Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czasem warto czekać - Joanna Neil

 

Szef doktor Sarah Franklyn jest surowy i wymagający. Jest także wielką miłością Sarah z czasów, gdy była chudą nastolatką i bezskutecznie usiłowała go uwieść. Z biegiem lat stała się dojrzałą niezależną kobietą. James nadal wzbudza w niej gorące uczucia, lecz Sarah postanawia, że tym razem nie rzuci mu się w ramiona…

Opinie o ebooku Czasem warto czekać - Joanna Neil

Fragment ebooka Czasem warto czekać - Joanna Neil

Okładka

Strona tytułowa

Joanna Neil

Czasem warto czekać

Tłumaczenie: Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W chłodny i wietrzny wiosenny poranek dzieci były okutane w ciepłe kurtki.

– To jak? Macie wszystko?

Sarah w skupieniu przyglądała się swemu znacznie młodszemu przyrodniemu rodzeństwu, starając się upewnić, że o niczym nie zapomniała.

– Sam, masz przy sobie pieniądze na lunch? – zapytała, zakładając za ucho niesforny kosmyk włosów. Mały jest tak roztrzepany, że nie byłaby zdziwiona, gdyby drobne wyparowały w drodze do szkoły.

Dziesięciolatek najwyraźniej nie czuł się swobodnie w nowym szkolnym stroju, posłusznie pogrzebał jednak ręką w kieszeni spodni.

– Tak, mam.

– Dobrze. Postaram się jak najszybciej wykupić wam obiady w stołówce, ale póki co nie życzę sobie żadnych czipsów czy batoników. – Uśmiechnęła się cierpko.

Sam wzruszył ramionami w geście wymuszonej zgody. Rosie, jego siostra, milczała. W ogóle oboje byli tego ranka wyjątkowo cisi. Nic dziwnego, to przecież ich pierwszy dzień w nowej szkole, a nie zdążyli nawet poznać najbliższego sąsiedztwa. W ich życiu zaszło ostatnio tyle zmian, że potrzebują trochę czasu, by się przystosować.

– A ty Rosie? Jak się czujesz?

– Dobrze. – Rosie skinęła głową. Jej szare oczy wyrażały powagę i jakby przygnębienie. Dziewczynka była dwa lata młodsza od brata, ale sprawiała wrażenie nieco od niego dojrzalszej. Wyglądało na to, że z czymś się zmaga.

– Jestem pewna, że dacie radę – powiedziała Sarah, starając się o odrobinę entuzjazmu w głosie. – Wiem, że nie jest łatwo dołączyć do nowej klasy w połowie roku, ale nauczyciele na pewno przedstawią was kolegom i wkrótce będziecie mieli mnóstwo przyjaciół.

Zawahała się przez moment, ale ponieważ żadne z dzieci nie odezwało się, objęła je i poprowadziła korytarzem.

– Czujcie się tu jak w domu. No i pamiętajcie, po lekcjach przyjdzie was odebrać Murray, nasz sąsiad. Ja będę jeszcze w pracy.

Ucałowała dzieci i zostawiła je w pobliżu szkolnej szatni. Było to dla niej przykre, ale już po chwili uspokoiła się, widząc, jak inne dzieci, zaciekawione przybyciem „nowych”, tłoczą się wokół i zagadują.

Wracając do samochodu, odetchnęła głęboko, starając się odzyskać równowagę. Niełatwo stwierdzić, komu w tej sytuacji było bardziej ciężko – jej czy dzieciom. Musiała jednak odsunąć te rozważania na bok i wyjść na spotkanie pozostałym trudnościom, których nie będzie jej szczędził dzisiejszy dzień.

Nie tylko bowiem dzieciom nerwy dają się dziś we znaki. Ona też ma swój pierwszy dzień. Zaczyna pracę w pogotowiu lotniczym. Będzie wraz z drugim lekarzem ratownikiem latać do najpilniejszych przypadków. Praca sama w sobie trudna i odpowiedzialna. Od strony medycznej czuła się do niej dobrze przygotowana, więc nie w tym problem...

Wsiadła do samochodu i wyjeżdżając z kornwalijskiej mieściny rybackiej, skierowała się w stronę sanitarnego lądowiska. Tam miała się spotkać z Jamesem Bensonem. I tu leży pies pogrzebany. Samo przywołanie w myśli tego nazwiska powodowało, że jej żołądek wyprawiał przedziwne harce.

Od jak dawna się nie widzieli? Dobrych parę lat... Ona była wtedy nastolatką – naiwną, niewinną, starającą się za wszelką cenę zwrócić na siebie jego uwagę. Zrobiłaby wiele, by go już nie spotkać, ale teraz szanse na to są zerowe. Starając się o pracę w pogotowiu powietrznym, nie wiedziała, że on jest tam konsultantem. Ale się nie wycofa. To jej wymarzona praca, jej pasja. Nie ma odwrotu.

Tak rozmyślając, nie zauważyła, że oddaliła się od wybrzeża, od zjawiskowych skalistych klifów i małych zatoczek. Mijała teraz krajobraz pełen lesistych dolin. Tu i ówdzie widziało się przytulone do wzgórz budynki z jasnego kamienia. Była pora kwitnienia leśnych dzwonków, które miejscami tworzyły malownicze kobierce. Sarah pozostawała jednak obojętna na te widoki. Serce się jej ściskało, gdy myślała o pozostawionych w szkole dzieciach, a nerwy napinały się w oczekiwaniu nieuchronnego spotkania.

Zaparkowała auto i skierowała się do budynku, w którym pracownicy pogotowia lotniczego mieli pomieszczenia służbowe. Zapukała i weszła do środka.

Nikogo nie zastała. Pewnie szykują się do wezwań, na lądowisku stał przygotowany do startu śmigłowiec.

Rozejrzała się wokół. Stało tam trochę sprzętu medycznego, na monitorze komputera widniał rejestr ostatnich interwencji. Na drewnianym blacie biurka centralną pozycję zajmował czerwony aparat telefoniczny. W kącie pomieszczenia urządzono coś w rodzaju kuchenki z czajnikiem w roli głównej.

– A więc jesteś – rozległ się głos Jamesa Bensona. Serce zaczęło walić jak oszalałe, a po całym ciele rozlało się coś w rodzaju gęstej ciepłej czekolady. – Przepraszam, że cię nie powitałem należycie – dodał – ale właśnie przebieraliśmy się do lotu. Zaraz ruszamy na patrol.

Skinęła głową. Nie będąc pewna, czy głos nie sprawi jej figla, wolała się nie odzywać. James był dokładnie taki, jakim go zapamiętała. Tak samo przykuwał uwagę i dominował nad otoczeniem. Wysoki, świetnie zbudowany, szare przenikliwe oczy, czarne włosy. Zdawał się rozbierać ją wzrokiem jak przed laty. Jego uważne spojrzenie ślizgało się po jej kasztanowych włosach i bladej twarzy.

– Nie do końca wierzyłem, że to będziesz ty – powiedział. – Kiedy przeczytałem, kogo przyjęto, przez chwilę zastanawiałem się, czy istnieje inna doktor Sarah Franklyn. Wiedziałem, że skończyłaś medycynę i pracowałaś w Devon.

Wytrzymała jego spojrzenie. A więc śledził, co się z nią działo.

– Fakt, że wybrałam zawód lekarza, mógł wydać ci się dziwny. – Przełknęła ślinę, by nadać swemu głosowi więcej pewności. – Nie było cię w komisji, więc i do mnie nie dotarło, że będziemy pracować razem.

– Miałem w tym czasie ważną konferencję, nie mogłem się wykręcić. Decyzję o zatrudnieniu cię podjął więc ostatecznie szef oddziału ratownictwa. – Skrzywił się, jakby nie był specjalnie zadowolony z wyniku rekrutacji.

A więc nie chce mnie tu, pomyślała Sarah w nagłym przypływie paniki. Jego szare oczy pociemniały, ale stanowczy głos nabrał pewnego ciepła.

– Może przebierzesz się w kombinezon, a potem przedstawię cię reszcie załogi. Wypijemy razem jakąś kawę.

– Brzmi to nieźle.

A więc przynajmniej zaakceptował fakt, że ona tu jest. Wygląda na to, że nie będzie chciał wracać do tego, co się wydarzyło. Może więc nie musi już na myśl o nim czuć, jak kurczy się jej żołądek? Może jest bezpieczna? W końcu nie jest już bezbronną siedemnastolatką, jak dziewięć lat temu. Teraz jest dorosłą kobietą, czemu więc wciąż czuje się tak niepewnie? Chyba zna odpowiedź. Przeszłość ją dopadnie, to tylko kwestia czasu.

Nakładając na siebie w ustronnym pokoju jaskrawopomarańczowy kombinezon, starała się jednocześnie ogarnąć. Z Jamesem będzie utrzymywać kontakty wyłącznie zawodowe. Nie pozwoli sobie na żadne akcenty osobiste. Emocje na wodzy. Musi mu pokazać, jak bardzo się zmieniła od czasów ich pierwszej znajomości.

Na wspomnienie swych młodzieńczych wybryków aż się wzdrygnęła. Czy naprawdę jako trzynastolatka pewnego letniego wieczoru zrobiła rundę wokół wsi traktorem Bena Huxleya? No cóż, mógł nie zostawiać kluczyków w stacyjce...

A jak James zareagował, gdy włamała się do stadniny w majątku jego ojca, osiodłała konia i pocwałowała w dal? To były jej czternaste urodziny i doprawdy miała gdzieś skutki swego wyczynu. Kochała konie, a akurat wtedy poczuła niepohamowaną chęć szybkiej przejażdżki po okolicznych łąkach. Tak, była dzika, brawurowa, nieprzewidywalna, a James to widział.

– W ten sposób nie sprawisz, że matka do ciebie wróci – mówił, patrząc w jej zielone oczy.

– Ciekawe, co ty możesz o tym wiedzieć? – odpowiadała mu bezczelnie.

Miała szczęście. Nikt nie doniósł policji o jej ekscesach. A im bardziej uchodziły jej one na sucho, tym bardziej szalała. „Taka mała osóbka, a tak wielki sieje zamęt” – mawiał wówczas James. Taaak, z pewnością nie jest teraz zadowolony z jej obecności.

– Ciągle pijesz ze śmietanką i łyżeczką cukru? – zapytał, podając jej kawę. Boże, zapamiętał?

– Tak, poproszę – odrzekła, siadając za stołem.

– Tom jest naszym pilotem. – James wskazał głową szpakowatego czterdziestolatka, który usiadł obok niej.

– Miło cię poznać, Sarah. – Tom uśmiechnął się, podsuwając jej tackę z kanapkami podgrzanymi w mikrofali stojącej przy ekspresie do kawy. – Częstuj się. Jedz, kiedy masz okazję. W tej pracy rzadko miewamy regularne przerwy na lunch.

Wzięła do ręki kawałek bagietki z bekonem i serem. Poranek, gdy udało się jej pochłonąć niewielką grzankę, a dzieci grzebały łyżkami w miseczkach z płatkami, wydawał się odległy o lata świetlne.

– A to Alex, drugi pilot – ciągnął James, wskazując na mężczyznę z drugiej strony stołu. Alex miał pewnie trzydzieści parę lat, burzę brunatnych włosów i łagodne spojrzenie w kolorze orzecha.

– Latałaś już helikopterem? – zapytał.

– Przez jakiś czas pracowałam w pogotowiu lotniczym w Devon – odparła. – Myślę, że to idealna praca dla mnie.

– James mówił, że pracujesz tylko na część etatu.

– Zgadza się, z wami będę latać jeden dzień w tygodniu, a przez kilka dni będę pracować w szpitalu. Oddział wypadków i ratownictwa.

– Ciekawe, chyba niewielu lekarzy tak łączy swoje zajęcia?

– Teraz zdarza się to coraz częściej, a mnie to szczególnie odpowiada – burknęła Sarah, wbijając zęby w grzankę. Smak roztopionego sera sprawił jej przyjemność.

– Sarah dorabia udzielaniem porad medycznych w internecie – wtrącił się James. – Ma też swoją rubrykę w gazecie.

Skąd on to wie? Spojrzała na niego zdumiona, a on znów się skrzywił.

– Natknąłem się na twoje porady w przeglądarce, tam też znalazłem wzmiankę o pisaniu do gazety. – Zmarszczył brwi. – Osobiście nie jestem zwolennikiem stawiania diagnoz bez osobistego kontaktu z pacjentem.

– Toteż ja tego nie robię. Powinieneś się zorientować, skoro czytałeś moje teksty.

Czy on ją prowokuje? Czy chce sprawdzić jej medyczne kompetencje? Tych jej przecież nie brakuje. Podobnie jak nie ma zamiaru zwierzać mu się z sytuacji osobistej, którą on mógłby potraktować jako przeszkodę w należytym wypełnianiu obowiązków. Dla niej praca w niepełnym wymiarze to konieczność. Musi przecież mieć czas dla Sama i Rosie, stąd też tak dobrym rozwiązaniem jest pisanie porad, co można robić w domu.

– Współpracuję z zespołem lekarzy – mówiła Sarah. – Wybieramy przypadki, które mogą zainteresować szersze grono osób. Doradzamy to, co w danych warunkach uważamy za słuszne, ale zawsze jeszcze wskazujemy inne możliwości diagnozy i leczenia.

– Hmm. A nie sądzisz, że najlepiej byłoby doradzić wizytę u lekarza rodzinnego lub u specjalisty?

– Piszą do mnie w większości ludzie, którzy już u lekarzy byli, tyle że bez skutku. Inni wolą iść do lekarza, mając już jakieś pojęcie o tym, co mogą usłyszeć – odrzekła spokojnie.

– Pewnie masz rację – przyznał. Chciał powiedzieć więcej, ale nagle rozległ się dzwonek czerwonego telefonu. Takie połączenia odbiera się natychmiast.

– Gdzie to jest? A w jakim jest stanie? Okej, już wyruszamy.

Wszyscy wybiegli, porzucając kanapki i napoje.

– Młody mężczyzna ranny w karambolu na szosie – objaśniał James w drodze do helikoptera. – Złamanie nogi. To trzydzieści mil stąd, na miejscu jest ratownik, ale ranny potrzebuje lekarza.

Helikopter wzniósł się i już po minucie czy dwóch Sarah mogła z góry patrzeć na zielone połacie łąk poprzecinane drogami, które stąd wyglądały jak wstążeczki.

James usiadł koło niej.

– O, to jest szpital. – Wskazał palcem duży budynek z lądowiskiem na dachu. – Tu przywieziemy pacjenta.

Po chwili pośród rozległych przestrzeni dostrzegli okazały budynek z szarego kornwalijskiego kamienia z całą masą wysokich i wąskich okien w stylu georgiańskim.

– Twoje rodzinne gniazdo – rozmarzyła się Sarah. – Ciągle tam mieszkasz?

Rezydencja była tak wielka, że Jamesowi z powodzeniem wystarczyłoby jedno, powiedzmy północne, skrzydło. Tak było kiedyś, gdy ona mieszkała w tej okolicy. Młodszy brat zajmował skrzydło wschodnie, a reszta domu należała do rodziców.

– Nie, teraz mieszkam bliżej szpitala. Jonathan został u rodziców, ale ma już własną rodzinę. Synka i córeczkę.

– Dziwiłabym się, gdyby było inaczej. Zawsze lubił życie i pracę na farmie.

– A ty? Wróciłaś w rodzinne strony? Dlaczego opuściłaś Devon? Mam tam znajomych i mówili, że wyglądało, jakbyś osiadła na dobre. Miałaś pracę na urazówce...

– Owszem. Spodziewałam się stałego etatu, ale zamiast mnie awansowano mężczyznę, więc zaczęłam się rozglądać za czymś innym...

– To musiało być przykre. – James omiótł ją wzrokiem. – Na ile cię znam, nie poddajesz się łatwo.

– Zgadza się.

Nie będzie go przecież wtajemniczać w szczegóły swej sytuacji. Na przykład w to, że awans ominął ją z powodu zobowiązań rodzinnych. I że zrobi wszystko, by mieć stałą pracę. Teraz jest na to szansa, ale na razie zatrudniono ją na trzymiesięczny okres próbny. I przez ten czas powinna się trzymać z daleka od niego.

Dotarli na miejsce, a gdy pilot sadzał maszynę, mogła obejrzeć z bliska ogrom zniszczeń. W kolizji wzięły udział dwa motocykle, terenówka i limuzyna. Było sporo ofiar. Przy szosie stał wóz strażacki i wyglądało na to, że jeden z samochodów się palił. Można było tylko mieć nadzieję, że pasażerowie w porę go opuścili.

– Idziesz za mną – powiedział James, odpinając pas. – Nie zwracaj uwagi na innych pacjentów. Wszystko w swojej kolejności.

Sarah zagryzła wargi. Czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast obserwować swego przewodnika, pomogła w tym czasie ofiarom wypadku? Podzieliła się z Jamesem tą uwagą.

– Najpierw zorientujmy się w sytuacji. Według ratownika nasz właściwy pacjent jest w najgorszym stanie i nim musimy się zająć w pierwszej kolejności – odparł.

Zeszli razem na pobocze, gdzie ratownik opiekował się rannym młodzieńcem. Ruchem drogowym kierowali policjanci. Właśnie ustawiali blokadę.

Pacjent leżał na trawie. Mógł mieć nie więcej niż osiemnaście lat. Twarz miał bladą wskutek szoku i znacznej utraty krwi. Podawano mu tlen.

– Są jeszcze dwie osoby z urazami kręgosłupa i skręceniami – informował ratownik – i jedna ze złamaniem żeber. Zajęli się nimi moi koledzy. Ten tutaj to Daniel Henderson, motocyklista. Właśnie jechał nad morze.

James ustalał rozmiar obrażeń.

– Silna deformacja podudzia – mówił cicho. – Prawdopodobnie złamana jest i strzałka, i piszczel. Zmiany tamują dopływ krwi.

To niedobrze, może wdać się gangrena i nogę trzeba będzie amputować.

– Dzięki, Colin. Zrobię mu wkłucie doszpikowe. – James grzebał w torbie w poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu, po czym zwrócił się do chłopaka. – Dam ci silny środek znieczulający. Po minucie lub dwóch poczujesz się znacznie lepiej. Tylko małe ukłucie, a potem będziesz lekko ospały, okej?

Daniel skinął głową i zamknął oczy. Im szybciej, tym lepiej, dobrze to rozumiał.

– Oczyszczę miejsce pod zastrzyk i przygotuję ketaminę – zaproponowała Sarah.

– Dzięki.

James umieścił ampułkę ze specyfikiem w specjalnym pistolecie. Po zrobieniu zastrzyku zagadnął chłopca:

– No i jak, Daniel? Jak się czujesz?

– W porządku. – Mowa młodzieńca stała się mniej wyraźna – znak, że lek zaczął działać.

James spojrzał na Sarah.

– Myślę, że teraz możemy pokusić się o wyprostowanie nogi tak, by przywrócić krążenie. Ty i Colin przytrzymacie go, a ja spróbuję nastawić tę nogę. Musimy to zrobić bardzo ostrożnie, żeby nie spowodować dodatkowych uszkodzeń naczyń krwionośnych. Miejmy nadzieję, że się uda.

James starał się mówić spokojnie, by nie stresować pacjenta, ale Daniel wyglądał, jakby po ustąpieniu bólu nic go więcej nie interesowało.

Gdy tylko James osiągnął swój cel, przystąpił do unieruchomienia nogi za pomocą szyny.

– Uff, sztuczka się udała – stwierdził w końcu. – Teraz krążenie powinno zostać przywrócone.

Sarah cały czas niepokoiła się o Daniela. Z jej obserwacji wynikało, że chłopak jest ledwo przytomny.

– Musimy go natychmiast transportować – zauważyła półgłosem. – Stracił masę krwi.

– Tak jest. Ty idź po linę, a my umieścimy go na noszach.

Wspólnie przenieśli chłopca do helikoptera. James opuścił ich, by sprawdzić stan innych chorych, ale po chwili wszedł na pokład.

– Okej, inni mogą pojechać zwykłymi karetkami – oznajmił. – Nie ma tam bezpośredniego zagrożenia życia. Jak się ma nasz zuch?

– Niskie ciśnienie, przyśpieszony rytm serca, słaby puls – odparła Sarah. Były to oznaki wstrząsu, ale teraz nie mogli zrobić nic ponad to, co już zostało zrobione.

– Na ratownictwie będzie też czekał chirurg ortopeda, Tom zlecił im to przez radio – powiedział James.

Pilot uruchomił silnik i po chwili lecieli nad półwyspem kornwalijskim, kierując się do odległego o trzydzieści mil szpitala. James podniósł prześcieradło i przyjrzał się nogom chłopca.

– Palce u stóp zaczynają różowieć – stwierdził.

– Bogu dzięki. – Uśmiechnęła się, a jej zielone oczy rozbłysły radością. – Amputacja nogi raczej mu już nie grozi, tak się cieszę.

James skinął głową, delikatnie przykrył pacjenta, ale nie odrywał oczu od Sarah. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Napawał się ciepłem, które dało się wyczuć w jej słowach i które lekko zarumieniło jej policzki.

Gdy jednak ona spojrzała na niego, zabrakło jej powietrza. Znów poczuła ten jakże znajomy tępy ból, wynikający z przeświadczenia, że pewnych pragnień nigdy nie da się zaspokoić. A więc on nadal ma nad nią władzę, ciągle jest źródłem upokarzającego poczucia, że jej marzenia są czymś niestosownym.

– Za dwie minuty lądujemy – ogłosił pilot.

– Okej, Tom, jesteśmy gotowi. – James ponownie skupił się na pacjencie, był czujny i poukładany, jak zawsze.

Sarah wyjrzała przez okno. Zdała sobie sprawę, że aby przeżyć, musi ograniczać kontakty z nim do spraw zawodowych. To będzie jej nowa mantra.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wyglądasz, jakbyś pilnie potrzebowała odpoczynku. Miałaś pewnie ciężki tydzień? – powiedział Murray, kładąc na brzegu kuchennego stołu tekturową teczkę. – Przyniosłem ci próbki kolorów, o które prosiłaś.

Przyglądał się jej uważnie.

– Jesteś jakaś smutna. Co ci jest?

– Nic mi nie jest. – Sarah uśmiechnęła się do kudłatego sąsiada. – Po prostu spędziłam wiele godzin na malowaniu ścian w living roomie. Siadaj, naleję ci herbaty.

– Potem Sarah pomaluje nasze pokoje – skwapliwie wtrącił się Sam. Foremką wycinał z ciasta pierniczki. – Obiecała, że sami wybierzemy kolory. Z wyjątkiem czarnego. Okej, w takim razie niech będzie fioletowy. Albo jaskrawoczerwony – dodał po chwili namysłu.

– Pomagaliśmy jej malować duży pokój – pochwaliła się Rosie. – To znaczy ja pomagałam, bo Sam w tym czasie grał na konsoli.

– Oboje byliście bardzo pomocni – przyznała Sarah, mrużąc oczy. – Przed nami jeszcze sporo pracy. Kupiłam to lokum w dość opłakanym stanie – dodała, sięgając po żółty czajniczek z esencją.

– Przedtem mieszkał tu staruszek, który już nie bardzo miał siły dbać o porządek – wyjaśnił Murray. – Przeniósł się do syna do Somerset i zależało mu na szybkiej sprzedaży. Starałem się jakoś mu pomagać, ale on nad niczym nie panował. Może powinienem był cię o tym uprzedzić, zanim poleciłem ci to mieszkanie...

Sarah postawiła przed sąsiadem kubek z herbatą i ścisnęła lekko jego ramię.

– Jestem ci bardzo wdzięczna, że je znalazłeś. Dokładnie czegoś takiego szukałam. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

– Hm, no tak, w sumie wymaga tylko pewnego odświeżenia. – Murray rozejrzał się wokół.

Dzieci układały na blasze figurki z piernikowego ciasta. Rosie robiła to perfekcyjnie, dopieszczała każdy szczegół. Sam był o wiele bardziej niedbały, jego ludziki przypominały zezowatych włóczęgów ze znaczącymi brakami w anatomii. Sarah podejrzewała, że dość często próbował nieupieczonej masy. Świadczyły o tym brązowe ślady na buzi chłopca.

Murray przyglądał się, jak Sarah wkłada do piekarnika pierwszą partię figurek.

– Jak tam w pracy? – zagadnął. – Wyrabiasz się?

Sarah usiadła naprzeciw niego, pozwalając dzieciom usunąć resztki ciasta ze stolnicy.

– Raczej tak. To dopiero początki. Szef śledzi każdy mój krok. – Uśmiechnęła się cierpko. – Pewnie się boi, że przez roztargnienie mogę zabić pacjenta.

Faktycznie, James starannie sprawdzał wszystkie jej poczynania, studiował karty pacjentów i rejestry przepisywanych przez nią leków. Była świadoma, że musi przestrzegać procedur, że przed nim nic się nie ukryje. Niby nie powinien mieć zastrzeżeń do jej zawodowych kompetencji, ale cóż... W przeszłości dała mu się poznać jako osoba dość chaotyczna. Może uważał, że przez studia medyczne prześliznęła się psim swędem?

– Coś takiego! – Murray roześmiał się, po chwili jednak spoważniał i dodał półgłosem: – Choć trzeba przyznać, że rzeczywiście masz masę rzeczy na głowie.

– W porządku, już zaczynam się przyzwyczajać do nowego rytmu życia. Choć czasami... – zawahała się – naprawdę brakuje mi czasu, żeby siąść i pomyśleć. Wszystko pędzi na złamanie karku: przeprowadzka, szukanie pracy, nowa szkoła dla dzieci, porady internetowe. Dużo gwałtownych zmian.

Wyprostowała się na krześle i wypiła łyk herbaty.

– Myślę, że wszystko się ułoży. Przecież to początki.