­nio­wa­ło od nich świa­tło, błysz­czą­ce tak ja­sno jak Gwiaz­da Po­lar­na w czy­stą, bez­bu­rzo­wą noc. Wi­dok ich dwoj­ga, ta­kich szczę­śli­wych, był bar­dzo nie­po­ko­ją­cy, ale ra­zem z Mar­thą do­my­śla­li­śmy się, że to tyl­ko dla­te­go, że wła­śnie do­wie­dzie­li­śmy się o ma­łej Vic­ky. Bez wąt­pie­nia oni po­go­dzi­li się już z jej śmier­cią.

Cóż, po­dej­rze­wam, że chciał­byś już dojść do sed­na tej hi­sto­rii, co? Chcesz usły­szeć o taj­fu­nie, dla­cze­go po­rzu­ci­łem uczel­nię lub „wy­pa­ro­wa­łem”, jak to ują­łeś, i dla­cze­go tu za­miesz­ka­łem. Wszyst­ko w swo­im cza­sie, wszyst­ko w swo­im cza­sie. Już pra­wie je­ste­śmy u celu, więc cier­pli­wo­ści. Zrób przy­jem­ność sta­re­mu męż­czyź­nie i po­zwól opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­ryj­kę w ca­ło­ści.

W Fen­der’s Po­in­te za­ba­wi­li­śmy dwa dni. Po­nie­waż Bob­by ju­nior ra­zem z Vic­to­rem mie­li wa­ka­cje, spę­dzi­li­śmy cu­dow­ny czas z całą ro­dzi­ną. Roz­ko­szo­wa­li­śmy się wiel­kim gril­lo­wa­niem w so­bo­tę, a po­tem wspa­nia­łą nie­dzie­lą na Emer­son Be­ach. Pe­ach Lake jest na gra­ni­cy mia­sta, jed­nak to da­lej ob­szar Fen­der’s Po­in­te. Je­ste­śmy dum­ni z pla­ży. Jest bar­dzo czy­sta, set­ki me­trów pia­sku. Bez wąt­pie­nia do­da­je mia­stu uro­ku, nie są­dzisz?

Bob­by ju­nior to taki miły chło­piec, taki uprzej­my. Pa­mię­tam, jak Mar­tha sko­men­to­wa­ła, że lo­kal­ne dziew­czy­ny mu­szą się uga­niać za nim do­oko­ła mia­stecz­ka. A jaki za­baw­ny! Och, przez nie­go umie­ra­li­śmy z Mar­thą ze śmie­chu. Może i wy­glą­da jak Bob­by se­nior, ale ma roz­kosz­ne po­czu­cie hu­mo­ru, któ­rym jego oj­ciec ni­g­dy nie grze­szył.

Gdy mój brat miesz­kał w Bo­sto­nie, Su­san przy­jaź­ni­ła się z Mar­thą. Po­wró­ci­ły do sta­rej zna­jo­mo­ści, jak­by w ogó­le się nie roz­sta­ły, szep­cząc i chi­cho­cząc, jak­by zno­wu były na­sto­lat­ka­mi roz­ma­wia­ją­cy­mi mię­dzy lek­cja­mi. Su­san za­wsze była taka słod­ka. Da­lej nie mogę opo­wia­dać przy niej dwu­znacz­nych żar­tów, żeby się nie za­ru­mie­ni­ła albo nie wy­szła z po­ko­ju. To uro­cze, jak ła­two się pe­szy. Opo­wie­dzia­łem więk­szość Bob­by'emu ju­nio­ro­wi, któ­ry za­wsze od­po­wia­dał ja­kimś jesz­cze gor­szym. Pew­nie bym go upo­mniał, gdy­bym się tak moc­no nie śmiał. Chłop­cy zo­sta­ną chłop­ca­mi.

Moją ulu­bio­ną czę­ścią tego wspa­nia­łe­go week­en­du był mały Vic­tor. Boże, ja­kie to jest nie­zmor­do­wa­ne dziec­ko. Rzu­ca­li­śmy pił­ką go­dzi­na­mi, po­mo­głem mu zbu­do­wać mia­sto z kloc­ków Lego, czy­ta­łem jego ksią­żecz­kę z ob­raz­ka­mi, zbu­do­wa­li­śmy za­mek z pia­sku na pla­ży.

– Ko­cham cię, wuj­ku Ke­vi­nie – po­wie­dział Vik­tor swo­im cien­kim gło­si­kiem, opa­tu­lo­ny w pi­ża­mę, ob­ło­żo­ny zdję­cia­mi stra­ża­ków i wo­zów stra­żac­kich. – Tak bar­dzo cię ko­cham.

Pew­nie się do­my­ślasz, że moje ser­ce się roz­pły­nę­ło. To chy­ba była jego naj­dłuż­sza wy­po­wiedź, od­kąd przy­je­cha­łem do Fen­der's Po­in­te. Dzie­ciak dużo nie mó­wił, pew­nie z po­wo­du stra­ty sio­stry. Da­lej ba­wię się z nim co­dzien­nie. Po­mi­ja­jąc czas, kie­dy pada. Vik­tor cią­gle źle to zno­si.

Po trze­cim dniu zde­cy­do­wa­li­śmy z Mar­thą, że chce­my zo­ba­czyć wię­cej te­re­nów wiej­skich.

Za­ko­chi­wa­li­śmy się w so­bie po­now­nie. Nie, żeby kie­dyś nam prze­szło, wierz mi, nie­ste­ty by­łem tak za­ję­ty uczel­nią, a moja żona swo­ją prak­ty­ką me­dycz­ną, że nie spę­dza­li­śmy ze sobą cza­su od lat. Wy­my­śli­ła sza­lo­ną rzecz – je­chać na West Co­ast, zo­ba­czyć ple­ne­ry po dro­dze, do­trzeć do Ka­li­for­nii, a po­tem od­le­cieć do domu. Wte­dy brzmia­ło to jak zwa­rio­wa­ny, po­ryw­czy po­mysł, coś, cze­go mo­gło­by pró­bo­wać dwo­je stu­den­tów, a nie dys­tyn­go­wa­nych czter­dzie­sto­lat­ków. Wie­dzie­li­śmy, że nie je­ste­śmy już mło­dzi, ale nie by­li­śmy go­to­wi na sta­rość i ta spon­ta­nicz­ność wy­da­wa­ła się świet­nym spo­so­bem, żeby od­zy­skać tro­chę bez­cen­nej mło­do­ści.

Tego po­po­łu­dnia, gdy po­wie­dzie­li­śmy Bob­by'emu, że wy­jeż­dża­my, nie­bo po­ciem­nia­ło. Wy­glą­dał na za­nie­po­ko­jo­ne­go. Uwa­żał, że oczy­wi­ście po­dróż jest świet­nym po­my­słem, ale po­tem po­wie­dział coś dziw­ne­go.

– Po­mysł brzmi za­baw­nie, ale cze­mu, na mi­łość bo­ską, chcie­li­by­ście wy­jeż­dżać z Fen­der’s Po­in­te?

– Chce­my po­zwie­dzać – od­po­wie­dzia­łem mu. Pa­trzył na mnie tym pu­stym wzro­kiem, ta­kim sa­mym jak wte­dy, gdy pierw­szy raz za­py­ta­łem o Vic­ky. Nic nie od­po­wie­dział, tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by zwy­czaj­nie nas nie ro­zu­miał.

Pa­ku­jąc się, skra­dli­śmy so­bie kil­ka ca­łu­sów i czu­ło­ści w sta­rym po­ko­ju Vic­ky. Czu­li­śmy się w nim tro­chę nie­swo­jo, zwa­żyw­szy na to, że na­le­żał do na­szej zmar­łej bra­ta­ni­cy, lecz nie aż tak, że­by­śmy za­po­mnie­li o swo­ich cia­łach. Wy­bie­ra­li­śmy się do ho­te­lu. Wy­da­je mi się, że pla­no­wa­li­śmy ko­chać się całą noc, nie wy­cho­dzić z łóż­ka cały dzień, a je­dze­nie za­ma­wiać do po­ko­ju. Za­bie­ra­li­śmy wła­śnie swo­je ba­ga­że do przed­po­ko­ju, gdzie cze­ka­ła nas cała se­ria po­że­gnań, gdy zo­ba­czy­łem, jak Bob­by za­my­ka drzwi wej­ścio­we i prze­krę­ca co naj­mniej dzie­sięć zam­ków. W domu zro­bi­ło się ciem­no, nie tyl­ko przez za­chmu­rzo­ne nie­bo na ze­wnątrz. Każ­dą za­sło­nę i fi­ra­nę szczel­nie za­su­nię­to. Nie­któ­re były na­wet za­kle­jo­ne ta­śmą sa­mo­przy­lep­ną, aby nie wpusz­cza­ły świa­tła.

 

Część czwarta

 

By­łem bar­dziej niż za­nie­po­ko­jo­ny tym, dla­cze­go brat po­trze­bu­je tylu za­bez­pie­czeń, oraz fak­tem, że mo­głem wcze­śniej nie za­uwa­żyć tylu zam­ków. Nie za­uwa­ży­łem rów­nież bro­ni, któ­ra te­raz le­ża­ła w rząd­ku na ku­chen­nym sto­le (już wiem, że trzy­ma­my ją w sza­fie w holu). Jed­ną była groź­nie wy­glą­da­ją­ca strzel­ba, dru­gą – ja­kiś ka­ra­bin my­śliw­ski z gru­bą czar­ną lu­ne­tą za­mon­to­wa­ną na gó­rze. Przy każ­dej le­ża­ło kil­ka pu­de­łek z amu­ni­cją.

– Bob­by – za­py­ta­łem szyb­ko – co ty wy­pra­wiasz?

Ob­ró­cił się i spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem, jak na głup­ka.

– Za­my­ka­my – od­po­wie­dział. – Za­po­wia­da­li, że nad­cią­ga bu­rza.

Zda­łem so­bie spra­wę, że zgnia­tam dłoń Mar­ty, więc roz­luź­ni­łem uścisk.

– Czy mógł­byś od­blo­ko­wać drzwi? – za­py­ta­łem bra­ta. – Chcie­li­by­śmy z Mar­thą już je­chać.

– Och, nie chce­cie wy­cho­dzić – od­po­wie­dział. – Nie chce­cie być na ze­wnątrz w taki dzień jak dzi­siaj. – Jego oczy za­bły­sły. Mała iskier­ka we­wnątrz nich zga­sła, za­stą­pio­na czymś rów­nie po­tęż­nym, ale dużo mrocz­niej­szym. Moją uwa­gę zwró­cił szczęk zam­ka ła­dow­ni­cy; spoj­rza­łem w stro­nę ku­chen­ne­go sto­łu, gdzie Bob­by ju­nior ła­do­wał strzel­bę. Wło­sy za­sła­nia­ły mu twarz, ale na­dal mo­głem zo­ba­czyć w jego oczach ten sam mrok, któ­ry wi­dzia­łem u jego ojca. Mło­de ob­li­cze prze­szył gry­mas. Zo­ba­czy­łem lek­ko od­sło­nię­te zęby. Ju­nior wy­glą­dał jak dzi­kie zwie­rzę – jak dra­pież­nik.

– Ty pie­przo­na dziw­ko! – Usły­sze­li­śmy cien­ki gło­sik z sa­lo­nu. Od­wró­ci­li­śmy się z Mar­thą i uj­rze­li­śmy ob­raz, któ­ry spra­wił… Cóż… Chy­ba nie wie­dzie­li­śmy, co mamy my­śleć. Su­san przy­wią­zy­wa­ła ma­łe­go Vic­to­ra do krze­sła szorst­kim, włók­ni­stym, brą­zo­wym sznu­rem. Struż­ki krwi spły­wa­ły z ko­lan po sto­pach dziec­ka z miejsc, gdzie cia­sny sznur prze­ciął skó­rę. Vik­tor szar­pał się, pró­bu­jąc się uwol­nić. Pra­wą rękę miał jesz­cze wol­ną i usta­wia­jąc pal­ce jak szpo­ny, sta­rał się wy­kłuć mat­ce oko.

– Ty cho­ler­na suko! – krzyk­nął mały Vic­tor. Tak wul­gar­ny ję­zyk wy­do­by­wa­ją­cy się z dzie­się­cio­let­nich ust brzmiał sur­re­ali­stycz­nie.

Su­san nic so­bie z tego nie ro­bi­ła. Unio­sła rękę i bez li­to­ści wy­pro­wa­dzi­ła lewy pro­sty, ude­rza­jąc małą blond głów­kę. Nie spo­licz­ko­wa­ła syna, ude­rzy­ła go, jak bok­ser. Z nosa po­cie­kła mu krew. Gdy chło­pak do­cho­dził do sie­bie, przy­wią­za­ła jego rękę szorst­ką liną, któ­ra za­głę­bi­ła się znacz­nie w mło­dej, ró­żo­wej skó­rze. Od­dy­cha­jąc przez ka­pią­cą krew, Vic­tor za­czął wy­da­wać zwie­rzę­ce od­gło­sy. W oczach miał tyl­ko chęć mor­du za­kra­pia­ną nie­na­wi­ścią.

Pa­mię­tam, że spoj­rza­łem na mo­je­go bra­ta, któ­ry w naj­mniej­szym stop­niu nie przej­mo­wał się tym, że jego żona bije i przy­wią­zu­je do krze­sła jego syna.

– Oj, nie przej­muj się nim – po­wie­dział Bob­by se­nior z miną, jak­by coś ta­kie­go dzia­ło się tu co­dzien­nie. – Robi się tro­chę zu­chwa­ły, gdy zbli­ża się taj­fun. Stra­ci­li­śmy Vic­ky w cza­sie taj­fu­nu. Wy­da­je mi się, że się tak za­cho­wu­je, bo byli bliź­nia­ka­mi i da­lej czu­je z nią więź. Taj­fun na każ­de­go wpły­wa tro­chę ina­czej. Zwią­zu­je­my go, a kie­dy bu­rza przej­dzie, bę­dzie już w po­rząd­ku.

Po­czu­łem się, jak­bym wy­lą­do­wał w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym, albo ja­kieś czub­ki wy­kra­dły mo­je­go bra­ta ra­zem z ro­dzi­ną, a po­tem pod­mie­ni­ły in­ny­mi czub­ka­mi wy­glą­da­ją­cy­mi do­kład­nie jak oni.

Pa­mię­tam, że mó­wi­łem bar­dzo ci­cho. Mar­tha scho­wa­ła się za mnie, przy­ci­ska­jąc się do mo­ich ple­ców.

– Bob­by – po­wie­dzia­łem. – Chce­my wyjść. Na­tych­miast. – Zde­ter­mi­no­wa­ny spoj­rza­łem w jego głę­bo­kie, czar­ne oczy. Pa­trzył na mnie tak twar­do, ze zło­ścią. Jak­bym nie był jego star­szym bra­tem, pod­po­rząd­ko­wu­ją­cym go so­bie, jego sze­fem przez tyle lat. Za­sta­na­wiam się, jak w ogó­le mo­głem wy­trzy­mać jego wzrok. Wte­dy nie wie­dzia­łem, co się dzie­je, ale nie ob­cho­dzi­ło mnie to. Je­dy­ne, o czym my­śla­łem, to żeby wy­pro­wa­dzić stam­tąd Mar­thę. W bu­dyn­ku znaj­do­wa­ła się na­ła­do­wa­na broń trzy­ma­na przez lu­dzi, któ­rzy, przy­naj­mniej wte­dy, tak to wi­dzia­łem, wy­da­wa­li się nie­zbyt po­czy­tal­ni.

– Zde­cy­do­wa­nie od­ra­dzam, Kevy-wevy, na­praw­dę – po­wie­dział Bob­by. Użył prze­zwi­ska, któ­re­go nie sły­sza­łem od cza­su, kie­dy by­li­śmy dzieć­mi i któ­rym brat pró­bo­wał mnie iry­to­wać.

Po­pa­trzy­łem mu głę­bo­ko w oczy. Nie mu­sia­łem nic mó­wić. Wie­dział, że jego star­szy brat nie żar­tu­je.

– Okee-do­kee, Kevy-wevy – rzu­cił Bob­by z drwi­ną, ob­ra­ca­jąc się, aby od­blo­ko­wać dzie­sięć po­tęż­nych zam­ków. – To twój po­grzeb. – Upo­rał się z za­bez­pie­cze­nia­mi, ale nie otwo­rzył drzwi. – Ju­nior, weź strzel­bę, ubez­pie­czaj wuj­ka Ke­vi­na i cio­cię Mar­thę, do­pó­ki nie wsią­dą do sa­mo­cho­du.

– Ale tato… – Bob­by ju­nior za­pro­te­sto­wał swo­im na­sto­let­nim to­nem. – Na­wet jesz­cze nie za­czę­ło grzmieć. Nie ma bły­ska­wic.

– Wiem, synu, ale nie bę­dzie­my ry­zy­ko­wać. Tu cho­dzi o ro­dzi­nę. Po pro­stu rób, co ci każę.

Bob­by ju­nior wziął strzel­bę, a na­stęp­nie jak ko­man­dos przy­lgnął ple­ca­mi do fra­mu­gi drzwi, cze­ka­jąc, aż jego oj­ciec je otwo­rzy. A my z Mar­thą tyl­ko sta­li­śmy z cią­żą­cy­mi nam w rę­kach ba­ga­ża­mi i otwar­ty­mi usta­mi, pa­trząc na psy­cho­tycz­ny sur­re­alizm przed nami.

– Ru­szaj­cie! – krzyk­nął Bob­by se­nior, szyb­ko otwie­ra­jąc drzwi. Ju­nior wy­padł na ze­wnątrz ze strzel­bą pod­nie­sio­ną prze­ciw­ko nie­zna­ne­mu, czy­ha­ją­ce­mu na pod­jeź­dzie za­gro­że­niu.

Pa­mię­tam, że sta­łem w miej­scu tyl­ko se­kun­dę, za­nim po­my­śla­łem, że to może być na­sza je­dy­na szan­sa na wy­do­sta­nie się stam­tąd w jed­nym ka­wał­ku. Po­bie­głem w stro­nę drzwi, cią­gnąc Mar­thę za sobą. Każ­de z nas trzy­ma­ło tyl­ko jed­ną wa­liz­kę – ba­ga­że i ubra­nia mało nas wte­dy ob­cho­dzi­ły. Chcie­li­śmy je­dy­nie uciec w cho­le­rę.

 

Część piąta

 

Do­tar­li­śmy do sa­mo­cho­du, wrzu­ci­li­śmy tor­by do ba­gaż­ni­ka i wsko­czy­li­śmy do auta. Na­wet nie spoj­rze­li­by­śmy za sie­bie, gdy­by nie to, że sa­mo­chód stał przo­dem w kie­run­ku domu. Gdy od­pa­la­łem sil­nik, ostat­ni raz na nie­go zer­k­ną­łem. Twarz bra­ta wy­glą­da­ła zza drzwi. Mój ro­sły bra­ta­nek usa­do­wił się jak snaj­per, jego oczy po­wo­li omia­ta­ły po­dwó­rze, lśnią­ca czar­na lufa strzel­by po­dą­ża­ła za nimi.

Z pi­skiem opon i swę­dem pa­lo­nej gumy wy­co­fa­łem sa­mo­chód z pod­jaz­du. Za­zgrzy­ta­łem bie­ga­mi, pró­bu­jąc wrzu­cić je­dyn­kę. Od­je­cha­li­śmy. Jesz­cze go­dzi­nę temu na­zwał­byś tę uli­cę „przy­tul­ną” albo „uro­czą”. Te­raz na nie­bie kłę­bi­ły się ciem­ne, bu­rzo­we chmu­ry. Dro­ga wy­glą­da­ła jak ską­pa­na w pur­pu­ro­wym pół­cie­niu. Wiatr ude­rzał nie wia­do­mo skąd, szar­piąc drze­wa­mi, roz­rzu­ca­ne li­ście two­rzy­ły fale i małe wiry.

Wte­dy sa­mo­cho­dem za­trzę­sło pierw­sze ude­rze­nie pio­ru­na.

Zna­la­zła się nad nami tak szyb­ko, ta bu­rza. A może po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: taj­fun? Tak je tu­taj na­zy­wa­my, wiesz. Ach, prze­cież ci już mó­wi­łem, praw­da? Prze­pra­szam.

Wy­strze­li­li­śmy spod domu jak po­cisk, po raz pierw­szy Mar­tha nie ka­za­ła mi je­chać wol­no ani uwa­żać na dzie­ci. Jak się te­raz nad tym za­sta­na­wiam, to gdy­by­śmy się tyle nie ca­ło­wa­li przy pa­ko­wa­niu, to może by­śmy zdą­ży­li. Gdy­by­śmy nie byli wte­dy tak za­ję­ci sobą, wy­szli­by­śmy, za­nim Bob­by za­mknął drzwi. Za­nim ju­nior za­czął ła­do­wać ar­se­nał. Za­nim Su­san zno­kau­to­wa­ła Ma­łe­go Vik­to­ra Dziec­ko Sza­ta­na ude­rze­niem w nos.

Pra­wie do­tar­li­śmy do głów­nej dro­gi wy­jaz­do­wej z mia­sta, gdy pierw­sza bły­ska­wi­ca roz­świe­tli­ła nie­bo. Pa­mię­tam ją, bo nie była bia­ła, tyl­ko pur­pu­ro­wa. Nie ja­sno, ale głę­bo­ko, ja­skra­wo, gniew­nie, pur­pu­ro­wa, jak­by bły­ska­wi­cę zro­bio­no z czy­ste­go elek­trycz­ne­go ame­ty­stu. Wiem, że to brzmi tro­chę kwie­ci­ście, ale cięż­ko to opi­sać. Ża­łu­ję, że nie je­steś stąd, wte­dy nie mu­siał­bym nic wy­ja­śniać.

W każ­dym ra­zie, pierw­sze ude­rze­nie świa­tła było nie­wia­ry­god­ne. Pa­mię­tam, że mnie ośle­pi­ło. Pur­pu­ro­we po­wi­do­ki mi­go­ta­ły mi przed ocza­mi, tak że zje­cha­łem z dro­gi do rowu. Obo­je mie­li­śmy za­pię­te pasy, więc nikt nie ucier­piał, jed­nak sa­mo­chód nie był już w sta­nie ru­szyć. Z per­spek­ty­wy cza­su le­piej by­ło­by dla Mar­thy, gdy­by zgi­nę­ła pod­czas krak­sy.

Mój wzrok w koń­cu do­szedł do sie­bie i za­py­ta­łem ją, czy nie jest ran­na. Trzę­sła się, ale nic jej nie było. W tej sa­mej chwi­li za­czę­ło pa­dać. Nie ja­kaś mżaw­ka, wierz mi, ra­czej jak­by ktoś wia­dra­mi wy­le­wał wodę na szy­bę, jak­by­śmy par­ko­wa­li w No­wym Or­le­anie pod­czas hu­ra­ga­nu. Wiatr trząsł nami, jak­by­śmy byli w rę­kach Boga jed­nym z tych sa­mo­cho­dzi­ków-za­ba­wek, któ­re tak lu­bił Vic­tor. To do­bry chło­pak, przez więk­szość cza­su, chciał­bym że­byś to wie­dział – oczy­wi­ście oprócz cza­su, kie­dy pada.

Sie­dzie­li­śmy tam, pa­trząc na sie­bie, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić i po­ra­dzić coś na tę dziw­ną sy­tu­ację, gdy po­now­nie ude­rzył pio­run. Nie po­je­dyn­czym bły­skiem jak po­przed­nio, ale ka­ska­dą pur­pu­ro­wych fa­jer­wer­ków. Oświe­tli­ły wnę­trze sa­mo­cho­du jak stro­bo­skop.

Te bły­ski ja­koś na mnie wpły­nę­ły. Wbły­snę­ły mi do mó­zgu. Wi­dzia­łem je za­rów­no ocza­mi jak i umy­słem. Wiem, że to dziw­nie brzmi, ale tak po­wie ci każ­dy, kto jest stąd. Te roz­bły­ski pul­so­wa­ły w mo­jej gło­wie bez ustan­ku. Bez prze­rwy, bar­dzo szyb­ko, jak­by wszyst­ko dzia­ło się w ułam­ku se­kun­dy.

Wte­dy zda­rzył się wy­pa­dek.

Kie­dy pur­pu­ro­wa bły­ska­wi­ca mi­ga­ła mi w gło­wie.

Nie zmie­ni­łem się stop­nio­wo, wierz mi, to się sta­ło na­tych­miast. Bum, i już. My­ślę, że pio­run wpły­wa ina­czej na każ­de­go. Jed­ni re­agu­ją moc­niej od in­nych.

Spoj­rza­łem na Mar­thę. Czu­łem się ina­czej. Nie­sa­mo­wi­cie. Żywy. Jak na­bu­zo­wa­ny. Na­zwij to jak chcesz, mia­łem wra­że­nie, jak­bym po­łą­czył się z czę­ścią sie­bie, któ­rą stra­ci­łem lata temu – może na­wet za­nim się uro­dzi­łem, to nie ma sen­su, ale tak wła­śnie się czu­łem – z czymś za­po­mnia­nym ty­sią­ce lat temu.

Spoj­rza­łem na żonę po raz ostat­ni. Zo­ba­czy­ła moje oczy i mo­men­tal­nie się prze­stra­szy­ła. Nie po­wiem, że ją za to wi­nię, ale by­li­śmy mał­żeń­stwem po­nad dwa­dzie­ścia lat, więc jej re­ak­cja mnie co naj­mniej za­sko­czy­ła. Była mą­drą ko­bie­tą, tak jak już mó­wi­łem, nie ba­wi­ła się w te całe wrza­ski, któ­re za­wsze wi­dzisz w fil­mach; od razu rzu­ci­ła się do drzwi.

Deszcz prze­mo­czył ją w mgnie­niu oka – tak bar­dzo lało – nie za­szła jed­nak da­le­ko. Zła­pa­łem ja za wło­sy i wcią­gną­łem z po­wro­tem do sa­mo­cho­du. Wiem, że szarp­ną­łem moc­no, bo zo­sta­ły mi w dło­ni za­krwa­wio­ne kła­ki – do­bry Bóg nie my­ślał o trwa­ło­ści, gdy nas two­rzył. Opa­dła na sie­dze­nie, od razu pró­bo­wa­ła wstać i uciec.

Nie zdą­ży­ła.

Chwy­ci­łem ją za czo­ło i ude­rzy­łem jej gło­wą o za­głó­wek. Pró­bo­wa­ła ode­pchnąć moją rękę, jed­nak była tyl­ko drob­ną ko­bie­tą, więc nie mia­ła wie­le siły. Ja, z dru­giej stro­ny, czu­łem się sil­ny jak ni­g­dy w ży­ciu. Przy­szpi­li­łem jej gło­wę do fo­te­la, na­chy­li­łem się i za­ci­sną­łem zęby na jej gar­dle.

My­ślę, że pierw­sze ugry­zie­nie za­dzia­ła­ło, mimo to kon­ty­nu­owa­łem. Ta­tuś za­wsze po­wta­rzał mi i Bob­by'emu, że jak coś za­mie­rzasz ro­bić, to rób to po­rząd­nie. Jej go­rą­ca krew obry­zga­ła mi twarz i cie­kła po po­licz­kach. Chło­pie, ale ona mia­ła dużo krwi! Jak­by mia­ła kran w szyi czy coś. Ko­pa­ła i szar­pa­ła się cał­kiem żwa­wo jak na pięć­dzie­się­ciocz­te­ro­ki­lo­gra­mo­wą ko­biet­kę. By­łem z niej dum­ny. Nie­ste­ty osta­tecz­nie umar­ła, z czym wszy­scy mu­sie­li­śmy się po­go­dzić, po­nie­waż wy­pad­ki się zda­rza­ją.

Cze­mu pa­trzysz taki prze­ra­żo­ny? Wiem, to strasz­na hi­sto­ria, ale nie mu­sisz się ni­cze­go oba­wiać. Nie wi­dzę żad­nych chmur bu­rzo­wych, a ty? Więc się od­pręż i po­zwól mi skoń­czyć.

Pa­mię­tam, że wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du, żeby pie­szo wró­cić do domu Bob­by'ego, któ­ry znaj­do­wał się tyl­ko kil­ka prze­cznic da­lej. Wiatr mną rzu­cał, trzą­słem się, prze­mo­czo­ny do ko­ści. Deszcz zmył mi z twa­rzy krew Mar­thy, ale czer­wień da­lej pla­mi­ła moją bia­łą ko­szu­lę. Wy­ła­do­wa­nia ude­rza­ły jed­no za dru­gim.

Mały chło­piec, chy­ba dzie­się­cio­let­ni, też miał wy­pa­dek. Zo­ba­czy­łem go na uli­cy, jak jego małe kciu­ki za­głę­bia­ły się w oczo­do­łach dal­ma­tyń­czy­ka, któ­ry skom­lał ża­ło­śnie. Cóż, co mo­żesz zro­bić? Psy też mają wy­pad­ki, prze­cież wiesz.

Ten dzie­ciak był tak za­afe­ro­wa­ny szcze­nia­kiem, że na­wet mnie nie za­uwa­żył. Pies ko­pał i pod­ska­ki­wał, jed­nak chło­pak trzy­mał go pew­nie. Wiesz, do dzi­siaj bar­dziej mi żal śmier­ci tego szcze­niacz­ka niż tego ma­lu­cha. Czy to źle? Nie po­wi­nie­nem tak my­śleć, ale co po­ra­dzę.

W ostat­niej chwi­li chłop­czyk mnie zo­ba­czył, nie­ste­ty było za póź­no, już sta­łem za nim. Zła­pa­łem obu­rącz jego gło­wę i uklęk­ną­łem mu na twa­rzy. Pa­mię­tam dźwięk miaż­dże­nia, wła­ści­wie to brzmiał jak roz­ry­wa­nie głów­ki sa­ła­ty na pół. Sły­sza­łem go mimo grzmo­tów, desz­czu i wia­tru. Po­czy­na­nia chło­pa­ka z psem mnie za­in­spi­ro­wa­ły, więc wy­łu­pi­łem ma­lu­cho­wi oczy kciu­ka­mi. Wił się, ale nie pła­kał. Na­wet, gdy go ośle­pi­łem, gdy krew i ga­la­re­to­wa­ta maź wy­pły­wa­ła z oczo­do­łów na moje ręce, pró­bo­wał mnie za­ata­ko­wać. Ro­dzi­ce by­li­by z nie­go dum­ni. Wal­czył aż do mo­men­tu, kie­dy za­ło­ży­łem mu nel­so­na i rzu­ca­łem na boki, aż usły­sza­łem trza­śnię­cie. Wi­dzisz tę bli­znę na grzbie­cie dło­ni? To od jego ma­łych pa­znok­ci. Co za dzie­ciak, nie? Ale był z nie­go wy­czy­no­wiec.

Wró­ci­łem do Bob­by'ego. Na szczę­ście uda­ło mi się do­trzeć tam mię­dzy bły­ska­mi świa­tła, więc mnie wpu­ści­li. Ju­nior sprząt­nął ko­goś ze strzel­by, gdy wbie­ga­łem do domu. Naj­wy­raź­niej go­nił mnie ja­kiś fa­cet, któ­ry do­padł­by mnie za kil­ka se­kund. Pa­mię­tam, jak ju­nior krzyk­nął „jak ci się po­do­bam te­raz, su­kin­sy­nu?!”, kie­dy po­cią­gał za spust. Mu­siał do nie­go strze­lić sześć razy. Cze­ka­ło nas po­waż­ne sprzą­ta­nie. Bar­dzo nie­chluj­ny wy­pa­dek.

Męż­czy­zna miał je­den z tych to­por­ków stra­żac­kich. Nic dziw­ne­go, na­stęp­ne­go dnia zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy go jako Fran­ka Dre­snic­ka z ochot­ni­czej stra­ży po­żar­nej. Sta­ry Frank, bę­dzie nam go bra­ko­wać, za­pew­niam cię, każ­dy mó­wił, że był na­praw­dę mi­łym go­ściem.

Cóż, gdy bu­rza się uspo­ko­iła, czu­łem się w po­rząd­ku. Zdro­wy jak rydz. Le­piej niż kie­dy­kol­wiek. Tro­chę się mar­twi­łem Mar­thą oraz ma­łym chłop­cem, ale Bob­by po­wie­dział, że wy­pad­ki się zda­rza­ją.

– Nie przej­muj się tym – po­wie­dział mi, w jego gło­sie mo­głem wy­czuć mi­łość i tro­skę. – Wszy­scy kie­dyś zo­sta­li­śmy zła­pa­ni na ze­wnątrz przez deszcz. Taj­fu­ny przy­cho­dzą tak czę­sto, że nie spo­sób ich prze­wi­dzieć. Zda­rzy­ło się to każ­de­mu z nas. – Cała ro­dzi­na kiw­nę­ła gło­wa­mi, uśmiech­nę­ła się do mnie z tym ich cu­dow­nym we­wnętrz­nym bla­skiem. Wszy­scy byli tak wy­ro­zu­mia­li. Prze­cież to był tyl­ko wy­pa­dek, wiesz, a oni mnie wspie­ra­li. W koń­cu je­ste­śmy ro­dzi­ną.

Czu­łem się tak cho­ler­nie do­brze po bu­rzy, co tam, da­lej się tak czu­ję, więc ni­g­dy nie opusz­czę Fen­der’s Po­in­te. Może gdy­by Mar­tha nie mia­ła wy­pad­ku, to by­śmy wy­je­cha­li, na­wet te­raz. Ra­zem z Mar­thą zwie­dzi­li­by­śmy Ame­ry­kę, po­je­cha­li aż do West Co­ast i po­le­cie­li z po­wro­tem do domu do… Do…

Skąd do cho­le­ry mó­wi­łem, że je­stem?

Uwagi autora do Taj­fu­nu z Iowa

 

Zwy­kle pi­szę w trze­ciej oso­bie. Chcia­łem po­ba­wić się tro­chę pierw­szą oso­bą, spró­bo­wać zmie­nić tem­po i skoń­czy­łem z Taj­fu­nem w Iowa.

To bar­dziej sta­ro­mod­ne scien­ce-fic­tion niż więk­szość mo­ich hi­sto­rii. Weź nie­wy­ja­śnio­ne zja­wi­sko, do­daj szczyp­tę „na­uki” i po­zwól, żeby do­brym lu­dziom dzia­ły się złe rze­czy. Mo­że­cie pew­nie za­uwa­żyć lek­ki wpływ Ste­phe­na Kin­ga w tym opo­wia­da­niu – małe mia­stecz­ko, dzie­je się coś okrop­ne­go, a miesz­kań­cy nic so­bie z tego nie ro­bią, bo ta wstręt­na rzecz nie jest dla nich wca­le taka wstręt­na.

Jest krwi­ście, jest od­rzu­ca­ją­co, jest za­baw­nie. Chy­ba, że by­łeś tym szcze­niacz­kiem, wte­dy ta hi­sto­ria tro­chę ssie.

Taj­fun w Iowa po raz pierw­szy po­sma­ko­wał tu­szu jako do­dat­ko­wa hi­sto­ria z tyłu pierw­sze­go wy­da­nia An­ce­stor (Trans­plan­ta­cja), wy­da­ne­go przez Dra­gon Moon Press w 2007.

Scott Si­gler

 

Po­wie­ścio­pi­sarz, au­tor ta­kich be­st­sel­le­rów New York Ti­mes jak try­lo­gia „In­fec­ted” (In­fec­ted, Con­ta­gio­us, Pan­de­mic) czy po­wie­ści An­ce­stor i Noc­tur­nal. Jest współ­za­ło­ży­cie­lem wy­daw­nic­twa Emp­ty Set En­ter­ta­in­ment, w któ­rym pu­bli­ku­je swo­ją se­rię „Ga­lac­tic Fo­ot­ball Le­ague” (The Ro­okie, The Star­ter, The All-Pro i The MVP).

Scott, za­nim wy­da­no jego książ­ki, zdą­żył ze­brać gro­no in­ter­ne­to­wych fa­nów od­da­jąc za dar­mo w ich ręce na­gra­ny przez sie­bie au­dio­bo­ok, w po­sta­ci pod­ca­stu. Jego lo­jal­ni fani, na­zy­wa­ją­cy sie­bie „Jun­kies”, po­bra­li do tej pory po­nad osiem mi­lio­nów od­cin­ków jego hi­sto­rii.

Scott zmie­nił cał­ko­wi­cie spo­sób wy­da­wa­nia ksią­żek, gdy wy­pu­ścił Ear­th­co­re jako pierw­szą na świe­cie po­wieść wy­da­ną tyl­ko jako pod­cast. Wy­da­na w 20 od­cin­kach, Ear­th­co­re na­wią­zu­je do cza­sów słu­cho­wisk ra­dio­wych. In­no­wa­cyj­ne wy­ko­rzy­sta­nie tech­no­lo­gii przez Si­gle­ra sta­wia go w czo­łów­ce no­wo­cze­sne­go po­dej­ścia do wy­da­wa­nia i umoż­li­wi­ło mu sta­nie się mar­ką samą w so­bie wśród se­tek ty­się­cy fa­nów fan­ta­sty­ki i mi­ło­śni­ków tech­ni­ki.

Zna­lazł się na okład­kach Time Ma­ga­zi­ne, Wa­shing­ton Post, New York Ti­mes, San Fran­ci­sco Chro­nic­le, En­ter­ta­in­ment We­ekly, Pu­bli­sher's We­ekly, Huf­fing­ton Post, Bu­si­ness Week i Fan­go­ria. Wciąż na­gry­wa swo­je au­dio­bo­oki i roz­da­je każ­dą hi­sto­rię – za dar­mo – dla swo­ich Jun­kies na www.Scot­t­Si­gler.com.

Scott po­cho­dzi z ro­dzi­me­go Mi­chi­gan, miesz­ka w San Fran­ci­sco ale da­lej ki­bi­cu­je swo­im uko­cha­nym De­tro­it Lions.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: BLO­OD IS RED

Co­py­ri­ght © 2011 by Scott Si­gler

Co­py­ri­ght © for Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j. Wro­cław 2018

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Prze­my­sław Ryba, 2018

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Pro­jekt okład­ki:PRZE­MY­SŁAW RYBA

Fragment książki

Wy­da­nie I

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Przy­pi­sy

 

1. Do roku 2011 (przyp. red.)

2. Po­wszech­nie przy­ję­ta przez fa­nów Si­gle­ra na­zwa, na­wią­zu­ją­ca do uza­leż­nie­nia od pod­ca­stu i ocze­ki­wa­nia na ko­lej­ny od­ci­nek (dział­kę).

3. Au­to­rem Dog Na­med Wolf jest Erik Mun­sterh­jelm (przyp. tł.)