Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 251 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czekając na Gonza - Dave Cousins

Mistrzowski styl autora 15 dni bez głowy, tytułu gorąco przyjętego przez polskich recenzentów. Historia młodej dziewczyny, która zachodzi w ciążę. Chłopak znika, zaś główna bohaterka postanawia urodzić dziecko. Młodszy brat wspiera siostrę i nie może doczekać się Gonza. Powieść wzrusza, bawi i zaskakuje. Znakomity język, świetne postaci niezapomniane sceny.

Opinie o ebooku Czekając na Gonza - Dave Cousins

Fragment ebooka Czekając na Gonza - Dave Cousins

Dave Cousins

CZEKAJĄC NA GONZA

przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska

Tytuł oryginału: Waiting for Gonzo

Copyright © Dave Cousins 2013

Waiting for Gonzo was originally published in English in 2013.

This translation is published by arrangement with Oxford University Press.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIV

Copyright © for the Polish translation by Dominika Cieśla-Szymańska, MMXIV

Wydanie I

Warszawa

Moim dziadkom,

z wyrazami miłości i wdzięczności za ich opowieści

WIADOMOŚĆ DO GONZA

Słuchaj, G, to ważne, a nie ma za dużo czasu.

Chcę, żebyś wiedział, jak było naprawdę, bo to wszystko wcale nie miało się tak skończyć.

To przez Marcela Duchampa, ale on nie żyje, więc nie można mu nic zrobić. Kiedy dorysował wąsy i bródkę na reprodukcji Mony Lisy – chyba najsłynniejszego obrazu na świecie – powiedział, że chciał w ten sposób podważyć poglądy na to, czym może być sztuka.

Kłamał.

Zrobił to dla zgrywy.

Wąsy są śmieszne.

To wszystko.

Tylko że w tym przypadku, G, to był dopiero początek.

POCZĄTEKG minus 245

1ZROBIĆ PIŚKA

Wiecie, co moja kochana mama powiedziała, kiedy podrzuciła mnie pod szkołę w Crawdale? Nie: „Miłego dnia, synku” ani nawet: „Powodzenia!”. Nie, powiedziała mi:

– Marcus, pamiętaj, liczy się pierwsze wrażenie. Więc się nie popisuj.

Ale co do jednego miała rację, G, kiedy zaczynasz w nowej szkole, musisz zrobić odpowiednie pierwsze wrażenie. Nie tak jak Pete Taylor. Pojawił się na początku piątej klasy i zaraz na pierwszej lekcji pierwszego dnia zsikał się w spodnie przy wszystkich. Pete był fajny, kumaty i świetny w sporcie. Ale gdy cztery lata później odchodziłem z Hardacre, ciągle znany był jako Pisiek.

Nie zrozum mnie źle, G, kiedy tamtego ranka szedłem do szkoły, nie martwiłem się, że nie zapanuję nad swoim pęcherzem. Ale można zrobić z siebie Piśka na wiele sposobów.

– To jest Ryan. On ci wszystko pokaże. – Opiekun dziewiątego roku uśmiechnął się i wskazał mi kogoś, kto pojawił się na progu jego gabinetu. Temu gościowi zdecydowanie przydałby się fryzjer. Spod masy brązowych loków spadających mu na twarz ledwo było widać oczy.

– Witaj w szkole! – Ręka Ryana wystrzeliła w moją stronę i zdałem sobie sprawę, że chce uścisnąć mi grabę. – Jestem Ryan.

– Oz. – Podałem mu dłoń i uśmiechnąłem się. Przyjaźnie, ale bez przesady.

– Będę twoim kumplem – powiedział Ryan. – Żeby pomóc ci się rozeznać. Więc gdyby coś było niejasne, po prostu pytaj. – Mówił z tak silnym północnym akcentem, że musiałem się mocno skupić, żeby go zrozumieć.

– OK.

– Szkoła została zbudowana w tysiąc osiemset siedemdziesiątym piątym roku i na początku uczyło się w niej dwudziestu trzech uczniów – odezwał się, kiedy szedłem za nim po schodach. – Teraz jest ich ponad siedmiuset. – Ryan gadał jak przewodnik w muzeum, a ja zastanawiałem się, czy kazali mu podać mi te informacje, czy sam uznał, że może mnie to zaciekawić.

– Dewiza szkoły to „libertas a scientia venit”, co oznacza po łacinie „z wiedzy płynie wolność” czy coś takiego. – Wzruszył ramionami. – Masz jakieś pytania? Czy mogę mówić dalej?

– Nie przejmuj się. I tak wątpię, żebym został tu na dłużej – powiedziałem. – Kiedy moi rodzice otrząsną się ze złudzenia, że przeprowadzka tutaj to dobry pomysł, wrócimy do cywilizacji: sklepów, chodników i dróg, które mają pośrodku białą linię.

Ryan zmarszczył brwi.

– A skąd ty jesteś?

– Hardacre. Zaraz pod Londynem.

– No to dlaczego przeniosłeś się tutaj?

– Nie miałem wyboru. Mama dostała pracę w college’u. Okazało się, że ona i tata zawsze chcieli mieszkać na wsi. Nawet nie zapytali nas o zdanie!

– Was?

– Mam siostrę. Ale to nieważne. Chodzi o to, że w ogóle tego z nami nie uzgodnili. Po prostu: pakować graty, wyjeżdżamy. -

Potrząsnąłem głową. – Założę się, że twoi starzy na pewno nie wycięliby ci takiego numeru.

– Umarli, kiedy miałem pięć lat – powiedział Ryan.

– Och... współczuję.

Wzruszył ramionami.

– Właściwie to ich nie pamiętam. Ale mój dziadek chybaby nie zrobił czegoś takiego, najpierw by mnie zapytał.

– No właśnie! – wykrzyknąłem. – I jeszcze ten dom, który kupili. Farma Scar Hill! Wygląda jak z horroru, no wiesz, skrzypiące podłogi i okna zabite deskami. To ruina. Nawet śmierdzi tak, jakby ktoś tam zszedł... – Za późno się skapnąłem, co powiedziałem. Mogłem mieć tylko nadzieję, że Ryan nic nie zauważył. – To znaczy w podłodze są dziury, a dach przecieka... Nie ma nawet ogrzewania.

Skręciliśmy w długi korytarz. W połowie drogi Ryan zatrzymał się przed drzwiami oznaczonymi 9F.

– To nasza pracownia – oznajmił. – Sprawdzanie obecności za piętnaście dziewiąta i piętnaście po drugiej, oprócz wtorków i czwartków, kiedy mamy zebranie w holu głównym.

Potem otworzył drzwi i wszystkie twarze w klasie odwróciły się w moją stronę.

Sam nie wiem, czego się spodziewałem. Może rzędów długich ławek i zgarbionych nad tabliczkami dzieciaków kaszlących w kredowym pyle. W rzeczywistości klasa nie różniła się specjalnie od sal w mojej dawnej szkole, ale przez to czułem się w jakiś sposób jeszcze bardziej obco.

Wszyscy mierzyli mnie wzrokiem. Rok szkolny zaczął się kilka tygodni temu. Ja byłem rozrywką, czymś nowym w szkolnej rutynie. Świeżym mięsem.

– Marcus Osbourne, prawda? – zapytała nauczycielka, okrągła kobieta w kwadratowych okularach, która przedstawiła się jako pani Pike.

– Tak, ale zwykle mówią na mnie Oz.

Z tyłu klasy ktoś prychnął, a pani Pike się skrzywiła.

– Myślę, że jednak pozostaniemy przy twoim imieniu.

Nic nie powiedziałem, tylko jakiś głos w mojej głowie protestował: ale ja jestem... Oz!

– Jak rozumiem, niedawno przeprowadziłeś się w nasze okolice, Marcus. Gdzie mieszkasz?

– Yyy... w czymś o nazwie Slowleigh.

Kolejne prychnięcia. Pewnie ktoś z nich zna to miejsce.

Nauczycielka skinęła głową.

– Slowel – poprawiła mnie. – Tutaj nie zawsze wymawiamy słowa zgodnie z ich pisownią. – Uśmiechnęła się. – Ale nie martw się, przywykniesz.

Tylko że ja nie miałem zamiaru zostawać tu na tyle długo, żeby do czegokolwiek przywykać.

Patrząc z perspektywy czasu, widzę, jak tego dnia wszystko prowadziło mnie w stronę tych wąsów niczym strzałki namalowane na ziemi. Byłem tylko szprychą w Kole Przeznaczenia, toczącym się nieuchronnie w ustalonym z góry kierunku. Chcę powiedzieć, G, że to zupełnie nie była moja wina.

Tego ranka na pierwszej lekcji mieliśmy plastykę, i tak właśnie dowiedziałem się o Marcelu Duchampie i wąsach, które dorysował Monie Lisie. Gdyby to był angielski, francuski albo historia, pewnie do tego wszystkiego w ogóle by nie doszło.

Znalazłem miejsce z tyłu, obok potężnego gościa o imieniu Gareth, i patrzyłem, jak wszyscy wyciągają z plecaków kredki i szkicowniki.

Pamiętasz, jak mówiłem, że można zrobić z siebie Piśka na wiele sposobów? No właśnie... Sytuacja, kiedy otwierasz plecak i wypada ci z niego na ławkę biustonosz twojej siostry, z pewnością jest jednym z nich.

Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, co mam przed oczami. Biustonosz w moim plecaku był kompletnie od czapy. Ale był – czarny i koronkowy – zwinięty w kłębek jak zdechły nietoperz.

Niestety to wystarczyło, żeby Gareth go zauważył i szturchnął swojego kumpla. A on, zanim zgarnąłem ten kompromitujący przedmiot i wepchnąłem go z powrotem do plecaka, zdążył wysłać esemesa do wszystkich z dziewiątego roku, w tym do internetowego świra Marka Edwardsa. Ten z kolei wrzucił wiadomość na pięć portali społecznościowych, tak że radosna nowina dotarła do trzydziestu krajów na całym świecie, jeszcze zanim pan Henson zdążył podnieść głowę i zapytać, co się dzieje.

Otworzyłem usta, ale słowa nie chciały się z nich wydostać. Pewnie za bardzo wstydziły się być kojarzone ze mną.

– On ma jakieś biustonosze w swoim plecaku, proszę pana! – powiedział Gareth. Krzesła zaszurały, kiedy wszyscy w sali odwrócili się w naszym kierunku.

Tymczasem mój mózg gorączkowo przewijał taśmę do momentu, kiedy mama wysadziła mnie przed szkołą. Przypomniałem sobie, jak złapałem jeden z plecaków ze stosu z tyłu samochodu – stosu toreb z praniem, które mama wiozła do pralni samoobsługowej.

– Musiałem wziąć nie ten plecak... Pomyliłem się. – Policzki miałem tak gorące, że moim włosom groził samozapłon.

– Przykra sprawa. – Nauczyciel starał się nie śmiać. – Pewnie nie masz tam niczego, co mogłoby ci się przydać? Na przykład długopisu albo ołówka?

Gapiłem się na niego, jakby wmurowało mnie w podłogę. Jakby całe ciało wyłączyło mi się ze wstydu.

– Może chciałbyś sprawdzić, co tam masz? – zaproponował pan Henson.

Skinąłem głową i rozpiąłem plecak, choć było to zupełnie bez sensu.

Gareth pochylił się, żeby lepiej widzieć.

– Ej, on ma tam gacie i w ogóle! Czyste chociaż? Wiedziałem, że powinienem coś powiedzieć. Coś śmiesznego

i inteligentnego, coś, co powiedziałby Oz. Ale w głowie miałem kompletną pustkę.

– Gareth, może mógłbyś pożyczyć Marcusowi coś do pisania? – zapytał pan Henson.

Gareth teatralnym gestem położył mi na biurku długopis.

– Masz, ty Pantalonie! – powiedział, a śmiech posypał się wokół jak grad.

To było śmieszne. Wiedziałem, że to było śmieszne. Więc czemu nie miałem ochoty się śmiać?

Mówię ci, G, Pete Taylor nie miałby mi czego zazdrościć.

2PANTALON

Na następnej lekcji musiałem znów od początku tłumaczyć, dlaczego nie mam wszystkich potrzebnych rzeczy. Gareth uprzejmie uzupełnił pominięte przeze mnie szczegóły – takie jak fakt, że mój plecak jest pełen dziewczęcej bielizny.

Musiałem się pozbyć tego kompromitującego balastu.

Na przerwie znalazłem szafkę, którą mi przydzielono. Spodziewałem się, że zastanę ją pustą, albo że będzie w niej parę starych tenisówek czy skarpetek, ale na widok tego, co zobaczyłem, aż mnie zatkało. Na samym środku metalowej szafki znajdował się mazak. Jeden z tych grubych, śmierdzących markerów, ustawiony w pionie. I jeśli mówię, że pośrodku, to naprawdę pośrodku. Byłem pewien, że gdybym zmierzył jego odległość od każdej z czterech ścianek, wynik byłby taki sam. Z jakiegoś powodu pomyślałem sobie, że ktoś umieścił go tam specjalnie dla mnie – co było oczywiście bez sensu. Ktoś go zostawił dla żartu. Więc wsunięcie go do kieszeni też było zupełnie bez sensu. Ale tak właśnie zrobiłem.

Potem wepchnąłem plecak do szafki i zamknąłem drzwiczki.

Tuż przed przerwą obiadową włączył się alarm przeciwpożarowy. Razem ze wszystkimi wyszedłem na zewnątrz, rozglądając się za dymem i mając nadzieję, że szkoła się spali, a plecak razem z nią. Ale oczywiście to były tylko ćwiczenia. Kiedy pozwolono nam wrócić do środka, kolejka do stołówki zrobiła się dłuższa, niż powinna. Gdyby nie była taka długa, nie ciągnęłaby się aż na korytarz, do tablicy z tymi wszystkimi zdjęciami.

Była ich tam cała masa: zdjęcia szkolnych drużyn i starostów w internacie, fotki z wręczania różnych nagród i ze szkolnych przedstawień. Nie interesowało mnie to ani trochę, starałem się tylko uniknąć kontaktu wzrokowego z grupą dziewczyn z lekcji plastyki, które stały przede mną w kolejce.

– Gdzie twój plecak, Pantalon? – rzuciła jedna z nich, ale udawałem, że nie słyszę. Jednak stojąca najbliżej dziewczyna szturchnęła mnie palcem. – Pytałam cię o coś.

– Co?

– Co? – powtórzyła, pewnie przekonana, że fantastycznie parodiuje mój akcent. Wszystkie jej kumpele zarechotały, jakby w życiu nie słyszały lepszego dowcipu. A potem wszystkie zaczęły powtarzać: Co? Co? Co? Jak stado kur.

– Patrzcie na jego buty! – powiedziała inna.

Spojrzałem na swoje nogi. Przez głowę przemknęła mi myśl, czy przypadkiem nie przyszedłem do szkoły w plastikowych chodakach taty, ale nie, to były moje szkolne buty. Faktycznie były trochę bardziej spiczaste niż te, które nosiła większość ludzi, i miały bajerancką naszywkę z boku. Wszyscy moi kumple z dawnej szkoły mieli takie.

– Nigdy wcześniej nie widziałaś takich butów? – zapytałem.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na koleżanki.

– Co on gada?

A potem powiedziała coś jeszcze, czego nie zrozumiałem, i wszystkie się roześmiały.

Nie wiedziałem, że stoi za mną Gareth, dopóki się nie odezwał.

– Powiedz jeszcze raz, skąd jesteś, Pantalon?

– Hardacre pod Londynem.

– To wszystko wyjaśnia. Czy u was dużo facetów nosi damską bieliznę?

Panny „Co? Co? Co?” uznały to za prześmieszne.

– Tak, szczerze mówiąc, to jest dużo wygodniejsza, niż można by się spodziewać – powiedziałem, uśmiechając się do Garetha, chociaż serce tłukło mi się między żebrami jak kulka we fliperze.

Zmarszczył czoło.

– Ja lubię taką z klinem. No wiesz, lepiej trzyma.

Gareth zamrugał, a potem się roześmiał.

– Powinieneś spróbować, serio – dodałem. – Chodzi o równowagę między modą a wygodą. Bielizna dużo mówi o człowieku.

Ryan stał w kolejce za Garethem, patrząc na mnie spod grzywy. Widać było, że szczęka mu opadła. Wskazałem piegowatego chłopaka obok niego.

– Na przykład można łatwo zgadnąć, że ty nosisz tradycyjne slipy. Mam rację?

Gareth prychnął, a chłopak się zarumienił.

Zauważyłem, że teraz słuchają nas inni ludzie stojący w kolejce.

– Wiedziałeś, że można tylko po twarzy odgadnąć, jaką ktoś nosi bieliznę?

– No to dawaj – powiedział Gareth.

Zmarszczyłem brwi i udając, że się zastanawiam, przyjrzałem mu się uważnie.

– Odcień skóry wskazuje na dobre krążenie krwi, więc myślę, że bokserki.

Roześmiał się.

– Widzisz, wiedziałem, że Pantalon do ciebie pasuje.

Panny „Co? Co?» zachichotały.

Rozejrzałem się za kolejnym celem i wtedy moją uwagę przyciągnęły zdjęcia na tablicy. Wskazałem jakąś dziewczynę, która zezowała do obiektywu, ściskając nagrodę.

– Ona chyba cierpi – powiedziałem. – Wysoko podciągnięte stringi, nie ma wątpliwości. Trzeba by po nie wysłać ekipę poszukiwawczą. – Ludzie roześmiali się. – Slipy, bokserki, bokserki, w ogóle nic – wyliczałem, idąc wzdłuż tablicy. Potem mój wzrok padł na fotografię dziewczyny ze skrzyżowanymi ramionami, patrzącej buntowniczo poza kadr.

– Ale ponurak – powiedziałem. Nagle w mojej głowie, niczym kolejny slajd w prezentacji, pojawił się portret Mony Lisy. – Właściwie to kogoś mi przypomina.

Kiedy zdjęcie dziewczyny wypełniło mi pole widzenia, a palce zaczęły mnie świerzbić, korytarz za mną stał się tylko odległym zamazanym tłem. Wiedziałem, co muszę zrobić – o co błaga mnie to zdjęcie. Potem przypomniałem sobie o markerze w kieszeni i zdałem sobie sprawę, że przez cały czas miałem rację. Ktoś zostawił go tam dla mnie – specjalnie w tym celu. To było jak dowód: oto narzędzie, za pomocą którego będziesz mógł wykonać swoje zadanie.

Jeszcze zanim zdjąłem nasadkę, byłem pewien, że marker działa. Patrzyłem, jak sunie w kierunku zdjęcia, kierowany siłą, wobec której byłem bezradny. Koło Przeznaczenia kołysało się na klockach, gotowe ruszyć.

– Co ty robisz? – poznałem głos Ryana, ale wydawał się stłumiony, jakby ktoś ostrzegał mnie z wielkiej odległości.

Byłem całkowicie pochłonięty grubą, czarną krechą, wijącą się spod nosa dziewczyny. Bez pośpiechu dorysowałem pasujący zawijas po drugiej stronie, dbając, żeby były równe. Potem wypełniłem zarys szerokimi, pionowymi pociągnięciami, tusz piszczał i lśnił na powierzchni papieru. Dla lepszego efektu dodałem okulary – i wszystko było gotowe.

Gdy tylko skończyłem, znów opadł mnie zgiełk korytarza, a Ryan nagle znalazł się tuż obok mnie.

– Nie powinieneś był tego robić – wyszeptał, wytrzeszczając oczy.

– To tylko kawał.

Chyba miał zamiar jeszcze coś dodać, ale wtedy Gareth położył mi na ramieniu swoją ciężką łapę i roześmiał się.

– Ale odjazd – powiedział. – Można umrzeć ze śmiechu.

3DEAD FRANK

Jeśli nicość ma jakiś środek, to właśnie znalazłem się w środku niczego. Zważywszy na to, że nic tu nie ma, wieś Slowleigh stosunkowo łatwo znaleźć na mapie. Wystarczy posuwać się wzdłuż autostrady na północ, dopóki nie skończy się gruba, niebieska kreska, a potem jechać dalej, mijając kolorowe plamy miast, aż do białej części strony, gdzie drogi wyglądają jak zmarszczki na twarzy, i wreszcie jest: grupka maleńkich prostokącików na zboczu wzgórza. Nie da się przegapić, bo w promieniu wielu kilometrów nie ma niczego innego.

Ale mapa nie pokazuje, jak strasznie tu pusto. Ani że gdy tylko wystawisz nos na dwór, wiatr próbuje zepchnąć cię ze zbocza. Nawet kiedy jest się w środku, można poczuć, jak trzęsie domem i grzechocze okiennicami. Słychać też, jak próbuje zerwać z dachu dachówki i cisnąć nimi w dolinę. Zawijasy na mapie nie oddają też tego, jak martwy jest krajobraz rozciągający się we wszystkich kierunkach pod nieskończonym niebem, sinym jak ołów.

To nawet nie jest wieś, tylko kilkanaście rozrzuconych budynków, tak jakby ktoś zaczął budować miasteczko i w połowie zmarł. Poza pubem Beckett Arms, kościołem i jednym z tych sklepików, gdzie można kupić wszystko, ale są otwarte przez pół godziny dwa razy w tygodniu – nic tu nie ma. Życie nie toczy się tu powoli. Ono zatrzymało się kompletnie. Zamarło.

Warkot autobusu ucichł, zostawiając mnie sam na sam z wiatrem. Rozejrzałem się po tętniącym życiem centrum mojej wsi, milczącym i pustym jak okiem sięgnąć. Jedyną oznaką życia było żałosne beczenie owiec, toczących się w moją stronę niczym kuliste krzaki na pustyni. A po mojej lewej stronie, kilka metrów dalej, pojawił się obszarpany rudy kot, usiadł pośrodku drogi, po czym zaczął myć sobie zadek.

Gdybyśmy nadal mieszkali w Hardacre, wracałbym teraz do domu z Jackiem i innymi. Albo gralibyśmy u Żaby w SlamShowdown. Sięgnąłem do kieszeni kurtki po komórkę. Zdziwiłem się, że ktoś do mnie dzwonił. Wybrałem numer Jacka i poczułem, jak puls mi przyspiesza, kiedy usłyszałem w uchu sygnał.

– Hello!

– Jack! – zaskrzeczałem.

– Kto to? – Rozpoznałem w tle muzykę ze SlamShowdown i odgłosy walki.

– Tu Oz!

– Oz, staruszku! Hej, dzwoni Oz! – W pokoju rozległy się znajome głosy i nagle gardło mi się ścisnęło.

– Hej, stary, co u ciebie? Jak tam na gospodarce? – zapytał Jack.

– Tu wrony zawracają, Jack! Kompletna pustka. Tylko pola i owce.

Jack roześmiał się.

– Czuję się, jakby ktoś wysłał mnie w przeszłość!

– Użyj kopnięcia z wyskoku!

– Co?

– Taaak! Super! Super! – powiedział Jack. – Sorry, stary, o czym gadałeś? Ryba właśnie dokopał Mocarnej Marcie! Totalny nokaut!

– Tak? To nieźle! – Dotychczas nikomu z nas nie udało się pokonać Mocarnej Marty w SlamShowdown.

– To był odjazd! – wykrzyknął. Słyszałem, jak się cieszą i przybijają piątki. Na linii coś zatrzeszczało.

– Od kiedy to Ryba jest taki dobry w Slam?

Jack zachichotał.

– Został u mnie w zeszły piątek i solidnie potrenował. Ale i tak jest słaby. Żaba znalazł w sieci obejście.

Zaśmiałem się z trudem, starając się nie zwracać uwagi na zazdrość, która we mnie bulgotała. Od kiedy to Jack i Ryba tak się zakumplowali?

– Oz, teraz moja kolej. Pogadaj z Żabą.

– Nie, muszę kończyć. Zasięg jest do bani.

Jack coś jeszcze mówił, ale zagłuszyły to trzaski, a potem połączenie się urwało. Zakląłem i przez chwilę miałem ochotę rzucić telefon w dolinę. Potem westchnąłem i z powrotem włożyłem do uszu słuchawki. Potrzebowałem trochę Dead Frank – to jedyne, co mogło zdjąć ciężar z mojej piersi.

Dead Frank’s Supersonic Milkfloat, czyli Naddźwiękowy Wehikuł Martwego Mleczarza Franciszka, to najlepszy zespół pod słońcem. Nagrał tylko dwa albumy, zanim się rozpadł, ale te dwadzieścia pięć kawałków to... no... brak mi słów. Po prostu wiem, że zawsze, kiedy tego słucham, świat wydaje się lepszy – nawet tutaj.

Przewinąłem playlistę i wybrałem Spilt Milk, przełomowy debiut Dead Frank, po czym wcisnąłem odtwarzanie. Kiedy skręcałem w drogę do Scar Hill, czułem się już lepiej. To właśnie uzdrawiająca moc muzyki, G.

Droga na nasze wzgórze wije się jak makaron, co oznacza, że jest dwa razy dłuższa, niżby mogła. Więc kiedy zauważyłem wąską ścieżkę biegnącą prosto pod górę, postanowiłem ją wypróbować.

Po paru minutach znalazłem się między drzewami. Gałęzie były tak gęste, że do ziemi prawie nie dochodziło światło, i dlatego właśnie zobaczyłem tego psa dopiero, kiedy był kilka metrów ode mnie.

Zatrzymałem się i wyrwałem słuchawki z uszu, kiedy trójkątny łeb i spiczaste uszy zmaterializowały się przede mną. Pies był ogromny, G, wyglądał jak prawdziwa bestia. Widziałem mięśnie prężące się pod gładką, czarną sierścią, a jego wzrok wbijał mnie w ziemię. W ustach zrobiło mi się nagle sucho i lepko, pot na plecach zmienił się w lód.

Cofnąłem się o krok i wtedy pies zawarczał. Chociaż to słowo nie oddaje krwiożerczej erupcji dźwięku, która walnęła we mnie falą uderzeniową. Błysnęły zęby, lśniące strużki śliny pofrunęły w powietrze. Odwróciłem się, chcąc uciekać, ale moje zmartwiałe ze strachu nogi pozostały w miejscu. Upadłem i zasłoniłem twarz rękami, zastanawiając się, jak bardzo będzie bolało, kiedy wbije we mnie kły.

Ale nic się nie stało. Gdy podniosłem głowę, zobaczyłem, że bestia nie zbliżyła się ani trochę. Wciąż warczała, podnosiła się na tylne łapy, potem przysiadała i chodziła w tę i z powrotem drobnymi, nerwowymi krokami. Wtedy właśnie zauważyłem, że do obroży przywiązany był sznur, który wił się na ziemi jak wąż.

Usiadłem i roześmiałbym się, gdyby nie to, że ktoś obok mnie już się śmiał.

Dziewczyna patrzyła na mnie z góry i wciąż się śmiała. Miała na sobie mundurek szkoły średniej w Crawdale, co wyjaśniało, dlaczego wyglądała znajomo.

– Napędził ci stracha, co nie?

– Potknąłem się... – powiedziałem, gramoląc się na nogi.

– Jasne. – Skinęła głową i wyszczerzyła zęby tak, jak to robią ludzie, na oczach których zrobiłeś z siebie idiotę. – W porządku, nie ugryzie. Chyba że mu powiem. – Podeszła do Bestii, który przewrócił się na grzbiet, żeby jego pani mogła podrapać go po brzuchu.

Mówi się, że właściciele są podobni do swoich psów, i ta dwójka to potwierdzała. Dziewczyna była wysoka i szeroka, o długich, muskularnych nogach, a przy jej ramionach moje wyglądały jak sznurówki.

– Muszę spadać – odezwałem się, otrzepując błoto ze spodni.

– A skąd się tu w ogóle wziąłeś? – zapytała. – Wiesz, że wszedłeś na cudzy teren?

– Przepraszam, myślałem, że to skrót – wyjaśniłem. – Chcę dojść do farmy Scar Hill.

– Jesteś od tych ludzi, co się właśnie wprowadzili? – Wyprostowała się i podeszła do mnie. – No to chyba jesteśmy sąsiadami. Nazywam się Isobel Skinner.

– Oz – powiedziałem. Rozumiecie, przyjaźnie, bez popisywania się.

Ale Isobel się nie uśmiechała.

Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, skąd ją znam. Tylko żeby się upewnić, w wyobraźni nałożyłem na jej twarz podkręcone wąsy i okulary, i faktycznie to była ona – dziewczyna ze zdjęcia.

– A więc to ty jesteś ten artysta – powiedziała, żeby sytuacja była jasna.

– A tak... Yyy... – Wyszczerzyłem się. – Słuchaj, głupio mi. Właściwie to nic do ciebie nie mam. To był tylko żart, OK? – Głos mi zamarł, kiedy Isobel powiedziała coś, co brzmiało jak „nie gadaj”. – Skinąłem głową. – Tak, masz rację. Szkoda gadać.

Potrząsnęła głową.

– Powiedziałam: spadaj.

Spojrzałem na nią.

– Spadaj! – syknęła, podchodząc do psa.

To znaczy?

Isobel pochyliła się i odczepiła sznur od obroży Bestii, a wtedy nagle mnie oświeciło, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.

Jedną ręką trzymała psa za obrożę, sznur zwisał luźno w jej drugiej ręce. Bestia, wyczuwając, że coś się kroi, podniósł się na tylnych nogach, tańcząc w tę i we w tę, ale już nie warczał ostrzegawczo. Teraz gra toczyła się na serio, nie było czasu na gadanie.

Walcząc z pokusą, żeby zwymiotować, rozpłakać się albo błagać o wybaczenie – choć i tak nic by mi nie pomogło – zrobiłem to, co sugerowała Isobel.

I pognałem ile sił w nogach.

4ZAPACH SPALONEJ GUMY

Szczerze mówiąc, G, bieganie to nie moja bajka. Ale czterdzieści dwa ostre jak brzytwa zęby tuż przy twoich piętach mogą być całkiem motywujące.

Czułem Bestię za plecami, słyszałem, jak jego łapy dudnią o ziemię, a dystans między nami wciąż się zmniejsza. Zobaczyłem drogę, z której tak nieroztropnie wcześniej zboczyłem, ale wiedziałem, że nie zdążę do niej dobiec. Jeśli się nie ma kondycji, strach i adrenalina nie wystarczą na długo. Potem na skraju pola zauważyłem drzewa, które miały pnie zgięte przez wiatr. Nigdy wcześniej nie wspinałem się na żadne drzewo, ale uznałem, że na jedno z tych nawet ja dam radę wleźć. Wydawało mi się, że to moja jedyna szansa.

Skoczyłem do najbliższego drzewa i zacząłem się wdrapywać i wciągać czystą siłą woli. Zatrzymałem się dopiero, gdy znalazłem się w bezpiecznej odległości od ziemi. Zerknąłem przez liście w dół, spodziewając się zobaczyć psa krążącego wokół pnia, pilnującego mnie i skaczącego w górę, ale po Bestii nie było ani śladu. Przez jedną straszną chwilę pomyślałem, że może psy potrafią się wspinać, jednak wystarczyło się rozejrzeć, żeby się upewnić, że nic nie skrywa się w gałęziach. Na drzewie nie było psa. Na ziemi też nie.

A potem zrozumiałem.

Isobel wcale nie puściła obroży. Pewnie umierała ze śmiechu, patrząc, jak uciekam w popłochu. Zastanawiałem się, czy widziała, jak właziłem na drzewo.

Pomyślałem, że dobrze byłoby stąd zejść, zanim ona albo ktoś inny mnie zobaczy, ale bałem się znów znaleźć na otwartej przestrzeni. Później dostrzegłem szary pas drogi po drugiej stronie muru poniżej. Część zwisających gałęzi prawie go dotykała. Jeśli zsunę się po jednej z nich, będę mógł zeskoczyć na asfalt.

Wszystko szło dobrze aż do ostatniej chwili. Pewnie okazałem się za ciężki, a może to przez podmuch wiatru. Niezależnie od przyczyny – w jednej sekundzie siedziałem na gałęzi, sekundę później już nie. Stało się to tak szybko, że nie zdążyłem nawet krzyknąć.

Nierówne kamienie na szczycie muru zatrzymały mój upadek. Odbiłem się od nich, spadłem na ziemię i poturlałem. Przez chwilę leżałem na plecach pośrodku drogi, próbując złapać oddech. Kiedy minął pierwszy szok, na jego miejsce pojawił się ból – gorący i ostry. Najpierw w kostkach palców, później w kolanach. Przypomniałem sobie o komórce w kieszeni kurtki i wyciągnąłem ją, spodziewając się najgorszego. Na szczęście telefon był cały, w przeciwieństwie do mnie i moich szkolnych spodni, które miały dziury na obu kolanach i rozdarcie z boku. Mama mnie zabije.

A potem usłyszałem samochód.

Mój wstrząśnięty mózg potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, co to za dźwięk. I jeszcze paru sekund, żeby dojść do wniosku, że chyba nie jest najbezpieczniej leżeć pośrodku drogi.

Kiedy przekręciłem się na bok i spróbowałem wstać, poczułem igiełki bólu. Klęczałem na jednym kolanie, gdy w powietrzu rozeszła się fala gorąca – kwaśny zapach rozgrzanego metalu i oleju. Samochód z rykiem wypadł zza zakrętu i skoczył na mnie z wyciem hamulców, aż spod opon uniósł się czarny dym. Przez chwilę ja i kierowca patrzyliśmy na siebie z przerażeniem, a potem auto minęło mnie tak blisko, że czułem na twarzy ciepło. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak pojazd znika za zakrętem. Usłyszałem łomot, pisk metalu, po czym wszystko ucichło – aż ciszę przerwał delikatny łopot fruwającego w powietrzu papieru.

Samochód zjechał z drogi i wbił się do połowy w żywopłot, jedno z kół wciąż kręciło się nad asfaltem. Od uderzenia otworzył się bagażnik, z którego na drogę wysypały się kawałki papieru wielkości pocztówki. Wiatr ciskał je w powietrze niczym dziwną papierową śnieżycę.

Niepewnym krokiem zbliżyłem się do rozbitego samochodu, czując zapach spalonej gumy, kiedy ze środka wygramolił się kierowca.

– Marcus!

– Cześć, mamo.

Podeszła do mnie chwiejnie i ściągnęła mnie na pobocze.

– Nic ci się nie stało? – Ręka trzymająca mnie za ramię dygotała. – Jesteś ranny? Potrąciłam cię? – Mama obejrzała mnie od stóp do głów i wciągnęła powietrze na widok podartych spodni i krwi. – Boże! Potrąciłam cię! Gdzie cię boli?

– Nic mi się nie stało. Ominęłaś mnie.

– Ty krwawisz – powiedziała. – Pewnie jesteś w szoku. Powinniśmy wezwać karetkę. Gdzie mój telefon? – Zaczęła się macać po spódnicy w poszukiwaniu nieistniejących kieszeni.

– Mamo! Nic mi się nie stało. Nie potrąciłaś mnie. Spadłem z drzewa.

Przestała szukać telefonu i spojrzała na mnie.

– Co takiego?

Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd.

– Z jakiego drzewa? O czym ty, na Boga, mówisz?

– No... z tego. – Pokazałem jej.

– A co ty, do diabła, robiłeś na drzewie?

Mama położyła sobie dłoń na czole i zamknęła oczy, po czym wzięła kilka głębokich oddechów. Często tak robi, zwłaszcza kiedy rozmawia ze mną albo z tatą. Mówi, że to ją uspokaja, ale nie jestem pewien, czy skutecznie.

– Ktoś mógł cię przejechać! Ja mogłam cię przejechać! – Jej głos przeszedł w pisk.

– Gonił mnie pies! Wielki jak koń! – Jeśli powiem jej, w jak strasznym byłem niebezpieczeństwie, może wreszcie zacznie mnie słuchać.

– Co za pies? Co ty wygadujesz?

– Ta durna dziewczyna poszczuła mnie psem!

– Jaka dziewczyna?

Jeśli wytłumaczę jej, kim jest Isobel, doprowadzi nas to aż do wąsów, a nie chcę, żeby mama dotarła aż tam.

– Poszedłem na skróty i napadł na mnie pies. Musiałem wejść na drzewo, żeby mu uciec.

– A co się z nim stało? – Mama spojrzała na puste pole za murem. – I co z tą dziewczyną? Powiedziałeś: ta durna dziewczyna poszczuła mnie psem.

To jest straszne, kiedy ona tak robi, G. Tak jakby miała w głowie dyktafon zaprogramowany na rejestrowanie właśnie tego, czego lepiej, żeby nie słyszała.

– Naprawdę? – Wzruszyłem ramionami. – Wydawało mi się, że widziałem dziewczynę, ale może nie... Nie pamiętam. Pewnie jestem w szoku, tak jak powiedziałaś.

Nagle wiatr dmuchnął w nas chmurą papieru. Jeden kawałek przywarł mi do piersi. Złapałem go.

– Mamo, zaraz zdmuchnie wszystkie twoje pocztówki.

Zmarszczyła czoło, tak jakby dopiero teraz zauważyła nadnaturalnej wielkości konfetti wirujące nad drogą i przefruwające przez murek.

– Zostań tu. Ja to pozbieram – powiedziała.

– Pomogę ci.

– Nie! Nie chcę, żeby znów cię coś przejechało.

– Ale co? Tu nic nie jeździ. – Odkąd tu byliśmy, nie widzieliśmy żadnego innego samochodu, ale mama uparła się, żebym nie ruszał się z miejsca, podczas gdy ona będzie zbierała rozsypane pocztówki.

Usiadłem na poboczu i spojrzałem na kartkę, którą trzymałem w ręku. Było na niej kolorowe zdjęcie wielkiej metalowej osy. Chociaż dało się rozpoznać, że odwłok zrobiony jest z zagiętych pasów pomalowanego metalu, a żądło podtrzymujące całą konstrukcję to stalowy pręt, i tak na jej widok przechodziły mnie ciarki. Kiedy odwróciłem kartkę, zobaczyłem czarno-biały portret mamy z zamyśloną miną.

Większość ludzi wyobraża sobie, że rzeźbiarz to ktoś, kto robi pomniki z brązu przedstawiające jakichś nieżyjących ludzi, żeby gołębie miały na czym siadać, albo może abstrakcyjne kształty z kamienia. Ale nie mama. Ona bierze złom – kosiarki do trawy, meble ogrodowe, części silników – i tworzy z nich gigantyczne owady. To właściwie dość fajne – dużo lepsze niż dwie poprzednie opcje. Rodzice kupili ten stary wiejski dom między innymi dlatego, że dwa wielkie budynki gospodarcze otaczające dziedziniec doskonale nadawały się na pracownię rzeźbiarską. Zauważyłem, że adres na pocztówce to „Studio Scar Hill” – co brzmiało znacznie lepiej niż „dwie stare stodoły z dziurawymi dachami”.

Zastanawiałem się, gdzie zrobiono zdjęcie mamy, kiedy usłyszałem jej krzyk. Podniosłem głowę, a wtedy stos pocztówek wyleciał jej z rąk, a ona złapała się za lewe ramię.

Mamo? Wszystko w porządku?

Boli mnie ręka – powiedziała, blednąc. – Musiałam ją sobie stłuc, kiedy zjechałam z drogi. Nic nie zauważyłam, dopóki nie zaczęłam nią ruszać. Ale teraz straciłam czucie w palcach.