Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 174 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czerń - Maja Lidia Kossakowska

Malaria szepcze do mnie czule, lód w mojej głowie zaraz rozsadzi mózg, czuję jak tyka niewidzialny zegar uzbrojonej bomby. Krwi!!!

Korespondenci wojenni - akolici obłąkanego, żądnego krwi boga, zwanego opinią publiczną.

Jego kaprys rzuca ich poza śmierć, czas i zaświaty. Wprost do prywatnej piwnicy Pana Boga, by odkryć krainę Pana Kałasznikowa. Ale i on jest tu tylko sługą.

Afryka to prastary kontynent. Duchy, przodkowie, demony, orisza. Wszyscy tu są. I skądś muszą czerpać energię, by żyć.

To jeszcze szaleństwo, czy już opętanie?

Czerń jest pierwszą z czterech minipowieści, składających się na cykl "Upiór Południa". Wspólnym i przewodnim motywem tych zapisków znad krawędzi światów jest... upał.

Opinie o ebooku Czerń - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Czerń - Maja Lidia Kossakowska

Upiór Południa

CzerńPamięć UmarłychBurzowe KocięCzas mgieł

Preludium

Na twoim miejscu bym tego nie robił.

To nie jest groźba ani ostrzeżenie. Ja nie grożę ani nie ostrzegam. To proste stwierdzenie faktu.

Na twoim miejscu nie robiłbym tego, chłopie.

Nie pakowałbym się w te historie. Jasne, wydają się atrakcyjne, egzotyczne, pociągające. Po prostu fajne. I zapewne są takie.

Ale nie dla ciebie.

Pustynia patrzy na mnie czerwoną, wyschłą kataraktą spękanej ziemi. W oddali majaczą blade, błękitne i fioletowe masywy gór Atlas. Wyglądają jak uśpione wielbłądy. Szosy prawie nie widać. To ta spękana, cienka tasiemka wypłowiałego burego asfaltu, rzucona na rudy lateryt gleby. A tamta cienka kreska na horyzoncie, przypominająca zbyt zamaszysty ślad ołówka na delikatnej powierzchni akwareli, to rzymski akwedukt. Lubię to miejsce. Ruiny pośrodku czerwonej pustki. Odpręża mnie tutejszy nastrój, lekko nostalgiczny, kwaśnawy aromat zatęchłego grobu. Siedzę w kucki na szczycie marmurowego krużganka. Czekam. Mam tu na co czekać.

Ty nie masz czego szukać.

Podnoszę głowę, przymykam powieki. Wiatr się wzmaga. Niesie z rozpalonego wnętrza kontynentu drobiny piasku. Można się nim upić, tym wiatrem. Zachłysnąć, oszołomić, do głębi nałykać zwierzęcym szaleństwem, zapomnieć. Nafukać lepiej niż jakimkolwiek kwasem, który miałeś w wilgotnych, słabych dłoniach dzieciaka z dobrego domu.

Nie lubię cię.

Wkurzasz mnie. Przeszkadzasz. Zaburzasz mój niespokojny odpoczynek, moje niecierpliwe wyczekiwanie. Moją chwilę ciszy przed sztormem. Pstrykasz te swoje idiotyczne zdjęcia, ten bezmyślny testament zdychających w upale wakacji. Twoja brzydka, naburmuszona laska gapi się na starożytne kolumny z miną zblazowanego klienta burdelu wybrzydzającego nad przebrzmiałą urodą panienek. Wachluje się mapą turystyczną, że niby tak jej nudno i gorąco.

Znam takie jak ona. Płaska, pospolita twarz bez śladu makijażu, na opitolonych jak po tyfusie mysich włosach szmaciany kapelusz gwizdnięty z pogrzebu niemowlęcia, bezkształtna bluzka, workowate spodnie do kolan i sandały, które wyglądają, jakby ubogi Mandingo wyciął je ze starej opony. Kwintesencja współczesnej kobiecości. Panna Jesteś Tego Warta. Vagina Dolorosa.

Wiesz co? Ona też mnie wkurza.

Coś mi się zdaje, że wybraliście się w niewłaściwe miejsce o bardzo niewłaściwej porze.

Niewiedza niczego nie usprawiedliwia. Przeciwnie. Jeśli jesteś, kurwa, za durny, żeby się tego domyślić, to pewnie nie masz prawa żyć. Bezlitosna matka przyroda już o to zadba, chłopie. Tak mi się jakoś widzi.

Poprawiam poły skórzanego płaszcza, bujam się na obcasach kowbojek. Mały, płaski, przezroczysty skorpion przebiega po kamieniach. Jaszczurka, złota, metaliczna jak elegancki długopis, leży tuż koło mojego buta, pijąc gorąco wprost z marmuru i powietrza. Niebieski pasek na jej boku przypomina ślad flamastra. Marker podkreślający jej krótkie, nieważne istnienie.

Takie jak twoje, bracie.

Poprawiasz pingle na szerokim nosie przygłupa i pstrykasz te swoje foty, jakby ci to mogło zastąpić porządny seks albo dobrą bójkę.

Swojej odętej księżniczki oczywiście nie wolno ci sfotografować. Ona sobie nie życzy. To głupie, nie będzie się mizdrzyć, a poza tym nie, bo taki ma kaprys.

Jeśli o mnie chodzi, to mógłbym najwyżej wgnieść jej mordę butem w piasek i zobaczyć, co z tego wyniknie.

Nic specjalnego, obawiam się.

Ale tobie zostaje machanie cyfrówką nad stelą grobową jakiegoś pieprzonego rzymskiego legionisty sprzed dwudziestu wieków.

W powietrzu unosi się coraz więcej kwarcowego, rudego pyłu. Naciągam kapelusz głębiej na czoło. Szerokie rondo zasłania mi pół twarzy. Leniwym gestem sięgam do kieszeni, wyjmuję papierosa. Strzela zippo, ogień parzy palce, którymi staram się osłonić go od wiatru.

Wiatr. Pachnie pustynią. Siłą, dzikością, szaleństwem. Groźbą, gniewem i aktami desperacji. Zbrodnią. Zamykam z lubością oczy, chłonę każdy suchy, gorący powiew. Nadchodzi to, na co tak długo czekałem.

Hamsin.

To moja pora. Czas upału i niezdrowych zmysłów. Ładowania akumulatorów na cały pieprzony rok. Czas wynajdowania nowych historii.

Upuszczam peta na antyczny bruk ulicy. Wpada prosto w koleinę wyżłobioną w kamieniu przez koła setek rydwanów.

Nie widzisz mnie, choć siedzę jak gargulec prawie nad twoją głową. Jasne, że nie widzisz. Nie rzucam cienia.

Dobra. Chyba trzeba zejść i się przywitać. Nazywają to ponoć dobrym wychowaniem.

Zeskakuję z muru na marmurowe płyty chodnika. Jedna pęka pod moim ciężarem na równe połowy. Łuuup, mówią moje buty.

– Aaaaa – bezmyślnie rozdziawiasz usta.

Złota jaszczurka przestraszona śmiga do dziury pod kamieniami. Wąski, lśniący pocisk z rozgrzanego na słońcu mosiądzu.

W powietrzu czuć zapowiedź burzy.

Patrzę na Boga za jego biurkiem, jak robi notatki w swoim bloku, ale Bóg nie ma racji. Nie jesteśmy czymś szczególnym. Nie jesteśmy też byle czym ani śmieciem. Po prostu jesteśmy

Czerń

Afryka oślepia.

W jednej chwili siedzisz sobie w komfortowej niewygodzie rejsowego samolotu Air France, aż nagle otwierają się drzwi i do metalowej skorupy, w której spędziłeś ostatnie parę godzin, wlewa się Afryka.

Z błękitnego zimna dwunastu tysięcy metrów zlatujesz wprost do podrównikowego piekarnika Matki Przyrody.

Matka Przyroda. Tak napisali w folderze wciśniętym za rozciągniętą siatkę sąsiedniego fotela. „Matka Przyroda stworzyła tutaj mnóstwo urokliwych zakątków”. Tak też mówią o Ziemi obrońcy naszej planety. Żywy organizm, bogini Gaja. Dziwne imię dla kupy kamieni otaczających wulkaniczne jądro. Ale dla Fonów bogiem może być stara czaszka zatknięta na patyku.

Wszystko zależy od punktu widzenia.

Pasażerowie, spragnieni „urokliwych zakątków”, wysypują się z samolotu wprost w jaskrawy żar. Większość ma w oczach rozczarowanie szczeniaka, który przegryzł ulubioną piłeczkę.

To już? To wszystko? A słonie, tubylcy w maskach, lwy i plemienni czarownicy?

A żyrafa? Kiedy, do diabła, pojawi się żyrafa?

Tymczasem przez łeb bez ostrzeżenia walą zapach, kolor, gwar i przerażający, ciężki niczym biały marmur, wściekły nigeryjski upał.

Marla mówiła o nim „biały bokser”. I śmiała się. Jedyny, który kiedykolwiek znokautował tylu czarnych przeciwników.

Kiedy któryś z nas wracał wreszcie w objęcia lobby baru hotelu „Meridien”, brudny, zatopiony we własnym pocie, oblepiony zaskorupiałą wylinką ubrania, płynęła przez hall, dzwoniąc kastanietami lodu w longdrinku z Johnniego Walkera, zielona nalepka, rozciągając w śmiechu wąziutkie, czarne od szminki usta.

– Na litość boską, Jack! Nokaut techniczny w pierwszej rundzie! Wszyscy cali? Martwiliśmy się, wiesz?

Nie widziałem Marli trzy lata.

Tysiąc dziewięćdziesiąt pięć dni obywałem się bez Lagos, hotelu „Meridien” i Marli Bjornsen. Bez światła, jakim promieniuje tylko nigeryjskie niebo.

Powiedzą wam Czarny Ląd? Bzdura! Afryka jest biała i oślepiająca – dokładnie tak, jak byśmy myśleli o Boskiej Światłości.

Stoję pod słońcem bezlitosnym niby jarzeniówka na sali operacyjnej, mrużę oczy i nie wiedzieć czemu cieszę pysk, jakbym wybrał się na wymarzone safari.

A powinienem się bać. Powinienem się modlić, a może płakać. Powinienem myśleć o krwi i liczyć uderzenia tętna.

Ponieważ przyjechałem tutaj uspokajać upiory.

W głębi snu, w którym jestem, śmierdzi spalenizną. Nie ma nic prócz gęstego, ciemnego swądu, ale ja i tak zaczynam się miotać po dnie swego koszmaru, od ściany do ściany i na powrót, bo wiem dobrze, co zaraz nastąpi.

Ibo uważają, że w snach przemawiają do nas bogowie.

Albo czarownicy. Jeśli dobrze się wsłuchasz, rozróżnisz, czy woła do ciebie dobro, czy zło.

Ja słucham krótkiego, suchego klekotu i czuję tylko nasilający się smród palonego mięsa.

To dlatego, że bóg, który mówi do mnie nocą, nie jest prawdziwy.

Automat Kałasznikowa nie należy do sfery oriszy, nie staje się żadnym juju. Niektórzy wierzą, że mieszka w nim dusza, wojowniczy duch, fetysz. Ale to wszystko gówno prawda. Karabin automatyczny nie ma nic wspólnego z fetyszem. Jest wielkim przełomem, krokiem ewolucji, cywilizacyjnym postępem lepszym niż pieprzona rewolucja neolityczna.

Ale nie bogiem.

Leżę w głębi snu, spocony, zszargany, przerażony, i kompletnie nic nie mogę zrobić. Kiedy już zdam sobie z tego sprawę, nadchodzi zimno. Zimno malarii. Jak we wszystkich tych debilnych reklamach z lodowcami grenlandzkimi w tle. Z lodówkami skutymi lodem i laskami w bikini, których miodowa skóra pokrywa się w mgnieniu oka srebrną mgiełką szronu. Sarnie oczy zachodzą szklanymi łzami, a na rzęsach skrzą się diamenty. Blade jak sopel usta rozchylają się kusząco.

Poczuj ekstraodlotowy chłód supergumy z arktycznym mrozem w środku.

I śnieżny całus spływający z dłoni. Pocałunek Królewny Śnieżki.

Kostnieję w jednej chwili, do spółki z zachwyconym kolesiem z ekranu, który ma już gębę pełną świeżości, ale daleko mi do ożywczego szczęścia.

Zamarzam.

Podobno ludzkie ciało w siedemdziesięciu procentach składa się z wody. A teraz ta woda ścina się na srebrzyście lodowy kamień.

Zamarzam.

W jednej chwili zamieniam się w sorbet o smaku krwi. Nie mam za dużo czasu, żeby o tym myśleć, bo zaraz przychodzą dreszcze. Trzęsę się jak epileptyk, a serce i reszta podrobów podrygują we mnie w zupełnie innym, własnym rytmie.

Grenlandzka królowa od gumy do żucia patrzy na mnie z głębin kosmicznej otchłani zera absolutnego. Ale ja wiem, co zaraz nastąpi, i pocę się strachem, oddycham paniką.

Jestem podrygującym z zimna i przerażenia krwistym sorbetem.

Bo właśnie nadchodzi pora, żeby nieboszczycy wyszli z grobów i ruszyli w odwiedziny.

Fabienne poznałem, kiedy byłem właściwie wrakiem człowieka. Wypaloną, dymiącą skorupą z kości i wspomnień. Moja twarz przypominała warzywo, którego zapomniano w lodówce. Zwiędła, sinawa, pomarszczona. Pośrodku tkwiły dwa zgniłe zagłębienia oczodołów. Resztę stanowiła miękkawa bulwa bez kształtu i barwy. Zdumiewające, jak można spuchnąć po lekach uspokajających i nasennych. Spuchnąć wewnętrznie. Na zewnątrz byłem chudy jak zapałka, bo nieustannie gorączkowałem, a na widok jedzenia zbierało mi się na wymiotne skurcze. W środku jednak czułem się napompowany jak Elvis. Po brzegi rozdęty smutkiem i lękiem.

Zdruzgotany.

W życiu nie przypuszczałem, że to może się stać. Że się zupełnie zawalę, jak wieżowiec rąbnięty w bok samolotem.

Miałem napady paniki. Nie spałem. Wybuchałem histerycznym płaczem. I ciągle trzęsło mną malaryczne afrykańskie zimno.

Teraz już wiem. Płakałem, bo bóg mnie opuścił.

Nie, źle mówię. To ja opuściłem jego.

Nic mi nie pomagało. Lekarstwa, terapie, zajęcia grupowe i indywidualne. Joruba wyśmialiby cały ten cyrk i powiedzieli, że czas odwiedzić mądrego babalawo, żeby odczynił urok. Ale wtedy byłem wielkim, wszechwładnym oibo, białym, i wszystko wiedziałem najlepiej.

Fabienne stała się moją pomocą, moim leczniczym juju, zupełnie przez przypadek. Nie jestem pewien, czy Bob zdawał sobie sprawę, że rzuca mi tę francuską, cytrusowo słoneczną dziewczynę prosto w ręce jak koło ratunkowe od przyjaciela. Być może tak. Bob nie jest głupi. I bardzo nie lubi niepotrzebnie tracić dobrych pracowników.

W każdym razie stała przede mną, wysoka, złocista opalenizną, w kwiecistej sukience i sandałach na szpilce, z makijażem starannym, równiutkim i wyrazistszym niż znak drogowy. Nienaganna córa de Gaulle’a, Saint-Tropez i magdalenek na śniadanie. Ratunek dla tonącego.

Antidotum na jad afrykańskiego zimna.

Bob przedstawiał mnie właśnie jako coś pośredniego między gladiatorem, sumieniem narodu i Łazarzem wskrzeszonym przez Pana, gdy wysunęła dłoń ozdobioną tipsami w dyskretnym kolorze wina roze i zagruchała słodko koszmarnym angielskim, że bardzo się cieszy poznać niezwykły człowiek, prawdziwy reporter wojenny, incroyable.

Wyciągnąłem rękę i zobaczyłem, że gapi się na blizny. Na poszarpane, paskudne strumienie, które opływają moje nadgarstki.

Wszyscy się na nie gapią. Przez jakiś czas nosiłem nawet grube skórzane bransolety z ćwiekami, bo tylko takie zasłaniały w miarę dokładnie moje osobiste tribal marks, znaki osobliwego plemienia naznaczonych środkowoafrykańską wojną, ale wyglądałem wtedy, jakbym zapomniał się przebrać po nagraniu pornola sado-maso.

Nie jest tak źle. Szlag mnie już nie trafia, kiedy w oczach nowo poznanych ludzi widzę nagle to współczucie pomieszane z lekkim obrzydzeniem i nutką fascynacji. Aaaaa, samobójca!

To gorzej, niż gdybym miał AIDS albo wszawicę. Zaraz staję się zrównoważonym inaczej. Obiektem, od którego odwraca się z zażenowaniem wzrok, bo ja bym nigdy w życiu... no, no, coś podobnego.

Ludzie, to nie jest tak, jak myślicie.

Powinienem to nosić na tekturowej kartce na szyi. Albo wytatuować na kostkach rąk eleganckim gotykiem.

To nie jest tak, jak myślicie.

Nie ma się na co gapić.

Albo pierdol się, dziwko.

Nie będę przypinał mankietów koszuli agrafką do skóry tylko po to, żeby zapewnić ci komfort psychiczny.

Nie bardzo mi się spodobała tego pierwszego wieczoru. Jasne, była uderzająco śliczna, wystudiowana jak okładka „Vouge’a”. Dobrze skadrowana na nocnym tarasie knajpy. Kiedy tylko usłyszała, że mówię po francusku, rozpromieniła się i zaczęła zasypywać Boba i mnie stertą słów. Trajkotała jak nakręcany żołnierzyk. Braka, braka, braka. Seria za serią niekończących się zdań.

Siedziałem wstrząśnięty, gapiąc się z fascynacją na równiutko umalowane usta, które wyrzucały nieustanne strugi całkowicie nieistotnych informacji.

Zupełnie nagle pojąłem dlaczego.

Bo była normalna. Tak normalna jak żadna istota, z którą zadawałem się przez ostatnie lata.

Reporter wojenny nie spotyka na swej drodze nikogo takiego. Prawdę rzekłszy, spotyka samych posrańców.

Krótki błysk, Fabienne klekocze wesoło, a w mojej pamięci przesuwa się taśma pełna twarzy i nazwisk. Współpracownicy, przyjaciele, wrogowie.

Mark, świr kliniczny.

Gouillome, furiat i schizofrenik.

Williamson. Tragiczny przypadek wariata ogarniętego megalomanią.

Marla. Boże, miłosierdzia! Marla jest najbardziej kopnięta z nich wszystkich.

Femi. Nigdy nie otrząsnął się z paniki. Nocą płacze i chowa się pod łóżko. Smutne.

I Jacques. Trup ze spaloną głową.

Normalni? Nie znaleziono.

A tu cytrusowy cud pachnący wodą toaletową Diora. Domek na przedmieściu, barbecue w ogrodzie, posada w szacownej gazecie, kotwica u szyi zagrzebana po wręby w mule przeciętności.

Jezu, i może znów zacznę normalnie spać.

Wtedy myślałem, że się boję. Że chcę skończyć z Afryką raz na zawsze. Że nigdy nie wrócę do wrzaskliwego, smrodliwego, kolorowego smutku Lagos. Że na zawsze zatrzasnąłem drzwi rozpalonego gęstym upałem lobby hotelu „Meridien”.

Ale myliłem się. Cały ten czas tęskniłem bez przerwy. Tęskniłem jak cholera.

Dobre lekarstwo często ma gorzki smak, no nie? Fabienne okazała się naprawdę dobrym lekarstwem. Gorzkim jak jej aloesowy płyn do włosów.

Ona naprawdę obsesyjnie kocha ten podszyty wiecznym strachem przed więdnięciem, oklapywaniem, marszczeniem i wysychaniem rytuał dbania o ciało. Wciera w siebie taką ilość balsamów, olejków i kremów, że powinna podwoić objętość. Jest w tym coś z zapamiętania afrykańskich wyznawców oriszy. Trans pulsujący w żyłach, szał i mistyczny lęk obcowania z bóstwem. Chwila zjednoczenia z Oszun, Afrodytą religii ifa.

Pamiętam dziewczyny opętane duchem Oszun. Poruszały się z takim samym nerwowym wdziękiem, przesadną gestykulacją. Zupełnie jak moja narzeczona wklepująca serum w słoneczną, złotawą skórę francuskiej piękności.

Tyle że Fabienne staje się Afrodytą samą dla siebie.

I będzie żoną dla mnie.

Chciałbym sobie przypomnieć, kiedy ta decyzja zapadła. Oświadczyłem się, do diabła? Z pierścionkiem, różami, czardaszem rzępolonym na skrzypkach przez marsylskiego Cygana z przyprawionymi wąsami? Nie sądzę. Naprawdę nie mam pojęcia. W miejscu tego wydarzenia zieje dziura. Tak ma być i już. Tak orzekli starsi klanu. Pobłogosławili przodkowie. Wymieniono dary, zdaje się. Ona przyniosła w posagu stabilną, kojącą normalność. Ja powiew egzotyki i blichtr wielkiego świata.

Cieszę się, rzecz jasna.

Nie wiem tylko, czy to naprawdę dobrze, kiedy lekarstwo przemienia się w nałóg.

Nie jest najlepiej. Naprawdę niedobrze.

Tak jak w starym dowcipie. Chciałem powiedzieć: „Podaj mi sól, kochanie”, a wyszło: „Może powinienem wrócić do Afryki”.

I zatrzęsło się nasze małe niebo. Poranek skwaśniał jak mleko w bawarce, miseczka wypluła na wpół rozmiękłą magdalenkę, grill do barbecue upadł na wznak, morele pospadały z drzew w ogródku.

Groza. Groza. Groza.

Cytrusowa księżniczka siedzi obrażona, a ja gapię się na własne palce. Równiutko umalowane cyklamenowe usta milczą wymownie, choć dobrze wiem, co chcą mi powiedzieć.

Jak mogłeś to zrobić!

Jakbym nagle przyznał się, że w niemowlęctwie zabiłem JFK-a. „Ach, skarbie, byłbym zapomniał. Wrócę później, bo muszę zamordować parę osób. Takie hobby, o którym jeszcze ci nie opowiadałem”. Coś w tym rodzaju, mniej więcej. Pozdrowienia od wykrzywionych cierpieniem usteczek w kolorze cyklamenu.

Rzecz w tym, że Fabienne nic nie rozumie. Lekarstwo przestaje działać. Ona przestaje działać. Już nie jest barierą między mną a upiorami. Nie mogę się dłużej oszukiwać.

To cholernie niedobrze, fakt.

Ale nie wolno mi zamykać oczu. Nie wolno znów zwariować. Nie chcę więcej bezsennych nocy, mokrych od potu, lepkich od krwi, wypełnionych smrodem palonego mięsa. Nie chcę prochów łykanych garściami, trzęsących się rąk, nagłych napadów płaczu. Muszę się bronić.

Muszę wrócić do Afryki.

Zaczęło się jak zwykle od snów. Od swądu i głuchych poszczekiwań automatu. Jeszcze się wtedy nie bałem. Jeszcze nie zrozumiałem, że moje tajemne złotoskóre lekarstwo przestaje działać.

A wówczas przyszedł Jacques.

Wszedł w cichą, senną liońską noc i stał nade mną z uśmiechem na twarzy. Już nie Biały, oibo. Czarny jak ebonitowa wtyczka.

Widziałem zęby połyskujące przez dziury w policzkach. Odłażącą płatami, pozwijaną od gorąca skórę. Białawe jajka ugotowanych oczu. Łysą czaszkę udekorowaną kępami płonących włosów.

Mój kumpel Jacques przybył w odwiedziny.

Bił od niego żar niczym z pieca hutniczego. Czerwony, krwawy żar śmierci.

Wrzeszczałbym, gdyby nie ściśnięte gardło. Wrzeszczałbym z wściekłości i strachu, bo przecież dawno powinien obracać się w proch gdzieś na cmentarzu w Roins, czy skąd tam pochodził, pochowany, opłakany przez siostrę i niezliczonych kuzynów.

Żegnaj, Jacques! Nieodżałowany, kryształowego charakteru, szczyt odwagi, śmierć na posterunku, bla, bla, bla! Żegnaj, chłopie. Spoczywaj w pokoju. I wynoś się z mojego życia! Won!

Nic z tego. Mój martwy, spalony żywcem współpracownik, rzutki, małomówny, zawsze perfekcyjnie zorganizowany Jacques, nie ma ochoty leżeć w grobie. Woli przychodzić w odwiedziny. Co noc.

A ja wiem, że nie jest sam. Słyszę jego bosonogą świtę poruszającą się w ciemności.

Stłumione chichoty, półsłówka, przyspieszone oddechy.

Plask, plask, plask, tupią po parkiecie.

Klik-klak, mówi kałasznikow.

Upiór mojego kumpla z pobłażaniem potrząsa głową.

Dzieciaki! Takie już są, n’est – ce pas?

Leżę w łóżku, wstrząsany dreszczami, tonąc w strugach potu, i patrzę, jak się uśmiecha. Upieczone usta rozciągają się lekko, smutno. Wyciąga rękę.

Chodź do mnie, bracie. Chodź do mnie. Polej sobie łeb benzyną, podpal i dołącz do naszego małego klubu.

Nie rozumiesz, Jacques. Jak ty nic nie rozumiesz.

Prawda wygląda tak, że bardzo nie chcę tego robić.

Za żadne pieprzone skarby.

Książki Mai Lidii Kossakowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Siewca WiatruZakon Krańca Świata – tom 1Zakon Krańca Świata – tom 2Więzy KrwiRuda SforaŻarna niebiosUpiór Południa. CzerńUpiór Południa. Pamięć UmarłychUpiór Południa. Burzowe KocięUpiór Południa. Czas MgiełZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Grillbar Galaktyka

Autorka fantastyki, z wykształcenia plastyk i archeolog śródziemnomorski. Sporadycznie mag i poetka. Wychowana na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie.

Ceni dobrą prozę nowoczesną. Miłośniczka antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów.

Laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Autorka m.in. bestsellerowego cyklu Zastępy Anielskie, na który składają się: zbiór opowiadań Żarna niebios, powieść Siewca Wiatru i dwutomowy Zbieracz Burz. W 2009 r. dała popis swoich literackich umiejętności czterotomowym zbiorem opowieści grozy Upiór Południa. Jest także autorką powieści: Ruda Sfora, Zakon Krańca Świata, Grillbar Galaktyka oraz zbioru opowiadań Więzy Krwi.

COPYRIGHT© BYMaja Lidia KossakowskaCOPYRIGHT © BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-378-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEDominik Broniek

REDAKCJADominika Repeczko

KOREKTABarbara Caban, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl