Czekoladowe pragnienie - Care Santos - ebook + audiobook
Opis

Współczesna powieść obyczajowa, powieść historyczno-społeczna i sztuka teatralna w jednym. A wszystko to w polewie czekoladowej! Współcześnie. Sara, żona Maxa, prowadzi w Barcelonie dobrze prosperujący sklep z czekoladą, który odziedziczyła po rodzicach. Kiedy po wielu latach z kobietą i jej mężem kontaktuje się dawno niewidziany przyjaciel i uznany cukiernik, Oriol Poiret, długo skrywane uczucia odżywają ze zdwojoną siłą, a biały porcelanowy dzbanek do czekolady na powrót staje się symbolem miłości dwojga bohaterów… XIX wiek, czasy wspaniałego rozkwitu Barcelony i wielkich przemysłowych fortun. Aurora, służąca państwa Turull, a zarazem opiekunka i przyjaciółka ich córki Candidy, przeprowadza się wraz ze swoją podopieczną do domu jej męża, Antoniego Sampsonsa, początkującego producenta czekolady. Tam znajduje zapomniany przez wszystkich porcelanowy dzbanek do czekolady, która wkrótce staje się świadkiem burzliwych losów obu kobiet… XVIII wiek. Mariana, żona Fernandeza, wynalazcy pierwszej maszyny do robienia czekolady w formie tabliczek i oficjalnego dostawcy francuskiego dworu, próbuje ukryć przed światem, że jej mąż nie żyje, i udowodnić, że jako kobieta może być dobrym czekoladnikiem. Kiedy uświadamia sobie, że jest ofiarą spisku, którego celem jest wykradnięcie maszyny jej męża, robi wszystko, by spisek ten udaremnić… Niezwykła historia trzech kobiet, które łączy jeden przedmiot – porcelanowy dzbanek do czekolady, niemy bohater toczącej się przez ponad 200 lat opowieści osadzonej w scenerii zmieniającej się, lecz ciągle malowniczej Barcelony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

DESIG DE XOCOLATA

Copyright © Care Santos, 2014

Translations rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria, SL

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

The translation of this work was supported by a grant from the Institut Ramon Llull.

Tłumaczenie książki otrzymało dofinansowanie Institut Ramon Llull.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Magdalena Świtała, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-619-3

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

Skład i łamanie:

Wydawnictwo Sonia Draga

Katowice 2016. Wydanie I

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Deniego Olmeda, za wszystko, co che dirsi mal può dalla parola1.

PRELUDIUMZMARTWYCHWSTANIE

Szesnaście kawałków białej porcelany w różnych kształtach i rozmiarach oraz tubka kleju, który „wszystko sklei”. Max zabiera się do składania elementów układanki, chociaż tym razem za bardzo go to nie bawi. Dochodzi czwarta nad ranem i powinien się położyć, ponieważ za cztery godziny zadzwoni budzik, ale obiecał Sarze, że się tym zajmie, i nie chce jej rozczarować.

Podnosi kawałki ze stołu i próbuje je dopasować. Pokrywa brzegi klejem i przez chwilę przyciska elementy do siebie, żeby maź porządnie je złączyła. Z zadowoleniem przygląda się efektom: w niektórych miejscach rys połączeń niemal nie widać; gdzie indziej jednak są wyraźne, szczególnie tam, gdzie musiał posklejać drobne kawałki albo gdzie brzegi się wyszczerbiły. Mimo to powoli udaje mu się zrekonstruować przedmiot, który wydawał się nie do odzyskania. Warto padać ze zmęczenia po tak długiej nocy jak ta. Sara będzie zaskoczona, kiedy rano wejdzie do kuchni i zobaczy, że zadał sobie tyle trudu.

To był wspaniały wieczór. Najpierw dwaj najlepsi przyjaciele po latach szczerze sobie porozmawiali. Potem zjawiła się Sara – tak czarująca, piękna i pewna siebie. Co się dzieje z kobietami po czterdziestce? Skupiają się na swoich zaletach, przez co nabierają więcej siły, mądrości, spokoju i stają się bardziej atrakcyjne niż przed dwudziestu laty. Tego wieczoru Max zobaczył to w swojej żonie i poczuł dumę. Czuł się dumny, że Sara należy do niego. Cóż to za przyziemne i błędne doznanie, chociaż musi przyznać, że niezwykle krzepiące.

Po wyjściu Oriola zaczęli sprzątać po kolacji: jedno zbierało ze stołu naczynia, drugie zmywało – idealny podział zadań, który mieli przećwiczony od lat. Jednocześnie rozmawiali o wieczornym spotkaniu. Dobrze, że w końcu ich przyjaciel postanowił się ustatkować, chociaż zgodnie uznali, że nie musiał szukać żony aż tak daleko. „Dobrej żony szukaj za płotem” – mruknęła Sara tonem swojej matki, przekładając resztki sałatki do plastikowego pojemnika.

– Myślisz, że będzie dobry w roli ojca? – zapytał Max.

– Fatalny – odpowiedziała. – Jak we wszystkim, czego się dotknie.

– Nie przesadzaj, jesteś niesprawiedliwa. – W Maxie odezwała się przyjacielska solidarność. – Świetnie sobie radzi!

Sara nie odpowiedziała. Była zmęczona i z przygnębieniem przyglądała się szczątkom rozbitego dzbanka do czekolady.

– Nie martw się, skleimy go – odezwał się Max, próbując podnieść ją na duchu.

– Nawet jeśli go posklejasz, będę wiedziała, że jest potłuczony – odparła. Schowała do lodówki wszystkie plastikowe pudełka, układając je w idealnym porządku, i dodała: – Położę się, jeśli pozwolisz.

Max jej nie zatrzymywał. Wiedział, że żona potrzebuje samotności i czasu, żeby poukładać myśli. Ten wieczór był dopiero początkiem długiego procesu. Może rany nigdy całkowicie się nie zagoją, podobnie jak spękania na porcelanowym naczyniu, które w jego rękach zaczyna odzyskiwać swój kształt. Potem trzeba będzie jeszcze odnaleźć dla nich sens.

W tym, co udaje się uratować, jest jakieś bezsprzeczne, odmienne piękno.

Denko dzbanka z niebieskim napisem pękło na pół, szkoda. Max trzyma w prawej ręce „Je suis à madame Ad…”, a „…élaïde de France” w lewej. Na szczęście nie odprysnął nawet jeden milimetr porcelany i obie części pasują do siebie idealnie. Madame Adelajda Francuska, kimkolwiek była, może odetchnąć z ulgą.

„W przedmiotach kryją się historie i głosy, które je opowiadają – stwierdziła Sara dawno temu. – Czasami wydaje mi się, że je słyszę, kiedy dotykam dzbanka”. „Dużo ich jest?” – zapytał Max, zafascynowany. „Kilka. Przecież widzisz, że to stare naczynie, które pewnie wiele razy zmieniało właściciela?” A on z dociekliwością naukowca drążył temat: „Mówisz to tak, jakbyś wierzyła, że przedmioty pełne są duchów, jak stare domy w horrorach”. Sara kręciła głową. „No właśnie. Ludzie wierzą w nawiedzone domy, ale duchy co do zasady wolą mieszkać w małych, nic nieznaczących przedmiotach, gdzie nikt się ich nie spodziewa”. „Chyba dlatego, że nie chce im się ścierać kurzu” – odpowiadał Max, rozbawiony pomysłami żony.

Kiedy sklejony dzióbek, który rozbił się na trzy kawałki, przymocowuje do gruszkowatego korpusu dzbanka do czekolady, naczynie zaczyna odzyskiwać swój kształt. Na blacie zostały tylko dwie części ucha. Gdy je wklei w odpowiednie miejsce i znów zaczną przypominać elegancką wstążkę, układanka będzie skończona. „Oto pani dzbanek do czekolady, madame. Oby służył pani przez wiele lat. Będzie pani mogła go użyć za kilka godzin” – Maxowi wydaje się, że słyszy obcy głos i uśmiecha się, nie wiedząc, skąd taka myśl mogła przyjść mu do głowy. Ze skupieniem skleja ze sobą ostatnie kawałki jak chirurg kończący ciężką operację. Potem wacikiem nasączonym spirytusem usuwa resztki kleju na spękaniach.

Dzbanek do czekolady przypomina mu poturbowanego żołnierza, który po wojnie wraca do domu. Kiedy Sara ni z tego, ni z owego kupiła go pewnej nocy, miał obity dzióbek, brakowało mu przykrywki i mieszadełka, lecz mimo to był wciąż eleganckim naczyniem. Max nie wiedział, czy antykwariusz, który go sprzedał Sarze, zdradził jej, do kogo wcześniej należał. Żona powiedziała mu tylko, że to był stary, gadatliwy i dziwny człowiek i że obniżył jej znacznie cenę, widząc, jaka jest młoda i zainteresowana naczyniem. Wtedy szczerba na dzóbku była wyraźnie widoczna i psuła harmonijny wygląd całego naczynia. Tymczasem teraz zupełnie nie przeszkadza. Max przesuwa opuszkiem palca po starej ranie i czuje szorstkość jakby świeżo wypalonej gliny. Zapewne tak szorstkie są rzeczy od środka, które z zewnątrz wydają się piękne. Szorstkość mijających lat. Chociaż naczynie od góry do dołu składa się z posklejanych kawałków, wciąż można go używać. Ma pojemność dokładnie trzech małych filiżanek. Max nie może uniknąć myśli, że teraz, kiedy nie ma już Oriola, to jedna filiżanka za dużo. Już zawsze będzie o jedną za dużo.

Kończy pracę i sprząta po sobie. Posklejany dzbanek do czekolady stawia pośrodku stołu. Wyrywa kartkę z notesu, w którym oboje mają zwyczaj zapisywać listę zakupów, pisze „Voilà!” i kładzie ją przed swoim dziełem. Gasi światło.

Boi się, że Sara jeszcze nie zasnęła i wciąż rozmyśla nad wszystkim, co się wydarzyło tego wieczoru. Ale nie, Sara śpi jak niemowlę. Max wślizguje się pod kołdrę i zauważa, że jego żona jest całkiem naga. Takiego zaproszenia nie powinien odrzucić, ale wie, że to nie jest najodpowiedniejsza chwila. Po przeanalizowaniu przyczyn i konsekwencji przesuwa budzik o pół godziny i zamyka oczy. Serce bije mu jak szalone.

AKT PIERWSZYPAPRYCZKA, IMBIRI LAWENDA

Emocjonalne rany są ceną,

którą płaci się za bycie niezależnym.

HARUKI MURAKAMI

WŁASNOŚCI POLIMORFICZNE

Ludzie z natury nudzą się wszystkim: przedmiotami, rozrywkami, rodziną, a nawet samymi sobą. Nieważne, że mamy wszystko, czego zapragniemy, że lubimy życie, które wybraliśmy, albo że żyjemy u boku najwspanialszej osoby. Prędzej czy później wszystko nas nudzi.

Wygląda to tak: pewnego wieczoru, nieróżniącego się niczym od innych, odrywamy wzrok od ekranu telewizora, żeby spojrzeć przez chwilę w drugą stronę pokoju, gdzie – jak zwykle po kolacji i przed położeniem się spać – siedzi mąż. Nic, co tam widzimy, nie jest zaskakujące. To stały widok od pierwszego wieczoru po zakończeniu remontu mieszkania: na stoliku w kącie leży stos książek przeczytanych lub do przeczytania. Max siedzi wygodnie w fotelu do czytania (jedynym meblu, który sam wybrał) z nogami opartymi o podnóżek. Lampa stojąca jak reflektor w teatrze rzuca jasny promień światła na kartki książki, którą mężczyzna trzyma w rękach. Całkowicie pochłonięty lekturą nie zauważa, że okulary zsunęły się mu na sam czubek chudego i wąskiego nosa, i nie ma pojęcia, co się wokół niego dzieje.

Max należy do osób, które do czytania nie potrzebują ciszy ani nic poza wspomnianymi powyżej rekwizytami: fotelem, podnóżkiem, lampą i okularami. I oczywiście książką. Siedząc tak każdego wieczora w swoim kącie pokoju, przypomina poczciwe domowe zwierzę. Nie robi hałasu, nikomu nie przeszkadza, tylko od czasu do czasu wzdycha, zmienia pozycję albo przewraca stronę i dzięki temu wiadomo, że żyje i wciąż tam jest. „Ale gdyby go nie było, tęskniłabym za nim” – myśli Sara dokładnie w momencie, gdy odrywa wzrok od telewizora i patrzy na męża siedzącego tam gdzie zawsze i robiącego to co zawsze. Tęskniłaby za nim, ponieważ przyzwyczaiła się do jego milczącej obecności tak samo, jak ludzie przyzwyczajają się do ustawienia mebli. To kwestia pewności, bezpieczeństwa i równowagi. Max jest dla Sary wszystkim. Co nie przeszkadza jej zadać sobie po chwili pytanie: „Dlaczego wyszłam za mąż za tego mężczyznę?”.

To jedno z pytań, które podrzuca jej świadomość w chwili nieuwagi i którego oczywiście zaraz żałuje. Pytanie, którego Sara nigdy nie zadałaby sobie na głos w czyjejś obecności, ponieważ w pewien sposób atakuje jedyną stałą w swoim życiu. Może dlatego w myślach natychmiast przygotowuje pełną baterię odpowiedzi jak pociski artyleryjskie: „Skąd nagle to pytanie? Nie masz wszystkiego, czego pragnęłaś? (Nie mam na myśli dóbr materialnych, ale rzeczy, które naprawdę trudno zdobyć). Przecież sama i z pełną swobodą dokonałaś wyboru, z kim chcesz się związać, prawda? Czy kiedykolwiek ci czegoś brakowało? Czy nie gratulowałaś sobie wielokrotnie, że wybrałaś lepszą opcję? Nie jesteś całkowicie pewna, bez najmniejszego cienia wątpliwości, że Max jest nie tylko wspaniałym wyborem? Czy to nie była twoja decyzja, a nawet swego rodzaju przeznaczenie? Czy nie masz dwojga ślicznych, inteligentnych i wysokich dzieci, które cię uwielbiają i odziedziczyły po was obojgu najlepsze cechy? Czy w głębi ducha nie czujesz się dumna, że ich mieszanka utworzyła niemal idealne (oczywiście!) charaktery twoich dzieci?”.

W tym momencie Max unosi wzrok znad książki, zdejmuje okulary i mówi:

– Ach, prawie bym zapomniał, mamuśko! Wiesz, kto do mnie dzwonił? Nie uwierzysz. Pairot. Jest w Barcelonie i pojutrze ma wolny wieczór. Zaprosiłem go na kolację. Co ty na to? Nie masz ochoty go zobaczyć? Nie widzieliśmy się od tak dawna!

Max zdejmuje okulary tylko wtedy, kiedy chce powiedzieć coś ważnego. Ponieważ to jest jeden z tych momentów, czeka na odpowiedź żony, ale Sara nie reaguje w żaden sposób.

W takim razie z powrotem zakłada okulary i powraca do czytania Frequent Risks in Polymorphic Transformations of Cocoa Butter2, jakby nie powiedział nic ważnego.

– Powiedział ci, dlaczego przez tyle czasu nie dawał znaku życia? – pyta Sara.

– Jest zapracowany. Przecież my też mogliśmy do niego zadzwonić. Pamiętasz, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? Chyba tego wieczoru w hotelu Arts, gdy dostał nagrodę.

– Tak, wtedy.

– Ile to było lat temu? Co najmniej sześć albo siedem.

– Dziewięć – poprawia go Sara.

– Dziewięć? Kurczę, jesteś pewna? Jak ten czas szybko leci. Tym bardziej powinniśmy się spotkać. Nie wierzę, że nie masz na to ochoty. Przecież lubiłaś spotkania z Pairotem. – Max znów zakłada na nos okulary i wraca do swojej angielskiej książki.

Sara zastanawia się, jak to możliwe, że jej mąż jest w stanie czytać pracę naukową o fizycznych właściwościach masła kakaowego z takim samym zainteresowaniem, jakie wzbudziłaby w nim powieść o Sherlocku Holmesie. Dochodzi jednak do wniosku, że po tylu latach nic już nie powinno jej dziwić. Bardziej zaskoczyło ją, co przed chwilą usłyszała, i to z kilku powodów. Oriol jest w Barcelonie (a nie w Canberze, Katarze, Szanghaju, na Litwie czy innym dalekim miejscu, gdzie można otworzyć sklep), a do tego przypomniał sobie, że w tym małym mieście leżącym na zachodnim brzegu Morza Śródziemnego mieszkają dwie osoby, z którymi dawno temu – kiedy jeszcze daleko mu było do tego Oriola Pairota: podróżującego po świecie, otwierającego luksusowe sklepy ze swoim nazwiskiem w logo, z którego dumni są jego rodacy oglądający go każdego dnia w telewizji – łączyła go bardzo bliska przyjaźń. Sarę zdziwiło też, że Oriol skontaktował się z jej mężem, ponieważ do tej pory dzwonił najpierw do niej. Największym jednak zaskoczeniem był fakt, że Max zupełnie nie zdawał sobie sprawy z wagi tego, co przed chwilą oznajmił. Powiedział jej o tym jakby od niechcenia, odrywając się na chwilę od problemów polimorficznych ciał, żeby po chwili znów pogrążyć się w nieobecność, jak robił każdego wieczoru, kiedy po kolacji siadają na swoich miejscach, by trawić kolację – a może życie – i pozwalają upłynąć w ciszy ostatnim godzinom przed snem.

Sara zastanawia się, jak powinna zareagować. Mogłaby odpowiedzieć jak jeden z bohaterów telenoweli, którą przestała oglądać, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że zaczyna się od niej uzależniać: „Mój Boże, Maxie, wiedziałam, że prędzej czy później on znów się pojawi”. Mogła też zrobić mężowi absurdalną scenę: „Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?”. Odrzuca jednak tę myśl, ponieważ Max nie jest dobrym partnerem do kłótni, bo zazwyczaj od razu przyznaje jej rację i awantura traci sens. Poza tym dzisiaj jest za bardzo zmęczona, żeby się denerwować bez powodu, więc postanawia nie komplikować sobie życia i wybrać najprostsze, a zarazem najbardziej zachowawcze, egoistyczne i – nie boi się tego przyznać – tchórzliwe rozwiązanie: uciec.

– Nie idziemy wtedy na operę do teatru Liceo?

– Nie, sprawdziłem. Przedstawienie jest w przyszły wtorek i musimy pójść obowiązkowo, bo wystawiają Aidę.

– Nieważne. Tak czy inaczej pojutrze jestem zajęta. Idę na służbową kolację – rzuca Sara, wykrzywiając usta w grymasie udawanego niezadowolenia. – Nie mógłby przyjść innego dnia?

Max ponownie zdejmuje okulary. Ciała polimorficzne jak zwykle spokojnie czekają.

– Nie pytałem, ale wiesz, że jest bardzo zajęty. Pewnie ma mnóstwo spotkań.

– Jak każdy. Wszyscy mamy dużo pracy.

– Nie przeczę, ale w jego przypadku jest inaczej. Przez cały czas podróżuje, przesiada się z samolotu na samolot i odwiedza najdziwniejsze kraje. Z tego, co wiem, w tym roku wypadła Japonia. Powiedział, że musi nam o tym opowiedzieć. Wydawał się bardzo zadowolony. Co za facet. On jest jak wędrujący wojownik. A my tymczasem będziemy czekać na niego z zastawionym stołem. Ktoś przecież musi prowadzić spokojne i poukładane życie. W głębi duszy zawsze tacy byliśmy, nie uważasz?

Spokojne, poukładane, w głębi duszy, słowa, które ciążą Sarze jak cztery kamienie.

– Przykro mi, ale nie będę mogła wam towarzyszyć. Tę kolację miałam wpisaną do harmonogramu w kalendarzu już wiele tygodni temu.

„Harmonogram” jest jak świętość. Sara też jest zajętą, ważną, nowoczesną, mającą wiele obowiązków osobą, używającą okropnych słów wymyślonych dla ludzi, którzy – jak ona – nie mogą tracić czasu na tworzenie peryfraz.

– Nie możesz jej przełożyć? – pyta Max.

„Dlaczego ja mam przekładać? A wielki Oriol Pairot nie może się zniżyć i o milimetr zmodyfikować swoich planów?”

– Niemożliwe. To spotkanie z wydawcą czasopisma – odpowiada krótko Sara.

– A to pech – Maxowi chyba jest naprawdę przykro. – Zadzwonię do niego i zapytam, do kiedy zostaje w Barcelonie.

Sara udaje obojętność, co wychodzi jej całkiem naturalnie (i taki był cel).

– Mną się nie przejmuj, kochanie. Wrócę na kawę. Na pewno będziecie rozmawiać do późna.

„Kochanie” to bardzo dobrze przemyślana strategia osłabienia przeciwnika. „Kochanie” w tym wypadku oznacza mnóstwo oczywistości: „wszytko jest w porządku”, „nie martw się” i „jestem spokojna i robię to, na co mam ochotę”.

– Świetnie, tak zrobimy – zgadza się Max, mówiąc z niemal idealnym hiszpańskim akcentem, wygładzonym jak otoczak przez ponad dwadzieścia lat ich związku i siedemnaście małżeństwa, z których czuje się szczególnie dumny. Zanim z powrotem zakłada okulary i uznaje temat za zamknięty, zadaje ostatnie praktyczne pytania: – Nakryć stół na tarasie, czy może lepiej w domu? Zamówisz nam coś do jedzenia?

– Oczywiście, że zamówię, tatulku. Jak zwykle.

Teraz już Max może założyć okulary i spokojnie wrócić do polimorficznych odmian i ich dość dziwnego sposobu bycia częścią świata – pod postacią różnych faz materii – bez jednoczesnego zmieniania stanu skupienia. To prawdziwa istota chemii. „Wszystko jest chemią – lubi mawiać Max. – Jesteśmy jedynie związkami chemicznymi. Każda zła i dobra rzecz, która dzieje się w naszym życiu, jest tylko chemią”.

Korzystając z tego, że Max się wyłączył – co zdarza mu się często – Sara planuje w myślach następny dzień. Ma kilka spotkań: kierowniczka sklepu będzie chciała ustalić z nią kwestię produkcji świątecznego turronu3; po południu umówiła się z dziennikarką z poczytnego czasopisma, która pisze artykuł o najlepszych barcelońskich cukierniach, i oczywiście Casa Rovira jest jedną z pierwszych na jej liście. Jednak przede wszystkim Sara zapamiętuje, że musi załatwić sprawę, której nie planowała, a która nagle stała się ważniejsza od wszystkiego innego: zajrzeć do pustego mieszkania należącego do sąsiadki. Odkładała to od kilku dni ze zwykłego lenistwa. Teraz ma jednak powód, żeby to zrobić: przygotuje tam sobie dobry punkt obserwacyjny.

Sara nie pamięta, kiedy po raz pierwszy Max nazwał ją „mamuśką”, zamiast zwrócić się do niej po imieniu albo używając jednego z pieszczotliwych przymiotników – sweetheart, honey, dear… – było jednak oczywiste, że ta metonimia była konsekwencją pojawienia się na świecie ich dzieci, ale też w dużym stopniu zaniedbania z jej strony. Zawsze się o to winiła; nie powinna była pozwolić, żeby kobieta, jaką była do tej pory, przegrała z matką, którą się stała. Stopniowo ustępowała i Max z czasem przestał mówić do niej honey, dear i sweetheart z tym swoim uroczym amerykańskim akcentem i teraz nazywał ją już tylko mamuśką. Nawet dla znajomych przestała być Sarą; zwracali się do niej po imieniu sporadycznie lub w obecności kogoś zupełnie obcego. Stała się mamuśką i chociaż ją to bolało, już nie protestowała jak początkowo, kiedy byli jeszcze młodzi – wtedy go upominała: „Nie mów tak do mnie! Jestem jej matką, a nie twoją!” i wskazywała Ainę, która się śmiała, nic nie rozumiejąc. A Max się bronił: „Przecież jesteś matką tego domu! Jesteś najważniejsza! Trzeba to docenić”. Właśnie w tamtym okresie Sara odkryła z przerażeniem, że po ciąży stała się dla męża bardziej seksowna. Kiedy z córką na rękach siadywała w jego fotelu do czytania – użyczał go jej do karmienia obojga dzieci, a nawet pozwolił jej stawiać na swoim nietykalnym stoliku na książki tak dziwne przedmioty jak odciągacz do pokarmu, śliniaki czy krem do sutków – i podawała dziecku pierś ze świętą cierpliwością, której absolutnie nie miała, zauważała, że Max przygląda jej się w osłupieniu, jakby patrzył na niezwykły fenomen. Chociaż Sara dostrzegała w jego spojrzeniu czułość, odnosiła jednocześnie wrażenie, że w rzeczywistości patrzy na jakąś obcą kobietę, która pojawiła się na jej miejscu.

Sara nie udawała, że jej instynkt macierzyński rozkwita podczas karmienia piersią. Nie znalazła potwierdzenia swojej kobiecości ani nie odczuwała rozkoszy z powodu bliskości z dzieckiem, o których trąbiły propagatorki laktacji zdolne karmić piersią swoje dzieci przez lata, za co Sara je niezmiernie podziwiała. Tymczasem ona przeszła tę fazę macierzyństwa najszybciej jak mogła, chociaż Max łapał się za głowę, w żaden sposób nie pomagając jej pozbyć się poczucia winy. Zaledwie cztery miesiące po narodzinach Ainy kupiła kilka butelek, sześć dużych opakowań mleka w proszku najdroższej firmy i oficjalnie zamknęła rozdział pod tytułem „karmienie piersią”. Chociaż stolik z książkami zapełnił się butelkami i smoczkami, Max nadal przyglądał się karmieniu z przygłupią miną, a Sara nieodwracalnie straciła swoje imię.

Teraz, piętnaście lat później, wydaje się jej, że tłumaczenie mężowi, jak bardzo nie lubi, kiedy nazywa ją mamuśką, jest śmieszne. Z góry jest na przegranej pozycji, podobnie jak w przypadku milczenia Oriola. A jeśli czegoś nauczyła się przez czterdzieści cztery lata życia, to tego, że szkoda tracić energię na próżno.

Rankiem, jak co dzień, Sara przygotowuje sobie w kuchni śniadanie, oglądając wiadomości. Szczególnie interesuje ją prognoza pogody, ale tylko ta krótkoterminowa. Jutro wieczorem niebo będzie bezchmurne, ciepło, może trochę za ciepło jak na koniec maja, niska wilgotność. Chociaż aura będzie idealnie pasować do jej planów, Sara nie jest w dobrym humorze. Jak co rano Max wypił swoją pierwszą kawę – którą zawsze parzy mu Sara – pocałował żonę w czoło i mówiąc: „Miłego dnia, mamuśko”, wyszedł na uniwersytet.

Na dźwięk zamykających się za nim drzwi Sara łapie swój telefon komórkowy. Od kilku dni powstrzymuje się, żeby dokładnie przejrzeć wszystkie wiadomości na wypadek, gdyby coś przeoczyła. Przesuwa po kolei SMS-y, reklamy, e-maile, Facebooka, Twittera, a na koniec odsłuchuje wiadomości głosowe z ostatnich trzech dni. To żmudne zajęcie nie przynosi żadnych rezultatów. Dziwne, że Oriol się z nią nie skontaktował. Postanawia sama do niego napisać. Pierwszą rzecz, która przychodzi jej do głowy:

Kiedy przyjechałeś? Gdzie się zatrzymałeś?

Nie, nie, zbyt bezpośrednie. Kasuje i próbuje jeszcze raz:

Wszystko w porządku?

To zdanie wydaje jej się zbyt naiwne. Kasuje je. Odkłada telefon, wyciąga kromkę chleba tostowego z zamrażarki i wkłada ją do tostera. Kładzie na stół masło i marmoladę cytrynową, którą zamawia u angielskiego dostawcy (chyba tylko ona w całej Barcelonie ją lubi), bierze telefon i próbuje po raz trzeci:

Bardzo chcę się z Tobą zobaczyć.

Już ma wysłać, ale coś ją powstrzymuje. Wiadomość wydaje się jej sztywna, sztuczna jak kromka chleba, którą przed chwilą wyjęła z zamrażarki. Znów ją kasuje. Nachodzą ją wątpliwości. Może lepiej nic nie pisać? Może on milczy z premedytacją.

Kromka wyskakuje z tostera, wyświetlacz telefonu gaśnie i wszystko przechodzi w tryb oczekiwania. Sara nie usiądzie do śniadania, zanim wszystkiego sobie nie poukłada na stole: taca, talerz, nóż do masła, telefon komórkowy, płócienna serwetka z inicjałami i pilot do telewizora. Pogłaśnia trochę dźwięk telewizora i ogląda wiadomości, smarując tost masłem.

Na ekranie widać czarnego mężczyznę, który jedną dłoń ma zakrwawioną, a w drugiej trzyma dwa ogromne noże. Mówi ze złością, ale Sara rozumie go bez czytania napisów, chociaż jej angielski wciąż nie jest na wysokim poziomie. „Nigdy nie będziecie bezpieczni. Obalcie waszych polityków, bo gówno ich obchodzicie”. „Ten człowiek – tłumaczy prezenter – w samym środku dnia na ulicy w południowym Londynie podciął gardło jednemu z byłych angielskich żołnierzy”. Sara myśli: „Pokazują już wszystko” i wyłącza telewizor.

Po skończonym śniadaniu wraca do swoich trosk. Dopiero za trzecim razem udaje jej się napisać zadowalającą ją wiadomość:

Cześć.

Naciska przycisk „Wysłać” i wcale nie czując ulgi, przystępuje do wykonywania planu przewidzianego na ten dzień. Harmonogram ulega jednak raptownej zmianie, kiedy o wpół do dziewiątej ktoś dzwoni do drzwi, po czym okazuje się, że kierowca przywiózł dostawę przed otwarciem cukierni. Kierowniczka jeszcze nie przyszła, więc Sara woli nie ryzykować, że kierowca sobie pojedzie, bo jest pewna, że przywiózł czekoladę, której zabrakło poprzedniego dnia do wykonania zamówienia. Podnosi słuchawkę domofonu, a w niej rozlega się głęboki głos:

– Przywiozłem trzydzieści paczek z Callebaut.

– Już schodzę.

Sara pośpiesznie chwyta klucze – do swojego mieszkania i do sąsiadki – po czym wybiega na klatkę schodową. Czekając na windę, sprawdza w telefonie, czy nie przyszedł jakiś SMS. Poprawia włosy, widząc swoje odbicie w metalowych drzwiach. Zawsze dotyka włosów, kiedy się czymś denerwuje, chociaż nie ma teraz ku temu powodów, nic się nie stało, wszystko jest pod kontrolą, właśnie dostarczono potrzebną czekoladę, a do mieszkania sąsiadki wejdzie tylko, żeby wybadać teren – jeszcze nie podjęła decyzji. Prędzej czy później Oriol odpowie, może odsypia zmianę strefy czasowej. Sara wsiada do windy, naciska „parter” i zaczyna się jazda w dół. Nie tylko wiszącego na linach metalowego pudła, ale również w jej wnętrzu. Sara uzmysławia sobie, że straciła nad wszystkim kontrolę, chociaż się bardzo stara przekonać samą siebie, że jest inaczej. Jak zwykle, kiedy pojawia się Oriol, jej życie wywraca się do góry nogami. Chciałaby wiedzieć, dlaczego tak się wścieka. Przecież nikt jej nic nie zrobił.

Chce szybko załatwić dostawcę. Otwiera mu drzwi i prosi, żeby nie zostawiał paczek na środku korytarza. Zanim mężczyzna wyładował cały towar, pojawia się kierowniczka i przejmuje sprawę. Sara mówi, że musi pójść do banku, i znika. W ciągu ostatnich minut sprawdzała ekran telefonu pięć razy, ale odpowiedzi nie ma.

Mieszkanie sąsiadki znajduje się w nieruchomości obok domu Sary i gdyby budynek nie był taki stary i wąski i gdyby przeszedł kiedyś gruntowny i bardzo drogi remont, który ona przeprowadziła u siebie, mógłby wyglądać jak bliźniak jej domu. Nie ma windy, więc Sara musi wejść na czwarte piętro schodami. To nic, od dawna dba o kondycję fizyczną – chodzi do ekskluzywnego klubu sportowego tylko dla kobiet. Bywa tam od czasu do czasu: pływa w zamkniętym i dobrze oświetlonym basenie, gra w padla z dyrektorką luksusowego hotelu przy alei Diagonal, z którą znajomość ogranicza się do czterech ścian boiska, a potem siedzi w saunie. Tak naprawdę w klubie Sara najbardziej lubi saunę i jacuzzi, w odróżnieniu od siłowni, z której w ogóle nie korzysta. W każdym razie dzięki klubowi – a przynajmniej tak się jej wydaje – dociera na piętro Raquel bez zadyszki. Stan klatki schodowej, którą należałoby porządnie wyremontować, budzi w niej odrazę. Wkłada klucz do zamka, przekręca go z trudem i wchodzi do mieszkania. Po przejściu przez próg czuje zapach nieobecnej sąsiadki, jakby miała za chwilę wyjść jej na powitanie. Sara była tu tylko raz, tego dnia, kiedy Raquel przyszła do cukierni i zapytała ją, czy mogłaby wyświadczyć jej „wielką przysługę”, o której powie jej „na osobności”. Sara przyszła do niej tego samego popołudnia, w porze kawy. Do tej pory znała Raquel tylko z widzenia – sprzedawała jej francuskie rogaliki, słodkie bułeczki, ciastka i dużo pitnej czekolady. Sąsiadka była drobną kobietą pod sześćdziesiątkę, wdową od pięciu lat, której jedyna córka mieszka za granicą. Powiedziała Sarze, że córka jej potrzebuje, dlatego postanowiła przenieść się do niej na jakiś czas. Nie wiedziała, na jak długo, więc chciała „zostawić klucze do mieszkania komuś zaufanemu, na wypadek gdyby coś się działo”. „I jeśli to nie byłby dla pani zbyt duży kłopot, gdyby pani znała kogoś, kto szuka mieszkania do wynajęcia, proszę mu polecić moje. Byłabym pani za to niezmiernie wdzięczna, pani Saro. Widuje pani codziennie wiele ludzi i pomyślałam sobie, że może mogłaby mi pani pomóc. Nie chcę obciążać pani dodatkowym obowiązkiem. Tylko jeśli pani może. Nie będę ukrywała, że w obecnej sytuacji przydałyby mi się pieniądze”.

Od tej rozmowy upłynął już ponad miesiąc i w końcu Sara pozbywa się wyrzutów sumienia, że nie była w tym mieszkaniu ani razu, chociaż codziennie myślała, żeby to zrobić. Zaskakuje ją panujący wewnątrz porządek. Raquel zamknęła wszystkie okna, a niektóre meble zakryła prześcieradłami. Nie czuć nieprzyjemnego zapachu. Rozgląda się wokół, a potem rusza prosto do miejsca, które ją interesuje. Wchodzi kręconymi schodami do sypialni Raquel, pokonuje po omacku pomieszczenie – żaluzje w oknach nie przepuszczają światła – i wychodzi na taras.

Natychmiast spostrzega z zadowoleniem, że miejsce idealnie się nadaje do realizacji jej planu. Ścianka oddzielająca sąsiadujące ze sobą tarasy zasłania sztuczny żywopłot na tyle wysoki, żeby mogła się za nim ukryć osoba jej wzrostu. Jest też w niej kilka niewielkich dziur, przez które będzie mogła podglądać, pozostając niezauważona. Podłoga ma lekki spadek, więc Sara będzie musiała uważać, żeby się nie przewrócić. W każdym razie, żeby poszło jak z płatka, musi podjąć minimalne środki ostrożności: ubrać się na czarno, żeby być niewidoczną, znaleźć wygodne krzesło, które nie będzie skrzypiało ani się chybotało, i zabrać ze sobą kurtkę, a może nawet chustkę na szyję. Noce są jeszcze chłodne, tym bardziej przy dużej wilgotności. I najważniejsze, musi pamiętać o wyciszeniu dzwonka telefonu.

Ciągle sprawdza telefon, ale nadal nie dostała żadnego SMS-a. Jeszcze przez chwilę pozostaje w punkcie obserwacyjnym i patrzy na taras swojego mieszkania, który widziany z tego miejsca wygląda dość szykownie: drewniana podłoga, stół tekowy, pas sztucznego trawnika – mniejszy niż chciał Max, większy niż jej się podobało – trzyosobowa huśtawka, kupione w Vinçon sześciopozycyjne leżaki, rośliny, o które z czułością dba automatyczna podlewaczka z ustawionym programem numer trzy, markiza z czujnikiem wiatru, która wie, kiedy ma się sama zwinąć… Mieli dużo szczęścia, że kupili dwa mieszkania – na czwartym i piątym piętrze – w budynku, w którym przez całe życie mieszkali rodzice Sary, zanim ceny zaczęły rosnąć jak biszkopt z dużą ilością proszku do pieczenia. Szczęśliwym trafem znaleźli też dobrego architekta, który przeprowadził remont za przystępną cenę (wszystko dzięki Maxowi i jego opanowaniu podczas negocjacji, które Sarę wyprowadzały z równowagi). Ostatnia przychylność losu polegała na tym, że mogli wszystko zrobić spokojnie, nie denerwując się z powodu opóźnień w pracach budowlanych czy kosztów nieprzewidzianych we wstępnym budżecie. W tym samym roku rodzice Sary postanowili przejść na emeryturę i przeprowadzić się na pewien czas na Minorkę. Max, Sara i kilkumiesięczna Aina zamieszkali więc w ich mieszkaniu i nawet się nie zorientowali, kiedy remont dobiegł końca.

Kamienica, w której mieszkali, zawsze była piękna. Wznosiła się na środkowym odcinku ulicy Argenteria, była wpisana do rejestru zabytków, wyremontowana, z windą – co w tej okolicy stanowiło rzadkość. Pełnię elegancji odzyskała jednak wtedy, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku wspólnota właścicieli postanowiła skorzystać z dofinansowań oferowanych przez urząd miasta przed olimpiadą i odrestaurować elewację. Wartość mieszkań natychmiast poszybowała w górę, spadła nieznacznie po zakończeniu olimpiady. Max i Sara po raz pierwszy zobaczyli lokal na ostatnim piętrze, który wkrótce miał się stać ich mieszkaniem, w 1995 roku. Na widok rozpościerającej się z tarasu panoramy na kościół Santa Maria del Mar Max stwierdził: „Chcę jadać tutaj kolację każdego wieczoru do końca życia”.

Pierwotny taras był mały, pomyśleli jednak, że architekt rozwiąże tę i kilka innych niedogodności. Na drugie mieszkanie – piętro niżej – musieli zaczekać trzy lata aż do śmierci staruszki, która żyła w nim samotnie nie wiadomo od jak dawna. Kupiliby je nawet w ciemno, ale postanowili trochę ugrać. Max negocjował cenę, Sara się wściekała, aż w końcu agent biura nieruchomości wyszedł obrażony. Jednak następnego ranka zadzwonił do nich, żeby potwierdzić przyjęcie ich oferty. Podczas remontu wszystkie zainteresowane strony uznały jednogłośnie, że należy wyburzyć jak najwięcej ścian. To oznaczało brak problemów we współpracy.

Dwupoziomowe mieszkanie okazało się tak ładne i przestronne, że kiedy pani Rovira przyjechała po raz pierwszy z wizytą, stwierdziła ze łzami w oczach: „Zasłużyliście na taki dom, córeczko!”. Trzy lata później kupili trzeci lokal – jedyny, który jeszcze do nich nie należał. Tymczasowo służył im za magazyn, biuro i szatnię dla pracowników, ale docelowo Sara chciała podzielić go między Ainę i Pola. Zabezpieczenie przyszłości dzieci, zanim którekolwiek z nich skończyło szkołę podstawową, było wyraźną oznaką dobrobytu, w jakim żyli.

Sara patrzy ostatni raz na wyświetlacz telefonu, wzdycha i wybiera opcję „Napisz wiadomość”.

Cześć?

Wysłać, wiadomość wysłana, wiadomość wysłana poprawnie.

Chowa komórkę do kieszeni. Wraca do sypialni Raquel, zasuwa drzwi na taras i spuszcza żaluzję. Schodzi kręconymi schodami i opuszcza mieszkanie. Gdyby odmalowano klatkę schodową, wyglądałaby zupełnie inaczej, myśli. Poza tym czuje, że dzieje się z nią coś dziwnego: jednocześnie chce i nie chce zobaczyć Oriola, nie chce nic o nim wiedzieć, ale męczy ją myśl, że nie odpowiada na jej SMS-y. Na szczęście może ukryć się w mieszkaniu Raquel, co jest idealnym rozwiązaniem. Sama nie wie, dlaczego nadal nie powiedziała mężowi, że sąsiadka wyjechała, zostawiwszy jej klucze do swojego mieszkania, i nie wiadomo, kiedy wróci.

Jeśli ktoś zapytałby Sarę, co widzi w swoim mężu, jej odpowiedź byłaby długa i pełna szczerych argumentów. Max jest – wszyscy byliby z nią zgodni – wspaniałym człowiekiem. Począwszy od wyglądu wiecznego nastolatka, o jasnych oczach i nieposłusznej grzywce, która była obsesją jego matki. Młody wygląd okazał się dla niego poważnym problemem zaraz po obronie doktoratu, kiedy został wykładowcą i odkrył, że większość jego studentów jest wyższa, silniejsza i wygląda na starszych od niego. Nie użył żadnej strategii, żeby zdobyć ich szacunek; po prostu lekko podkoloryzował swój charakter: trzymał studentów na dystans, był dla nich surowy, poważny i wymagający. To były jego asy w rękawie, przynajmniej na początek. Jednak ku jego zaskoczeniu okazało się, że działały zarówno na studentki, jak i studentów, chociaż dziewczyny przejawiały niepokojącą tendencję do zakochiwania się w nim i zaskakiwania go bardzo krępującymi wyznaniami podczas dyżuru czy sprawdzania prac egzaminacyjnych. Tymczasem Max nigdy nie czuł pociągu do żadnej studentki, nawet pod względem fizycznym. Wydawały mu się płytkie, postrzelone, a przede wszystkim niedouczone. Nie wyobrażał sobie związku z kimś, kto nie wiedział nawet, kim był Mendelejew.

Max ma wszystkie cechy, które jego teściowa wymieniłaby, opisując idealnego zięcia. Wypowiada się z takim szacunkiem, że czasami gubi się w labiryncie uprzejmych słów, nigdy nie wstaje później niż o siódmej rano, jest punktualny jak dzwonnik, w żadnej sytuacji nie podnosi głosu ani nie traci zimnej krwi – zwłaszcza w stosunku do żony. Nie ma dużych, średnich ani małych słabości (nawet tych godnych podziwu, jak kolekcjonerstwo czy bibliofilia), chętnie wykonuje prace domowe (kiedy dzieci były małe, chełpił się, że pobił rekord w szybkości zmieniania pieluchy), umie obsługiwać pralkę dużo lepiej od Sary i to on zszywa i ceruje dziury całej rodziny. Ponadto wchodzi do kuchni tylko wtedy, gdy Sara mu na to pozwoli.

Oczywiście, gdyby Sara zapytała się w duchu, dlaczego Max czasami wydaje jej się typem mężczyzny, u boku którego nie chciałaby się zestarzeć, również znalazłaby mnóstwo odpowiedzi. Z tą tylko różnicą, że udzieliłaby ich tylko sobie i z ogromnym poczuciem winy. Powiedziałaby na przykład, że Max zestarzał się zbyt wcześnie. Nie dlatego, że ma czterdzieści dwa lata; on jest stary od jakichś dwudziestu lat, a to już jest poważniejsza sprawa. Będąc z nim, nie da się zaplanować wieczornego wyjścia, ponieważ jego poranne rytuały są dla niego świętością i jeśli nie prześpi przynajmniej ośmiu godzin, jest wykończony. W czasach, kiedy Sara nie była jeszcze tego świadoma i dwa razy udało się jej wyciągnąć go do teatru albo do filharmonii, musiała ponieść tego konsekwencje: Max zasnął zaraz po rozpoczęciu przedstawienia i koncertu. Poza tym jej mąż cierpi na z pozoru nieszkodliwą społecznie przypadłość, często przypisywaną naturze geniusza, ale dość męczącą dla współmałżonka: z irytującą łatwością się rozprasza. W rzeczywistości tak daleko odpływa myślami, że czasami bardzo trudno ściągnąć go do rzeczywistości, w której toczy się prawdziwe życie. Max wychodzi na chwilę ze swojego świata, żeby zjeść kolację, a potem wraca do tej swojej równoległej rzeczywistości, w której oczywiście prowadzi wykłady, przemawia i czyta w swoim fotelu książki. Pozostaje jeszcze kwestia seksu. To oczywiste, że w życiu na którymś miejscu jest seks. Na pierwszym czy czternastym, to już indywidualna sprawa. Sara nie może powiedzieć, że pod tym względem Maks ją rozczarowuje. Co do zasady nie powinna się skarżyć. Chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład ostatnio Max uparł się, żeby się bzykali w skarpetkach, twierdząc, że marzną mu stopy. Nie goli się przez cały weekend, a w niedzielę wieczorem zbiera mu się na amory. Kiedy Sara stawia mu ultimatum, że albo się ogoli, albo nic z tego, Max wybiera drugą opcję, dając żonie do zrozumienia, że woli wyglądać jak lump niż się z nią kochać. I tak mogłaby mnożyć przykłady, gdyby rozmyślania na ten temat nie były tak nużące.

Sara zdaje sobie sprawę, że za każdym razem kiedy robi wewnętrzny remanent – jest zbyt młoda na życiowe podsumowania – w rzeczywistości nie ma powodów, żeby nudzić się ze swoim mężem. Może to tylko jej kaprysy, jak obecna moda na czekoladki z dziwnym nadzieniem: cebulowym czy kiełbasianym. I kto to mówi? W jej cukierni jedno z okien wystawowych wypełniają produkty firmy Oriola Pairota (nawet postawiła jego zdjęcie) i oczywiście najlepiej sprzedaje się sławna bombonierka „Troje przyjaciół tak od siebie różnych”. Imbir, chili i lawenda, takie zestawienie mogło przyjść do głowy tylko genialnemu Oriolowi.

Sara jest przekonana, że za niepowodzenia z Maxem winę ponosi ona i tylko ona. Wie również, że jej mąż jest niewinną istotą od dnia, w którym go poznała, że nie jest w stanie w żaden sposób jej zdenerwować, a tym bardziej skrzywdzić, nie mówiąc już o tym, że nie potrafiłby nawet sobie wyobrazić wątpliwości i podłości, z którymi czasami zmaga się jego żona.

Biedak, osłupiałby, gdyby o nich wiedział.

W kwestii przyglądania się jej jak tuman też nic się nie zmieniło. Max wciąż pożera Sarę wzrokiem tak samo jak tej pierwszej kwietniowej nocy, którą można uznać za początek ich wspólnej historii. A nawet wcześniej, ponieważ jego spojrzenie denerwowało Sarę przez cały kurs czekoladniczy, na którym się poznali.

– Witam wszystkich – powiedział uroczyście pierwszego dnia Ortega. – Mam na imię Jesús, jestem czekoladnikiem i przez kolejne trzy tygodnie postaram się, żeby państwo również nimi zostali. Zacznę od uświadomienia państwu, co to oznacza w mieście o tak długiej tradycji czekoladnictwa, jakim jest Barcelona. Prawdopodobnie wielu z was nie wie, że mieszkacie w miejscu, gdzie czekolada po raz pierwszy stała się wytwornym napojem dla arystokracji. To zasługa barcelońskiego cukiernika o nazwisku Fernandes, który odważył się stworzyć urządzenie do szybszego przetwarzania kakao. Również z barcelońskiego portu odpływały statki sławnych dziewiętnastowiecznych fabryk czekolady należących do rodzin Amatller, Juncosa czy Coll… które tworząc czekoladniczą tradycję, przy okazji dorobiły się wielkich fortun. To w Barcelonie wielkanocne ciasta monaszaczęto przyozdabiać czekoladowymi rzeźbami i Joan Giner – mistrz nad mistrzami – wyniósł je do rangi sztuki; zrobione przez niego figury pokazywano w oknach wystawowych cukierni Mora ku zachwytowi wielu ludzi z mojego pokolenia. Oczywiście, wspominając o wystawach sklepowych, nie możemy zapominać o bliskim przyjacielu Ginera, Antonim Escribà, którego nazywano Mozartem czekolady ze względu na jego nieograniczoną kreatywność. Krótko mówiąc, Barcelona zasłużyła, żeby znaleźć się na mapie światowego przemysłu czekoladniczego i muszą państwo o tym wiedzieć, jeśli chcą państwo dodać swoje nazwiska do tych, o których przed chwilą wspomniałem. A teraz zabierzmy się do pracy! Zaczniemy od przedstawienia się, żebyśmy mogli się bliżej poznać…

To było bardzo ekscytujące, ale za każdym razem kiedy Sara unosiła wzrok znad blatu, napotykała wbite w siebie błękitne źrenice Maxa. Widać było w nich nagłe, niemal niezauważalne zaskoczenie – jak u wystraszonego ptaka. Max uciekał wzrokiem w inną stronę, udając, że na nią nie patrzy, ale zdradzały go natychmiast pokrywające się purpurą policzki. Ta jego nieporadność i poczciwość były urocze. Od razu było widać, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Czasami wpadał w tak głębokie zamyślenie, że Ortega musiał zwracać mu uwagę: „Może skupi się pan trochę, panie Frey, bo to, co pan robi, na razie bardziej przypomina owsiankę niż czekoladową masę”. Uczeń zwieszał głowę, dmuchnięciem odsuwał z czoła kosmyk grzywki, który zawsze wysuwał mu się spod czapki kucharskiej, i przez kilka minut wbijał wzrok w czekoladową masę, która nie chciała zgęstnieć.

Sarze schlebiało zainteresowanie Maxa. Jego ukradkowe spojrzenia podsycały jej nieznośną zarozumiałość niedojrzałej kobiety, ale Sara była jeszcze zbyt młoda, żeby doceniać wpływ innych ludzi na swoje samopoczucie. Poza tym w grę wchodził też podziw, jaki wzbudzała na płaszczyźnie zawodowej, ponieważ była zdecydowanie najlepsza pod względem techniki i inni uczniowie z otwartymi ustami obserwowali jej zdolności manualne. Sara to bagatelizowała, tłumacząc, że talent ma w genach, ponieważ wychowywała się w cukierni i widziała, jak jej ojciec robi turrony, ciasta, wielkanocne monas i inne cukiernicze cuda, zanim jeszcze sięgała głową ponad stół. Cukiernictwo miała we krwi i uważała, że to jej największy skarb. Koledzy z kursu w milczeniu kiwali głowami.

Przez trzy tygodnie trwania kursu Max nie spuszczał z Sary oka nawet na chwilę, a jego głupia mina zaczynała ją irytować. Nie znienawidziła go, czasem się do niego odezwała czy spojrzała tylko z powodów, które można nazwać strategicznymi.

Na kursie Sara nauczyła się mnóstwa rzeczy: jak przygotować z białej czekolady ciasto, które nie rozpadnie się w podróży; jakich temperatur unikać w fazie konszowania; że woli tradycyjne receptury od nowoczesnych trendów oraz – przede wszystkim – dlaczego jeszcze przed zakończeniem kursu chciała przespać się z Oriolem Pairotem, który był najlepszym przyjacielem Maxa i najbardziej ekscentrycznym uczniem.

To ostatnie, nieakademickie zagadnienie było jej największym problemem. Potrafiłaby w dziesięciu (albo więcej) punktach udowodnić wyższość klasycznego cukiernictwa nad nowymi egzotycznymi składnikami, które do wszystkiego dorzucano, ale nie była w stanie połączyć ze sobą kilku logicznych myśli, które pozwoliłyby jej zrozumieć, dlaczego, mając na każde zawołanie uroczego Maxa Freya, tak bardzo pragnęła jego zarozumiałego przyjaciela. Być może wszystko sprowadzało się do jednego: nieodpartego pociągu do czegoś, co było poza jej zasięgiem. Podczas gdy Ortega przechadzał się wokół stołu, sprawdzając, jak im idzie ćwiczenie, Sara ukradkiem obserwowała znad wyrabianej masy czekoladowej dziwnego Oriola Pairota – wydawał jej się brzydkim kaczątkiem, które ukryło się w stadzie kurcząt.

Tamten Oriol Pairot – prawdopodobnie dużo bardziej autentyczny od dzisiejszego – sprawiał wrażenie zadufanego w sobie i obojętnego na wszystko, co się wokół niego dzieje. Po wyprowadzce od rodziców próbował jakoś wiązać koniec z końcem, pracując jako kelner czy kurier. Udało mu się zapłacić czesne za kurs technik cukierniczych, ale wiedział, że kolejne stopnie rozwoju w branży będzie musiał ograniczyć do samokształcenia z braku pieniędzy. Mieszkał niedaleko dworca Sants, może u jakiegoś krewnego albo znajomego, o którym nigdy nie wspominał. W nocy spał najwyżej cztery czy pięć godzin, dlatego rano zawsze miał okropnie podkrążone oczy. Sara nigdy nie zapomni jego lakonicznej prezentacji pierwszego dnia:

– Cześć, nazywam się Pairot, pochodzę z Reus, ale od dwóch miesięcy mieszkam w Barcelonie. Chcę zostać czekoladnikiem, ale innym.

Pozostali uczniowie patrzyli na niego, czekając, aż coś doda, ale Oriol wbił wzrok w podłogę.

– Czy mógłbyś nam wytłumaczyć, co dla ciebie oznacza „inny”? – zapytał Ortega.

– Po prostu nie chcę być taki jak inni.

– Pod jakim względem?

– Pod każdym.

– Skąd się u ciebie wzięło upodobanie do czekolady?

– To rodzinne.

– Aha. – Ortega w końcu znalazł punkt zaczepienia, a przynajmniej tak mu się wydawało. – Twoi rodzice mają cukiernię? Może mógłbyś nam o tym trochę opowiedzieć?

Oriol zaczął się niespokojnie wiercić na stołku.

– Cóż… Sądziłem, że mam mówić o sobie.

Ortega był dobrym nauczycielem, a poza tym dobrym człowiekiem. Przeszedł do następnego kursanta, którym był Max.

– Nazywam się Max Frey i mam dziewiętnaście lat. Pochodzę z Illinois w Stanach Zjednoczonych, ale kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice przeprowadzili się do Nowego Jorku i dlatego tak naprawdę czuję się nowojorczykiem. Mieszkam w Barcelonie od dwóch lat i studiuję na trzecim roku na wydziale chemii. Współpracuję też z zespołem prowadzącym badania nad kryształami molekularnymi na wydziale krystalografii, mineralogii i złóż kopalnianych oraz z uniwersytetem w Japonii o bardzo długiej nazwie, ale nie chcę was tym zanudzać. Zastanawiacie się pewnie, co robię na kursie czekoladnictwa. Ja też się nad tym zastanawiam, zwłaszcza że nie mam zdolności manualnych i wątpię, żebym mógł to zmienić. Piszę jednak pracę magisterską na temat zachowań niektórych lipidów, w szczególności masła kakaowego, w różnych warunkach i o sposobach, dzięki którym mogą zachowywać się, powiedzmy, idealnie. Co w tym wypadku byłoby równoznaczne ze stworzeniem idealnej czekolady. Krótko mówiąc, jestem szalonym naukowcem poszukującym prawdziwego czekoladowego doświadczenia. Jeśli dobrze pójdzie, obrona mojej pracy odbędzie się za osiem miesięcy, i jeśli macie ochotę, czujcie się wszyscy zaproszeni. Przepraszam, że się rozgadałem, ale wciąż nie mówię płynnie waszym językiem, więc wczoraj napisałem sobie to przemówienie i wykułem je na pamięć. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem. Dziękuję za uwagę.

Przemowa Maxa wywołała spontaniczne brawa, przez które oblał się rumieńcem.

– Masz dziewiętnaście lat? – upewnił się Ortega.

– Tak.

– Wiesz, że jesteś najmłodszym uczniem?

– Tak, przyzwyczaiłem się do tego. – Max opuścił wzrok. – Studiuję o dwa lata wyżej, niż powinienem – odpowiedział jakby zawstydzony. Naprawdę czuł ogromny wstyd za każdym razem, kiedy musiał opowiadać o swoich studiach, ponieważ prędzej czy później wychodziła na jaw jego wysoka inteligencja. Pewien sławny psycholog specjalizujący się w diagnozowaniu nieprzeciętnych zdolności zalecił rodzicom Maxa przeprowadzkę do Nowego Jorku, co stanowiło dla chłopaka początek nowego życia, a jednocześnie największego koszmaru, jaki może przeżyć dziewięciolatek, który nagle ląduje w klasie dla nieprzeciętnie utalentowanych jedenastolatków. To był prawdziwy horror.

Tego dnia podczas zajęć z technik czekoladnictwa Max nie musiał się za bardzo tłumaczyć dzięki szóstemu zmysłowi Ortegi, który się wszystkiego domyślił.

Nadeszła kolej na Sarę.

– Nazywam się Sara Rovira, mam dwadzieścia jeden lat i kończę studia na wydziale historii. Studiuję historię, ponieważ lubię ogarniać wszystko rozumem i uważam, że jeśli człowiek nie wie nic o swojej przeszłości, nigdy się nie dowie, kim naprawdę jest. Wszyscy tworzymy rosnącą górę przeszłości. Ale chyba zeszłam z tematu. Chciałam przez to powiedzieć, że studiuję historię, ale od urodzenia wiem, że kiedyś przejmę rodzinny biznes. Firmę założył mój dziadek w latach pięćdziesiątych, wciąż się rozwija i ma wielu stałych klientów. Mój ojciec za dwa lata chce przejść na emeryturę, a ponieważ jestem jedynaczką, wiem, co mnie czeka, i jestem z tego zadowolona. Cieszę się na myśl, że przejmę firmę i będę trzecim pokoleniem kontynuującym to wartościowe rzemiosło. Zapisałam się na ten kurs, żeby nauczyć się nowych technik, które przydadzą mi się teraz i w przyszłości. A także… – uśmiechnęła się chytrze, spoglądając na Oriola – dlatego, że chcę się dowiedzieć, co umie moja konkurencja.

– O to właśnie chodzi! – zawołał nauczyciel, nie łapiąc ostatniej aluzji i nie wyobrażając sobie, że uczniowie mogliby na zajęciach flirtować. – To bardzo ładne, co powiedziałaś o teraźniejszości i przyszłości, Saro! Bardzo ładne!

Trudno zrozumieć, dlaczego Max i Oriol zostali przyjaciółmi, ponieważ z pozoru byli od siebie zupełnie różni. A może właśnie prawdziwa przyjaźń nie opiera się – jak w innych relacjach – na wspólnych cechach czy potrzebie doszukiwania się ich, ale na tym, żeby umieć cieszyć się z różnic. Wystarczyło na nich spojrzeć, aby zrozumieć, że zupełnie do siebie nie pasują. Oriol, o charakterystycznym dla niego wyglądzie hipisa-rockersa, zawsze ubierał się na czarno, chociaż z pewną nutką elegancji, która nie pozwalała zaszufladkować go do żadnej subkultury czy mody. Pairot był po prostu sobą. Wyróżniał się też wzrostem – mierzył metr dziewięćdziesiąt – miał szerokie, lekko przygarbione ramiona, co jest typowe u ludzi, którzy przez całe życie na wszystkich muszą patrzeć z góry. Był dobrze zbudowany i umięśniony, miał szczupłe dłonie, jakby kości chciały przebić się przez skórę, a na szyi bardzo widoczne jabłko Adama, od którego Sara nie mogła oderwać wzroku. Z jakiegoś dziwnego powodu uważała je za najbardziej seksowną część męskiej anatomii i za każdym razem, kiedy Pairot przełykał przy niej ślinę, najchętniej oblizałaby jego grdykę i spróbowała ugryźć tę podskakującą chrząstkę.

Sara zawsze zazdrościła chłopakom ich przyjaźni. Męskie spotkania wydawały się jej cudownie prymitywne, trochę pijackie i pełne braterskiego porozumienia ocierającego się o relacje plemienne, lekkości, bo mężczyźni nie tracą czasu na autoanalizy czy filozofowanie o życiu – jak to bywa na babskich spotkaniach – i wylewności. Zazdrościła im zwłaszcza wyłączności: na męskie spotkania, podczas których faceci chcą rozmawiać o swoich sprawach, kobiety nie są zapraszane. Tak po prostu.

W pierwszy piątek po zakończeniu zajęć, kiedy większość uczniów opuściła w pośpiechu salę, jakby się paliło, Ortega zauważył, że z wyjściem ociągał się tylko dziwny tercet.

– Nie spieszy się wam do domu?

Pairot, Sara i Max odpowiedzieli bez entuzjazmu, że nie. Słysząc to, nauczyciel, który wkrótce miał przejść na emeryturę, ale uwielbiał swoją pracę i też nigdzie się nie spieszył, rzucił pomysł, którego nie ośmieliłby się zaproponować nikomu innemu:

– Chcecie, żebym wam pokazał kilka sztuczek przydatnych przy dekorowaniu?

Wszyscy troje zgodnie przytaknęli, po czym założyli fartuchy, rękawiczki i wyjęli swoje przybory, czując, że zostali wyróżnieni. Ortega zamknął drzwi od wewnątrz, żeby stworzyć intymny nastrój pasujący do tej niezwykłej lekcji. To, co nastąpiło potem, było dla nich prawdziwą nagrodą: przez godzinę i czterdzieści pięć minut ten specjalista o ogromnym doświadczeniu hojnie dzielił się z nimi tajemnicami swojego rzemiosła.

– Uczenie osób, które chłoną wiedzę, jest przyjemnością – stwierdził na koniec wzruszony, że mógł spędzić trochę czasu z młodymi ludźmi, co do których intuicja podpowiadała mu, że daleko zajdą.

Oni również byli zbyt podekscytowani, żeby tak po prostu rozejść się do domów.

– Idziemy na piwo? – zaproponował Pairot, patrząc tylko na Maxa.

– Of course! – odpowiedział Amerykanin i zniknął w drzwiach toalety.

Pairot został sam z Sarą, której zrobiło się przykro, że nie została zaproszona.

– Ja też lubię piwo – stwierdziła.

– Przepraszam, nie przypuszczałem, że chciałabyś pójść z nami.

– Mogę?

– Nie za bardzo. Max ma doła i potrzebuje się wygadać.

– Aha, a ty jesteś jego spowiednikiem…

– Tak jakby. Potrzebuje męskiej rady.

– To znaczy, że ma kłopoty, których kobiety nie zrozumieją? – zapytała zaczepnie.

– Nie. To znaczy, że ma kłopoty z kobietami.

– Dlatego musicie porozmawiać jak facet z facetem.

– Właśnie.

Sara nigdy w życiu nie słyszała nic bardziej fałszywego, ale skoro Pairot sam zaczął tę niebezpieczną grę w kłamstwa, postanowiła nie pozostawać w tyle.

– W takim razie nie masz się o co martwić. Pod tym względem jestem jak facet.

Oriol otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Sara napawała się tą chwilą, jakby jadła przepyszny własnoręcznie przygotowany petit four. Nie codziennie można było zrobić wrażenie na największym dziwaku w grupie.

– Co dokładnie chcesz przez to powiedzieć?

– Że lubię dziewczyny.

Stwierdziła to tak po prostu, nie myśląc o konsekwencjach: Pairot nie znał żadnej lesbijki i nagle ciekawość wzięła górę nad tą ważną sprawą, którą on i Max mieli obgadać jak facet z facetem.

– Nigdy nie rozmawiałem o cyckach z żadną kobietą! – powiedział z ogłupiałą miną.

– W takim razie na twoim miejscu nie przepuściłabym takiej okazji.

Kiedy Max wrócił z toalety, poszli we trójkę na piwo. Głównym tematem ich rozmowy były lesbijki.

Tego wieczora ich przyjaźń nabrała oficjalnego kształtu trójkąta. Trudno określić, czy był to trójkąt równoboczny, ale z perspektywy czasu można z całą pewnością stwierdzić, że jego podstawę stanowiły dwa kłamstwa.

Rankiem w dniu, w którym Pairot ma przyjść na kolację, tylko Max odprawia swoje codzienne rytuały. Sara jest w złym nastroju. Zaraz po przebudzeniu łyka dwie niebieskie pastylki na ból głowy i do wpół do dziewiątej wyleguje się w łóżku. Dzwoni do cukierni i prosi kierowniczkę, żeby się wszystkim zajęła, ponieważ ona musi napisać artykuł i nie zejdzie przed południem. Usprawiedliwienie jest prawdziwe, chociaż nie byłoby, gdyby mogła się skupić. W czasopiśmie mają do niej świętą cierpliwość i nigdy jej nie poganiają. Mimo że oddaje artykuły z kilkutygodniowym opóźnieniem, natychmiast je publikują i płacą na czas. Należy to docenić w czasach kryzysu na rynku prasy.

Sara nie lubi być nieobecna w cukierni przez cały dzień, ponieważ ma wrażenie – mieszaninę odpowiedzialności i próżności – że wszystko najlepiej zrobi sama. Jej cukiernicy są doświadczeni, pracują razem od lat i doskonale znają jej styl oraz upodobania, ale z nieznanego jej powodu brakuje im subtelności, odrobiny wyczucia, którego niestety nie jest w stanie ich nauczyć. Przez dziewiętnaście lat prowadzenia firmy może policzyć na placach jednej ręki dni, w których nie było jej w pracy. Nieobecność Sary zawsze powodowała jakaś siła wyższa, na przykład musiała pojechać do szpitala, żeby urodzić jedno z dzieci.

Ten dzień również zalicza do tych przypadków.

Przez dwie godziny Sara robi tysiąc mało ważnych rzeczy: maluje paznokcie u stóp ciemnofioletowym lakierem, który kupiła podczas ostatniej podróży do Andory (na buteleczce napisane jest „kolor Dominatrix”) i którego jeszcze nigdy nie użyła; porządkuje szufladę ze sztućcami; wypija trzy filiżanki kawy – ostatnią popijając kolejną niebieską tabletkę na ból głowy, który nie ustępuje – i myśli, że znów uzależniła się od kodeiny. W końcu uznaje, że nadeszła pora, żeby zrobić coś pożytecznego, i zaczyna komponować menu kolacji. Pairot ma alergię na owoce morza, co trochę komplikuje sprawę. Na szczęście jest środa i jej pracownicy nie mają dużo pracy, więc nie opóźniając zamówień, poprosi, żeby przygotowali dla niej coś specjalnego. Dobrym wyborem będzie libańskie tabbouleh4, a na drugie danie jakaś morska ryba. Sola w sosie truflowym brzmi dobrze, ale bardziej oryginalna będzie żabnica w truskawkach, która jej kucharzowi wychodzi przepysznie. Może Max wolałby zaserwować Oriolowi zimne sałatki, a potem jakiś smaczny deser? Trudno zrobić wrażenie oryginalnym pomysłem na człowieku, który wymyślił – i sprzedał za wielkie pieniądze – czekoladowe ciasto, które się wącha, zamiast jeść, ale jeśli mówimy o tradycyjnym cukiernictwie, Oriol nie ma nic do powiedzenia; w tej dziedzinie Sara gra pierwsze skrzypce. Planowała podać najbardziej wyrafinowaną specjalność firmy, catànies glaçades5, ale teraz wydaje się jej, że to za mało, i postanawia dodać gorzkie ciemne trufle, które poda z lekkim angielskim kremem i marmoladą malinową. Angielski krem przygotują pracownicy, ale truflami zajmie się sama i zamierza poświęcić im uwagę, na którą zasługuje okazja. Poirotowi opadnie szczęka, a mąż będzie miał dobry powód, żeby być z niej dumny.

Sara zastanawia się, czy Maxowi menu przypadnie do gustu, kiedy rozlega się dzwonek telefonu. To właśnie mąż – pyta ją, czy już się zastanawiała, co zjedzą wieczorem, i czy on ma się czymś zająć. Dopytuje się też, czy mają zjeść na tarasie czy w jadalni – on jak zwykle wolałby na powietrzu – i czy sprawdziła prognozę pogody. Sarę niepokoi, że ich myśli są tak idealnie skoordynowane, jakby ich mózgi łączyły się ze sobą przez Bluetooth. Pewnie po tylu latach wspólnego życia następuje synchronizacja synaps nerwowych małżonków i zaczynają zachowywać się jak bliźniaki. Nieuchronność tego zjawiska jest przygnębiająca.

– Nakryję wam stół na zewnątrz – odpowiada – i zostawię wszystko gotowe. Będziesz musiał tylko zdjąć serwetki z tac i nałożyć porcje na talerze. Ach, i pamiętaj, żeby wyjąć deser z lodówki kwadrans przed podaniem. Dla ułatwienia włożę go w pucharki. Według prognozy pogody nie będzie padało. Chyba o niczym nie zapomniałam.

– Wspaniale! – woła Max po drugiej stronie linii. – Dziękuję, że o wszystkim pomyślałaś, kochanie. Będzie nam ciebie brakowało.

Rozłączają się w tym samym momencie.

Sara nie wątpi w szczerość ostatniego zdania, uważa jednak, że bez niej kolacja będzie prawdziwym spotkaniem dwóch starych przyjaciół po latach. Jej obecność tylko zagęściłaby atmosferę. I w tym momencie – chociaż przyrzekła sobie, że więcej tego nie zrobi – ponownie patrzy na wyświetlacz telefonu komórkowego, sprawdzając, czy przypadkiem nie przyszła wiadomość od Oriola. Najgorsze, że jest pewna – od początku o tym wiedziała! – że nie przyszła i nie przyjdzie.

Do przygotowania trufli Sara użyje 99-procentowej czekolady. Mocnej i gorzkiej, z osobowością, szkoda podawać ją zwykłemu gościowi. Informuje przez telefon kierowniczkę, że zmieniła plany, i prosi o przygotowanie w cukierni czystego blatu oraz wszystkich składników na piętnastą, bo zamierza zrobić trufle, wykorzystując resztkę gorzkiej czekolady, której nie użyli do zamówień.

Wczesnym popołudniem skupia się na robieniu trufli. Pracuje intensywnie. Udają jej się wyśmienicie, dokładnie tak, jak chciała. Potem zanosi je do mieszkania, nakrywa stół i odbiera od dostawcy ze sklepu solę oraz sałatkę z kiełkami orkiszu, którą wybrała w ostatniej chwili. Dekoruje stół dwiema pachnącymi świecami, ale po chwili stwierdza, że nie pasują, więc je zabiera. W ich miejsce stawia koszyk z różnymi rodzajami pieczywa – nawet o smaku paprykowym – i przykrywa go śnieżnobiałą lnianą serwetką. Ostatni raz z zadowoleniem ogarnia wzrokiem stół, obrus, poduszki na krzesłach oraz markizę osłaniającą taras przed wzrokiem sąsiadów i nadającą miejscu bardziej prywatny charakter. Nagle wpada na pomysł, żeby w jadalni zmienić jeden szczegół.

Z oszklonej szafki wyjmuje dzbanek do czekolady z białej porcelany. Naczynie ma kształt gruszki i mierzy około dwudziestu centymetrów. Widać, że upływ czasu go nie oszczędził: brakuje przykrywki i drewnianego mieszadełka. Na spodzie widnieje niebieski napis złożony ze staroświeckich, lekko pochyłych liter: „Je suis à madame Adélaïde de France”. Czytając go po raz enty, Sara przypomina sobie, że powinna kontynuować swoje śledztwo, czy jakkolwiek inaczej nazwałaby rozpoczęte przed laty poszukiwania informacji o tej kobiecie. W tym momencie nie ma nawet pojęcia, gdzie schowała stosy notatek, ale postanawia je odszukać, kiedy tylko znajdzie wolną chwilę, i w jakiś sposób je wykorzystać. Przecież madame Adelajda i ona są częścią tej samej historii, a ich losy połączył ten piękny i delikatny przedmiot, który na szczęście trafił do jej rąk. Sara głaszcze naczynie jak zwierzątko, z żalem wyczuwając szorstkość wyszczerbionego dzióbka. To zabawne, jak rzeczy stają się częścią naszego życia, zupełnie jak żywe istoty.

Odkąd została właścicielką dzbanka do czekolady, użyła go tylko raz – w towarzystwie Oriola i Maxa. W ten sposób odkryli, że ma pojemność tylko trzech małych filiżanek. Trzy to dziwna liczba, dlatego Sara od początku uznała, że nieprzypadkowo naczynie trafiło w jej ręce. W tamtych czasach uważała, że nic nie dzieje się przypadkiem, teraz wydaje się jej to równie naiwne, co niewiarygodne. Dzbanek do czekolady jest trochę zakurzony. Sara wkłada go do zlewu w kuchni i bardzo powoli myje wodą z płynem, jakby kąpała niemowlę. Następnie wyciera go papierowym ręcznikiem i stawia na stole w jadalni, w miejscu widocznym dla każdego, kto będzie tamtędy przechodził. Chce, żeby widok porcelanowego naczynia będącego elementem ich wspólnej przeszłości utkwił mu w oku jak zapach mocnych perfum, którego nie można się pozbyć, chociaż bardzo się tego pragnie. Sara jest przekonana, że Oriol przypomni je sobie, kiedy tylko je zobaczy, a potem jego wspomnienia zaprowadzą go do miejsca, do którego Sara chce, żeby dotarł, i którego nie opuściłby nigdy, jeśli tylko mogłaby o tym zdecydować.

Po przygotowaniu dekoracji Sara ubiera się elegancko, jakby naprawdę wychodziła na spotkanie. Starannie się maluje i czesze. Przewiesza przez ramię torebkę i wychodzi z mieszkania zaledwie dziesięć minut po przyjściu Maxa, który przyniósł wino – jak zawsze butelkę białego i czerwonego. Mąż pocałował ją w czoło na pożegnanie i życzył miłego wieczoru.

Wychodząc na ulicę, Sara ukradkiem wyciąga klucze. Nie sądzi, żeby Max obserwował ją z tarasu – nigdy tego nie robi – ale upewnia się na wszelki wypadek. Nie ma niebezpieczeństwa. Wchodzi do bramy budynku obok i znika w ciemnościach klatki schodowej. Czuje się jak złodziejka albo zdradzany mąż, który chce się dowiedzieć o żonie prawdy. Po omacku wkłada klucze do zamka. Oddycha z ulgą, przekraczając próg mieszkania, ale nie zapala światła. Wchodzi na piętro, otwiera drzwi tarasu i zabezpiecza je, żeby się nie zasunęły z trzaskiem. Następnie rozgląda się za krzesłem i znajduje odpowiednie w kącie sypialni Raquel. Wynosi je na taras, stawia dokładnie przed jedną z dziur w sztucznym żywopłocie i próbuje przez nią zajrzeć na drugą stronę. Przekonuje się z podnieceniem, że punkt obserwacyjny jest idealny.

Patrzy, jak Max zagląda pod serwetki na półmiskach, kradnie sardelę ozdabiającą sałatkę, zadowolony przygląda się nakrytemu stołowi i zerka na zegarek. Mijają dwie minuty. Na dźwięk dzwonka do drzwi – punktualność Pairota nigdy nie pasowała do jego osobowości – Sarze serce zamiera w piersi. Max znika ze sceny, żeby otworzyć. Sara przygotowuje się na tę chwilę, która ma zaraz nastąpić.

„Jak to jest znów zobaczyć kogoś, o kim nie przestało się myśleć ani przez chwilę przez ostatnie dziewięć lat?”

Na szczęście albo nieszczęście za chwilę się o tym przekona.

ZA ZDROWIE MADAMEADELAJDY Z FRANCJI

W