Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cząstka prawdy - Lisa Unger

Powieść sensacyjno-obyczajowa z bohaterami znanymi z „Pięknych kłamstw” (W.A.B. VIII 2013).

Ridley, nowojorska dziennikarka, odbiera z zakładu zdjęcia, na których jest ze swym chłopakiem. Na fotografiach, robionych w różnych miejscach, zawsze jest też ktoś trzeci. Czy to możliwe, by był to Max, nie żyjący wuj Ridley?

Podejmując prywatne śledztwo, kobieta odkrywa straszną prawdę o swej rodzinie, prowadzącą do wielkiej, międzynarodowej afery. Pełna niespodziewanych zdarzeń, mocna powieść - ostrzeżenie przed "przymykaniem oczu" na rodzinną przemoc i wszelkie zło.

Opinie o ebooku Cząstka prawdy - Lisa Unger

Fragment ebooka Cząstka prawdy - Lisa Unger

LISA

UNGER

CZĄST­KA PRAW­DY

Prze­ło­ży­ła Zo­fia Uhry­now­ska-Ha­nasz

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Sli­ver of truth

Co­py­ri­ght © 2006 Lisa Unger

This trans­la­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Crown Pu­bli­shers, an im­print of the Crown Pu­bli­shing Gro­up, a di­vi­sion of Ran­dom Ho­use, Inc.

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Zo­fia Uhry­now­ska-Ha­nasz, MMXIII

War­sza­wa MMXIII

Wszyst­kie po­sta­cie wtej książ­ce są fik­cyj­ne. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do osób rze­czy­wi­stych – ży­wych czy zmar­łych – jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we.

Dla Oce­an Rae

Któ­ra jesz­cze przed swo­im po­ja­wie­niem się na świe­cie zmie­ni­ła mnie w spo­sób, ja­kie­go nig­dy nie po­dej­rze­wa­łam…

Któ­ra przy­nio­sła Jef­frey­owi i mnie wię­cej mi­ło­ści i ra­do­ści, niż mo­głam się spo­dzie­wać.

Już samo ocze­ki­wa­nie na nią wy­da­ło mi się naj­wspa­nial­szym da­rem… na­wet wte­dy, kie­dy była za­le­d­wie bły­skiem słoń­ca na wo­dzie.

Jej obec­ność w na­szym ży­ciu jest bło­go­sła­wień­stwem.

25 grud­nia 2005

Część ICóreczka tatusia

Prolog

Za­sta­na­wia­ła się, czy to moż­li­we, a co wię­cej, nor­mal­ne, żeby dwa­dzie­ścia lat ży­cia spę­dzić u boku ko­goś, kogo chwi­la­mi ko­chasz bar­dziej niż sie­bie samą, a chwi­la­mi nie­na­wi­dzisz tak moc­no, że masz ocho­tę wziąć nową że­liw­ną pa­tel­nię i zdzie­lić go przez gło­wę. A może po pro­stu te my­śli były prze­ja­wem jed­ne­go z przy­pad­ko­wych, ale ostrych ata­ków zwia­stu­ją­cych me­no­pau­zę. Może zresz­tą za­wi­nił fakt, że zde­ze­lo­wa­ny kli­ma­ty­za­tor, o któ­re­go wy­mia­nę pro­si­ła go od dwóch se­zo­nów, nie ra­dził so­bie z kuch­nią, gdzie na ogniu sta­ły trzy ron­dle, a w pie­kar­ni­ku pie­czeń wie­przo­wa.

Upał naj­wy­raź­niej nie ro­bił na nim wra­że­nia: sie­dział przed samą kuch­nią z „Ti­me­sem” w ręku, z no­ga­mi opar­ty­mi na stoł­ku i z kie­lisz­kiem mer­lo­ta na sto­li­ku obok. Nie mogę po­wie­dzieć – za­ofe­ro­wał mi na­wet po­moc, tyle że na swój nie­sko­ry do po­mo­cy spo­sób: „Może ci po­móc?” (ale bez pod­no­sze­nia gło­wy znad wia­do­mo­ści spor­to­wych). Nie: „Co mógł­bym zro­bić” (pod­wi­ja­jąc rę­ka­wy) albo: „Ty so­bie te­raz na chwil­kę usiądź, a ja wy­ci­snę czo­snek” (na­le­wa­jąc jej kie­li­szek wina). Tak so­bie wy­obra­ża­ła szcze­rą ofer­tę po­mo­cy. Za­le­ża­ło jej, żeby na­le­gał. Szcze­gól­nie, że nig­dy nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, by się roz­siąść z kie­lisz­kiem wina i czy­tać, pod­czas gdy on ty­rał­by, przy­go­to­wu­jąc je­dze­nie dla przy­ja­ciół (jego przy­ja­ciół, no­ta­be­ne), nie­za­leż­nie od tego, czy­by od­rzu­cał jej ofer­ty po­mo­cy, czy nie.

Spoj­rza­ła na ze­gar; po­czu­ła, że po­ziom jej stre­su ro­śnie. Za go­dzi­nę mie­li przyjść go­ście, a ona na­wet jesz­cze nie wzię­ła prysz­ni­ca. Wes­tchnę­ła i wal­nę­ła garn­kiem o zle­wo­zmy­wak. Mąż spoj­rzał znad ga­ze­ty.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał, wsta­jąc.

– Nie – mruk­nę­ła na­bur­mu­szo­na. – Jest go­rą­co, a ja mu­szę jesz­cze wziąć prysz­nic.

– Okej. – Wy­jął jej z ręki łyż­kę ce­dza­ko­wą, a na­stęp­nie ob­jął ją wpół i ob­da­rzył jed­nym ze swo­ich dia­bel­skich uśmie­chów, któ­re za­wsze po­pra­wia­ły jej hu­mor, żeby była nie wia­do­mo jak wście­kła.

– Nie złość się – po­wie­dział i po­ca­ło­wał ją w szy­ję.

Od­su­nę­ła się od nie­go na mo­ment, uda­jąc ob­ra­żo­ną i nie­do­stęp­ną, ale bar­dzo szyb­ko zmię­kła.

– Je­że­li po­trze­bu­jesz po­mo­cy, to dla­cze­go nie po­wiesz? – wy­szep­tał jej do ucha, wy­wo­łu­jąc u niej gę­sią skór­kę ero­tycz­ne­go pod­nie­ce­nia.

– Sam po­wi­nie­neś wie­dzieć – od­par­ła, w dal­szym cią­gu na­dą­sa­na.

– Masz ra­cję – mruk­nął w miej­sce po­mię­dzy szy­ją a oboj­czy­kiem. – Prze­pra­szam cię bar­dzo, w czym mógł­bym po­móc?

– W czym? – Na­gle po­czu­ła się głu­pio. – Pra­wie wszyst­ko jest już zro­bio­ne.

Od­su­nął się od niej, wy­jął z szaf­ki kie­li­szek i na­lał wina.

– A co byś po­wie­dzia­ła na to? Ty zro­bisz so­bie prysz­nic, a ja po­zmy­wam. Zaj­mę się tymi ga­ra­mi.

Wzię­ła od nie­go kie­li­szek i po­ca­ło­wa­ła go w usta. Po dwu­dzie­stu la­tach w dal­szym cią­gu lu­bi­ła jego smak (pod wa­run­kiem, że aku­rat nie my­śla­ła o tym, żeby go zdzie­lić pa­tel­nią). Ro­zej­rza­ła się po miesz­ka­niu po­ło­żo­nym w West Vil­la­ge, któ­re­go więk­sza część była wi­docz­na nad ba­rem dzie­lą­cym kuch­nię od sa­lo­nu i prze­strze­ni ja­dal­nej. Nie­wiel­kie, cia­sne miesz­ka­nie zo­sta­ło za­gra­co­ne rze­cza­mi w do­brym gu­ście, książ­ka­mi i zdję­cia­mi, gro­ma­dzo­ny­mi w cią­gu ca­łe­go ich wspól­ne­go ży­cia. Duża ka­na­pa i do kom­ple­tu mała ka­nap­ka były sta­re i znisz­czo­ne, ale w do­brym ga­tun­ku i wy­god­ne, jak ra­mio­na ko­goś bli­skie­go. Sto­lik kok­taj­lo­wy sta­no­wił dru­gie wcie­le­nie sta­rych drzwi, ku­pio­nych kie­dyś w an­ty­kwa­ria­cie w New Hope w Pen­syl­wa­nii. Te­le­wi­zor, tak jak i za­in­sta­lo­wa­ny w oknie kli­ma­ty­za­tor, był od daw­na wy­ma­ga­ją­cym wy­mia­ny di­no­zau­rem. Sy­pial­nię mie­li tak małą, że le­d­wie mie­ści­ła łoże mał­żeń­skie i dwa sto­li­ki noc­ne za­wa­lo­ne książ­ka­mi. Mo­gli­by so­bie po­zwo­lić na coś lep­sze­go, coś znacz­nie więk­sze­go… w Bro­okly­nie albo w Ho­bo­ken. Ale byli man­hat­tań­czy­ka­mi z krwi i ko­ści i nie wy­obra­ża­li so­bie, by dzie­lił ich od mia­sta most albo tu­nel. Może to i głu­pie, ale bio­rąc pod uwa­gę po­wyż­sze spra­wy, jak rów­nież fakt, że czynsz wy­no­sił tyl­ko sześć­set do­la­rów mie­sięcz­nie (i to nie­zmien­nie od 1970 roku), a to dla­te­go, że miesz­ka­nie prze­ka­zał im brat Al­le­na, któ­ry się prze­pro­wa­dził do uro­cze­go prze­ro­bio­ne­go ze staj­ni domu w Park Slo­pe – no więc bio­rąc to wszyst­ko pod uwa­gę, po pro­stu zo­sta­li w tym miesz­ka­niu. Ma­rze­nie o dzie­ciach nig­dy się nie zi­ści­ło – jed­nym sło­wem, za­bra­kło po­wo­dów, by po­więk­szać prze­strzeń ży­cio­wą. I do­pie­ro ostat­nio za­czę­li od­czu­wać pe­wien dys­kom­fort.

Nowy go­spo­darz mia­no­wi­cie, wie­dząc, że za ich miesz­ka­nie mógł­by brać mie­sięcz­nie dwa albo na­wet i trzy ty­sią­ce do­la­rów, nie spie­szył się z ja­ki­mi­kol­wiek na­pra­wa­mi w na­dziei, że zmu­si ich w ten spo­sób do wy­pro­wadz­ki. Bo w sta­rym domu i w sta­rym miesz­ka­niu awa­rii nie bra­ko­wa­ło – a to prze­pa­lił się bez­piecz­nik, a to coś cie­kło, i tak w kół­ko.

Ostat­nio czę­ściej roz­ma­wia­li o prze­pro­wadz­ce, ale ceny w mie­ście były po­ra­ża­ją­ce. W ich ży­ciu bar­dziej li­czy­ło się do­świad­cze­nie i po­dró­że niż pre­sti­żo­we miesz­ka­nie czy te­le­wi­zor z pła­skim ekra­nem. I cho­ciaż do­brze im się po­wo­dzi­ło – ona była re­por­ter­ką od spraw kry­mi­nal­nych pi­szą­cą dla róż­nych ga­zet miej­skich, w tym ostat­nio dla „Ti­me­sa”, a on za­wo­do­wym fo­to­gra­fem pra­cu­ją­cym w re­kla­mie – to prze­cież mu­sie­li do­ko­ny­wać wy­bo­rów. Żyj do­brze, po­dró­żuj wy­god­nie i od­kła­daj na eme­ry­tu­rę, nie przej­mu­jąc się zbyt­nio miesz­ka­niem. Z do­cho­wa­niem wier­no­ści tej de­wi­zie nig­dy nie mie­li pro­ble­mów. Obej­rze­li świat, ale w głę­bi ser­ca da­lej po­zo­sta­li od­kryw­ca­mi. Ma­jąc nie­wie­le po pięć­dzie­siąt­ce, byli do­brze przy­go­to­wa­ni do tego, żeby w cią­gu dzie­się­ciu lat przejść na eme­ry­tu­rę, cho­ciaż nig­dy nie do­ro­bi­li się żad­nej nie­ru­cho­mo­ści.

O tym wszyst­kim my­śla­ła pod prysz­ni­cem i my­śli te uspo­sa­bia­ły ją po­god­nie. Szczę­śli­wie pod­grze­wacz wody dzia­łał tego dnia bez za­rzu­tu. Spo­dzie­wa­li się Elli i Ric­ka, przy­ja­ciół Al­le­na z col­le­ge’u. Wie­dzia­ła, że przyj­dą z bu­tel­ką wina za sto do­la­rów, że Ella bę­dzie mia­ła na so­bie coś wy­jąt­ko­wo ele­ganc­kie­go i kosz­tow­ne­go i że Rick znów za­cznie opo­wia­dać o swo­jej no­wej za­baw­ce, czym­kol­wiek się ona tym ra­zem oka­że. Nie wy­da­wa­li się sno­ba­mi, byli bez­pre­ten­sjo­nal­ny­mi do­bry­mi ludź­mi, tyle że bar­dzo bo­ga­ty­mi, i to po­czu­cie ema­no­wa­ło z nich fa­la­mi, do­ma­ga­jąc się za­uwa­że­nia, wy­mu­sza­jąc po­rów­na­nia. Kie­dy nie była w naj­lep­szym na­stro­ju, prze­szka­dza­ło jej to bar­dziej, niż po­win­no. Al­len by tego nie zro­zu­miał; jego my­śle­nie w tym kie­run­ku nie dzia­ła­ło. Po­tra­fił się cie­szyć suk­ce­sa­mi przy­ja­ciół, ich za­baw­ka­mi czy let­ni­mi do­ma­mi, jak­by były jego wła­sne. Nie wie­rzył w po­rów­na­nia.

My­śla­ła o tym wszyst­kim, spłu­ku­jąc z wło­sów od­żyw­kę. Na­gle gdzieś w ich miesz­ka­niu, a może nad czy pod nimi roz­le­gło się stu­ka­nie, na tyle gło­śne, że ją za­nie­po­ko­iło. Pew­nie na­wa­lił pod­grze­wacz wody albo coś u są­sia­dów, po­my­śla­ła. Mo­dli­ła się, żeby to nie byli go­ście, któ­rzy przy­szli za wcze­śnie. Albo go­spo­darz, któ­ry wła­śnie po­sta­no­wił za­koń­czyć awan­tu­rę o fa­tal­ny prze­ciek w ła­zien­ce, da­ją­cy im się we zna­ki, ile­kroć są­sie­dzi z góry bra­li prysz­nic. Dzi­siaj za­gro­zi­li mu, że za­wie­szą pła­ce­nie ko­mor­ne­go, do­pó­ki nie usu­nie awa­rii. Roz­mo­wa skoń­czy­ła się tym, że go­spo­darz prze­szedł na oj­czy­sty ję­zyk, ja­kiś bar­dzo szorst­ki i wschod­nio­eu­ro­pej­ski, krzy­cząc na nich, cze­go nie zro­zu­mie­li. Za­trza­snę­li mu drzwi przed no­sem, ale on jesz­cze, zbie­ga­jąc po scho­dach, nie prze­sta­wał wrzesz­czeć.

– Ci wschod­ni Eu­ro­pej­czy­cy są w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ni – za­uwa­żył nie­po­ru­szo­ny Al­len.

– Może to już czas. Opro­cen­to­wa­nie jest ni­skie. Stać nas na dużą za­licz­kę. Jack ra­dził nam in­we­sto­wać w pa­pie­ry nie­ru­cho­mo­ści, żeby nie mieć kło­po­tów na eme­ry­tu­rze – po­wie­dzia­ła, ma­jąc na my­śli ich do­rad­cę fi­nan­so­we­go.

– Ale co z kosz­ta­mi ob­słu­gi dłu­gu… I kto nam za­gwa­ran­tu­je, że w cią­gu naj­bliż­szych dzie­się­ciu lat ceny nie spad­ną? – prze­rwał i po­trzą­snął gło­wą. – Nie mo­gli­by­śmy so­bie po­zwo­lić na ku­po­wa­nie w mie­ście.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Była to sta­ra roz­mo­wa, w któ­rą żad­ne z nich ja­koś się szcze­gól­nie nie an­ga­żo­wa­ło. Mach­nę­ła ręką i po­szła na ry­nek na Union Squ­are, żeby ku­pić pro­duk­ty na ko­la­cję. W dro­dze po­wrot­nej spo­tka­ła na uli­cy go­spo­da­rza, do któ­re­go na­wet pró­bo­wa­ła się uśmiech­nąć, ale mi­nął ją, wrzesz­cząc coś do te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go w swo­im gar­dło­wym ję­zy­ku.

Te­raz wy­szła spod prysz­ni­ca, na­kry­ła się ręcz­ni­kiem, dru­gim owi­nę­ła swo­je dłu­gie rude wło­sy i przy­stą­pi­ła do my­cia zę­bów. Z sa­lo­nu do­cho­dzi­ła mu­zy­ka ste­reo, więc po­my­śla­ła, że mąż na­sta­wił ją gło­śniej, niż miał zwy­czaj. Ale nie sły­sza­ła roz­mo­wy, co przy­ję­ła z wiel­ką ulgą – bo to zna­czy­ło, że nie ma jesz­cze go­ści ani awan­tu­ru­ją­ce­go się go­spo­da­rza. Po prysz­ni­cu po­czu­ła się le­piej; uśmiech­nę­ła się do swo­je­go od­bi­cia w lu­strze. Po­my­śla­ła, że nadal jest ład­na – z du­ży­mi zie­lo­ny­mi ocza­mi, lek­ki­mi pie­ga­mi i wciąż nie­złą cerą – je­śli nie li­czyć ku­rzych ła­pek w ką­ci­kach ust i oczu.

Nu­cąc z ra­diem ła­two wpa­da­ją­cą w ucho me­lo­dię w wy­ko­na­niu jed­ne­go z dzie­cię­cych lau­re­atów pro­gra­mu Idol Ame­ry­ki, po­my­śla­ła, że to dziw­ne, że za­miast słu­chać przez ra­dio ta­kiej pio­sen­ki, Al­len nie na­sta­wił ja­kiejś pły­ty Mo­zar­ta czy Cho­pi­na, co by­ło­by bar­dziej w jego gu­ście. Al­len jed­nak pró­bo­wał cza­sem być „hip”, szcze­gól­nie kie­dy miał przyjść Rick. Bo to wła­śnie Rick był hip – a przy­najm­niej za ta­kie­go się po­da­wał. Nie chcia­ła im mó­wić, że ten, kto uży­wał sło­wa „hip” – z pew­no­ścią nim nie był. Ona z Ellą za­wsze wy­mie­nia­ły dys­kret­ne uśmie­chy, ile­kroć Rick i Al­len uda­wa­li, że są na bie­żą­co w ak­tu­al­nych tren­dach.

Tym­cza­sem znów roz­le­gło się stu­ka­nie. Tyl­ko że tym ra­zem bar­dziej przy­po­mi­na­ło cięż­ki ło­mot i do­cho­dzi­ło jak­by z sa­lo­nu. Otwo­rzy­ła drzwi ła­zien­ki i za­wo­ła­ła męża po imie­niu. Ale nie było od­po­wie­dzi, za to te­raz, kie­dy drzwi do ła­zien­ki były otwar­te, a ona szła w stro­nę kuch­ni, mu­zy­ka wy­da­wa­ła się jesz­cze gło­śniej­sza. Z ser­cem trze­po­czą­cym jak ptak po­now­nie za­wo­ła­ła Al­le­na.

Przed sobą do­strze­gła coś le­żą­ce­go na pod­ło­dze. Rę­ka­wicz­ka? Nie, ręka. Na pod­ło­dze le­ża­ła ręka jej męża. Od tej chwi­li wszyst­ko za­czę­ło się dziać jak­by w zwol­nio­nym tem­pie. Pierw­sza myśl, jaka prze­mknę­ła jej przez gło­wę, kie­dy wy­szła zza rogu i zo­ba­czy­ła swo­je­go męża le­żą­ce­go na pod­ło­dze: za­wał ser­ca! Uklę­kła koło nie­go, a on za­mru­gał ocza­mi w jej stro­nę, usi­łu­jąc coś po­wie­dzieć.

– Al­len, wszyst­ko bę­dzie do­brze, ko­cha­nie… – pró­bo­wa­ła go po­cie­szyć, zdu­mio­na wła­snym spo­ko­jem. Jej głos za­brzmiał moc­no, pew­nie. – Za­raz we­zwę po­go­to­wie. Po­cze­kaj, ko­cha­nie, nie przej­muj się.

Wszyst­ko bę­dzie do­brze, po­wta­rza­ła so­bie z dziw­nym opa­no­wa­niem. W dzi­siej­szych cza­sach za­wał nie musi ozna­czać naj­gor­sze­go. Brał prze­cież aspi­ry­nę. Po­mo­że mu usiąść i poda aspi­ry­nę, kie­dy będą cze­ka­li na ka­ret­kę.

Ale w tym mo­men­cie zo­ba­czy­ła pod nim ka­łu­żę krwi, a w jego oczach prze­ra­że­nie. Chwi­lę póź­niej za­uwa­ży­ła sto­ją­cych przy drzwiach męż­czyzn.

Byli ubra­ni na czar­no. Je­den z nich trzy­mał pi­sto­let; dru­gi nóż z kosz­mar­nym ząb­ko­wa­nym ostrzem, czer­wo­nym od krwi. Obaj mie­li na twa­rzach ko­mi­niar­ki i blo­ko­wa­li jej do­stęp do te­le­fo­nu.

– Cze­go chce­cie? – za­py­ta­ła, czu­jąc, że opusz­cza ją spo­kój. – Mo­że­cie do­stać wszyst­ko. – Ro­zej­rza­ła się do­ko­ła i po­my­śla­ła, że wła­ści­wie nie mają nic, co by przed­sta­wia­ło ja­kąś war­tość. Na­wet jej ślub­na ob­rącz­ka była tyl­ko zwy­kłym krąż­kiem ze zło­ta. W port­fe­lu mia­ła dwa­dzie­ścia do­la­rów, a Al­len z pew­no­ścią jesz­cze mniej. Po­czu­ła u swo­ich stóp cie­płą wil­goć i zo­rien­to­wa­ła się, że ka­łu­ża krwi, zbie­ra­ją­ca się pod jej mę­żem, do­tar­ła do niej. Al­len był bla­dy; oczy miał te­raz za­mknię­te.

– Nie ru­szaj się – po­wie­dział je­den z męż­czyzn; nie wie­dzia­ła na­wet któ­ry. Cała sy­tu­acja sta­ła się ja­kaś mgli­sta i nie­re­al­na. Pró­bo­wa­ła my­śla­mi na­dą­żyć za tym, co się dzia­ło. – I ani sło­wa.

Je­den z męż­czyzn pod­szedł do niej szyb­ko i za­nim zdą­ży­ła się po­ru­szyć, zła­pał ją za nad­gar­stek, ob­ró­cił do sie­bie i za­rzu­cił na gło­wę czar­ną płach­tę, wią­żąc ją do­ko­ła szyi. W głę­bi du­szy wie­dzia­ła, o co cho­dzi. Tyl­ko nie mo­gła w to uwie­rzyć. Po­czu­ła u na­sa­dy szyi obez­wład­nia­ją­cy ból, przed ocza­mi wszyst­kie gwiaz­dy, a po­tem już nic.

1

Bie­gnę, ale zda­ję so­bie spra­wę, że moje moż­li­wo­ści się koń­czą; ból w boku jest tak sil­ny, że już ku­le­ję; w płu­cach pali ży­wym ogniem. Nie sły­szę jego kro­ków, ale wiem, że jest bli­sko. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że w ten czy inny spo­sób to­wa­rzy­szy mi całe ży­cie. Ja je­stem świa­tłem, on cie­niem. Współ­ist­nie­li­śmy, nig­dy się ze sobą nie spo­ty­ka­jąc. Gdy­bym była grzecz­ną dziew­czyn­ką, taką, na jaką zo­sta­łam wy­cho­wa­na, nig­dy bym go nie po­zna­ła. Ale za póź­no na żale.

Je­stem na Hart Is­land w Bronk­sie, na miej­skim cmen­ta­rzu dla bez­dom­nych i ubo­gich – w miej­scu po­nu­rym i prze­ra­ża­ją­cym, zna­nym jako Pot­ter’s Field. Jak tu­taj wy­lą­do­wa­li­śmy – to dłu­ga hi­sto­ria, ale wiem, że ta hi­sto­ria tu­taj się skoń­czy – może tyl­ko dla nie­któ­rych, a może dla nas wszyst­kich. Przede mną ma­ja­czy wy­so­ki opusz­czo­ny bu­dy­nek, któ­ry jak­by za­pa­dał się w sie­bie. Noc jest ciem­niej­sza – na wie­le spo­so­bów – niż się to mie­ści w moim do­tych­cza­so­wym do­świad­cze­niu. Pod gru­bą po­kry­wą chmur kry­je się skra­wek księ­ży­ca. Nie­wie­le wi­dać, ale do­strze­gam, jak on zni­ka za zwi­sa­ją­cy­mi krzy­wo na za­wia­sach drzwia­mi. Idę za nim.

– Ri­dley! – sły­szę za sobą głos.

Ale nie od­po­wia­dam. Idę na­przód aż do drzwi wej­ścio­wych domu. Wa­ham się przez chwi­lę, pa­trząc na ko­śla­wy, za­pa­da­ją­cy się bu­dy­nek, i za­sta­na­wiam się, czy aby nie jest za póź­no na to, żeby się obej­rzeć za sie­bie.

I wła­śnie wte­dy do­strze­gam go przed sobą. Wo­łam, ale mi nie od­po­wia­da, od­wra­ca się tyl­ko i wol­no się ode mnie od­da­la. Idę za nim. Gdy­bym so­bie ce­ni­ła swo­je ży­cie i zdro­we zmy­sły, po­zwo­li­ła­bym mu odejść, ma­jąc na­dzie­ję, że od­wdzię­czy mi się tym sa­mym. Mo­gli­by­śmy wró­cić do daw­ne­go sta­nu rze­czy. On by żył w świe­cie, któ­re­go ist­nie­nia na­wet nie po­dej­rze­wa­łam; ja ży­ła­bym wła­snym ży­ciem, pi­sząc ar­ty­ku­ły do pra­sy, cho­dząc do kina, spo­ty­ka­jąc się z przy­ja­ciół­mi na drin­kach.

Strach i złość wal­czą o lep­sze w mo­jej pier­si. Nie­na­wiść ma wy­raź­ny smak i kon­sy­sten­cję; pali mnie w gar­dle jak żółć. Przez chwi­lę sły­szę głos ko­goś, kogo ko­cha­łam: „Ri­dley, daj upust nie­na­wi­ści i odejdź. To tyl­ko spra­wa jed­no­ra­zo­we­go wy­bo­ru. Obo­je mo­że­my to zro­bić. Żeby żyć, nie mu­si­my znać wszyst­kich od­po­wie­dzi. Tak wca­le nie musi być”. Po chwi­li znik­nął mi z oczu.

Te­raz wiem, że te sło­wa to były kłam­stwa. Nie­na­wiść nie od­pusz­cza. A od­cho­dze­nie nie na­le­ży do mo­ich wy­bo­rów. Może nig­dy nie na­le­ża­ło. Może przez całe ży­cie sta­łam na dro­dze tego po­cią­gu to­wa­ro­we­go, przy­tro­czo­na do szyn, za sła­ba, za głu­pia i zbyt upar­ta na to, żeby cho­ciaż pró­bo­wać się ra­to­wać.

Wcho­dząc do bu­dyn­ku, mam wra­że­nie, że sły­szę dud­nie­nie sil­ni­ków okrę­to­wych. Czu­ję sła­bą iskier­kę na­dziei i za­sta­na­wiam się, czy to nad­cią­ga po­moc. Znów sły­szę swo­je imię, oglą­dam się i wi­dzę swo­je­go je­dy­ne­go przy­ja­cie­la, któ­ry zbli­ża się do mnie nie­pew­nym kro­kiem. Jest ran­ny i wiem, że po­ko­na­nie dzie­lą­cej nas od­le­gło­ści zaj­mie mu spo­ro cza­su. Przez mo­ment mam ocho­tę do nie­go po­dejść, po­móc mu. Ale we­wnątrz sły­szę ruch i jęki osia­da­ją­ce­go bu­dyn­ku. Od­dech mam płyt­ki, przy­spie­szo­ny. Wcho­dzę głę­biej.

– Prze­stań ucie­kać, ty tchó­rzu! – wrzesz­czę w gi­gan­tycz­ną ciem­ność. Ten krzyk w opusz­czo­nym wnę­trzu po­wta­rza echo. – Chcę zo­ba­czyć two­ją twarz!

Mój głos od­bi­ja się od ota­cza­ją­cych mnie po­wierzch­ni. Nie sły­chać w nim stra­chu ani roz­pa­czy, któ­re od­czu­wam. Wy­da­je się sil­ny i pew­ny. Zza pa­ska dżin­sów wy­cią­gam broń. Me­tal jest cie­pły od kon­tak­tu z cia­łem. Czu­ję w dło­ni splu­wę jako coś so­lid­ne­go i słusz­ne­go. Po raz dru­gi w ży­ciu trzy­mam w ręku broń z za­mia­rem jej uży­cia. Nie czu­ję się z tym le­piej niż za pierw­szym ra­zem, ale pew­niej, wiem, że je­śli na­ci­snę spust, to wy­pa­li.

Wy­cho­dzi z cie­nia i po­ru­sza się ci­cho, pły­nie jak duch, któ­rym jest. Ro­bię krok w jego kie­run­ku, a na­stęp­nie za­trzy­mu­ję się i uno­szę broń. W dal­szym cią­gu nie wi­dzę jego twa­rzy. Kie­dy księ­życ prze­su­wa się przez wy­rwę w po­kry­wie chmur, przez dziu­ry w su­fi­cie wpa­da mlecz­ne świa­tło. Z ciem­no­ści wy­ła­nia­ją się kształ­ty. Po­su­wa się wol­no w moją stro­nę. Nie ucie­kam, ale broń za­czy­na drżeć w mo­jej dło­ni.

– Nie rób tego, Ri­dley, nie bę­dziesz po­tra­fi­ła póź­niej z tym żyć.

Głos do­cho­dzi zza mnie. Od­wra­cam się i wi­dzę ko­goś, kogo nie spo­dzie­wa­łam się już w ży­ciu zo­ba­czyć.

– To nie two­ja spra­wa! – wrzesz­czę i z po­wro­tem od­wra­cam się do czło­wie­ka, któ­re­go ści­ga­łam.

– Nie bądź głu­pia, Ri­dley. Rzuć tę broń. – Do­cho­dzą­cy zza mnie głos jest pe­łen roz­pa­czy, ła­mie się z nad­mia­ru emo­cji. – Wiesz, że nie mogę po­zwo­lić ci go za­bić.

Rytm mo­je­go ser­ca re­agu­je na strach w jego gło­sie. Co ja ro­bię? W ustach mam su­cho od ad­re­na­li­ny; czu­ję mro­wie­nie na kar­ku. Nie mogę strze­lić, ale i nie mogę opu­ścić bro­ni. Czu­ję po­trze­bę wy­da­nia krzy­ku, w któ­rym był­by za­war­ty strach i gniew, fru­stra­cja i dez­orien­ta­cja, ale wszyst­ko więź­nie mi w gar­dle.

Kie­dy wresz­cie zbli­ża się do mnie na tyle, że jest wi­docz­ny, pa­trzę na jego twarz. Ab­so­lut­nie jej nie roz­po­zna­ję. Wstrzy­mu­ję od­dech, wi­dząc, jak roz­le­wa się na niej sze­ro­ki okrut­ny uśmiech. I wresz­cie do­cie­ra do mnie: jest tym czło­wie­kiem, o któ­rym mó­wią, że nim jest.

– O Boże. – Opusz­czam broń. – Och, nie.

2

Pew­nie my­śle­li­ście, że to już mój ko­niec. Może przy­najm­niej mie­li­ście na­dzie­ję, że por­cja dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, jaka mi przy­pa­dła na całe ży­cie, zo­sta­ła wy­czer­pa­na, że ży­cie nie ma już dla mnie w za­na­drzu żad­nych nie­spo­dzia­nek, że od tej chwi­li wszyst­ko po­to­czy się gład­ko. Wierz­cie mi: ja też tak my­śla­łam. Nie­ste­ty, my­li­li­śmy się – i wy, i ja.

Mniej wię­cej rok temu cała se­ria przy­ziem­nych wy­da­rzeń i ba­nal­nych de­cy­zji po­łą­czy­ła moje ży­cie z ży­ciem pew­ne­go mal­ca, któ­ry na­zy­wa się Ju­stin Whe­eler. Sta­łam aku­rat w chłod­ny je­sien­ny po­ra­nek na­prze­ciw­ko nie­go, po dru­giej stro­nie uli­cy, kie­dy mały na­gle do­słow­nie wtar­gnął pod nad­jeż­dża­ją­cą pół­cię­ża­rów­kę. Nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwi­li, wy­sko­czy­łam na jezd­nię, zła­pa­łam dzie­cia­ka i ucie­kłam z nim sprzed nad­jeż­dża­ją­ce­go sa­mo­cho­du, któ­ry z pew­no­ścią za­bił­by jego, a może na­wet i mnie, gdy­bym się zna­la­zła trzy­dzie­ści se­kund wcze­śniej albo póź­niej w tym miej­scu. Sko­ro jed­nak nie zgi­nę­łam, mój bo­ha­ter­ski wy­czyn mógł­by po­zo­stać je­dy­nie w pa­mię­ci Ju­sti­na Whe­ele­ra, jego ro­dzi­ny i mo­jej, gdy­by nie fakt, że sto­ją­cy na rogu fo­to­re­por­ter „Post” utrwa­lił to wszyst­ko na ta­śmie fil­mo­wej. Ta fot­ka (za­dzi­wia­ją­cy przy­kład zdję­cia re­por­ter­skie­go, je­śli mogę je tak na­zwać) wy­wo­ła­ła całą se­rię wy­da­rzeń, któ­re zmu­si­ły mnie do za­kwe­stio­no­wa­nia do­słow­nie wszyst­kich szcze­gó­łów mo­je­go do­tych­cza­so­we­go ide­al­ne­go ży­cia, od­sła­nia­jąc je osta­tecz­nie na róż­ne strasz­li­we spo­so­by.

O dzi­wo jed­nak – po tym, jak moje ży­cie do­słow­nie się roz­pa­dło, a wszyst­ko to, co mnie kie­dyś okre­śla­ło, oka­za­ło się kłam­stwem – nadal po­zo­sta­łam sobą. W dal­szym cią­gu mia­łam dość siły, żeby iść do przo­du, w nie­zna­ne. Ale ta wie­dza o so­bie sa­mej wca­le nie była mi nie­mi­ła.

Mimo że moje ży­cie le­gło w gru­zach, to prze­cież z tych gru­zów wy­ło­ni­ła się Ri­dley Jo­nes. I cho­ciaż chwi­la­mi wy­da­wa­ło mi się to nie­moż­li­we, od­zy­ska­ło ono swój zwy­kły rytm. Przy­najm­niej na ja­kiś czas.

Je­śli nie wie­cie, co się ze mną dzia­ło i jaki ob­rót przy­bra­ły spra­wy, to ra­dzę się tro­chę cof­nąć w cza­sie, za­nim ru­szy­cie na­przód. Nie twier­dzę, że se­kwen­cja wy­da­rzeń wyda wam się nie­zro­zu­mia­ła albo że przy­łą­cze­nie się do mnie w tym na­stęp­nym roz­dzia­le mo­jej vida loca nic wam nie da. Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że może to przy­po­mi­nać spa­nie z kimś, za­nim się po­zna jego imię. Zresz­tą, może tak lu­bi­cie. Może wła­śnie chce­cie przy­łą­czyć się do mnie i wspól­nie ze mną pró­bo­wać zro­zu­mieć róż­ne rze­czy, jak to bywa w za­wie­ra­niu no­wych związ­ków. Tak czy owak, wy­bór na­le­ży do was. Wy­bór za­wsze na­le­ży do was.

A więc do rze­czy.

Je­stem chy­ba ostat­nią oso­bą na świe­cie, któ­ra nie ma apa­ra­tu cy­fro­we­go. Nie lu­bię ta­kie­go sprzę­tu, wy­da­je mi się zbyt kru­chy. Boję się, że byle deszcz czy na­ci­śnię­cie nie­wła­ści­we­go gu­zi­ka może wy­ma­zać moje wspo­mnie­nia. Mam trzy­dzie­sto­pię­cio­mi­li­me­tro­wą mi­nol­tę, któ­rej uży­wam od cza­su stu­diów. Wyj­mu­ję kli­sze i za­no­szę je wciąż do tego sa­me­go la­bo­ra­to­rium fo­to­gra­ficz­ne­go przy Dru­giej Alei.

Mia­łam przy­ja­cie­la, któ­ry uwa­żał, że w ro­bie­niu zdjęć jest coś z na­tu­ry nie­wła­ści­we­go. Wspo­mnie­nie, twier­dził, ma w so­bie ma­gię przez swo­ją su­biek­tyw­ność. A zdję­cia są pry­mi­tyw­ne i sta­no­wią bez­po­śred­ni sku­tek tego, że chce­my kon­tro­lo­wać i za­trzy­my­wać chwi­le, któ­re po­win­ny upły­wać spon­ta­nicz­nie z każ­dym na­szym od­de­chem. Może i miał ra­cję. Prze­sta­li­śmy się przy­jaź­nić i nie mam żad­nych jego zdjęć; zo­sta­ło mi tyl­ko to wspo­mnie­nie, któ­re od­ży­wa za każ­dym ra­zem, kie­dy idę ode­brać fo­to­gra­fie. Przy oka­zji wspo­mi­nam, jak po ko­cha­niu lu­bił śpie­wać i grać na gi­ta­rze (i jaki był w tym wszyst­kim fan­ta­stycz­ny – to zna­czy w gra­niu na gi­ta­rze, w śpie­wa­niu i, je­śli już o to cho­dzi, w ko­cha­niu też), ale wi­dok na Wa­shing­ton Squ­are Park, jaki się roz­ta­czał z jego okna, wy­da­wał mi się za­wsze taki ro­man­tycz­ny, że całą resz­tę zno­si­łam znacz­nie dłu­żej, niż gdy­by taki nie był. Moje wspo­mnie­nia zwią­za­ne z nim są or­ga­nicz­ne i trój­wy­mia­ro­we, są ob­ra­za­mi, któ­re ist­nie­ją tyl­ko dla mnie, i mimo wszyst­ko jest w tym coś pięk­ne­go.

O tym wszyst­kim wła­śnie my­śla­łam, prze­cho­dząc przez drzwi F-Stop, żeby ode­brać cze­ka­ją­ce tam na mnie zdję­cia. Pra­cow­nik, któ­re­go nie wi­dzia­łam nig­dy do­tych­czas, spo­glą­dał na mnie z wy­stu­dio­wa­ną obo­jęt­no­ścią spod szo­py czar­nych far­bo­wa­nych wło­sów i dwóch bliź­nia­czych smug kon­tu­rów­ki.

– W czym mogę po­móc? – za­py­tał, kła­dąc na la­dzie przed sobą książ­kę w mięk­kiej opra­wie, okład­ką do góry. Kie­dy się do mnie ode­zwał, mi­gnął mi kol­czyk w jego ję­zy­ku.

– Przy­szłam ode­brać zdję­cia na na­zwi­sko Jo­nes.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie spode łba, jak­bym mu po­da­ła ja­kieś wy­my­ślo­ne na­zwi­sko. (I tu­taj uwa­ga do­ty­czą­ca No­we­go Jor­ku: je­śli po­dasz na­zwi­sko po­spo­li­te albo czę­sto spo­ty­ka­ne, lu­dzie trak­tu­ją cię po­dejrz­li­wie. Je­śli z ko­lei two­je na­zwi­sko wszę­dzie na świe­cie brzmi dziw­nie albo robi wra­że­nie wy­my­ślo­ne­go, jak na przy­kład Ruby De­cal X albo Ge­ro­ni­mo, to w East Vil­la­ge nikt na­wet nie mru­gnie okiem).

Pra­cow­nik znik­nął za ścian­ką dzia­ło­wą, a ja, oglą­da­jąc wi­szą­ce na ścia­nach ar­ty­stycz­ne czar­no-bia­łe fo­to­gra­fie, od­nio­słam wra­że­nie, że sły­szę ja­kieś gło­sy. Po chwi­li męż­czy­zna wró­cił i po­ło­żył na la­dzie trzy opa­słe ko­per­ty. Bez sło­wa ska­so­wał na­leż­ność. Za­pła­ci­łam go­tów­ką i męż­czy­zna wrzu­cił ko­per­ty do pla­sti­ko­wej tor­by.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam, bio­rąc od nie­go tor­bę.

Usiadł w mil­cze­niu i wró­cił do lek­tu­ry. Z ja­kichś wzglę­dów w drzwiach jesz­cze się od­wró­ci­łam i spo­strze­głam, że ga­pił się na mnie ja­koś dziw­nie, za­nim spu­ścił wzrok.

Za­trzy­ma­łam się na rogu Dru­giej Alei i uli­cy Ósmej. Za­mie­rza­łam wstą­pić do Jake’a, do jego pra­cow­ni, i po­ka­zać mu zdję­cia. Ro­bi­li­śmy je wspól­nie w cią­gu kil­ku ostat­nich mie­się­cy: dłu­gi week­end w Pa­ry­żu, gdzie bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­li­śmy do sie­bie wró­cić, po­po­łu­dnie w Cen­tral Par­ku, gdzie wy­głu­pia­li­śmy się na Wiel­kim Traw­ni­ku i gdzie wy­da­wa­ło nam się, że jesz­cze jest ja­kaś na­dzie­ja, i wresz­cie kosz­mar­ny dzień spę­dzo­ny z mo­imi ro­dzi­ca­mi w Ogro­dzie Bo­ta­nicz­nym w Bro­okly­nie, pe­łen dłu­gich chwil nie­zręcz­ne­go mil­cze­nia, drob­nych wy­bu­chów i z tru­dem skry­wa­nej nie­chę­ci. Te­raz, wo­bec per­spek­ty­wy od­wie­dze­nia Jake’a, stchó­rzy­łam: sto­jąc na rogu, ga­pi­łam się w kra­węż­nik.

Nie chcę po­wie­dzieć, że mój świat po­ciem­niał czy że moje ży­cie stra­ci­ło wszel­ką bar­wę. To by za­brzmia­ło zbyt dra­ma­tycz­nie i mo­gło świad­czyć o tym, że się nad sobą uża­lam. Ale gdy­bym coś ta­kie­go po­wie­dzia­ła, by­ła­bym bli­ska praw­dy. Kie­dy ostat­ni raz o mnie sły­sze­li­ście, sta­ra­łam się po­zbie­rać do kupy strzę­py swo­je­go ży­cia. My­ślę, że skoń­czy­ło się opty­mi­stycz­ną nutą, ale było na­praw­dę cięż­ko. Jak w każ­dej dłu­giej re­kon­wa­le­scen­cji, za­no­to­wa­łam wię­cej upad­ków niż wzlo­tów.

W sa­mym tyl­ko ostat­nim mie­sią­cu Jake wy­pro­wa­dził się z miesz­ka­nia przy Park Ave­nue So­uth, któ­re dzie­li­li­śmy, i miesz­ka te­raz w swo­jej pra­cow­ni przy Alei A. Da­le­ki od tego, żeby po­go­dzić się ze swo­ją prze­szło­ścią i z tym, cze­go się o so­bie do­wie­dział, do­słow­nie do­stał ob­se­sji na punk­cie pro­jek­tu „Na ra­tu­nek” i roli Mak­sa w ca­łej tej spra­wie.

Mó­wiąc Max, mam na my­śli Ma­xwel­la Al­le­na Smi­leya, mo­je­go wuja, któ­ry tak na­praw­dę nie był moim wu­jem, tyl­ko naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mo­je­go ojca. Przez całe ży­cie ist­nia­ła mię­dzy nami zu­peł­nie szcze­gól­na więź. Jak­by tego wszyst­kie­go było mało, w ubie­głym roku do­wie­dzia­łam się, że Max był moim bio­lo­gicz­nym oj­cem. Obec­nie sta­ram się go ob­sa­dzić w swo­im ży­ciu w no­wej roli: nie­uda­ne­go ojca, za­miast uko­cha­ne­go wu­jasz­ka.

Otóż pro­jekt „Na ra­tu­nek” jest or­ga­ni­za­cją za­ło­żo­ną przez Mak­sa, któ­ry sam był dziec­kiem skrzyw­dzo­nym, i ma­ją­cą słu­żyć, już wie­le lat temu, prze­pro­wa­dze­niu w sta­nie Nowy Jork usta­wy o bez­piecz­nym schro­nie­niu. Ta usta­wa po­zwa­la mat­kom, któ­re z róż­nych wzglę­dów nie mogą czy nie chcą pod­jąć się wy­cho­wa­nia wła­snych dzie­ci, na zo­sta­wia­nie ich w wy­spe­cja­li­zo­wa­nych pla­ców­kach sie­ci bez­piecz­ne­go schro­nie­nia bez na­ra­że­nia się na nie­wy­god­ne py­ta­nia czy na od­po­wie­dzial­ność kar­ną. W ubie­głym roku od­kry­łam ciem­ną stro­nę dzia­ła­nia tej or­ga­ni­za­cji. Otóż współ­pra­cu­ją­cy z nią le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki po­ta­jem­nie zna­czy­li dzie­ci, któ­re w ich po­ję­ciu jako po­ten­cjal­ne ofia­ry mal­tre­to­wa­nia nie były bez­piecz­ne w swo­ich do­mach. Dzię­ki po­wią­za­niom ze świa­tem prze­stęp­czym nie­któ­re z tych dzie­ci upro­wa­dza­no i sprze­da­wa­no lu­dziom bo­ga­tym. W pew­nym sen­sie ja sama na­le­ża­łam do ta­kich dzie­ci, cho­ciaż moja hi­sto­ria jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Jed­nym z naj­cię­żej po­szko­do­wa­nych przez pro­jekt „Na ra­tu­nek” dzie­ci oka­zał się na­to­miast Jake.

Ostat­nio Jake prze­stał rzeź­bić. Ale po­nie­waż nie ze­rwa­li­śmy ofi­cjal­nie, sta­łam się w na­szym związ­ku czymś w ro­dza­ju zło­śli­we­go cho­chli­ka – ba­ła­ga­ni­łam, roz­rzu­ca­łam róż­ne rze­czy, ha­ła­so­wa­łam, a wszyst­ko po to, żeby zo­stać za­uwa­żo­na.

Przy­po­mnia­ło mi się, co moja mat­ka Gra­ce po­wie­dzia­ła kie­dyś o Mak­sie: „Taki męż­czy­zna, zła­ma­ny i pu­sty w środ­ku, nie jest w sta­nie praw­dzi­wie ko­chać. Max był przy­najm­niej wy­star­cza­ją­co in­te­li­gent­ny, żeby to wie­dzieć”. Ist­nie­je prze­ko­na­nie, że za­ko­chu­je­my się w swo­ich oj­cach w ża­ło­snej po­go­ni za ide­al­nym związ­kiem. Czy to moż­li­we, że i mnie się to przy­da­rzy­ło, jesz­cze za­nim się do­wie­dzia­łam, kto był moim praw­dzi­wym oj­cem?

– Pan­na Jo­nes. Ri­dley Jo­nes. – Usły­sza­łam za sobą głos, od któ­re­go prze­szedł mnie lo­do­wa­ty dreszcz. W ubie­głym roku do­ro­bi­łam się cał­kiem nie­złe­go fan klu­bu, mimo że poza wy­peł­nia­niem swo­ich praw­nych obo­wiąz­ków, zwią­za­nych ze śledz­twem w spra­wie za­mor­do­wa­nia Chri­stia­na Luny czy pro­jek­tu „Na ra­tu­nek”, sta­ra­łam się nie udzie­lać.

A wszyst­ko za­czę­ło się wła­śnie od Chri­stia­na Luny. Otóż oglą­da­jąc w CNN pro­gram z moim bo­ha­ter­skim wy­czy­nem, roz­po­znał we mnie Jes­sie Sto­ne, cór­kę Te­re­sy Sto­ne – małą dziew­czyn­kę, któ­ra zgod­nie z jego prze­ko­na­niem, była jego cór­ką. Luna ukry­wał się od po­nad trzy­dzie­stu lat – od tam­tej nocy, kie­dy to Te­re­sę Sto­ne za­mor­do­wa­no, a Jes­sie upro­wa­dzo­no – w prze­ko­na­niu, że zo­sta­nie o te prze­stęp­stwa oskar­żo­ny w związ­ku z do­tych­cza­so­wy­mi za­rzu­ta­mi o mal­tre­to­wa­nie ro­dzi­ny. Pa­trzy­łam, jak umie­ra od po­strza­łu w gło­wę na ław­ce w par­ku w Bronk­sie, za­le­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów ode mnie. Mimo wszyst­ko jed­nak oka­za­ło się, że nie był moim oj­cem.

Tak czy in­a­czej, dzię­ki nie­zli­czo­nym ar­ty­ku­łom pra­so­wym i za­miesz­cza­ne­mu wszę­dzie zdję­ciu z „Post”, od któ­re­go się to wszyst­ko za­czę­ło, sta­łam się oka­zo­wym przy­kła­dem dziec­ka or­ga­ni­za­cji, któ­ra zmie­ni­ła ty­sią­ce ludz­kich lo­sów, nie­ko­niecz­nie na lep­sze. W każ­dym ra­zie dzwo­nią do mnie i pi­szą inne dzie­ci z pro­jek­tu „Na ra­tu­nek”. Za­trzy­mu­ją mnie na uli­cy. By­łam wy­chwa­la­na, ob­ści­ski­wa­na, ob­ra­ża­na i oplu­wa­na. Są wdzięcz­ni. Są wście­kli. Przy­cho­dzą do mnie w róż­nych sta­diach roz­pa­czy i prze­ra­że­nia, nie­do­wie­rza­nia i gnie­wu. W każ­dej z tych osób wi­dzę lu­strza­ne od­bi­cie mo­jej wła­snej dro­gi ku ozdro­wie­niu.

Zi­gno­ro­wa­łam głos za mo­imi ple­ca­mi. Nie od­po­wie­dzia­łam ani nie od­wró­ci­łam się. Do­szłam do wnio­sku, że je­śli nie re­agu­ję, kie­dy ktoś wy­krzy­ku­je moje na­zwi­sko na uli­cy, to cza­sem lu­dzie od­cho­dzą, nie­pew­ni, czy się nie po­my­li­li. Daw­no, daw­no temu sły­sza­łam swo­je imię wy­po­wia­da­ne tyl­ko z mi­ło­ścią i wte­dy od­po­wia­da­łam ra­do­śnie, z uśmie­chem na twa­rzy. Te dni mi­nę­ły bez­pow­rot­nie.

– Pan­no Jo­nes.

W gło­sie był tak sil­ny im­pe­ra­tyw, że o mało się nie od­wró­ci­łam. Za­wsze by­łam grzecz­ną dziew­czyn­ką i speł­nia­łam po­le­ce­nia. Tym ra­zem jed­nak ru­szy­łam w kie­run­ku pra­cow­ni Jake’a. Kro­ki za mną przy­spie­szy­ły, na co za­re­ago­wa­łam też przy­spie­sze­niem. Na­gle po­czu­łam na ra­mie­niu sil­ną dłoń. Od­wró­ci­łam się ze zło­ścią, go­to­wa do wal­ki. Przede mną sta­ło dwóch męż­czyzn w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach.

– Pan­no Jo­nes, chcie­li­by­śmy z pa­nią za­mie­nić parę słów.

Twarz męż­czy­zny była po­waż­na, ale bez wy­ra­zu zło­ści; nie zdra­dza­ła żad­nych emo­cji. Tro­chę mnie to uspo­ko­iło. Nie­zna­jo­my miał dziw­ne chmur­ne sza­re oczy i ko­smyk gra­na­to­wo­czar­nych wło­sów. Był wy­so­ki, pra­wie o gło­wę wyż­szy ode mnie, i po­tęż­ny w tor­sie i ra­mio­nach. Miał w so­bie ja­kiś lo­do­wa­ty dy­stans, ale i pew­ną grzecz­ność. Jego to­wa­rzysz mil­czał.

– Cze­go chce­cie?

Męż­czy­zna wy­jął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki cien­ki skó­rza­ny port­fel, otwo­rzył go i wrę­czył mi.

„Agent spe­cjal­ny Dy­lan Gra­ce, Fe­de­ral­ne Biu­ro Śled­cze”.

Mój lęk znikł i za­stą­pił go nie­po­kój. Od­da­łam mu le­gi­ty­ma­cję.

– Pa­nie Gra­ce, nie mam FBI nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Po­wie­dzia­łam wam wszyst­ko, co tyl­ko wiem, na te­mat pro­jek­tu „Na ra­tu­nek”. Nie mam do­słow­nie nic do do­da­nia.

Mu­siał po­chwy­cić coś w moim gło­sie albo w twa­rzy, bo w jego chłod­nym za­cho­wa­niu na­stą­pi­ło lek­kie ocie­ple­nie.

– Nie cho­dzi o pro­jekt „Na ra­tu­nek”, pan­no Jo­nes.

Part­ner męż­czy­zny pod­szedł do czar­nej li­mu­zy­ny i otwo­rzył tyl­ne drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra. W po­wie­trzu czu­ło się chłód, nie­bo mia­ło ko­lor oło­wiu. Lu­dzie oglą­da­li się na nas, ale szli da­lej bez za­trzy­my­wa­nia. Mi­nę­ło nas kil­ku dra­bów w mu­stan­gu z ba­je­ra­mi, dud­nią­cym ba­sem jak bi­cie ser­ca.

– To o co cho­dzi?

– O Ma­xwel­la Al­le­na Smi­leya.

Ser­ce za­czę­ło mi wa­lić jak mło­tem.

– O nim też nie mam nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Ma­xwell nie żyje.

– Czy mogę pa­nią po­pro­sić o zdję­cia, któ­re ma pani w tej tor­bie?

– Co ta­kie­go? – Skąd mógł wie­dzieć o zdję­ciach i po co mu są zdję­cia mo­je­go pra­wie by­łe­go chło­pa­ka i pra­wie by­łej ro­dzi­ny?

Wy­jął z kie­sze­ni na pier­si ka­wa­łek pa­pie­ru. Za­sta­na­wia­łam się, co jesz­cze agent Gra­ce może mieć w tej kie­sze­ni – ta­lię kart, bia­łe­go kró­li­ka czy za­baw­nie dłu­gi łań­cuch ko­lo­ro­wych chu­s­tek do nosa?

– Mam na­kaz, pan­no Jo­nes.

Na­wet nie spoj­rza­łam na pa­pier. Po pro­stu się­gnę­łam do pla­sti­ko­wej tor­by i wrę­czy­łam mu ko­per­ty ze zdję­cia­mi. Wziął je i ge­stem przy­zwał mnie do sa­mo­cho­du. Po­de­szłam do li­mu­zy­ny i wsia­dłam bez sło­wa. Na pod­sta­wie do­tych­cza­so­wych do­świad­czeń z FBI wie­dzia­łam, że i tak za­wsze w koń­cu do­sta­ną to, cze­go chcą. A czy od­bę­dzie się to w spo­sób mniej, czy bar­dziej przy­kry, za­le­ży już tyl­ko ode mnie.

Za­wieź­li mnie do bu­dyn­ku po­ło­żo­ne­go w po­bli­żu cen­tra­li FBI, za­bra­li tor­bę, po czym zo­sta­wi­li mnie w pu­stym po­ko­ju ze sto­łem z imi­ta­cji drew­na, na me­ta­lo­wych no­gach, i dwo­ma zdu­mie­wa­ją­co nie­wy­god­ny­mi krze­sła­mi. Ścia­ny były po­ma­lo­wa­ne na po­nu­ry sza­ry ko­lor, a świe­tlów­ki mru­ga­ły iry­tu­ją­co.

Wie­dzia­łam, że ro­bią to ce­lo­wo – że zo­sta­wia­ją cię w nie­przy­jem­nym po­ko­ju, sam na sam z wła­sny­mi my­śla­mi, na­wet bez ze­ga­ra na ścia­nie, bez cze­go­kol­wiek, co mo­gło­by cię roz­pra­szać. Chcą, że­byś my­śla­ła. Że­byś my­śla­ła o tym, dla­cze­go się tu zna­la­złaś, o tym, co wiesz albo co zro­bi­łaś. Chcą, że­byś się za­sta­na­wia­ła nad tym, co oni mogą wie­dzieć. Chcą cię do­pro­wa­dzić do sta­nu, w któ­rym za­czniesz się mar­twić i de­ner­wo­wać, tak że kie­dy wresz­cie do cie­bie wró­cą, bę­dziesz z utę­sk­nie­niem cze­ka­ła na swo­je­go spo­wied­ni­ka.

Ale to oczy­wi­ście dzia­ła tyl­ko wte­dy, kie­dy masz coś na su­mie­niu albo kie­dy coś ukry­wasz. A ja na­praw­dę nie wie­dzia­łam, dla­cze­go chcie­li ze mną roz­ma­wiać, dla­te­go by­łam co­raz bar­dziej znu­dzo­na i za­nie­po­ko­jo­na. I wy­czer­pa­na. Bo to spo­tka­nie, a może w ogó­le całe moje ży­cie, było wy­czer­pu­ją­ce. Wsta­łam z krze­sła i za­czę­łam się nie­spo­koj­nie prze­cha­dzać do­ko­ła po­ko­ju. W koń­cu opar­łam się ple­ca­mi o ścia­nę i zje­cha­łam do po­zy­cji sie­dzą­cej na pod­ło­dze.

W cią­gu ostat­nich dni pró­bo­wa­łam nie my­śleć o Mak­sie, ale wy­glą­da­ło na to, że im bar­dziej sta­ra­łam się wy­rzu­cić z pa­mię­ci jego wspo­mnie­nie, tym bar­dziej mnie ono prze­śla­do­wa­ło. Pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę i ob­ję­łam je rę­ka­mi, cho­wa­jąc twarz w za­gię­ciu łok­cia, żeby za­sło­nić oczy przed ostrym świa­tłem. Ro­bi­łam tak jako dziec­ko – kie­dy by­łam zła czy zmę­czo­na: za­my­ka­łam się w ta­kim wła­snym ko­ko­nie. A kie­dy to nie po­ma­ga­ło, wte­dy się cho­wa­łam.

Nie je­stem pew­na, jak to się za­czę­ło, z tym cho­wa­niem. Ale pa­mię­tam, że lu­bi­łam wła­zić w róż­ne ciem­ne za­ka­mar­ki i tam sie­dzieć ci­cho, słu­cha­jąc za­mie­sza­nia zwią­za­ne­go z po­szu­ki­wa­nia­mi. Dla ro­dzi­ców nie było to nic za­baw­ne­go, ale ja uwiel­bia­łam ten dresz­czyk, to pod­nie­ce­nie, kie­dy wszy­scy la­ta­li jak sza­le­ni, za­glą­da­jąc pod łóż­ka i do szaf. Była to gra, w któ­rej za­wsze wy­gry­wa­łam, choć­by tyl­ko ze wzglę­du na re­ak­cję, jaką wy­wo­ły­wa­ło moje za­cho­wa­nie. Na­wet mi do gło­wy nie przy­szło, że mo­głam ko­goś zde­ner­wo­wać czy na­pę­dzić mu stra­cha. By­łam za mała na to, żeby się przej­mo­wać ta­ki­mi rze­cza­mi. Sta­wa­łam się co­raz lep­sza w wy­naj­dy­wa­niu kry­jó­wek. By­wa­ło, że w koń­cu mu­sia­łam się sama ujaw­niać z oba­wy, że mnie nig­dy nie znaj­dą. Ale w tym też wi­dzia­łam coś pod­nie­ca­ją­ce­go.

W pew­nym mo­men­cie do­szłam do wnio­sku, że w ob­rę­bie domu nie ma miej­sca, w któ­rym mo­gła­bym się scho­wać. Wszyst­kie moje kry­jów­ki zo­sta­ły już ujaw­nio­ne przez ro­dzi­ców, przez bra­ta Ace’a albo przez wuj­ka Mak­sa. Był on ostat­nią de­ską ra­tun­ku, któ­rej się chwy­ta­no, kie­dy ro­dzi­ce nie mo­gli so­bie po­ra­dzić. Wu­jek mó­wił: „Sprawdź­cie w sza­fie w go­ścin­nym po­ko­ju”. Albo: „Zo­bacz­cie u niej w gar­de­ro­bie, tam, gdzie jest wyj­ście na strych”. Wuj Max ja­koś za­wsze wie­dział, gdzie mnie szu­kać. Ale kie­dy ujaw­nio­no ten jego dar, za­ba­wa zro­bi­ła się za ła­twa, re­ak­cja ro­dzi­ców nie tak pod­nie­ca­ją­ca i cała spra­wa stra­ci­ła dla mnie urok. Na­le­ża­ło pod­nieść staw­kę.

Nie wiem, ile mia­łam wte­dy lat – sie­dem czy może sześć – w każ­dym ra­zie by­łam za mała na to, żeby cho­dzić sama, bez Ace’a, do lasu za na­szym do­mem. Tyle przy­najm­niej wie­dzia­łam. Wą­ski, dłu­gi na ja­kieś trzy ki­lo­me­try skra­wek lasu obrze­ża­ją­cy dział­ki są­sia­dów od­dzie­lał nasz te­ren od ty­łów ogro­du po­ło­żo­ne­go za nami. Pod ka­mien­nym most­kiem pły­nął nie­wiel­ki stru­myk. La­sek był na tyle nie­wiel­ki, że ro­dzi­ce dzie­ci z są­siedz­twa po­zwa­la­li ba­wić się tam swo­im po­cie­chom bez spe­cjal­nej opie­ki. Bo dziec­ko, któ­re się zbyt­nio od­da­li­ło od domu, tra­fia­ło po pro­stu do czy­je­goś ogród­ka. Ale mnie za­bra­nia­no cho­dzić tam sa­mej, dzię­ki cze­mu miej­sce to sta­no­wi­ło wy­ma­rzo­ną kry­jów­kę.

Było upal­ne let­nie po­po­łu­dnie. Wy­szłam z domu tyl­ny­mi drzwia­mi i skie­ro­wa­łam się do lasu. Zbu­do­wa­li­śmy w gę­stwi­nie ro­dzaj nie­wiel­kie­go for­tu i te­raz wgra­mo­li­łam się do środ­ka ko­śla­wej kon­struk­cji. Pa­no­wa­ły tam mrok i go­rą­co. By­łam z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lo­na. Le­żąc i wy­glą­da­jąc przez krzy­we okno na sze­lesz­czą­ce w lek­kich po­dmu­chach wia­tru li­ście, po chwi­li za­snę­łam. Kie­dy się w ja­kiś czas po­tem obu­dzi­łam, nie­bo przy­bra­ło bar­wę głę­bo­kie­go fio­le­tu. Zro­bi­ło się pra­wie ciem­no. Po raz pierw­szy w ży­ciu prze­ra­zi­łam się nie na żar­ty. Wyj­rza­łam przez „okno” i las, któ­ry zwy­kle tak bar­dzo lu­bi­łam, za­ro­ił się na­gle od po­two­rów i cza­row­nic, a wszyst­kie drze­wa uśmie­cha­ły się zło­śli­wie. Zwi­nę­łam się w kłę­bek i za­czę­łam pła­kać.

Nie są­dzę, że­bym w tym sta­nie po­zo­sta­wa­ła dłu­go – wkrót­ce usły­sza­łam sze­lest czy­ichś kro­ków w po­szy­ciu.

– Ri­dley? Je­steś tu, ko­cha­nie?

By­łam już do­sta­tecz­nie duża, żeby wy­czuć w jego gło­sie nie­po­kój. Do­zna­łam nie­wy­obra­żal­nej ulgi. Za­czę­łam pła­kać jesz­cze bar­dziej, do­pó­ki nie zo­ba­czy­łam w za­im­pro­wi­zo­wa­nych drzwiach twa­rzy Mak­sa. Przy swo­im wzro­ście nie miał szan­sy, żeby wejść do środ­ka.

– Ri­dley, je­steś – po­wie­dział, sia­da­jąc cięż­ko na zie­mi. Wi­dzia­łam, że jest spo­co­ny – może z po­wo­du pa­nu­ją­cej w po­wie­trzu wil­go­ci, a może ze stra­chu. Nie­wy­klu­czo­ne zresz­tą, że z obu tych przy­czyn. Ukrył twarz w dło­niach. – Dziec­ko – po­wie­dział przez pal­ce – mu­sisz ab­so­lut­nie prze­stać to ro­bić. Twój wu­jek do­sta­nie przez cie­bie za­wa­łu. Mama i tata byli bli­scy we­zwa­nia po­li­cji.

Uniósł gło­wę i wrza­snął w noc­ne po­wie­trze:

– Jest!!!

Wy­gra­mo­li­łam się z for­tu i rzu­ci­łam się w te jego wiel­kie ra­mio­na, a Max przy­tu­lił mnie do swo­je­go mięk­kie­go brzu­cha. Był cały mo­kry od potu, ale mnie to nie prze­szka­dza­ło. Po­mię­dzy drze­wa­mi wi­dzia­łam świa­tła na­sze­go domu i sły­sza­łam zbli­ża­ją­ce się gło­sy ro­dzi­ców.

– Jak mnie zna­la­złeś? – za­py­ta­łam.

Wes­tchnął i ujął w dło­nie moją twarz.

– Ri­dley, moje ser­ce jest po­łą­czo­ne z two­im zło­tym łań­cu­chem. – Po­stu­kał lek­ko naj­pierw w swo­ją, a po­tem w moją pierś. – Mo­żesz mi wie­rzyć. Za­wsze cię znaj­dę.

Nig­dy w to nie wąt­pi­łam. I już nig­dy wię­cej nie cho­wa­łam się swo­im bied­nym ro­dzi­com.

Unio­słam gło­wę i mru­żąc oczy, spoj­rza­łam w ostre świa­tło po­ko­ju prze­słu­chań. Po czym po­now­nie za­mknę­łam oczy i opar­łam gło­wę o zim­ną ścia­nę, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc upo­rząd­ko­wać my­śli i się wy­lu­zo­wać.

Za­raz po­tem do po­ko­ju wszedł agent Gra­ce, po­dał mi rękę i z im­po­nu­ją­cą siłą po­mógł wstać z pod­ło­gi.

– Po­czu­ła się tu pani tro­chę bar­dziej u sie­bie? – za­py­tał. W jego gło­sie była ja­kaś dziw­na nuta. Czyż­by współ­czu­cie? Jak na ko­goś cał­ko­wi­cie nie­win­ne­go spę­dzi­łam wię­cej cza­su w FBI niż Jef­frey Dah­mer1. A przy­najm­niej tak so­bie wy­obra­ża­łam na swój me­ga­lo­mań­ski spo­sób. Od­po­wie­dzia­łam mu krót­kim iro­nicz­nym uśmie­chem, a na­stęp­nie mój wzrok spo­czął na ko­per­cie osiem na dzie­sięć, któ­rą trzy­mał w dru­giej ręce. Sie­dzie­li­śmy na­prze­ciw­ko sie­bie. Gra­ce usiadł na krze­śle okra­kiem jak na ko­niu. Bez sło­wa otwo­rzył ko­per­tę i po­ło­żył przede mną trzy zdję­cia.

Pierw­sze z nich przed­sta­wia­ło mnie przed No­tre Dame w Pa­ry­żu. Ja­dłam na­le­śni­ka z nu­tel­lą i ba­na­nem i pa­trzy­łam na ka­te­drę. Mia­łam na so­bie skó­rza­ną kurt­kę i be­ret, któ­ry ku­pi­łam na uli­cy, ot tak, dla wy­głu­pu. Po bro­dzie ka­pa­ła mi cze­ko­la­da z orze­cha­mi la­sko­wy­mi. I tak mnie sfo­to­gra­fo­wał Jake. Dla przy­pad­ko­we­go ob­ser­wa­to­ra wy­glą­da­łam za­pew­ne na głu­pią i szczę­śli­wą. Ale tak nie było. Pa­mię­tam, że tego ran­ka obu­dzi­łam się obok Jake’a w na­szym wy­twor­nym ho­te­lo­wym po­ko­ju, a przez okno wle­wa­ło się żół­te po­ran­ne słoń­ce. Spoj­rza­łam na mo­je­go śpią­ce­go chło­pa­ka i po­my­śla­łam, że je­ste­śmy ze sobą od roku, a dziś wy­da­je mi się bar­dziej obcy niż wte­dy, kie­dy się w nim za­ko­cha­łam i kie­dy mię­dzy nami było tak wie­le ta­jem­nic i kłamstw. Jak to moż­li­we, żeby bę­dąc z kimś dość dłu­go, czuć się z nim mniej zwią­za­nym niż na po­cząt­ku? Zro­bi­ło mi się smut­no. Jake obu­dził się i od­by­li­śmy po­wol­ny wy­mu­szo­ny akt mi­ło­sny, tak bar­dzo pra­gnąc po­wro­tu daw­nej bli­sko­ści. Smu­tek tego ko­cha­nia to­wa­rzy­szył mi po­tem przez cały dzień.

Na­stęp­ne zdję­cie przed­sta­wia­ło mnie i Jake’a na Wiel­kim Traw­ni­ku w Cen­tral Par­ku. Tra­wa mia­ła od­cień sztucz­nej ja­skra­wej zie­le­ni, a nie­bo roz­cią­ga­ło się wy­so­ko nad drze­wa­mi mie­nią­cy­mi się u schył­ku lata zło­to, po­ma­rań­czo­wo i czer­wo­no. Po­pro­si­li­śmy prze­cho­dzą­cą w po­bli­żu mło­dą ko­bie­tę, żeby nam zro­bi­ła zdję­cie, jak sie­dzi­my na na­szym nie­bie­skim pik­ni­ko­wym ko­cy­ku. Przy­tu­li­li­śmy się do sie­bie, ale ona uchwy­ci­ła tyl­ko na­sze gło­wy i wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się za nami i nad nami wy­da­wa­ło się po­zba­wio­ne ja­kie­go­kol­wiek sen­su. Był to do­bry dzień. Za­uwa­ży­łam jed­nak, że na zdję­ciu na­sze uśmie­chy ro­bią wra­że­nie sztucz­nych i wy­mu­szo­nych. Cho­ciaż wca­le ta­kie nie były. Przy­najm­niej mój. Pa­mię­tam, że od­zy­ska­łam wia­rę w nasz zwią­zek i na­dzie­ję – jak śmier­tel­nie cho­ry pa­cjent, któ­ry krót­ko­trwa­łe cof­nię­cie się ob­ja­wów cho­ro­by bie­rze za za­po­wiedź cu­dow­ne­go uzdro­wie­nia.

Ostat­nie zdję­cie było pa­miąt­ką po kosz­mar­nej nie­dzie­li, jaką spę­dzi­li­śmy z mo­imi ro­dzi­ca­mi. Naj­pierw po­szli­śmy na lunch do Ri­ver Café w Bro­okly­nie, a po­tem do Ogro­du Bo­ta­nicz­ne­go, jed­ne­go z mo­ich ulu­bio­nych miejsc spo­tkań z oj­cem, kie­dy by­łam młod­sza. Za­aran­żo­wa­nie spo­tka­nia z ro­dzi­ca­mi sta­no­wi­ło z mo­jej stro­ny ża­ło­sną i roz­pacz­li­wą pró­bę stwo­rze­nia po­zo­rów, że za­cho­wu­je­my się jak ro­dzi­na. I owszem, za­cho­wy­wa­li­śmy się jak ro­dzi­na, ale nie­na­wi­dzą­ca się i nie­szczę­śli­wa. Ace, któ­ry był też za­pro­szo­ny, nie po­ja­wił się ani na­wet nie za­dzwo­nił. Mat­ka przy­ję­ła po­sta­wę sto­ic­kie­go spo­ko­ju, ogra­ni­cza­jąc się do wy­po­wia­da­nych od cza­su do cza­su pod no­sem pa­syw­no-agre­syw­nych ko­men­ta­rzy. My z oj­cem pa­pla­li­śmy jak para idio­tów, żeby pod­trzy­mać ko­na­ją­cą roz­mo­wę. Jake był mil­czą­cy i chmur­ny. W tym na­stro­ju zje­dli­śmy lunch, a na­stęp­nie, nie po­tra­fiąc się przy­znać do po­raż­ki, po­szli­śmy do Ogro­du Bo­ta­nicz­ne­go. Oj­ciec zro­bił moim apa­ra­tem zdję­cie mat­ce, mnie i Jake’owi. Ob­ję­łam mat­kę za ra­mio­na i uśmiech­nę­łam się. Mat­ka nie­chęt­nie unio­sła ką­ci­ki ust, ale mo­gła­bym przy­siąc, że się ode mnie od­su­wa. Jake stał bli­sko nas, ale wła­ści­wie jak­by osob­no. Ro­bił wra­że­nie roz­ko­ja­rzo­ne­go i wy­glą­da­ło na to, że w ostat­niej chwi­li spoj­rzał w inną stro­nę. Wy­glą­da­li­śmy jak grup­ka ob­cych so­bie lu­dzi, skrę­po­wa­nych i zmu­szo­nych do wspól­ne­go po­zo­wa­nia.

Ogar­nął mnie wiel­ki smu­tek i zmie­sza­nie. Spoj­rza­łam na agen­ta Gra­ce’a z– mia­łam na­dzie­ję – le­d­wie skry­wa­ną wro­go­ścią.

– To chy­ba nie zbrod­nia, że się ma bez­na­dziej­ne sto­sun­ki z ro­dzi­ną, praw­da? Albo, że się do­ku­men­tu­je na zdję­ciu ża­ło­sne pró­by ra­to­wa­nia roz­wa­la­ją­ce­go się związ­ku z fa­ce­tem?

Od­chy­li­łam się do tyłu, spo­glą­da­jąc na ścia­nę nad jego gło­wą. Nie chcia­łam pa­trzeć na jego twarz.

– Nie, pan­no Jo­nes, to nie jest zbrod­nia – od­parł ci­cho. – Czy mogę zwra­cać się do pani po pro­stu Ri­dley?

– Nie – burk­nę­łam nie­grzecz­nie. – Nie może pan.

Wy­da­ło mi się, że zo­ba­czy­łam lek­ki uśmiech w ką­ci­kach jego ust, jak­bym wy­da­wa­ła mu się za­baw­na. Za­sta­na­wia­łam się, czym może gro­zić da­nie w pysk agen­to­wi FBI.

– Pan­no Jo­nes – po­wie­dział – nas na tych zdję­ciach nie in­te­re­su­ją oso­by głów­ne­go pla­nu, tyl­ko tło. Pro­szę się przyj­rzeć jesz­cze raz.

Spoj­rza­łam na każ­de z trzech zdjęć, ale w dal­szym cią­gu nie za­uwa­ży­łam na nich nic szcze­gól­ne­go. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i po­trzą­snę­łam gło­wą. Agent Gra­ce, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku, po­now­nie ski­nął w stro­nę zdjęć.

– Pro­szę po­pa­trzeć uważ­nie.

Przyj­rza­łam się zdję­ciom bli­żej, ale znów nic spe­cjal­ne­go na nich nie za­uwa­ży­łam.

– Może pan wresz­cie da spo­kój z tymi bzdu­ra­mi i po­wie mi, co pan tam wi­dzi.

Wy­jął z kie­sze­ni na pier­si dłu­go­pis Shar­pie i za­kre­ślił kół­kiem mę­ską po­stać, wi­docz­ną za nami w Ogro­dzie Bo­ta­nicz­nym. Ten czło­wiek – wy­so­ki i chu­dy – przy­po­mi­nał wid­mo, a jego pa­pie­ro­wo­bia­ła twarz – ja­sną smu­gę. Miał na so­bie dłu­gi czar­ny płaszcz i ciem­ny ka­pe­lusz i pod­pie­rał się la­ską. Ro­bił wra­że­nie, jak­by pa­trzył w moją stro­nę.

Agent Gra­ce za­kre­ślił dru­gą po­stać sto­ją­cą za nami – tym ra­zem w Cen­tral Par­ku. Ten sam płaszcz, ta sama la­ska, tyl­ko dla od­mia­ny ciem­ne oku­la­ry. Po­stać znaj­do­wa­ła się tak da­le­ko, że mógł to być do­słow­nie każ­dy.

Gra­ce po­now­nie wy­jął dłu­go­pis i za­zna­czył ko­lej­ną po­stać – w drzwiach ka­te­dry No­tre Dame. Tym ra­zem męż­czy­zna zo­stał uchwy­co­ny pro­fi­lem, wy­da­wał się wy­raź­niej­szy i stał bli­żej. Było coś w jego czo­le, za­ry­sie nosa, co spra­wi­ło, że po­chy­li­łam się nad zdję­ciem. Na wi­dok ra­mion tego czło­wie­ka za­trze­po­ta­ło mi ser­ce.

– Nie – po­wie­dzia­łam, po­trzą­sa­jąc gło­wą.

– Co nie?

Gra­ce uniósł brwi. Miał wred­ne oczy, niby sen­ne, ale prze­wier­ca­ły czło­wie­ka na wy­lot.

– Wiem, do cze­go pan zmie­rza – po­wie­dzia­łam.

– Mia­no­wi­cie? – za­py­tał, od­chy­la­jąc się do tyłu.

Ocze­ki­wa­łam na jego twa­rzy wy­ra­zu sa­tys­fak­cji i za­do­wo­le­nia z sie­bie, ale nic ta­kie­go nie zo­ba­czy­łam.

– To nie­moż­li­we.

– Na pew­no?

– Na pew­no.

Znów przyj­rza­łam się zdję­ciu. Mówi się, że to po­sta­wa czło­wie­ka po­zwa­la go roz­po­znać z dru­gie­go koń­ca po­ko­ju czy z prze­ciw­nej stro­ny uli­cy. Ale ja uwa­żam, że jest to spra­wa jego aury, cze­goś, co ema­nu­je z wnę­trza. Męż­czy­zna na fo­to­gra­fii był wła­ści­wie fi­zycz­nie nie­po­dob­ny do tego, któ­re­go za­cho­wa­łam w pa­mię­ci, z pew­no­ścią o ja­kieś pięć­dzie­siąt kilo szczu­plej­szy. No i wy­glą­dał na dwa­dzie­ścia lat star­sze­go. Jak­by był znisz­czo­ny, kom­plet­nie wy­pa­lo­ny w środ­ku, po­zba­wio­ny cie­pła, w któ­rym się pła­wi­łam nie­mal przez całe ży­cie. Mimo to było w nim coś zna­jo­me­go. I gdy­bym na wła­sne oczy nie wi­dzia­ła jego mar­twe­go cia­ła, tuż przed kre­ma­cją, gdy­bym wła­sny­mi rę­ka­mi nie roz­sy­pa­ła jego pro­chów z Mo­stu Bro­oklyń­skie­go, to może da­ła­bym się prze­ko­nać, że pa­trzę na czło­wie­ka, któ­re­go kie­dyś zna­łam jako wuj­ka Mak­sa, a któ­ry był w grun­cie rze­czy moim bio­lo­gicz­nym oj­cem. Ale fakt jest fak­tem – wszyst­ko tam­to prze­ży­łam. No cóż, zmar­li po­zo­sta­ją zmar­ły­mi.

– Mu­szę przy­znać, że jest pew­ne po­do­bień­stwo – wy­krztu­si­łam w koń­cu po krót­kim, ale in­ten­syw­nym po­je­dyn­ku na spoj­rze­nia.

– Nam się wy­da­je, że jest coś wię­cej niż tyl­ko po­do­bień­stwo.

Wes­tchnę­łam i opar­łam się wy­god­nie.

– Zgo­da, przyj­mij­my, że ma­cie ra­cję. Ale to by mu­sia­ło zna­czyć, że Max z ja­kichś tam po­wo­dów upo­zo­ro­wał swo­ją śmierć. W ja­kim celu jed­nak miał­by kto­kol­wiek po­no­sić ta­kie tru­dy – po to tyl­ko, żeby za kil­ka lat zo­stać roz­po­zna­nym?

Agent Gra­ce przy­glą­dał mi się przez chwi­lę.

– Czy zna pani głów­ny po­wód, dla któ­re­go lu­dzie ob­ję­ci pro­gra­mem ochro­ny świad­ków zo­sta­ją od­na­le­zie­ni przez swo­ich wro­gów i giną?

– Mia­no­wi­cie? – za­py­ta­łam, cho­ciaż nie­trud­no było zgad­nąć.

– Mi­łość.

– Mi­łość – po­wtó­rzy­łam. Tego bym nie po­wie­dzia­ła.

– Nie po­tra­fią trzy­mać się z da­le­ka. Ule­ga­ją po­ku­sie za­dzwo­nie­nia albo po­ja­wia­ją się in­co­gni­to na ślu­bie czy na po­grze­bie.

Nie prze­ry­wa­łam agen­to­wi Gra­ce’owi, któ­ry cią­gnął:

– By­łem w jego miesz­ka­niu, któ­re jest prak­tycz­nie sank­tu­arium po­świę­co­nym pani. Max Smi­ley po­peł­niał w ży­ciu strasz­ne czy­ny, skrzyw­dził wie­le osób, ale je­że­li w ogó­le ko­goś ko­chał, to pa­nią.

Na jego sło­wa ści­snę­ło mi się ser­ce; nie mo­głam spoj­rzeć mu w oczy.

– Nic z tego nie ro­zu­miem. Śle­dzi­li­ście mnie? Skąd wie­dzie­li­ście o tych zdję­ciach? Czy ma­cie ja­kiś zwią­zek z la­bo­ra­to­rium fo­to­gra­ficz­nym?

Gra­ce nie od­po­wie­dział, ale szcze­rze mó­wiąc, wca­le tego nie ocze­ki­wa­łam. Ostat­ni raz przyj­rza­łam się zdję­ciom. Ten męż­czy­zna mógł być kim­kol­wiek; mógł być na­wet trze­ma róż­ny­mi oso­ba­mi – zde­cy­do­wa­łam.

– Nie wiem, kto to jest – po­wie­dzia­łam. – Je­śli jest tym, kim chce­cie, żeby był, to dla mnie no­wość. Ale je­śli ży­czy­cie so­bie dal­szej roz­mo­wy na ten te­mat, to tyl­ko w obec­no­ści mo­je­go ad­wo­ka­ta.

Od tej chwi­li nie otwo­rzy­łam już wię­cej ust. Wie­dzia­łam, że mogą mi uprzy­krzyć ży­cie. Od cza­su uchwa­le­nia Aktu Pa­trio­tycz­ne­go2 wła­dze fe­de­ral­ne mia­ły znacz­nie więk­szą swo­bo­dę dzia­ła­nia. Mo­gli mnie prze­trzy­my­wać do­wol­nie dłu­go, nie do­pusz­cza­jąc ad­wo­ka­ta, je­śli na przy­kład uzna­li, że sta­no­wię za­gro­że­nie dla bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. (Co w moim przy­pad­ku by­ło­by wiel­kim nad­uży­ciem, ale mo­że­cie mi wie­rzyć, nie ta­kie rze­czy się zda­rza­ły). My­ślę jed­nak, że agent Gra­ce wy­czuł praw­dę: nie mia­łam po­ję­cia, kim był męż­czy­zna na fo­to­gra­fiach.

Pa­trzył na mnie su­ro­wo tymi swo­imi ocza­mi. Stwier­dzi­łam, że ana­li­zu­ję krój jego gar­ni­tu­ru. Nie był to gar­ni­tur tani, ale też nie od Ar­ma­nie­go. Za­uwa­ży­łam też, że ma na bro­dzie nie­wiel­ki za­rost. I że kłyk­cie jego pra­wej ręki są – wpraw­dzie nie do krwi – ale po­ob­cie­ra­ne. Wstał na­gle, spoj­rzał na mnie w spo­sób, któ­ry za­pew­ne miał mnie upo­ko­rzyć, i bez sło­wa wy­szedł.

Wkrót­ce po­tem przy­szedł jego part­ner i po­wie­dział, że mnie wy­pro­wa­dzi z bu­dyn­ku. Roz­ło­żo­ne na sto­le zdję­cia wsu­nął do ko­per­ty zo­sta­wio­nej przez agen­ta Gra­ce’a, a na­stęp­nie wrę­czył mi je z kor­dial­nym uśmie­chem. Spo­dzie­wa­łam się, że po­wie: „Dzię­ku­je­my i za­pra­sza­my po­now­nie”.

– Agent Gra­ce ra­dzi, żeby pani so­bie te zdję­cia… obej­rza­ła sta­ran­niej.

Wzię­łam od nie­go ko­per­tę – przez chwi­lę wy­obra­ża­łam so­bie, że drę ją na drob­ne ka­wał­ki i rzu­cam mu w twarz – po czym we­tknę­łam so­bie pod pa­chę.

– A co z po­zo­sta­ły­mi zdję­cia­mi i tor­bą? – za­py­ta­łam, kie­dy szli­śmy dłu­gim bia­łym ko­ry­ta­rzem.

– Tor­bę do­sta­nie pani przy wyj­ściu, a zdję­cia pocz­tą, kie­dy zo­sta­ną pod­da­ne ana­li­zie.

Cała ta spra­wa wy­da­ła mi się na­gle śmiesz­na; do­szłam do wnio­sku, że w grun­cie rze­czy jest mi wszyst­ko jed­no, czy do­sta­nę zdję­cia z po­wro­tem, czy nie. A na­wet wię­cej – po­my­śla­łam, że z po­wo­dze­niem mogę już nie zro­bić ani jed­ne­go zdję­cia do koń­ca ży­cia. Mój przy­ja­ciel z gi­ta­rą miał ra­cję – fo­to­gra­fie z na­tu­ry rze­czy się mylą: ro­bi­my je pod wpły­wem im­pul­su, pró­bu­jąc kon­tro­lo­wać to, cze­go kon­tro­lo­wać się nie da. Szcze­rze mó­wiąc, poza kło­po­ta­mi nig­dy mi nic z nich nie przy­szło.

3

Szko­da, że nie mogę wam po­wie­dzieć, kie­dy mię­dzy mną a Ja­kiem za­czę­ło się psuć. Bo on mnie zdra­dzał albo ja go zdra­dza­łam. Albo na­gle za­czął się nade mną znę­cać czy po pro­stu prze­sta­łam go ko­chać. Nic po­dob­ne­go jed­nak się nie przy­da­rzy­ło. Było ra­czej tak, jak­by Jake za­czął stop­nio­wo zni­kać, czą­stecz­ka po czą­stecz­ce. Na­wet się spe­cjal­nie nie kłó­ci­li­śmy – nig­dy nie by­li­śmy dla sie­bie nie­grzecz­ni. Po pro­stu na­sza mi­łość po­wo­li tra­ci­ła bar­wy.

Fak­tem jest, że Jake nie­na­wi­dził mo­jej ro­dzi­ny. Cze­mu się zresz­tą nie dzi­wię. Jed­nak to oni pierw­si go znie­na­wi­dzi­li. I mimo że so­lid­ne śledz­two fe­de­ral­ne oczy­ści­ło mo­je­go ojca z ja­kich­kol­wiek za­rzu­tów w związ­ku z pro­jek­tem „Na ra­tu­nek”, Jake nig­dy do koń­ca nie uwie­rzył w jego nie­win­ność. (Gwo­li wy­ja­śnie­nia: kie­dy mó­wię o ojcu, za­wsze mam na my­śli Bena, mimo że moim bio­lo­gicz­nym oj­cem był Max. Ben jest i za­wsze był moim oj­cem w ca­łym tego sło­wa zna­cze­niu. I po­dob­nie, cho­ciaż ko­bie­ta, któ­rą znam je­dy­nie ze sły­sze­nia jako Te­re­sę Sto­ne, była moją bio­lo­gicz­ną mat­ką, to mó­wiąc o mat­ce, mam za­wsze na my­śli Gra­ce).

Mu­szę jed­nak przy­znać, że żad­na z tych osób nie za­cho­wa­ła się wo­bec mnie w stu pro­cen­tach wła­ści­wie – do­pu­ści­li do tego, że­bym po­zo­sta­ła w pew­nym sen­sie prze­trą­co­na psy­chicz­nie i roz­dar­ta mię­dzy nimi. Pró­bo­wa­łam ja­koś na­pra­wić re­la­cje z ro­dzi­ca­mi, zna­leźć neu­tral­ny grunt, po któ­rym mo­gli­by­śmy się bez­piecz­nie po­ru­szać, ale wte­dy ra­ni­łam Jake’a. I od­wrot­nie: ko­cha­jąc Jake’a i ży­jąc z nim, ra­ni­łam ro­dzi­ców. (PS Mój brat Ace też nie zno­si Jake’a. Ale on nie­na­wi­dzi rów­nież ro­dzi­ców. Je­dy­ną oso­bą, któ­rej nie nie­na­wi­dzi, je­stem ja, a przy­najm­niej tak twier­dzi).

Może to wła­śnie na tych prze­py­chan­kach, na tej nie­ustan­nej pró­bie sił ucier­pia­ły moje re­la­cje z Ja­kiem. A może za­wi­ni­ły tu róż­ne ob­se­sje Jake’a do­ty­czą­ce jego wła­snej prze­szło­ści, Mak­sa i pro­jek­tu „Na ra­tu­nek”, tego wszyst­kie­go, co tak bar­dzo pra­gnę­łam usu­nąć nam z dro­gi. Bę­dąc z Ja­kiem, mia­łam uczu­cie, jak­bym szła w górę po ru­cho­mych scho­dach ja­dą­cych w dół.

Za­sta­łam go w domu. Prze­krę­ca­jąc klucz w zam­ku, sły­sza­łam, jak idzie do drzwi.

– Rid – po­wie­dział, kie­dy we­szłam do miesz­ka­nia i zna­la­złam się w jego ra­mio­nach. – Gdzie by­łaś?

Przez chwi­lę trwa­łam w jego uści­sku, na­pa­wa­jąc się za­pa­chem, bli­sko­ścią jego cia­ła. Je­dy­ne, co się mię­dzy nami nie zmie­ni­ło, to wciąż ten sam nie­na­sy­co­ny ape­tyt na kon­takt fi­zycz­ny, jaki od po­cząt­ku mie­li­śmy na sie­bie na­wza­jem. Obo­jęt­ne, jak da­le­ko by­li­śmy od sie­bie w sen­sie psy­chicz­nym czy emo­cjo­nal­nym, nig­dy nie opu­ści­ła nas go­to­wość do tego, żeby ob­co­wać ze sobą fi­zycz­nie. Mia­ło to za­pew­ne coś wspól­ne­go z tak zwa­ną che­mią, z tym, że na­sze cia­ła tak bar­dzo do sie­bie pa­so­wa­ły. Ostat­nio pra­wie nie było mię­dzy nami spo­tka­nia, któ­re by się nie koń­czy­ło sek­sem.

– Zo­sta­łam za­trzy­ma­na – po­wie­dzia­łam, czu­jąc cię­żar zmę­cze­nia w rę­kach i w no­gach.

Jake od­su­nął się ode mnie i nie zdej­mu­jąc rąk z mo­ich ra­mion, zaj­rzał mi w oczy.

– Za­trzy­ma­na? – po­wtó­rzył. – Po­win­naś była za­dzwo­nić, Ri­dley. Wiem, że ostat­nio jest mię­dzy nami nie naj­le­piej, ale się mar­twi­łem. Spo­dzie­wa­łem się cie­bie dziś po po­łu­dniu.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek; do­cho­dzi­ła je­de­na­sta.

– Nie ro­zu­miesz, Jake, ja zo­sta­łam za­trzy­ma­na do­słow­nie, przez wła­dze fe­de­ral­ne. – Za­śmia­łam się nie­we­so­ło.

– Co ta­kie­go? – za­py­tał ostro, pa­trząc na mnie ze zdzi­wie­niem. – Dla­cze­go?

Wrę­czy­łam mu ko­per­tę i ru­szy­łam w stro­nę ka­na­py, na któ­rą ru­nę­łam bez­wład­nie jak wór kar­to­fli. Po­wie­dzia­łam mu o swo­im spo­tka­niu z agen­tem Gra­ce’em i o wi­zy­cie w FBI. Zna­jąc jego ob­se­sje, po­win­nam była ra­czej trzy­mać bu­zię na kłód­kę, ale po­wie­dzia­łam mu wszyst­ko, praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że był do­słow­nie je­dy­ną oso­bą w moim ży­ciu, z któ­rą mo­głam na ten te­mat w ogó­le roz­ma­wiać. Wszel­kie te­ma­ty zwią­za­ne z Mak­sem czy wy­pad­ka­mi, któ­re tak bar­dzo zmie­ni­ły ży­cie nas wszyst­kich, sta­no­wi­ły w mo­jej ro­dzi­nie tabu. Na­wet Ace za­su­ge­ro­wał, że­bym „dała so­bie spo­kój”, kie­dy ostat­nim ra­zem usi­ło­wa­łam go za­py­tać o spra­wy, któ­re mnie do tej pory prze­śla­do­wa­ły. Czy to nie dziw­ne, że lu­dzie naj­mniej do­tknię­ci pew­ny­mi wy­da­rze­nia­mi naj­bar­dziej chcą dać so­bie z nimi spo­kój? Bo ja też prze­cież chcia­łam dać so­bie spo­kój, ale po to, żeby wresz­cie wyjść na pro­stą, mo­że­cie mi wie­rzyć. Wpa­dłam jed­nak w ja­kąś dziw­ną pu­łap­kę mię­dzy mo­imi ro­dzi­ca­mi, któ­rzy uda­wa­li, że nic się nie sta­ło, a Ja­kiem, któ­ry uwa­żał, że już nig­dy wię­cej nic się nie sta­nie.

Skoń­czy­łam mó­wić i za­mknę­łam oczy; sły­sza­łam, jak Jake prze­glą­da zdję­cia. Po­nie­waż się nie od­zy­wał, spoj­rza­łam na nie­go i zo­ba­czy­łam, że usiadł na krze­śle na­prze­ciw­ko mnie. Uda­wa­łam, że nie wi­dzę, jak mu jest go­rą­co w czar­nym T-shir­cie i płó­cien­nych spło­wia­łych spodniach, sta­ra­łam się nie pa­trzeć na ta­tu­aże, któ­re wiły się wo­kół jego bi­cep­sów, gi­nąc gdzieś w rę­ka­wie. Nie mu­siał mnie do­ty­kać, że­bym na nie­go re­ago­wa­ła.

– No i? – po­wie­dział, pod­no­sząc wzrok znad zdjęć i pa­trząc na mnie.

– No wła­śnie, co? – od­par­łam. – Nie byli w sta­nie sfor­mu­ło­wać za­rzu­tów wo­bec mo­je­go ojca, a za­rzu­ty wo­bec Esme Gray oka­za­ły się tak sła­be, że mu­sie­li ją wy­pu­ścić po dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach. Trud­no, żeby ści­ga­li Za­cka za coś, co się za­czę­ło na dłu­go przed jego uro­dze­niem. – Głę­bo­ko za­czerp­nę­łam tchu. – Roz­pacz­li­wie po­szu­ku­ją ko­goś, kogo by mo­gli oskar­żyć, i w tym celu pró­bu­ją na­wet zmar­łych wy­cią­gać z gro­bów.

Nie chcia­łam na­wet my­śleć o Esme, pie­lę­gniar­ce, któ­ra pra­co­wa­ła z moim oj­cem, po­ma­ga­jąc mu w kli­ni­ce jesz­cze na dłu­go przed moim uro­dze­niem. Była też mat­ką mo­je­go daw­ne­go chło­pa­ka Za­cka Graya. Swe­go cza­su trak­to­wa­łam Esme jako oso­bę bar­dzo mi bli­ską, bliż­szą na­wet niż mat­ka, była ona jed­nak moc­no zwią­za­na z ciem­ną stro­ną pro­jek­tu „Na ra­tu­nek”, po­dob­nie jak Zack. Nie mogę już utrzy­my­wać bli­skich kon­tak­tów z żad­nym z nich dwoj­ga, a jest po temu wię­cej po­wo­dów, niż mo­gła­bym tu wy­mie­nić.

Jake nie od­po­wie­dział, oglą­dał tyl­ko zdję­cia, jed­no po dru­gim. Jego twarz przy­bra­ła dziw­ny wy­raz – niby po­ja­wił się na niej pół­u­śmiech, ale oczy po­zo­sta­ły mrocz­ne. Za­uwa­ży­łam, że lek­ko po­trzą­snął gło­wą. Uli­cą prze­je­cha­ła ka­ret­ka po­go­to­wia na sy­gna­le, na mo­ment wy­peł­nia­jąc miesz­ka­nie dźwię­kiem i świa­tłem.

– O czym my­ślisz? – spy­ta­łam.

– O ni­czym – po­wie­dział, od­kła­da­jąc zdję­cia na stół. – O ni­czym nie my­ślę – po­wtó­rzył.

Kła­mał. Ukrył twarz w dło­niach, oparł łok­cie na ko­la­nach i wes­tchnął głę­bo­ko. Usia­dłam na skrzy­żo­wa­nych no­gach, przy­glą­da­jąc mu się.

– O co cho­dzi?

Spoj­rzał na mnie.

– Czy to jest on, Ri­dley? Czy to jest Max?

W jego gło­sie wy­czu­łam nutę de­spe­ra­cji. I cze­goś jesz­cze. Czyż­by to był strach?

– Nie – od­par­łam. – Oczy­wi­ście, że nie. Max nie żyje. Wi­dzia­łam jego zwło­ki w trum­nie. Wła­sno­ręcz­nie roz­sy­pa­łam jego pro­chy. Max nie żyje.

– Jego twarz była nie­roz­po­zna­wal­na, po­cię­ta szkłem wsku­tek tego, że wy­le­ciał przez przed­nią szy­bę. Twarz, któ­rą wi­dzia­łaś, zo­sta­ła zre­kon­stru­owa­na na pod­sta­wie fo­to­gra­fii.

– To był on.

Jake mó­wił praw­dę. Ale ja po­zna­łam dło­nie Mak­sa, jego pier­ścion­ki, nie­wiel­ką bli­znę na szyi. Nie było otwar­tej trum­ny dla od­wie­dza­ją­cych, ale wszy­scy mo­gli­śmy obej­rzeć cia­ło, kie­dy zo­sta­ło przy­go­to­wa­ne do kre­ma­cji. Oj­ciec za­ła­twił po­śmiert­ną re­kon­struk­cję zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy, tak że­by­śmy mo­gli roz­po­znać oso­bę, któ­rą że­gna­li­śmy. Z per­spek­ty­wy cza­su wy­da­je mi się to czymś kosz­mar­nym (nie mó­wiąc już o wiel­kiej stra­cie pie­nię­dzy), ale wte­dy uwa­ża­li­śmy to za słusz­ne.

– Bo je­śli to jest Max… – Jake za­wie­sił głos, nie prze­sta­jąc na mnie pa­trzeć.

– To nie jest Max – od­par­łam z mocą.

– Ri­dley. – Jake prze­tarł oczy. – Wie­lu rze­czy o tym czło­wie­ku nie wiesz.

Chwi­la­mi Jake mnie prze­ra­żał. To była dru­ga przy­czy­na tego, że nasz zwią­zek za­czął się psuć. Nie, że­bym się go bała fi­zycz­nie, ale in­ten­syw­ność jego ob­se­sji przy­po­mi­na­ła ja­kiś na­tu­ral­ny ka­ta­klizm, coś, co mo­gło usu­nąć nam grunt spod nóg, otwie­ra­jąc prze­paść. Za­sta­na­wia­łam się, kie­dy ta prze­paść go po­chło­nie, a ra­zem z nim i mnie.

– Wiesz co? – po­wie­dzia­łam, wsta­jąc. – Te­raz nie mogę tego z tobą zro­bić.

– Ri­dley.

– Jake, chcę, że­byś zo­sta­wił mnie samą. – Otwo­rzy­łam drzwi.

– Po­słu­chaj… – za­czął, ale mu prze­rwa­łam, uno­sząc rękę.

– Nie, Jake, to ty po­słu­chaj mnie. Zro­zum, ja nie mogę. Mu­sisz iść. – Nie chcia­łam sły­szeć, co miał mi do po­wie­dze­nia. Ab­so­lut­nie.

Pa­trzył na mnie przez chwi­lę, a na­stęp­nie ski­nął gło­wą, wstał i pod­szedł do bla­tu od­dzie­la­ją­ce­go kuch­nię od czę­ści miesz­kal­nej. Wziął ze stoł­ka swo­ją skó­rza­ną kurt­kę. Czu­łam się fa­tal­nie; wi­dzia­łam, że zro­bi­łam mu przy­krość. Ale zmę­cze­nie, ja­kie od­czu­wa­łam wcze­śniej, nie po­zo­sta­ło bez wpły­wu na mój na­strój. Ma­rzy­łam tyl­ko o tym, żeby za­mknąć oczy i za­paść się w bło­go­sła­wio­ną ciem­ność.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać – po­wie­dział, na­chy­la­jąc się do mnie już w drzwiach i ca­łu­jąc w po­li­czek.

– Zgo­da – od­par­łam. – Ju­tro.

Wy­szedł, a ja za­mknę­łam za nim drzwi. Prze­szłam do sy­pial­ni, któ­rą z nim dzie­li­łam. Zsu­nę­łam buty i rzu­ci­łam się na łóż­ko, za­pa­da­jąc się w pu­cho­wą koł­drę. Nie wiem, jak dłu­go szlo­cha­łam – ze zwy­kłe­go wy­czer­pa­nia i smut­ku, któ­ry za­go­ścił w moim ser­cu, gro­żąc, że go już nig­dy nie opu­ści.

Mu­sia­łam za­snąć, bo w kil­ka go­dzin póź­niej obu­dził mnie te­le­fon. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek: była 3.33 rano. Się­gnę­łam do sto­li­ka noc­ne­go i pod­nio­słam słu­chaw­kę, prze­ko­na­na, że to Ace. Po­tra­fił dzwo­nić do­słow­nie o każ­dej po­rze, co było cha­rak­te­ry­stycz­ne dla czło­wie­ka wy­cho­dzą­ce­go z uza­leż­nie­nia, cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wa­ne­go na so­bie. Ja, wy­cho­dzą­ca z uza­leż­nie­nia od po­ma­ga­nia in­nym, bez wa­ha­nia pod­nio­słam słu­chaw­kę.

– Halo – po­wie­dzia­łam.

Usły­sza­łam gło­śne za­kłó­ce­nia na li­nii, da­le­kie gło­sy i mu­zycz­kę. Spoj­rza­łam, kto dzwo­ni, ale nu­mer się nie wy­świe­tlił.

– Halo? – po­wtó­rzy­łam.

Do­tarł do mnie czyjś od­dech, po czym za­le­gła ci­sza. Odło­ży­łam słu­chaw­kę i cze­ka­łam, aż za­dzwo­ni po­now­nie, ale nie za­dzwo­nił. Po chwi­li wsta­łam, umy­łam zęby, ro­ze­bra­łam się i we­szłam pod koł­drę. Szyb­ko za­pa­dłam w nie­spo­koj­ny sen.

4

Może pa­mię­ta­cie, że je­stem dzien­ni­kar­ką. Aż do tej chwi­li pi­sa­łam ar­ty­ku­ły dla po­waż­nych ma­ga­zy­nów i ga­zet – fe­lie­to­ny, syl­wet­ki wy­bit­nych oso­bi­sto­ści i po­li­ty­ków, tro­chę re­por­ta­ży z po­dró­ży. Do­brze mi szło i za­wsze ko­cha­łam swo­ją pra­cę. Ale po­dob­nie jak wie­le in­nych spraw, w ostat­nim roku i to się zmie­ni­ło. (Nie mogę po­wie­dzieć, że­bym prze­sta­ła ko­chać tę pra­cę, cho­ciaż nie je­stem pew­na, czy „ko­chać” jest tu naj­lep­szym sło­wem. Cho­dzi o to, że nie mam po­dziel­no­ści uwa­gi; je­śli pra­cu­ję, nie mogę ro­bić ab­so­lut­nie nic in­ne­go). A ostat­nio ab­sor­bo­wa­ły mnie spra­wy więk­szej wagi – chęć zba­da­nia pro­ble­mów o szcze­gól­nym zna­cze­niu. Od­kry­łam w so­bie mia­no­wi­cie za­in­te­re­so­wa­nie dla psy­chicz­nych si­ła­czy, tych, któ­rzy zna­la­zł­szy się w ob­li­czu nie­zwy­kłych oko­licz­no­ści, prze­ży­li je nie tyl­ko po to, by o tym mó­wić, ale by sta­wiać so­bie wyż­sze cele. Fa­scy­nu­ją mnie gra­ni­ce ludz­kiej wy­trzy­ma­ło­ści, zdol­ność nie­któ­rych do prze­ku­wa­nia tra­ge­dii w zwy­cię­stwo. Spró­buj­cie so­bie to wy­obra­zić. Mnie oso­bi­ście wy­da­wa­ło się, że z tra­ge­dią so­bie po­ra­dzi­łam; ale po­zo­sta­ła część da­lej mi się wy­my­ka­ła.

Kie­dy na­za­jutrz rano pa­rzy­łam kawę, moje pię­ter­ko za­la­ło ja­skra­we świa­tło sło­necz­ne. Na­sta­wi­łam te­le­wi­zor, żeby obej­rzeć pro­gram To­day, ale po chwi­li ści­szy­łam te­le­wi­zor, po­nie­waż nie mo­głam znieść nie­ustan­ne­go ja­zgo­tu re­klam. Po­pi­ja­jąc moc­ną kawę, pa­trzy­łam przez chwi­lę na ekran. W rogu wi­dać było uśmiech­nię­tych męż­czy­znę i ko­bie­tę. Nad nimi krzy­czał wiel­ki na­pis: „Za­gi­nio­na para”. Przy­pusz­czam, że lu­dzie ci mu­sie­li za­gi­nąć już ja­kiś czas temu i nikt nie miał po­ję­cia, co się z nimi sta­ło. Do­zna­łam kosz­mar­ne­go uczu­cia nie­po­ko­ju, któ­ry mnie za­wsze ogar­niał w po­dob­nych oko­licz­no­ściach – na myśl o tym, że los ta­kich lu­dzi może na za­wsze po­zo­stać nie­zna­ny. Nie cier­pię py­tań po­zo­sta­wio­nych bez od­po­wie­dzi i nie­wy­ja­śnio­nych ta­jem­nic. Od­czu­wam wte­dy wiel­ki nie­do­syt. Od­wró­ci­łam się od ekra­nu. Dość mia­łam wła­snych pro­ble­mów, a wśród nich wca­le nie naj­mniej­szym był zbli­ża­ją­cy się ter­min od­da­nia ma­te­ria­łu dla „O Ma­ga­zi­ne”.

Wyj­rza­łam przez okno i stwier­dzi­łam, że lu­dzie na Park Ave­nue So­uth są w płasz­czach i czap­kach. Było sło­necz­nie, ale zim­no – mój ulu­bio­ny typ po­go­dy w No­wym Jor­ku. Ma­ru­dząc jesz­cze przez chwi­lę, zła­pa­łam się na tym, że prze­pa­tru­ję uli­cę w po­szu­ki­wa­niu czło­wie­ka z fo­to­gra­fii. Szu­ka­łam wy­so­kiej chu­dej po­sta­ci z za­pad­nię­ty­mi po­licz­ka­mi. Ale oczy­wi­ście nie zna­la­złam. A Max nie żył. Nie­wie­lu rze­czy w ży­ciu by­łam tak pew­na jak wła­śnie tego.

Wzię­łam prysz­nic i ubra­łam się. A na ko­niec, opa­tu­lo­na w czar­ny weł­nia­ny płaszcz i ja­sno­nie­bie­ski kasz­mi­ro­wy szal, wy­pchnę­łam ze świa­do­mo­ści wy­da­rze­nia dnia wczo­raj­sze­go i wy­szłam.