Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 405 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czego pragnie mężczyzna - Sabrina Jeffries

Maximilian Cale, książę Lyons, przyzwyczaił się do myśli, że jego porwany przed laty brat nie żyje. Gdy słynny detektyw Tristan Bonnaud twierdzi co innego, Max dociera do jego siostry, Lisette - tylko po to, by się dowiedzieć, że Tristan zniknął... Czy piękna dziewczyna działa w zmowie z bratem czy też jest jest niewinna, jak twierdzi? Sprytna Lisette - w obawie, że niechęć potężnego księcia może zniszczyć Tristanowi karierę - przekonuje Maksa do wspólnej wyprawy do Paryża, której celem dla obojga ma być odnalezienie braci. Tę eskapadę jednak szybko przenika pożądanie, a dwoje podróżników odkrywać będzie nie tylko zagadki przeszłości ale też tajemnice własnych serc.

Opinie o ebooku Czego pragnie mężczyzna - Sabrina Jeffries

Fragment ebooka Czego pragnie mężczyzna - Sabrina Jeffries

Tytuł oryginału: What the Duke Desires

Projekt okładki: Iza Szewczyk

Copyright © 2013 by Deborah Gonzales

All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information address Pocket Books Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020

First Pocket Books paperback edition July 2013

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2016

ISBN 978-83-7551-502-2

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Michał Latuse

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Yorkshire, rok 1816

– Sacrebleu, dziewczyno, usiądź i zjedz śniadanie. Od patrzenia, jak krążysz, kręci mi się w głowie.

Czternastoletnia Lisette Bonnaud zatrzymała się, lecz tylko po to, by wyjrzeć po raz kolejny przez okno.

– Ale, maman, jak możesz się nie martwić o Tristana? Nie znikał dotąd na całą noc! A jeśli przytrafiło mu się coś złego, kiedy polował wczoraj z tatusiem?

Claudine Bonnaud machnęła dłonią gestem pełnym wdzięku i elegancji, które to cechy zapewniły jej pozycję uwielbianej powszechnie aktorki, jaką cieszyła się, nim tatuś z jednej ze swoich podróży na kontynent przywiózł ją do Anglii i ulokował w domu, w którym teraz mieszkały.

– Już byśmy o tym usłyszały. Twój tata przysłałby po nas służącego lub sam by przyszedł. Bardziej prawdopodobne, że zabrał Tristana po polowaniu na coś mocniejszego, przesadzili z trunkiem i zostali na noc w karczmie.

Maman miała zapewne rację. Było wielce prawdopodobne, że tatuś zabierze jej brata w jakieś interesujące miejsce. Tristanowi wolno było robić wszystko. Przeciwnie niż jego siostrze. A przecież nie był od niej tak znowu wiele starszy – zaledwie o trzy lata. Uważała, że to nie w porządku.

– Może powinnam pójść do Ashcroft, upewnić się, że tam są.

Zerknęła z tęsknotą na ciągnące się milami zielone wzgórza Yorkshire.

Maman uniosła perfekcyjnie wyregulowaną jasną brew.

– Nie możesz iść do miasta sama, ma fille. To nie uchodzi.

Lisette westchnęła sfrustrowana i zaczęła znowu przemierzać pokój.

– Tak jakby kogoś obchodziło, czy bękart zachowuje się stosownie.

– Lisette Bonnaud! – skarciła ją Claudine ostro. – Nie używaj tego okropnego słowa! Ono cię nie dotyczy. Jesteś córką wicehrabiego Rathmoora. Nigdy o tym nie zapominaj!

– Nieślubną córką – burknęła. – Tatuś w kółko obiecuje, że się z tobą ożeni, i co?

Claudine zacisnęła usta w wąską kreskę.

– To… skomplikowane. Musiał czekać, aż skończy się wojna pomiędzy naszymi krajami. Póki trwała, poślubienie Francuzki wywołałoby wielki skandal i zaszkodziłoby tatusiowi. A także jego prawowitym synom.

Lisette spojrzała na matkę z uporem.

– Wojna skończyła się rok temu. A jedyną osobą, która obawia się skandalu, jest George. Zwlekanie tego nie zmieni.

Dwudziestosześcioletni George Manton był prawowitym synem oraz dziedzicem tatusia, przyrodnim bratem jej i Tristana. Nienawidził ich, odkąd maman została oficjalną kochanką jego ojca. Nawet po tym, jak zmarła jego matka, a stało się to przed wieloma laty, nadal przeklinał kobietę, którą jego ojciec obdarzał niezmiennie uczuciem. Podobnie jak dzieci, które z nią spłodził.

– George w końcu się opamięta – odparła maman, kończąc niewygodny temat. – Nie będzie miał wyjścia, kiedy wasz ojciec mnie poślubi.

Delikatnymi pociągnięciami noża zaczęła rozsmarowywać dżem na grzance.

Wszystko, co robiła, było właśnie takie: subtelne i delikatne. Tymczasem Lisette nie posiadała za grosz subtelności. Zbyt wysoka jak na dziewczynkę w jej wieku, miała kościste biodra i obfity biust. Sprawiał, że wydawała się pozbawiona równowagi. Jej włosy zaś nie były złociste, w kolorze, który upodobali sobie dżentelmeni, lecz, jak u ojca, atramentowo czarne.

Próbowała dodać im urody, wplatając barwne wstążki, które przywoził jej z podróży, lecz bujne, rozwichrzone loki nie dawały się okiełznać. Najczęściej próby kończyły się więc tak, że ozdabiała wstążkami suknie.

– Czy jestem ładna, maman?

Matka zamrugała.

– Oczywiście, że tak, ma chérie. Jesteś przecież moją córką, prawda? Nie martw się, pewnego dnia panowie będą rywalizować o twoje względy.

Lisette nie była pewna, czy tego chce. Uroda nie przyniosła matce nic poza wiecznym oczekiwaniem na to, by mężczyzna, którego kochała, wreszcie się z nią ożenił. Jako mała dziewczynka Lisette wierzyła w obietnice ojca, w to, że będą kiedyś rodziną. Ostatnio zaczęła jednak w nie wątpić.

Zapukano głośno do drzwi.

– Otworzę! – zawołała, ruszając do przedpokoju. Uśmiechnęła się na widok drugiego ze swych przyrodnich braci, dziewiętnastoletniego Dominicka.

– Wróciłeś nareszcie! – zawołała.

Dom różnił się od George’a, jak dzień różni się od nocy. Odkąd George wyjechał się kształcić, stanowili z Tristanem nierozłączną parę. A kiedy Lisette dorosła na tyle, by deptać im po piętach, był dla niej zawsze miły – przeciwnie niż mieszkańcy wioski – i za to go uwielbiała.

Dziś nie wydawał się jednak szczęśliwy. Prawdę mówiąc, wyglądał, jakby wolał być gdziekolwiek indziej.

– Mogę wejść? – spytał.

Serce zamarło jej w piersi, gdy zobaczyła, jak przekrwione ma oczy, jak blade usta. Widać było, że ledwie nad sobą panuje. Coś musiało się wydarzyć. O Boże!

– Tristan? – wyszeptała. – Został ranny?

– Gdzie on jest?

Pytanie ją zaskoczyło.

– Nie wiem. Nie ma go w domu od wczoraj. Powinieneś zapytać tatusia. Pojechali razem polować.

Dom zaklął pod nosem, a potem wyprostował ramiona i powiedział:

– Ojciec nie żyje, Lisette.

Jego słowa uderzyły ją niczym obuchem. I kiedy tak stała, wpatrując się w Doma i zastanawiając, czy aby się nie przesłyszała, jej uszu dobiegł stłumiony szloch.

Maman stała w progu z twarzą ściągniętą i pobladłą.

– Nie żyje? C’est impossible! Jak to możliwe?

Dom przesunął po gęstych czarnych włosach dłonią w rękawiczce.

– Nie potrafię powiedzieć zbyt wiele, pani Bonnaud. Nadal staram się odtworzyć, co się wydarzyło, gdy byłem w Yorku. Zdążyłem się tylko dowiedzieć, że Tristan i ojciec polowali. Strzelba ojca eksplodowała, raniąc go w pierś. Tristan i stajenny przywieźli rannego do domu i położyli w sypialni, gdzie dołączył do nich George. Stajenny pobiegł sprowadzić lekarza, a Tristan i George zostali przy ojcu. Byli tam obaj, gdy wkrótce po zachodzie słońca zmarł.

Słowa Doma przedarły się wreszcie do świadomości Lisette. Łzy zakłuły ją pod powiekami i spłynęły po policzkach. Gdzieś z tyłu maman szlochała cicho. Lisette podeszła do niej. Objęły się, płacząc i tuląc do siebie.

Tatuś nie mógł umrzeć. Widziała go nie dalej jak wczoraj, gdy przyszedł po Tristana.

– Boże, Tristan!

Spojrzała oskarżycielsko na Doma.

– Jeżeli Tristan był przy tym, jak tatuś umierał, dlaczego nie przyszedł nam o tym powiedzieć?

– Nie wiem. Sam pojawiłem się we dworze dopiero dwie godziny temu. Ale…

Widząc, że się zawahał, Claudine zesztywniała.

– Ale… co?

– Musimy go znaleźć. George może tu być za minutę. Szuka go.

Lisette poczuła, że ogarnia ją chłód.

– Dlaczego miałby tu przychodzić? Nie sądzi chyba, że Tristan zabił tatusia?

– Nie – odparł Dom krótko – choć nie cofnąłby się zapewne przed oskarżeniem, gdyby nie fakt, że przy zdarzeniu był stajenny. Widział, co się stało. – Potarł znużonym gestem twarz. – Twierdzi jednak, że Tristan ukradł wczoraj w nocy Płomienia.

Lisette westchnęła zaszokowana.

Płomień był ulubionym wierzchowcem tatusia. Czystej krwi. A także Tristana. Tatuś obiecał, że pewnego dnia mu go podaruje.

– Nie myślisz chyba, że Tristan zrobiłby coś takiego, prawda?

– Nie wiem. Żaden ze służących nie jest w stanie powiedzieć, co dokładnie wydarzyło się po tym, jak ojciec zmarł. Mówią, że Tristan w końcu wyszedł, lecz George twierdzi, że wrócił w nocy i ukradł konia. Już teraz zbiera ludzi, by schwytać Tristana i zarzucić mu kradzież.

Lisette poczuła, że krew w jej żyłach zamienia się w lód.

– Och, Dom, nie! Jak może!

– Wiesz, że nienawidzi Tristana. Zrobi wszystko, co możliwe, by zniszczyć mu życie.

– To dlatego tu jesteś? – dobiegło ich od strony tylnego wejścia. Tristan stał tam, wpatrując się w brata intensywnie niebieskimi oczami. Płaszcz miał podarty, jakby przedzierał się przez zarośla, a spodnie ubłocone aż po kolana. – Przyszedłeś być tego świadkiem?

– Tristanie! – krzyknęła Lisette. – Nie mów tak do brata!

– Przyszedłem, żeby cię ostrzec – odparł Dom spokojnie. – Jeśli zabrałeś wierzchowca, będziesz musiał go oddać.

Tristan postąpił ku nim, czerwony z gniewu.

– Dlaczego? Jest mój. Ojciec podarował mi go, co ten dupek, twój brat, mógłby potwierdzić, gdyby nie postanowił pozbawić mnie dziedzictwa.

– O czym ty mówisz? – wyszeptała Claudine.

Tristan objął matkę ramieniem i spojrzał z furią na Doma.

– Na łożu śmierci ojciec napisał kodycyl do testamentu. Zostawił konia mnie, dom mamie, a kolekcję ciekawostek ze świata Lisette. Wyznaczył też naszej trójce roczną pensję. Obaj byliśmy przy tym, jak go podpisywał.

– Och, tatusiu – wyszeptała Lisette, czując, że łzy spływają jej do gardła. Zależało mu na drugiej rodzinie przynajmniej na tyle, by zabezpieczyć im przyszłość. Wiedziała również, jak bardzo kochał drobne przedmioty, które kupował podczas swoich wojaży, a potem pokazywał, wypełniając jej głowę opowieściami i marzeniami o tym, jak by to było podróżować swobodnie po świecie.

Oczy Tristana płonęły gorączkowo.

– Lecz kiedy tylko ojciec wydał ostatnie tchnienie, George na moich oczach spalił kodycyl. Powiedział, że prędzej umrze, niż pozwoli, byśmy dostali choć pensa.

Twarz Lisette wyrażała taki sam szok, jak twarz jej przyrodniego brata. Dlaczego George aż tak ich nienawidził?

– Nic mi o tym nie wspomniał – powiedział Dom z pochmurną miną.

– I to cię zaskakuje? – prychnął Tristan.

– Nie – przyznał Dom, wzdychając z bólem.

Tristan odsunął się od matki i podszedł, by spojrzeć bratu w oczy.

– Zatem tak, wziąłem konia, który do mnie należał.

– Będziesz musiał go oddać – powiedział Dom. – Kradzież wierzchowca pełnej krwi karana jest śmiercią. Jakoś będziemy musieli wprowadzić go cichcem do stajni lub sprawić, by znaleziono go błąkającego się po polach…

– Za późno na to – odparł Tristan spokojnie. – Sprzedałem go cygańskiemu handlarzowi, żeby zapewnić mojej rodzinie środki do życia na czas, nim zdołam znaleźć sposób, by nas utrzymać.

– Sprzedałeś go? – wykrzyknął Dom. – Straciłeś rozum? George każe cię za to powiesić!

– Niech tylko spróbuje – burknął Tristan – a powiem całemu światu, co zrobił, jakim kłamliwym, dwulicowym łajdakiem jest naprawdę i…

– Nikt ci nie uwierzy, mon cher – wyszeptała zduszonym głosem Claudine. – Powiedzą, że miałeś wszelkie powody, by skłamać. George jest dziedzicem. Wygra, a ty zostaniesz powieszony.

Zaczęła znów płakać.

Tristan, poruszony do głębi, podszedł do matki i ją przytulił.

– Nie martw się, nic mi się nie stanie. No już, przestań płakać…

– Musisz coś zrobić – powiedziała Lisette, zwracając się do Doma. – Nie możesz dopuścić, by go aresztowano!

– Niech to wszyscy diabli! – Dom wyprostował ramiona. – No dobrze. Oto, co zrobimy. Tristanie, będziesz musiał wyjechać. Natychmiast. Zapewne uda ci się przedostać do jaskini, nim George tu dotrze. Spotkamy się tam wieczorem, gdy tylko zdołam wymknąć się niepostrzeżenie.

– Jakiej znowu jaskini? – spytała Claudine.

Trójka rodzeństwa wymieniła spojrzenia. To był ich prywatny plac zabaw, miejsce, do którego uciekali przed rodzicami i opiekunami – a także przed George’em. Nikt poza nimi nie wiedział, gdzie się znajduje.

– Nie martw się, mamo. Wiem, o jakiej jaskini mówi. – Tristan spojrzał z gniewem na Doma. – Tylko dlaczego mam uciekać, skoro to George…

– Słuchaj brata! – wykrzyknęła Claudine. – Jestem pewna, że Dom zrobi, co będzie w jego mocy, by wyprostować sprawy, lecz jeśli tu zostaniesz i George cię aresztuje, zniszczysz życie nam wszystkim.

Lisette wstrzymała oddech. Maman postąpiła sprytnie, budząc w Tristanie poczucie winy. Inaczej uparty głupiec próbowałby przeciwstawiać się George’owi do chwili, aż założono by mu pętlę na szyję.

Tristan skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał ponuro na Doma.

– No dobrze, powiedzmy, że schowam się w jaskini. Co potem?

– Spróbuję przekonać George’a, aby postąpił, jak należy – odparł Dom. – Z pewnością łatwiej mi będzie tego dokonać, kiedy nie będzie cię w pobliżu i nie będziesz go prowokował.

Lisette poczuła przypływ nadziei. Jeśli ktoś byłby w stanie przekonać George’a, to jedynie Dom.

– Posłuchaj go, Tristanie.

Tristan westchnął przeciągle.

– Dobrze, lecz jeśli George będzie się upierał przy swoich kłamstwach…

– Pojedziesz do Francji – oznajmiła Claudine stanowczo. – Mamy w Tulonie rodzinę. – Spojrzała błagalnie na Doma. – Czy jeśli okaże się to konieczne, pomożesz mu się tam dostać?

– Mogę go wsadzić na łódź rybacką we Flamborough Head. Do portu w Hull będzie już musiał dostać się sam. A potem użyć części gotówki, którą dostał za konia, by kupić bilet na statek do Francji.

– Doskonale – stwierdziła Claudine. – Tak właśnie zrobi.

– Ale posłuchaj, mamo… – zaczął Tristan.

– Nie! – krzyknęła. – Nie mogę stracić także ciebie! Nie żądaj tego ode mnie!

Tristan zazgrzytał zębami, lecz skinął niechętnie głową.

– Chodź – powiedziała – spakujemy cię na podróż.

– Nie ma czasu – wtrącił Dom stanowczo. – W nocy przyniosę mu rzeczy, lecz musi odejść natychmiast! George będzie tu lada chwila!

– Tak, idź, Tristanie – poparła go Lisette, popychając brata w kierunku tylnych drzwi. – Nim George cię znajdzie.

Tristan zatrzymał się przy końcu korytarza.

– Musisz wiedzieć jeszcze coś, Dom. W kodycylu, który spalił George, była wzmianka także o tobie. Ojciec zostawił ci pieniądze, więc jeśli George nie zostanie ukarany…

– Rozumiem – odparł Dom. – A teraz idź już, do licha!

Tristan skrzywił się, lecz wyszedł.

– Lepiej spakuję mu trochę rzeczy.

Claudine zniknęła w głębi korytarza, zostawiając Lisette z Domem.

– Bardzo mi przykro, kochanie – powiedział, ujmując jej dłonie. – Z powodu George’a, ojca… wszystkiego.

– To nie twoja wina – wymamrotała. – Oboje wiemy, że George robi, co chce, a co się tyczy tatusia…

W oczach dziewczyny zabłysły znów łzy. Widząc to, Dom objął ją i przytulił. Nie mogła uwierzyć, że tatuś nie żyje. Nie dalej jak wczoraj obdarzył ją całusem i obiecał, że niedługo wybiorą się na przejażdżkę. Tyle obietnic, których nie zdoła już spełnić, nawet gdyby chciał…

Łzy popłynęły jej po policzkach, zwilżając wytworny niebieski surdut Doma, gdy tulił ją, mamrocząc słowa pociechy. Nie była pewna, jak długo tak stali, lecz wreszcie dobiegający z zewnątrz odgłos końskich kopyt skłonił ich, by odsunęli się od siebie. Ledwie zdążyli wymienić spojrzenia, gdy odgłos głośnego dobijania się do drzwi sprawił, że podskoczyła.

– Najlepiej byłoby, gdyby otworzyła twoja mama – powiedział Dom cicho. – Jeśli George mnie tu zobaczy, może się domyślić, że was ostrzegłem.

– Lecz widok mamy tylko rozwścieczy George’a. Pozwól, że ja otworzę.

– Lisette…

– Będę udawać naiwną i może mi uwierzy. Musimy zatrzymać go na tyle długo, by Tristan zdążył się oddalić.

Dom wpatrywał się w nią przez chwilę intensywnie, a potem westchnął i się odsunął.

– Będę w pobliżu, gdybyś mnie potrzebowała.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością i otworzyła drzwi.

A potem zamarła, zaskoczona, widząc, kogo przyprowadził z sobą George. Był tam jego okropny człowiek od interesów i totumfacki, John Hucker, z dwójką co bardziej brutalnych stajennych, a także kilkoma wieśniakami nieznoszącymi „francuskiego bękarta”, jak nazywano często Tristana w miasteczku, a to dlatego, iż cieszył się sympatią wicehrabiego.

Zmusiła się, by nie zareagować na oczywistą demonstrację siły, powtarzając sobie w duchu, że George nie ma pojęcia, iż ona wie już o śmierci ojca. A także o koniu.

– Dzień dobry panu. Co sprowadza pana tak wcześnie?

Choć George zbudowany był jak wieśniak, rysy, strój i maniery miał czysto arystokratyczne. Odznaczał się bladą cerą osoby, która rzadko trudzi się w słońcu, i arogancją dziedzica. Odziany zaś był w doskonale skrojony strój dżentelmena, który nie musi martwić się, że pobrudzi ubranie przy pracy.

Wiele kobiet uznałoby go za przystojnego: miał muskularną pierś, falujące brązowe włosy i szeroki uśmiech, przeznaczony dla tych, które dorastały do jego standardów. Lecz na Lisette jego urok nie działał. Wiedziała, co kryje się za tym uśmiechem.

Jak zwykle, nie pofatygował się nawet, żeby zsiąść z konia.

– Gdzie on jest? – warknął bez wstępów.

– Kto? – odparła równie opryskliwie. Skoro George nie silił się na uprzejmość, dlaczego miałaby zachować się inaczej?

– Wiesz kto. Ten cwany łobuz, twój brat.

Lisette z trudem się wstrzymała, by nie odpowiedzieć gniewnie.

– Jest też pańskim bratem.

– Tak przynajmniej twierdzi wasza matka – wtrącił szyderczo Hucker.

Okrutna uwaga sprawiła, że aż zabrakło jej tchu. Mężczyźni zarechotali. Jak on śmiał? I jak George mógł nie tylko mu na to pozwolić, ale samemu się śmiać?

Ugryzła się w język, ponieważ od tego, jak się zachowa, mogło zależeć życie Tristana. Niestety, jej milczenie tylko zachęciło mężczyzn. Podjechali bliżej i zaczęli komentować w wulgarny sposób jej kształty, rzucając propozycje, które jedyne mgliście rozumiała. Czuła jednak, że są niegodziwe.

– Odwołaj swoje psy – powiedział z gniewem Dom, pojawiając się za jej plecami. – Dziewczyna opłakuje ojca tak samo jak ty. Jak możesz im pozwalać, aby ją obrażali? Jest twoją siostrą, na miłość boską!

George uniósł brwi, ale rozsądnie nie skomentował słów brata.

– Co ty tu robisz, Dom? – spytał zamiast tego.

– Przyszedłem, aby być w tej trudnej chwili z moją rodziną, naszą rodziną.

– Jesteś pewien, że nie z nadzieją, iż uda ci się przejąć to, co zostawił ojciec? Panią Bonnaud?

Lisette zamrugała, a potem skoczyła ku bratu.

– Ty wstrętny, okropny człowieku!

Jedynie żelazny uścisk Doma powstrzymał ją przed ściągnięciem George’a z konia i wymierzeniem mu policzka.

– Dość tego, monsieur! – krzyknęła jej matka, wyłaniając się z korytarza. Spojrzała chłodno na George’a.

– To ze mną ma pan sprawę. Proszę zostawić ich w spokoju.

– Mam sprawę do Tristana – poprawił ją George lodowato.

Nie na próżno Claudine zachwycała kiedyś Tulon swoimi umiejętnościami aktorskimi. Chociaż nie była w stanie ukryć zaczerwienionych oczu i pobladłych policzków, mogła przynajmniej udawać nonszalancję.

– Och? A co takiego zrobił tym razem, by pana zdenerwować?

– Ukradł moją własność. Przyjechaliśmy dopilnować, by za to zapłacił.

Machnęła niedbale dłonią.

– Nic o tym nie wiem. Może pan dowieść, że naprawdę to zrobił? – dodała z pełnym niedowierzania uśmiechem.

Odpowiedział jej Hucker.

– Widziano, jak wyprowadza Płomienia ze stajni.

Claudine zbladła, a Lisette zachwiała się na nogach. Świadkowie. Niedobrze.

Mimo to jej matka nie zamierzała ustąpić.

– Tak czy inaczej, to nie ma nic wspólnego ze mną. Nie mogę kontrolować syna. Jestem pewna, że wkrótce zwróci konia. Może wierzchowiec jest już nawet w stajni, gdyby zechciał pan sprawdzić…

– Nie będę niczego sprawdzał, pani Bonnaud. Tristan przyszedłby przede wszystkim tutaj, powiedzieć wam, że ojciec nie żyje. – Wpatrywał się w Claudine z pełną pogardy, leniwą arogancją, za którą tak go wszyscy nienawidzili. – Wyrażę się zatem jasno, tak żeby zrozumiała to nawet francuska dziwka: albo powiecie mi, gdzie jest Tristan, albo wyniesiecie się stąd przed świtem.

Dom zaklął pod nosem, a Lisette wykrztusiła:

– Nie może pan tego zrobić!

– Z pewnością mogę. – George spojrzał na jej matkę. – Zapłaciła pani w tym miesiącu czynsz?

– Oczywiście, że nie – odparła z twarzą bladą jak płótno. – Dom należy do Ambrose’a.

– Należał. Mój ociec nie żyje, pamięta pani? – odparł George chłodno. – Teraz należy do mnie, a ja domagam się czynszu. Możecie go zapłacić? Bo jeśli nie, mam prawo was wyrzucić. – Uśmiechnął się jak ktoś nawykły do zastraszania słabszych. – Do diabła, i tak mam prawo tak postąpić. Zwłaszcza że ukrywacie złodzieja.

– Okaż trochę litości, George – powiedział Dom, wysuwając się do przodu. – Dopiero co usłyszały o śmierci ojca. Pozwól im go opłakać, pochować i zostać do odczytania testamentu.

– Mam nadzieję, że nie bierzesz ich strony, braciszku – powiedział George cierpko, podczas gdy wierzchowiec tańczył pod nim, przesuwając się to w przód, to w tył. – Ponieważ ojciec nic ci nie zostawił. Napisał testament wkrótce po tym, kiedy się urodziłem i nigdy go nie zmienił.

Zważywszy, że Dom zaczerpnął nagle powietrza, najwidoczniej nie miał o tym pojęcia.

– To nie może być prawda – wykrztusił.

– Zapytaj prawnika ojca, jeśli mi nie wierzysz. Od lat próbował go nakłonić, by zaktualizował testament. – Rzucił bratu pełen samozadowolenia uśmieszek. – Sugeruję zatem, byś się zastanowił, po czyjej stoisz stronie. Ponieważ jestem bardziej niż chętny okazać hojność bratu z prawego łoża i dać mu to, co ojciec zaniedbał zostawić legalnie. Albo…

Złowróżbna pauza sprawiła, że krew zastygła Lisette w żyłach.

– Albo? – zapytał Dom.

– Mogę zakończyć twoją karierę prawnika, ot tak. – Strzelił palcami. – Jeśli pomożesz im ukryć przede mną Tristana, nie dostaniesz ani pensa z majątku ojca i szybko się przekonasz, że trudno kontynuować studia, nie mając dochodów.

Życie Doma skończy się, nim się na dobre zaczęło, pomyślała Lisette z rozpaczą. Nie na to się godził, kiedy obiecał pomóc Tristanowi.

– Jak mógłbym go przed tobą ukryć, skoro nie wiem, gdzie jest? – stwierdził Dom spokojnie, choć wyczuwała, że narasta w nim napięcie.

George zmarszczył brwi.

– Zastanów się dobrze, zanim dokonasz wyboru, braciszku. Mówiłem poważnie: naprawdę odetnę cię od majątku.

– Rzeczywiście spaliłeś ten kodycyl… – powiedział Dom. Widać było, że cierpi z powodu zdrady brata.

Twarz George’a straciła wszelką barwę.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Słyszałem, że ojciec napisał na łożu śmierci kodycyl do testamentu i zabezpieczył w nim nas wszystkich, w tym mnie. A ty go spaliłeś.

– Aha! – George pochylił się w siodle. – Wiesz zatem, gdzie jest Tristan. Inaczej nie usłyszałbyś… – Zamilkł pospiesznie, kiedy zdał sobie sprawę, że się zdradził.

– Nie usłyszałbym o czym? O kodycylu? – oznajmił Dom z triumfem w głosie. – Ponoć nie masz pojęcia, o co chodzi.

George nie zamierzał jednak dopuścić, by coś tak niewygodnego jak prawda sprowadziło go z obranej drogi.

– Nie próbuj na mnie swoich prawniczych sztuczek, bracie. Nie skończyłeś jeszcze studiów, a ja do niczego się nie przyznaję. Gdzie on jest, do diabła?

– Powiedziałem ci: nie mam pojęcia.

– Kłamiesz.

– Podobnie jak ty – odpalił Dom.

– Nie możesz tego udowodnić. Masz tylko słowo niewiele wartego złodzieja i bękarta, który nic nie traci, oskarżając mnie.

– A ty nie możesz dowieść, iż wiem, gdzie ten bękart przebywa.

– Nie potrzebuję dowodu. Jestem dziedzicem. To ja stanowię prawo. – Zacisnął pięść na wodzach. – To co: jesteś ze mną, braciszku? Czy z nimi? Bo jeśli wybierzesz ich, przysięgam: zostaniesz z niczym.

Lisette wstrzymała oddech. Nawet konie zdawały się wyczuwać napięcie, stały bowiem spokojnie, jakby czekały na to, co powie Dom.

Ten zaś wpatrywał się w George’a przez długą chwilę, nie spuszczając wzroku, a potem odwrócił się i podał ramię Lisette.

– Chodź, siostro. Wygląda na to, że trzeba spakować wasze rzeczy.

Przez chwilę George wydawał się zaszokowany. Potem zmrużył jednak oczy.

– Doskonale. Dokonałeś wyboru. Powiedz Tristanowi, że będzie miał na sumieniu także ciebie. – Obrócił wierzchowca w stronę swych popleczników i warknął: – Przeszukać dom! A później pola, wrzosowisko i każdą piędź ziemi stąd po wybrzeże. Gdzieś musi się ukrywać!

Gdy jego ludzie wdarli się do wnętrza, Lisette powiedziała do brata:

– Nie powinieneś…

– Nie mów nic, póki sobie nie pójdą, moja droga – wyszeptał. – Później porozmawiamy.

Miał rację, doradzając ostrożność, jednak z najwyższym trudem pohamowała się, by nie zaprotestować, gdy Hucker jął przeszukiwać jej szafę, podczas gdy inni przewracali dom do góry nogami, ignorując wygłaszane po francusku przekleństwa Claudine. Hucker palił przy tym swoje okropne hiszpańskie cygara i smród tytoniu wnikał we wszystko, czego się dotknął. Czuła, że jeszcze chwila i tego nie zniesie.

Oszołomiona wydarzeniami dnia, miała chęć wrzasnąć na intruzów, nie miało to jednak sensu. Nic już nie będzie takie samo. Tatuś odszedł. Nie będzie więcej leniwych śniadań, kiedy to odczytywał na głos co zabawniejsze fragmenty z gazet lub opowiadał o ostatniej podróży. Ani spacerów z nim i maman wzdłuż klifów Flamborough Head. Nocnego wpatrywania się w gwiazdy z Tristanem i Domem.

Łzy zakłuły ją znowu pod powiekami. Jak ona to zniesie? I co stanie się z nimi bez tatusia?

Upewnienie się, że Tristana nie ma w domu, nie zabrało ludziom George’a zbyt wiele czasu. Gdy tylko wyszli, aby przeszukać okolicę, do Doma podeszła zmartwiona Claudine.

– Drogi chłopcze, nie wolno ci tego robić. George zostawi cię bez pensa przy duszy. Twój ojciec by tego nie chciał.

– Wolałaby pani, żebym wydał Tristana?

– Oczywiście, że nie, lecz gdybyś spróbował przemówić George’owi do rozumu jeszcze raz…

– Próbowałem i sama pani widziała, ile nam to dało.

Claudine zmarszczyła brwi.

– A gdyby Tristan oddał pieniądze, które uzyskał za konia? Z pewnością George nie mógłby…. Nie dopuściłby, by jego brata powieszono. Prawda?

– Obawiam się, że jednak by dopuścił. Jeśli zamierza pogwałcić wolę ojca, zrobi wszystko. – Spojrzał przez okno ku miejscu, gdzie George rozsyłał na poszukiwania swoich ludzi. – Poza tym podejrzewam, że nawet gdybym okazał się na tyle bezlitosny, aby przekazać mu Tristana, zyskałbym jedynie to, że uczyniłby mnie swym niewolnikiem i zmuszał bez końca do uczestnictwa w swoich ciemnych sprawkach, grożąc odcięciem funduszy. Nie zamierzam tak żyć.

– Ale jak będziesz żył? – spytała Lisette. Dom był jej bratem. Nie chciała, by cierpiał.

Ujął ją pod brodę.

– Jestem dorosłym mężczyzną, kochanie. Nie uzyskałem dość wiedzy prawniczej, by mogło mi to zapewnić posadę urzędnika albo doradcy prawnego, mam jednak przyjaciół wśród policjantów z Bow Street. Z pewnością docenią to, co już wiem, i mnie zatrudnią. – Podniósł wzrok i objął spojrzeniem także Claudine. – Bardziej martwi mnie, jak wy sobie poradzicie.

Claudine wyprostowała ramiona.

– Wymkniemy się stąd i zamieszkamy z Tristanem u mojej rodziny w Tulonie.

Dom zmarszczył brwi.

– Będzie pani musiała zostawić wszystko.

– Nie wszystko – poprawiła go. – Zabiorę to, co najważniejsze: moje dzieci. Poza tym wszystko, co mam, kupił mi wasz ojciec, więc George może zażądać zwrotu tych rzeczy pod pretekstem, iż stanowią część majątku, który odziedziczył. – Uniosła wyżej brodę. – Nie pozwolę, by oskarżono o kradzież także mnie. Albo Lisette. Zabierzemy nasze ubrania, nic poza tym.

– Lecz za co będziecie żyły we Francji? – spytał Dom.

– Mogę zatrudnić się znów jako aktorka. Nadal jestem dość młoda. I ładna, czyż nie?

Dom uśmiechnął się lekko na ten przejaw kobiecej próżności.

– Tak. I będziecie mieli pieniądze, które Tristan wziął za konia.

– Nie powinien ich zatrzymać – szepnęła Claudine.

– Przeciwnie. Ojciec chciał, by wierzchowiec dostał się Tristanowi. Przynajmniej wiemy, że próbował zadbać na koniec o nas wszystkich, choć George mu to uniemożliwił – dodał zamyślony.

Cień smutku zasnuł na chwilę twarz jej brata i Lisette poczuła przypływ współczucia.

– Tatuś powinien był uwzględnić cię w testamencie. Postąpił źle, zaniedbując to.

– Wiesz, jaki był: zawsze nieobecny, skupiony na poznawaniu nowego miasta, wyspy czy jeziora. Nie miał czasu wypełniać rodzinnych powinności – dodał z odcieniem goryczy w głosie.

– Nie oceniaj go zbyt surowo – powiedziała Claudine. – Może nie był dość dobry w wypełnianiu ojcowskich obowiązków, ale cię kochał. – Przeniosła spojrzenie na Lisette. – Oboje was bardzo kochał.

Zaczęła znów płakać i wyszła w poszukiwaniu chusteczki.

– Tak, kochał nas – wyszeptała Lisette, gdy matka znikła z widoku. – Tyle że niewystarczająco.

Tak właśnie działo się, kiedy kobieta polegała w zupełności na mężczyźnie. Mężczyźni bywali nieodpowiedzialni. Tatuś… George… Nawet Tristan pogorszył jedynie sytuację, pozwalając, by pokierował nim gniew. Jeśli chodzi o mężczyzn, którzy znaczyli wiele w jej życiu, tylko jeden postępował zawsze, jak należy – i choć bardzo chciał im teraz pomóc, nie mógł zrobić nic więcej, niż tylko spakować je na podróż do Francji.

Maman postępowała niesłusznie, pokładając wiarę w tatusiu. Przyniosło jej to wyłącznie smutek i nieszczęście, z którymi teraz będą musieli się wszyscy uporać.

Otarła łzy. Cóż, ona nie okaże się tak głupia. Gdy tylko nadarzy się okazja, postara się znaleźć dla siebie miejsce w świecie, nieważne, ile będzie ją to kosztować.

Nie dopuści, by zostać po raz kolejny tak zdradzoną.

Rozdział 1

Covent Garden, Londyn

Kwiecień, rok 1828

W poczcie nie było listu od Tristana. Ani jednego.

Gdy mglisty poranek przeszedł w nieco bardziej pogodny dzień, Lisette rzuciła stos listów na biurko w gabinecie Doma. Typowe. Kiedy wyjeżdżał z Paryża, obiecał pisać co tydzień. I choć z początku dotrzymywał słowa, od dwóch miesięcy nie mieli od niego żadnych wieści.

Czuła się rozdarta pomiędzy obawą o to, co spowodowało, że listy przestały przychodzić, a chęcią powieszenia brata za nogi i zostawienia go, aby zobaczył, jak to jest trwać tak w niepewności.

– Jesteś pewna, że nie chcesz towarzyszyć mi w związku z tą nową sprawą do Edynburga? – zapytał Dom. – Mogłabyś robić notatki.

Lisette spojrzała na stojącego w progu przyrodniego brata. W wieku trzydziestu jeden lat był szczuplejszy i silniejszy, niż kiedy byli młodzi, miał też na policzku bliznę, o której nie chciał rozmawiać. Lecz nadal stał po jej stronie.

Przez większość czasu. Zmarszczyła brwi. Czasami potrafił być równie nieznośny jak Tristan.

Odkąd przed sześcioma miesiącami sprowadził ją do siebie z Francji, starała się ze wszystkich sił zmienić wynajętą kamienicę w dom. To, że kamienica służyła również jako biuro Agencji Detektywistycznej Mantona, nie oznaczało, iż nie może być tam przytulnie. I co otrzymała w zamian za swoje wysiłki? Kolejnego mężczyznę, aby ją kontrolował.

Usiadła na krześle i spojrzała na Doma, unosząc brwi.

– Nie potrzebujesz notatek. Zapamiętujesz wszystko co do słowa.

– Ale ty jesteś lepsza w opisywaniu ludzi. Zauważasz więcej niż ja.

Przewróciła oczami.

– Pojadę, jeśli pozwolisz mi robić coś poza opisywaniem ludzi i parzeniem herbaty.

Spojrzał na nią czujnie.

– Na przykład co?

– Przesłuchiwać świadków. Śledzić podejrzanych. Nosić pistolet.

Trzeba mu przyznać, że się nie roześmiał, co Tristan na pewno by zrobił. A potem spróbowałby – po raz kolejny – znaleźć jej męża pomiędzy buńczucznymi kompanami z wojska, którzy zachowywali się tak, jakby półkrwi Angielka, do tego bękart, powinna być wdzięczna za każdy okruch ich uwagi.

Zamiast tego Dom przyjrzał się jej uważnie i wchodząc głębiej do pokoju, spytał:

– A wiesz, jak posługiwać się pistoletem?

– Tak. Vidocq mi zademonstrował.

Tylko raz, nim Tristan położył kres lekcjom, lecz Dom nie musiał o tym wiedzieć.

I tak przeklinał już Eugene’a Vidocqa, byłego naczelnika francuskiej policji.

– Nie mogę uwierzyć, że brat pozwolił, byś znalazła się w pobliżu tego łotra.

Wzruszyła ramionami.

– Potrzebowaliśmy pieniędzy. A Vidocq potrzebował kogoś w Sûreté Nationale, komu mógłby zaufać i kto poradziłby sobie z utworzeniem kartoteki przestępców. To była dobra posada.

Oraz, ku zaskoczeniu Lisette, bardzo satysfakcjonująca. Kiedy przed trzema laty po śmierci matki przeniosła się wraz z Tristanem do Paryża, potrzebowała absorbującego zajęcia, by oderwało jej myśli od żałoby, a Vidocq takowe jej zaoferował. Uczyła się od niego, jak wykrywać przestępstwa. Zaproponował nawet, że zatrudni ją w Sûreté jako agentkę, lecz Tristan nie wyraził na to zgody.

Prychnęła. Tristan uważał, że wszystko jest w porządku, jeśli to on pracuje latami dla Sûreté, lecz jego siostra miała pozostawać pod kloszem, póki nie znajdzie sobie męża. Co stawało się z każdym rokiem mniej prawdopodobne. Na miłość boską, miała już dwadzieścia sześć lat!

– I co ty na to powiesz, Dom? – spytała przyrodniego brata. – Zabierzesz mnie ze sobą i pozwolisz, bym robiła coś więcej niż tylko notatki?

– Nie tym razem, ale być może pewnego dnia…

– Tristan też to powtarzał. – Pociągnęła głośno nosem. – Tymczasem kombinował za moimi plecami, by wydać mnie za mąż, a kiedy nic z tego nie wyszło, wysłał mnie do Londynu.

– Za co jestem mu nieskończenie wdzięczny – zauważył Dom, uśmiechając się leciutko.

– Nie próbuj odwrócić mojej uwagi prawieniem komplementów. Nie zamierzam poślubić mężczyzny, którego ty dla mnie wybierzesz.

– I bardzo dobrze, ponieważ niczego takiego nie planuję. Jestem zbyt samolubny, by stracić cię na rzecz twojego przyszłego męża. No i za bardzo cię potrzebuję.

– Tylko tak mówisz – powiedziała, spoglądając na niego niepewnie.

– Nie, moja droga, nic podobnego. Masz w tej mądrej główce istną kopalnię informacji na temat metod, jakimi posługuje się Vidocq. Byłbym wariatem, pozwalając ci wyjść za mąż i tracąc to wszystko.

Lisette spojrzała na niego łagodniej. Dom okazał się zdecydowanie bardziej ustępliwy, jeśli chodzi o poznawanie przez nią jego fachu. Może dlatego, że musiał mocno walczyć, aby utrzymać się na powierzchni po tym, jak George odciął go zupełnie od funduszy. A może wspominał z sentymentem wspólne dzieciństwo.

Jakakolwiek była przyczyna, Lisette uznała, że da mu jeszcze trochę czasu. Może w końcu brat rozważy powierzenie jej bardziej odpowiedzialnych zadań. I bardziej ekscytujących. Mogłaby wreszcie podróżować, zaspokoić tęsknotę, którą zaszczepił w niej ojciec. Już wszakże to, że Dom zostawiał ją na tydzień samą, w towarzystwie jedynie służących, świadczyło, że bardzo jej ufa. Miał zamiar uczynić to po raz pierwszy.

– Uważasz zatem, że jestem mądra?

– A także samowolna, uparta i ogólnie rzecz biorąc, wrzód na tyłku… – Widząc, że zmarszczyła brwi, dodał łagodniejszym tonem: – Ale tak, bardzo mądra. Masz wiele zalet, kochanie, a ja je doceniam. Nie jestem taki jak Tristan.

– Wiem. – Przewertowała listy na biurku. – A skoro już mowa o tym szelmie, naszym bracie, nie miałam od niego wieści od miesięcy. To do niego niepodobne milczeć tak długo. Dotąd pisywał mniej więcej raz na tydzień.

Dom podszedł do biurka i zebrał dokumenty potrzebne mu w podróży.

– Zapewne prowadzi jakieś śledztwo na zlecenie Vidocqa.

– Vidocq został zmuszony w zeszłym roku do rezygnacji.

Po tym, jak odszedł jego protektor, Tristanowi ledwie udało się zatrzymać posadę. Lisette nie była agentką, została zatem zwolniona, a jej brat uznał, że najwyższy czas znaleźć jej męża, nawet gdyby miał zostać nim Anglik. A ponieważ nie śmiał wrócić do Anglii, gdzie ciążył na nim zarzut kradzieży, pozwolił Domowi zabrać ją do Londynu.

– Zapewne pracuje więc dla nowego szefa – powiedział Dom, wpychając dokumenty do torby.

– Wątpię. – Wstała i podeszła do okna. – Nowy naczelnik nie przepada za Tristanem.

– To dlatego, że nasz braciszek jest tak piekielnie dobry w tym, co robi. Następca Vidocqa nie potrafiłby wyśledzić straganiarza, któremu jabłka sypią się z worka, więc nie znosi tych, którzy są od niego sprawniejsi. – Zerknął na nią z ukosa. – Z drugiej strony, Tristan potrafi działać szefom na nerwy. Ustanawia własne zasady, pracuje w dziwacznych godzinach i nie ma zwyczaju opowiadać, czym się dokładnie zajmuje.

– Właśnie opisałeś siebie – oznajmiła sucho.

Dom się roześmiał.

– Rzeczywiście, przyznaję. Lecz ja pracuję na własny rachunek, mogę więc robić, co chcę. Szefowie Tristana oczekują regularnych raportów.

– To prawda – powiedziała nieobecnym tonem, wpatrując się w stojącego na ulicy mężczyznę w szarym surducie. Obserwował uważnie dom i wyglądał dziwnie znajomo. Przypominał…

Przysunęła się bliżej szyby i mężczyzna zniknął we mgle.

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, zmusiła się jednak, aby go zignorować. To nie mógł być Hucker. Nie przebywałby w Londynie, ale tkwił w Yorkshire z resztą pachołków George’a. Jeśli nadal dla niego pracował.

– Nie zapominajmy również – kontynuował Dom, podchodząc – że potrafi wpakować się w tarapaty, nawet się o to nie starając.

– Kto? – spytała zaskoczona, odwracając się od okna.

– Tristan. To o nim rozmawiamy, prawda? – Utkwił w niej zaciekawione spojrzenie.

– Tak, oczywiście. – Zmusiła się, żeby zapomnieć o Huckerze. – Właśnie dlatego tak się o niego martwię. Nawet Vidocq mawiał, że Tristan prowokuje los.

– To prawda, ale do tej pory zawsze udawało mu się wywinąć. I to bez twojej pomocy. Podczas gdy mnie trudno byłoby się bez niej obejść, i to pod wieloma względami. – Wyciągnął przed siebie dłoń w rękawiczce i wskazując rozdarcie na palcu, powiedział: – Widzisz, zrobiłem je dziś rano. Mogłabyś coś na to poradzić?

Próbował zająć ją czymś, żeby się nie martwiła. Było to miłe, chociaż tak oczywiste. Bez słowa zdjęła mu rękawiczkę i sięgnęła po pudełko z przyborami do szycia.

Pracowała, rozmyślając o mężczyźnie zza okna. Czy powinna wspomnieć o nim Domowi? Nie, to byłoby głupie. Uznałby, że musi zostać w Londynie, a na to nie mogli sobie pozwolić. Interesy szły co prawda z każdym dniem lepiej, ale i tak nie powinien rezygnować z podobnie lukratywnej sprawy, jak ta w Szkocji.

Poza tym nie była nawet pewna, czy jest się czym martwić. Minęły lata, odkąd wyjechała z majątku – mężczyzna mógł być kimkolwiek, niekoniecznie Huckerem. Nie ma więc sensu alarmować Doma.

Niemal skończyła szyć, kiedy jedyny służący Doma – pełniący jednocześnie funkcję kamerdynera, lokaja oraz woźnicy – wszedł do pokoju.

– Już prawie dziewiąta, proszę pana. Ma pan zaledwie pół godziny, by znaleźć się w dokach.

– Dziękuję, Skrimshaw – odparł Dom, przeciągając głoski. – Umiem odczytać godzinę.

Mężczyzna o rumianej twarzy zesztywniał.

– Przepraszam, sir, lecz tak jak fale biegną ku kamienistej plaży, tak minuty naszego życia spieszą ku swemu kresowi.

Widząc, że brat marszczy gniewnie brwi, Lisette roześmiała się i zapewniła pospiesznie:

– Dopilnuję, by dotarł na czas, Shaw. Jeszcze tylko chwila.

Skrimshaw odwrócił się, ewidentnie nieprzekonany, i wyszedł.

– Przysięgam, jeśli ten człowiek zacytuje jeszcze raz coś ze swego repertuaru, to go zwolnię – poskarżył się Dom.

– Nie zrobisz nic podobnego. Gdzie znajdziesz innego, który potrafiłby to co on, pracując za równie niską pensję? – Zawiązała supeł na nitce i podała rękawiczkę Domowi. – Poza tym sprowokowałeś go, nazywając prawdziwym nazwiskiem.

– Och, na miłość boską! – prychnął, wciągając rękawiczkę. – Nie zamierzam zwracać się do służącego scenicznym pseudonimem, nieważne, jak spędza wieczory.

– Powinieneś być dla niego bardziej uprzejmy, wiesz o tym – złajała go. – Już choćby dlatego, że uległ twoim naleganiom i żeby się mną opiekować, zrezygnował z niewielkiej rólki, gdyż próby zaczynają się w tym tygodniu. Poza tym ma rację. Pora ruszać. – Stłumiła uśmiech. – Skoro minuty umykają w pośpiechu…

Dom zaklął cicho pod nosem i ruszył ku drzwiom, a potem zatrzymał się i spojrzał na nią.

– Co się tyczy Tristana. Jeśli nadal nie będziesz miała od niego wieści, po powrocie spróbuję czegoś się dowiedzieć.

– Dziękuję, Dom – powiedziała miękko, doceniając, że jej ustąpił.

– Nie spodziewaj się jednak, że pojadę szukać tego gagatka we Francji – burknął. – Chyba że ktoś mi za to zapłaci.

– Może gdy będziesz w Edynburgu, rozwiążę jedną albo dwie sprawy – zauważyła lekko. – I ci zapłacę.

– To nie było ani trochę zabawne – zauważył z pochmurną miną. – Obiecaj, że nie spróbujesz niczego równie głupiego.

Rzuciła mu zagadkowe spojrzenie i spojrzała wymownie na zegar.

– Spóźnisz się na statek, jeśli zaraz nie wyjdziesz.

– Pomóż mi więc i obiecaj…

– Idź, idź! – krzyknęła, popychając go ku drzwiom. – Dobrze wiesz, że tylko się z tobą droczę. Nie martw się o mnie, nic mi się nie stanie.

W końcu wyszedł, mamrocząc pod nosem coś o nieposłusznych służących i przysparzających kłopotów siostrach. Lisette zaśmiała się, a potem wróciła do segregowania poczty. Dzieliła listy według tego, której sprawy dotyczyły, a na osobny stosik odkładała te, w których dopiero proponowano im zajęcie.

Resztę dnia spędziła, odpowiadając na listy, wynotowując sprawy, którymi, jak sądziła, Dom mógłby się zająć, i doglądając gospodarstwa. Kiedy się w końcu położyła, dochodziła północ. Nie było sensu iść do łóżka wcześniej, gdyż ulicami przewalał się tłum bywalców miejscowych teatrów. Lubiła ten zgiełk, przypominał jej bowiem czasy, kiedy maman występowała w Tulonie.

Kiedy się kładła, na zewnątrz panował już względny spokój i miało pozostać tak niemal do późnego ranka, przynajmniej na tym końcu Bow Street.

Zatem kiedy przed świtem obudziło ją głośne walenie w drzwi, omal nie dostała ataku serca. Kto mógł dobijać się tak wcześnie? Boże, czy coś sprawiło, że statek Doma nie odpłynął o czasie?

Narzuciła pospiesznie szlafrok i wyszła z sypialni akurat na czas, by usłyszeć, jak Skrimshaw burczy pod nosem, kierując się ku drzwiom. Ledwie zdążył je otworzyć, gdy męski głos oznajmił władczo:

– Muszę natychmiast zobaczyć się z panem Mantonem.

– Proszę wybaczyć, sir – odparł Skrimshaw, wchodząc błyskawicznie i z talentem w rolę lokaja. – Pan Manton nie przyjmuje klientów o tak wczesnej porze.

– Nie jestem klientem. Jestem książę Lyons – odparował mężczyzna lodowato, tonem właściwym jedynie arystokracji. – Zobaczy się ze mną, jeśli wie, co dla niego dobre.

Groźba sprawiła, że Lisette ruszyła w panice schodami.

– Bo jeśli nie – kontynuował książę – wrócę z przedstawicielami prawa. Przeszukam każdy cal domu w poszukiwaniu twojego pana i jego…

– Nie ma go tutaj – powiedziała, zbiegając po schodach i nie bacząc, jak jest ubrana. Ostatnim, czego potrzebowała firma, był urażony książę wdzierający się do domu w towarzystwie gromady konstabli. A wszystko dlatego, że odmówiono mu spotkania w jakiejś sprawie, zapewne bagatelnej. Towarzyszące temu pogłoski z pewnością by ich zrujnowały.

U podnóża schodów zatrzymała się jednak gwałtownie. Mężczyzna, który stał w progu, nie wyglądał bowiem ani trochę jak książę.

Och, miał na sobie odpowiedni strój – cylinder pokryty jedwabiem, starannie skrojony kaszmirowy płaszcz oraz idealnie zawiązany krawat. Jednak książęta, których wizerunki oglądała dotąd w gazetach, byli zgarbieni i siwi.

Ten książę był jednak inny. Wysoki, o szerokich ramionach i interesującej twarzy. Nie przystojnej, o nie. Jego rysy były zanadto wyraziste – szczęka zbyt ostro zarysowana, oczy za głęboko osadzone, złotobrązowe włosy zaś bardziej proste, niźli nakazywała moda. Lecz atrakcyjny – z pewnością. Zaniepokoiło ją, że to dostrzegła.

– Doma tu nie ma – powtórzyła.

– Proszę mi więc powiedzieć, gdzie jest.