Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Czereśnie zawsze muszą być dwie ebook

Magdalena Witkiewicz

4.58064516129032 (31)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 404 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz

Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce.

Tak jak człowiek, gdy kocha – rozkwita.

Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem – niegdyś bardzo piękny – kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens.

Powieść o przeszłości zaklętej w każdym dniu i o darach, które otrzymujemy od losu, jeśli patrzymy także sercem…

Najnowsza powieść Magdaleny Witkiewicz to historia o tym, że nawet najbardziej niepozorna decyzja wpływa na nasze życie, a przeszłość zawsze wybrzmiewa w teraźniejszości.

Opinie o ebooku Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz

Mojemu mężowi, Tomkowi,

byśmy nigdy nie zapomnieli, że czereśnie muszą być dwie,

aby to życie miało sens.

Resztę powiem Ci osobiście…

Moim dzieciom, Liliannie i Mateuszowi, pamiętajcie, że macie siebie.

A razem łatwiej niż samemu.

Kocham Was

WSTĘP

Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że zupełnie nieistotne decyzje mogą mieć wpływ na nasze dalsze życie. To czy zrobimy krok w lewo, czy w prawo, decyduje o tym, kim będziemy w przyszłości, kim będą nasze dzieci, a nawet o tym, czy spotkamy szczęście, czy też nasza droga będzie wybrukowana niepowodzeniami.

Jeden mały krok.

Czasem żałujemy naszych wyborów życiowych, zastanawiamy się, „co by było gdyby”. Wydaje nam się, że bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy w przeszłości poszli inną drogą, spotkali innych ludzi. A może byłoby zupełnie inaczej? I niekoniecznie nazywalibyśmy to „szczęściem”.

*

Siedziałam na ganku mojego domu. Był chłodny, wiosenny wieczór. Właśnie przestał padać deszcz. Owinęłam się ogromnym, szydełkowym kocem w kolorze morza, za którym czasem nawet tęskniłam, i wąchałam różę, która niedawno zakwitła w moim ogrodzie.

Zakwitła, jak co roku, tego samego dnia. Zakwitła specjalnie dla mnie. Skąd wiem, że specjalnie dla mnie? Wiem. I o tym właśnie jest ta historia.

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę miała własny dom gdzieś pod Łodzią, że będę siadywała na ganku przytulona do mężczyzny, którego kocham, nie uwierzyłabym. Wtedy chyba chciałam przemierzać ten świat zupełnie samotnie. Gdybym wówczas zastanawiała się nad swoją przyszłością, przed oczami miałabym zapewne zupełnie innego mężczyznę i zupełnie inny dom.

Czy byłabym szczęśliwa? Nie wiem. Pewnie tak. Ale wiedząc to, co wiem dzisiaj, nie żałuję, że życie czasem traktowało mnie nieco brutalnie. Teraz każdy ślad odciśnięty na mojej psychice tworzy cudną mozaikę obecnego świata. Wraz z rysami, załamaniami i drobnymi potłuczeniami, które zafundował mi wcześniej los.

Gdy patrzę na mój ogród i kwitnące drzewa owocowe, wspominam słowa starszego pana, który odszedł, ale na zawsze znalazł miejsce w moim sercu.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” – powiedział dawno temu, gdy staliśmy w ogrodzie. Wtedy dopiero zaczynałam to rozumieć. Wtedy dopiero dostrzegłam, że życie to przede wszystkim relacje między ludźmi. I nasza przyszłość zależy od tego, obok kogo właśnie stoimy.

Róża pachniała pięknie. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jej krzak, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będzie cieszyć moje zmysły.

Bardzo cieszy. I przypomina o minionych dniach, o wydarzeniach całkiem niedawnych, w których odgrywałam znaczącą rolę, ale także o dalekiej przeszłości tego miejsca i osób, bez których nie byłoby mnie tutaj, na tym ganku ukochanej już przeze mnie starej willi. Willi otoczonej lasem i przyjaznymi ludźmi.

Kocham to miejsce. Stary zniszczony dom, który już prawie doprowadziłam do świetności, leśną drogę i kwitnące drzewa owocowe.

Tuż obok domu, przy drodze, stała mała kapliczka. Musiała mieć ze sto lat. Któryś z sąsiadów położył tam pachnące kwiaty. Te plastikowe, pożółkłe od deszczu i mrozu, też tam stały. Na wypadek gdyby ktoś zapomniał o świeżych.

Zapadał zmrok, słychać było szczekanie psów z pobliskich gospodarstw. Gdzieś w oddali płakało dziecko. Zwykłe hałasy z przedmieścia.

Uśmiechnęłam się do siebie. Byłam bardzo wdzięczna światu za to, co mam. Bo mam wszystko, o co kiedykolwiek prosiłam. Po drodze bywało różnie, ale gdy siedziałam skulona pod tym niebieskim kocem, było mi ciepło i czułam, że jestem bardzo szczęśliwa.

CZĘŚĆ I

ZOFIA

Przyszłość jest zawsze trochę chwiejna. Dowolny drobiazg, jak upadek płatka śniegu albo upuszczenie niewłaściwego rodzaju łyżeczki, może pchnąć przyszłość na całkiem inną ścieżkę. Albo nie.

Terry Pratchett

1

O całym moim dorosłym życiu zadecydowały wagary w ósmej klasie szkoły podstawowej. Zaskakujące, prawda?

Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że od tego, czy pójdę grać w butelkę do domku na ogródkach działkowych na gdańskim Przymorzu, zależy całe moje życie, nie uwierzyłabym. Przecież życie zależy tylko od bardzo ważnych decyzji, a nie od takich, czy w kawiarni wybierzesz kawę czy herbatę, albo czy pierwszy raz w życiu pójdziesz na wagary, by klasa, której z całego serca nienawidzisz, przestała wreszcie uważać cię za kujona i zaczęła traktować jak równą sobie. Równą sobie dziewczynę, która jest taka dzielna, że nawet chodzi na wagary, nie bacząc na konsekwencje. Nieważne, że był właśnie dzień wagarowicza i ze szkoły uciekali prawie wszyscy.

Naprawdę kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń. Gdy przekraczałam próg szkoły, trochę skulona, bo przecież niedobrze, by ktoś mnie zauważył, poczułam na sobie wzrok pani od matematyki. Miałam wrażenie, że było jej przykro. Czy czułam, że robię coś niewłaściwego? Oczywiście, że tak. Ale chciałam być taka superfajna. Taka równa z nimi wszystkimi. Chciałam głośno się śmiać i grać w butelkę w tym obskurnym drewnianym domku na działce. O tym, że jest obskurny, wychodząc ze szkoły, jeszcze nie wiedziałam. Miałam nadzieję, że to jedno moje odważne wyjście spowoduje, że wreszcie będę z nimi. Będę lubiana, zapraszana na urodziny i wybierana na WF-ie do drużyny.

Nie tak jak zawsze – najlepsza uczennica, grająca na pianinie i recytująca poezję na szkolnych akademiach, ale stojąca z boku roześmianej grupy. Wtedy podobał mi się Krzysztof. Dla niego chyba uciekłam. Teraz oczywiście nie żałuję mojego zachowania, ale były chwile, kiedy zrobiłabym wszystko, by cofnąć czas i zostać tego dnia w szkole. Nie zostałam. Wyszłam, siląc się na uśmiech, próbując dotrzymać kroku biegnącym kolegom i koleżankom, i robiąc dobrą minę do złej gry. Czy było fajnie? Nie wiem. Chyba nawet nie. Spadły pierwsze krople deszczu i przemoknięci biegliśmy schronić się przed nadciągającą ulewą. W domku było ciemno, duszno. Pojawiły się jakieś papierosy, nie mogłam oddychać.

– Zosia, spróbujesz? – zapytał Krzysztof.

Pokręciłam głową.

Ktoś prychnął.

– Zofia Krasnopolska? Wiadomo, że nie spróbuje!

– Daj. – Wyciągnęłam rękę po papierosa, którego przed chwilą podawano sobie z ust do ust.

– Daj spokój. – Krzysztof przejął ode mnie papierosa.

– No co? Bronisz panny porządnickiej? – zapytała Anka.

– Mnie nikt nie musi bronić – powiedziałam. Zaciągnęłam się papierosem. Nie wiedziałam, że umiem. W oczach mi pociemniało, poczułam, że nie mogę oddychać. Co w tym niby jest takiego przyjemnego? Atak kaszlu rozsadzał mi płuca.

– No mówiłam, że panna porządnicka. – Anka wzruszyła ramionami. Zaciągnęła się papierosem, powstrzymując kaszel.

– Pójdę już – powiedziałam.

– Tylko do szkoły nie wracaj, bo nam siary narobisz – zawołała za mną Anka.

– Nie wróci – powiedział Krzysztof.

– Nie wrócę – potwierdziłam.

No bo jak miałam niby wracać teraz do szkoły? I co powiedzieć? Nie musiałam nic mówić. Śmierdziałam wilgocią działki, na której nikt nie był od jesieni, i tytoniem z tanich papierosów. Z całej siły kopnęłam kamień leżący na drodze. Dlaczego to ja miałam się podporządkowywać? Dlaczego tak chciałam się dopasować do towarzystwa, które zupełnie mi nie odpowiadało? Może dlatego, że czułam się samotna? Nie miałam przyjaciółki. Miałam tylko koleżanki. Dziewczyny dobierały się w grupki, a ja stałam zawsze z boku. A w domu? Też byłam sama. Rodzice wiecznie zabiegani, znajdowali czas tylko na to, by prowadzać mnie na dodatkowy angielski czy lekcje pianina. Nienawidziłam tego. I angielskiego, i pianina.

– To dla twojego dobra – mówiła mama. – Kiedyś nam za to podziękujesz.

Podziękuję? Za to, że gdy inni grali w dwa ognie na ulicy pomiędzy blokami, ja ćwiczyłam gamy na pianinie? I tak dobrze, że na pianinie. W domu był również akordeon. Na początku miałam grać na nim.

Nie miałam żadnych obowiązków, poza tym pianinem, angielskim i szkołą. Tak, szkoła była bardzo ważna. Musiałam przynosić same piątki. Gdy dostawałam jakąś z minusem, matka patrzyła na mnie wnikliwie spod przymrużonych powiek, zaciskała usta i nerwowo wystukiwała stopą sobie tylko znany rytm. Nie musiała nic mówić. Wystarczył ten wzrok. Zatem rzadko przynosiłam piątki z minusem.

– Kujon! – wołali na mnie.

Nie byłam kujonem. Nauka przychodziła mi łatwo, wystarczyło dwa razy przeczytać i już wszystko umiałam. Nie chciałam robić sobie kłopotów w domu. Raz przyniosłam trójkę. Z fizyki chyba albo z chemii. Mama nie odzywała się do mnie cały dzień. Tata siedział naburmuszony. Coś mówił o tym, że flaki sobie wypruwają, a ja niewdzięczna…

Czy byłam niewdzięczna? Nie. Tamtego dnia dużo intensywniej niż zwykle grałam na pianinie, dłużej i bardziej wytrwale ćwiczyłam gamy.

Gdy uciekałam ze szkoły, wtedy w ósmej klasie, w dniu wagarowicza, cały czas myślałam o tych zaciśniętych ustach mojej mamy, o tej stopie wygrywającej znany tylko sobie takt i o tej mojej niewdzięczności za wypruwanie sobie przez rodziców flaków. Ale chciałam poczuć, jak to jest być z kimś. Nie samej. Chciałam poczuć, jak to jest być częścią grupy. Jedną z nich. Jedną z tych, którzy roześmiani wybiegają ze szkoły.

Niestety. Nie byłam jedną z nich.

Byłam Zofią Krasnopolską, tą, która zawsze jest przygotowana do lekcji, ma odrobione zadanie domowe i występuje na akademiach. Tą, co nie ma piątek z minusem i tą, która naprawdę źle się czuje w zatęchłym pomieszczeniu pełnym dymu z tanich papierosów. Nie umiałam nagle być nimi. Anką, Krzysztofem, Grześkiem, Magdą czy Sebastianem. Między nami był mur. Mur budowany bardzo długo przez moich rodziców, którzy za wszelką cenę chcieli, bym zaszła daleko. Może dalej niż oni. Może myśleli, że grając na pianinie, wygram sobie lepsze życie?

Na razie byłam bardzo samotnym dzieckiem. Dzieckiem, które potrzebowało czułości, miłości i obecności drugiej osoby. Takiej, przy której mogło być po prostu sobą.

*

Ucieczka z lekcji oczywiście zakończyła się konsekwencjami. Poważnymi i mniej poważnymi również. Do tych poważniejszych należał telefon do rodziców, wzrok mojej mamy i jej stopa w czarnym lakierku na płaskim obcasie, stukająca w podłogę gabinetu dyrektora.

– Musisz ponieść karę – powiedziała pani dyrektor. – Jednak nie będziesz miała obniżonego sprawowania.

Ulga.

– Nie będziesz miała również obniżonych ocen.

Ulga.

– Jednak będziesz musiała wykonywać prace społeczne.

Zmarszczyłam brwi. Prace społeczne wiązały się zwykle ze sprzątaniem śmieci na boisku szkolnym i grabieniem liści. Zawsze najsłabszy osobnik w klasie odwalał robotę za wszystkich, a reszta, siedząc na trawie, obrzucała go drwiącymi spojrzeniami. Czy muszę wspominać, kto w mojej klasie był najsłabszym psychicznie osobnikiem?

– Myślałam o sprzątaniu boiska – powiedziała pani dyrektor. – Ale jedna z wieloletnich przyjaciółek szkoły skręciła nogę. Myślę, że mogłabyś jej pomóc od czasu do czasu. Będziesz codziennie zanosić obiad ze stołówki szkolnej, zrobisz zakupy, trochę ogarniesz.

Po raz kolejny odetchnęłam z ulgą. Będę mogła robić coś samodzielnie. Może życie w grupie nie było dla mnie? Może niepotrzebnie tak chciałam się dopasować?

Mogłam chodzić do starszej pani, rozmawiać z nią, robić zakupy. Bylebym nie musiała udawać w gronie rówieśników kogoś, kim nie byłam. Do końca szkoły podstawowej zostało mi kilka miesięcy. Potem szłam zupełnie gdzieś indziej. Do liceum, do którego nikt z mojej klasy nie miał zamiaru iść. Nie mogłam się doczekać nowego życia, które rysowało się na mapie mojej przyszłości. Miałam wrażenie, że mogę zacząć od nowa. Od zera. W nowej szkole nikt przecież nie wiedział, jaka jestem. Mogłam być kimkolwiek chciałam. Mogłam grać kogoś innego albo pozostać sobą. Bo lubiłam chodzić własną, dobrze mi znaną drogą, mimo że czasem z niej zbaczałam. A pomaganie starszej pani było bardziej „po drodze” niż zamiatanie chodnika z rówieśnikami, którzy nie zauważali mojego istnienia.

*

Pani Stefania Pilch okazała się jedną z najważniejszych osób, które spotkałam w życiu. Pojawiła się w moim świecie, kiedy naprawdę bardzo tego potrzebowałam. Teraz sobie myślę, że lubiła przebywać w towarzystwie młodych ludzi. Potrzebowałyśmy siebie nawzajem. I wcale nie dlatego, że pani Stefania ze skręconą nogą czuła się niesprawna. Dawała sobie doskonale radę, ale, tak jak ja, była bardzo samotna. I zawsze potem mówiła, że tamtego dnia, gdy stanęłam na progu jej domu, trzymając w ręku termos z obiadem, poczuła się, jakby zapukało do niej szczęście. I że miała nadzieję, że to szczęście już nigdy jej nie opuści. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

*

Pani Stefania była po sześćdziesiątce, mieszkała tuż obok mnie, w wielkim, długim bloku, który ze względu na swój kształt zwany był falowcem. Falowiec powstał w latach siedemdziesiątych jako przejściowe rozwiązanie problemów mieszkaniowych. Jak wiadomo, wszystkie tymczasowe rozwiązania okazują się najbardziej trwałe – ten długi, pofalowany blok stoi po dziś dzień.

Ja mieszkałam w czteropiętrowym bloku naprzeciwko pani Stefanii. Falowiec zasłaniał mi cały świat. Zamiast widoków mogłam podziwiać życie tysiąca osób, które co chwilę wychodziły na swoje balkony. Balkonu pani Stefanii nie widziałam. Był tuż nad cepelią znajdującą się w przejściu pod falowcem, tam, gdzie rosła wielka wierzba płacząca, co roku bardzo brzydko i zbyt krótko podcinana przez pracowników zieleni miejskiej.

Mieszkanie pani Stefanii miało dwa pokoje i znajdowało się na dziewiątym piętrze. Widok z balkonu ukazywał cały Gdańsk. Do mieszkania wchodziło się z galerii – otwartego korytarza przypominającego balkon.

Wtedy to chyba jeszcze była ulica Lumumby. Potem zmieniono nazwę na Jagiellońską. Kiedyś nawet pytałam ojca, czym i komu zaszkodził biedny Lumumba, że został pozbawiony ulicy swojego imienia, ale dowiedziałam się tylko, że to jakiś czarnoskóry komunista. Nieważne, nie wnikałam w jego biografię. Ważne, że przy ulicy jego imienia znajdowało się mieszkanie, do którego chodziłam z wielką przyjemnością przez ponad dziesięć lat mojego życia.

2

Pamiętam, jak wchodziłam do tego wielkiego budynku. Ciemna klatka schodowa, a na dole mała klitka z napisem „Wypożyczalnia kaset video”. Teraz tylko uśmiecham się na to wspomnienie. Jednak w moich myślach wciąż są te piracko przegrywane kasety, które zaczęłam wypożyczać, gdy tata wreszcie kupił odtwarzacz. Pamiętam również, jak ukrywałam mój niezmiennie ukochany film Dirty Dancing, bo ktoś niefortunnie przetłumaczył jego tytuł jako Wirujący seks. Gdyby moi rodzice zobaczyli u mnie film o takim wyuzdanym tytule, nie skończyłoby się to dobrze. Pewnie odtwarzacz wyleciałby przez okno, a ja wraz z nim. Chociaż może nie. Tata by mnie wziął na rozmowę. Och, jak ja nienawidziłam tych rozmów.

Słowa: „Zofio, chodź tu do mnie” nigdy nie wróżyły nic dobrego. Gdy mój ojciec uważał, że zachowałam się niewłaściwie, zapraszał mnie „na rozmowę” do swojego pokoju. Tak bardzo zazdrościłam wtedy dzieciom, które po prostu dostają klapsa, czy nawet dwa, i mają problem z głowy. Ja często musiałam wysłuchiwać dwugodzinnej tyrady na temat niestosowności mojego zachowania. Oglądanie Wirującego seksu z pewnością było niestosowne. Tym bardziej oglądanie go kilka razy na miesiąc, wygrywanie na pianinie She’s like the wind zamiast koncertu fortepianowego Chopina i nauka kroków mambo w nocy, gdy powinnam już spać.

*

Pierwszy raz do pani Stefanii poszłam tuż po lekcjach w jeden z kwietniowych poniedziałków. Bałam się. Życzliwe koleżanki doniosły mi, że u takiej starej baby z pewnością śmierdzi i nie będę mogła wytrzymać. Przecież one wielokrotnie bywały u „takich starych bab”. Również nosiły tam obiady. Moje koleżanki zawsze były przekonane, że one to się lepiej urządzą w życiu.

Zajrzałam do karteczki z adresem. Klatka I. Stałam właśnie pod jej drzwiami. Otworzyłam ciężkie drzwi. Na dziewiąte piętro wbiegłam dość szybko. Trochę nieporęcznie było mi z tą zupą w olbrzymiej kance, ale wolałam nie korzystać z windy. Zatrzymywała się co dwa piętra i naprawdę nie chciałam się denerwować, że stanie gdzieś pośrodku, w ciemności. Koleżanki, które mieszkały w falowcu, często opowiadały, że musiały być wyciągane przez małą szparkę, bo winda akurat zdecydowała się nie jechać dalej.

Zasapana stanęłam przed drzwiami. Najpierw zadzwoniłam domofonem przed wejściem na galerię. Otworzono mi bez pytania „kto tam?”. Weszłam. Trzecie drzwi były uchylone. Wyglądała zza nich uśmiechnięta kobieta. Inaczej wyobrażałam sobie tę „staruszkę”, której miałam pomagać. Czekała na mnie szczupła, średniego wzrostu, na oko sześćdziesięcioletnia kobieta. Miała półdługie, jasne, prawie białe włosy założone za uszy, a na nosie okulary w złotej oprawce. Przez ich szkła zobaczyłam duże, niebieskie, śmiejące się do mnie oczy.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęłam się nieśmiało. – Nazywam się Zofia Krasnopolska i przyniosłam pani zupę – powiedziałam po prostu.

– Dziękuję. Wejdź. – Kobieta zaprosiła mnie do środka.

Weszłam do jasnego mieszkania o rozkładzie typowym dla wielu mieszkań w tym bloku. Po lewej stronie malutka kuchnia, dalej jeszcze mniejsza łazienka i dwa dość duże, długie pokoje, wyglądające na kompletnie nieustawne. Pachniało wanilią i czekoladą. Najwyraźniej pani Stefania coś piekła. Nie wyglądała na osobę, która potrzebuje pomocy. Lekko utykała na jedną nogę, ale mimo to sprawiała wrażenie, jakby to ona mogła się zająć całym światem.

– Też się Trudzia uparła, że ja nie jestem w stanie sama nic ugotować. – Pokręciła głową. – A w tej stołówce mają takie niedoprawione. Więcej z tym roboty, niż jakbym sama zrobiła. Ale jak to się mówi? Darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda. Toteż nie zaglądam. Doprawię zupę i sobie zjemy.

– Ale to dla pani. Nie dla mnie – próbowałam tłumaczyć.

– Zjemy zupę, a potem murzynka. – Była nieugięta. – Upiekłam specjalnie dla ciebie. Rzadko mnie ktoś odwiedza. Bardzo jestem szczęśliwa, że chciałaś przyjść.

Nie wyprowadziłam pani Stefanii z błędu, że to nie ja chciałam przyjść, a kazano mi ją odwiedzić. Gdy usiadłam przy jej stole, poczułam, że naprawdę chciałam to zrobić.

Pamiętam to pierwsze spotkanie. Rozmawiałyśmy długo. O wszystkim i o niczym. Grałam jej na pianinie ze słuchu wszystkie piosenki z Dirty Dancing. Obiecałam, że przyniosę kasetę i go wspólnie obejrzymy. Byłam bardzo zaskoczona, że ktoś mnie słucha. Że ktoś interesuje się nie tylko tym, czy odrobiłam lekcje oraz czy ćwiczyłam gamy na pianinie. Cieszyło mnie to, że dla kogoś wreszcie jestem na tyle interesującym człowiekiem, że chce mu się ze mną rozmawiać. Dla piętnastoletniej dziewczyny, którą wtedy byłam, było to bardzo ważne.

3

Gdy dzisiaj myślę o pani Stefanii, uśmiecham się. Wspominam tę drobną kobietę z ogromnym sercem i wielką duszą. Kiedy myślę o moich życiowych wyborach, wiem, że za każdym z nich stoi właśnie ona. Nigdy nie narzucała mi niczego, ale umiała zadawać właściwe pytania. Odpowiedź na nie często poszerzała moje horyzonty i otwierała oczy na świat.

Pani Stefania bardzo szybko zauważyła, że jestem uzdolniona artystycznie. Rodzice odkryli moje muzyczne talenty, o innych nie wiedziałam. Nie pamiętam, co było impulsem do tego, że pierwszy raz zaczęłyśmy coś robić wspólnie. Była skarbnicą pomysłów. Miała skrzynię pełną skarbów. Tuż pod oknem stał wielki dębowy kufer, w którym trzymała włóczki, tkaniny, dzianiny, równo zwinięte wstążki i przepiękne koronki.

Nauczyła mnie robić na drutach, na szydełku. Haftowałyśmy, szyłyśmy. Nawet wspólnie uszyłyśmy sukienkę na moją studniówkę.

– A jaką byś chciała? – zapytała mnie.

– Pani Stefanio, ja mam ją wymyśloną. Ja ją widzę, ale nie ma takiej nigdzie!

– A dobrze patrzyłaś?

– Byłam w kilku sklepach. Na Świętojańskiej w Gdyni, w centrum Gdańska. Już odechciało mi się chodzić i szukać.

– Narysuj ją – powiedziała.

– Nie mam zaczarowanego ołówka. – Uśmiechnęłam się.

– A właśnie, że masz! Masz talent. Uszyjemy!

– Pani Stefanio, ale ja nie umiem tak szyć!

– Wspólnymi siłami damy radę! – Podreptała do drugiego pokoju i przyniosła blok rysunkowy. – Rysuj. A potem będziemy się zastanawiać.

*

Pracowałam nad tym projektem kilka dni. Pani Stefania krzywiła się, marudziła, wytykała błędy, ale też chwaliła ciekawe rozwiązania. Potem pojechałyśmy tramwajem do Wrzeszcza wybrać właściwy materiał. Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę szyć. Błyszczący ciemny granat. Trochę koronki, którą wyciągnęłyśmy z jej czarodziejskiego kufra, trochę szyfonu. Moja sukienka miała być najpiękniejsza!

*

Radość popsuła mi moja mama. Często jej się to zdarzało. Gdy wróciłam pewnego dnia od pani Stefanii (sukienka była już skrojona), mama zapytała mnie, czy mam sukienkę na studniówkę.

– Zupełnie o tym zapomniałyśmy! – powiedziała, jednym okiem czytając jakąś naukową książkę, a drugim zerkając na mnie. Odkąd pamiętałam, miała podzielną uwagę.

– Ja nie zapomniałam. – Uśmiechnęłam się.

Wyciągnęłam rysunek, który nosiłam przy sobie od tygodnia.

– Co to jest? – Spojrzała zaciekawiona wprost na rysunek.

– Moja sukienka – odpowiedziałam.

– No, widzę, że na razie jest to rysunek sukienki. A kto ci ją uszyje?

– Sama.

– Ale córeczko – powiedziała zatroskana. – Ty nigdy nie uszyjesz takiej sukienki!

Od razu zrobiło mi się przykro.

– Mamo, już zaczęłam.

– No nie wiem. – Skrzywiła się. – Żebyśmy potem na ostatnią minutę nie musiały chodzić do sklepu po coś właściwego.

Obiecałam sobie wtedy, że moja sukienka będzie najpiękniejsza na świecie. Przyrzekłam, że zadowolę wszystkich. Mamę, panią Stefanię, moje wszystkie koleżanki, a na końcu siebie. Tak też było. Moja mama sama była zaskoczona. Nie pochwaliła mnie zanadto, ale wiele razy słyszałam, jak przez telefon chwaliła się swoim koleżankom:

– I wyobrażasz sobie, Joasiu, Zosia sama uszyła sobie sukienkę. Piękną! Góra taka koronkowa, dopasowana, a dół szyfonowy. Wygląda jak od najlepszej krawcowej. – Śmiała się. – Nie, krawcową to ona nie będzie! – Chwila przerwy. – Na co się wybiera? No cóż, na co mogłaby się wybrać córka lekarzy. Na medycynę. Chociaż przebąkuje coś o architekturze, chodzi na te swoje rysunki, ale poczekamy, aż się jej znudzą.

*

Mama nie mogła przeboleć tego, że zdecydowałam się zdawać na architekturę. Tacie było chyba wszystko jedno, jednak ona chciała, żebym kultywowała rodzinną tradycję lekarską.

Niestety. Godziny rozmów z panią Stefanią na temat tego, co chciałabym robić w przyszłości, zaowocowały tym, że złożyłam papiery na politechnikę. Na medycynę też. Dla świętego spokoju. Tylko po to, by jak najdłużej odkładać rozmowę na temat studiów. Wcale nie miałam zamiaru iść na egzamin. Nie lubiłam przegrywać.

Pani Stefania załatwiła mi korepetycje z rysunku, historii sztuki. Była najbardziej wdzięcznym materiałem do portretowania.

– No dobra, portret już mamy. Co jeszcze musisz ćwiczyć?

– Jeszcze martwa.

– O, nie, kochana – powiedziała groźnie – Ja jestem całkiem żywa.

Roześmiałam się.

– I oby jak najdłużej!

– Oby!

Miałam wrażenie, że pani Stefania zawsze będzie w moim świecie. Tak też jest. Zostało po niej pełno portretów rysowanych ołówkiem, węglem, malowanych akwarelami i olejem. Niektóre oprawione w ramki, a inne schowane w wielkiej granatowej teczce.

Na egzamin na medycynę w ogóle nie poszłam. Dostałam się na architekturę z całkiem niezłą lokatą. Mama ucieszyła się umiarkowanie, tata jak zawsze też, ale potem, podczas rozmowy telefonicznej mamy z przyjaciółką, znowu usłyszałam:

– Była najlepsza, Joanno. Zobacz, co to za wszechstronnie uzdolnione dziecko. – Chwila przerwy. – Tak, na medycynę też się dostała, ale cóż, ja jej nie będę mówiła, co ma robić. Wybrała sama.

Uśmiechnęłam się. „Wszechstronnie uzdolnione dziecko”. Nie zdawałam na medycynę, nawet się do tego nie przygotowywałam. Mama jednak musiała zrealizować swoje własne marzenia i plany. Nieważne, że tylko w rozmowach z koleżankami. Cały czas żyła w nieco wyimaginowanym świecie. Chciała mnie widzieć taką, jaką sobie mnie wyobraziła, a nie taką, jaką byłam w istocie.

*

Tamtego dnia, gdy dowiedziałam się, że dostałam się na architekturę, pierwszy raz w życiu piłam prawdziwego szampana.

– Trzymałam go na specjalne okazje – powiedziała pani Stefania.

– Nie szkoda go na dziś?

– Dziecko drogie, a czy to nie wystarczająca okazja? – zapytała. – Kawał dobrej roboty. Wielkie gratulacje! Otwórz.

Otworzyłam z głośnym hukiem. Roześmiałyśmy się. Zamiast naszej cotygodniowej kawy piłyśmy szampana z kryształowych kieliszków.

– I jak ci smakuje? – zapytała pani Stefania.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Prawdę mówiąc, nie czułam różnicy między zwykłym winem musującym pitym ostatnio w sylwestra.

– Bardzo dobry – powiedziałam grzecznie.

Pani Stefania wzięła kieliszek w dłoń.

– Najbardziej cieszy oczekiwanie. Nie to, że już zanurzasz usta w tym drogim napoju. Najpiękniejszy moment to ten tuż przed. Tuż przed tym, jak zdecydujesz się po niego sięgnąć. – Spojrzała na mnie. – Tak jest ze wszystkim. Najpiękniejszy jest moment czekania na coś cudownego. Nie należy tego odwlekać, ale należy się zastanowić, czy czasem nie wydłużyć sobie tego cudnego momentu. – Zamyśliła się. – Byle nie za długo!

*

Wielokrotnie w życiu przekonałam się, że słowa pani Stefanii mają duże znaczenie. Często czekanie na coś, co ma się wydarzyć, niesie ze sobą więcej emocji niż samo wydarzenie, które może nawet okazać się rozczarowaniem.

Z panią Stefanią przeżyłam wszystkie ważne dla mnie chwile. Zawsze wspólnie. Oczywiście najpierw szłam do rodziców, zdawałam im relacje z moich sukcesów w prostych żołnierskich słowach, czasem słuchałam potem zwierzeń mamy przez telefon, jaką to ma cudowną córkę (dlaczego mi nie mogła tego powiedzieć?), widziałam uśmiech na twarzy mojego wciąż małomównego ojca, a potem jak najszybciej biegłam do pani Stefanii, by z wypiekami na twarzy opowiedzieć jej wszystko ze szczegółami.

Gdy ją wspominam, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek była naburmuszona lub w złym humorze. Szanowała moje zdanie i nigdy nie narzucała swojego. Nigdy też nie dawała odczuć, że moje wybory są nietrafione. No, może z wyjątkiem jednego „wyboru”. Według niej zupełnie nietrafiony był Marek. I teraz muszę jej przyznać, że miała rację.

4

Marka poznałam przez zupełny przypadek. Wtedy byłam pewna, że całym moim życiem rządzą wyłącznie przypadki. Teraz już tak nie myślę. Przecież musiałam podjąć decyzję, by założyć dres, włożyć słuchawki w uszy i wyjść z domu, by pobiegać. Do morza miałam niedaleko. Pobiegłam wzdłuż mojego bloku, minęłam pawilony handlowe, przebiegłam przez ulicę i byłam już na łące, której ścieżki prowadziły przez las na samą plażę. Gdy tylko dotarłam do lasu, usłyszałam, że ktoś jest tuż za mną. Kątem oka zobaczyłam biegnącego mężczyznę. Tyle się słyszało o tym, że rankiem na plaży nie do końca jest bezpiecznie.

Przyspieszyłam.

Ktoś za mną również zaczął biec szybciej. Skręciłam w stronę lasu. Może niezbyt rozsądnie, ale chciałam się upewnić, czy on na pewno chce mnie dopaść i zrobić mi krzywdę, czy po prostu przypadkowy biegacz wybrał trasę podobną do mojej. Mężczyzna również skręcił. Jeszcze bardziej przyspieszyłam. Czułam, że nie mogę oddychać. Skręciłam w stronę molo w Brzeźnie. Tam powinni być jacyś ludzie, kawiarnia otwarta mimo poranka czy budka z lodami i napojami. Czułam, że muszę się zatrzymać i złapać oddech, ale mężczyzna wciąż mnie gonił.

Dotarłam w końcu do molo. Grupa niemieckich turystów robiła sobie na nim zdjęcia. Poczułam ulgę. Ciężko oddychając, zatrzymałam się tuż przy budce z napojami. Spojrzałam na zegarek. Rekord wszech czasów. Po chwili zatrzymał się obok mnie mężczyzna. Wysoki, szczupły, zasapany, ale uśmiechnięty. Spojrzałam na niego z wyrzutem.

– Ale narzuciłaś tempo! – powiedział i spojrzał na swój zegarek. A raczej na jakieś urządzenie, któreliczyło mu wszystkie parametry życiowe.

– Goniłeś mnie! – krzyknęłam z wyrzutem.

– Szukałem towarzystwa, chciałem po prostu pogadać.

– A ja myślałam, że pobić rekordy życiowe – powiedziałam złośliwie. – I przy okazji rekord Polski, świata czy coś… – Spojrzałam na niego wściekła. – Bo chyba już było blisko.

– Blisko – przyznał. – Nie spodziewałem się, że dzisiaj dostanę taki wycisk. Kawy?

– Nigdy. Prędzej kąpiel w morzu.

– Niegłupi pomysł. – Uśmiechnął się. – Marek – wyciągnął dłoń.

– Zosia. – Podałam mu rękę.

– Obserwuję cię od kilku dni. Już wcześniej chciałem zagadać.

Wzruszyłam ramionami.

– Mogłeś zagadać, a nie gonić mnie w lesie.

– Zastanawiałem się, jak szybko biegasz. – Uśmiechnął się. Był ode mnie trochę starszy. Może siedem, dziesięć lat. Wtedy kończyłam studia i ktoś trzydziestopięcioletni wydawał mi się już zupełnie stary.

– Jak szybko biegam? Szybko.

– No wiem. Teraz już wiem. – Roześmiał się. – A dzisiaj planowałem tempo konwersacyjne.

– Ja też. Jutro tak pobiegnę. – Spojrzałam na niego. – O ile znowu nikt mnie nie będzie gonił.

– Jutro nie będzie – powiedział stanowczo.

*

Cały dzień zastanawiałam się, czy jego słowa znaczyły, że jutro w ogóle nie będzie go nad morzem, czy że jutro nie będzie mnie gonił. Dzisiaj rano jeszcze mu uciekałam, a jutro już chciałam go spotkać. Ku swojemu zaskoczeniu uśmiechałam się na myśl, że mogę spędzić z nim czas następnego dnia.

Myślałam, że zimnym prysznicem zmyję z siebie te myśli. Niestety. Nie pomogło.

Następnego dnia rano również wybiegłam z domu w stronę plaży. Tak na wszelki wypadek dokładnie o tej samej porze. Miałam nadzieję spotkać go znowu. Zdecydowanie tego chciałam.

Biegłam dość szybko. Nie miałam słuchawek w uszach, bo chciałam słyszeć jego kroki tuż za mną. Są! Odwróciłam się z nadzieją. Niestety. Za mną biegł chłopak, którego dość często spotykałam na leśnych ścieżkach. Pozdrowiłam go skinieniem ręki i pobiegłam na plażę.

Marek wyrósł jak spod ziemi. Zupełnie nie wiem, jak on się znalazł tuż za mną.

– Dzisiaj jednak kąpiel? – zapytał.

– O, cześć. – Uśmiechnęłam się. – Znowu się spotykamy?

– Mówiłem ci, że będę. Tylko obiecałem, że nie będę cię gonił.

– Racja – potwierdziłam.

– To co? Idziemy? – Wskazał głową w stronę morza i ściągnął koszulkę.

– Pływać? – zapytałam zdziwiona. – Zwariowałeś?

– No wczoraj obiecałaś.

– Ależ ja nic nie obiecywałam! – Roześmiałam się.

– Tchórzysz?

– Podpuszczasz mnie.

– Ależ skąd. – Ściągał legginsy. Miał na sobie kąpielówki.

– Ty jesteś przygotowany! – Zdziwiłam się.

– A ty nie? – zapytał.

– Nie bardzo. – Pokręciłam głową. Odsunęłam lekko legginsy. Miałam na sobie czarne majtki.

– Czarne – powiedział.

– Podglądasz!

– Pokazujesz!

Westchnęłam.

– Boże, pierwsza randka, a ja ci już bieliznę pokazuję.

– Randka? – Uśmiechnął się.

Pokręciłam głową.

– Łapiesz mnie za słowa.

– Na pierwszej randce tylko za słowa. – Wyciągnął rękę, by zachęcić mnie do wejścia do morza.

Westchnęłam po raz kolejny.

– Odwróć się – powiedziałam stanowczo.

Posłusznie odwrócił się do mnie tyłem.

Szybko ściągnęłam buty, skarpety, legginsy i bluzkę. Uznałam, że mój sportowy stanik śmiało może uchodzić za górę stroju kąpielowego. Pobiegłam do morza. Usłyszałam śmiech Marka. Biegł za mną.

– Miałeś nie patrzeć! – krzyknęłam zanurzona po szyję w wodzie.

– W życiu nie patrzyłem! – powiedział, próbując się zanurzyć. Parskał przy tym i prychał.

– Morsem to ty nie będziesz! – zawołałam.

– Ty jesteś stanowczo za daleko – krzyknął w moją stronę.

– Spokojnie. Pływam tak samo dobrze, jak biegam.

Marek w końcu się zanurzył i przypłynął do mnie.

– Zimna! – stwierdził.

– Trochę! – przyznałam – Nie spodziewałam się, że będę dzisiaj pływać w morzu. Ale zawsze miałam ochotę to zrobić.

– A ja nigdy! – powiedział Marek.

– To dlaczego to zrobiłeś?

– Bo mnie podpuściłaś.

– Ja? – Najwyraźniej się ze mną droczył. – A kto zaczął się rozbierać i rzucać do morza? Musiałem cię ratować!

Pokręciłam głową.

– Poza tym nie mogłem dopuścić, byś się utopiła na naszej pierwszej randce.

– Randce?

– No tak powiedziałaś przecież.

– No niech ci będzie. Na pierwszej nie?

– Nie.

– To drugiej nie będzie. Jak na drugiej już pozwolisz mi się utopić! – Roześmiałam się i popłynęłam w stronę brzegu.

Wyszłam ociekająca wodą. Moja bielizna niezupełnie nadawała się do pływania, a czerwcowy poranek nie należał do najcieplejszych. Stojąc tyłem do Marka, założyłam ubranie na mokrą bieliznę.

– Przeziębisz się.

– Zaraz pobiegnę do domu.

– No tak, biegasz na tyle szybko, że powiew powietrza wysuszy ci ubranie.

– Oczywiście.

– To będzie druga? – zapytał, gdy już miałam odchodzić.

– Co „druga”?

– Randka.

Roześmiałam się.

– A nie pozwolisz mi się utopić?

– W życiu.

– Pomyślę. – Spojrzałam na niego rozbawiona. Udeptałam na piasku płaski prostokąt i patykiem napisałam swój numer telefonu. – Do zobaczenia – powiedziałam i pobiegłam w stronę domu. Nic mi nie przeszkadzało. Ani mokra bielizna, ani piasek, który miałam niemal wszędzie. Biegłam niby niesiona na skrzydłach. Miłość? Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Ale czułam, że czeka mnie kilka miłych chwil. Czy gdybym miała świadomość tego, co się później zdarzy, odebrałabym telefon od niego? Teraz jestem pewna, że tak. Jednak wcześniej bywały chwile, gdy żałowałam każdej minuty naszej znajomości.

*

Zadzwonił jeszcze tego samego dnia. Akurat byłam u pani Stefanii. Jadłyśmy obiad wspólnie jak w każdą środę. Potem jak zawsze piłyśmy kawę z porcelanowych filiżanek i zajadałyśmy się ciastkami z kremem. Pani Stefania nie chciała nic słyszeć o diecie biegacza ani o zdrowym odżywianiu.

– Samo zdrowie – powiedziała, nakładając mi wielkie ciastko na talerzyk ze złotym brzegiem. – Bita śmietana i ciasto ptysiowe. Oczywiście gdyby to było kupne, mogłabyś nie zjeść, ale przecież sama robiłam.

Pani Stefanii się nie odmawiało. Nigdy. Znałam ją już tak długo i w dalszym ciągu nie potrafiłam jej odmówić. Zastępowała mi babcię, której nigdynie miałam, i mamę, z którą nie mogłam znaleźć kontaktu.

– Jak już zjesz, to powiesz mi, co się takiego wydarzyło! – powiedziała, wycierając chusteczką krem z kącików ust.

– Ale co się miało wydarzyć? – zapytałam.

– Ja już swoje wiem. Tylko się zastanawiam, czy opowiesz mi wszystko po kawie czy przed kawą.

– Pani Stefanio! – powiedziałam z udawaną złością. – Przed panią to się nic nie ukryje!

– Ano nie. Wzrok może już nie ten, ale intuicję mam – potwierdziła. – Jak ma na imię? No nie rób się czerwona!

Moje policzki musiały najwyraźniej przybrać kolor buraka, bo zrobiło mi się gorąco.

– Ma…Marek – wyjąkałam.

– Ładnie. Coś więcej?

Pokręciłam głową.

– No jak to? Nic więcej? Czym się zajmuje, jak się nazywa? Ile ma lat?

– Nie wiem.

Pani Stefania nie była zadowolona. Opowiedziałam jej o naszych dwóch spotkaniach, pomijając wspólną kąpiel w Bałtyku w samej bieliźnie. Obawiałam się, że zniechęci się do Marka już na samym początku. A bardzo nie chciałam, by się tak stało.

– Zanim się zaczniesz tak uśmiechać i zanim zaczną fruwać motyle, ty się dowiedz czegoś więcej o nim.

Pokiwałam grzecznie głową.

– Za późno? – Pani Stefania uśmiechnęła się. Wzruszyłam ramionami.

– Za późno – potwierdziła. – Chodź do mnie, moje dziecko, przytulę cię, bo za chwilę ktoś inny będzie cię tulił.

Uklękłam przy niej i położyłam głowę na jej kolanach.

Pani Stefania zawsze była moją ostoją.

*

Marek zadzwonił, gdy zbierałam się do domu. Z jakim wielkim rozrzewnieniem przypominam sobie te pierwsze rozmowy, wzajemne poznawanie się, wyczuwanie nastrojów. To zawsze jest jak stąpanie po zamarzniętej sadzawce. Nie wiadomo, którędy i w jaki sposób można iść, by trafić tam, gdzie się chce. My sami nie wiedzieliśmy wtedy, dokąd chcemy dotrzeć. Wiedziałam jednak, że jego głos i samo to, że zadzwonił, wywołuje u mnie przyspieszony oddech. Może nie taki jak wtedy, gdy gonił mnie pierwszego dnia, ale z pewnością wyczuwałam szybsze bicie mojego serca.

*

Umówiliśmy się na wieczór. Pani Stefania kręciła głową.

– Mężczyźnie nie pokazuje się od razu całych majtek – wymruczała.

– Ale czy ja zamierzam mu pokazywać majtki? Pani Stefanio!

Jakbym zapomniała wtedy, że moje majtki to on już widział.

– Wiesz dobrze, że nie o majtkach tu mówię. Nie wszystko od razu.

– Pani Stefciu kochana! Pani się o mnie martwi! – Ucieszyłam się.

Pani Stefania uciekła wzrokiem. Podreptała do szafy, wyjęła małe pudełeczko. Stamtąd wyciągnęła naszyjnik.

– Nie mam córki. A zawsze chciałam. Załóż to na randkę. Na szczęście. – Położyła mi na dłoni wisiorek. – To dla mnie cenna pamiątka. Dostałam go od mojej mamy. Chyba to był jej największy skarb. – Uśmiechnęła się. – Opowiadała mi, że kiedyś zaopiekowała się pewną kobietą. Nie chciała o niej zbyt dużo mówić, wiem tylko, że była to żona jakiegoś bogatego fabrykanta, który wybudował sobie willę tuż obok moich rodziców. Matka zanosiła jej mleko, przetwory. Potem wybuchł wielki pożar, jej mąż chyba zginął, została bez środków do życia. Moja matka ją przygarnęła. Wiem tylko, że ojciec się wściekł i się gdzieś wyprowadził. Słaby miałam z nim kontakt. Wkrótce po tym, jak ta kobieta się do nas wprowadziła, okazało się, że jest w ciąży, tak jak moja mama. Nie znam dokładnie tej historii, wiem jedynie, że dziecko tamtej zmarło i ona z tej wielkiej rozpaczy utopiła się gdzieś w Stawach Stefańskiego. Pozostał po niej ten naszyjnik, sznur pereł i kilka drobiazgów. Mama chciała, bym wszystko po niej zabrała. To były jedyne cenne rzeczy, jakie miała. – Spojrzała na wisiorek. Pogłaskała go. – Chciałabym, by był u ciebie. Już na zawsze. Na szczęście. Dasz go potem swojej córce.

– Dziękuję. – Przytuliłam mocno starszą panią. – Nie wiem, czy dzisiaj ta randka będzie taka uroczysta… Chyba nie.

– Nieważne. Kiedyś uroczysta będzie. Założysz wtedy, gdy przyjdzie pora. Będziesz wiedziała, kiedy. Poczujesz.

*

Nie poczułam tego tamtego wieczoru. Tym bardziej, że randka była niezobowiązująca. Kino, potem spacer. Miły pocałunek na pożegnanie. Nie zakładałam na siebie małej czarnej i eleganckiej biżuterii. Nie założyłam jej też przez najbliższe dwa lata, kiedy spotykałam się z Markiem. Może nawet okazja była, ale nigdy nie uważałam, że jest na tyle uroczyście, by naszyjnik od pani Stefanii mógł ozdabiać moją szyję. Poczułam to dopiero kilka lat później. I to siedząc przy świecach w moim własnym domu. Wtedy miałam też na sobie pasujące do naszyjnika kolczyki. Ale o tym za chwilę.

5

Z każdego spotkania z Markiem wracałam coraz bardziej oszołomiona i coraz bardziej zakochana. Uznałam, że los specjalnie postawił nas na tej samej drodze. Marek był architektem, miał całkiem dobrze prosperujące biuro architektoniczne i szukał pracownika. Czy mogło być lepiej? Po kilku wspólnych wieczorach, jeszcze nieśmiałych pocałunkach skradanych sobie i coraz śmielszych pieszczotach oboje wiedzieliśmy, że chcemy spędzać ze sobą jak najwięcej czasu. Byłam pewna, że on jest mężczyzną na całe życie. Och, jak można się pomylić! Chyba nigdy nie wiemy, czy ten, którego właśnie kochamy jest na całe życie. Co gorsza, nie tylko od nas to zależy. Ale wtedy? Wtedy byłam zakochana. Zaczarował mnie bardzo. W pracy i poza pracą. Dwa tygodnie po tym jak gonił mnie w lesie, zaczęłam pracę w jego biurze. Mogłam robić uprawnienia, a przy okazji uczyć się od najlepszego. Nie miałam wątpliwości, że architekt Marek Więcławski był najlepszy. Najlepszy pod każdym względem. Ach, jaka ja byłam zakochana!

Niestety pani Stefania nie podzielała mojej miłości. Ale czy musiała?

*

Nie musiała podzielać moich życiowych wyborów, sama dokonywała swoich. Ale ja w zasadzie nic o nich nie wiedziałam.

Jakiś czas po tym jak zaczęłam spotykać się z Markiem, powiedziała mi, że ktoś dla niej ważny ją odwiedził. Była rozentuzjazmowana. Chyba nie przywiązywałam do tego wagi. Może powinnam była dopytać? Zauroczenie Markiem sprawiało, że w zasadzie nie potrafiłam myśleć o niczym innym niż o naszej miłości.

Potem czasem wspominała, że w weekend będzie miała gościa. Mnie to było na rękę, bo nie miałam wyrzutów sumienia, że jej nie odwiedzam. Ona nigdy tego ode mnie nie wymagała – sama czułam, że powinnam.

Dlaczego nigdy nie zapytałam, kim był ten gość? Może dlatego, że kiedyś wspomniała o dalekiej kuzynce z Warszawy, która czasem do niej przyjeżdżała, i byłam pewna, że to właśnie ona odwiedza panią Stefanię?

Nie dopytywałam.

Tak sobie myślę, że ona znała mnie doskonale, a ja o niej nie wiedziałam prawie nic.

*

Pierwsze spotkanie dwóch najważniejszych w tamtym czasie dla mnie ludzi nie przebiegło w zbyt miłej atmosferze.

Pani Stefania podarowała mi sekretarzyk. Niewielki, stary, z ciemnobrązowego drewna, bogato rzeźbiony, z mnóstwem zakamarków. Podobno pamiętał jeszcze czasy jej matki. Przywiózł go jej ktoś spod Łodzi. Mówiła, że mebel został znaleziony u sąsiadów.

Nie rozmawiałyśmy wcześniej o jej przeszłości. Wiedziałam, że pani Stefania pochodzi z Rudy Pabianickiej, ale nie sądziłam, że jeszcze cokolwiek zostało z jej rodzinnego majątku. Otóż okazało się, że został ten śliczny sekretarzyk z mnóstwem mikroskopijnych szafeczek i szufladek. Oglądałam go z przejęciem, głaskałam i zachwycałam się.

– Jest twój – powiedziała pani Stefania. – Jestem szczęśliwa, że cieszysz się nim tak samo jak ja dawno, dawno temu. Tyle listów na nim zostało napisanych…

– Pisała pani na nim listy?

– Tak. I moja matka też. Kiedyś ci opowiem. Jak będzie trochę więcej czasu. To była bardzo zagmatwana historia i sama dowiedziałam się wszystkiego całkiem niedawno. – Westchnęła. – Poproś Marka, pomoże ci go przetransportować do ciebie. Sama nie dasz rady. A przy okazji poznam go wreszcie. – Uśmiechnęła się.

Faktycznie. Spotykałam się z Markiem już ponad pół roku, a jeszcze nie było okazji, bym przedstawiła go jednej z dwóch najbliższych mi osób.

Od razu zadzwoniłam do niego.

– Marek, dostałam prezent od pani Stefanii. Pomógłbyś mi go dzisiaj przenieść do domu? – zapytałam.

Marek nie mógł tego zrobić „dzisiaj”. Ani „jutro”, ani „za tydzień”. Ciągle coś wypadało. Pamiętam, że pierwszy raz pokłóciliśmy się właśnie o to. Trzasnęłam drzwiami, mówiąc, że jeżeli on mi nie pomoże, to załatwię sobie innego pomocnika. Wybiegł za mną z biura. Przytulił mnie w progu.

– No i pozwolisz, by na drodze do naszego szczęścia stanął jakiś stary, zdezelowany grat?

– To nie grat – powiedziałam ze złością. – To cudny, przedwojenny sekretarzyk. Z duszą!

– I milionem pasożytów – dodał z przekąsem.

– Już ci mówiłam, że sama sobie dam radę. – Wyrwałam się z jego objęć.