Czasotorium tom III Nigdy nie wrócę - Krzysztof Spadło - ebook + audiobook

Czasotorium tom III Nigdy nie wrócę ebook i audiobook

Krzysztof Spadło

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Finalny tom cyklu „Czasotorium”, wiedzie swych bohaterów przez różne epoki, a wartka akcja oraz serie zaskakujących wydarzeń sprawiają, że lekturę czyta się

jednym tchem. Miejscami Krzysztof Spadło umiejętnie kreuje historię i przeistacza jej treść w barwną, awanturniczą opowieść, gdzie stawką jest życie lub śmierć.

* * *

- Ostawcie nas w spokoju! Odejdźcie, a nikomu nie stanie się krzywda i wszyscy ujdziecie z życiem!

Lufa pistoletu była skierowana w stronę dowódcy mytnych, który na dźwięk usłyszanych słów, roześmiał się w głos. Bojan miał na sobie kolczugę, a na jego głowie, spoczywał stożkowy szyszak. Największy wróg Jasińskiego, naciągnął cięciwę i mierząc w ich kierunku, krzyknął:

- Chyba kpisz zdrajco! Sądzisz, że zdołacie nas wszystkich zabić?!

- Co do jednego! Wyrżniemy was w pień, a ty zginiesz jako pierwszy!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Leszek Wojtaszak

Oceny
4,8 (5 ocen)
4
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
asia_w

Nie oderwiesz się od lektury

Autor nie zawodzi, ale po takim zakończeniu kolejna część obowiązkowa.
00
saxgregorius

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle zaje… no i zapowiada się na więcej mam nadzieję. Polecam polecam polecam.
00
anet66

Dobrze spędzony czas

Świetna, ale jeśli to finalny tom to zakończenie do bani! Mam nadzieję, że będzie kontynuacja
00



Krzysztof Spadło

CZASOTORIUM

tom III

Nigdy nie wrócę

PROJEKT OKŁADKI: Dariusz Herbowski

KOREKTA I REDAKCJA:

Małgorzata Wawrzyniak

Remigiusz Michalik

ISBN:

78-83-975698-1-2

WYDAWCA:

KAGO

KONTAKT:

[email protected]

KONWERSJA DO EPUB i MOBI: Marcin "Kamyk" Kamiński (marcinkaminski.pl)

Copyright © 2026 Krzysztof Spadło & KAGO

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie I 2026

Lubisz opowieści, traktujące o podróżach w czasie? Miewasz czasami takie chwile, kiedy w Twoim umyśle kiełkuje znienacka irracjonalne marzenie, żeby móc cofnąć się w przeszłość? Dostać chociaż jedną szansę i wrócić, żeby uniknąć głupiego błędu, którego konsekwencje zaważyły nad Twoim obecnym losem. Czy w takich momentach, snujesz w wyobraźni alternatywne wizje swojego istnienia? A może czasami nawiedzają Cię wspomnienia o dniach, kiedy Twój świat i życie były piękniejsze, ciekawsze, a może nawet szczęśliwsze? Czy takie rozmyślania sprawiają, że zaczynasz tęsknić za przeszłością? Czy budzi się w Tobie nostalgiczne pragnienie, aby ponownie doświadczyć wszystkimi zmysłami tamtych magicznych chwil i powrócić do nich nawet za cenę własnej duszy? Jeżeli znasz te uczucia i teraz uśmiechasz się pod nosem, to śmiem twierdzić, że mamy z sobą coś wspólnego. Fajnie, że tutaj jesteś, bo ta książka jest dedykowana właśnie Tobie! Życzę miłej lektury.

Rozdział 7 W intencji

Gorca, klasztor zakonu augustianów. Niedziela 21 czerwca 1484 roku.

Ostatni, wiosenny poranek był zapowiedzią uroczego dnia. Jaskrawe słońce płonęło złocistym blaskiem na tle lazurowego nieba, ofiarowując światu magiczną radość życia. Pogodna i bezwietrzna aura, utrzymywała się jeszcze kiedy kościelne dzwony wybiły na Anioł Pański, jednak kilka pacierzy później, każdy kto spojrzał w zachodnim kierunku, widział jak zza linii horyzontu, wyłaniają się skłębione masywy chmur. Wybrzuszone, śnieżnobiałe bałwany, wyraźnie kontrastowały z taflą błękitnego nieba, wlokąc za sobą rozpostarty, brunatny welon. Majestatyczne obłoki, zwiastujące żywioł, zdawały się wolno i ospale sunąć przed siebie. Nadciągały bez pośpiechu, niczym inwazja wielotysięcznej armii, której wojska kroczą w zwartych szeregach i miażdżą wszystko, co napotkają na swej drodze.

Okna najważniejszej, klasztornej komnaty, spoglądały w zachodnim kierunku. Przy jednym z nich stał sędziwy opat i zamyślonym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Wtem po drugiej stronie masywnych drzwi, rozległo się pukanie. Duchowny obrócił się na pięcie i rzucił donośnym głosem:

- Wejść!

Próg pomieszczenia przekroczył młody zakonnik, odziany w czarny habit. Zamknął za sobą drzwi i skinął głową.

- Wielebny ojcze, stawiam się na twe wezwanie.

- Czyś dopilnował mych wytycznych?

- Tak, wasza świętobliwość. Niebawem czterech naszych braci i tyluż samo zbrojnych, uda się do opuszczonej warowni na szczycie góry. Oddani nam smardowie, będą natomiast bacznie pilnować każdego traktu wiodącego na Slezie. Z nastaniem zmierzchu, wspólnie z bratem Antonim, ruszymy konno, żeby sprawdzić czy plebejusze trwają w ukryciu na swych posterunkach. W naszej karczmie przy szlaku kupieckim, spotkam się jeszcze dziś z tymi, którym zlecę baczenie jeno na dymy z cysterskich włości.

- Słuszna decyzja - stwierdził opat i dodał: - Byłbym niezmiernie rad, jeśli ktoś z Sulstirwicz, dopuściłby się udziału w pogańskich obrzędach. Taka sytuacja byłaby dla naszego zakonu bardzo korzystna, oj bardzo!

- Domyślam się ojcze czcigodny - skwitował jego podwładny.

- Młody jesteś bracie, ale mądrość wielka w tobie drzemie. Zdajesz się doskonale rozumieć, że ta jedna mała wieś, znajdująca się w rękach pazernych cystersów, jest dla naszego zgromadzenia niczym cierń w oku. Z niewiadomych powodów, opat Fabian z Lubus, pała wielką niechęcią do naszego zakonu i odrzuca wszelkie propozycje, jakiem mu osobiście przedkładał. Jednak gdyby okazało się, że komuś z tamtejszych chamów, udowodnimy bałwochwalstwo, tedy zarówno książę śląski, władze episkopatu oraz sam papież, zostaliby zaznajomieni ze sprawą i wówczas... - opat znienacka zamilkł i wymownym wzrokiem spojrzał na Olafa, niczym mistrz egzaminujący swego najzdolniejszego ucznia.

Zakonnik w mig pojął intencje przełożonego i dokończył kwestię:

- Wówczas z poparciem papieża, księcia i biskupów, sulstirwiczowskie dobra bardzo szybko, znalazłyby się w rękach naszego klasztoru.

- Sprawiasz mi wielką radość bracie Olafie i nie przestajesz mnie zaskakiwać. Po raz kolejny udowodniłeś, że masz bystry rozum, naprędce potrafisz kojarzyć fakty i wnioski właściwe wyciągasz - sędziwy opat skomplementował swego rozmówcę i nagle zmieniając temat, rzekł: - Pragnę, abyś czem prędzej zdobył dla mnie rzetelną wiedzę o podatkach i daninach, jakie cystersi nakładają na swe dymy.

- Daj mi kilka dni ojcze wielebny, a dowiem się wszystkiego. Mam jeszcze pytanie, związane z dzisiejszą nocą. Co uczynimy, jeśli ktoś z naszych włości okaże się hołdować pogańskim obyczajom?

- Oby tak się nie stało - słowa opata zabrzmiały jak pełne nadziei życzenie, po czym sędziwy duchowny przeżegnał się i dodał: - Gdyby jednak doszło do takiej sytuacji, tedy zostalibyśmy zmuszeni, aby zdarzenie w głębokiej utrzymać tajemnicy i w każdy możliwy sposób, uratować grzeszną duszę takiego nikczemnika.

- Ojcze wielebny, czy naprawdę sądzisz, że na naszych ziemiach, żyją jeszcze ludzie, którzy oddają cześć słowiańskim bożkom?

Opat usłyszawszy pytanie, uśmiechnął się, ale to nie był radosny grymas.

- Wiem, że na pewno są tacy, którzy żywią nienawiść do Kościoła katolickiego. Wojny husyckie, które dosięgły również nasze majątki, trwały przez kilkanaście lat. Minęło już pół wieku od zakończenia tego niecnego konfliktu, ale blizny pozostaną na zawsze. Czy godziłoby się nam zapomnieć, ilu barbarzyńskich zniszczeń dokonano? Ile miejsc chrześcijańskiego kultu zostało zniszczonych, zrównanych z ziemią lub puszczonych z dymem? Ileż zacnych budowli obrócono w perzynę? Jak wiele wsi spłonęło? Iluż ludzi straciło życie w imię religijnych niesnasek? Daleko nie musimy szukać. Weźmy na przykład warownię na szczycie góry, która dawniej zapewniała nam ochronę, a dziś po jej świetności, zostały jeno ruiny. Tyś jest zaznajomiony z historią dzięki księgom i opowieściom, a ja byłem jej naocznym świadkiem. Obaj dobrze wiemy, jak bardzo ucierpiał nasz klasztor i jak wielu braci zginęło, ratując nasze zakonne dziedzictwo. Jednak z Bożą pomocą, z wiarą w sercach i godnością w duszach, powstaliśmy z klęczek. Na zgliszczach, wznieśliśmy murowaną świątynię i solidne zabudowania, które przez wieki oprą się każdemu najeźdźcy. Wiele rzeczy, które widzisz w tej komnacie - opat wykonał zamaszysty ruch ręką - pochodzą sprzed wielu dziesiątek lat. Są świadectwem naszej tradycji i historycznej tożsamości, których winniśmy strzec w imię prawdy dla kolejnych pokoleń zakonników. Przekazać je tym, którzy w przyszłości z dumą zajmą nasze miejsca, by krzewić wiarę na chwałę Boga Wszechmogącego i jego syna, Jezusa Chrystusa. Zapytałeś, czy na naszych ziemiach, żyją jeszcze ludzie, którzy oddają cześć słowiańskim bożkom? Sądzę, że tak, aczkolwiek w głębi serca, wolałbym się mylić. Spójrz tylko na te wspaniałe portrety, ocalone z husyckiego pogromu. Widnieją na nich podobizny opatów tutejszego klasztoru, a na ramach zostały wyżłobione daty, kiedy pełnili swe zaszczytne i odpowiedzialne funkcje. Pierwsi bracia, kanonicy regularni świętego Augustyna, jak głoszą podania, zjawili się w tym miejscu w roku 1121, przybyli tutaj ponad trzysta pięćdziesiąt lat temu - mówił z nieukrywaną dumą w głosie - a nam Bóg powierzył zaszczyt, abyśmy kontynuowali ich zacne dzieło. Augustianie zawsze dbali o swoje ziemskie dobra, tak jako i my teraz to czynimy. Żyjemy w myśl boskich praw, przykazań i Pisma Świętego, modlimy się o urodzajne plony, zdrową trzodę i pełne spichlerze, a jako namiestnicy Chrystusa, pełnimy rolę pasterzy ludzkich dusz. Krzewimy wiarę, głosimy słowo Boże, niesiemy nadzieję i obietnicę raju, czynimy dobro i troszczymy się o wiernych. Nikt z nas nie jest idealny, my też popełniamy moc błędów, ale spójrz bracie na zacne oblicza dawnych opatów i pomyśl o ich poświęceniu i oddaniu. Dzięki nim, nasze opactwo zyskało potęgę, urosło w siłę i wciąż trwa. Oni w przeszłości walczyli z pogaństwem, a naszym obowiązkiem jest przejąć schedę nad tym dziełem. Zapewne do twych uszu dotarły opowieści o tutejszych, dawnych zwyczajach i o tym, że Slezie przed wieloma wiekami uchodziła za świętą górę Słowian.

- Zgadza się ojcze, wielem słyszał historii.

- W takim razie jesteś świadom, że dziś przypada najważniejsze pogańskie święto, znane jako Noc Kupały - oznajmił i uniósł nieco w górę wskazujący palec prawej dłoni. - Dlatego musimy wiedzieć, czy wśród okolicznej gawiedzi są jeszcze tacy, którzy wbrew kościelnym zakazom, zapragną uczcić tę noc i na zboczach Slezie, rozpalą ognie dziękczynne. Nie możemy dopuścić, aby pośród gminu, pozostawały wciąż żywe dawne gusła i wierzenia. Mam już swoje lata i wielem widział. Pamiętam, jak ponad pół wieku temu, husyci chcąc nas podstępem wywabić z klasztoru, w Noc Kupały, rozpalili wokół szczytu dziesiątki ognisk. Jednak ich fortel nas nie zwiódł, potem wojny przeminęły i nastał upragniony pokój, ale wraz nim, wróciły pogańskie rytuały. Znowu zaczęła się nasza walka z plugawymi obyczajami. Blisko ćwierć wieku temu, Stolica Apostolska powierzyła przeorowi dominikanów z Wratislau, funkcję śląskiego inkwizytora. Miałem okazję osobiście poznać jego zacną osobę. Nazywał się Grzegorz Hejncze - wyjaśnił opat, który najwyraźniej starał się być bardzo precyzyjny - swą władzę sprawował, aż do śmierci, a zmarł całkiem niedawno, bo raptem jesienią zeszłego roku. Kilka lat temu, jeszcześ nim przywdział czarny habit, ojciec Grzegorz gościł przez kilka dni w naszym opactwie. Nie przez przypadek doszło do jego wizyty w tygodniu, w którym przypadała Noc Kupały. Dzięki naszym sugestiom, wieść szybko rozeszła się po okolicy, a okoliczna gawiedź zaczęła plotkować. Podejrzewam, że strach przed znanym na całym Śląsku inkwizytorem sprawił, iż tamtego roku, żadne ognisko nie zapłonęło na Slezie. Władze naszego klasztoru miały nadzieję, że tak już zostanie, ale życie jak zwykle okazało się przewrotne i Bóg Wszechmogący znowu wystawił nas na próbę. Osobiście sądzę, że mamy na naszych włościach kilku, a może nawet kilkunastu chamów, którzy łamią pierwsze przykazanie i wiedz bracie Olafie, że bardzo pragnę, aby czem prędzej zostali pochwyceni i srogo ukarani za swą zuchwałość.

- Przyrzekam ojcze, że jeśli są tacy ludzie, doprowadzę ich przed twe oblicze - zakonnik zapewnił pełnym powagi tonem.

- Gdybym był młodszy, gdybym miał tyle lat co ty... - sędziwy duchowny westchnął w taki sposób, jakby faktycznie tęsknił za czasami własnej młodości. Nagle, zmieniając temat, zapytał: - A czy wiesz bracie w czyjej intencji, będzie dzisiejsza msza wieczorna?

Olaf spojrzał zaskoczonym wzrokiem na twarz opata, a jego spojrzenie jasno dowodziło, że nie ma najmniejszego pojęcia.

- Bardzo wiele lat temu, jeszcze w czasach zanim ja zostałem zakonnikiem, nasze opactwo zyskało nową tradycję. Rok w rok, dwudziestego pierwszego czerwca, ostatnia liturgia jest odprawiana w intencji opata, który w całej historii klasztoru w Gorce, najkrócej piastował swój urząd - wyjaśnił, po czym podszedł do ściany, na której wisiały portrety i wskazał dłonią na konkretne malowidło. - Właśnie spoglądasz na oblicze świętej pamięci brata Enika. Siła jego zasług dla zakonu augustianów była ogromna. On, jako jedyny z naszego opactwa, które jak wspomniałem wcześniej istnieje już ponad trzysta pięćdziesiąt lat, zasłużył sobie aby obraz z jego podobizną, zawisł również w komnacie pamięci, która jest chlubą głównej siedziby zakonu augustianów na Wyspie Piasek. Tam miejsce znajdują jeno ci, którzy za swego życia, dokonali wielkich i wybitnych rzeczy na chwałę naszego zgromadzenia.

Młody zakonnik wpatrując się w portret, zapytał:

- Dlaczego ten zaszczyt spotkał brata Enika?

- Kiedym pobierał nauki na Wyspie Piasek, wnikliwie studiowałem księgi, w których spisano szczegółową historię i dzieje naszego zakonu. Wiele stronic dotyczyło opowieści o bracie Eniku, który przez wiele lat wędrował po świecie i szerzył wiarę pośród pogan. Do opactwa w Gorce, zawitał wiosną 1308 roku. Nie łaknął zaszczytów i pozycji, skupiał się jeno na wiernej służbie dla chwały zakonu. Ponoć był z niego człek rosły, o posturze godnej groźnego woja. Nie lękał się trudnych zadań, a pośród pospólstwa, cieszył się szacunkiem i poważaniem. Zapewne był srogi, bowiem zyskał przydomek „Bicz Boży”. Jego talenta nie umknęły uwadze klasztornych władz i został mianowany poborcą. On udoskonalił zasady pobierania podatków, a w ich myśl, poczyniono zmiany w naszym zakonnym kodeksie, które po dziś dzień są przestrzegane. Musisz wiedzieć, że w tamtych czasach, duża część tutejszej gawiedzi nadal czciła słowiańskie bóstwa, a brat Enik, jak na prawego, bożego sługę przystało, bezwzględnie walczył z bałwochwalstwem. Wieści o jego czynach, szybko dotarły do siedziby zakonu w ówczesnym Wratislau, które obecnie nosi nazwę Wretslaw, gdzie zyskał sympatię, uznanie i przychylność samego prowincjała. W ciągu zaledwie kilku lat sprawił, że klasztor w Gorce, mógł uchodzić za niedościgniony wzór dla innych opactw. Skutecznie rozszerzał nasze wpływy, układał się ze świeckimi możnymi, zawiązywał sojusze i porozumienia, pozyskiwał dla klasztoru nowe włości oraz hojnych fundatorów. Jego osiągnięcia były tak imponujące, że kapituła z Wyspy Piasek, podjęła jednomyślną decyzję i z końcem 1316 roku, brat Enik został mianowany opatem. W myśl naszych zakonnych zasad, przestał wówczas być bratem i stał się ojcem. Oczekiwano, że pod jego przywództwem klasztor w Gorce czekają dni wielkiej chwały. Jednak pół roku później, a konkretnie dwudziestego pierwszego czerwca 1317 roku, doszło do ogromnej tragedii. Ojciec Enik oraz trzech towarzyszących mu ludzi, przepadli bez wieści niczym kamień rzucony w wodę, a wszelki ślad po nich zaginął. Nigdy nie odnaleziono ich ciał, jeno pusty powóz wraz z końmi, które pasły się po południowej stronie góry. Istniało podejrzenie, że tuż przed nastaniem Nocy Kupały, cała czwórka została podstępnie zamordowana przez plugawych pogan. Osobiście uważam, że ojciec Enik oraz reszta jego kompanów, odkryli albo przypadkiem dotarli w miejsce zakazanych obrzędów i tam zostali bestialsko zgładzeni. Przez wiele kolejnych dni, skrzętnie przeszukiwano okoliczne pola i lasy oraz zbocza Slezie. Nigdzie nie natrafiono na ślad świeżo kopanej ziemi, która mogła by świadczyć, że pod jej zwałami znajduje się mogiła. Przepytano również mieszkańców wszystkich wsi i osad, rozsianych wokół góry, ale nikt niczego nie widział i nie słyszał. Do dziś całe zajście jest owiane tajemnicą i myślę, że dopiero na sądzie bożym, poznamy prawdę. Osobiście uważam, że okrutnego mordu, dopuścili się pogańscy wyznawcy, których potomkowie nadal żyją na naszych ziemiach. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, bowiem do zdarzenia doszło tuż przed lub w trakcie nocy, którą Słowianie uważali za najświętszą. Dziś również przypada Noc Kupały, ale nie zapowiada się pogodnie - sędziwy opat, ciągnął swój wywód, patrząc w okno. - Powietrze jest ciężkie i duszne, od zachodu nadciągają burzowe chmury, ale bałwochwalcom taka aura na pewno nie będzie przeszkodą. Szatańskim pomiotom niegroźne są dudniące grzmoty i jaskrawe błyski piorunów, a skoro planujecie wyruszyć po zmierzchu, to zachowajcie czujność i niechaj Bóg, roztoczy nad wami swą opiekę.

- Nie troskaj się ojcze wielebny, Chrystus będzie nad nami czuwał.

Opat uśmiechnął się, spojrzał zakonnikowi prosto w oczy, a jego słowa, zabrzmiały niczym bezcenna rada:

- Bracie Olafie, pamiętaj, że każda władza, zarówno świecka jak i kościelna, nie buduje swej potęgi na przychylności możnych, lecz poparciu prostego ludu. Ciemny plebs nie ma dużych wymagań. Pragnie jedynie być syty i cieszyć się brzdękiem kilku denarów. Daj chamom bochenek chleba i garść monet, a zyskasz ich lojalność i oddanie. Posłusznych czasami hojnie nagradzaj, aby mniej gorliwi dostrzegli, że kto wiernie klasztorowi służy, ten od zakonu łask doznaje.

Rozdział 8 Sakiewki pełne denarów

Czerwcowe popołudnie dopiero przeistaczało się w ostatni, wiosenny wieczór, ale świat dookoła wyglądał tak, jakby niebawem miał zostać wchłonięty przez ponury, granatowy mrok. Jak okiem sięgnąć, na pochmurnym niebie nie sposób było dostrzec choćby skrawka błękitu. Korony drzew kołysały się w delikatnych podmuchach wiatru, który baraszkował pomiędzy zielonymi liśćmi i nucił swą szeleszczącą pieśń. Urokliwy widok zapewniały rozległe połacie pól, porośnięte kłosami dojrzewających zbóż, które delikatnie i leniwie falowały, jakby chciały swe ziarna utulić do snu. Nie było natomiast widać zachodniego horyzontu, bowiem hen w oddali, jawiła się tylko nieprzenikniona czerń. Raz po raz tamtejszą płachtę ponurego nieba, rozświetlały zygzakowate błyski, a po dłuższej chwili do uszu docierało ciche, niewyraźne dudnienie. Zapewne wszyscy mieszkańcy wsi i osad, okalających Sleize, nie mieli najmniejszych wątpliwości, że wraz z nastaniem nocy, burza zawiśnie nad ich domostwami.

Kiedy kościelne dzwony wzywały wiernych na wieczorne nieszpory, o ziemię uderzyły pierwsze krople deszczu. W tym samym czasie na klasztornym dziedzińcu, dwóch zakonnych braci dosiadło koni i przekroczywszy bramę, ruszyło stępa. Jechali polną drogą w stronę przełęczy, przecinającej masyw i wijącej pomiędzy szczytami Sleize i Radnyna. W trakcie podróży mieli zamiar sprawdzić, czy opłaceni smardowie, mają baczenie na trakty i ścieżki, prowadzące ku wzniesieniu, uchodzącym w zamierzchłych czasach za świętą górę Słowian.

Karczma w Tampadel, stojąca przy szlaku handlowym, wiodącym ze Schweidnitz przez Czobotaw do Wretslaw, przynosiła klasztorowi naprawdę przyzwoite zyski. Wiele lat temu, kiedy wojny husyckie dobiegły końca, ówczesny opat z Gorca, zarządził rozbudowę gospody. Prace trwały kilka miesięcy, po bokach dostawiono dwie obszerne izby, a obiekt zyskał kształt litery U. Przy okazji, poszerzono również stajnię i stodołę, które mogły w razie potrzeby zapewnić nocleg podróżnym.

Wyszynk szybko stał się popularnym miejscem. Zjawiali się tutaj nie tylko okoliczni chłopi i strudzeni drogą kupcy. W jej podwojach gościli wojowie, szukający zaciągu, ludzie podający się za pielgrzymów, bardowie, kuglarze, podejrzane typy spod ciemnej gwiazdy lub wędrowni rzemieślnicy. W gospodzie można było zdobyć konkretne informacja, dowiedzieć się kto i gdzie poszukuje rąk do pracy, można było wzbogacić się albo stracić zawartość sakiewki podczas gry w kości lub kulki. W tym miejscu każdy mógł utopić swe żale i smutek, albo wznosić radosne toasty. Tutaj co wieczór grała muzyka i rozlegał się śpiew, a smakowite jadło nęciło pysznymi zapachami.

W gospodzie było całkiem sporo ludzi i panował gwar. Deszczowa aura sprawiła, że grupa kupców jadących do Wretslaw, podjęła rozsądną decyzję i postanowiła przeczekać w karczmie nadchodzącą ulewę. Synowie oberżysty w mig wyprzęgli wszystkie konie z wozów załadowanych towarami i wprowadzili do stajni. Istniała obawa, że jeśli rozpęta się burza, któregoś z czworonogów mogłoby niebezpiecznie ponieść.

Na zewnątrz padał deszcz, któremu daleko jeszcze było do rzęsistej ulewy, a od zachodu dobiegały coraz bardziej wyraziste odgłosy złowieszczych piorunów. Momentami wiatr zdawał się przybierać na sile, a porywiste podmuchy targały wówczas koronami drzew. Żywioł dopiero nadciągał. Zmierzał powoli, ukazując zaledwie namiastkę swej potęgi. Pomimo mroku, hen w oddali można było dostrzec, jak pręgi mlecznych błyskawic raz po raz przeszywają połacie rozgniewanego nieba. Odgłosy burzy sprawiły, że bogobojna żona karczmarza, szepcząc pod nosem modlitwy, stawiała w każdym oknie płonącą gromnicę.

Wtem drzwi gospody, w której panował wesoły gwar, otwarły się na oścież, a próg przekroczyło dwóch ludzi, odzianych w czarne habity. Oberżysta natychmiast rozpoznał mnichów i chociaż stał w oddali za szynkiem, skinął im głową na powitanie. Augustianie zdjęli z głów kaptury, wolno kroczyli przed siebie i dyskretnym wzrokiem omiatali twarze biesiadników. W rogu izby dostrzegli dwóch mężczyzn z którymi wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Otyły karczmarz ruszył duchownym naprzeciw i po chwili, wykonując służalcze ukłony, rzekł:

- Niech będzie pochwalony!

- Na wieki wieków - odpowiedział brat Olaf.

- Zasiądźcie braciszkowie czcigodni - dłonią wskazał na wolny stół w dobudowanej izbie po prawej stronie, w której nie mieli prawa przebywać ludzie z gminu - zasiądźcie, proszę. Zaraz wam podam jadło i napitek.

- Strawy jeść nie będziem, przynieś nam jeno wina!

- Wedle życzenia bracie Olafie.

Po chwili szynkarz zjawił się ponownie, postawił na blacie gliniany dzban i dwa drewniane puchary.

- Zbliż się chamie! - rozkazał drugi z zakonników. - Usiądź przy mnie - ruchem głowy wskazał mu miejsce, a kiedy otyły oberżysta usadowił się obok, zakonnik ściszonym głosem, szepnął mu do ucha: - Za kilka chwil podejdziesz do pryszczatego Domażyra i powiesz mu, aby ze swym kamratem, udali się do stajni i niechaj tam cierpliwe na nas czekają.

Szynkarz w odpowiedzi skinął głową.

Brat Olaf pochylił się nieco w przód i zapytał półgłosem:

- Doszły cię jakie ciekawe słuchy o dzisiejszej nocy? Ktoś planuje udać się na Sleize?

- Niczegom takiego panie nie słyszał. Tutejsza gawiedź nie prawi o starych obyczajach, bo w Tampadel wszystkie dymy od kilku pokoleń, to prawe i chrześcijańskie chałupy.

- A o czym ludzie najczęściej gadają?

- Nie wiem, czy godzi się abym te słowa powtarzał...

- Mów! - warknął zakonnik.

- Niektórzy powiadają, że im większy dostatek w klasztorze, tym bardziej zakon pazerny się robi.

- Kto tak mówi?! Komu nie w smak nasze decyzje?!

- Wszystkim panie, myślę, że wszystkim bez wyjątku. Dużo się słyszy, że nasze pospólstwo zazdrości chłopom z Sulstirwicz, żyjącym pod cysterską pieczą. Tam i niższe podatki i łagodniejsze daniny, a rzemieślnikom braciszkowie płacą godziwiej niż augustianie.

Brat Olaf na dźwięk usłyszanych słów, zmarszczył czoło i znienacka zapytał:

- Przychodzą do naszej karczmy chłopi z Sulstirwicz?

- A juści bracie, czasami tutaj bywają, ale jeno ci, którzy w ostatnią sobotę każdego miesiąca na targ do Schweidnitz jadą. W drodze powrotnej zatrzymują się w gospodzie, a tedy nie szczędzą denarów na biesiadę.

- Czyli za sześć dni, znowu się tutaj zjawią... - stwierdził zakonnik i na moment zamilkł, po czym sięgając do sakiewki, dodał: - W najbliższą sobotę wywiedz się wszystkiego. Chcę wiedzieć, jak łaskawi są cystersi dla swojej trzódki - szepnął, kładąc na blacie kilka monet, które przesunął w stronę oberżysty. - Wypytaj ich z najdrobniejszymi szczegółami.

- Jak mi Bóg miły, że dowiem się wszystkiego - obiecał otyły szynkarz, uradowany z hojnego datku.

Kiedy augustianie wyszli z oberży, na zewnątrz panował nieprzenikniony mrok. Gdyby nie światło gromnic, stojących w oknach karczmy, trudno byłoby dostrzec, że obejście gospody w tej chwili przypominało już gigantyczną kałużę. Deszcz zacinał długimi strugami, a jego charakterystyczny, szumiący odgłos, mieszał się z dudnieniem kropel, uderzających w dachowe klepki. Mnisi naciągnęli na głowy czarne kaptury i szybkim krokiem ruszyli na tyły zabudowań.

W stajni, do jednego z drewnianych słupów, był przytwierdzony metalowy uchwyt, na którym wisiał prostokątny świecak, wypełniony zastygłym łuczywem. Płonący knot, posiadał średnicę męskiego kciuka, a swoim blaskiem, oświetlał wnętrze pomieszczenia.

Pryszczaty Domażyr i jego kompan Lasota, którzy od wielu lat opiekowali się klasztornymi pasiekami, siedzieli na beczkach po prawej stronie. Obaj mieli na sobie wysłużone surcoty, a do pasów przypięte baselardy w skórzanych pochwach.

- Cóż możem dla ciebie uczynić? - Domażyr zwrócił się do Olafa.

- Wiecie jaką dziś mamy noc? - zakonnik odparł pytaniem.

- Na pewno deszczową - wtrącił Lasota rozbawionym tonem.

- Zważ chamie na słowa, bo nie rozmawiasz z równym sobie! - brat Albert cisnął z wściekłością przez zaciśnięte zęby.

Domażyr spojrzał pogardliwym wzrokiem na oburzonego mnicha. Powoli podniósł się z miejsca, prawą dłoń ostentacyjnie położył na stalowej rękojeści broni, wiszącej u pasa, podszedł do mnicha i wycedził odważnym, bezczelnym głosem:

- Powtórz raz jeszcze swoje słowa, a jak mi Bóg miły, obetnę ci język wyleniały habiciarzu!

- Dajcie pokój! Dyć to nie po chrześcijańsku tak bez powodu do gardeł sobie skakać - zareagował Olaf. - Nie przyszliśmy tutaj sporu pomiędzy sobą szukać, jeno targu dobić. Brat Albert na pewno nie zamierzał was urazić - i nagle zapytał Domażyra, kierując rozmowę na właściwe tory: - Chcecie zarobić, czy rozejść się po próżnicy?

Pryszczaty chyba poszedł po rozum do głowy, bo nagle uśmiechnął się i zmienił śpiewkę:

- Bracie Olafie, dobrze prawisz, lepiej się ułożyć niż wadzić. Powiedz, co mamy dla ciebie zrobić?

- Nie dla mnie, jeno dla klasztoru i całkiem możliwe, że oprócz pełnych sakiewek, zaskarbicie sobie jeszcze wdzięczność wielebnego opata.

- A czy owa wdzięczność w denarach będzie mierzona?

- Nie nadwyrężaj mej cierpliwości pszczelarzu! - Olaf rzucił oschłym tonem. - Zawsze byłeś krnąbrny, ale zacznij zważać, żeby twa zuchwała hardość przeciwko tobie się nie obróciła.

Domażyr nie odezwał się słowem, tylko uśmiechnął się półgębkiem i skinął głową, a brat Olaf, marszcząc czoło, wycedził:

- Zapytam po raz wtóry, czy wiecie jaką dziś mamy noc?

Tym razem Lasota darował sobie kpinę i udzielił odpowiedzi:

- Noc podczas której wiosna z latem się wita, najkrótsza w roku, zwana przez wieki Nocą Kupały.

- Zapewne wiecie również, że kościół nie pochwala pogańskich obyczajów i tradycji palenia ognisk dziękczynnych. Stare zabobony godzą nie tylko w nauki Chrystusa, ale i w słowa Pisma Świętego - wyjaśnił i ciągnął dalej: - Władze klasztoru mają podejrzenia, że pośród okolicznej gawiedzi są jeszcze tacy, którzy potajemnie czczą Swaroga i hołdują słowiańskim zwyczajom.

- Chcecie ich pojmać bracie? Sądzisz, że w taką pogodę, pójdą na Sleize czynić swe obrządki? - Wtrącił pryszczaty.

- A czy my, chrześcijanie, zaniechalibyśmy na przykład procesji w Boże Ciało, ze względu na deszcz i wiatr? - zakonnik przedstawił swój argument.

- Żądasz bracie, abyśmy poszli na Sleize szukać ludzi palących ogniska? - Lasota naprawdę sprawiał wrażenie zaskoczonego.

- Nie. Oczekuję jeno, abyście mieli na baczeniu cysterską wieś. Zakradli się na tyle blisko domostw, aby dostrzec tych, którzy nocą ukradkiem chałupy opuszczą i skierują się na zbocza góry.

- Jesteś pewien bracie, że w wiosce liczącej raptem czternaście dymów, znajdą się wyznawcy starej wiary? - tym razem odezwał się pryszczaty.

- Nie wiem i dlatego was obarczam tym ważnym zadaniem - Olaf wyciągnął w stronę swoich rozmówców prawą dłoń, na której spoczywały dwie pękate sakiewki. Ich widok sprawił, że oczy obu mężczyzn, momentalnie zabłysły pożądaniem. - To wielce godziwa zapłata, za pół nocy spędzonej pod gołym niebem. Pogoda nam nie sprzyja, deszcz dudni o dach, a grzmoty podpowiadają, że nadciąga sroga burza. Jednak za taki mieszek - delikatnie poruszył ręką, a ów ruch sprawił, że rozległ się cichy brzęk monet - niejeden człek z radością przez cały miesiąc, sterczałby w ulewnym deszczu.

Domażyr chciał sięgnąć po sakiewki, ale zakonnik cofnął swą rękę i zapytał:

- Czy mam rozumieć, że przyjmujecie zadanie?

- Tak! - Odparli chórem, a w ich głosach, brzmiał szczery entuzjazm.

- W takim razie, teraz dostaniecie połowę zapłaty, a po resztę, zgłosicie się do mnie jutro po nieszporach. Nikt z nas nie wie, czy dzisiejszej nocy cokolwiek się wydarzy. Może jeno zmokniecie, a może ujrzycie coś ciekawego i zdobędziecie dla klasztoru dowody?

- Dowody? Jakie dowody? - Lasota zapytał takim tonem, jakby nie rozumiał oczekiwań zakonnika.

- Takie, które będą świadczyć o czyjejś winie, a tedy, otrzymacie jeszcze po dwie sakiewki. A jeśli... - zamilkł na moment i dopiero po chwili odezwał się ponownie - a jeśli pojmacie jakiego bałwochwalcę na gorącym uczynku, to spotka was iście królewska nagroda. Jeno nie bądźcie głupi i niechaj nie przyjdzie wam do łbów, żeby teraz przygarnąć mieszek i zaniechać zadania.

Rozdział 9 Paskudny miesiąc

Strzegomiany. Niedziela. 22 stycznia 2023 roku.

asiński leżał na rogówce i znudzonym wzrokiem wpatrywał się w ekran telewizora. Przed chwilą skończył się Teleexpress, a kiedy tylko ruszyła standardowa emisja reklam, wówczas wstał, przeciągnął się leniwie i podszedł do okna. Na zewnątrz, królował mroźny, styczniowy wieczór. Mimowolnie spojrzał na dom, stojący po drugiej stronie jezdni. W świetle ulicznych latarni wyraźnie widział, jak z komina budynku, który należał do porąbanej rodzinki Winnickich, buchają kłęby gęstego dymu. Piotrek uchylił nieznacznie okno, a do wnętrza kuchni natychmiast wdarł się obrzydliwie śmierdzący podmuch. Cholerne bęcwały!Pewnie pod osłoną nocy znowu palą jakimś ciulstwem - zaklął w duchu i niemal natychmiast w jego myślach pojawiły się wspomnienia o czasach, w których pojęcie smogu nie istniało. Czasach, kiedy zimową porą mógł wyjść na zewnątrz i odetchnąć pełną piersią. Owszem, wtedy w powietrzu również unosił się dym, ale był emitowany przez płonące, dębowe lub brzozowe polana. Nie kąsał w oczy, nie dusił, nie szczypał w gardło, tylko rozsiewał przyjemny zapach natury.

Dziś mijał dokładnie miesiąc od dnia, kiedy po latach spędzonych na podróżach przez czasy i dzieje, komisarz powrócił do realiów XXI wieku. Jeden miesiąc w zupełności wystarczył, aby mógł z pełną świadomością uznać, że już ma szczerze dość tej gównianej rzeczywistości. Przecież tutaj nie ma nic dobrego, kompletnie nic - szepnął w myślach i przypomniał sobie, jak tego dnia, kiedy dyżurny przyjął oficjalne zawiadomienie o zaginięciu Ziętka, wybrał się na zakupy do „Biedry”. W lodówce miał wtedy tylko dwie konserwy, napoczęty słoik z marynowanymi śledziami i pół pomidora, a jak na złość, zaczynał się bożonarodzeniowy weekend. Piotrek doskonale wiedział, że na dzień przed wigilią w każdym markecie oferującym żarcie, będzie więcej narodu niż na niepodległościowym wiecu.

Świąteczne zakupy, okazały się dla Jasińskiego ekstremalnym wyzwaniem i wówczas zrozumiał, że ludzie żyjący w obecnym stuleciu, są po prostu popierdoleni. Widząc w sklepie rzesze klientów, pchających przed sobą zapakowane po brzegi wózki, człowiek mógł nabrać przekonania, że nadciąga jakiś biblijny kataklizm. Cała armia pojebów, zdawała się robić zapasy z myślą, żeby wystarczyło im prowiantu na co najmniej kilka, długich miesięcy. Potem musiał odstać swoje w kolejce do kasy. Nim uregulował rachunek, upłynęło ponad dwadzieścia pięć minut, a kiedy jeszcze tkwił w ogonku, wtedy przyszło mu do głowy, że mógłby coś z tym zrobić. W wyobraźni roztaczał wizje, jak sięga do kabury po służbową spluwę, odbezpiecza gnata, przeładowuje i bez ostrzeżenia, zaczyna walić do każdego dupka, stojącego w pobliżu. Jedną kulkę na pewno przeznaczyłby dla rozpuszczonego gnojka, który od kilku minut, intensywnie darł ryja. Jego matka najwyraźniej była zwolenniczką bezstresowego wychowania, a im bardziej starała się łagodnym tonem uspokoić rozwydrzonego synusia, to gówniarz złośliwie podkręcał decybele. Tamtego dnia nie doszło jednak w „Biedrze” do krwawej jatki, a Jasiński opuścił sklep, dźwigając w dłoniach dwie pękate reklamówki.

Chociaż Piotrek oficjalnie był jeszcze na urlopie, to w sobotę 24 grudnia, tuż przed dziewiątą rano, zjawił się w komisariacie. Pół dnia spędził przed monitorem, przeglądając zapisy ze wszystkich ulicznych kamer. Ziętek nie pojawił się w żadnym kadrze, ale kilka urządzeń, zarejestrowało po godzinie dziewiętnastej, wiśniową mazdę, zmierzającą w kierunku Wrocławia. Ten zaskakujący widok niemal natychmiast sprawił, że Jasińskiego ogarnęła panika, a serce poderwało się do galopu. Kiedy odrobinę ochłonął, zaczął wielokrotnie przeglądać każde z ujęć. Powoli i bez pośpiechu, klatka po klatce. Na szczęście we wszystkich kadrach było widać odbijające się w przedniej szybie klosze latarni. Refleksy sztucznego światła, uniemożliwiały jednoznacznie ustalić, czy oprócz kierowcy, samochodem podróżował ktoś jeszcze. Oczywiście było mało prawdopodobne, a nawet wręcz niemożliwe, żeby ktoś z ramienia policji, zainteresował się samochodami, które traktowały przejazd przez Sobótkę jak typowy tranzyt. Po pierwsze, główna droga, była oddalona o jakichś kilkaset metrów od adresu, przy którym mieszkał aspirant. Po drugie, Zięciu opuścił swoje mieszkanie kilka minut po siedemnastej, a po trzecie, zapis z monitoringu, ukazywał jeszcze całą rzeszę innych pojazdów. Otwarta, pozostawała natomiast kwestia nagrań pochodzących z zewnętrznych kamer, które należały do sklepów, prywatnych firm oraz państwowych instytucji. Któraś z nich na pewno uchwyciła Ziętka, bo przecież musiał tamtego dnia dotrzeć do Rynku na postój taksówek albo jeszcze dalej na przystanek autobusowy - rozważał w myślach i był świadom, że musi w tym temacie podjąć błyskawiczne działania. Teoretycznie ze względu na święta, miał dwa, a może nawet trzy dni przewagi, bowiem Komenda Wojewódzka we Wrocławiu, została już powiadomiona o zaginięciu aspiranta z Sobótki. Piotrek nie miał bladego pojęcia, jak przedstawiają się w takiej sytuacji policyjne procedury na szczeblu wojewódzkim. Ilu ludzi z nadrzędnej komendy, będzie zaangażowanych w dochodzenie? Czy przyjadą i osobiście zajmą się śledztwem? A może oddelegują jedną osobę, która przejmie dowodzenie i będzie tylko wydawać polecenia? To wszystko miało dopiero okazać się w nadchodzącym tygodniu i pytanie nie brzmiało, ilu przybędzie funkcjonariuszy, tylko kiedy?

Komisarz miał sprecyzowaną koncepcję działań. Pierwszy dzień świąt przypadał w niedzielę i zapewne wszystko będzie zamknięte, więc postanowił, że pojedzie do Sobótki na solidny rekonesans. Szczegółowo przeanalizuje wszystkie możliwe trasy, jakimi mógł podążać Zięciu i wypatrzy wszystkie zewnętrzne kamery, których obiektywy były w stanie uchwycić idącego aspiranta. Natomiast drugiego dnia świąt, rozpocznie służbowe czynności. Miał zamiar przywdziać mundur, żeby nie budzić czyichś wątpliwości i przejrzeć zapisy z ewentualnych monitoringów.

Jednak precyzyjny i misternie uknuty plan Jasińskiego, legł w gruzach nim odezwały się kościelne dzwony, wzywające wiernych na pasterkę. Niespełna trzy godziny wcześniej, Piotrek w towarzystwie telewizora, zjadł sytą kolację wigilijną. Na stole nie było tradycyjnych, dwunastu potraw. Pochłonął całkiem pokaźną porcję ryby po grecku. To był gotowy do spożycia produkt, który zanim trafił na talerz, znajdował się w plastikowym pojemniku z doklejonym wieczkiem w postaci cienkiej folii. Potrawę popijał gorącym barszczem, sprzedawanym w litrowych kartonach, a na deser, zaserwował sobie dwa paluchy francuskiego ciasta, nadzianego miksem białego sera i szpinaku. Godzinę po posiłku, dostał nieprzyjemnej zgagi, a potem zaczął się jelitowy armagedon. Wyraźnie słyszał bulgot w swoich trzewiach, jednocześnie czuł potworny ból brzucha i dostał ostrej biegunki. Przez kolejnych sześćdziesiąt minut, Jasiński nie schodził z kibelka. Ryba po grecku zdążyła przeistoczyć się w śmierdzący szlam, który wydalał z impetem, niczym z wypełnionej po czubek szambiarki. Jakaś wewnętrzna siła, zdawała się z niego wyciskać wszystkie soki. W międzyczasie, pojawiły się ostre nudności, a zlany zimnym potem Jasiński, już sam nie wiedział co ma robić, rzygać czy srać?

Piotrek przez pół nocy biegał do toalety, a w duchu modlił się, żeby te parszywe dolegliwości ustały. Fatalne samopoczucie zdawało się podpowiadać, że jego jutrzejsza eskapada prawdopodobnie nie dojdzie do skutku.

Pierwszy dzień świąt, spędził w mieszkaniu. Nie miał nawet siły i ochoty, żeby chociaż na chwilę wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Przez całą niedzielę nie wziął niczego do ust, tylko pił wodę i dopiero wieczorem, zjadł pół miseczki gotowanego ryżu. Trudno mu było zdiagnozować przyczynę koszmarnych dolegliwości, ale na samą myśl o rybce po grecku, miał ochotę puścić pawia. W jego umyśle pojawił się wniosek, że zgagę, biegunkę i torsje, wywołało nafaszerowane chemią żarcie.

Rankiem, drugiego dnia świąt, zjadł na śniadanie niedużą porcję gryczanej kaszy, a następnie założył mundur i pojechał do Sobótki.

Ziętek, mógł dojść do Rynku tylko trzema ulicami, aczkolwiek jedna z tras, zmuszała do nadłożenia drogi. Jasiński przeszedł się każdą z nich wte i wewte. Przy wszystkich ulicach wypatrzył kamery, a w notatniku zapisał sześć adresów. Cztery urządzenia należały do prywatnych sklepów i firm usługowych, które dzisiejszego dnia były nieczynne. Ponadto monitoring, posiadało jeszcze miejscowe muzeum i kościół pod wezwaniem świętego Jakuba. Potem był już Rynek, gdzie sprawa monitoringu przedstawiała się zupełnie inaczej. Do jednej ze ścian budynku, w którym mieścił się Urząd Miasta i Gminy, była przymocowana kamera, która spoglądała prosto na postój taksówek...

Piotrek zalał wrzątkiem czajniczek do parzenia herbaty, sięgnął po swój ulubiony kubek i usiadł za stołem.

- Minął raptem miesiąc, ale sporo się wydarzyło - szepnął w myślach.

Dla kolesi z wrocławskiej komendy, śledztwo teoretycznie rozpoczęło się w dniu, kiedy zostało przyjęte zgłoszenie o zginięciu. Jednak wojewódzcy funkcjonariusze, wysłali do „matki przełożonej” służbowego maila z informacją, że zjawią się w Sobótce dopiero w poniedziałek, drugiego stycznia 2023 roku. Nadmienili również, że ich czteroosobowa grupa dochodzeniowa, musi mieć do dyspozycji osobne pomieszczenie. Ponadto oczekiwali, że w dniu swojego przyjazdu, natychmiast będą mieli możliwość wglądu do raportów, dotyczących poszukiwań oraz do analizy czynności, jakie zostały podjęte w sprawie. Jasiński dziękował opatrzności za wszystkie świąteczne urlopy i policyjne braki kadrowe, a może nawet ospałość wojewódzkich śledczych, bowiem zyskał sporo czasu. Nie miał wtedy pojęcia, że dopiero po ich przyjeździe, zacznie się dla niego najgorszych czternaście dni. Przez dwa, cholerne tygodnie, żył pod ogromną presją i jakby tego było mało, borykał się również z żołądkowymi dolegliwościami. Winą za swoje kiepskie samopoczucie, obarczał stresującą sytuację w jakiej się znalazł. Obawiał się, że doświadczeni, wrocławscy śledczy, mogą się natknąć na jakąś poszlakę, którą przeoczył, a ta niepokojąca myśl, bezustannie dźwięczała mu w głowie.

Tuż po świętach, zanim Piotrek zapoznał się z zapisami monitoringów, cholernie obawiał się, że dochodzenie może doprowadzić do jego osoby. Jeszcze w grudniu przejrzał wszystkie nagrania oraz osobiście przepytał każdego taksówkarza. Młodszy stopniem oficer, który został zaangażowany w śledztwo, dotarł do dwóch firm, świadczących usługi przewozu osób. Rozmawiał ze wszystkimi kierowcami, którzy w środę, dwudziestego pierwszego grudnia pomiędzy godziną siedemnastą zero zero, a dwudziestą czwartą, kończyli lub zaczynali swoje kursy z dworca autobusowego w Sobótce. W międzyczasie dwóch innych funkcjonariuszy, wraz z dzielnicowym, prowadziło czynności na miejscu. Bardzo szybko okazało się, że aspirant Damian Ziętek, niespełna kwadrans po siedemnastej, wyszedł z mieszkania, opuścił klatkę schodową, przeszedł przez jezdnię, ruszył parkową ścieżką i... zniknął w ciemnościach. Jego osoba nie pojawiła się na żadnym nagraniu, a Jasińskiemu wówczas przyszło do głowy, że albo ktoś ze znajomych zaoferował mu podwózkę, albo Zięciu, przydreptał do Strzegomian z buta. W sumie nie miał daleko. Prężnym, marszowym krokiem odległość można było pokonać w niespełna dwadzieścia pięć minut, o czym Jasiński w przeszłości przekonał się wiele razy.

Inne możliwości po prostu nie istniały.

Piotrek błyskawicznie odniósł wrażenie, że ekipa z Wrocławia, uważała wszystkich policjantów z Sobótki za mało rozgarniętych ciołków. Na każdym kroku, dało się wyczuć, że mistrzowie z dolnośląskiej stolicy, mają o sobie wygórowane mniemanie. Byli tak zadufani, że jeden z nich zmarnował trzy bite dni na przeglądaniu wszystkich zapisów z monitoringu, które wcześniej Jasiński poddał drobiazgowej analizie. Można było ulec przekonaniu, że bardziej zależało im na znalezieniu błędów popełnionych w dochodzeniu prowadzonym przez policjantów z prowincji, niż na odszukaniu osoby aspiranta. Traktowali sprawę tak, jakby brali udział w zawodach i za wszelką cenę, pragnęli zgarnąć główną nagrodę, a przy okazji skompromitować rywali. Chłopaki z Wrocka, naprawdę musieli cierpieć na chorobliwy brak zaufania, ponieważ wykonali jeszcze szereg czynności, które po prostu zdublowały wcześniejsze poczynania policjantów z Sobótki.

W pierwszym tygodniu, zdawali się prowadzić intensywne działania, byli naładowani energią i pomimo usilnych starań, niczego nie odkryli. Posiadali jednak większe uprawnienia i możliwości, bo jeszcze zanim przyjechali popracować na zadupiu u podnóża Ślęży, już wiedzieli, że niemożliwym jest ustalenie obecnej lokalizacji telefonu, należącego do Ziętka. Operator sieci komórkowej oświadczył, że ostatnia aktywność urządzenia, miała miejsce dwudziestego pierwszego grudnia 2022 roku, kilka minut po szesnastej. Za pomocą sieci wifi doszło wówczas do logowania telefonu w mediach społecznościowych. Sesja trwała blisko pół godziny, zakończyła się punktualnie o 16:42 i od tamtej pory, nie stwierdzono już żadnej aktywności. Adres IP był przypisany do modemu, który funkcjonował w mieszkaniu państwa Ziętek.

W połowie drugiego tygodnia członkowie spec grupy odpuścili, a ich cwaniacki entuzjazm ustał. Pomimo szczerych chęci i intensywnych starań, nie odkryli jakiejkolwiek poszlaki i chyba brakowało im dalszych pomysłów. Nie wydumali nawet żadnej, sensownej hipotezy ponad te, które zostały już wysunięte. Po niespełna czternastu dniach, musieli pogodzić się z faktem, że utknęli w miejscu. Dwa dni później, zabrali całą zgromadzoną dokumentację i wyjechali z Sobótki, zostawiając konkretne wytyczne.

Piotrek pociągnął łyk ciepłej herbaty i szepnął w duchu: - To był naprawdę parszywy miesiąc - i w myślach zaczął analizować lawinę wszystkich zdarzeń.

Najpierw doszło do jego spotkania z Elką, potem zmanipulował „matkę przełożoną”, żeby powierzyła mu pieczę nad sprawą Ziętka. W piątkowy wieczór, dwudziestego trzeciego grudnia w wiadomościach na kanale lokalnej telewizji, usłyszał krótki news o ucieczce dwóch pacjentów wrocławskiego psychiatryka. Ponad dwadzieścia cztery godziny później, przekonał się jak koszmarne potrafią być gastryczne dolegliwości. Potem drżał, że któryś z zapisów monitoringu, uczyni z jego osoby podejrzanego w sprawie zaginięcia Ziętka. W międzyczasie Ela dzwoniła każdego dnia i wciąż pytała o postępy w śledztwie. Nim nastał nowy rok, odwiedził ją i bliźniaków, którzy ciężko znosili całą sytuację. Prawdziwy kocioł zrobił się, kiedy przyjechali goście z Komendy Wojewódzkiej i szybko wyszło na jaw, że Jasińskiego i Ziętka, łączyły więzi przyjaźni. Jeszcze przed ich przyjazdem Piotrek uległ panice i zaczął się negatywnie nakręcać. Bezustannie martwił się, że coś znajdą, że wpadną na jakiś trop, który on mógł przeoczyć. Wiedział, że mimo szczerych chęci nie potrafił się w stu procentach skoncentrować. Z jednej strony czuł się osaczony przez obecne problemy, którym starał się zaradzić, a z drugiej ciągle myślał o swoich bliskich, których zostawił. Podświadomie czuł, że popełnił błąd, że nie powinien był wracać do rzeczywistości XXI wieku. Przez pierwsze dwa tygodnie stycznia, żył pod presją i w napięciu, co zapewne miało niebagatelny wpływ na jego fizyczne samopoczucie. Bardzo często odczuwał nieprzyjemne bóle w okolicach podbrzusza i każdego dnia miewał rozwolnienia. Szybko zdiagnozował dwa główne i być może jedyne, powody swoich dolegliwości, za które uznał nadmierny stres i fatalne żarcie. Elka dzwoniła każdego dnia, przeważnie wieczorową porą i za każdym razem pytała o postępy. Z chwilą, kiedy kolesie z wojewódzkiej opuścili na dobre komisariat w Sobótce, Jasiński poczuł niewyobrażalną ulgę, jakby ktoś zdjął z jego pleców ogromny ciężar. Tamtego dnia po powrocie z pracy, wziął prysznic, a następnie, przykrywając się kocem, zaległ na łóżku i po kilku minutach usnął. Był tak zmęczony, że nawet nie słyszał, jak przed dwudziestą dzwoniła Elka. Spał ponad dwanaście godzin i miał cudowny sen, w którym powrócił do czasów Rarogów...

Rozdział 10 Na żupańskiej posłudze

Ostrów Tumski. Noc zimowego przesilenia, pierwszy rok XI stulecia.

Imponująca, drewniana warownia, zbudowana na planie gigantycznego koła, została wzniesiona już za rządów Mieszka I na największej z odrzańskich wysp, zwanych ostrowami. Fortyfikacja, służyła nie tylko za strażnicę, ale również za dumną siedzibę komesa. Chroniła dziesiątki dymów, bowiem podgrodzie zamieszkiwało prawie tysiąc pięćset dusz. Ponadto owo miejsce, zapewniało jedyną, bezpieczną przeprawę przez Odrę, która nieopodal rozgałęziała się na liczne odnogi, tworzące swoisty archipelag. Jeszcze za życia pierwszego władcy Polski, tumski gród, został ważnym punktem na kupieckich szlakach. Każdy, kto podążał traktami i nie był na tyle szalony, żeby wpław pokonać nurt rzeki, musiał dotrzeć w to miejsce. Jednak prawdziwy rozkwit ostrowskiej siedziby, rozpoczął się dopiero kilkanaście miesięcy temu. Stało się tak za sprawą cesarza Ottona III, który wraz z zimowymi roztopami, przybył z pielgrzymką do Gniezna, aby pochylić się nad grobem świętego Wojciecha. Doszło wówczas do spotkania niemieckiego monarchy z Bolesławem Chrobrym, który z należytym szacunkiem ugościł zachodniego władcę. Polski książę uchodził za gorliwego zwolennika planów Ottona, które zakładały wskrzeszenie dawnej potęgi Cesarstwa Rzymskiego. Owo wzniosłe marzenie zakładało, że polityka Kościoła, zostanie podporządkowana państwu i tym samym, wzmocni fundament jedności chrześcijańskiej. Natomiast w granice nowego cesarstwa, miały wejść - Germania, Italia, Galia i Sclavinia, jak wówczas określano słowiańskie ziemie. Wizyta bardzo szybko przybrała polityczny charakter i była dowodem na przyjazne stosunki obu stron. Niemiecki monarcha, nałożył na głowę Chrobrego diadem, a następnie wręczył mu kopię włóczni świętego Maurycego, uznawaną za symbol władzy cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Na znak sprzymierzenia, Otton uniezależnił Polskę od kościelnej władzy Niemiec i wyraził swoje poparcie dla utworzenia metropolii gnieźnieńskiej, podległej jedynie papieskiej jurysdykcji. Ustalono wówczas, że automatycznie zostaną powołane do życia trzy biskupstwa, a na ich siedziby wyznaczono Kraków, Colobreg i Wratislau.

Zawarcie paktu sprawiło, że niespełna miesiąc później książęcy namiestnik we Wratislau, rozkazał niezwłocznie przystąpić do budowy katedry. Wieść o tak ogromnym przedsięwzięciu, szybko powędrowała w świat, a po drodze, jak to zazwyczaj bywa, obrosła nieco mitem. Plotka głosiła, że we Wratislau ma powstać okazała i zachwycająca świątynia, że ludzie biskupa najem do pracy czynią, bo wielu rąk potrzeba i ponoć hojnie płacą!

Gnieźnieńskie wydarzenie sprawiło, że do nadodrzańskiego miasta, zaczęły ściągać dziesiątki ludzi. Niektórzy byli z bardzo dalekich stron, ale każdemu z nich przyświecało identyczne marzenie, wszyscy mieli nadzieję, że tutaj odmieni się ich los. Pół roku później, dzięki budowie katedry, miasto rozrosło się. Nie wszyscy przybysze mieli szansę na zatrudnienie, w pierwszej kolejności najmowano wędrownych rzemieślników, ale z czasem i dla nich nie było już miejsca. Pozostali musieli sobie radzić sami i jak na ironię, to właśnie oni w dużej mierze, przyczynili się do rozwoju miasta. Prawdę powiedziawszy, więcej pracowników najęło się do roboty w dobrach komesa, niż przy budowie katedry. W międzyczasie, wzmogła się aktywność kupiecka, ożyły nowe szlaki, a jeden z nich wiódł z Wratislau, aż do dalekiej Svidnicy. Kupieckie wozy, potrzebowały dwóch dni, żeby dotrzeć do celu podróży. Szeroki trakt wiódł pośród zielonych łąk i malowniczych pól, sunął przez rozległe lasy, ponure knieje i prowadził nieopodal ruin, które doskonale pamiętały czasy Rzymskiego Imperium. Potem docierał do wioski Sabath, leżącej u stóp góry Silensi, a następnie wił się przez przełęcz, a kiedy minął osadę Tampadel, to dalej było już prosto do Svidnicy. Niejednokrotnie kupieckie karawany zmierzające w zachodnim kierunku, korzystały z eskorty wojów komesa. Asysta zbrojnych jeźdźców była gwarancją bezpieczeństwa, ale ten luksus miał oczywiście swoją cenę.

Do Wratislau docierali również kupcy z Małopolski, dalekich Mazur, a nawet z Pomorza. Wszyscy musieli skorzystać z przeprawy w tumskim grodzie, a należne za przejazd myto, zasilało tłustą kiesę żupana na ostrowach. Bywały nawet takie dni, że uzbierała się pełna szkatułka denarów. Przy masywnej bramie wjazdowej, ze zwodzonym mostem, zawsze trwało na posterunku trzech strażników. Potocznie mówiono na nich „mytni”, ale nie każdy mógł zostać mytnym. Ktoś taki, musiał posiadać odpowiednią posturę, być wysokim, mieć szerokie bary i twarde pięści. Musiał wyglądać jak ktoś z kim się nie dyskutuje, tylko płaci. Natomiast brama, była integralną częścią wysokiego ostrokołu, który wił się wzdłuż brzegu wyspy i o każdej porze dnia i nocy, był patrolowany przez wojów.

Na grudniowym niebie, jawił się srebrny sierp księżyca, który dziś rzeczywiście wyglądał jak typowy, rolniczy sierp. Połyskiwał swoim magicznym blaskiem, a wszystkie gwiazdy, na jego widok, zdawały się mienić z radością. Na zewnątrz było zimno, ostry mróz trzymał już od kilku dni i każdego ranka, pozostawiał po sobie urokliwą szadź.

Szerokim podestem, zamocowanym w górnej partii ostrokołu, który wspierał się na solidnej konstrukcji, wykonanej z ociosanych pali, dreptało dwóch strażników. Przy każdym oddechu z ich ust wydobywały się kłęby mlecznej pary. Kroczyli wolno, bez pośpiechu, niczym dwójka przyjaciół, którzy wybrali się na nocną przechadzkę.

- Witia, czemu ten cholerny księżyc musiał się dzisiaj cofać? - idący z prawej, rzucił czysto retoryczne pytanie.

- Ile razy mam ciebie jeszcze prosić, żebyś nie przekręcał mojego imienia? Albo zwracaj się do mnie Witoldzie, albo panie Postrucki - skwitował, udając oburzonego.

Na dźwięk usłyszanych słów, jego towarzysz parsknął cichym, ale szczerym śmiechem.

- Twoja prośba panie Postrucki, jest dla mnie rozkazem - zakpił i dodał: - A może wolałbyś, żebym zwracał się do ciebie, wasza miłość? Powiedz jeno słowo, a tak się stanie - Strużyna bawił się w najlepsze. Szedł i chichrał jak szalony. Uspokoił się dopiero po dłuższej chwili. - Nie, no dobra stary, żartowałem. Sorry, obiecuję, że to już się więcej nie powtórzy. Chciałem tylko powiedzieć, że mamy cholernego pecha. Po raz pierwszy, utknęliśmy na tak długo. Utknęliśmy tutaj Witoldzie na całe dwadzieścia cztery miesiące, a dziś jesteśmy dopiero w połowie drogi. Rok poszedł się jebać, ot tak - pstryknął palcami. - Niech to szlag!

- Przestań narzekać. Czas zawsze będzie płynął swoim tempem. Masz rację brachu, utknęliśmy, ale i tak dopisało nam szczęście. Żyjemy wygodnie na komesowym wikcie i niechaj tak ostanie. Nie martwimy się o jadło, mamy dach nad głową, suche leża, hojny żołd za służbę i nie nękają nas zwykłe zmartwienia oraz kłopoty. Jest nam dobrze Tomaszu, jest nam tak dobrze, jak nigdy dotąd. Musimy tylko w spokoju przeczekać kolejne dwanaście miesięcy. Czy ty chociaż doceniasz w jak wielce dogodnej jesteśmy sytuacji? - szepnął takim tonem, jakby uważał, że na tak zadane pytanie, można odpowiedzieć tylko w twierdzący sposób. - Przypomnij sobie choćby czasy, kiedy wiedliśmy ciężkie życie w kamieniołomach, a tutaj no cóż... Tutaj opływamy w luksusy. Niczego nam nie brakuje i nawet stać człeka, żeby każdego dnia do gospody mógł z radością zawitać na puchar przedniego miodu lub wina. Dwanaście miesięcy szybko minie, odczekamy swoje, a potem ruszymy w przyszłość i być może... - dziedzic sandomierskich dóbr nagle zamilkł i spojrzał przed siebie.

- Podziwiam cię panie Postrucki - Strużyna odezwał się dopiero po chwili - naprawdę szczerze podziwiam twoją wiarę i nadzieję, że któregoś dnia dotrzesz do swoich czasów. Ja już nie wierzę. Po prostu nie wierzę, że taki powrót jest w ogóle możliwy. Dla nas nic się nie zmieni.

- Przestań Tomaszu - jego rozmówca syknął pod nosem - przestań o tym rozprawiać...

- Na jak długo, jeszcze starczy ci sił? - student znienacka wpadł mu w zdanie.

- Nie wiem, pewnie do końca. Nie poddam się! Nie jestem taki jak ty!

- Taki, to znaczy jaki?

- Już dawno zauważyłem, jak za każdym razem, kiedy z powodu księżyca nie możemy ruszyć na „Polanę z dębami”, ty uparcie pytasz mnie o to samo.

- A co w tym złego? Może chcę się upewnić, czy zmieniłeś zdanie.

- Nigdy nie zmienię zdania, rozumiesz? Nigdy nie zrezygnuję, bo zamierzam wrócić do siebie, do moich czasów.

- A czy w taką noc jak dziś, nie odczuwasz nawet odrobiny żalu?

- Nie wiem, nie dumam o sprawach, na które nie mam wpływu.

- Chodzi o to, że czas nam ucieka. Wędrujemy już od ponad siedmiu lat. W tym roku miałem swoje trzydzieste urodziny, a z tego co mówiłeś, tobie stuknęło pięćdziesiąt osiem lat. Jak długo masz jeszcze zamiar uparcie próbować?

- A jest inne wyjście? - Postrucki zignorował pytanie Strużyny i dodał: - Przecież lepiej coś zrobić i żałować, niż później żałować, że się nic nie zrobiło.

- Wielka mądrość przez ciebie przemawia Witoldzie, tak wielka, że aż wyrywa z trzewików - stwierdził z politowaniem.

- Ciesz się brachu, że nie trafiliśmy do jakichś burzliwych czasów, bo wtedy inaczej byś świergotał.

- Tutaj zacznie się robić ciekawie za pół roku, kiedy podczas jakiegoś zjazdu w Niemczech, dojdzie do nieudanego zamachu na Chrobrego. Z tego co pamiętam, to już w połowie najbliższego lata, zaczną się polsko-niemieckie wojenki, które z przerwami potrwają prawie szesnaście lat. Czaisz bazę? Przez urażoną dumę, przez zwykłą zawziętość jednego człowieka, rozpęta się wieloletni konflikt. Tylko nie przypominam sobie, żeby w tym czasie doszło do jakiejś znaczącej bitwy... - przerwał na moment i ciągnął dalej: - Jestem pewien, że cały cyrk zacznie się w przyszłym roku, a sprawy mogą później przybrać dla nas nieciekawy obrót.

- Sądzisz, że część naszych zbrojnych, może zostać wcielona do armii Chrobrego jako wsparcie?

- Nie mam pojęcia. O ile mnie pamięć nie myli, to za trzy lata Chrobry będzie żałował wielu swoich decyzji. Straci część zachodnich ziem, Pomorze i chyba jeszcze Czechy. Nie będę zaprzeczał - Strużyna zmienił temat - z pokorą przyznaję, że słabo u mnie z wiadomościami o początkach rodu Piastów. Naprawdę słabo. Mam trochę informacji, może nawet tyle co powinien wiedzieć przeciętny student historii, ale szału nie ma. Wiele razy powtarzałem, że najbardziej interesujący okres w historii dziejów, zaczął się z chwilą wielkich odkryć podróżniczych. Rozpoczął się w XV wieku i trwał, aż po schyłek dziewiętnastego stulecia. Fakt, w pierwszej połowie XX wieku coś jeszcze się działo w tym temacie, ale ja najbardziej doceniam czasy kiedy chwałą cieszyli się tacy żeglarze, jak Krzysztof Kolumb, Vasco da Gama czy Ferdynand Magellan albo...

Postrucki nie przerwał swojemu rozmówcy, chociaż wiele razy słyszał już jego wszystkie opowieści o znanych odkrywcach. Prawdę powiedziawszy, Witold lubił słuchać historii o podbojach nowych lądów, o zamorskich wyprawach, przecierających oceaniczne szlaki albo o ludziach, poszukujących śladów dawnych cywilizacji.

- Mogę cię o coś zapytać? - Postrucki wtrącił znienacka.

- Pytaj!

- Skoro nie wierzysz w swój powrót, to dlaczego nie posmakujesz tego, o czym z taką lubością prawisz? Już dwa razy miałeś sposobność, aby zmienić swój los.

- Ciągle dojrzewam do ostatecznej decyzji - wyjaśnił student z uśmiechem na ustach. - Jednak gwarantuję ci drogi Witoldzie, że doczekasz się takiego dnia, kiedy usłyszysz ode mnie, że ruszam w stronę półwyspu Iberyjskiego.

- Obrosłeś w piórka Tomaszu - skwitował dziedzic sandomierskich dóbr - przez ostatnich siedem lat nauczyłeś się władać bronią, wiesz jak wytropić, upolować i oporządzić ubitą zwierzynę, poznałeś tajniki suszenia mięsiwa, pozyskałeś wiedzę, dzięki której potrafisz przetrwać w głuszy. Siedem lat to szmat czasu, a ty ciągle jeszcze dojrzewasz?

- Przypuśćmy, że masz rację - skwitował Strużyna - powiedzmy, że uda ci się wrócić do swojej rzeczywistości i co wtedy? Podążysz na rodzinne włości i zjawisz się tam, jako facet przed sześćdziesiątką? Naprawdę sądzisz, że zostaniesz przyjęty z otwartymi ramionami? Przecież będziesz starszy od swoich rodziców! Jak im udowodnisz, że jesteś ich synem? Myślisz, że zostaniesz rozpoznany? Jak wytłumaczysz fakt, dlaczego się postarzałeś? Naprawdę sądzisz, że uwierzą w twoją historię o mglistej poświacie i podróżach w czasie?

Postrucki nic nie odpowiedział, tylko tajemniczo uśmiechnął się pod nosem, jakby faktycznie miał plan, który upora się z tym zawiłym problemem.

- Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji - Strużyna ciągnął dalej - po prostu nie wyobrażam...

- Błagam cię, dajmy już pokój tej próżnej dyspucie! - Witold syknął pod nosem. - Jesteśmy tu i teraz, a za dwanaście miesięcy odejdziemy w przyszłość i tylko to się liczy. Nic więcej, rozumiesz? Nic!

Przez dłuższą chwilę, pełniący nocną służbę, szli w milczeniu i tylko deski podestu skrzypiały pod ich krokami.

Kiedy znaleźli się dokładnie nad wjazdową bramą, Strużyna ruchem głowy wskazał na zabudowanie, które strzegącym wjazdu, zapewniało schronienie i wyznał z nutką lekkiej zazdrości:

- No proszę, spójrz tylko jak pięknie mają się mytni. Most zamknięty, brama zamknięta, z komina leci dym. Pewnie leżą w ciepełku jajami do góry i mają wywalone na pogodę, a ty tutaj marznij człowieku, echhh - westchnął przesadnie i już chciał coś powiedzieć, ale Postrucki był szybszy:

- Jak brzmiało to wasze powiedzenie o zimnej pogodzie? Czekaj czekaj, jeszcze nic nie mów, mam to na końcu języka. Jak to było? Takie dziwne, kompletnie niezrozumiałe słowo... Tylko nie podpowiadaj, nie podpowiadaj. Ooo! Już wiem! - w głosie Witolda rozbrzmiała euforia, jakby właśnie przypomniał sobie najważniejsze ze wszystkich zaklęć świata. - Gdyby teraz towarzyszył nam ktoś z twojej rzeczywistości, mógłby powiedzieć, że w tej chwili - po czym wyrzucił z siebie jednym tchem - piździ kurwa jak w kieleckim!

- Dokładnie stary, masz rację. Szybko zapamiętujesz bzdury! - rozbawiony Strużyna, rechotał jak opętany, prawie kwiczał. Kiedy już nad sobą zapanował, przetarł dłonią załzawione ze śmiechu oczy i zmieniając temat, zapytał: - A wiesz, że w Skandynawii, uchodzącej za krainę walecznych wikingów, mają powiedzenie, które dosadnie oddaje moc mrozu i zimna? Tamtą część świata, wysuniętą na daleką północ, spowija surowy klimat. Rdzenni mieszkańcy, od pokoleń przyzwyczajeni do długich i srogich zim, inaczej definiują pojęcie zimna. Mają nawet takie powiedzenie, które brzmi - zimno jak w piekle.

- W taką pogodę, wolałbym cieplejszy dysput prowadzić - oznajmił Postrucki i zaproponował: - Byłbym niezmiernie rad, móc ponownie od ciebie usłyszeć o gorących piaskach pustyni, ciągnących się hen daleko, aż po kres horyzontu i egipskiej kampanii Napoleona, jaka miała tam miejsce...

Krzysztof Spadło - dorobek twórczy

Marzyciele i pokutnicy (zbiór opowiadań)

------

Cykl powieści SKAZANIEC

Na pohybel całemu światu! (tom I)

Z bestią w sercu (tom II)

Za garść srebrników (tom III)

Czapki z głów! (tom IV)

Zawsze mnie kochaj (tom V)

Liczba Życia (tom VI)

Jutro jest czyste (tom VII)

Świat u stóp (tom VIII)

------

Cykl powieści SPIN OFF SKAZANIEC:

Frantz

A&S

Karmazynowy kniaź (tom I) „Za wolność naszą i waszą”

Karmazynowy kniaź (tom II) „Ostatni spisek”

------

Dotyk wieczności

Więzień z Bastøy

------

Cykl powieści CZASOTORIUM:

Jutro będzie wczoraj (tom I)

Noc Swaroga (tom II)

------

POZYCJE DOSTĘPNE NA STRONIE wydawnictwokago.pl