Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 391 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czego nie słyszał Arne Hilmen - Iwo Zaniewski

Thriller i dręcząca zagadka, niepokojąca fabuła i domniemane szaleństwo. Debiut literacki reżysera i autora znanych reklam!

Czego nie słyszał Arne Hilmen to thriller o nietypowej konstrukcji, ponieważ zasadnicze pytanie nie brzmi: „kto zabił?", ale: „czy w ogóle jakaś zbrodnia została popełniona?". Powieść utrzymuje czytelnika w napięciu wywołanym przez narastające nieznane zagrożenie i nie rozczarowuje rozwiązaniem. Narracja jest jednowątkowa, wiemy dokładnie tyle co główny bohater.

Akcja toczy się w Norwegii podczas nocy polarnej w bogatym mieście przemysłowym. Szef małego komisariatu w sennej dzielnicy willowej podczas rutynowych zajęć obserwuje szereg z pozoru błahych zdarzeń, które łączą się ze sobą, stwarzając wrażenie istnienia zagrażającego życiu zjawiska nieznanej natury. Nastrój grozy pojawia się powoli i jak gdyby znikąd, nabiera charakteru horroru i przechodzi w spekulacje z obszaru technical fiction. Sens śledztwa, które prowadzi Arne Hilmen, niemal do końca wydaje się urojony.

 

 

W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Zasłona naprawdę lekko się poruszała. Wahnięcia nie większe niż dwa-trzy centymetry od okna i z powrotem powtarzały się regularnie.

Poczuł, że ma trudności z oddychaniem. Nie spuszczając wzroku z zasłony, sięgnął po leżący na stopniu pistolet. W pokoju działo się coś jeszcze, czego w związku z tym nie mógł zobaczyć. Z krawędzi górnego stopnia powoli opadał kurz. Maleńkie drobinki przesuwały się w ciemności po jego powierzchni i jak w zwolnionym tempie padały na niższy stopień. Podświetlone reflektorem, jarzyły się jak mikroskopijne gwiazdki i pewnie dałyby mu się dostrzec, gdyby - oderwawszy na moment wzrok utkwiony w zasłonie - spojrzał tam, podnosząc latarkę. Trzymany w ręku pistolet, skierowany przeciw siłom, których nie pojmował, dawał namiastkę zabezpieczenia.

Wstał i powoli zaczął schodzić ze schodów. Przed godziną oglądał zasłonę przez okno od zewnątrz. Chwilę później dotykał jej, przesuwając ją po karniszu. Nikt tam nie mógł się ukryć. Zasłona jednak się poruszała.

(fragment)

Opinie o ebooku Czego nie słyszał Arne Hilmen - Iwo Zaniewski

Fragment ebooka Czego nie słyszał Arne Hilmen - Iwo Zaniewski

Iwo Zaniewski

CZEGO NIE SŁYSZAŁ ARNE HILMEN

Copyright © by Iwo Zaniewski, 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Spis rzeczy

Ciemnoszare chmury...

Arne Hilmen od kilkunastu lat...

Firanka w oknie na parterze...

W chromowanym kloszu...

Przed bramą otynkowanej willi...

Ze stanu bezmyślnego zagapienia...

Śnieg stopniowo przestawał prószyć...

Odbicie jego twarzy...

Koncert w dzielnicowym domu kultury...

On coraz częściej mówi...

Stojąc ze szklanką whisky...

Pani Nygaard...

Trzy brazylijskie tancerki...

Ulice były puste...

Wielka postać Grety Jensen...

Deszcz lał nieprzerwanie...

Arne zatrzymał się za radiowozem...

Paląc papierosa...

Chwilę trwało...

Zdziwił się...

Obudził go telefon...

Zaparkował przed komisariatem...

Popołudnie następnego dnia...

Mercedes zjeżdżał powoli...

Otaczała go niemal zupełna czerń...

Sekretariat był pusty...

Padał drobny, marznący deszcz...

Deszcz przestał padać...

„Holmenkollveien 47, godzina 23.20...

Kurwa. Ja pierdolę...

Erlends vei tonęła we mgle...

Siedział pod prysznicem...

Błyski flesza rozświetlały taras...

Szklankę z whisky odstawił...

Kiedy taksówka...

Na szczęście w butelce...

Gawron na gałęzi...

Zaparkował samochód na Plataveien...

Dwaj studenci...

Spod pokładu...

Pierwszym kawałkiem normalnej rzeczywistości...

Zaparkował przed sklepem...

Duże, wysokie wnętrze...

Za oknami biblioteki uniwersyteckiej...

Zaparkował samochód...

Niskie, nieprzerywane mruczenie...

Poranek był znowu paskudny...

Wychodząca z ciemności żeliwna rura...

Ole i Gerd stali w drzwiach...

Ciemna, jednolita szarość...

Kiedy taksówka zatrzymała się...

Leżał i patrzył w sufit...

Nad jego dzielnicą...

Wylądował po piątej...

Obudził się po południu...

Zatrzymał samochód...

Siedział w samochodzie...

Szefowa sekretariatu...

Na parking rafinerii wjechał...

Na korytarzu trzeciego piętra...

Mgła bardzo powoli...

Robotnicy pracowali...

Usiadł w małej restauracji...

W podziemnym parkingu...

Wyjechał na ulicę...

Stanął przy barierce...

Podniósł lornetkę...

Winda utknęła...

Dochodziła ósma...

Deszcz coraz mocniej bębnił...

Ból pod kolanem...

Zgasił latarkę...

Szuflada profesorowej...

Coś szumiało w oddali...

Spędzający noc...

Wszystko straciło sens...

Podeszli do samochodów...

Była czwarta...

Za oknem...

Dochodziła szesnasta...

Cała zawartość miski...

Deszcz przestał już padać...

Ciemnoszare chmury połączyły się z mgłą. Po kilku wysokich biurowcach pozostały tylko rozsypane w nieładzie nieliczne okna. O tej porze roku właśnie ilość tych świecących kwadracików wskazywała, czy panorama tego sporego jak na Norwegię miasta jest widokiem dziennym, czy nocnym. Dni, kiedy mgła i deszcz mieszający się z topniejącym śniegiem przesłaniały szare budynki, niewiele różniły się od nocy, rozjaśnianej łuną świateł nieustannie pracującego portu.

Centrum miasta leżało nad fiordem. Nieliczne wieżowce nadawały mu pozór nowoczesnej biznesowej metropolii. Jednak dalej od centrum miasto traciło ten charakter. Gęsta zabudowa klasycyzujących kamienic przechodziła stopniowo w mieszaninę nijakich współczesnych budynków. Pejzaż zmieniał się wyraźniej w położonej na porośniętych lasem wzgórzach rozległej dzielnicy willowej. Wąskie, krzyżujące się pod różnymi kątami ulice wznosiły się, przecinając bezlistną o tej porze roku gęstwinę. Świecące nocą i dniem latarnie oświetlały z rzadka małe skrawki mokrego asfaltu. Czasami tylko w prześwitach niektórych uliczek pojawiał się widok na blado podświetlone brzuchy nisko sunących chmur, w których kryły się szczyty wież rektyfikacyjnych położonej na płaskowyżu rafinerii.

Dzielnica opadała ku miastu. Spomiędzy świerków i gęsto posadzonych buków wystawały już nie tylko spadziste dachy willi, ale też płaskie, kryjące kilkupiętrowe budynki. Świecące tu i ówdzie okna wydawały się unosić w ciemnoszarej mgle nad morzem czarnych, mokrych gałęzi.

Za jednym z takich okien w trzypiętrowym budynku z szarej cegły, rozjaśnionej poblaskiem neonu POLITIE, toczyła się rozmowa trzech mężczyzn. Niewielki pokój z dużym planem miasta na ścianie oświetlała stojąca na biurku lampa z chromowanym kloszem. Tyłem do okna siedział pięćdziesięcioparoletni blondyn z nieco przerzedzonymi włosami. Od pewnego czasu próbował za plecami odnaleźć dłonią rękaw skórzanej kurtki lotniczej z futrzanym kołnierzem. Nie szło mu to zbyt sprawnie, bo starał się robić wrażenie, że słucha z uwagą relacji sierżanta Gerda Lunde, krótko ostrzyżonego okularnika siedzącego pośrodku pokoju na obrotowym fotelu. Relacji przysłuchiwał się również potężny, bardziej przez nadwagę niż atletyczną budowę, mężczyzna o rumianej, nieco naiwnej twarzy. Nazywał się Ole Nilsen i również był sierżantem. Z wypchanym dokumentami segregatorem zatrzymał się w pół kroku między drzwiami a biurkiem i spytał:

– Jak oni to zrobili, że nikt się nie kapnął przez tyle czasu, że to są zwłoki?

Gerd kontynuował spokojnym głosem:

– Zrobili to tak: zwłoki brali z ich własnego krematorium. Jak trumna wjeżdżała do pieca, dno się otwierało, zwłoki wpadały do chłodni. Przewozili je w specjalnych kontenerach do budynku intensywnej terapii. W piwnicy była sala operacyjna, tam w ciała wprowadzano układy sterowania i elektrody pobudzające mięśnie. Zwłoki leżały podłączone do aparatury, oddychały i poruszały się.

– No nieźle. I co dalej? – spytał Ole, robiąc pół kroku w stronę biurka.

– No i tyle. – Gerd odepchnął się nogami i odjechał fotelem kawałek do tyłu. – Po filmie poszliśmy z dzieciakami do tej nowej kręgielni. Mają tam takie małe tory i kule dla dzieci.

Segregator z dokumentami dotarł wreszcie do biurka. Ole położył go z przepraszającą miną.

– Ja swoją część odwaliłem. Zrób to, błagam, bo ona codziennie mnie o to dręczy.

Blondyn wstał, uporawszy się z kurtką. Przeciągnął się i nie patrząc na segregator, spytał:

– Nie wiem, dlaczego mamy to robić najpierw na formularzach, a nie od razu w tym całym nowym systemie komputerowym?

– Ja też nie wiem – odparł bezradnie Ole. – I nie wiem, co mamy zrobić z tymi skargami o parkowanie.

– Jakimi? – Blondyn manipulował teraz przy zaklinowanym zamku kurtki.

– No tymi, po której stronie na wąskich ulicach.

– Nie wiem. To chyba zależy od mieszkańców. Nie ma na to przepisów. – Zakończył zmagania z zamkiem i wyszedł na korytarz, machnąwszy ręką na pożegnanie. – Przesyłajmy to do zarządu miasta – krzyknął już z klatki schodowej.

– No to do jutra! – odkrzyknął Gerd i odepchnąwszy się silnie nogami, wyjechał tyłem do drugiego pokoju.

Ole otworzył segregator i ustawił go na środku biurka. Miał zamiar westchnąć głęboko, ale spostrzegł małą kałużę pod kaloryferem. Pochylił się i podstawił rękę pod zawór.

– Znowu tutaj kapie! – zawołał. – Teraz to już kubek od kawy przez noc się przeleje. Co ja mam tu podstawić?

– Nie wiem. Podstaw kubek od kawy – usłyszał z sąsiedniego pokoju.

*

Arne Hilmen od kilkunastu lat był szefem komisariatu przy Nissens gate. Oddalając się od niego jak zwykle długim, szybkim krokiem, patrzył mniej więcej trzy metry przed siebie na chodnik i zwinnie omijał kałuże. Omijał je może raczej nie tyle zwinnie, co dziwnie. Zbliżając się do kałuży, wyginał lekko całe ciało, w lewo lub w prawo, w zależności od tego, po której stronie pozostawała kałuża. Jeśli następowały po sobie wystarczająco często, przypominało to przejazd narciarza omijającego tyczki slalomu. Arne zdawał sobie sprawę, że taki nawyk w jego wieku może sprawiać dość niepokojące wrażenie, toteż przestał natychmiast, gdy tylko z mglistej ciemności wyłoniła się w oddali jakaś postać. Teraz omijał kałuże jak każdy świadomy celu swego marszu i pełen jeszcze energii pięćdziesięcioparolatek. Gdy jednak przybliżająca się postać z nieokreślonej płciowo sylwetki zaczęła przeistaczać się najpierw w jakąś panią, potem w raczej młodszą kobietę, by ostatnie metry pokonać jako zdecydowanie ładna dziewczyna, krok Arne skrócił się i nabrał nieco niedbałego charakteru. Ciemnowłosa dziewczyna na wysokich obcasach, wtulona w przytrzymywany obiema dłońmi tuż przy szyi futrzany kołnierz, minęła go drobnym, zdecydowanym krokiem. Arne zawsze oglądał się za ładnymi kobietami, więc uczynił tak i teraz. Zdał sobie jednak sprawę, że coś się zmieniło. Właściwie to już od pewnego czasu patrzeniu na mijane atrakcyjne dziewczyny towarzyszyły jakieś niezbyt przyjemne odczucia. Jakie? Odpowiedź wydawała się okropna i prosta: był już dla nich za stary. Ale czy to cała odpowiedź i czy w pełni prawdziwa, nie wiedział. Kobiety przecież ciągle patrzyły na niego z zainteresowaniem. Ich spojrzenia nadal zatrzymywały się na jego twarzy na ten odrobinę za długi moment. Tu musiało wchodzić w grę coś innego, coś głębszego, co niełatwo mu było nazwać. Jakby żal, może nawet pretensja. Tylko o co? Smutna myśl, że kobiety grały zbyt ważną rolę w jego życiu, przychodziła mu do głowy coraz częściej i coraz częściej też zdawał sobie sprawę, że jest ona dużo gorsza niż ta, że jest dla nich za stary. Był po prostu starym durniem, który poczucie własnej wartości zbudował wyłącznie na tych dłuższych o niezauważalny moment spojrzeniach. Poczucie, że jest atrakcyjny i w jakiś nieokreślony sposób szczególny, uśpiło go i pozwoliło dryfować przez życie w beztroskiej wierze, że w końcu nastąpi coś, na co zasługuje ta jego szczególność.

Przestał omijać kałuże, przynajmniej te płytsze, a jego krok stał się zupełnie nijaki. Między nagimi gałęziami drzewa przesuwała się nad nim brzęcząca lampa sodowa, dając na te pozornie zawiłe i głębokie rozważania prostą odpowiedź: chodziło o zwykłą rzeczywistość, w której nie wydarzy się już nigdy nic ciekawego.

Mżawka ustała i Arne ruszył lekkim truchtem. Biegał często. Do pracy i z pracy chodził lub biegł. Nie dla kondycji. Nie znosił siedzieć. Nienawidził siedzenia za biurkiem i wypełniania formularzy. Formularze, dokumenty i raporty biurowe osaczały go i dusiły. Bieganie pomagało. Opłukiwało z drobnych, ledwo widocznych bez okularów i nic nieznaczących literek.

Dobiegł do rogu swojej ulicy. Rozpiął kurtkę i podszedł do samochodu. Stary szarozielony mercedes pagoda stał zaparkowany przy krawężniku, czyniąc wyraźny wyłom w rzędzie statecznie pękatych i nieróżniących się od siebie współczesnych samochodów. Stał i udzielał właścicielowi swojej podejrzanej reputacji. Reputacji kogoś, kto mimo swojego wieku bezczelnie dobrze wygląda, jest nierodzinny i wiedzie niefrasobliwie hulaszcze życie, które niewątpliwie doprowadzi go do upadku, co sugerowały chociażby mocno podrdzewiałe progi. Wyjmowanie, a właściwie wyszarpywanie kluczyków z bocznej kieszeni kurtki zawsze doprowadzało Arne do furii, na szczęście zwykle dość krótkiej. Kieszeń umieszczona była idiotycznie za wysoko. Czy załogi amerykańskich bombowców podczas drugiej wojny światowej nie potrzebowały mieć w tych kieszeniach żadnych niezbędnych i łatwo dostępnych rzeczy? Jeśli nie, to po co w ogóle były, szczególnie wobec braku kieszeni wewnętrznej, którą z trudem wszyła mu znajoma krawcowa.

Kluczyki w końcu dały się wyszarpnąć i Arne wsiadł do samochodu. Siedział przez chwilę, starając się o niczym nie myśleć. Nie było to łatwe, westchnął więc nad swoim nie wiadomo czy już do końca nieszczęśliwym życiem i sięgnął do schowka po iPoda. Podłączył go do radia i uruchomił silnik. Z głośników zabrzmiał saksofon Paula Desmonda i Arne ruszył ciemną ulicą.

Dochodziła dziesiąta. O tej porze na chodnikach nie było już nikogo. Z rzadka przejeżdżał jakiś samochód. Dzielnica, w której z racji pełnionej funkcji strzegł bezpieczeństwa i porządku, po ósmej zapadała w komę. Nie działo się tu zupełnie nic. Było bezpiecznie i bardzo porządnie. Nikt nikogo nie mordował i nikt nie handlował narkotykami. Nierządu i stręczycielstwa też nikt tu nie uprawiał. Samochody kradziono dwa do trzech razy na tydzień, a sprawcy tych kradzieży podlegali komisariatom zupełnie innych dzielnic. Podobnie rzecz się miała z włamaniami do domów, garaży i ogrodów zimowych. Jeśli mieszkali tu w ogóle jacyś przestępcy, to kradli grube miliony w takich miejscach i takimi sposobami, o których on nie miał najmniejszego pojęcia.

Zjechał z obwodnicy i zapuścił się w ciemne i ponure ulice starej dzielnicy fabrycznej. Kiedyś produkowano tu wyposażenie statków. Dzisiaj znajdowały się w niej głównie opuszczone hale i magazyny hurtowni. Skręcił w otwartą bramę i wjechał na oświetlony sodową lampą betonowy plac. Otaczały go niskie zabudowania po jakiejś fabryce. Pod długą ceglaną ścianą hali stały dwa samochody, land rover i coś nieokreślonego. Zatrzymał się na środku placu. Zgasił silnik i ściszył muzykę. Siedział przez chwilę, starając się dojrzeć, czy dzieje się coś za wysokimi, zasłoniętymi oknami hali. Były ciemne i gdyby nie pojawiające się od czasu do czasu białe błyski w wąskich szparach między zasłonami, hala robiłaby wrażenie opuszczonej. Wyjął telefon z wewnętrznej kieszeni i wybrał numer do Liv.

– Cześć. Już jestem.

– Zaraz kończymy. Poczekaj – odpowiedziała zmęczonym i nieco rozdrażnionym głosem.

Siedział więc i wpatrywał się w błyski. Wreszcie wyłączył iPoda i wysiadł z samochodu. Zanosiło się na dłuższe czekanie. Podszedł powoli do okien, rozglądając się po placu. W samochodach nie było nikogo. Spróbował dojrzeć przez błyskające szpary, co dzieje się w środku. Przechodził od jednego okna do drugiego, ale niczego nie dało się zobaczyć. Wiedział, że za oknami odbywała się sesja fotograficzna do jakiegoś pisma, a Liv zajmowała się przy niej make-upem. Czyli, jak sama to określała, była pudernicą. Odwiedził ją kilka razy przy takiej robocie, ale nie czuł się tam dobrze. Niektóre modelki nie przepadały za wizytami niezwiązanych z sesją osób i wcale tego nie ukrywały, a i Liv popatrywała kontrolnie, czy wzrok Arne nie za długo pozostaje na obnażonych fragmentach zgrabnych ciał.

Fotograficy i ich asystenci byli w porządku. Rozmawiało się z nimi całkiem swobodnie. Trochę o samochodach, trochę o regatach. Stawali się tylko jakby nieco obcy, gdy wziąwszy do ręki aparat, zaczynali wyrzucać z siebie fontanny komplementów i zachwytów dla fotografowanych modelek. Wiedział, że tak właśnie zachowują się profesjonaliści, ale mimo wszystko widział w tym przesadę i sztuczność. Dziewczyny czuły się z tym jednak świetnie. Dawało mu to powód do rozważań, jak bardzo kobiety różnią się od mężczyzn i jak wiele mógłby osiągnąć, stosując na co dzień ten mechanizm. Podobno, twierdził jeden z asystentów, południowcy tak właśnie robią. Arne był jednak typem północnym i komplementy wydobywały się z niego z trudem i tylko pod wpływem wyraźnego bodźca, co czyniło go absolutnie niezdolnym do użycia tej niezwykle skutecznej metody.

Nagły pisk opon i odbijający się od murów ryk potężnego silnika oderwał go od ostatniego okna. Na plac wpadło wściekle czerwone ferrari i zatrzymało się kilka metrów od jego mercedesa. Za przyciemnionymi szybami nie dało się dojrzeć nikogo. Arne wyprostował się i ruszył niedbałym krokiem w stronę swojego samochodu. Silnik ferrari ciągle pracował, nieregularne trzaski turbiny wywoływały pozór nerwowości, jakby coś jeszcze się miało wydarzyć. Arne otworzył drzwi mercedesa i sięgnął po paczkę papierosów. Oparł się łokciem o dach i zapalił. Jakoś nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś go obserwuje. Rozglądał się od niechcenia po placu, popatrywał na zamknięte drzwi hali. W końcu zaczęło go złościć, że odgrywa coś nie wiadomo przed kim. Liv nie wychodziła. Papieros się skończył. Wolno obszedł samochód i zajął się poprawianiem bocznego lusterka. Ferrari wreszcie zamilkło. Po chwili otworzyły się drzwi od strony kierowcy, ale nikt nie wysiadł. Słychać było tylko energiczny męski głos mówiący do telefonu:

– ...zrobimy inaczej! Ja się tym zajmę, a ty jutro lecisz do Singapuru. Ale musisz się z nimi zobaczyć, zanim spotkają się z tymi od Hunta.

Z samochodu wysiadł przystojniak około trzydziestki. Nie spojrzawszy nawet w stronę Arne, kontynuował rozmowę, zdejmując przy tym marynarkę:

– Wiem, że ich szef będzie dopiero pojutrze, więc zdążysz... Wiem na pewno!... Nieważne, wiem na pewno! Pokazujesz im naszą propozycję wyższą o jakieś dwa do trzech procent... Tak, nie więcej. Daj mi Erika.

Po marynarce przyszła kolej na koszulę. W sodowym świetle lampy ukazał się idealnie umięśniony tors. Przystojniak wrzucił koszulę do samochodu i wciąż nie przerywając rozmowy, włożył luźną bluzę.

– Erik, słuchaj! Musicie przekalkulować propozycję w wiarygodny sposób. Nie więcej niż trzy procent... Tak... Sprawdzaj cały czas notowania Hunta... Tak... Daj mi Paula!

Drzwi studia otworzyły się i pojawiły się w nich sylwetki kilku osób. Dziewczyny pożegnały się z fotografem i ruszyły w stronę samochodów. Fotograf i jego asystent wsiedli do land rovera. Wysoka, niezwykle zgrabna blondynka z długimi prostymi włosami podeszła do przystojniaka. Nie przerywając rozmowy, pocałował ją w policzek i wsiadł do auta, po czym otworzył jej drzwi od środka. Liv była niższa, miała na sobie puchową kurtkę i trzymała w ręku srebrną walizkę do make-upu. Stanęła przy mercedesie.

– Może mi otworzysz? – powiedziała.

– Jasne!

Obserwowała, jak obchodzi samochód, odbiera jej walizkę i otwiera drzwi. Zanim wsiadła, spojrzała porozumiewawczo na blondynkę, która skomentowała zachowanie swojego partnera, demonstracyjnie przewracając oczami. Liv odpowiedziała jej niezbyt szczerym gestem wyrażającym zrozumienie i z westchnieniem opadła na fotel. Arne zamknął za nią drzwi i przechodząc na swoją stronę, zerknął na dziewczynę w ferrari. Słychać było, jak przystojniak nadal wydaje dyrektywy:

– Pilnuj go, żeby sprawdzał notowania Hunta. Powinni myśleć, że dogadujemy się z Conoco, a my ich tylko sprawdzamy...

Drzwi zatrzasnęły się, silnik ryknął i ferrari ruszyło, sypiąc kamykami spod szerokich opon.

Arne zamknął drzwi, ale zamek nie zaskoczył, więc zrobił to jeszcze raz, mocniej. Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik odezwał się swojsko, nostalgiczna ballada popłynęła cicho z iPoda.

– Co to za koleś? – spytał.

– Wyglądało, że bardziej interesuje cię Else – powiedziała Liv, patrząc przed siebie.

– Naprawdę tak wyglądało? – zdziwił się, ale Liv tylko wzruszyła ramionami. – To co to za koleś?

– Ten koleś... to Stig Holm – powiedziała tak, jakby mówiła o kimś, o kim nie wypada nie wiedzieć.

– Aaa! Czyli?

– Czyli Stig Holm – odpowiedziała, uśmiechając się lekko i unosząc brwi.

– Czyli koleś, który wszystko ma.

– Nie wiem, czy wszystko, ale na pewno to, co trzeba.

– Nie chciałem urazić twoich uczuć do Stiga Holma.

Liv pokręciła głową z niedowierzaniem i odwróciła się do okna.

– Stig Holm ma nawet dziewczynę, która uśmiecha się do niego i całuje go na przywitanie – powiedział.

– Może dlatego, że Stig Holm o nią dba. Na przykład zabiera do Singapuru, żeby odpoczęła na słońcu. – Liw, mówiąc to, spojrzała na niego, otwarcie już wkurzona.

– Nie zabiera.

– Skąd wiesz, że nie zabiera? – spytała zdumiona.

– Po prostu wiem. To dokąd jedziemy?

– Jestem wykończona. Zawieź mnie do domu. Chcę się położyć.

– Okej. – Westchnął i zerknął w prawe lusterko, przekręcone tak, że odbijał się w nim bok samochodu.

*

Firanka w oknie na parterze lekko się poruszyła, gdy zbliżał się do drzwi, wydłubując klucze z drugiej bocznej kieszeni. Miał nadzieję, że uniknie tego spotkania, ale wchodząc po schodach, usłyszał za sobą:

– Dobry wieczór, panie Hilmen! Czekałem na pana.

– Dobry wieczór. – Spojrzał z półpiętra na przygarbioną sylwetkę gospodarza domu.

– Lokatorzy prosili mnie, żebym pana upomniał. Chodzi o te worki ze śmieciami i przedmioty, które pan wyniósł od siebie. Przeszkadzają mieszkańcom w dostępie do śmietników. Śmieciarze zabierają śmieci w czwartki. Przecież pan wie.

– Jutro to przestawię. Dobranoc – odpowiedział pokornie i ruszył dalej schodami.

– Dobranoc. Śmieciarze zabierają w czwartki – usłyszał jeszcze za sobą.

Dopiero kiedy dotarł na swoje trzecie piętro, usłyszał odgłos zamykanych na dole drzwi. Otworzył zamek i uchylił drzwi, odsuwając się na bok. Z ciemnej szczeliny wypadł, ocierając się o jego nogę, czarny, potężnie zbudowany kot i wywrócił się na grzbiet na środku klatki schodowej. Przez chwilę niemrawo tarzał się po kamiennej podłodze, po czym wrócił do mieszkania. Arne wszedł za kotem do ciemnego przedpokoju, zdjął buty i powiesił kurtkę. Uważając, aby go nie nadepnąć, przeszedł do salonu i zapalił światło. Wisząca u sufitu goła żarówka oświetlała dziesiątki porozkładanych na podłodze gazet. Pokój był prawie pusty. Pod oknem stało stare biurko z ekranem komputera, obok fotel klubowy obity przetartym zielonym aksamitem, a na środku jednej z dłuższych ścian przykryta gazetami ciężka antyczna komoda. Na gazetach stała ogromna metalowa puszka jasnożółtej farby. Pomalowana była dopiero jedna ściana. Kot siedział już w łazience przed pralką i wpatrywał się w niego z wyczekującym skupieniem. Arne przeszedł po szeleszczących gazetach i otworzył szafkę wiszącą nad pralką. Spomiędzy proszków do prania i rolek papieru toaletowego wydobył fioletową torbę z suchą karmą. Wsypał resztkę do miski i poszedł do kuchni, pozostawiając za sobą mruczenie przemieszane z chrupaniem. Otworzył lodówkę i zagapił się, nie wiedząc, na co ma właściwie ochotę. Wreszcie wyjął jakiś jogurt, który okazał się przeterminowany, więc wylał go do zlewu. Ustawił cieknący kran tak, aby krople spadały na ściankę dzielącą obie komory i nie hałasowały. Wrócił do łazienki. W drzwiach minął się z kotem, który szedł do sypialni. Wypełniały ją pod sufit meble i przedmioty z całego mieszkania. Przeniesione z salonu półki z książkami otaczały łóżko ze skotłowaną pościelą. Widok na okno zasłaniał stół i ustawione na nim krzesła, zawalone stertami pism żeglarskich i elementami takielunku jachtowego. Otwarte drzwi blokowały przed upadkiem zwinięty ogromny dywan. Tuż przy łóżku stała wysoka lampa z czerwonym abażurem, a roześmiany młody Arne patrzył na to wszystko z dzioba prującego spienioną wodę jachtu. To duże czarno-białe zdjęcie stało na kredensie, zasłaniając wypełnione płytami kompaktowymi i starymi kasetami magnetofonowymi półki. Obok nich z ogromnej donicy wyrastała palma, której postrzępione liście rozchodziły się na wszystkie strony pod samym sufitem.

Kot wskoczył na stół i ułożył się w zwoju lin pod baldachimem z krzeseł. Arne, po długim gorącym prysznicu przebrany w bawełniane szorty i powyciąganą koszulkę z krótkimi rękawami, wpełzł na łóżko, odkładając telefon na podłogę. Zgasił lampę i położył głowę na wygniecionej poduszce. Westchnął głęboko i zamknął oczy. Zapadła zupełna cisza. Leżał tak pięć, może dziesięć minut, ale czuł, że nie zaśnie. Otworzył oczy. Nie cierpiał bezsenności. Niestety, zdarzała mu się coraz częściej. Znał na pamięć sylwetki ustawionych na sobie mebli. Przeplecione palmowymi liśćmi stwarzały ramę dla prostokątnego prześwitu, w którym na tle niebieskawej zasłony sterczały dwa czarne trójkąty będące uszami kota. Gdzieś daleko włączył się alarm samochodowy. Leżał tak jeszcze przez chwilę, po czym uniósł się na łokciu, próbując odszukać na podłodze telefon. Zapalił lampę. Znalazł go i ustawił alarm budzenia. Chwilę zajęło mu szukanie wyłącznika, który zdążył gdzieś się zaplątać, wreszcie znalazł go i zgasił lampę.

*

W chromowanym kloszu kreślarskiej lampy zniekształcona twarz Arne wyglądała jak blada plamka na wielkim szarym cielsku rozciągniętego swetra. Wypił łyk gorącej kawy i pomyślał, że to najprawdopodobniej jedyna chwila tego dnia, w której odczuł coś w rodzaju przyjemności. Przez parę wydobywającą się z kubka patrzył na zaścielające biurko formularze. W drzwiach pojawił się Gerd.

– Cieknie coraz bardziej z kaloryfera – powiedział.

Arne obrócił się na fotelu i patrzył teraz na niego przez opary kawy.

– Jak zadzwonię, to będą chcieli cały kaloryfer wymieniać. Będzie tak jak tam. – Gerd machnął plikiem swoich formularzy w stronę drzwi sekretariatu. – Chrzanili się z tym trzy dni. Będzie lodowato. Już chyba lepiej, żeby ciekło. Ale cieknie coraz bardziej. – Popatrzył na Arne bez specjalnej nadziei i wyszedł. Po chwili znów stanął w drzwiach. – W nocy dzwoniła jakaś baba, że jej służąca nie wróciła na noc.

– No i co? – spytał Arne w głąb kubka.

– Nic. Powiedziałem, żeby zadzwoniła po południu, jeśli służąca nie wróci. – Mówiąc to, Gerd podszedł do wiszącego na ścianie planu miasta i zaczął mu się przyglądać ze szpilką w ręku. – I mamy jeszcze zgłoszenie od firmy ochroniarskiej. – Wbił szpilkę. – Była próba włamania na Flaenveien.

– To pojedźcie tam. Ja muszę przynajmniej to zacząć. – Arne odstawił kubek i oparł ręce na formularzach. – Przyjdę, zanim skończycie. To nie jest daleko – dodał, zdając sobie świetnie sprawę, że nikt nie uwierzy w jego nagły napad pilności urzędniczej.

*

Przed bramą otynkowanej willi w stylu Bauhausu stał umundurowany policjant z komisariatu; miał dziecinną twarz i sądząc po minie, wymieniał jakieś zabawne spostrzeżenia z przypominającym rugbystę pracownikiem firmy ochroniarskiej. Obaj przypatrywali się scenie, która rozgrywała się po drugiej stronie ulicy. Przed otwartymi drzwiami taksówki stała około sześćdziesięcioletnia kobieta w kraciastej pelerynie i czapce Sherlocka Holmesa. Pochylona, prawie kucając, namawiała dużego białego pudla, żeby usiadł na plastikowej folii przykrywającej tylne siedzenie. Pudel oczywiście nie miał na to najmniejszej ochoty. Wysiłkom kobiety przyglądał się ze sceptyczną miną turecki taksówkarz.

– Heidi! Hop! No, Heidi! Hop! Wiem, że nie znosisz folii, ale musisz. No hop! – przemawiała do pudla. – Ona za nic nie usiądzie na folii. Nie ma pan jakichś gazet? – zwróciła się do taksówkarza.

– Nie mam. Koca też nie mam – odpowiedział, nie zmieniając wyrazu twarzy.

– A tu ma pan jakieś gazety! Niech pan da te gazety. – Machnęła ręką w stronę otwartego bagażnika.

– Ale to nie... To niedobre. To za małe. – Powiedziawszy to, odsunął się trochę od bagażnika.

– Niech pan podrze. Będzie dobre. Ona na folii nie siądzie. Niech pan da te gazety. – Wydawała polecenia, nie zwracając uwagi na jego wyraźnie narastające skonsternowanie. Wreszcie, widząc, że taksówkarz za długo już się ociąga, sama sięgnęła do bagażnika i wyjęła jakieś kolorowe pisma.

– Nie mogę! – jęknął zachwycony ochroniarz. – On ma tam świńskie pisma. Ale numer!

Właścicielka pudla, nie zwracając najmniejszej uwagi na zawartość magazynów, wydzierała jedna po drugiej kartki i układała je na folii. Taksówkarz przyglądał się temu bezradnie.

– Niech pan da jeszcze. Niech pan drze gazety – rozkazała.

Taksówkarz niechętnie wyciągnął jeszcze jedno pismo i zamknął bagażnik. Oddarł jedną stronę i zastygł z miną winowajcy. Wyjęła mu je z ręki i ułożyła na siedzeniu.

– Heidi! No chodź! Teraz będzie wygodnie. Tak jak lubisz, kochanie. Hop!

Pudel w końcu zdecydował się na skok. Gazety jednak rozjechały mu się pod łapami na folii, co natychmiast go zniechęciło. Kobieta zapobiegła jednak próbie ucieczki psa, poprzedzonej obrotem na ślizgających się papierach, zatrzaskując mu błyskawicznie drzwi przed nosem. Nie patrząc na oniemiałą ze zdziwienia mordę Heidi, usiadła na przednim siedzeniu. Taksówkarz niemrawo wgramolił się za kierownicę.

– Ona nie widziała, co to było? – zastanawiał się Młody, patrząc za odjeżdżającą taksówką.

– A cholera ją wie – rzucił nieco rozczarowany ochroniarz.

Scenka pewnie rozbawiłaby i Arne, ale dopiero teraz wyszedł zza rogu. Kiedy zbliżał się do bramy, z ogrodu wyłonił się Gerd.

– Ktoś próbował dostać się od strony tarasu. Szyba jest pęknięta – powiedział, niezbyt podekscytowany. – Właściciele gdzieś wyjechali, ale już ich powiadomiono.

– Nie ma tam żadnych zwierząt? – spytał Arne, ruszając ścieżką prowadzącą na tyły domu.

Pozostali szli gęsiego za nim.

– Nie, to ten czujnik przy szybie uruchomił alarm – odpowiedział idący na końcu ochroniarz.

– Kręcą się jacyś degeneraci. Odwala im na zimę. Sam taki nie wie, czy chce się włamać, czy nie – zrzędził Gerd za plecami Arne.

– Albo alarm sam zadziałał – podjął ochroniarz. – Teraz robią takie to wszystko pokomplikowane, że coraz gorsze jest. Te różne centralki popierdolone. Trzeba być jakimś informatykiem, żeby to obsługiwać, kurwa! Albo zwykły pilot od telewizora. Najebane ma tam tych guzików. Ja mówię: to wszystko debile robią. To wszystko robią jacyś popierdoleni debile.

Stanęli na trawniku i w milczeniu przyglądali się pękniętej szybie w dużym oknie tarasowym. Arne wszedł na mokry taras. Podciągnął spodnie na kolanach i kucnął przed szybą. Długie skośne pęknięcie biegło po przekątnej prawie całego okna. Zasłony nie pozwalały zobaczyć, co jest w środku. Poskrobał paznokciem w poprzek srebrnego śladu, ale paznokieć ślizgał się, o nic nie zahaczając. Postukał w szybę, która wydała głuchy odgłos, i wstał.

– Oglądaliśmy. Nie ma żadnych śladów rąk ani narzędzi. Taras mokry. Śladów nie ma – powiedział Gerd.

Arne zszedł powoli z tarasu i stanął obok pozostałej trójki.

– Takie pęknięcie to też nie wiadomo, stare czy nowe.

W milczeniu patrzyli na zarośniętą bluszczem ciemnoszarą ścianę. Zaczął padać drobny deszcz. Słychać go było na zeschłych liściach pokrywających trawnik. Gerd postawił kołnierz kurtki i rozejrzał się po okolicy. Zza drobnej siatki cienkich gałązek wysokiego żywopłotu ledwo przezierał fragment sąsiedniego domu. Zapaliło się światło w zasłoniętym firanką okienku.

– Wygląda, jakby ktoś napierał całym ciałem na szybę, aż pękła – powiedział i dopiął kołnierz pod szyją.

– To jest gruba szyba zespolona. Musiał ktoś nieźle napierać.

Ochroniarz wszedł na taras i robiąc groźną minę, przybrał pozycję rugbysty atakującego szybę. Rozległ się krótki chichot młodego policjanta, któremu żart wyraźnie się spodobał. Po chwili wszyscy szli ścieżką w stronę bramy.

Na ulicy Arne rozejrzał się za radiowozem. Stał zaparkowany kawałek dalej, za innym samochodem. Młody usłużnie otworzył drzwi. Arne usiadł na środku tylnego siedzenia, oparł głowę między zagłówkami i przez tylną szybę zagapił się w prawie zupełnie ciemne już niebo. Gerd usiadł obok Młodego, który uruchomił silnik. Ruszyli w milczeniu. Już na pierwszym zakręcie Arne zrobiło się lekko niedobrze, więc uniósł głowę i przez zamontowaną za fotelami kratę patrzył na przednią szybę. Wycieraczka ledwo zdążała zbierać krople migoczące w świetle mijanych latarni.

– A co to, mało jest porąbańców? Ja sam mam czasami ochotę jakąś szybę rozwalić. Urodziłem się w Lierne, ale tu, kurde, nie jest wiele lepiej – odezwał się nagle Gerd, wpatrując się w ciemność przez boczną szybę.

– U nas, w Somna, to od października zawsze się zaczynało. Piekarz się powiesił. Widziałem przez okno, jak wisiał – wypalił Młody, ośmielony wyznaniem Gerda. Ponieważ nikt nie podjął tematu, zamilkł na kilka przecznic. Dopiero kiedy zatrzymali się przed komisariatem, dokończył:

– Bez powodu się powiesił. Kręcił się tak na tym sznurze. – Znów zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Nawet zwierzętom odwala. Kiedyś owca sąsiadów sama na bronę się nabiła. Zwierzęta też wariują od tej ciemności. To nawet można zobaczyć po oczach u niektórych.

Wysiedli z radiowozu. Arne nie miał wyboru. Musiał zabrać się do formularzy.

*

Ze stanu bezmyślnego zagapienia wyrwało Arne krótkie, znaczące miauknięcie. Ocknął się. Odłożył zaschnięty wałek na gazetę i wstał z fotela. Żółte oczy śledziły każdy jego ruch. Zdjął kurtkę z wieszaka, zabrał klucze z komody i wyszedł z mieszkania.

Prószył śnieg. Drobne płatki migotały w stożkach światła pod latarniami. Topniały jednak na ziemi, pozostawiając lśniącą czerń chodnika i jezdni. Założył wełnianą czapkę i szczelniej otulił się rozpiętą kurtką. Walka z zamkiem nie miała większego sensu. Mały sklep spożywczy znajdował się w odległości dwóch przecznic. Po kilku minutach wpatrywania się w chodnik pod nogami otworzył szklane drzwi i wszedł między półki wypełnione pstrokatą mozaiką opakowań. Tam, gdzie z paczek i puszek patrzyły oblizujące się psy i koty, czegoś jednak brakowało. Przeszukał bez rezultatu dwa dolne rzędy opakowań i wyjrzał zza półek w stronę lady. Czarnowłosa dziewczyna o wyrazistych oczach pomagała ułożyć w torbie zakupy jakiejś klientce. Jej głowa pojawiała się co chwilę zza pleców kobiety. Czarne oczy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i mocno czerwone usta czyniły jej urodę wyzywającą, a nawet nieco wulgarną. I chyba to właśnie spowodowało, że wyszedł zza półek i stanął za starszą panią. Cierpliwie czekał, aż zapłaci, powkłada, każdą z osobna, monety wydanej reszty do portmonetki, odbędzie kurtuazyjną wymianę zdań na pożegnanie i rzuciwszy na niego krótkie, chłodne spojrzenie, wyjdzie wreszcie. Dziewczyna odwróciła szczerze roześmianą twarz i zmieniła uśmiech na oficjalny. Spojrzała na długą bułkę, paczkę małych pomidorów i słoik oliwek, które to produkty uzbierał Arne, żeby przedłużyć rozmowę o karmie dla kotów.

– To wszystko? – spytała grzecznie.

– Ma pani może takie żarcie dla kotów w fioletowej torbie? – zapytał i oparł się jedną ręką o ladę.

– Fioletowej? – Zmarszczyła ciemne brwi.

– Znaczy takiej... liliowej – doprecyzował z uśmiechem mającym wyrazić zakłopotanie.

Sądząc po minie, dziewczyna nadal nie wiedziała, o jaką torbę chodzi.

– Z takim brązowym kotem.

– No to tam są kitekaty z rudymi kotami. – Wskazała na półki.

– Nie, to nie kitekat. Nie pamiętam nazwy. Z takim pomarańczowym kotem z głupim wyrazem na mordzie – powiedział, robiąc minę mającą przybliżyć rodzaj wyrazu na mordzie kota.

Dziewczyna wreszcie się roześmiała. Miał zamiar kontynuować rozmowę w tym duchu, uradowany, że w kwestii uśmiechu uzyskał chociaż to, co poprzedzająca go starsza pani, gdy nagle odezwał się jego telefon. Wydobył go z trudem i przeprosił gestem dziewczynę, odstępując dwa kroki od lady.

– Szefie, dzwoniła jakaś kobieta, że jej służąca okradła ją i zniknęła – zabrzmiał w słuchawce głos Ole.

– To pojedźcie do niej – odpowiedział i odsunął się od drzwi, wpuszczając jakiegoś klienta.

– Tak, ale jestem sam, bo Gerd pojechał do jakiegoś alarmu. Ta kobieta już w nocy dzwoniła, bardzo zdenerwowana, a to jest tam, gdzie biegasz. Na Erlends vei. Nazywa się Sigrid Ronstad. Erlends vei dziewiętnaście.

Dziewczyna wychyliła się zza pleców klienta, pytając spojrzeniem, czy ma zapakować to, co Arne zgromadził na ladzie. Kiwnął jej głową i przewrócił oczami, dając do zrozumienia, że wolałby porozmawiać z nią.

– Dobra, przejdę się tam – powiedział zrezygnowany.

Sięgnął po torbę, położył na ladzie pieniądze i doczekawszy, aż dziewczyna odwróci na chwilę wzrok od pytającego ją o coś faceta, uśmiechnął się na pożegnanie. Uzyskał jej całkiem miły i chyba szczery uśmiech.

*

Śnieg stopniowo przestawał prószyć i jakimś cudem nie zamieniał się w deszcz. Arne szedł całkiem normalnym krokiem. Nie omijał kałuż w żaden szczególny sposób mimo lepszego nastroju, w jaki wprawiła go wizyta w sklepie.

Ulica wznosiła się lekko. Przez tworzącą niemal tunel plątaninę nagich gałęzi migotały czerwone światełka rafinerii nad zalesionym zboczem płaskowyżu. Mijane wąskie przecznice stawały się bardziej asfaltowymi duktami leśnymi niż ulicami miasta. Pachniało zimną mgłą.

W oddali rozdarło ciszę wycie motocykla i Arne przypomniał sobie, że jednak jest stary. Szybkiej jazdy motocyklem odechciało mu się już tak dawno, że nie pamiętał, kiedy to było. Zdarzało mu się jechać naprawdę szybko, mimo to nie miał nigdy wypadku. Właściwie przestał jeździć dlatego, że nie znosił ubierać się w skórzaną zbroję, w której musiał potem tkwić, zanim z ulgą nie wrócił do domu. Lęk przed prędkością i wypadkiem przyszedł o wiele później, sam, bez żadnej przyczyny. Dopiero po latach zdał sobie sprawę, jakim szaleństwem jest przeistaczać się w tak łatwy do wytrącenia ze swej trajektorii pocisk. Ale i dziś widok kolesia wymijającego samochody na jednym kole z prędkością stu kilkudziesięciu kilometrów na godzinę wywoływał czasami bolesne ukłucie zazdrości.

Motocykl odjechał i Arne znowu usłyszał własne kroki. Doszedł do Erlends vei. Numery rosły w dół przecznicy, skręcił więc w lewo. Domy na tych ulicach stały daleko od siebie, ukryte w gęstwinie wysokich krzewów i drzew, które na tyłach rozległych ogrodów przechodziły w dość gęsty las. Doszedł do posesji numer 19 i stanął przed furtką. Nacisnął dzwonek. Stojąca jakieś trzydzieści metrów za płotem klasycystyczna willa wyglądała na opuszczoną. Dach porastał mech, tynk na kolumienkach ganku odpadał płatami. Już miał dzwonić jeszcze raz, kiedy zamek w furtce skrzekliwie zabzyczał; pchnął furtkę i wszedł na kamienną ścieżkę. W jednym z niewielkich okien obok wejścia zapaliło się słabe światło. Stanął na ganku przed ciężkimi brązowymi drzwiami. Po dłuższej chwili usłyszał za nimi jakieś szmery, ale nikt nie otwierał. Pochylił się i głośno powiedział:

– Nazywam się Arne Hilmen. Jestem z komisariatu przy Nissens gate.

Usłyszał brzęk zdejmowanego łańcucha i szczęk dwóch zamków. Drzwi się uchyliły. Przełożył torbę do lewej ręki, otworzył drzwi szerzej i wszedł do małego, mrocznego przedpokoju. Na tle otwartej szafy z płaszczami stała niewysoka kobieta około siedemdziesiątki i przyglądała mu się podejrzliwie.

– Przyszedł pan z policji? – spytała niepewnie.

– Nazywam się Hilmen. Jestem oficerem policji z komisariatu dzielnicowego.

Postawił pod ścianą głośno szeleszczącą torbę z wystającą bułką i sięgnął do wewnętrznej kieszeni po legitymację. Długa bułka przeważyła i torba przewróciła się na podłogę. Widząc, że torba sama nie ustoi, wcisnął ją między ścianę a stojak na parasole. Podał legitymację kobiecie. Nawet na nią nie spojrzała. Wpatrywała się w niego z wyraźnym napięciem.

– Niczego nie ruszałam – powiedziała. – Czekałam, aż przyjdzie policja.

– To dobrze, a co się stało? – spytał, zerkając w stronę salonu, gdzie paliło się światło, które nieco rozjaśniało mrok przedpokoju.

– Moja służąca Greta Jensen zniknęła. Wydaje mi się, że coś ukradła. Nie ma jej już dwa dni.

– Nie jest pani pewna, że coś ukradła?

– Nie wiem, ale szukała czegoś w moich szufladach w sypialni. Nie chciałam nic ruszać.

– Zdarzało się już coś takiego?

– Nie, nigdy. – Zamyśliła się, ale wyglądało to dość sztucznie. – Właśnie to jest dziwne. Greta pracuje u mnie już bardzo długo. Kilkanaście lat.

– A zdarzało jej się znikać? – spytał, robiąc mały krok w stronę salonu.

– Nigdy. Ona ma ponad siedemdziesiąt lat i wychodzi tylko do sklepu. – Machnęła ręką w kierunku ulicy. – Proszę – powiedziała sztywno i weszła do salonu.

Urządzony w drobnomieszczańskim stylu, zastawiony był mieszaniną antyków i współczesnych mebli. Pod wiszącą na ścianie kopią renesansowego gobelinu z orszakiem królewskim stała jasnobrązowa kanapa na chromowanych nóżkach. Błyszczący stół z czterema krzesłami w pokrowcach zajmował centralne miejsce na wielkim perskim dywanie, który sięgał do przeciwległej ściany, w całości niemal zabudowanej ogromną biblioteką. Spora część książek wydawała się tylko dekoracją, sądząc po tłoczonych skórzanych grzbietach i równej, pasującej do półek wysokości. Na środku regału królował wielki plazmowy ekran, jak ołtarz udekorowany stojącymi z dwóch stron świecznikami. Największy dysonans w tym wnętrzu stanowiły zajmujące trzy czwarte ściany nowoczesne drzwi tarasowe, z trzema przesuwanymi szybami w aluminiowej ramie. Odbijał się w nich kryształowy żyrandol wypełniający salon brudnożółtym światłem.

– Nie wie pani, dokąd pani Jensen mogłaby pójść? Może jest u swojej rodziny? – spytał, wynajdując wzrokiem coraz mniej przyjemne zestawienia form i faktur.

– Ona tu nie ma rodziny. Jej syn mieszka od lat w Ameryce. – Pani Ronstad niespokojnie zerknęła na schody prowadzące z salonu na piętro. – Mogę pokazać panu te szuflady w sypialni? – Nie czekając na odpowiedź, ruszyła na górę.

Na piętrze zatrzymała się przed obrazem olejnym wiszącym w korytarzu. Przyjrzała mu się, cofając brodę, i wyprostowała go trochę. Weszła do sypialni. Zapaliła wysoką lampę z seledynowym abażurem i stanęła na wprost sporej, stylizowanej na antyk komody na nóżkach. Ponieważ komoda znajdowała się przy drzwiach, Arne został w korytarzu. Sylwetki pani Ronstad i komody stawały się coraz wyraźniejsze na tle ściany, którą stopniowo rozjaśniała energooszczędna żarówka. Dolna szuflada komody była prawie do połowy wysunięta. Pani Ronstad stała, niemal opierając się o łóżko równo przykryte pikowaną narzutą, i wpatrywała się w komodę, raz po raz zerkając na niego nerwowo. Wreszcie rozłożyła ręce w geście bezradności i spytała, wykrzywiając usta, jakby mebel wywoływał u niej jakieś niedobre skojarzenia:

– Może pan sprawdzić tę komodę?

– Ja nie jestem w stanie stwierdzić, co mogło zginąć. Pani musi to zrobić – powiedział, starając się utrzymać na twarzy łagodny uśmiech.

– A nie zatrę śladów? – spytała z zaniepokojeniem.

Podszedł do drzwi i oparł się o framugę.

– Podejrzewa pani, że ktoś inny niż pani służąca mógł coś stąd zabrać? O jakich śladach pani myśli?

Pokręciła głową z zakłopotaniem.

– Nie wiem. Mieszkam tu tylko z Gretą. Mój mąż zmarł pięć lat temu.

Przyglądał się jej z uwagą. Popatrywała to na niego, to na wysuniętą szufladę. Robiło to wrażenie, jakby z jakiegoś powodu bała się podejść do komody.

– Szuflada jest otwarta. Proszę sprawdzić, czy czegoś nie brakuje – powiedział łagodnie.

Zrobiła dwa niepewne kroki i uklękła na jednym kolanie przed wysuniętą szufladą. Zajrzała do niej, namyślając się nad czymś, po czym mechanicznymi ruchami przełożyła kilka apaszek i chustek z miejsca na miejsce. Odwróciła głowę w stronę Arne. Ponieważ milczał, uważnie zasunęła szufladę i wstała. Spojrzała jeszcze raz na komodę, a potem rozejrzała się, jakby jeszcze o czymś chciała powiedzieć. Wreszcie przygładziła idealnie ułożoną narzutę na łóżku i minąwszy go, wyszła z sypialni.

– Możemy chyba zejść – powiedziała, zerknąwszy z ukosa na obraz z górskim pejzażem, który przed chwilą poprawiała.

Arne kiwnął głową i przebiegł raz jeszcze spojrzeniem po sypialni. Idąc już korytarzem za schodzącą powoli panią Ronstad, przypomniał sobie, że w tym pomieszczeniu było jednak coś, co na chwilę przykuło jego uwagę, ale zapomniał o tym podczas tej dziwnej rozmowy o szufladzie. Cofnął się więc i przykucnął w drzwiach sypialni. Podłoga przed komodą pokryta była cienką, ale wyraźnie dostrzegalną warstwą kurzu. Zimne światło lampy stojącej pod oknem ślizgało się po parkiecie, wydobywając ledwo widoczne ślady pantofli. Pochylił się bardziej i zajrzał pod komodę. Warstwa kurzu była tam nieco grubsza. Przejechał dłonią po podłodze przy drzwiach. Tutaj kurzu nie było. Podniósł się i zszedł na dół. Pani Ronstad odwróciła się do niego i spytała:

– Będą panowie szukać pani Jensen?

– Tak, jeśli nie wróci do jutra, uruchomimy procedurę.

Kiwnęła głową, jakby nieprzekonana.

– Zgodnie z prawem w wypadku osoby dorosłej możemy zacząć poszukiwania po trzech dniach. Kiedy dokładnie pani Jensen wyszła z domu?

– Musiała wyjść wczoraj w nocy, bo rano już jej nie było.

Wydało mu się, że powiedziała to tak, jakby samo wspomnienie budziło większy niepokój, niż chciałaby ujawnić.

– Czy wzięła ze sobą jakieś swoje rzeczy?

– Nic nie wzięła. Tylko płaszcz.

Popatrzył na nią przez chwilę, niezdecydowany, ale ruszył w stronę przedpokoju.

Zanim jednak podniósł swoją torbę, odwrócił się i zapytał, uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem:

– A nie pokłóciły się panie jakoś?

– Nie, nie... – odpowiedziała szybko, marszcząc brwi, jakby takie przypuszczenie mogło ją urazić. Po chwili jednak zmieniła wyraz twarzy i dodała mniej pewnie: – Może trochę. Miałam pretensję, że ostatnio nie sprząta dokładnie.

Kiwnął głową i podniósł swoją szeleszczącą torbę.

– Zadzwonię do pani, jak tylko coś będę wiedział. O to samo również panią bardzo bym prosił. – Położył rękę na klamce. – A czy pani Jensen narzekała na jakieś dolegliwości? – spytał, otwierając drzwi.

– Tak, na reumatyzm. Miała ciągle bóle rąk. – Pani Ronstad cofnęła się, bo do przedpokoju wpadł zimny powiew.

– Proszę się nie martwić. Jeśli sama nie wróci, to ją znajdziemy. Jutro zadzwonię do pani – powiedział i zamknął drzwi, pozostawiając ją na tle ciemnej szafy z płaszczami.

Na dworze zrobiło się jakoś zimniej i zaczął padać drobny deszcz. Zanim dotarł do furtki, postawił na ziemi torbę i wyjął z niej bułkę, która już zaczynała namakać. Przełamał ją na pół, a z torby zrobił paczkę, którą umieścił pod pachą. Powalczył chwilę z zamkiem kurtki i dopięty pod szyję wyszedł na ulicę. Pomyślał, że mógłby zadzwonić do Liv, ale ponowne rozpinanie kurtki z nieporęczną paczką pod pachą wydało mu się zbyt męczącym przedsięwzięciem. Poza tym Liv znowu była na sesji, która nie wiadomo kiedy się skończy. Spróbował wyobrazić ją sobie jako siedemdziesięciolatkę. Czy zrobi się z niej taka koszmarna baba jak ta Ronstad? Ciekawe, jaki musiał być jej mąż, żeby tyle lat z nią wytrzymać.

Spróbował wyobrazić sobie panią Ronstad udzielającą reprymendy innej starszej pani, że źle posprzątała pod komodą. Czy one w ogóle rozmawiały ze sobą? Czy przyjaźniły się w jakiś sposób? Czy ta Jensen siedziała w jakimś pokoiku sama przez cały dzień, a chlebodawczyni tylko od czasu do czasu wydawała jej jakieś polecenia?

Tak czy inaczej coś dziwnego było w pani Ronstad. Stała przed tą komodą i z jakichś powodów nie chciała do niej podejść. Przejrzała rzeczy w szufladzie byle jak, jakby wiedziała, że nic nie zginęło. Z jednej strony zrozumiałe było jej zdenerwowanie. Zniknęła nagle osoba, która pomagała jej w codziennych zmaganiach, niezależnie, czy się lubiły, czy nie. Ale tam działo się coś jeszcze. Odegrała przed nim jakiś teatr, którego sensu nie był w stanie pojąć w tej chwili. Chyba że jej relacja z tą gosposią czy służącą była zupełnie inna. Niewykluczone też, że pani Ronstad była po prostu lekko szurnięta.

Snując te rozważania, o mało nie przegapił ulicy ze sklepem, gdzie postanowił jednak kupić już jakąkolwiek karmę dla kota. Zdziwił się nawet, że o tym zapomniał. Miał przecież ochotę jeszcze trochę porozmawiać z dziewczyną. Toteż rozczarował się, gdy wyszedłszy zza rogu, zobaczył, że sklep jest już zamknięty.

*

Odbicie jego twarzy w chromowanej lampie wyglądało dokładnie tak samo jak wczoraj – mała, blada plamka na wielkim cielsku swetra. Kubek z kawą parował tak samo i tak samo rozpościerał się przed nim bezkresny widok na śnieżnobiałe pola formularzy, przyprószone gdzieniegdzie szarymi literkami. Różnicę stanowiła metka nowego swetra, która drapała go w kark. Sam sweter wyglądał tak samo jak wszystkie jego swetry: kaszmirowy, w ciemnoszarym kolorze. Wiedziony jakimś ulotnym impulsem energii odstawił rano zrolowany dywan i dostał się do szafy. Przeszukał stertę identycznych swetrów, różniących się tylko stopniem znoszenia, i wybrał jedyny, który nie miał przetartych łokci.

W drzwiach stanęła pani Nygaard. Jej chłodne spojrzenie zza połówkowych okularów spoczęło na formularzach. Przesunął jeden z nich, tak jakby porównywał coś ze znajdującym się pod nim, i sięgnął po długopis, ale pani Nygaard wyszła bez słowa. Odłożył długopis i wsunął dłoń za kołnierz. Metka, tak jak się spodziewał, nie dawała się nijak ułożyć i wymagała zabiegu z użyciem noża o odłamywanym ostrzu, który był w posiadaniu właśnie pani Nygaard. Operację trzeba było jednak odłożyć na później. W tej chwili bezwzględnie musiał stworzyć wrażenie, że pracuje nad formularzami, a przed wyjściem musiał je po prostu wypełnić do końca.

Był szefem, ale to dzięki pani Nygaard komisariat przy Nissens gate funkcjonował jakoś w strukturach miejskiej policji jako ogniwo łańcucha przerobu wszelkiego rodzaju dokumentów, raportów i statystyk, co w przypadku tej dzielnicy było praktycznie jedyną jego funkcją. Ole, Gerd i Arne doskonale zdawali sobie sprawę, że dopóki potrzeby pani Nygaard w kwestii podpisów, raportów i zatwierdzeń po przeczytaniu będą zaspokajane, dopóty oni będą mogli czuć się bezpiecznie. Komenda główna pozostanie jedynie odległym gmaszyskiem z własnymi problemami i nikt tam nie wpadnie na pomysł, żeby coś tu kontrolować czy restrukturyzować. Pani Nygaard również zdawała sobie z tego sprawę, ale nigdy w żaden sposób nie nadużyła swojej nieformalnej władzy. Jedyną formą represji, jaką stosowała, było owo chłodne, milczące spojrzenie, którego zaznał przed chwilą. Z sekretariatu dobiegało klikanie w klawiaturę. Krótkie, szybkie serie uderzeń świadczyły o zdeterminowaniu i braku wątpliwości co do sensu pracy, którą wykonywała. Z jednej strony uspokajało go to, z drugiej wprawiało w zakłopotanie.

Pani Nygaard musiała być zrobiona z jakichś kompletnie innych komórek niż on. Mimo to żyli w pełnej symbiozie. Czuło się, że zdaje sobie ona sprawę z ich wdzięczności, ale było to chyba jedyne jej uczucie, którego byli świadomi. W jakimś sensie pozostawała nieprzenikniona. Niby rzeczowa, otwarta, konkretna, nawet ciepła w spontanicznych odruchach, a jednak niepojęta, żyjąca w jakimś innym świecie. Arne odczuwał ją jako niezbędne wyposażenie komisariatu., przystępne i użyteczne zakończenie połączenia sieciowego z komendą główną, może nawet z Interpolem, gdyby zaszła taka konieczność. Przecież on był żeglarzem. Jego dusza odżywała owiewana silnym, słonym wiatrem, rosła od mijanych w pędzie boi regatowych i twarzy podziwiających go dziewczyn.

Klawiatura pani Nygaard niepokojąco ucichła i Arne podpisał miesięczne zestawienie rachunków za benzynę dla radiowozu.

– Idzie pani dzisiaj na ten koncert? – spytał głośno i zaszeleścił formularzami. – Mógłbym panią podwieźć.

– Przecież pan tu przychodzi na piechotę – odpowiedziała niezbyt głośno; pewnie coś czytała albo przeglądała.

– Poszedłbym po samochód.

Zapadła chwila ciszy.

– Poszedłby pan? – Tu nastąpiła krótka pauza, ale już za moment usłyszał: – Lepiej niech pan to przed wyjściem skończy. Dziękuję, ale umówiona jestem na dzisiaj z dalszą rodziną.

– No tak – powiedział już bardziej do siebie i wczytał się w raport Gerda z wyjazdu do pękniętej szyby.

*

Koncert w dzielnicowym domu kultury dobiegał końca. Oświetlona punktowym reflektorem twarz Ole nie przypominała tej naiwnej rumianej gęby, którą znał na co dzień. Ostre górne światło zatopiło wyłupiaste nieco oczy w głębokich cieniach i zarysowało nieistniejące w biurze kości policzkowe. Tym razem Ole nie szarpał strun ogromnego czarnego kontrabasu. Grał smyczkiem. Fortepian ucichł. Perkusja szemrała tylko, stwarzając stopnie, po których Ole wbiegał i zbiegał, zatrzymywał się z namysłem, to znów skakał po kilka na raz, nagle zjeżdżał, jakby były pochylnią, by znów wspiąć się dostojnym krokiem. Kurde, on naprawdę fajnie na tym gra – pomyślał Arne. W momencie gdy perkusja mocniej zaznaczyła swoją obecność i dołączył do niej fortepian, na sali rozległy się przytłumione śmiechy. Arne dostrzegł małą dziewczynkę mozolnie wspinającą się z boku na scenę.

– Rita! Gdzie ty tam wchodzisz! Wracaj tu zaraz! – rozległo się ściszone wołanie jakiejś kobiety.

– On ma duże skrzypce! – odkrzyknęła dziewczynka. Z boku pojawiła się pochylona postać, najprawdopodobniej jej taty; zanim się wyprostowała i ruszyła do Ole, zdołał zdjąć ją ze sceny. Ktoś błysnął fleszem i w tym momencie utwór się skończył. Rozległy się brawa. Wydało mu się, że po części dla dziewczynki.

*

On coraz częściej mówi, że chce zrezygnować z pracy. Ja widzę, że jest sfrustrowany. Ukrywa to, ale jest coraz gorzej – powiedziała cicho żona Ole, błądząc wzrokiem po holu przed szatnią.

– Wszyscy się trochę nudzimy. – Arne westchnął, zaglądając do pogniecionej paczki w poszukiwaniu ostatniego papierosa.