Wydawca: Insignis Media Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas zmierzchu - Dmitry Glukhovsky

Gdyż nieszczęście świata w tym, że chory jest Bóg jego, stąd i świat choruje. W gorączce jest Pan i jego dzieło gorączkuje. Umiera Bóg i stworzony przez niego świat umiera. Lecz nie jest jeszcze za późno…

Zawodowy tłumacz otrzymuje zlecenie przekładu hiszpańskiego dziennika wyprawy, która w XVI wieku z polecenia franciszkanina Diega de Landy wyruszyła po święte księgi Majów. Im bardziej tłumacz ulega fascynacji dziennikiem, tym śmielej tajemnicze bóstwa Majów przenikają do współczesnej Moskwy. Duszna atmosfera tropikalnej selwy zadomawia się w arbackich zaułkach…

Tymczasem z gazet oraz wiadomości radiowych i telewizyjnych napływają doniesienia o kolejnych kataklizmach. Zniszczenia są ogromne, a ofiar – tysiące.

Co łączy wierzenia Majów z naszym, zdawałoby się, postreligijnym postrzeganiem rzeczywistości? Czy istnieje jakiś związek między współczesnymi wydarzeniami a wyprawą opisaną na kartach tajemniczego dziennika?

Opinie o ebooku Czas zmierzchu - Dmitry Glukhovsky

Fragment ebooka Czas zmierzchu - Dmitry Glukhovsky

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału Сумерки Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2007–2017 All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Przekład z języka rosyjskiego Paweł Podmiotko Ilustracje Anton Greczko Grafika okładki © LERAF | leraf.com Redaktor prowadzący Piotr Mocniak Redakcja Dominika Pycińska, Danuta Porębska Korekta Antonina Mocniak, Julia Diduch, Pracownia 12 A Konwersja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2017 Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-61428-74-9

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media

Capítulo II

Podchwytliwe pytanie: gdzie w Moskwie znajduje się ulica Itzamny?

Rozumując zdroworozsądkowo, w tym mieście nie ma miejsca na aleje, bulwary i place nazwane na cześć bóstw Majów. A jednak trzymałem w dłoniach karteczkę z adresem „ul. Itzamny 23” i tam mnie oczekiwano. Od tego, jak szybko zdołam odnaleźć tę ulicę, zależało coś o wiele ważniejszego niż tylko mój własny los.

Głupotą byłoby myśleć, że na planach i w atlasach samochodowych Moskwy oznaczono wszystkie istniejące zaułki i budynki. Sekretnych miejsc jest tu pod dostatkiem. Nadzieja na odnalezienie ulicy noszącej imię głównego boga majańskiego panteonu nie opuszczała mnie jednak i wciąż, z lupą w ręce, przeczesywałem ogromną topograficzną mapę miasta.

· · ·

Trzeba było po prostu nie brać tego zlecenia. Dalej spokojnie tłumaczyć regulaminy przedsiębiorstw, instrukcje obsługi sprzętu gospodarstwa domowego, umowy na dostawę drewna… To, czym zawsze zarabiałem na życie. Mało tego, hiszpański nigdy nie był moją najmocniejszą stroną. Ale tamtego dnia nic więcej mi nie pozostało: kiedy położyłem na brunatnym wypolerowanym biurku ściśnięte gumką cieniutkie teczki z przetłumaczonymi umowami, pracownik biura tłumaczeń odliczył moje honorarium i rozłożył ręce.

– To na razie wszystko. Więcej nie przynoszą. Niech pan spróbuje zajść po weekendzie… – I odwrócił się w stronę komputera, gdzie cierpliwie czekał na niego tak lubiany przez wszystkich biurowych nierobów pasjans.

Znam go już jakieś trzy lata – od kiedy zaczął tu pracę. I do tej pory ani razu nie decydowałem się nalegać, kiedy ot tak, obojętnie, oznajmiał, że co najmniej przez tydzień zostanę bez pieniędzy. Ale tym razem coś we mnie pękło i powiedziałem:

– Czyżby zupełnie nic nie było? Proszę jeszcze sprawdzić… Wie pan, akurat przyszedł rachunek, nie bardzo wiem, jak mam go zapłacić.

Oderwał się od ekranu zdziwiony moją natarczywością, potarł niskie czoło i spytał przeciągle z powątpiewaniem w głosie:

– No cóż, z hiszpańskiego pan nie tłumaczy?

Rachunek rzeczywiście leżał na moim stole i jego czterocyfrowa suma końcowa zmuszała mnie do podjęcia ryzyka. Trzy lata nauki języka hiszpańskiego na uniwersytecie, który skończyłem piętnaście lat temu… Ogromne aule, okna z zamglonymi szybami, duszący kredowy pył unoszący się nad podrapaną tablicą, bezużyteczne archaiczne podręczniki uczące języka Cervantesa na przykładach oficjalnych kontaktów sowieckich obywateli Iwanowa i Pietrowa z señorami Sanchezem i Rodriguezem. Me gustas tú. I to by było wszystko. Ale to nic, mam w domu słownik…

– Tłumaczę – skłamałem nieśmiało. – Od niedawna.

Tamten jeszcze raz obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem, ale podniósł się jednak z krzesła, poszurał do sąsiedniego pokoju, w którym przechowywali dokumenty, i wrócił z ciężką skórzaną aktówką z na wpół wytartym złotym monogramem w rogu. Czegoś takiego jeszcze tu nie widziałem.

– Proszę. – Z respektem położył ją przede mną na biurku. – Nasz „Hiszpan” coś się spóźnia z pierwszą częścią tłumaczenia, a tu już drugą przynieśli. Jak będziemy czekać, to boję się, że stracimy klienta. Więc niech pan się pospieszy.

– A co to? – Wziąłem ostrożnie aktówkę do rąk i sprawdziłem, czy jest ciężka.

– Jakieś papiery… Wydaje mi się, że archiwalne. Nie przyglądałem się specjalnie, i tak mam co robić – spojrzał przelotnie na monitor, na którym czekała na niego rozłożona talia kart i licznik odmierzał upływ czasu.

Za zlecenie płacili trzy razy więcej niż zazwyczaj, więc wziąłem szybko tekst, żeby zniknąć, zanim pracownik biura zdąży się rozmyślić. Aktówka miała tak luksusowy i arystokratyczny wygląd, że nie chciałem chować jej do swojej podartej teczki – z jakiegoś powodu przypomniał mi się wiecznie głodny Timm Thaler, który zwymiotował po tym, jak pierwszy raz spróbował drogiego tortu z kremem.

Zagubione w zaułkach Arbatu biuro tłumaczeń mieściło się w starym budynku z bali, w którym wcześniej znajdowała się biblioteka dla dzieci. Bywałem w niej jeszcze jako malec, przychodziłem z babcią po książki o podróżach dookoła świata czy katowanych przez faszystów bohaterskich pionierach. Dlatego teraz cotygodniowe odwiedziny w biurze miały w sobie jakąś nostalgię, były niczym wyprawa do porzuconego, pordzewiałego wesołego miasteczka dla człowieka, którego rodzice przed trzydziestu laty przyprowadzali w to miejsce na karuzelę. Aromat starych książek, który wniknął w obicia i drewniane ściany, przebijał się przez ostry zapach dokumentów biznesowych i słodkawą woń rozgrzanego plastiku, unoszącą się znad komputerów. Dla mnie to biuro pozostało biblioteką dla dzieci… I to pewnie dlatego na początku nie byłem zaskoczony, kiedy zabrałem się do tłumaczenia treści kartek ze skórzanej aktówki.

Wystarczyło raz na nie spojrzeć, żeby zrozumieć: zostały wyjęte z książki – nie wyrwane, ale właśnie precyzyjnie wyciągnięte; cięcia wykonano z chirurgiczną precyzją, przed oczami stawała dłoń w gumowej rękawiczce prowadząca skalpel po starym tomie rozłożonym na stole operacyjnym. Nie widziałem niczego dziwnego w takim pietyzmie – rozcięta w nieznanych celach książka była z pewnością prawdziwym skarbem. Na oko stronice miały co najmniej dwieście lat. Mocny papier, z upływem czasu miejscami przebarwiony na kolor piasku, jednak bez oznak butwienia, pokrywały nieco nierówne rzędy gotyckich liter – jak się zdawało, drukowanych, chociaż niektóre różniły się między sobą.

Stron nie ponumerowano, a na tej, która leżała na wierzchu, widniało: „Capítulo II”. Rozdział pierwszy znajdował się widocznie u tłumacza, który zaczął pracować nad zleceniem przede mną, ale spóźniał się z jego oddaniem. Przyczyna takiego opóźnienia była jasna: wystarczyło, że pobieżnie zaznajomiłem się z tekstem, żeby zwątpić, czy sam zdołam oddać przekład w terminie. Potrzebowałem kilku godzin tylko na to, by przywyknąć do nietypowej czcionki i wgryźć się w pierwszy akapit opornego, skostniałego ze starości tekstu.

Tymczasem za oknem zrobiło się całkiem ciemno. Coraz częściej pracowałem po nocach, kładąc się do łóżka dopiero o świcie i budząc się w drugiej części dnia. Kiedy mieszkanie pogrążało się w ciemności, zapalałem tylko dwie lampy – na biurku i w kuchni, i przez całą noc żyłem, przemieszczając się między tymi dwoma światłami. Przy ciepłym żółtym świetle czterdziestowatowej żarówki myślało się o wiele lepiej: dzienne kłuło w oczy i pustoszyło czaszkę, w głowie nie pozostawały żadne myśli, chowały się gdzieś i czekały tam, aż nastanie wieczór.

Po przepracowaniu całej nocy zwykle kładłem się spać około piątej rano. Zaciągałem grube story, pozostawiając na zewnątrz pukające do nich pierwsze promienie słońca, dawałem nura pod puchową kołdrę i natychmiast zasypiałem.

Ostatnio miewałem dziwne sny: nie wiedzieć czemu widziałem swojego ukochanego psa, nieżyjącego od dziesięciu lat. We śnie pies oczywiście nawet nie podejrzewał, że umarł, i zachowywał się zupełnie jak żywy. A to oznaczało, że trzeba było go wyprowadzać na spacer. Podczas tych przechadzek czasem uciekał (kiedy żył, też bardzo rzadko brałem go na smycz – tylko po to, by przeprowadzić go przez ulicę), i wtedy przez dobry kawałek snu musiałem go szukać, wykrzykując na cały głos jego imię. Mam nadzieję, że sąsiedzi tego nie słyszeli. Nie zawsze udawało mi się odnaleźć psa przed przebudzeniem, ale to nie miało znaczenia: nim nadszedł następny poranek, sam znajdował drogę do domu i niecierpliwie czekał na mnie w drzwiach między snem a jawą, radośnie ściskając w zębach przyniesioną smycz. Tak się do tego przyzwyczaiłem, że jeśli nagle w którymś z moich snów się nie pojawiał, po przebudzeniu zaczynałem się niepokoić, czy coś mu się nie stało.

Wniknąć w sens dziesięciu pierwszych linijek nie było łatwo. Przynajmniej piątej części słów nie było w słowniku, a bez jego pomocy w ogóle rozumiałem tylko po dwa–trzy z każdego zdania. Do tego, nie wiedzieć czemu, każdy nowy akapit niezmiennie zaczynał się słowem „Iż”. Moją uwagę co chwila odwracały dziwaczne żółtawe smugi, którymi stulecia pokryły karty książki, ale pilnie zapisywałem na papierze znalezione przeze mnie terminy. Niektóre trzeba było potem zastępować, bo pierwszy z proponowanych odpowiedników okazywał się nietrafny. I najczęściej właściwe znaczenie oznaczone było skrótem „przestarz.”.

Już z pierwszego akapitu – i ta hipoteza potwierdziła się później, kiedy zacząłem się zatapiać w opowiadanej przez nieznanego autora zadziwiającej historii – wywnioskowałem, że tekst jest zapisem jakiejś ekspedycji w lesiste doliny Jukatanu, przedsięwziętej przez niewielki oddział Hiszpanów. Daty pojawiły się na kolejnych stronach: opisywane wydarzenia miały miejsce prawie pięć stuleci temu. Połowa szesnastego wieku… Podbój Ameryki przez konkwistadorów, pomyślałem.

Tekst w kształcie, w jakim przytaczam go poniżej i dalej, jest oczywiście owocem starannej korekty i kilku redakcji. To, co wychodziło spod mojej ręki na początku, było zbyt surowe i niezrozumiałe, bym decydował się pokazywać to innym bez obawy, że wystawię się na pośmiewisko.

Iż wedle wskazania brata Diega de Landy, przeora klasztoru w Izamal i głowy zakonu franciszkanów na Jukatanie, wyprawiliśmy się do jednej z oddalonych od Maní prowincji, ażeby zebrać i przywieźć z powrotem do Maní wszelkie manuskrypty i księgi z dwóch położonych w tej okolicy świątyń.

Iż wraz ze mną wyruszyli szlachetni señorzy Vasco de Aguilar i Jeronimo Nuñez de Balboa z Kordowy, a pod naszym dowództwem czterdziestu pieszych i dziesięciu konnych żołnierzy, i dwie podwody zaprzężone w konie, w których mieliśmy przywieźć do Maní wszelkie manuskrypty i księgi, a także przewodnicy spośród ochrzczonych Indian, którzy mieli wskazać, gdzie położone są owe świątynie, a także brat Joaquín, mnich, poza zakonem znany jako Joaquín Guerrero, którego to przydzielił do nas brat de Landa.

Iż szlak nasz prowadził na południowy zachód, w kraj słabo zbadany, a że map wiarygodnych nie posiadaliśmy, stąd brat Diego de Landa rozkazał, by poszło z nami tylu żołnierzy, narażając nawet bezpieczeństwo Maní. I że przewodników wyprawił najbardziej niezawodnych, spośród swych własnych tłumaczy; wszystkich trzech brat Diego de Landa chrzcił sam; i że pierwszy zwał się Gaspar Chu, drugi Juan Nachi Cocom, a trzeci Hernán González; dwaj z ludu Majów, żyjącego na Jukatanie, trzeci zaś – Hernán González – mieszaniec: z ojca Hiszpana i matki Mai.

Iż zanim oddział nasz wyruszył z Maní, wezwał mnie brat de Landa do siebie, wyjaśnił zadanie i jego wagę i oznajmił, że oddział nasz był ledwie jednym z wielu, które on, brat de Landa, rozesłał z Maní we wszystkie strony świata z rozkazem odnalezienia i zebrania wszelkich ksiąg i manuskryptów napisanych przez Indian i skrywanych przez nich w różnych miejscach. I że wyprawiły się takie oddziały na wschód do Chichén Itzá i na zachód do Uxmal i do Ecab, i w inne miejsca. I że brat de Landa sprawdził potem, czy nie stoi kto za drzwiami i nie podsłuchuje naszej rozmowy, i powiedział mi cicho, że na naszym oddziale spoczywa najbardziej odpowiedzialne zadanie; że oddani ludzie donieśli mu, jakoby w oddalonych miejscach nawet ochrzczeni Indianie wciąż czcili swych starych bogów, a ich księgi skłaniają ich, by odwracali się od Chrystusa. I dlatego, mówił brat de Landa, podjął on decyzję, by odebrać Indianom wszystkie ich manuskrypty, a potem i idole, gdyż poprzez nie kusi ich diabeł. I że jeśli teraz temu nie przeszkodzimy, wkrótce rozproszeni Majowie zdołają się zjednoczyć, odrzucą Chrystusa i obrócą się ku swym szatańskim bożkom; i czeka wtedy Hiszpanów nowa wojna, przy której zbledną wszystkie nieliczne potyczki, jakie miały miejsce przy podboju Jukatanu. I że wielkie zbiory manuskryptów są na północnym zachodzie i północnym wschodzie, w porzuconych miastach Majów, ale według relacji oddanych mu ludzi najważniejsze z nich znajdują się parę tygodni drogi na południowy zachód od Maní, opowiadał Diego de Landa.

Iż wyprawił tam brat de Landa mnie i señorów Vasco de Aguilarę, i Jeronima Nuñeza de Balboę, i jeszcze brata Joaquína. I że przez wzgląd na to, iż miejscowość ta była jeszcze niezbadana, przydał nam tych samych oddanych ludzi, co donieśli mu o świątyniach na południowym zachodzie.

Iż oddział nasz opuścił Maní w wyznaczony dzień, 3 kwietnia roku Pańskiego 1562, i ruszył na północ, nie wiedząc, co stanie się jego udziałem, i nie podejrzewając, jak niewielu z tych pięćdziesięciu ludzi zdoła powrócić z wyprawy, zachowując życie.

Oderwałem się od kartek i zostawiłem ołówek w słowniku jako zakładkę. W ciemnym lustrze okna odbijała się moja twarz: rozczochrane włosy (za każdym razem wplatałem w nie dłoń, starając się znaleźć właściwe słowo), miękki i dość bezkształtny nos, krągłe policzki, dobrze już zauważalna linia drugiego podbródka… Po przekroczeniu granicy trzydziestu lat wiele razy obiecywałem sobie, że zadbam o swój wygląd. W tym wieku kontrolowanie wagi staje się jednak coraz trudniejsze – ciało zaczyna realizować zapisany w nim program, którego cel zdecydowanie rozmija się z twoim, i każda odrobina jedzenia tylko szuka okazji, by się odłożyć w gwałtownie rosnących fałdkach tłuszczu, przypuszczalnie gotując się na szykującą się kiedyś czarną godzinę. A po rozwodzie to już w ogóle się zapuściłem…

Z radością zamieniłbym swoje rysy na czyjekolwiek – do tego stopnia mi obrzydły. Po trzydziestym piątym roku życia w ludzkiej twarzy pojawiają się pierwsze zapowiedzi tego, jak będzie wyglądała na starość. Wznoszące się nad czołem zakola rysują szkic przyszłej łysiny; zmarszczki przestają się wygładzać, kiedy pochmurną minę zastępuje wyraz spokoju bądź uśmiech; skóra drewnieje i coraz trudniej przebija się przez nią rumieniec. Po trzydziestym piątym roku wasza własna twarz zaczyna się zmieniać w memento mori, przypominanie o śmierci, które będzie z wami już zawsze.

Sam ciągle jestem zmuszony kontemplować swoją twarz: biurko stoi przy samym oknie, za którym, kiedy siadam do pracy, zwykle jest już ciemno. Czyste szkło odbija światło, wyglądając jak powierzchnia ciemnego leśnego jeziorka: oddaje kontury, ale pochłania kolory. A ja mam wrażenie, że kształt mojej twarzy, dobrze widocznej dzięki sąsiedztwu lampki na biurku, i mniej wyraźne zarysy mebli, zdobionego sztukaterią sufitu i ciężkiego brązowego żyrandola odbijają się wprost w gęstym nocnym powietrzu. A może tak naprawdę istnieją tam, za oknem, tym jaśniejsze i bardziej wyraźne, im silniejsze jest światło w moim pokoju? Ale nocą zwykle gaszę je w całym mieszkaniu, zostawiając włączone tylko lampy nad biurkiem i w kuchni.

Światło w mojej kuchni świeci nawet wtedy, gdy nie ruszam się z pokoju, i gaszę je dopiero wówczas, gdy zaczyna do niej zaglądać blade poranne słońce. Robię to niby po to, żeby było przytulniej, ale w tym mieszkaniu nie da się po prostu inaczej mieszkać.

Jest przestronne, stare, z wysokimi sufitami – nie można wymienić przepalonej żarówki bez drabinki – pełne rozsychających się antykwarycznych mebli z karelskiej brzozy, których naprawa pochłonęłaby każde pieniądze, a niezwykle żal by mi było je sprzedawać. Mieszkanie dostałem w spadku po babci. Często brała mnie do siebie, kiedy byłem mały, dlatego kiedy odeszła, a mieszkanie przypadło mnie, stało się tak, jakbym wrócił do swojego dzieciństwa.

Dawniej, kiedy babcia była zdrowa, a ja przyjeżdżałem do niej i zostawałem na noc, nie opuszczało mnie wrażenie, że jej dom oddycha. Niegdyś myślałem, że nawet gdy babcia wychodzi na dwór, po kątach wciąż szepczą odpryski jej myśli, a w przedpokoju szeleści echo jej kroków. Teraz zdaje mi się, że mieszkanie po prostu żyje własnym życiem. Moje okna wychodzą na różne strony i dlatego po przedpokoju często hulają przeciągi, a niedokładnie zamknięte drzwi w środku nocy nagle zaczynają trzaskać. Bywa, że położony jakieś sto lat temu dębowy parkiet bierze się za poskrzypywanie, jakby ktoś po nim chodził. Klepki można oczywiście posmarować specjalnym środkiem, a okna zmienić na plastikowe, żeby wszystkie przywidzenia zniknęły, ale mnie to mieszkanie podoba się właśnie takie… Żyjące.

Zanim ponownie zatopiłem się w tłumaczonym tekście, jeszcze raz spojrzałem w okno. Coś mnie tknęło… Przez jakiś czas wpatrywałem się z zakłopotaniem w zarysy twarzy zatopionej w gładzi nocnego powietrza, aż udało mi się wreszcie zrozumieć, w czym rzecz. Człowiek w zwierciadle w nieuchwytny sposób różnił się od tego, który spoglądał na mnie ponuro z drugiej strony jeszcze wczoraj.

Różnica tkwiła w oczach. Zwykle nieco znużone, błyszczące szklistym blaskiem jak u wypchanych dzików i niedźwiedzi w słynnym sklepie myśliwskim na Arbacie, dziś zdawało się, że jaśniały światłem. Nic dziwnego: po raz pierwszy od wielu lat zająłem się pracą, która mnie zainteresowała.

Iż szlak nasz wiódł poprzez zielone i wielce malownicze łąki, które potem zastąpiła nieprzebyta selwa; i że tylko dzięki pomocy trzech naszych przewodników udawało nam się przedzierać przez zarośla, które stawały pośrodku drogi. I że dwu spośród Indian zawsze szło na przedzie oddziału i kiedy było to konieczne, swymi długimi nożami cięło pędy, czyszcząc drogę, a w ślad za nimi szło paru żołnierzy, chroniąc ich przed dzikim zwierzem i wrogiem. I że trzeci przewodnik szedł zwykle obok mnie, señora Vasco de Aguilary oraz Jeronima Nuñeza de Balboy.

Iż wyprawa nasza wypadła pod koniec pory suchej, po czym na Jukatanie i w innych częściach tych ziem zaczynają się miesiące deszczowe. I że nawet daleko od indiańskich siół w powietrzu unosił się zapach spalenizny, i słońce zaćmione było przez dym spalonych drzew i krzewów, gdyż w kwietniu i maju, zanim zacznie się pora deszczowa, Indianie wypalają rozległe partie selwy i zarośli, przygotowując je pod uprawę na przyszły rok. I że wszystkie równinne obszary ziem Majów są w tych tygodniach zasnute dymem, a potem przez całe sześć miesięcy padają ulewy, w grudniu zaś w ziemi użyźnionej przez sadzę i nawodnionej przez deszcze Indianie sadzą kukurydzę, która rośnie dobrze nad podziw, tak iż jeden rolnik może wykarmić dwudziestu ludzi.

Iż, posłuszni rozkazowi brata Diega de Landy, unikaliśmy znanych dróg, i dlatego poruszaliśmy się coraz wolniej. I że z początku chcieliśmy porzucić podwody i nakazać części naszych ludzi, by z nimi wrócili, ale potem przewodnicy wywiedli nas na stary trakt, ukryty przed wzrokiem postronnych rozrosłymi koronami drzew; i że przy trakcie napotykaliśmy posągi kamienne, wyobrażające baśniowe potwory, jakie widziałem w Maní nieopodal świątyń Majów. I że przejeżdżaliśmy także obok stel pokrytych drobniutkimi znaczkami, o których brat de Landa mówił mi w czasie jednej z naszych rozmów, jakoby znaczki te były literami jukatańskiego języka, które on pojął.

Iż w pierwszych dniach podróż nasza mijała bez przeszkód i trudności. Wioski indiańskie napotykaliśmy na swej drodze coraz rzadziej. I że po tym jak zagłębiliśmy się w selwę, więcej już żadnego człowieka nie ujrzeliśmy. I że dzikie bestie także nie niepokoiły nas, tylko raz nocą wartownik usłyszał nieopodal w zaroślach ryk jaguara, lecz mimo że mieliśmy ze sobą konie, zwierz nie poszedł za nami. I że prowadzący nas Indianie orzekli, że to dobry znak.

Iż jadła i dla nas, i dla zbrojnych, i dla przewodników starczało: wieźliśmy ze sobą suszone mięso i podpłomyki, a czasem przewodnicy zbierali dla nas w lesie jadalne rośliny, parę razy wyprawiali się też na polowanie, przynosząc zabite wyjce, a na czwarty dzień strzałą upolowali jelenia, którego mięso sprawiedliwie rozdzieliliśmy między zbrojnych, myśliwi zaś dostali dwa razy więcej.

Iż piątego dnia drogi, kiedy oddział nasz stanął na popas, przysiadł się do mnie jeden z przewodników, Gaspar Chu, i spytał szeptem, czy wiem, po co brat de Landa wysłał nas na tę wyprawę. A pamiętając o ostrożności, odrzekłem, że mamy nakazane odnaleźć pewne księgi i przywieźć je z sobą do Maní, a reszta jest mi niewiadoma. I że Gaspar Chu długo patrzył na mnie, a potem odszedł, i zdało mi się wówczas, że nie uwierzył mi.

Iż nazajutrz, gdy jechałem na końcu oddziału, zamykając go i dbając o podwody, zwrócił się do mnie drugi przewodnik, mieszaniec Hernán González, i poprosiwszy mnie, bym zwolnił, tak iżby inni nas nie słyszeli, oznajmił, iż w niektórych prowincjach kraju Majów, w szczególności w Mayapan, Yaxuna i Tulum, hiszpańscy żołnierze palą indiańskie księgi i idole. I że ów Hernán González zapytał mnie, dlaczego tak czynią i czy nie dostałem podobnego rozkazu. I że choć domyślałem się teraz, po co brat Diego de Landa wysłał nas na tę wyprawę, odrzekłem jednak drugiemu przewodnikowi, tak jak pierwszemu, że brat de Landa nie nakazywał mi palić manuskryptów i posągów, a polecił jedynie, by przywieźć je nienaruszone do Maní, w jakim zaś celu, tego sam nie wiem.

Iż następnego dnia, podczas dyskusji z moimi kompanami, señorami de Aguilarem i Nuñezem de Balboą, odkryłem, że nasi indiańscy przewodnicy pytali ich obu o to samo, lecz ni jeden, ni drugi nie wiedział o celu naszej ekspedycji więcej ode mnie; ja zaś, będąc posłusznym nakazowi brata de Landy i słuchając głosu Anioła Stróża, nie opowiedziałem im o moich domysłach. I że potem wyjaśniło się, że domysły te były słuszne jedynie w części, prawda zaś okazała się o wiele bardziej niewiarygodna i mroczna, niż śmiałem myśleć…

Odłożyłem na bok kartki i słownik, popatrzyłem na zegar: wskazówki pokazywały wpół do drugiej w nocy. Zaschło mi w gardle; w połowie wieczornej pracy, około jedenastej, zwykle piję herbatę. Wstałem zza stołu i popłynąłem poprzez półmrok mego mieszkania do kuchni.

Wieczorna herbata to dla mnie rytuał, który bez względu na wszystko daje mi możliwość, bym na dwadzieścia minut zapomniał o tajnikach budowy pralek automatycznych i karach za niezrealizowanie dostawy kurzych udek.

Gotuję wodę na kuchence gazowej. Mój czajnik pasuje do mieszkania – tak samo stary i niezwykle sympatyczny – czerwony w białe groszki, z szerokim dzióbkiem, na który przed postawieniem na ogień trzeba nałożyć błyszczący gwizdek. Do zdejmowania go z gazu i podnoszenia pokrywki służy specjalna pikowana rękawica – czerwona, tak jak czajnik. Srebrną łyżeczką z zakręconą spiralnie rączką wybieram z papierowej torebki liściastą herbatę, którą wsypuję do przywiezionego przez kogoś dawno temu z Taszkientu granatowego porcelanowego imbryka ręcznej roboty.

Dwie łyżeczki pokruszonych listków wkładam do wymytego i wytartego do sucha imbryczka, zalewam wrzątkiem, przykrywam i cierpliwie czekam długie pięć minut. Spod przykrywki i z dzióbka zaczyna się unosić wonna para, drażniąca węch, ale nie wolno się spieszyć – herbata jeszcze się nie zaparzyła.

Zwykle skracałem oczekiwanie, przeglądając kupione w ciągu dnia gazety, ale dzisiaj wszystko było inaczej. Z przyzwyczajenia otworzyłem wczorajsze już „Izwiestia” i mechanicznie utkwiłem wzrok w jednym z artykułów, lecz wydrukowane drobną gazetową czcionką litery nie potrafiły zatrzymać mojego spojrzenia; ześlizgiwało się z nich i gubiło między wersami. Nie udawało mi się wczytać w tekst; sens notatki prasowej przysłaniały mi widmowe sploty gałęzi i lian selwy, przez którą przedzierał się oddział Vasco de Aguilary, Jeronima Nuñeza de Balboy i samego bezimiennego autora opisującego wyprawę. Po kilku minutach złapałem się na tym, że patrzę tępo w miejsce między nagłówkiem a zdjęciem do materiału o gigantycznym tsunami w Azji Południowo-Wschodniej. Bez specjalnego zaciekawienia przejrzałem artykuł i złożyłem gazetę.

O wiele bardziej zajmowała mnie myśl, czemu człowiek, który wszedł w posiadanie tego przedziwnego tekstu, oddał go do najzwyklejszego biura tłumaczeń. Przez wszystkie lata mojej pracy dla tej firmy ani razu nie trafiło mi się nic podobnego; o ile wiedziałem, tego rodzaju książkami zajmują się zupełnie inni ludzie… Z pewnością jacyś docenci, ekstrahujący swoje dysertacje doktorskie z kolejnego doskonale zbadanego epizodu ekspedycji kolonizacyjnej Cortésa. Wątpliwe, czy takie wydawnictwa w ogóle opuszczają archiwa bibliotek akademickich, gdzie przechowuje się je pod szkłem, w specjalnym mikroklimacie. Można oczywiście założyć, że niektóre z tych książek zabłąkają się czasem do magazynów prywatnych antykwariatów, gdzie uda się je odnaleźć jakiemuś kolekcjonerowi… Ale jeśli ów kolekcjoner ma wystarczające środki, by taką pozycję nabyć, to po co oddaje ją w ręce nieznanych tłumaczy, którzy mogą zagubić lub uszkodzić bezcenny egzemplarz? Dlaczego nie zaprosić jednego z tych właśnie uniwersyteckich docentów do siebie do domu, aby tam, z pełnym respektem przewracając kruche stare stronice, nie tylko przekładał tekst na rosyjski, ale i opatrywał niezbędnymi komentarzami? Dlaczego powierzać takie zadanie profanowi?

A już całkiem niejasne było, jak ów hipotetyczny kolekcjoner mógł bez cienia litości rozciąć takie dzieło. Czyżbym przeceniał jego wartość? Czy może właściciel nabył księgę już w takim stanie? A może po prostu nie chciał, żeby cały tom naraz znalazł się w rękach zbyt ciekawskiego czytelnika?

Herbata wreszcie się zaparzyła; przecedziłem ją przez sitko do mojego ulubionego kubka w kształcie dzbanuszka z wąską szyjką (tak wolniej stygnie) i pospiesznie wróciłem do pokoju, gdzie pod palącym się światłem lampki biurowej, w skrzypiącym skórzanym siodle, kołysał się, wciąż się nie przedstawiwszy, szlachetny señor, czekając z godnością, aż skończę swoje sprawy i znów do niego dołączę, żeby wysłuchać opowiadania do końca.

Iż w miarę jak podążaliśmy dalej na południowy zachód, oddział nasz napotykał coraz większe komplikacje; i że choć jadła wciąż starczało dla wszystkich, żołnierze poczęli szemrać. I że wziąwszy na spytki jednego z nich, dowiedziałem się, iż wielu słyszało już o celu naszej wyprawy i byli mu przeciwni. I że zarówno mnie, jak i señora Vasco de Aguilarę, i señora Jeronima Nuñeza de Balboę bardzo to zadziwiło, gdyż wszyscy przydzieleni nam żołnierze wypełniali wcześniej trudniejsze zadania; byli pośród nich i tacy, z którymi własnoręcznie spaliłem parę zbuntowanych wiosek.

Iż przesłuchiwany przez nas żołnierz niczego nie krył i przyznał, że przyczyna owego niezadowolenia tkwiła w rozpuszczonych przez kogoś pogłoskach, jakoby każdy z nas miał zostać przeklęty przez indiańskich bogów, jeśli położymy rękę na ich święte księgi. I że choć domyślałem się, kto owe pogłoski rozpuszcza, postanowiłem na razie tych ludzi nie karać, nie wymierzać także kary utyskującym żołnierzom. I że brat Joaquín rzekł mu tylko, aby ten nie lękał się drewnianych i kamiennych idoli, lecz raczej pamiętał o gniewie Pana, strasznym dla wszystkich, co zapomną o tym, kto po wsze czasy pozostaje Bogiem prawdziwym; i rzekł, iż Przenajświętsza Panienka obroni nas przed diabelskimi knowaniami, jeśliby szatan porwał się na chrześcijan poprzez indiańskie bożki.

Iż kiedy ów żołnierz odszedł w zawstydzeniu, brat Joaquín nastawał, by go wychłostać, a tych, którzy rozpuszczali owe bezbożne pogłoski, odnaleźć i powiesić. Ale że tak ja, jak i señorzy Aguilar i Nuñez de Balboa nie zgodziliśmy się z nim w obawie przed buntem i nie chcąc tracić przewodników, gdy zaszliśmy już tak daleko w puszczę. I że w miejsce tego pod wieczór przywołałem do siebie mieszańca Hernána Gonzáleza i wyjaśniłem mu, że on i inni przewodnicy winni przestać rozgłaszać o czekających nas jakoby knowaniach indiańskich bogów i że tak jemu samemu, jak i Gasparowi Chu oraz Juanowi Nachiemu Cocomowi, jako ochrzczonym chrześcijanom, nie przystoi wierzyć w takie rzeczy, i zagroziłem mu stosem. I że ten zapewniał mnie, jakoby sam nigdy nie wierzył w bogów Majów i nie bał się ich, lecz zawsze pozostawał wierny Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi i Przenajświętszej Bogurodzicy; odchodząc, odwrócił się jednak do mnie i rzekł szeptem, że nie wiem, co czynię.

Iż nazajutrz pogłoski ucichły, lecz zamiast nich nadeszło nowe utrapienie. Iż szeroka droga, którą podążał nasz oddział, poczęła się zwężać, póki nie stała się zwykłą ścieżką, którą pojedynczy koń z jeźdźcem mógł przejść, ale nie podwody. I że naradziliśmy się, po czym postanowiliśmy wycinać krzewy i drzewa po bokach ścieżki, aby zaprzężone w konie wozy zdołały jechać naprzód, traciliśmy na to jednak zbyt wiele czasu, i nawet gdy razem z Indianami gałęzie wycinali żołnierze, nie udało nam się przed zachodem słońca przejść więcej niż pół ligi.

Iż dlatego nazajutrz zdecydowaliśmy zostawić podwody pod strażą i z jednym przewodnikiem, wyciąwszy wokoło nich miejsce konieczne dla obrony na wypadek niespodziewanego ataku, i z dwudziestoma pięcioma ludźmi i dwoma Indianami wyprawić się dalej, ażeby zbadać okolicę i zobaczyć, jak szybko skończą się zarośla. I że na miejsce ich popasu wybraliśmy polanę, na której stało kilka kamiennych idoli, gdyż drzewa rosły na niej rzadko i mniej było pracy przy ich wycinaniu. I że na owej polanie pod komendą señora Jeronima Nuñeza de Balboy przy podwodach zostało dziesięciu kuszników i trzech zbrojnych z arkebuzami oraz dwóch konnych, a także Indianin Gaspar Chu, pozostali zaś poszli ze mną i señorem Vasco de Aguilarem.

Iż umówiliśmy się wrócić za trzy dni bądź wcześniej, czekać na nas zaś mieli nie dłużej niż tydzień, po czym wyruszyć z powrotem do Maní. Iż brat Joaquín pobłogosławił tych, co mieli zostać, i postanowił wyprawić się razem z nami. Iż rozbiliśmy obóz i pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami, i ruszyliśmy w drogę rankiem następnego dnia.

I że od tej pory nigdy już więcej nie widziałem szlachetnego i dzielnego señora Jeronima Nuñeza de Balboy i żadnego z pozostałych z nim żołnierzy, czy to żywych, czy też martwych.

Znów spojrzałem na zegar. Było już po piątej. Choć zwykle mniej więcej o tej godzinie wstaję i idę do kuchni, żeby zrobić sobie kolację, tym razem nie czułem głodu; jedyne, czego chciałem, to dowiedzieć się, co było dalej.

Dopiero o wiele później pojąłem zamysł człowieka, który spisał te wydarzenia: opowiadana przez niego historia przypominała bagno. Wystarczyło w nią wkroczyć – przy czym wcale nie było konieczne, by czytać jego książkę od początku – i niemożliwe zdawało się przerwanie lektury, dopóki pozostawały jakiekolwiek nieprzeczytane strony. Autor rozmyślnie rozstawił pomiędzy wersami sidła, wabiąc nieostrożnego czytelnika obietnicami nadchodzących tajemnic, robiąc aluzje do wyjątkowości tego, co mu się przydarzyło, a przy tym nie pozwalając ani na sekundę zwątpić w prawdziwość opisywanych wydarzeń.

Coraz bardziej kusiło mnie, by przestać tłumaczyć tę historię akapit po akapicie i od razu przeczytać ją do końca. Zwykle tak właśnie robię, żeby najpierw pochwycić ogólny sens tekstu. Ale tu język był zbyt trudny i bałem się, że jeśli zacznę przeskakiwać przez nieznane słowa, których było więcej niż połowa, może mi się wymknąć jakiś drogocenny szczegół, klucz do zrozumienia dalszych zagadek.

I im dłużej czytałem, tym bardziej mi się wydawało, że przytrafiło mi się obcować z naprawdę niezwykłym dokumentem. Z jakiegoś powodu byłem całkowicie przekonany, że nie tłumaczę, powiedzmy, słynnej powieści przygodowej z osiemnastego czy nawet dziewiętnastego wieku, którą podłożył mi jakiś znajomy żartowniś. W tych stronicach, w tych literach, w tych zdaniach wszystko było autentyczne: i nierówno przycięty papier, i dostrzegalne pod lupą różnice między znakami drukarskimi, i skąpy, konkretny, oficerski język narracji.

Kiedy zastanawiałem się, czy warto iść do kuchni, żeby nastawić wodę na spaghetti, mój wzrok, niczym przyciągnięty przez magnes, sam wrócił na miejsce, w którym skończyłem tłumaczyć. Dylemat był rozwiązany.

Iż w miejsce, gdzie kończyła się selwa, dotarliśmy jeszcze przed nastaniem ciemności. I że gdy wyszliśmy z lasu, ujrzeliśmy, iż stoimy na wysokim brzegu nieznanej rzeki, nie nazbyt szerokiej, lecz wartkiej, z nieprzejrzystą wodą zielonej barwy; i że na przeciwległym brzegu okolica jest odkryta i ziemia jedynie niewysoką trawą tam porosła, a w oddali widnieją góry o pionowych skalistych krawędziach.

Iż uradziwszy tak z señorem Vasco de Aguilarem, chcieliśmy ruszyć z powrotem wieczorem tegoż dnia i stanąć na popas, gdzie nas noc zastanie. Iż podczas naszej dyskusji z północnego wschodu, skąd przyszliśmy, dał się słyszeć daleki huk; a wziąwszy go za wystrzał z arkebuza, pomyśleliśmy, że to sygnał na trwogę dany przez towarzyszy naszych, co zostali z podwodami. Lecz kiedy jeden z przewodników wdrapał się na drzewo, aby spojrzeć, czy czego nie widać, oznajmił, że od strony, z której słychać było grzmot, idzie na nas burza.

Iż obaj Indianie i ci z żołnierzy, co nie pierwszy rok już na Jukatanie służyli, bardzo byli tym zdziwieni, albowiem do pory deszczowej kilka tygodni jeszcze pozostało i niepogoda była rzadkością.

Iż po pewnym czasie z północnego wschodu znów dał się słyszeć huk, lecz teraz bardziej grom przypominał, źródło jego bowiem było bliżej. I że przed upływem półgodziny czarne chmury spowiły niebo i nad owym miejscem, gdzie staliśmy, zaczęła się ulewa, a po niej burza.

Iż przez wzgląd na burzę tego dnia nie zdołaliśmy ruszyć w drogę powrotną, pozostać na nocleg postanowiliśmy zaś tam, gdzie staliśmy. I że wyszedłszy spod drzew, rozbiliśmy obóz. I że burza szalała całą noc, i pioruny błyskały wprost nad naszymi głowami; i że w jednego żołnierza, co wbrew rozkazowi skrył się pod drzewem, grom trafił, uśmiercając go. I że niemały strach to wywołało tak wśród Indian, jak i pozostałych żołnierzy.

Iż nazajutrz pogoda znów była dobra i słońce piekło mocno. I że zmarłego żołnierza pogrzebaliśmy po chrześcijańsku, a brat Joaquín odprawił nabożeństwo i pomodlił się za grzechów jego odpuszczenie. I że gdy wracaliśmy na miejsce, gdzie zostawiliśmy podwody ze strażą, żołnierze znów mówili o indiańskich bożkach i o piorunie, co trafił w ich towarzysza; i żeby przeszkodzić w rozgłaszaniu tych plotek, przez cały czas obu przewodników trzymałem przy sobie, jednakże żołnierze mimo to wciąż twierdzili swoje.

Iż drogę ku obozowi znaleźliśmy bez trudu, choć ziemia napęczniała od deszczu; lecz kiedy wyszliśmy na ową polanę, gdzie zostawiliśmy podwody i straż, nie było tam żywego ducha; i że nakazawszy wszystkim żołnierzom czekać nas na miejscu, ja, señor Vasco de Aguilar i dwaj Indianie zbadaliśmy zarówno polanę, jak i drogę, co od niej wychodziła w przeciwną stronę. I że nie natrafiliśmy ani na ślady walki, ani na porzucone rzeczy, ani na pozostawione znaki czy odciski kół wozów i końskich podków; i że puściłem się dalej galopem w nadziei, że odnajdę kogokolwiek z oddziału, lub bodaj jakieś ślady; po półgodzinie jazdy nikogo jednak nie napotkałem i zawróciłem.

Iż podczas mojej wycieczki przewodnicy odkryli to, czego nie dojrzeliśmy z początku: jeden z kamiennych idoli, stojący pośród drzew i ukryty w ich gęstym listowiu, okazał się cały pomazany zaschłą krwią. I że pomyślałem o Indianinie Gasparze Chu, podejrzewając go o zdradę, i chciałem nakazać, ażeby pochwycić dwóch pozostałych, lecz zanim zdołałem to zrobić, wezwał mnie señor Vasco de Aguilar, który badał niewielką polanę nieopodal owej głównej.

I że na owej polanie stał wielki kwadratowy kamień z zagłębieniem pośrodku i żłobieniami idącymi od niego ku krawędziom; i na kamieniu tym leżał nasz przewodnik Gaspar Chu, a szaty były z niego zdjęte, pierś miał rozciętą i otwartą, serce zaś jego wyjęto i przepadło.

Iż umówiwszy się sami nic żołnierzom nie mówić, pod groźbą szubienicy zabroniliśmy robić to także przewodnikom, i pospiesznie miejsce to opuściwszy, nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy ponownie na południowy zachód.

Za oknem szumiał deszcz, lecz w odróżnieniu od Jukatanu w porze suchej w październikowej Moskwie nie było w tym nic niezwykłego. Przewróciłem z nadzieją ostatnią kartkę, szukając początku następnego rozdziału. Na próżno: widniał tam jedynie odręczny chyba i dość niezdarny rysunek przedziwnego stwora. Był to szkaradny człowieczek z długim nosem siedzący z wyciągniętymi nogami i opartą na nich jedną ręką. Druga była wyciągnięta naprzód i odwrócona dłonią do góry; z karku zwisał mu naszyjnik z talizmanem. Pod obrazkiem widniał napis „Chac”. Nie znalazłem tego słowa w żadnym słowniku ani tej nocy, ani następnego dnia, kiedy poprawiałem i redagowałem tekst w bibliotece przed oddaniem go do biura.

Kiedy wszystko było gotowe, zaznaczyłem rysunek w tłumaczeniu jego nieprzekonującą kopią, opatrzoną w charakterze usprawiedliwienia podpisem „Rys. 1”, pozostawiwszy jego tytuł nieprzetłumaczony. Skrupulatnie włożyłem kartki do aktówki i przed jej zamknięciem jeszcze raz rzuciłem okiem na ostatnią z nich. Potworek na obrazku uśmiechał się uroczyście. Pospiesznie zamknąłem mosiężny zamek i zacząłem się ubierać.

Na moim biurku leżały dwie jednakowe sterty papieru: dwa przepisane na czysto i zredagowane egzemplarze tłumaczenia drugiego rozdziału książki, której tytułu jeszcze nie znałem, ale zamierzałem wyjaśnić to w najbliższym czasie. Jeden z nich włożyłem do teczki razem ze skórzaną aktówką. W mojej umowie nigdzie nie było napisane, że nie mam prawa zostawić sobie kopii.

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.