Czerń rubinu - Klaudia Max - ebook + książka

Czerń rubinu ebook

Max Klaudia

4,2

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Luiza Dot od dziecka miała wrażenie, że nie pasuje do ułożonego życia jej rodziców. Widziała i słyszała więcej niż zwykli śmiertelnicy, co nieustannie ściągało na nią kłopoty. Jednak dopiero dramatyczne przeżycie przelało czarę goryczy, popychając ją ku tragicznemu końcowi.

Dawid Drwal, najpotężniejszy Wojownik, zmagając się z własnymi demonami, robi wszystko, by ochronić poddanych. Tak samo jak z całych sił próbuje odnaleźć kobietę, którą niegdyś zawiódł. Nie liczy się nic innego. Do czasu, aż na jego drodze staje nieświadoma własnej wyjątkowości Widząca, wprowadzając do jego niebezpiecznego życia jeszcze większy chaos.

W pojedynkę są niebezpieczni i śmiercionośni, a razem stają się niepokonani. Wkrótce będą musieli zmierzyć się z niewyobrażalnie trudną misją: ocalić od zagłady ich Wymiar i zapobiec wojnie, która może pogrążyć miliony istnień. Czy tych dwoje będzie w stanie udźwignąć konsekwencje podjętych decyzji i stanąć oko w oko z przeznaczeniem?

Kłótnia wywołała widowisko w całym sklepie. Kobieta zaczęła rzucać w swojego partnera wszystkim, co miała pod ręką, jednocześnie nie szczędząc wyzwisk. Zaskoczyła tym nawet Luizę. Dobrze, że to sklep odzieżowy, a nie sportowy…

Gdy pociski się skończyły, dziewczyna zaczęła rozglądać się wokół, jakby dopiero zauważyła, że ktoś ich obserwuje. Chłopak próbował ją przeprosić, ale gdy zaczął coś nieskładnie mówić, oczy dziewczyny… rozbłysły czerwienią. Trwało to ułamek sekundy, więc Luiza nie była pewna, czy to nie była gra światła. Jednak coś w głębi duszy przekonywało ją, że tak nie było. W tym samym czasie na długiej szyi blondynki pojawiły się linie. Tworzyły one niepokojące znaki, które znikały tak szybko jak błysk w oku.

W umyśle Luizy zamigotał pewien obraz, ale skończył się tak nagle, że nie wiedziała, co o tym myśleć. Natomiast te oczy… Ogarnęło ją przerażenie, poczuła dreszcze, zimny pot spływał jej po plecach. Miała wrażenie, że stoi tam kilka dni, że zapada się w czasie jak w głębokiej wodzie i nie ma sił, żeby wydostać się na powierzchnię. Nagle zabrakło jej tchu.

Klaudia Max
Instruktorka jazdy mieszkająca w Białymstoku, która łączy pracę ze studiami psychologicznymi. Jest żoną, córką i przyjaciółką. W ciągu dnia stąpa twardo po ziemi, a wieczorami buja w obłokach. Żyje we własnym świecie, który od dawna próbowała przelać na papier. W końcu uwierzyła, że to odpowiedni czas, by spełniać marzenia i postanowiła doprowadzić prace nad swoim utworem do końca. „Czerń rubinu” jest jej seksownym debiutem literackim, na którym nie zaprzestaje swojej przygody z pisaniem. Wręcz przeciwnie, rozkręca się coraz bardziej i sięga coraz głębiej we własną wyobraźnię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 713

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (6 ocen)
4
0
1
1
0
Sortuj według:
zaczytana_mam

Nie oderwiesz się od lektury

Kto z Was odważy się wejść do mrocznego świata który zafundowała nam autorka? Szczerze z takim przystojniakiem jak Dawid idę w ciemno wszędzie 😆 Yyy.... No tak, taka była moja reakcją gdy skończyłam czytać tego "grubaska". Zostałam z pytaniami na które nie mam odpowiedzi, a najważniejsze brzmi co teraz będzie?😬 Mam nadzieję że kolejny Tom odpowie mi na wszystko, a tak kolejny bo napewno po niego sięgnę. Ta książka nie daje mi spokoju 🤫 a to dobry znak 🙈😍 Na początku myślałam że to będzie typowa książka fantasy ale się pomyliłam. Autorka w świetny sposób połączyła świat Fantasty z naszym prawdziwym światem, dla mnie coś innego i całkiem fajnego. Fabuła książki hmmm i tu mam problem 😉 Autorka tak namieszała że szok (ale w tym dobrym słowa znaczeniu) Ciągle się coś dzieje nie było czasu na nudę a dodatkowo książka mnie wciagła właśnie przez to mieszanie chciałam się dowiedzieć jak najwięcej i wyjaśnić wiele wątków a tu bum kolejne wkraczały 🤭 totalny mętlik a kartek ubywało w ...
10
Flajszman81

Nie oderwiesz się od lektury

niezła
00

Popularność




Tym, którzy we mnie wierzyli.

Prolog

Czerwcowe południe rozpieszczało nielicznych przechodniów miejskiego parku. Matki z radośnie gaworzącymi dziećmi spacerowały po kwiecistych alejkach, a młodzież z pobliskiej szkoły leżała na kolorowych bluzach, przyjmując ogromne dawki promieni słonecznych. Starsza para powolnym krokiem dotarła do jedynej ławki stojącej w zacienionym miejscu, a ich czarny jamnik położył się obok, z wdzięcznością przyjmując wodę w srebrnej miseczce.

Wyjątkowo ciepły dzień był zapowiedzią gorącego lata. Nieliczne chmury na niebie nie przesłaniały słońca, natomiast lekki powiew wiatru rozwiewał długie czarne włosy kobiety siedzącej na drewnianej ławce z ciemnymi żeliwnymi zdobieniami. Za sobą miała niewielką przestrzeń soczyście zielonej trawy, a klomby wielobarwnych kwiatów oddzielały rozgrzaną kostkę od niewielkiego stawu, po którym leniwie pływały kaczki.

Kobieta założyła nogę za nogę, a kwiecista sukienka z długim rozcięciem odsłoniła opaloną, zgrabną łydkę. Sandałki na niewielkim koturnie oplatały szczupłą kostkę, prawą stopą machała delikatnie w sobie znanym rytmie. Ramiona okryła dżinsową kurtką z podwiniętymi rękawami, a delikatne nadgarstki ozdobione były szerokimi, czarnymi bransoletkami. W ręku trzymała książkę i wydawała się pogrążona w lekturze, ale faktycznie z zaciekawieniem obserwowała otoczenie.

W jej kierunku zbliżała się dosyć niska, piękna kobieta. Krótkie brązowe włosy podkreślały szczupłą twarz, zielone oczy rozświetlały duszę każdego, na kogo spojrzała. Drobne ciało przykrywały biała koszula i czarne, szerokie spodnie, a również czarne szpilki wybijały melodyjny rytm jej kroków. Stanęła przy drewnianej ławce, spoglądając z góry na brunetkę w kwiecistej sukience.

– Weronika… – Kobieta wstała i objęła serdecznie przyjaciółkę.

– Przepraszam, że wyrwałam cię z domu.

Uśmiechnęła się delikatnie niczym anioł. Sara widziała w oczach wieloletniej przyjaciółki smutek i natychmiast ujęła spoconą ze stresu rękę.

– Wera, co się stało? – Kobieta potrząsnęła delikatnie głową. – Kochanie?

– Przejdziemy się?

Stanowiły dziwny kontrast. Wysoka, czarnowłosa Sara w długiej do ziemi, kolorowej sukience, która idealnie podkreślała wcięcie w talii i niewielki biust oraz niższa Weronika, zasłaniająca obszerną koszulą i spodniami zgrabne ciało, co kusząco podkreślało atuty kobiety. Sara pewna siebie i zadziorna, Weronika skryta i niepozorna. Szły ramię w ramię w ciszy, wsłuchując się w zgrany rytm ich kroków. Po kilku minutach spaceru dotarły do skromniejszej części parku i tylko co jakiś czas przechodził obok nich pojedynczy pieszy.

Sara nie chciała naciskać, ale wyraźnie czuła, że coś dręczy przyjaciółkę. Znały się od dziecka, praktycznie wychowywały się razem, uczyły i trenowały. Rozumiały się bez słów jak bratnie dusze i wiedziała, że musi cierpliwie czekać na jej ruch.

Stanęły na białym mostku ozdabiającym alejkę w parku, a Weronika, nie zważając na długie rękawy lekkiej koszuli, położyła przedramiona na żeliwnej barierce. Sara uniosła brew.

– Pobrudzisz koszulę.

– Oj… dobra, trudno. – Odetchnęła. Rozejrzała się wokół. – Sara, mam problem.

Kobieta oparła się biodrem o mostek, patrząc uważnie na przyjaciółkę. Widziała, jak Weronika biła się z myślami, próbując ubrać w słowa to, co chciała jej przekazać. To była kolejna różnica między nimi. Sara nigdy nie oszczędzała rozmówcy i mówiła wszystko, co leżało jej na sercu – rzecz jasna w granicach rozsądku. Z drugiej strony definicja rozsądku w słowniku Sary była bardzo… ograniczona. W skrócie, nie szczędziła szczerych słów. Weronika natomiast zawsze próbowała pięknymi wyrażeniami okazać swoje troski lub uczucia, starając się jak najmniej zranić drugą osobę. Nie znała bardziej grzecznej i ułożonej kobiety, a biorąc pod uwagę ich codzienne życie, było to nie lada wyczynem.

– Mam wytrząsnąć to z ciebie czy sama powiesz? – Skrzyżowała ręce na biuście.

– Tylko nie krzycz na mnie, nie lubię tego.

– Mów, no już.

Bała się coraz bardziej tego, co usłyszy. Weronika zachowywała się ostatnio dziwnie, była nieobecna duchem i zamyślona, co zupełnie nie pasowało do ułożonej i stąpającej twardo po ziemi kobiety.

Odetchnęła jeszcze raz.

– Jestem w ciąży.

Sara wytrzeszczyła oczy, co musiało wyglądać komicznie, bo jej przyjaciółka roześmiała się skromnie.

– Słucham?

– Jestem w ciąży. Czwarty tydzień.

Pisnęła, gdy Sara objęła ją i pocałowała w policzek.

– Gratuluję! To cudownie! – Klasnęła w dłonie. – Cieszę się!

– Cicho… Nie krzycz, wariatko!

Popatrzyła na nią uważnie.

– Czekaj, moment. Znam ojca? – Weronika skrzywiła się nieznacznie. – Wera, kto jest ojcem?

– Nie możesz cieszyć się ze mną…

– Cieszę się oczywiście. – Zrobiła groźną minę. – Kto jest ojcem?

Weronika rozejrzała się wokół, by sprawdzić, czy nikt nie podsłuchuje ich rozmowy.

– Wiktor.

Oczy Sary pociemniały.

– Słucham?! – prawie krzyknęła. – Żartujesz sobie?!

– Nie, Sara…

– Ale jak?

Weronika przewróciła oczami.

– No mam ci tłumaczyć, jak się robi dzieci? Litości.

– Nie o to mi chodzi. Chociaż to byłoby ciekawe. Po prostu nie sądziłam, że jest to możliwe… W sensie… Weronika, czy wiesz, co ty narobiłaś?

Kobieta uśmiechnęła się smutno, a Sara zauważyła, jak chciała położyć drobną dłoń na podbrzuszu, ale zmitygowała się w ostatnim momencie. Zrozumiała, że obawiała się pokazywać osobom postronnym swój stan i całkowicie rozumiała jej decyzję. Pociągnęła ją delikatnie za ramię, zmuszając do dalszego spaceru.

– Chodź, nie powinnyśmy stać w miejscu. – Trzymały się za ręce. – Wera…

– Sara, nie wiem, co mam powiedzieć. Naprawdę nie wiem. – Spojrzała na nią. – Zakochałam się w nim, wkopałam się po uszy. Nie wiedziałam, że mogłabym… Nie spodziewałam się tego. Nie wiem, co robić…

– O czym ty mówisz? – Zatrzymała się gwałtownie. – Chyba nie myślisz o usunięciu ciąży?

Weronika była na skraju załamania, a kształtne usta drżały od powstrzymywanego płaczu.

– Nie, nie mogłabym. To jest moje dziecko… Nasze dziecko.

– On wie? – Wolała nie wymawiać na siłę tego imienia. Biedna Weronika… – Wera, powiedziałaś mu?

– Jeszcze nie. Zadzwoniłam od razu do ciebie. Co ja mam zrobić? Przecież… A jeśli on nie chce mieć dzieci? Jeśli odejdzie?

– Pójdziesz dzisiaj do niego i mu powiesz. – Ujęła twarz przyjaciółki w dłonie, zielone oczy błyszczały od łez. – I nie wierzę, że cię odrzuci. To… – wskazała delikatnym ruchem głowy na jej brzuch – jest cud. Nigdy do tej pory nie słyszano o współpracy obu stron, a co dopiero o romansie. To w ogóle nigdy nie przychodziło nikomu do głowy. Wiesz, że nie jest to fizycznie możliwe. To jest cud. Masz w sobie cud.

– Cud, który każdy będzie chciał zdobyć do własnych celów albo zabić. – Weronika zamknęła oczy. – Przecież ona będzie taka potężna…

– Ona? – Sara popatrzyła na przyjaciółkę zdziwiona. – Jak to ona? Przecież to czwarty tydzień.

– Mam wizje.

– Powtórz.

– Odkąd jestem w ciąży, mam wizje. I wiesz dokładnie, że nie są moje.

– Jak to możliwe?

Trzask gałęzi obudził instynkt Sary, która odwróciła się gwałtownie, zasłaniając przyjaciółkę własnym ciałem. Poczuła, jak Weronika odwraca się plecami, chroniąc tyły swojej partnerki, jednak kobieta wiedziała, że jedyne zagrożenie czai się przed nią.

Patrzyła na wysokiego mężczyznę ubranego w czarne skóry, uśmiechającego się paskudnie w ich kierunku. Otaczające ich drzewa zasłaniały widok ciekawskich oczu na tę scenę i na długie sztylety znajdujące się w masywnych dłoniach intruza. Kobieta była wściekła, że zeszły z głównej alejki. Wśród ludzi byłyby o wiele bezpieczniejsze.

– Nie powinnaś jej bronić. – Głos miał równie okropny jak uśmiech. – Wynaturzenie w jej ciele nie może ujrzeć światła dziennego.

– Patryk. Nigdy cię nie lubiłam. – Głos miała sztucznie miły. – I nie sądziłam, że z każdym słowem mogę lubić coraz mniej.

Mężczyzna spojrzał pożądliwie na jej smukłe ciało, zatrzymując na dłużej wzrok na wysuniętej spod sukienki nodze.

– Za to ty mi się zawsze podobałaś… – Podszedł do Sary, która przesunęła przyjaciółkę kilka kroków w tył. Delikatnym ruchem nadgarstka kazała Weronice odwrócić się w swoją stronę. – Jak skończę z twoją małą przyjaciółką, to zajmę się tobą. Mąż ci nie pomoże.

– Dlaczego tu jesteś? – Gorączkowo próbowała wymyślić plan ucieczki tak, aby nie pozostawić żadnych świadków. – Ktoś o tym wie?

– A po co? – Iskierka nadziei zatliła się w sercu kobiety. – Po co mam dzielić się bohaterstwem? Wyobrażasz sobie? Wojownik, który pozbył się pieprzonego mieszańca w ciele zdradzieckiej kurwy… A przy okazji zabawię się z największą suką w oddziale.

Rzucił się na nią, ale Sara była przygotowana na ten ruch. Błyskawicznie sięgnęła do kabury na prawym udzie i wyciągnęła nóż, raniąc Patryka w wyciągniętą dłoń. Szybkim kopnięciem w jądra powaliła go, próbując uderzyć w skroń rękojeścią broni, ale wykręcony nadgarstek i siła mężczyzny powaliły ją na ziemię. Zaciśnięte na szyi palce odbierały oddech. Widziała zbliżającą się w ich kierunku Weronikę, a srebrne ostrze rozbłysło w dłoni kobiety. Nie mogła na to pozwolić. Uderzenie w łokcie wyswobodziło ją, dzięki czemu mogła opleść szyję napastnika silnymi udami. Twarz mężczyzny powoli robiła się sina, ale podniósł Sarę i rzucił nią ponownie o ziemię. Ból rozlał się po całym ciele kobiety, a w płucach zabrakło powietrza, przed oczami poczerniało od uderzenia. Zamroczona zmusiła się do poruszenia obolałych mięśni.

Oparła się na kolanach, podczas gdy Patryk stanął nad nią, trzymając silnym ramieniem jej przyjaciółkę. Ostrze noża znajdowało się niebezpiecznie blisko jej gardła, ale z ulgą zauważyła, że jest daleko od tętnicy szyjnej. Nie chciał jej zabić, ktoś taki jak Patryk nie pomyliłby się, a ona miała szansę zaatakować, nie narażając Weroniki.

W tym samym momencie zza pleców Wojownika wyłoniła się potężna męska sylwetka, a czerwone oczy rozbłysły gniewnie. Sara rzuciła się w stronę Weroniki i wyrwała ją z objęć napastnika w tym samym momencie, gdy Wiktor chwycił mężczyznę i jednym ruchem skręcił mu kark. Zasłoniła własnym ciałem przyjaciółkę, chroniąc ją przed ewentualnym rykoszetem sztyletu i przed okropnym widokiem upadającego bezwładnie ciała. To nie było przeznaczone dla oczu delikatnej Weroniki, nawet jeśli była świetnym Wojownikiem.

– Weronika?

Wiktor uklęknął obok, szerokie plecy przesłoniły widok na zagajnik, w którym doszło do tego tragicznego spotkania.

– Zajmij się nią. – Popatrzyła na mężczyznę. Jego czerwone oczy zamieniły się w piękny niebieski odcień. – Opiekuj się nią. Musicie uciekać.

– Sara, nie… – Weronika próbowała coś powiedzieć.

– Posłuchaj mnie. – Spojrzała na przyjaciółkę, która doskonale widziała czerń oczu Sary. – Musisz mi obiecać, że uciekniecie. Wiktor… Zabierz ją stąd. Tu nie jest bezpiecznie.

Sara czuła, że Wiktor zna prawdę. Pojawił się tu, żeby chronić swoją ukochaną i ich dziecko. Ufała mu, instynktownie czuła, że może powierzyć mu życie swojej przyjaciółki.

– Sara, nie mogę…

– Weronika. – Jeden zwrot przyciągnął uwagę kobiety. – Obiecuję ci, że wasze dziecko będzie bezpieczne. Przysięgam, że zrobię wszystko, by je chronić. Zaufaj mi. – Ścisnęła dłoń przyjaciółki. – Ale musicie się ukryć. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, obiecuję. – W oczach Sary pojawiły się łzy. – Uciekajcie.

Rozdział 1

Nadużywanie klawisza cofania podczas pisania nie do końca pomaga. Pisania czegokolwiek. Tym bardziej gdy w głowie jest natłok myśli, którego nie sposób przelać na papier… Albo na ekran laptopa w ostateczności. Irytujący brak skupienia nie posuwał pracy dziewczyny nawet o linijkę ku końcowi. Po kolejnej minucie i kolejnych nerwowych uderzeniach w klawiaturę ze złością zatrzasnęła laptop.

Ukryła twarz w dłoniach, opierając jednocześnie łokcie o blat stołu. Czuła nieznośny ból w okolicy skroni. Pulsowanie nasilało się, z każdą sekundą powodując coraz większe mdłości i zawroty. Oddychała głęboko i spokojnie, tak jak nauczyło ją doświadczenie. To był jedyny sposób na przetrwanie ataku.

Słyszała szum ciągle pracującego laptopa, krople deszczu uderzające w parapet, skrzypienie podłogi u sąsiadów na górze, właśnie ktoś wstawił pranie. W bloku każdy dźwięk rozchodził się po wszystkich mieszkaniach, nic nie mogło się ukryć wśród czterech ścian. Oczywiście każdy słyszał to, co chciał, reagował też tylko na wybrane dźwięki.

Dziewczyna potrząsnęła głową. Nie mogła pogrążać się we wspomnieniach. Najważniejsze to pozbyć się bólu. Zaczęła masować skronie delikatnymi, kolistymi ruchami. Na dłoniach czuła lekkie łaskotanie włosów, a zapach pokrzywowego szamponu drażnił nos. Łagodny dotyk palców przynosił ukojenie, a dźwięk coraz gęściej padającego deszczu relaksował zmysły. Był koniec września, więc taka pogoda nikogo nie dziwiła, chociaż niewiele osób za nią przepadało. Luiza do tych osób nie należała.

Gdy tylko ból głowy trochę zelżał, wstała powolnym ruchem, podtrzymując się blatu stołu i skierowała się w stronę niewielkiej łazienki. Ciemnoniebieskie kafelki na ścianach pochłaniały światło żarówki, kontrastując z białymi meblami. Pochyliła się nad umywalką, ochlapując rozgrzane policzki chłodną wodą. Orzeźwienie pomogło jej, ból głowy zelżał. Wyprostowała się z ręcznikiem w dłoni i przejrzała w okrągłym lustrze.

Owalną twarz okalały włosy o zimnym odcieniu brązu, policzki miała zaróżowione, a spływające po nich kropelki wody powoli drążyły tunele w delikatnym makijażu. Podróż kończyły na kształtnych ustach, których kącik podnosił się lekko ku górze, gdy się uśmiechała. Słyszała to często, chociaż sama tego nie zauważyła. Nie, żeby uwielbiała przeglądać się w lustrze czy robić sobie zdjęcia. Zresztą, nauczyła się sprawnie unikać obiektywu aparatu i kamer.

Błyszczące niebieskie oczy skanowały obraz w lustrze. Zawsze lśniły podczas ataków, jakby dodatkowo rozpalała ją gorączka. Dziwnie kontrastowały z ciemną karnacją, a długie rzęsy rzucały cienie, tworząc mroczną obwódkę wokół oczu, co jeszcze bardziej podkreślało opalizujący kolor tęczówek.

Ból głowy przeminął równie nagle jak się pojawił, serce uspokoiło się, a oddech wyrównał. Luiza odetchnęła z ulgą i wyszła z łazienki, zarzucając ręcznik na wieszak przy drzwiach. Myśli wyciszały się, padający deszcz nie drażnił uszu, odgłosy sąsiadów nie wzbudzały niepokoju. Bezwiednie znalazła się w kuchni, sięgając po wodę w butelce. Odkręcając ją, zapatrzyła się w okno wychodzące na plac zabaw. Słyszała cichą melodię płynącą od Agnieszki, nastolatki mieszkającej pod nią, która co wieczór ćwiczyła grę na pianinie. Wsłuchując się w kojące nuty, popijała wodę i przyglądała się podwórzu przed blokiem.

Wiatr kołysał drzewami, poruszał huśtawkę złowrogim ruchem, ktoś przebiegał z samochodu do klatki, próbując jak najszybciej schować się przed opadem z ciemnych chmur. Krople spływały po oknie, uderzając w nie coraz mocniej, wybijając rytm współpracujący z melodią pianina. Luiza czuła, że zapada w trans, a jej wspomnienia krążą bezwiednie, próbując zakotwiczyć się w jednym wydarzeniu, które próbuje wypłynąć na powierzchnię.

Oczami wyobraźni zobaczyła molo, na które spadały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Spacerowała wzdłuż morza, wsłuchując się w jego szum, obserwując pikujące ku tafli wody mewy, kątem oka widząc roześmiane twarze rodzin z dziećmi. Uwielbia szum wody, uwielbia czuć piasek na gołych stopach, uwielbia też słony zapach morskiego powietrza. Mogła być tutaj dzień w dzień, rozkoszować się wolnością, chwytać w płuca to, co daje natura. Spacer pochłaniał ją coraz bardziej, dzięki czemu pogrążała się we własnych myślach. Zbliżał się ciężki czas, ostatni rok studiów, po którym wszystko miało się zmienić. Myślała o swojej pracy magisterskiej, o pracy w klubie, o tym, jak będzie wyglądać jej przyszłość. I robiła wszystko, by nie zatracać się we wspomnieniach. Bała się tego, co przyniesie jej los.

Cztery lata temu rozpoczęła studia, wbrew wszystkiemu wybrała psychologię. Nie była pewna, czy jest to mądre posunięcie, bo jak osoba z problemami ma pomagać innym? Podczas nauki miała wzloty i upadki, tak jak większość osób, ale dzięki nim poznawała coraz bardziej siebie i przekonała się, że jednak dokonała słusznego wyboru. Wychodziła na prostą, a jej wybujała wyobraźnia, która sprawiała tyle kłopotów podczas dziecięcych lat, odchodziła w niepamięć albo po prostu Luiza nauczyła się odróżniać rzeczywistość od wyobraźni… W ostateczności nauczyła się nie mówić o niej głośno. Tak jak o wielu innych rzeczach.

Cały czas szła wzdłuż plaży, z każdym krokiem oddalając się coraz bardziej od molo. Chłodna woda oblewała kostki, a dreszcz przeszywający ciało Luizy zapowiadał szybko zapadający zmrok. Przystanęła, niepewna tego, dokąd poniosły ją nogi. Okolica wydawała się opustoszała, nie było słychać rozmów, śmiechów ani śpiewów, jedynie szum coraz bardziej niespokojnego morza. Poczuła irracjonalny niepokój, a zimny wiatr wywołał gęsią skórkę. Luiza objęła się ramionami i rozejrzała wokół.

Światła hotelu stojącego w oddali padały na szary piasek lekką poświatą. Wokół niego widziała poruszające się postacie, ludzi wchodzących po ogromnych schodach do budynku, chroniących się przed coraz silniejszym wiatrem. W pewnym momencie okazało się, że jest jedyną osobą na plaży. Nie pamiętała, jak tutaj dotarła, nie wiedziała, jak ma wrócić. Poczuła mrowienie między łopatkami, a jej zmysły wystrzeliły na najwyższy poziom. Podniosła wzrok…

I to było na tyle. Zdenerwowana niezdarnie odstawiła butelkę z wodą, która wylała się na brązowy blat w kuchni. Przeklęła pod nosem i mamrocząc coś o bezużytecznym umyśle, zajęła się sprzątaniem.

Za każdym razem, za każdym cholernym razem nie mogła wypełnić luki w pamięci. Wiedziała, że spojrzała w dal, bo poczuła niepokój. Czuła, że ktoś jest niedaleko i ją obserwuje. Była pewna, że ona też coś zobaczyła, ale nie mogła przypomnieć sobie co. Tak samo, jak nie pamiętała drogi powrotnej do hotelu. Obudziła się w pokoju mokra i zziębnięta, gdy Sandra wróciła ze spotkania z nowo poznanym w barze facetem.

W cichym mieszkaniu rozległ się sygnał dzwoniącej komórki. Luiza ruszyła w kierunku salonu, patrząc nieprzychylnie na zamknięty laptop. Powinna pisać pracę magisterską, a nie bawić się w ciuciubabkę z własnym umysłem.

– Halo?

– Brzmisz jak stara wiedźma. Skrzeczysz. – Usłyszała w telefonie najbliższą jej osobę, Sandrę.

– Dzięki, zawsze mogę na ciebie liczyć.

– Chyba cię to nie dziwi?

Słyszała, jak dziewczyna wyciąga klucze. Mogła się założyć, że obwieszona stertą toreb z nowymi ciuchami, butami i kosmetykami ma spory problem z otworzeniem drzwi. Sandra była niezdiagnozowaną zakupoholiczką, centra handlowe były sensem jej życia.

– Jak praca?

– Mmm… – Luiza przytrzymała komórkę ramieniem, stawiając jednocześnie czajnik z wodą. Zerknęła z wyrzutem na zatrzaśnięty laptop. – Napisałam kilka linijek.

– Cały dzień i kilka linijek? Specjalnie pojechałam do rodziców, żebyś miała spokój.

– Niedawno ktoś mi mówił, że jestem nienormalna, mam jeszcze czas, żebym puknęła się w łeb z tą magisterką. No i nie pojechałaś ze względu na mnie, tylko otwierali nowy sklep w galerii.

– Spadaj. – Sandra się roześmiała. – Chociaż z tym puknięciem się w łeb podtrzymuję stanowisko. Nawet jeszcze nie zaczęliśmy ostatniego roku, a ty już od kilku miesięcy ją piszesz. Wiem, wiem – powiedziała, gdy Luiza chciała jej przerwać. – Nie wyrobisz się ze wszystkim, musisz utrzymać stypendium, pracę i zdrowy umysł.

– Z tym ostatnim przy tobie będzie ciężko – westchnęła.

– Masz szczęście, że jesteś kilkadziesiąt kilometrów ode mnie, bo byś dostała nowiutką torebką od Tommiego Hilfigera.

Luiza usłyszała klucze rzucone na blat, na pewno jej przyjaciółka była w kuchni.

– Lepiej powiedz, jak zakupy, to jest bardziej interesujące niż moja magisterka. Tak na marginesie, też w końcu będziesz musiała się nią zająć.

– Nie marudź, nie psuj nastroju, mamy jeszcze kilka dni do rozpoczęcia zajęć. A na zakupach…

Luiza słuchała przyjaciółki, zaparzając jednocześnie herbatę i co jakiś czas zadając pytanie. Stanęła w tym samym miejscu przy oknie, zapatrzona w kołyszące się drzewa i krzaki. Sandra rozkręcała się coraz bardziej, właśnie opowiadała o chłopaku, który zaprosił ją na kawę – jak zwykle widząc ją po raz pierwszy w życiu.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? – zapytała z przekąsem. – I co, zgodziłaś się?

– A jak myślisz? Wiesz, że uwielbiam kawę. – Luiza się roześmiała. – No w końcu się uśmiechasz. Słuchaj dalej…

Popijana herbata rozgrzewała jej ciało od środka, lekki malinowo-cytrynowy aromat rozchodził się po kuchni, drażniąc nos kuszącym zapachem. W tle cały czas szumiały drzewa, krople deszczu bez przerwy uderzały w parapet. Luiza wpatrywała się jak zahipnotyzowana w obraz za oknem. Kątem oka rejestrowała ruch huśtawki na placu zabaw, ale nie potrafiła oderwać wzroku od krzaków forsycji znajdujących się naprzeciw niej. Poczuła natarczywe mrowienie między łopatkami i spróbowała delikatnie rozruszać plecy, aby pozbyć się tego piekielnego uczucia. Przymknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła, zobaczyła postać stojącą przed oknem. Czarna kurtka, spodnie i buty, mogła się założyć, że skryte pod kapturem włosy też były tego koloru. Luiza nie była w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu, była niczym marmurowy posąg. Miała wrażenie, że wpatrzone prosto w nią oczy przyszpilają ją do podłogi i wdzierają się w duszę, mrożąc ją w środku, wysysając całe ciepło organizmu.

Postać ruszyła się, światło latarni zamigotało w jej oczach. Widząc to, Luiza drgnęła, rozlewając gorącą herbatę na siebie, co przywróciło ją do rzeczywistości. Odstawiła kubek i w ułamku sekundy wróciła wzrokiem w tamto miejsce. Zamarła…

– Nikogo tam nie ma…

– Co? O czym ty mówisz? Słuchasz mnie w ogóle?

– Tak, tak. Przepraszam. Mów dalej.

Słuchając jej, rozglądała się po placu przed blokiem, próbując dostrzec cokolwiek w mroku nocy. W pewnym momencie dotarło do niej, że to była tylko jej wyobraźnia. Tak, na pewno jak zwykle płata figle Luizie. Typowe.

– Dobra, ja kończę, idę z mamą poplotkować. Będę jutro.

Luiza poczuła wyrzuty sumienia, bo nie pamiętała nic z rozmowy z przyjaciółką.

– Tak, przepraszam. Porozmawiamy, jak wrócisz, OK?

– Jasne. Kocham cię.

– Ja ciebie też. – Rozłączyły się.

To na pewno był jej wymysł, ta postać. Bolała ją dzisiaj głowa, wspominała plażę nad morzem, zresztą deszcz i wiatr mogły jej pomóc, tworząc złudzenie optyczne. Poza tym to niemożliwe, żeby ktoś stał w suchym ubraniu podczas takiej ulewy, prawda? Nietrudno o pomyłkę, tym bardziej będąc samej w mieszkaniu. Odwróciła się i popatrzyła na drzwi wyjściowe. Podeszła do nich i sprawdziła, czy są zamknięte.

– Na wszelki wypadek…

– Podejdziesz do tych kolesi spod trójki?

Luiza się odwróciła. Klaudia, czarnowłosa dziewczyna o długich nogach i talii osy, stała przed nią z błagalnym wyrazem twarzy. Kolejna typowa noc w pracy. Od rozmowy z Sandrą minęło kilka dni, które mogłaby poświęcić na własne zajęcia, na przykład pisanie pracy, ale cóż… Sandra jest zakupoholiczką a Luiza pracoholiczką. Idealne połączenie, prawda?

– Proszę, nie wyrabiam, a te buty zaraz doprowadzą mnie do szaleństwa. – Oparła się o blat i podniosła stopę w niebotycznie wysokich szpilkach.

– Jasne. Reszta twojej części ogarnięta?

– Tak, dzięki wielkie.

Z tacą w ręku ruszyła w stronę sali. Lata praktyki zapewniły jej zręczne lawirowanie między okrągłymi, niewielkimi stolikami. Każdy z nich skierowany był w stronę jednego z trzech podestów, na których tancerki poruszały zmysły mężczyzn. Ogromne ilości energii włożone w ćwiczenie pole dance nie były stracone, nawet Luiza podziwiała, z jaką zwinnością, siłą i seksapilem kusiły swoim tańcem klientów klubu. Jednak to był tylko taniec, w Legionie była jedna, bardzo istotna zasada: patrzenie – tak, dotykanie – nie. Chyba że chcesz wyjść z połamanymi kończynami. Albo czymś innym. I tyczyło się to zarówno tancerek, jak i kelnerek.

Luiza podeszła do trójki, stolika znajdującego się prawie na końcu sali. Nie czuła się komfortowo, stając przed mężczyznami, którzy taksowali ją wzrokiem. Wiedziała, co widzieli. Czarna bokserka, spod której wystawały ozdobne ramionka biustonosza, czarne obcisłe spodnie, sneakersy wydłużające jej już i tak długie, szczupłe nogi. Do tego lekki makijaż i gęste, brązowe włosy sięgające prawie do pasa. Dokładnie wiedziała, jak wygląda i nie była zadowolona z tego, jak patrzy na nią większość facetów w tym klubie. Nie była typem kelnerki, która wykorzystuje swoje ciało, żeby dostać większe napiwki. Zawsze starała się uchronić siebie przed natarczywym wzrokiem mężczyzn.

– Podać panom coś jeszcze?

Pochyliła się, by zebrać puste szklanki z niewielkiego, okrągłego stolika. Jeden z nich, ubrany w białą koszulę rozpiętą przy kołnierzyku i czarne spodnie od garnituru, przysunął się do niej. Piwne oczy wędrowały od jej biustu przez usta, zatrzymując się na oczach dziewczyny. Uśmiechnął się, a ten grymas odrzucił Luizę, jednak nie dała tego po sobie poznać.

– Może dołączysz do nas? – Owionął ją zapach wódki. Wyprostowała się.

– Niestety nie mogę. Coś do picia?

– Nie bądź taka nieśmiała, przecież jak chwilę z nami posiedzisz, nic się nie stanie.

– Nie jestem od siedzenia z gośćmi, tylko od ich obsługiwania.

Mężczyźni zarechotali. Dziewczyna spojrzała w stronę Marcina, szefa ochrony, który akurat ją obserwował i skinęła niezauważalnie głową. Wolała mieć jakieś zabezpieczenie.

– Podać coś do picia? Kolejny raz nie zapytam.

– Kotku, jesteśmy klientami i płacimy za to, żebyś nas… obsługiwała. Nie chcemy nic pić, chcemy, żebyś zadowoliła nas… swoim towarzystwem.

– Poszukajcie domu publicznego, żeby ktoś was zadowolił.

Chciała się odwrócić, ale poczuła, że jej lewy nadgarstek jest zamknięty w mocnym uścisku. Ból rozniósł się po ręce, gdy jeden z nich pociągnął ją w swoją stronę. W ostatnim momencie złapała równowagę, odwróciła się i z całej siły wymierzyła cios pięścią, trafiając prosto w nos natarczywego faceta. Usłyszała obrzydliwe chrupnięcie łamanej kości i przekleństwa wokół. Mężczyźni wstali, gotowi rzucić się na nią, ale nagle ich wzrok spoczął na kimś znajdującym się za jej plecami.

– Na waszym miejscu przemyślałbym to.

Zamarła, gdy usłyszała niski, wibrujący głos. Nie znała go, ale bała się odwrócić, żeby nie stracić z oczu tych dupków. Cieszyła się, że ktoś stanął w jej obronie, bo sama wolała nie wdawać się w bójki. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki panowie usiedli potulnie i skurczyli się w sobie. Nic dziwnego, nie widziała, kto jej pomógł, ale czuła, jak moc bijąca z ciała mężczyzny obezwładnia wszystkich wokół.

– Wracaj do pracy, a my sobie porozmawiamy.

W końcu się odwróciła i prawie zderzyła się z… naprawdę przystojnym facetem. Chociaż nie, to złe określenie. Czarne, krótko ostrzyżone włosy eksponowały jego silnie zarysowaną szczękę. Szare, jakby stalowe oczy otulone były czarnymi, gęstymi rzęsami. Nie patrzył na nią, cały czas pilnował wzrokiem tamtych mężczyzn. On nie był tylko przystojny, był niepokojąco piękny, seksowny i niebezpieczny. Bezwiednie chłonęła wzrokiem resztę jego ciała. Biała koszula z lekkiego materiału opinała szeroką klatkę piersiową, zarys bicepsów przyciągał wzrok, ręce schowane były do kieszeni czarnych spodni. Mimo luźnej postawy Luiza miała wrażenie, że wystarczył jeden niewłaściwy ruch z ich strony i w ułamku sekundy pożałowaliby tego.

– Wracaj do pracy.

Spojrzał na nią, mrożąc ją do szpiku kości i pozbawiając oddechu.

– Idź. – Popchnął ją lekko w stronę baru.

Najszybciej, jak mogła, znalazła się na zapleczu. Syknęła wściekle, gdy poczuła ból w prawej dłoni od uderzenia w futrynę drzwi. Lewy nadgarstek też ją palił, no i miała wrażenie, że cała się trzęsie. Nie, nie miała wrażenia, ona faktycznie się trzęsła.

– Jesteś cała? – Klaudia weszła na zaplecze.

– Luz.

Kobieta podeszła do niej i obejrzała dłoń dziewczyny.

– Nie jest złamana, ale na pewno obiłaś ją porządnie. Widziałam, jak mu przywaliłaś, niezły cel. – Zaśmiała się. – Przepraszam, że wystawiłam cię akurat na nich.

– Nie zrobiłaś tego specjalnie. Dobrze, że nie stało się nic więcej. Muszę ją usztywnić.

– Pomogę ci. – Klaudia wyciągnęła z apteczki bandaż elastyczny i delikatnym ruchem owinęła dłoń dziewczyny. – Zrobione.

– Dobrze mieć przyszłą pielęgniarkę na miejscu. – Kelnerka spłonęła rumieńcem.

– To nic wielkiego. I nie mów hop.

Luiza się roześmiała, chociaż czuła lekki niepokój, a ból w dłoni stawał się coraz bardziej nieznośny. W Legionie cały czas spotykała tego typu facetów, zresztą tak jak każda z pracujących tu dziewczyn. Natomiast po tylu latach pracy pierwszy raz sama musiała zadbać o siebie, bo Marcin nie zdążył na czas. Nie miała nic przeciw temu, ale wolała unikać rozgłosu.

To znaczy, nie sama. Nie wiedziała, kto wylądowałby w szpitalu z połamaną szczęką, gdyby nie interwencja nieznajomego mężczyzny. Chociaż z drugiej strony wiele razy widziała tego rodzaju spojrzenie i była pewna, że tamci faceci mieli niezłe kłopoty.

– Powinnaś jechać do domu. I tak nie dasz rady pracować z bandażem. A najlepiej, żebyś pojechała na urazówkę.

– Powiesz Marcinowi? Właściwie, widziałaś, gdzie był Marcin, jak temu kolesiowi odbiło?

– Tak, szedł w twoją stronę, ale po drodze coś się stało i musiał działać. Chyba widział, że sobie radzisz.

– Dziwne… – Klaudia popatrzyła na nią z niezrozumieniem w oczach. – Nic, nieważne. Dobrze, że ten mężczyzna mi pomógł.

– Ten czarnowłosy przystojniak? Ciekawe, kto to był, pierwszy raz go widziałam.

– Ciekawe. – Luizę prześladowały jego stalowe oczy. Znowu poczuła ucisk w klatce. – Pomożesz mi włożyć kurtkę? Jednak sama poszukam Marcina.

– Jasne.

Dziewczyna ubrała się z pomocą koleżanki, zarzuciła torbę na ramię i ruszyła w stronę drzwi. Już miała sięgać do klamki, gdy te się otworzyły. Odskoczyła zwinnie, patrząc w brązowe oczy Marcina. Taksował uważnie każdy cal ciała Luizy, aż spoczął w końcu na bandażu i mruknął przekleństwo.

– Dzisiaj wszystkim odbija. Musimy mieć więcej osób w ochronie, taka sytuacja nie może się powtórzyć.

– Poradziłam sobie. – Luiza uśmiechnęła się delikatnie.

Marcin wyglądał jak typowy ochroniarz olbrzym, w którego wnętrzu miękkie i wrażliwe serce kontrastowało z twardym charakterem. Wygląd, empatia i silna osobowość zrobiły z niego właściciela jednego z najlepiej prosperujących klubów dla mężczyzn w całym mieście. Dobry menadżer, jeszcze lepszy szef, ale przede wszystkim wyśmienity ochroniarz. Nic dziwnego, skoro służył w policji. Przystojna twarz i atletyczne ciało były szczytem, który chciało zdobyć wiele dziewczyn, ale nigdy nie zauważyła, żeby którąś z nich był faktycznie zainteresowany. Podszedł do niej i delikatnym ruchem ujął lewą dłoń, na co skrzywiła się mimochodem. W oczach Marcina zapłonął gniew.

– Zaraz wracam, poczekaj.

– Marcin, nie. – Odwrócił się zdziwiony, słysząc jej stanowczy głos. – Mam już dosyć, chcę tylko wrócić do domu. Wyrzuć ich, gdy już odjadę. Zamówisz mi taksówkę?

– Chodź. Odprowadzę cię.

Wychodząc z zaplecza, zerknęła na salę, ale przy trzecim stoliku nikogo nie było, zostały tylko puste szklanki, których nie zdążyła zebrać. Zmrużyła oczy. Rozejrzała się, jednak nie zauważyła niczego podejrzanego.

Noc była chłodna, kompletne przeciwieństwo gorących wrześniowych dni. Pogoda zupełnie zwariowała. Luiza zamknęła oczy, co było tylko chwytem mającym na celu odcięcie się od stojącego obok niej Marcina. Była zmęczona i obolała, ale rześkie powietrze wprowadzało równowagę w jej organizmie. W głębi duszy czuła, że dzisiejsza sytuacja to dopiero początek niespodzianek.

– Wszystko dobrze? Trzęsiesz się.

– Trochę mi zimno. Zadzwoniłeś po taksówkę?

– Tak, niedługo powinna być. Jest druga w nocy, więc pewnie rozwożą dzieciarnię z klubów. Trzymaj.

Kurtka mężczyzny znalazła się na ramionach dziewczyny. Poczuła rozkoszne ciepło rozchodzące się po ciele i męskie orzeźwiające perfumy pomieszane z zapachem skóry. Zadrżała od różnicy temperatury. Marcin, widząc to, objął ją ramieniem. Zerknęła na niego zaskoczona, a on w odpowiedzi wzruszył ramionami.

– Trzęsiesz się.

Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, poczuła mrowienie i mięśnie na plecach automatycznie napięły się. Dziwne… Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje i nagle zaczęła czuć się niekomfortowo w objęciach kolegi z pracy. Popadała w paranoję, przecież na tyłach klubu byli tylko oni. Wiedziała to, widziała to, a jednak niepokój ściskał jej serce. Zrzuciła z ramion kurtkę, gdy uderzyła w nią fala gorąca.

– Dziękuję, już mi cieplej. – Usłyszała warkot samochodu. – O, jest taksówka.

Spojrzała na Marcina i uśmiechnęła się lekko.

– I dziękuję, że poczekałeś ze mną. Wracaj do pracy, bo bez ciebie rozniosą klub.

– Napisz, gdy dojedziesz do domu.

– Jak nie zapomnę. Dzięki jeszcze raz.

Luiza skierowała się do taksówki. Już miała wsiadać, gdy poczuła impuls, ciężką do zwalczenia chęć obejrzenia się za siebie. Drzwi do klubu zamykały się za Marcinem, ale niczego poza tym nie zauważyła. Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, o co chodzi. Ból w ręce orzeźwił ją i dopiero dotarło do niej, że bezwiednie próbuje ścisnąć obandażowaną pięść.

– Na Długą piętnaście poproszę.

Zmusiła się do zatrzaśnięcia drzwi, a po chwili taksówka ruszyła. Oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy, walcząc z bólem, który starannie odganiał sen. Dziesięć minut później zaparkowali pod blokiem. Po opłaceniu pobiegła do klatki i niezgrabnie wyciągnęła klucze. Gdy otworzyła drzwi, usłyszała odjeżdżający pojazd i poczuła ciepło na sercu, że mężczyzna poczekał aż będzie bezpieczna w środku.

– Luiza? – Jej przyjaciółka była zaspana, ale jak zawsze obudziła się, gdy dziewczyna wróciła z pracy. – Która godzina?

– Po drugiej. Śpij. – Odwiesiła klucze do skrzynki przy drzwiach.

– Yhym, okej…

Tabletki przeciwbólowe – to był jej najbliższy cel. Z każdą minutą czuła coraz większą opuchliznę, a ból promieniował coraz wyżej.

– Szkoda, że nie mogę jechać do szpitala – mruknęła pod nosem. Połknęła dwie tabletki, popijając je zimną wodą.

W sypialni dopadło ją zmęczenie. Rzuciła torebkę na biurko, zdjęte ubrania wylądowały na fotelu, a ona sama położyła się w puchowej pościeli. Emocje, ból i niezrozumiałe odczucie bycia obserwowaną zbierały żniwo, poczuła ogarniające ją coraz szybciej znużenie. Sięgnęła po telefon. Napisanie wiadomości do Marcina było ostatnią rzeczą, którą zrobiła.

Rozdział 2

– Wstawaj, o dziewiątej mamy zajęcia.

Luiza poczuła lekkie szarpnięcie za rękę i zacisnęła zęby, gdy ból rozlał się po jej ciele. Nad sobą ujrzała Sandrę. Złotobrązowe oczy okalał perfekcyjny makijaż, rzęsy tworzyły wachlarz podkreślający niesamowity kolor tęczówki. Usta pociągnięte czerwoną szminką wykrzywiał delikatny uśmiech, ale mimo wszystko nie potrafiła ukryć troski.

– Przepraszam… Wyglądasz paskudnie. Co ci się stało w rękę?

– Nic wielkiego. – Luiza się skrzywiła. – Przywaliłam facetowi w klubie.

– Słucham? Mam nadzieję, że Marcin wywalił go na zbity pysk?

– Prawie. Nie zdążył. – Sandra rzuciła się na łóżko obok przyjaciółki.

– Wyczuwam drugie dno. Mów, szybciutko.

Luiza oparła głowę o poduszki.

– Jakiś facet stanął w mojej obronie. Normalnie… Tylko jak usłyszałam jego głos, zdębiałam. I ci kolesie też, od razu ucichli jak myszki.

Sandra tym razem podekscytowana usiadła obok, wpatrując się w nią intensywnie.

– Przystojny?! – Luiza przygryzła wargę. – Przystojny! Jak ma na imię?

– Nie wiem… Gdy wychodziłam, już go nie było.

– Durna. Mogłaś od razu z nim porozmawiać.

– Mogłam… Która godzina?

– Przed ósmą.

– Słucham?! – Luiza zerwała się z łóżka i od razu pożałowała tego ruchu, gdy oparła się kontuzjowaną ręką. – Muszę ogarnąć się na uczelnię.

– Zrobię kawę i śniadanie.

– Kocham cię, wiesz?

– Ta, jasne. Kiedyś się odwdzięczysz.

Sandra wstała. Oczywiście była przygotowana na zajęcia w całej okazałości. Białe, dopasowane spodnie opinały zgrabne nogi, a kolorowa lekka bluzka kusząco zasłaniała idealne wcięcie w talii.

Po szybkim prysznicu i jeszcze szybszym makijażu Luiza znalazła się w kuchni, popijając gorącą, aromatyczną kawę. Zerknęła w okno, gdzie słońce próbowało przebić się przez ciemne chmury, co jakiś czas posyłając do pomieszczenia nieśmiałe promienie.

– Mmm, tosty. Z serem.

Jej brzuch zdecydowanie tęsknił za posiłkiem.

– Jedz, nie marudź. Musimy zaraz wychodzić. Pierwszy dzień ostatniego roku. – Sandra klasnęła w dłonie. – Musimy pozostawić po sobie pamiątkę, żeby wszyscy nas zapamiętali.

– Ciebie i tak każdy zapamięta.

Luiza miała rację. Uroda Sandry doprowadzała wszystkie dziewczyny do kompleksów, a każdy facet był gotów skoczyć za nią w ogień. Nie zapominając o ciepłym, serdecznym usposobieniu w połączeniu z walecznością i troską o najbliższych – efekt murowany. Chociaż nie każdy jest idealny, mimo dobrych cech wykorzystywała swoje atuty do osiągania celów. Różnych celów. Nie, żeby Luiza interesowała się życiem seksualnym przyjaciółki. No, może trochę. Po prostu każdy facet był jej i koniec kropka.

– Mnie tak. – Skierowała na nią groźny wzrok. Łyżeczka, którą mieszała kawę, wystrzeliła w stronę Luizy. – Ciebie? Niekoniecznie.

– Dokładnie wiesz, że mi na tym nie zależy.

– Ale…

– Żadnych ale. Idziemy? Musimy dojechać na uczelnię.

– Psujesz całą zabawę.

– Ktoś musi twardo stąpać po ziemi. – I mówi to osoba, która ma paranoję, bo myśli, że ktoś ją obserwuje. Super. – Bierz kluczyki, jedziemy twoim samochodem.

– A co z twoim?

– Nic, ale nie dam rady kierować. – Podniosła obandażowaną rękę. – No i masz pecha, bo jestem praworęczna i będziesz musiała robić za mnie notatki. Role się odwróciły.

Sandra jęknęła żałośnie, natomiast Luizę bardzo ucieszyła perspektywa przyjaciółki z długopisem w ręku.

– Wezmę laptopa – mruknęła Sandra.

No jasne.

Droga na uczelnię nie była długa, natomiast bardzo… emocjonująca. Luiza prawie zapomniała, jak jej przyjaciółka prowadzi i kilka razy musiała modlić się w duchu, żeby w ogóle dojechały w jednym kawałku.

– Zaraz pocałuję ziemię – powiedziała, wysiadając. – Wyślę cię na dodatkowe zajęcia!

– Z czego?

– Z jazdy! Prawie przywaliłaś w samochód…

– Oj, raz. Nie przesadzaj.

– Raz w samochód, raz w rower, nie wspomnę o krawężniku. Więcej nie prowadzisz.

– No i o to chodziło!

Luiza zrezygnowana entuzjazmem przyjaciółki pokręciła głową.

Sandra zatrzasnęła drzwi swojego czarnego bmw X3. Ruszyły ramię w ramię w stronę uczelni, co jakiś czas machając na powitanie przyjaciołom. Wiele znajomych twarzy, wszyscy uśmiechnięci i wypoczęci po przerwie wakacyjnej, wymieniali się doświadczeniami z wyjazdów i prac sezonowych. Niewielu z nich było zatrudnionych na stałe.

Prywatna uczelnia rządziła się swoimi prawami. Niektóre osoby nie musiały pracować, aby opłacić czesne. Wystarczyło, że pochodziły z dobrego domu. Dobrego według ogólnie przyjętych norm, rzecz jasna. Niektóre miały założone rodziny oraz próbowały połączyć dodatkową pracę ze studiami. Luiza szczerze wątpiła natomiast, czy ktoś z nich pracował w klubie nocnym. Nie wnikała w to, na szczęście nikt też nie dopytywał o jej zajęcia po uczelni. Oczywiście widziała kilku bywalców tych murów, jak śliniąc się, próbowali dobrać się do tancerek, ale ich upojenie alkoholowe było jej alibi. To plus uporczywe unikanie obsługiwania zajętych przez nich stolików. Tak jak mówiła, ona nie wspominała, jej nikt nie widział, a nawet jeśli widział, to trzymał język za zębami. Zawsze uważała, że każdy ma swoje życie i powinien zająć się właśnie nim.

Jednak na uczelni było widać podział, do którego Luiza z Sandrą w ogóle nie przywiązywały uwagi. Sandra pochodziła z bogatej rodziny, ale nie wywyższała się z powodu pieniędzy. Sama też pomagała w wolnym czasie w poradni rodziców, więc łączyła pracę ze studiami, chociaż nie musiała tego robić.

Obie były zupełnie różne. I chyba to przyciągało je do siebie coraz bardziej. Poznały się przed rozpoczęciem pierwszego roku i od razu połączyła je wspólna więź. Wspierały się, zamieszkały razem, imprezowały i zarywały noce nad książkami. Luiza ufała Sandrze i wiedziała, że może powiedzieć jej wszystko… No prawie. Wiedziała o wizytach u psychiatry, wiedziała, dlaczego tam chodziła. Znała jej przeszłość. Jednak do tej pory Luiza nie powiedziała jej o sytuacji znad morza. Ani o dziwnym odczuciu bycia obserwowaną. Nie chciała myśleć, co to może w najgorszym przypadku oznaczać. Podczas studiów poznała wiele zaburzeń psychicznych i wiedziała dokładnie, że może to być początek jej problemów. Jednak patrząc na uśmiechniętą Sandrę, nie potrafiła powiedzieć jej tego, nie mogła zaburzać emanującego z niej spokoju. Postanowiła, że będzie obserwować swoje objawy, pilnując się, żeby nie popaść w jeszcze większą paranoję i jeśli jej stan chociaż trochę się pogorszy, sama zgłosi się po pomoc.

– Dot, odleciałaś!

Faktycznie, nie zauważyła, kiedy dołączył do nich Wojtek, wysoki, brązowooki blondyn, za którym oglądała się każda dziewczyna na uczelni. Luiza zawsze uważała, że on i Sandra byliby świetną parą, ale najwyraźniej nie podzielali jej entuzjazmu, ponieważ cały czas kłócili się między sobą. Mimo wszystko tworzyli zgrane trio.

– Hej! – Luiza zerknęła na opalone ramiona. – Widzę, że dobrze wykorzystałeś czas praktyk we Włoszech.

– Jak zwykle.

Jego oczy błyszczały, jasnoniebieska koszulka polo kontrastowała z ciemną karnacją. Głos miał przyjemny, niski i hipnotyzujący. Nic dziwnego, że dziewczyny na niego leciały.

– Poznałem śliczną Włoszkę i bardzo miło spędziliśmy czas.

– I zapewne miałeś do niej zadzwonić, jak będziesz w Polsce?

– Miałem. I zadzwoniłem – odpowiedział poważnie. – Myślisz, że związek na odległość ma szanse powodzenia?

– Pytasz niewłaściwą osobę. – Luiza się roześmiała. – Wiesz, że nie wchodzę w żadne związki.

– Wojtuś, kochany, czy związek na odległość czy kilka metrów od siebie, i tak jesteś za wielkim babiarzem, żeby to utrzymać – wtrąciła Sandra słodkim głosem, w którym oboje wyczuli nutkę jadu.

– Sandra, nie mów tak, może naprawdę…

– Czyli nie warto jednak. – Wojtek się uśmiechnął. Zauważyła w nim trwającą ułamek sekundy zmianę, smutek albo urazę. – Spadam na zajęcia. Widzimy się na przerwie?

Gdy kiwnęły mu głową, oddalił się w kierunku sali.

– Przypomnij mi, dlaczego aż tak go nie lubisz?

– Nie wiem, może dlatego, że chce cię przelecieć?

– Przecież zawsze mówisz, że potrzebuję dobrego seksu na wyluzowanie. – Luiza roześmiała się, widząc kwaśną minę przyjaciółki. – Może nie?

– Ale nie z kimś, kto przespał się z połową uczelni.

– Połowa uczelni to dziewczyny.

– No właśnie.

Luiza otworzyła szeroko oczy. Doskonale wiedziała, jaką osobą jest Wojtek, ale kurczę… Nagle stanęła jak wryta.

– Czekaj, ty… Sandra!

– No co? Żal nie korzystać.

– Jesteś nienormalna. Chodź, zaraz zaczną się zajęcia.

Przeciskając się przez tłum studentów, dotarły pod salę, gdzie miały odbyć się pierwsze wykłady. Drzwi były otwarte, część krzeseł była już zajęta. Dziewczyny jak zwykle usiadły w tylnych rzędach przy oknie. Po tylu latach każdy miał już swoją przestrzeń i nikt nie próbował tego zmieniać. Michał, niczym niewyróżniający się chłopak siedzący przed nimi, odwrócił się. Jak zawsze oczy rozbłysły mu na widok Sandry i uśmiechnął się pogodnie.

– Gotowe na kolejny rok?

– Zwarte i gotowe.

Laptop Sandry zdecydowanie za głośno wylądował na drewnianej podstawce do pisania.

– Jak nigdy przedtem jestem pełna energii – warknęła.

– Właśnie widzę…

Chłopak odwrócił się speszony. Luiza popatrzyła na przyjaciółkę, która wydawała się czymś poruszona.

– Co się dzieje?

– Nic, luz. – Zacisnęła zęby. – Kurde, wiesz, że nie lubię robić notatek!

– Na dobre ci wyjdzie.

Luiza ponownie się roześmiała. Mimo bolącej ręki miała bardzo dobry humor, a może to widok nieszczęsnej Sandry otwierającej laptopa tak na nią wpływał?

– Dziewczyny! Słyszałyście?

Przysiadła się do nich Lidka, słodka okularnica i największa plotkara na roku.

– Cześć, Michał. Będziemy mieć nowego opiekuna roku!

– O czym ty mówisz?

– Profesor Lenkowski musiał chwilowo zrezygnować z pracy. Mówi się, że ma problemy zdrowotne.

Luiza podniosła gwałtownie głowę znad telefonu.

– Żartujesz? To jest pewne?

– Tak, dostałam potwierdzenie w rektoracie. – Lidka wydawała się być urażona tymi pytaniami. – Chciałam zapytać o plan zajęć i przy okazji poprosili o przekazanie informacji. Ciekawe, jaki będzie?

– Pewnie coś na miarę Lenkowskiego.

– Czyli w sumie spoko.

Luiza roześmiała się na widok miny Sandry.

– Zgadzam się z Luizą. Profesor Lenkowski jest dobrym wykładowcą.

– Jak uważacie… Jak minęły wakacje? – Dziewczyny rozpoczęły typową studencką wymianę zdań.

Luiza nie zwracała na to większej uwagi, ponieważ pogrążyła się w myślach. Profesor Lenkowski jest mężczyzną w średnim wieku o surowych zasadach, niesamowitej wiedzy i ze świetnym podejściem do studentów. Jednocześnie miał być jej promotorem. Już w poprzednim semestrze poruszali temat jej pracy magisterskiej. Wiedział, że Luiza pracuje i nie mogła pozwolić sobie na pisanie wszystkiego w ostatnim momencie, tak jak robi to większość osób. Dlatego zaakceptował jej wybór i dał wskazówki, na czym skupić się podczas przerwy wakacyjnej. I Luiza była pewna, że nie wspominał jej o problemach zdrowotnych, co nie znaczy, że zwierzał się jej ze swojego życia. Jednak wiedząc, że będzie jej promotorem, powinien jej o tym napomknąć, prawda?

– O masz… – Lidka poszła przekazywać dalej najgorętszą informację. – I co będzie z twoją pracą? – usłyszała troskę w głosie Sandry.

– Nie wiem. Zależy, kto będzie moim promotorem. Skoro temat zaakceptował profesor Lenkowski, to nowy też powinien. Zobaczymy. Ciekawe, kto będzie teraz naszym opiekunem…

– Dzień dobry! – Dziewczyny podskoczyły, gdy z głośników rozległ się donośny głos doktor Kolańskiej. – Mam nadzieję, że wróciliście na uczelnię pełni energii, ponieważ przed wami bardzo ważny i ciężki rok…

Luiza starała się słuchać uważnie, jednak im monolog był dłuższy, tym bardziej odrywała się od rzeczywistości. Ból w dłoni kierował jej myśli ku poprzedniej nocy w klubie. Powolnym ruchem zdjęła z prawej ręki bandaż. Na szczęście lewy nadgarstek funkcjonował na tyle dobrze, aby poradzić sobie z tym zadaniem. Dłoń była spuchnięta, ale poruszała palcami, więc wszystko było sprawne. Chociaż musiała przyznać, że zawsze szybko dochodziła do siebie po takich kontuzjach. Delikatnie zaczęła masować obolałą rękę i zatracać się we wspomnieniach.

Usłyszała niski, głęboki głos. Zobaczyła stalowe, zimne oczy pochłaniające ją, pozbawiające tchu. Z czasem przypominała sobie coraz więcej. Krótko ścięte, czarne włosy, zaciśnięta szczęka, usta wykrzywione w złym uśmiechu. Wyrzeźbione mięśnie pod lnianą koszulą w połączeniu z ciemną opalenizną dawały niesamowity efekt.

Przypomniała sobie moc, jaka od niego emanowała. Jaki efekt wywołał na tamtych facetach przy stoliku. Jak ona zareagowała na jego obecność… Nawet nie wiedziała, jak ma na imię. Nie podziękowała mu. Ciekawa była, czy pojawi się jeszcze raz w Legionie, ale jeśli miała być szczera, to wątpiła w to. Niewielu jest stałych bywalców klubów ze striptizem. Zwykle były to wieczory kawalerskie albo spotkania biznesmenów, którzy uciekli chociaż na chwilę od swoich żon i dzieci. Nie sądziła, że zobaczy go jeszcze raz, a na samą myśl o tym zrobiło się jej przykro.

Nagle znalazła się w znajomym zaułku za klubem. Przypomniała sobie, że była tam wczoraj z Marcinem, czekali na taksówkę. Trzęsła się z zimna, gdy poczuła obejmujące ją czule ramiona przyciągające do siebie. Ufnie oparła się plecami o klatkę piersiową mężczyzny. Gorące usta spoczęły na wgłębieniu w jej obojczyku, wytyczały powolny szlak ku płatkowi ucha. Po ciele rozniósł się dreszcz rozkoszy, dłonie mężczyzny wędrowały wzdłuż talii, przesuwając się powoli ku płaskiemu brzuchowi. Dotyk mrowił, a gdy wsunął dłoń pod bluzkę, syknęła z nadmiaru wrażeń. Opuszki palców jednocześnie mroziły i parzyły jej ciało, co wywoływało nieznane dotąd wrażenie. Jakby wyczuwając, co dzieje się z jej ciałem, wędrował ręką w dół ku miejscu, gdzie czuła erotyczny ścisk, gdzie marzyła, aby ją dotknął.

Jęknęła, gdy zaprzestał swojej wędrówki i zaczął delikatnie obracać ją ku sobie. Chciała kontynuować, zatracić się, zobaczyć te stalowe oczy… Spojrzała w piękną, surową twarz o idealnie wyrzeźbionych ustach. Lewy kącik unosił się w leciutkim uśmiechu, prawa dłoń dotknęła z czułością jej policzka. Zamknęła oczy, rozkoszując się kolejnym dotykiem…

– Ziemia do Luizy, przerwa.

Usłyszała natrętny głos. Sandra?

– Odleciałaś znowu.

– Co? Spałam?

– Nie, ale zdecydowanie nie byłaś tutaj z nami.

– Rany… – Luiza potrząsnęła głową, rozsypując długie brązowe włosy na ramionach. – Nie wiem, co mi się stało. Co przegapiłam?

– Nic, nuda. Mam notatki. Nieźle wzięła się do roboty w tym roku, od pierwszych zajęć pełen wykład.

Luiza wstała, próbując wrócić do rzeczywistości. Jednak ta wizja… Nie, nie wizja. Marzenie? Jakie marzenie? Nie mogła marzyć o Marcinie. Jest słodki, miły, byłby idealnym facetem, ale nie widziała go w roli swojego partnera. Chociaż wiedziała, że nie miałby nic przeciwko temu. Więc dlaczego o nim marzyła? Dlaczego w wyobraźni zmieniła scenę z zaułka?

I jeszcze jedno… Czy na pewno myślała o nim? Marcin nie miał stalowego odcienia tęczówek.

Zajęcia mijały powoli i chyba faktycznie każdy wykładowca wziął sobie do serca, że są na ostatnim roku studiów. Oprócz zwykłych zajęć organizacyjnych prowadzone były normalne wykłady i ćwiczenia, co było nie lada ciekawostką, ponieważ większość studentów przygotowała się na luźny dzień.

Niewątpliwie najciekawszym tematem był nowy, tajemniczy opiekun. Informacja o stanie zdrowia profesora Lenkowskiego obiegła w zawrotnym tempie wszystkich zainteresowanych i powodowała zamieszanie wśród studentów psychologii. Każda nowa twarz okazywała się być potencjalnym opiekunem ich roku. Luiza nie brała udziału w tych dyskusjach, bo nie bardzo interesowała się tym, kto będzie uczył seksuologii zamiast profesora Lenkowskiego. Zresztą zajęcia z tego przedmiotu odbędą się dopiero w piątek, więc mają jeszcze kilka dni do poznania tajemniczego gościa.

Kolejnym i na szczęście ostatnim przedmiotem będzie diagnoza i leczenie zaburzeń psychicznych. Na samą myśl o zajęciach uderzył ją strach o stan własnego zdrowia. Zadrżała. To będzie ciężki semestr. Dziewczyna miała nadzieję, że nie potwierdzą się obawy zakopane głęboko w umyśle.

– Idę po kawę, chcesz coś?

– Nie, dzięki. Zajmę miejsca, ale wracaj szybko.

– Dobrze, mamo!

Luiza się uśmiechnęła. Dobrze, że miała ją przy sobie. Sandra była kotwicą trzymającą ją na powierzchni. No i robiła za nią notatki cały dzień, co było bardzo satysfakcjonujące.

Gdy dotarła do sali wykładowej, oczywiście z kubkiem gorącej, czarnej kawy, okazało się, że prowadzącego jeszcze nie ma. Przepchnęła się do miejsca przy Sandrze, przeklinając swoje uzależnienie od kofeiny. Dość ciężko manewrowało się między ludźmi, jednocześnie pilnując, by nie wylać na nich drogocennego płynu.

– No nareszcie. Dziwna sprawa, salę otworzyła jedna z dziewczyn, mówiąc, że wykładowca zaraz przyjdzie. – Sandra pochyliła się do przyjaciółki. – Ciekawe, jak wygląda ten Drwal…

– Drwal? O czym ty mówisz?

– Doktor Dawid Drwal. Będzie miał z nami diagnozę i seksuologię.

– Skąd to wiesz? Nie było mnie maksymalnie pięć minut!

– Wiesz, że lubię plotki.

– Wiem, wiem. Ale wygryzł dwóch wykładowców? Ciekawe…

Luiza pogrążyła się w myślach. Jak zwykle siedziały przy oknie i dziewczyna zapatrzyła się na odjeżdżające z parkingu samochody. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, tworząc piękną, pomarańczową łunę. Odbijało się refleksami w szybach pojazdów i niewielkich kałużach – pozostałościach po jesiennych, chłodnych opadach. Zapowiadało się znowu na deszcz, w oddali widziała zbliżające się ciemne chmury.

Szum wokół niej przypominał podekscytowane rozmowy turystów zwiedzających klimatyczne uliczki Paryża. Rozpuszczone długie włosy łaskotały nagie ramiona dziewczyny, gdy siedziała w jednej z kawiarenek, rozkoszując się gwarem miejskim, podziwiając szykownie ubrane kobiety i eleganckich mężczyzn, uśmiechając się delikatnie na widok młodzieży zachwycającej się ulicznymi grajkami. Widziała parę starszych ludzi, którzy trzymając się za ręce, spacerowali wśród tłumu niespiesznym tempem. Szkoda, że taka przyszłość nie była jej dana.

Po drugiej stronie ulicy zaparkował luksusowy samochód, z którego wyszedł przystojny mężczyzna. Trochę typ biznesmena, ale liczba ochroniarzy wokół niego nie pozostawiała złudzeń co do prawdziwej profesji. Rozejrzał się czujnie i na ułamek sekundy zatrzymał się na Luizie, która obserwowała w zamyśleniu ludzi wokół niej. Po chwili schował się w monitorowanym na każdym kroku budynku. Luiza wstała.

– Dlaczego dopiero na ostatnim roku dostaliśmy takie ciacho…

Drgnęła, gdy usłyszała mruczącą pod nosem Sandrę. Oderwała wzrok od zachodzącego słońca i zamarła zaskoczona. Na podeście stał mężczyzna, który wczoraj stanął w jej obronie w klubie. Jak miał na nazwisko? Drwal? Dawid Drwal?

– Dzień dobry państwu.

Serce Luizy zabiło mocniej, gdy usłyszała ten głos. Ten sam przenikający jej duszę głos. Widziała kątem oka, że nie tylko ona tak zareagowała. Dziewczyny siedzące przed nią automatycznie nachyliły się do przodu, jakby przyciąganie przez tego mężczyznę otuliło każdą przedstawicielkę płci pięknej. Sandra wierciła się niespokojnie obok niej. Jeśli na siedzące z tyłu studentki tak wpływał, to co było z przodu…

– Nazywam się Dawid Drwal, jestem doktorem psychiatrii oraz seksuologii. Będę miał przyjemność prowadzić z państwem diagnozę i leczenie zaburzeń psychicznych oraz właśnie seksuologię.

Cóż, patrząc na wygląd mężczyzny, cała ta seksuologia nie wydawała się już tak niewinna jak do tej pory. Jego wzrok wędrował po sali, spokojnie skanując wpatrujące się w niego twarze. Luiza przesunęła się delikatnie w prawo, chowając się w cieniu Michała siedzącego jak zwykle przed nią.

Niedbałym ruchem zdjął skrojoną na miarę marynarkę i rzucił ją na fotel wykładowcy. Teraz mogła przyjrzeć mu się w całej okazałości. Widziała dokładnie jego ciemną karnację, skóra wydawała się wręcz złocista, a biała koszula podkreślała ją jeszcze bardziej. Idealna figura nawet z tak daleka ukazywała siłę bijącą z twardych mięśni. Ciemny krawat i czarne spodnie dodawały mu elegancji, jednak nawet tak oficjalny strój nie potrafił jej zmylić. Czuła moc, jego pewność siebie i dominację. Wiedział, że to on tutaj rządzi. Wygląd fizyczny na pewno przyciągał każdą kobietę, ale sposób bycia był wzorem do naśladowania dla mężczyzn. Nie przypominał wykładowcy… Raczej wojskowego, i to piekielnie dobrego.

Luiza zmrużyła oczy. Moment… Ostatnie wspomnienie czy wizja… To nie był Marcin. To był on, Dawid. Naprawdę wyobraziła sobie to ze swoim wykładowcą? Widząc go raz w życiu? Nie wiedziała, dlaczego, ale była pewna, że gdyby Sandra nie wyrwała jej z transu, to ta scena, ta tak realistyczna scena nie skończyłaby się tylko na dotyku. Nawet teraz, na samą myśl o tym czuła rozpływające się po jej ciele gorąco. A nawet tak naprawdę jej nie dotknął…

Potrząsnęła głową. Ostatnio bardzo często to robiła. Powinna przestać myśleć o głupotach, a skupić się bardziej na tym, co jest tu i teraz. Słuchać prowadzącego zajęcia, jak seksowny i gorący by nie był. Myśleć o zaliczeniach, pracy, magisterce, którą będzie musiała napisać. O promotorze, którym będzie…

– Cholera jasna – mruknęła pod nosem, gdy dotarło do niej, do czego to wszystko zmierza.

Do końca zajęć próbowała utrzymać swoją świadomość na powierzchni, chociaż nie było to proste zadanie. Na szczęście Dawid… doktor Drwal nie trzymał ich długo, po omówieniu zasad zaliczenia przedmiotów i krótkim wywiadzie z przednimi rzędami na temat organizacyjny wypuścił ich z zajęć. Oczywiście nie zapomniał o zadaniu materiału do przygotowania na najbliższe ćwiczenia. No jasne, dlaczego miało się to zakończyć na wykładach? Chociaż z drugiej strony wspominał, że poprowadzi tylko jedną grupę. Może Luizie się upiecze.

Tak na marginesie wcale nie wiedziała, czy chce od tego faceta uciekać.

Wychodząc z sali, zostały zatrzymane przez jednego z ich znajomych z roku. Sandrę pochłonęła krótka rozmowa, ale to zupełnie wystarczyło Luizie. Próbowała być jak najmniej widoczna i obserwowała wianuszek studentek, który otoczył wykładowcę. Wpatrywały się w niego jak w bóstwo. W sumie nie mogła się temu dziwić. Mężczyzna uśmiechał się pobłażliwie i cierpliwie odpowiadał na pytania. Na pewno coraz bardziej idiotyczne.

W pewnym momencie stalowy wzrok skupił się na Luizie, a jej ciało przeszył prąd. Uśmiechnął się, zupełnie tak samo jak w jej wizji. Lewy kącik uniósł się leciutko, ale grymas ten nie sięgnął jego oczu. Przechyliła głowę jak zawsze, gdy zauważyła coś intrygującego. Powoli przesunęła wzrokiem po jego ciele i uśmiechnęła się, by po chwili odwrócić się do stojącej obok Sandry. Miała wrażenie, że oczy mężczyzny rozbłysły groźnie. Miała kłopoty.

– Gorący, cholera. – Przyjaciółka się zaśmiała.

– Idziemy stąd czy nie?

Zaczęła przepychać się między ludźmi. Świeże powietrze oczyściło jej umysł, gdy powolnym krokiem kierowały się do bmw Sandry.

– Wszystko okej?

– Tak, dlaczego?

– Jeszcze nigdy nie uciekałaś tak z uczelni. Coś z ręką?

– Zapomniałam o niej. – Luiza była zdenerwowana. – Dzięki, że przypomniałaś.

– No to co jest?

Luiza zatrzymała się przed samochodem przyjaciółki i popatrzyła na nią nad dachem.

– Pamiętasz przystojniaka, który mnie uratował?

– No tak. – Sandra otworzyła szeroko oczy. – Żartujesz chyba?!

– Nie. Jedziemy, już.

Sandra miała inne plany. Co prawda wsiadła do samochodu, ale nie uruchomiła silnika, za to intensywnie wpatrywała się w Luizę.

– Nie podziękowałaś mu! Miałaś przecież szansę.

– No tak, i co bym powiedziała? – Luiza przewróciła oczami. – Przepraszam, panie doktorze, pamięta mnie pan? To ja jestem tą dziewczyną z baru, podkreślam, ze striptizem, którą pan uratował, a dzisiaj tak przypadkiem okazuje się, że jest pan moim wykładowcą, opiekunem roku i prawdopodobnie promotorem. A, i jeszcze uważam, że jest pan diabelnie przystojny, tak na marginesie tylko wspominam.

– No i pięknie! – Sandra uśmiechnęła się wrednie i pomachała jej na pożegnanie. – Lecisz!

– Co? Nie! Nie ma szans. – Sandra próbowała wypchnąć ją z samochodu. – Ała!

– Idź i podziękuj, bo zobaczysz, jak głupio będziesz czuła się następnym razem. I tak nie wiadomo, co sobie pomyślał, jak nie stanęłaś w wianuszku kobiet wokół niego.

– Nie wiem, że jestem jedną z nielicznych normalnych osób?

– To grubo się pomylił.

– No dzięki!

Wściekła sięgnęła po torebkę i wyszła z samochodu.

– Poczekam na ciebie!

Powiał zimny wiatr, słońca już prawie nie było na niebie. Zapięła płaszcz i ruszyła z powrotem w stronę budynku uczelni, próbując uspokoić zwariowane zmysły.

Zła, że dała się na to namówić, weszła do ekspresowo opustoszałego budynku, a obcasy ironicznie postukiwały po posadzce, co denerwowało ją jeszcze bardziej. Dźwięk roznosił się echem po wysokim holu. Sala, w której miała ostatnio zajęcia, znajdowała się na samym końcu, tuż przy punkcie ksero. W miarę jak zbliżała się do celu, wiedziała, że jest to bezcelowe. Drzwi były zamknięte. Dawid… doktor wyszedł albo jest zamknięty z innego powodu w sali. A tego szczegółu wolała nie poznawać. Z duszą na ramieniu zapukała do drzwi i nacisnęła klamkę. Sala była zamknięta. Jak ten Drwal pozbył się tak szybko tych wszystkich lalek?

– No i dobrze.

– I co, znalazłaś go?

– Nie. Sala była już zamknięta.

– Cykor. Jedziemy do apteki? Ręka. Trzeba coś z nią zrobić, mam dosyć robienia notatek.

– Mam coś w pokoju. – Rozległ się dźwięk komórki. – Poczekaj chwilę. Co tam, Klaudia?

– Hej, jak się czujesz? Jak ręka? Nie dzwoniłam wcześniej, żeby nie przeszkadzać ci na uczelni.

– Dzięki, jest lepiej. Dobrze, że pracuję dopiero w środę, trochę odpocznie.

Sandra uruchomiła samochód i ruszyły w drogę powrotną. Luiza wymieniła jeszcze kilka zdań z Klaudią i rozłączyła się. Oparła głowę o zagłówek i przymknęła oczy.

– Znowu głowa? – Luiza kiwnęła delikatnie. – Kiedy pójdziesz do lekarza?

– W listopadzie mam rezonans. Już przeszło, a ty patrz na drogę.

Właśnie odbiła kierownicą, unikając zahaczenia kołem o krawężnik.

– Uważaj.

Sandra uśmiechnęła się szelmowsko.

– Niech inni uważają.

– Nie czekaj na mnie.

Sandra stanęła w drzwiach Luizy.

– Okej? Nie mówiłaś, że wychodzisz.

– Idę z Kubą na kawę.

Luiza spojrzała sceptycznie na zegarek.

– No dobra, na drinka. Buziaki!

– Uważaj na siebie!

Sandra zamknęła drzwi, a Luiza oparła bolącą głowę o zimny blat biurka. Nie przyznała się przyjaciółce, że wcale nie czuje się lepiej. Odkąd wróciły z wakacji, jej głowa nie pracowała tak jak powinna. Rozsadzający ból dopadał znienacka i paraliżował umysł. Pamięć też szwankowała, bo cały czas nie mogła przypomnieć sobie większości wieczoru na plaży.

– Zajmę się robotą, to przynajmniej nie będę o tym myśleć. – Odepchnęła się od biurka i wstała.

Codzienne porządki pochłonęły resztę wieczoru Luizy. Praca szła mozolnie ze względu na obitą dłoń. Nie, żeby to była nowość. Nie pierwszy raz miała tego typu kontuzję, ale miała nadzieję, że do środy jej przejdzie, bo nie mogła pozwolić sobie na dzień wolny w pracy. Jednak gdy prawie pobiła ulubiony kubek Sandry, postanowiła odpuścić – wolała nie ryzykować napadu furii przyjaciółki. Nie było większej świętości w tym mieszkaniu niż sandrowy specjalny kubek na kawę.

Sąsiadka rozpoczęła codzienną próbę gry, ale tym razem Luiza nie miała ochoty wsłuchiwać się w te melodie. Potrzebowała przerwać dzwoniącą w uszach ciszę, o ile można mówić o ciszy, słysząc w tle smutne nuty pianina. Musiała usłyszeć czyjś głos. Jeszcze niedawno narzekała na rozchodzące się po całym bloku dźwięki, a teraz, jak na złość, nikt nic nie mówił, nie stukał, nie odkurzał. Włączyła telewizor i nastawiła pierwszy lepszy kanał muzyczny, a po mieszkaniu rozniosły się słowa jakiejś nieznanej piosenki, co nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Ważne, że cokolwiek grało i słyszała czyjś głos.

Wyszła na balkon z kieliszkiem wina. Granatowe chmury otulały niebo, dając wrażenie groźnego, zamykającego się nad jej głową dachu. Gdy spoglądała w nie, wydawało się, jakby miały opaść na nią i otulić swoim puchem, chłodem, zasłonić przed całym światem. Sącząc powoli wino, chłonęła piękne kształty rysujące się na tle nieba. Gdzieś w oddali usłyszała szczekanie psa, autobus komunikacji miejskiej podjechał właśnie na niedaleko zlokalizowany przystanek. Trzasnęły drzwi czyjegoś samochodu.

Przymknęła oczy i od razu tego pożałowała. Nawet teraz, będąc w domu, widziała stalowe tęczówki, wachlarz rzęs, piękne i twarde rysy twarzy, lekko ironiczny uśmiech. Zdawała sobie sprawę, że jest to co najmniej nienormalne. Widziała mężczyznę dwa razy w życiu i nie mogła wyrzucić z myśli idealnego obrazu, to co będzie po całym roku współpracy z nim? Jeszcze nigdy nie myślała w ten sposób o żadnym facecie. Prawa ręka poruszyła się, pokonała ścieżkę wzdłuż ciała i zatrzymała się we wgłębieniu obojczyka, gdzie pierwszy raz poczuła jego usta… Nie, stop! Nie poczuła. Wyobraziła je sobie.

– Jesteś pierdolnięta, ot co.

Podskoczyła na dźwięk domofonu. Idąc do drzwi, niepewnie spojrzała na zegarek w komórce. Dwudziesta pierwsza. Na wszelki wypadek włożyła telefon do tylnej kieszeni.

– Halo?

– Dobry wieczór.

No to są jakieś żarty.

– Z tej strony Dawid Drwal…

– Wiem, poznałam po głosie – powiedziała, zanim ugryzła się w język. Wypuściła nerwowo powietrze. – Co pan tu robi? – warknęła.

Była wściekła, że o nim myślała. Zła, że pojawił się u niej. Zrozpaczona, że nie mogła go zobaczyć. Po prostu nie mogła.

– Znalazłem twój portfel na uczelni po zajęciach.

Niski, hipnotyzujący głos przyprawiał ją o ciarki rozkoszy na całym ciele. W roztargnieniu potarła przedramię.

– Portfel? Mój?

– Jak nic, widzę prawo jazdy Luizy Dot. – Zbeształa się mentalnie. – Mogę wejść? Wrzuciłbym do skrzynki, ale raczej się nie zmieści.

– Już otwieram.

A teraz przeklinała to, że mieszka na drugim piętrze. Nie mogła mieszkać w wieżowcu, najlepiej gdzieś w okolicy ostatniego piętra bez windy?! Przynajmniej miałaby czas, żeby się ogarnąć. Na szybko zarzuciła na siebie czarne spodnie, ale z koszulą nie zdążyła już nic zrobić. Trudno. Przejechała ręką włosy i w tym samym momencie usłyszała pukanie do drzwi. Uchyliła je lekko.

W oczy rzuciła jej się czarna, skórzana kurtka, chyba motocyklowa. Czarne spodnie, wysokie buty. Oczywiście też czarne. Pod rozpiętą kurtką miał zwykłą białą koszulkę, co kompletnie zaskoczyło dziewczynę. Z wielkim wysiłkiem oderwała oczy od jego ciała i podniosła wzrok ku górze. Jaki był wysoki… Luiza miała prawie metr siedemdziesiąt, ale i tak musiała zadzierać głowę, żeby na niego spojrzeć.

– To twoje? – Podał jej czerwony portfel.

– Tak. Nawet nie wiedziałam, że go zgubiłam. Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?

Świetnie. Szybko przeszła na ty z wykładowcą. Musiała zrobić głupią minę, bo roześmiał się dźwięcznie, a serce Luizy podskoczyło.

– Adres masz w prawku.

– No tak. – Pokręciła głową. – Cała ja. Może zaproponuję chociaż kawę w podziękowaniu?

Uśmiechnął się i otaksował ją wzrokiem. Dopiero gdy zatrzymał się na biuście, zorientowała się, że nie ma nic pod spodem. Pięknie.

– Myślę, że nie powinienem do ciebie wchodzić.

Luiza zamarła.

– Przepraszam. – Przygryzła wargę. – Nie pomyślałam.

Przeczesała włosy nerwowym ruchem i od razu skarciła się w duchu.

– W każdym razie dzięki. – Pomachała portfelem. – Za odnalezienie zguby. I za wczoraj.

Nie odrywał od niej oczu. Miała wrażenie, że z każdą sekundą zatraca się coraz bardziej i za chwilę nie będzie szans na ucieczkę.

– Sama nieźle sobie poradziłaś. – Zerknął na jej dłoń. – Jak ręka?

– Całkiem, całkiem. – Uśmiechnęła się. Bolała, ale Luiza nie przejmowała się tym. – Przeżyję.

– To dobrze. Uważaj na siebie.

Zmrużyła oczy na widok błysku w stalowych tęczówkach.

– Jak zawsze, panie doktorze.

Uśmiech, którym ją obdarzył, wywołał burzę w organizmie kobiety. Niebezpieczny i seksowny rozgrzał wnętrze, gorąco rozpływało się po całym ciele, drażniąc najbardziej wrażliwe miejsca duszy. Rozpalał zmysły obietnicą niezapomnianej przygody życia. Obserwowała, jak schodzi ze schodów, bezwiednie podziwiając drapieżność emanującą z ciała mężczyzny.

Nie pozwól mu odejść.

Głos, który usłyszała, był tak niespodziewany, że zachwiała się zaskoczona i uderzyła w stojącą przy drzwiach szafkę. Drwal odwrócił się gwałtownie.

– Wszystko…

– Tak! Nic mi nie jest.

Powstrzymała go, zanim doskoczył do niej. I chociaż nie miało to kompletnie sensu, to miała wrażenie, że reagowałby na każdą ranę uzyskaną przez Luizę. Gdyby tylko wiedział…

– Do widzenia.

Oparła się plecami o zatrzaśnięte drzwi. Osunęła się po nich i usiadła na chłodnych płytkach. Objęła się rękoma, próbując powstrzymać drżenie ciała i wpatrywała się niewidzącym wzrokiem przed siebie.

– Błagam, tylko nie to…

W dłoni trzymała niewielki nóż.