Czekam - Władysław Reymont - ebook

Czekam ebook

Władysław Reymont

0,0
4,49 zł

lub
Opis

Czekam...„ to opowiadanie Władysława Reymonta, pisarza, prozaika i nowelisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

“ Nie mogłem już zasnąć ani na chwilę.

Nie kładłem się nawet, gasiłem tylko lampę i czekałem, byłem pewny, że lada chwila i przed mojemi drzwiami przycichną ciężkie stąpania i ktoś zawoła:

— Telegrama!

Ale omijali mnie, jakby na urągowisko.

Brali inteligentów, brali robotników, brali kobiety, ba, nawet kilkunastoletnich wyrostków.

A ja męczyłem się coraz okropniej.

Że wkońcu pragnąłem już z całej siły, żeby i mnie wzięli jak najprędzej, żeby już nie czekać, nie umierać z trwogi, nie słyszeć tych krzyków, co mi przeszywały duszę i nie widzieć tych łez gorzkich, tych palących łez matczynych, żeby wreszcie uciec od własnego szaleństwa.

Nie, nie przyszli po mnie.”

Fragment książki “Czekam…”


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 25

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-302-2
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

CZEKAM...

(opowiadanie)

...i co noc już rozlegały się w podwórzu i na schodach brzęki ostróg i pałaszy, co noc już widziałem w oknach biegające trwożnie światełka i słyszałem dokoła dzwonki alarmujące, przyciszone szepty, głośne stukania, łomot wyważanych drzwi, bieganiny na piętrach, aż się wszystko trzęsło w moim pokoju; przewracanie mebli, rozdzierające krzyki, wybuchy płaczów, ciężkie odgłosy padających ciał, głuche wrzawy szamotań wśród przekleństw, straszne, rozpaczliwe zmagania się wleczonych po schodach — i turkoty dorożek, uwożących daleko, daleko...  Nie mogłem już zasnąć ani na chwilę.  Nie kładłem się nawet, gasiłem tylko lampę i czekałem, byłem pewny, że lada chwila i przed mojemi drzwiami przycichną ciężkie stąpania i ktoś zawoła:  — Telegrama!  Ale omijali mnie, jakby na urągowisko.  Brali inteligentów, brali robotników, brali kobiety, ba, nawet kilkunastoletnich wyrostków.  A ja męczyłem się coraz okropniej.  Że wkońcu pragnąłem już z całej siły, żeby i mnie wzięli jak najprędzej, żeby już nie czekać, nie umierać z trwogi, nie słyszeć tych krzyków, co mi przeszywały duszę i nie widzieć tych łez gorzkich, tych palących łez matczynych, żeby wreszcie uciec od własnego szaleństwa.  Nie, nie przyszli po mnie.  Wyprowadziłem się z tego domu, myśląc, że zapomnę o wszystkiem, ale trwoga poszła za mną...  Napróżno przenosiłem się z mieszkania do mieszkania, strach wszędzie czyhał na mnie i brał w swoje szpony piekielne, wciąż nie mogłem spać i wciąż całe noce przesiadywałem w dręczącem oczekiwaniu.  I nie wypowiedzieć, co przecierpiałem w te długie, nieskończone noce, kiedy każdy szmer był mi gromem, każda chwila wiecznością, a każde uderzenie serca, każdy ruch myśli wichrem trwogi straszliwej, a wszystkie moje uczucia niezgłębionem przerażeniem.  Ale i dnie nie przynosiły ulgi ni uspokojenia.  Warszawa bowiem była wówczas wzburzona do dna, dygotała od ogni wewnętrznych, które groziły wybuchem wulkanów. Niepokoje, trwogi i uniesienia, nadzieje i rozpacze, naprzemian targały sercami.  A co dnia inne wieści, inne obawy, inne hasła nerwowały ludzi do szaleństwa. Wszyscy już byli pijani marzeniem, pijani krzywdą, i pijani pragnieniem czynów, bohaterstw i poświęceń.  Pękały łańcuchy, budziły się dusze, podnosiło się pohańbione człowieczeństwo, nadchodził świt nowych, dostojnych dni, ale ja wciąż jednako cierpiałem, jednako bałem się nocy i jednako rwały mnie wampiry trwóg nieopowiedzianych.  Więc jakby w ostatniej ucieczce przed obłędem, prosiłem jednego z przyjaciół, aby mnie kazał uwięzić lub zamknął w szpitalu, gdzie zresztą chce, gdzie uważa, że mi lepiej będzie.  Zabrał mnie do siebie.  I rzeczywiście zacząłem się uspokajać.  Było mi dziwnie dobrze w atmosferze pracy i przyjaźni.  Złowroga noc traciła nade mną władzę.  Że zwolna wracałem już do zwykłego, normalnego życia.  Gdy naraz, jakiejś nocy rozbudziło mnie gwałtowne dzwonienie.  — Rewizja! — ktoś zawołał do mnie.  Wiedziałem już o tem, przeczułem, że tak się stać musi.  Strach znowu wpełznął do serca i powlókł mnie za włosy.  Znowu przyszli nie po mnie, znowu nadaremnie czekałem.  A kiedy się wszystko skończyło i mego przyjaciela zabrali, i pozostałem znowu sam na sam z trwogą, aż rozpacz rzuciła mnie z piętra na bruk.  Chorowałem ciężko przez kilka miesięcy.  Jak przez