Czas zapłaty - John Grisham - ebook + audiobook
Opis

Proces Carla Lee Hayleya, oskarżonego o zabójstwo dwóch mężczyzn, którzy zgwałcili i skatowali jego dziesięcioletnią córkę, miał otworzyć Jake’owi Brigance, adwokatowi Carla drogę do sławy i pieniędzy. Tymczasem trzy lata po wygranym procesie, który wstrząsnął nie tylko Clanton w Missisipi, ale i całym stanem, Jake pozostaje małomiasteczkowym prawnikiem i ledwie wiąże koniec z końcem.


Niespodziewanie pojawia się szansa na zmianę tej sytuacji, gdy nieuleczalnie chory
na raka Seth Hubbart postanawia przyśpieszyć bieg wypadków i popełnia samobójstwo, a wcześniej spisuje kontrowersyjny testament i powierza Jake’owi zadanie zatwierdzenia go przed sądem. Nie jest to proste, bo istnieje wcześniejszy testament wskazujący dzieci Setha jako głównych spadkobierców ponad dwudziestomilionowej fortuny.


Walcząc z prawnikami największych kancelarii w Memphis i Jackson, Jake Brigance
będzie się musiał dobrze napocić, by przekonać ławę przysięgłych, że Seth Hubbart
był w pełni władz umysłowych, kiedy zapisywał dziewięćdziesiąt procent majątku swojej czarnoskórej gosposi, i że nie został przez nią zmanipulowany. A w ławie przysięgłych zasiadają obywatele okręgu Ford, w którym biali mieszkańcy stanowią znaczną większość.

Czyżby miała się powtórzyć sytuacja sprzed trzech lat, kiedy to Clanton tak wyraźnie podzieliło się na czarnych i białych? Czy znów zapłoną krzyże?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 789

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 23 godz. 45 min

Lektor: Wiktor Zborowski

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książce

Proces Carla Lee Hayleya, oskarżonego o zabójstwo dwóch mężczyzn, którzy zgwałcili i skatowali jego dziesięcioletnią córkę, miał otworzyć Jake’owi Brigance, adwokatowi Carla drogę do sławy i pieniędzy. Tymczasem trzy lata po wygranym procesie, który wstrząsnął nie tylko Clanton w Missisipi, ale i całym stanem, Jake pozostaje małomiasteczkowym prawnikiem i ledwie wiąże koniec z końcem.

Niespodziewanie pojawia się szansa na zmianę tej sytuacji, gdy nieuleczalnie chory na raka Seth Hubbart postanawia przyśpieszyć bieg wypadków i popełnia samobójstwo, a wcześniej spisuje kontrowersyjny testament i powierza Jake’owi zadanie zatwierdzenia go przed sądem. Nie jest to proste, bo istnieje wcześniejszy testament wskazujący dzieci Setha jako głównych spadkobierców ponad dwudziestomilionowej fortuny.

Walcząc z prawnikami największych kancelarii w Memphis i Jackson, Jake Brigance będzie się musiał dobrze napocić, by przekonać ławę przysięgłych, że Seth Hubbart był w pełni władz umysłowych, kiedy zapisywał dziewięćdziesiąt procent majątku swojej czarnoskórej gosposi, i że nie został przez nią zmanipulowany. A w ławie przysięgłych zasiadają obywatele okręgu Ford, w którym biali mieszkańcy stanowią znaczną większość.

Czyżby miała się powtórzyć sytuacja sprzed trzech lat, kiedy to Clanton tak wyraźnie podzieliło się na czarnych i białych? Czy znów zapłoną krzyże?

JOHN GRISHAM

Współczesny pisarz amerykański, autor 30 powieści, w tym czterech dla młodzieży, fabularyzowanego reportażu oraz zbioru opowiadań. Jego książki ukazują się w 40 językach, a ich łączny nakład osiągnął 275 milionów egzemplarzy. Dziewięć z nich zostało zekranizowanych. W 2011 pisarz otrzymał prestiżową nagrodę literacką Harper Lee.

www.jgrisham.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA

KANCELARIA

ZAKLINACZ DESZCZU

KRÓL ODSZKODOWAŃ

WIĘZIENNY PRAWNIK

OSTATNI SPRAWIEDLIWY

CALICO JOE

KOMORA

DARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTA

UŁASKAWIENIE

RAPORT PELIKANA

NIEWINNY CZŁOWIEK

TRENER

APELACJA

BRACTWO

TESTAMENT

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIA

CZAS ZAPŁATY

Theodore Boone

OSKARŻONY

AKTYWISTA

Tytuł oryginału:

SYCAMORE ROW

Copyright © Belfry Holdings Inc. 2013

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski & Zbigniew Kościuk 2014

Redakcja: Piotr Chojnacki

Konsultacja prawnicza: prof. Tadeusz Tomaszewski

Zdjęcie na okładce: plainpicture/C&P

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-043-3

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Renée

Rozdział 1

Setha Hubbarda znaleziono mniej więcej tam, gdzie sam wskazał, choć może niezupełnie w stanie, w jakim się go spodziewano znaleźć. Zwisał na sznurze dwa metry nad ziemią, lekko obracając się na wietrze. W rejonie przesuwał się front atmosferyczny i wisielec był przemoczony do suchej nitki, choć nie miało to dla niego większego znaczenia. Ktoś zauważył, że buty Setha nie są ubłocone, a pod nim nie widać żadnych śladów, czyli pewnie zawisł i wyzionął ducha, zanim zaczęło padać. Czemu to miało być ważne? No więc właściwie nie było.

Powieszenie się na drzewie nie jest proste, jednak Seth wszystko skrupulatnie zaplanował. Zastosował gruby sznur z manilskich konopi, nienowy i z pewnością wystarczająco mocny, by go utrzymać. Jego waga zanotowana miesiąc wcześniej podczas badania lekarskiego wynosiła siedemdziesiąt trzy kilogramy. Później pracownik zakładu Setha zeznał, że widział, jak tydzień przed tym dramatycznym wydarzeniem szef własnoręcznie odcinał piętnastometrowy kawał sznura ze szpuli w magazynie. Koniec sznura był ciasno owinięty wokół niższej gałęzi i zakończony serią dość amatorskich węzłów, które jednak wytrzymały obciążenie. Drugi koniec został przerzucony przez gałąź jakieś pół metra nad pierwszą, dokładnie sześć metrów czterdzieści centymetrów nad ziemią. Zwisał z niej odcinek sznura o długości dwóch metrów siedemdziesięciu centymetrów, zakończony niemal profesjonalną pętlą wisielczą. Widać było, że Seth musiał się nieźle nad nią natrudzić. Była wykonana z wręcz podręcznikową precyzją i składała się z trzynastu zwojów, które po obciążeniu miały ją zacisnąć. Dobrze wykonana pętla powinna od razu złamać kark, dzięki czemu śmierć następuje szybciej i jest mniej bolesna. Najwyraźniej Seth dobrze odrobił pracę domową. Nie było żadnych śladów walki lub obrażeń.

Pod drzewem leżała dwumetrowa drabina. Seth widocznie wybrał drzewo, przerzucił sznur, zawiązał, wszedł po drabinie, wsunął głowę w pętlę i gdy wszystko było gotowe, nogą odtrącił drabinę. Jego ręce zwisały swobodnie po bokach.

Czy ktoś choć przez chwilę miał wątpliwości, coś podejrzewał? Czy gdy nogi straciły oparcie, a ręce pozostawały wolne, Seth nie próbował odruchowo podciągnąć się na sznurze, nim ostatecznie się poddał? Nikt nigdy się tego nie dowie, ale nie wyglądało na to. Jak wykazało późniejsze dochodzenie, Seth wypełniał misję.

Ubrał się na tę okazję w swój najlepszy garnitur, ciemnoszary, wełniany, który zwykle wkładał na pogrzeby w chłodniejsze dni. Miał tylko trzy garnitury. Wiszące na sznurze ciało ulega wydłużeniu, więc mankiety spodni Setha znalazły się na wysokości kostek, poły marynarki sięgały pasa. Czarne skórzane półbuty były świeżo wyczyszczone i lśniły. Granatowy krawat był równiutko zawiązany. I tylko białą koszulę splamiła krew, która wyciekła spod pętli. Już po paru godzinach ustalono, że o jedenastej Seth Hubbard uczestniczył w nabożeństwie w miejscowym kościele. Rozmawiał ze znajomymi, pożartował z diakonem, położył na tacy datek i zdawało się, że jest w dobrym nastroju. Większość znajomych słyszała, że zmaga się z rakiem płuc, choć nikt nie wiedział, że lekarze dają mu tylko parę tygodni życia. Wiedziano natomiast, że znajduje się na kilku listach intencji modlitewnych. Seth nosił na sobie piętno dwóch rozwodów, i jego wizerunek prawdziwego chrześcijanina był na zawsze zbrukany.

Samobójstwo na pewno tego wizerunku nie poprawiało.

Drzewem był wiekowy platan, rosnący na ziemi od lat należącej do rodziny Setha – jedno z wielu starych drzew porastających jego posiadłość. Las stanowił źródło cennego surowca i był wielokrotnie zastawiany w bankach, przyczyniając się do powstania fortuny jego właściciela. Ojciec Setha w dość niejasnych okolicznościach w latach trzydziestych przejął ten teren na własność, potem obie żony Setha próbowały mu go zabrać podczas batalii rozwodowych, jednak nic nie wskórały. Ziemia pozostała jego własnością, choć eksmałżonkom udało się zabrać mu niemal całą resztę.

Pierwszy na miejscu zjawił się Calvin Boggs, złota rączka od wszystkiego, którego Seth od lat zatrudniał w swoim gospodarstwie. W niedzielę rano Calvin odebrał telefon od pracodawcy, który polecił mu przyjść o drugiej na mostek. Nic więcej mu nie powiedział, a Boggs nie miał zwyczaju wypytywać swego szefa. Jeśli pan Hubbard kazał mu przyjść gdzieś o określonej porze, z góry było wiadomo, że sam też tam będzie. W ostatniej chwili dziesięcioletni syn Calvina uprosił ojca, by wziął go z sobą, i Boggs uległ, choć coś mu mówiło, że nie powinien. Pojechali żwirowaną drogą, która całymi kilometrami wiła się po posiadłości Hubbarda. Po drodze Calvin zachodził w głowę, co może być powodem tego spotkania. Nie przypominał sobie, by szef kiedykolwiek wcześniej wzywał go w niedzielne popołudnie. Wiedział, że jest ciężko chory, i słyszał, że może niedługo umrzeć, ale jak we wszystkim, pan Hubbard także w tej sprawie zachowywał dyskrecję.

Mostek był tak naprawdę drewnianą kładką przerzuconą przez bezimienny potok o brzegach porośniętych gęstwiną kudzu, gdzie roiło się od mokasynów błotnych. Od wielu miesięcy Hubbard nosił się z myślą o zbudowaniu w tym miejscu prawdziwego mostka, jednak stan jego zdrowia sprawiał, że miał co innego na głowie. Na porośniętej krzakami polanie koło kładki stały dwie rozpadające się drewniane chaty, świadcząc o tym, że niegdyś mieszkali tu ludzie.

Obok stał zaparkowany najnowszy model cadillaca pana Hubbarda; drzwi po stronie kierowcy i klapa bagażnika były szeroko otwarte. Calvin stanął za limuzyną, przyjrzał jej się i po raz pierwszy pomyślał, że coś może być nie tak. Lał rzęsisty deszcz, wiał dość silny wiatr, i Boggsowi nie przychodził do głowy żaden rozsądny powód, dla którego Hubbard mógłby zostawić drzwi i bagażnik otwarte. Kazał synowi zostać w kabinie pick-upa, sam ostrożnie obszedł samochód wokół, niczego nie dotykając. Nigdzie ani śladu szefa. Calvin westchnął głęboko, otarł twarz z kropli deszczu i rozejrzał się. Po drugiej stronie polany, jakieś sto metrów dalej, dostrzegł wiszące na drzewie ciało. Zawrócił do swojego wozu i ponownie nakazał synowi, by nie ruszał się z miejsca i miał drzwi zamknięte. Niestety było już za późno. Chłopiec siedział ze wzrokiem utkwionym w rozłożysty platan w oddali.

– Masz tu siedzieć i nie wysiadać – powiedział surowo Calvin. – Nie ruszaj się stąd.

– Tak, tato.

Boggs ruszył w stronę platana. Ślizgając się po błocie i powoli stawiając nogi, starał się uspokoić. Zresztą i tak nie miał się po co śpieszyć, bo im bliżej drzewa podchodził, tym oczywistsze stawało się to, że wiszący mężczyzna już nie żyje. Chwilę później Calvin go rozpoznał, dostrzegł leżącą drabinę i wszystko ułożyło mu się w głowie w logiczny ciąg. Nie dotykając niczego, zawrócił w stronę pick-upa.

Był październik 1988 roku i wreszcie na wiejskie tereny Missisipi zaczęły docierać telefony samochodowe. Na wyraźne życzenie pana Hubbarda Calvin zainstalował ten wynalazek w swoim pick-upie i dzięki temu mógł teraz zadzwonić do biura szeryfa okręgu Ford. Zwięźle poinformował szeryfa o swoim znalezisku i zaczął czekać. Czuł na sobie podmuch włączonego ogrzewania, słuchał przez radio kojącego głosu Merle Haggard i tępym wzrokiem wpatrywał się w zalewaną deszczem szybę. Zapomniał o obecności syna. Postukując palcami w rytmie pracujących wycieraczek, Calvin nagle zdał sobie sprawę, że płacze. Chłopiec siedział jak trusia, bojąc się odezwać.

Po półgodzinie zjawili się dwaj funkcjonariusze z biura szeryfa. Wysiedli z radiowozu i właśnie wciągali kurtki przeciwdeszczowe, gdy nadjechała karetka z trzyosobową załogą. Wszyscy zaczęli wpatrywać się w rosnący w oddali platan, bo nawet z tej odległości było widać, że na gałęzi ktoś wisi. Calvin przekazał policjantom wszystko, co miał w tej sprawie do powiedzenia, a oni stwierdzili, że najlepiej będzie uznać otoczenie platana za miejsce przestępstwa, i zabronili załodze karetki zbliżać się do wisielca. Po chwili nadjechał kolejny policjant, zaraz po nim jeszcze jeden. Przeszukali samochód Hubbarda, ale nie znaleźli nic ciekawego. Obfotografowali i nagrali na wideo wiszące zwłoki z wybałuszonymi oczami i groteskowo przekrzywioną głową. Dokładnie zbadali ziemię wokół platana i doszli do wniosku, że poza denatem wcześniej nie było tam nikogo więcej. Jeden z policjantów zawiózł Calvina do domu Hubbarda, milczący cały czas chłopiec usiadł z tyłu. Drzwi nie były zamknięte na klucz, na stole w kuchni leżała kartka wydarta z notatnika. Seth napisał na niej wyraźnymi drukowanymi literami: „Do Calvina. Zawiadom władze, że odebrałem sobie życie sam, bez niczyjej pomocy. Na załączonej kartce zostawiam szczegółowe instrukcje co do nabożeństwa żałobnego i pogrzebu. Nie życzę sobie żadnej sekcji! S.H.”. U dołu widniała dzisiejsza data: niedziela, 2 października 1988 roku.

Ludzie szeryfa w końcu pozwolili Calvinowi odejść. Wrócił z synem do domu, chłopiec wtulił się w matkę i do końca dnia nie powiedział ani jednego słowa.

***

Ozzie Walls był jednym z dwóch czarnoskórych szeryfów w Missisipi. Drugi został niedawno wybrany w okręgu zamieszkanym w siedemdziesięciu procentach przez czarnych. W okręgu Ford siedemdziesiąt cztery procent stanowili biali, a mimo to Ozzie był szeryfem już drugą kadencję, zwyciężając za każdym razem dużą przewagą głosów. Czarni go kochali, bo był jednym z nich. Biali go szanowali, bo był twardym gliną i dawnym gwiazdorem drużyny futbolowej liceum w Clanton. Na głębokim Południu futbol w pewnym sensie miał przewagę nad rasą.

Wiadomość dotarła do Ozziego w chwili, gdy wraz z żoną i czwórką dzieci wychodził z kościoła po niedzielnym nabożeństwie. Dlatego dołączył do reszty, w odświętnym ubraniu, bez odznaki i broni, ale za to w gumowcach, które zawsze woził w bagażniku. Z dwoma funkcjonariuszami i z parasolem w ręku przebrnął przez błoto i dotarł do platana. Ciało Setha było już tak przemoknięte, że woda ciurkiem kapała z czubków butów, brody, uszu, palców i mankietów spodni. Ozzie zatrzymał się z głową koło butów, uniósł parasol i przyjrzał się pobladłej żałośnie twarzy człowieka, którego widział zaledwie dwa razy w życiu.

Wiązały się z nim wspomnienia. W 1983 roku, gdy po raz pierwszy ubiegał się o urząd szeryfa, miał trzech białych konkurentów i brakowało mu pieniędzy. Wtedy zadzwonił do niego Seth Hubbard. Ozzie go nie znał, ale – jak się wkrótce przekonał – był to człowiek unikający rozgłosu. Seth mieszkał na północno-wschodnim krańcu okręgu Ford, niemal na granicy z okręgiem Tyler. Oznajmił Ozziemu, że działa w branży drzewnej, jest właścicielem kilku tartaków w Alabamie i paru współpracujących z nimi zakładów przetwórczych w różnych miejscach, i brzmiał jak człowiek sukcesu. Zaproponował sfinansowanie kampanii wyborczej Ozziego, jednak po warunkiem, że ten przyjmie forsę z ręki do ręki. Dwadzieścia pięć tysięcy dolarów w żywej gotówce. Siedzieli sami w gabinecie Hubbarda, gospodarz otworzył kasetkę i pokazał gościowi pliki banknotów. Ozzie przypomniał mu, że prawo nakazuje oficjalnie zgłaszać wszelkie datki na kampanię, na co Seth oświadczył, że sobie tego nie życzy. Gotówka z ręki do ręki albo nic z tego.

– Czego oczekuje pan w zamian? – zapytał Ozzie.

– Że wygra pan wybory, nic więcej – odrzekł Seth.

– Sam nie wiem.

– Czy sądzi pan, że pańscy konkurenci nie biorą pieniędzy pod stołem?

– Pewnie biorą.

– Jasne, że biorą. Niech pan nie będzie naiwny.

Ozzie wziął pieniądze, rozkręcił kampanię, przeszedł do drugiej tury i zmiażdżył konkurenta. Później jeszcze dwukrotnie zaglądał do biura Hubbarda, by mu podziękować, ale ani razu go nie zastał. Hubbard nie odbierał telefonów i nie oddzwaniał. Walls nawet dyskretnie zasięgnął języka, ale informacje o Hubbardzie były niezwykle skąpe. Mówiono, że dorobił się na produkcji mebli, ale nikt nie wiedział nic pewnego. Był właścicielem osiemdziesięciohektarowej posiadłości, na której stał jego dom. Nie korzystał z usług miejscowych banków, firm prawniczych ani ubezpieczeniowych. Czasami pojawiał się w kościele.

Cztery lata później Ozzie miał niegroźnych konkurentów, ale Seth i tak chciał się z nim spotkać. Z rąk do rąk przeszło kolejne dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, po czym Hubbard ponownie jakby zapadł się pod ziemię. A teraz nie żył. Sam odebrał sobie życie i wisiał, ociekając deszczem.

Na miejscu zjawił się w końcu Finn Plunkett, miejscowy koroner, i od tej chwili zgon denata stał się faktem urzędowym.

– Zdejmijmy go – powiedział Ozzie.

Rozsupłano węzły na gałęzi i ciało Setha spuszczono na ziemię. Zdjęto pętlę, ułożono zwłoki na noszach i przykryto płachtą termiczną, po czym czterech mężczyzn nieźle się nadźwigało, niosąc je do karetki. Ozzie Walls szedł za nimi, równie zbity z tropu jak wszyscy.

Od czterech i pół roku był szeryfem i widział wiele ofiar wypadków i kraks samochodowych, kilku morderstw oraz paru samobójstw, nie stępiło to jednak jego wrażliwości i nie wywołało zobojętnienia. Wielokrotnie zdarzało mu się dzwonić wieczorami do rodziców lub współmałżonków ofiar, jednak i tak z przerażeniem myślał o następnym razie.

Poczciwy stary Seth. Tylko do kogo powinien zadzwonić tym razem? Wiedział, że Hubbard był rozwodnikiem, ale nie miał pojęcia, czy się ponownie ożenił. Nie wiedział też nic o jego bliższej i dalszej rodzinie. Seth był około siedemdziesiątki. Jeśli miał dorosłe dzieci, to co się teraz z nimi dzieje?

No cóż, wkrótce wszystkiego się dowie. W drodze do Clanton zaczął dzwonić do ludzi, którzy mogli bliżej znać Setha Hubbarda.

Rozdział 2

Jake Brigance leżał wpatrzony w czerwone cyferki na elektronicznym budziku. O piątej dwadzieścia dziewięć wyciągnął rękę, wcisnął guzik i ostrożnie spuścił nogi na podłogę. Carla obróciła się z boku na bok i szczelniej otuliła kołdrą. Jake klepnął ją lekko w pupę i powiedział „dzień dobry”, ale nie zareagowała. Był poniedziałek, zwykły dzień roboczy, i Jake wiedział, że żona pośpi jeszcze z godzinę, potem zerwie się z łóżka i popędzi z Hanną do szkoły. W czasie wakacji Carla sypiała dłużej, a dni wypełniały jej babskie sprawy i spełnianie zachcianek Hanny. Natomiast plan dnia Jake’a praktycznie zawsze wyglądał tak samo. Wstawał o wpół do szóstej, o szóstej był już w kawiarni, przed siódmą wchodził do biura. Niewielu prawników rozpoczynało dzień tak wcześnie jak Jake Brigance, choć i on – osiągnąwszy niedawno poważny wiek trzydziestu pięciu lat – zaczynał się coraz częściej zastanawiać, co go rano tak pędzi. I dlaczego tak mu zależy, by być w biurze wcześniej niż inni prawnicy z Clanton? Odpowiedź – niegdyś tak oczywista – stawała się coraz bardziej mglista. Marzenie, by zostać wielkim prawnikiem procesowym, wcale go nie opuściło, a jego ambicje ani trochę nie zmalały, tyle że górę brała proza życia. Dziesięć lat walki na pierwszej linii, a na jego biurko wciąż trafiały tylko testamenty, umowy nabycia i akty własności oraz banalne spory o treść zapisów w kontraktach. Ani jednej przyzwoitej sprawy kryminalnej, żadnych dobrze rokujących kraks samochodowych.

Wyglądało na to, że najbardziej chwalebny moment kariery ma już za sobą. Od uniewinnienia Carla Lee Haileya minęły trzy lata i Jake zaczynał się obawiać, że po tym szczycie kariery nic podobnego go już nie czeka. Jednak uporczywie próbował odganiać od siebie takie myśli, powtarzając sobie, że ma dopiero trzydzieści pięć lat i jest gladiatorem, którego na arenach sądowych czeka jeszcze wiele zwycięstw.

Nie musiał rano wypuszczać psa, bo psa już nie było. Max zginął trzy lata temu w pożarze, w którym spłonął ich ukochany, prześliczny i zadłużony po dach wiktoriański dom przy Adams Street. Ludzie z Klanu podpalili go w lipcu 1985 roku, w kluczowym momencie procesu Haileya. Najpierw spalili krzyż na trawniku przed wejściem, potem próbowali wysadzić dom. Jake wysłał wtedy Carlę i Hannę do rodziny i postąpił słusznie. Klansmani przez miesiąc próbowali go zabić, w końcu podpalili mu dom. Mowę końcową na procesie wygłaszał w pożyczonym ubraniu.

Temat nowego psa był zbyt bolesny, by poważnie się nim zajmować. Kilkakrotnie się do tego przymierzali i dawali spokój. Hanna chciała mieć psa i pewnie jej się to należało, bo była jedynaczką i często się skarżyła, że nudzi jej się samej. Jednak i Jake, i – zwłaszcza – Carla wiedzieli, na kogo spadnie obowiązek przyuczania szczeniaka do porządku i sprzątania po nim. Ponadto mieszkali teraz w wynajętym domu i nie można było powiedzieć, że są tu u siebie. Może obecność zwierzaka nadałaby ich życiu większą normalność, a może wręcz przeciwnie. Jake często o tym myślał w pierwszych minutach po przebudzeniu. Bo tak naprawdę brakowało mu psa.

Wziął szybki prysznic i ubrał się w małej gościnnej sypialni, którą zamienili z Carlą we wspólną garderobę. Zresztą pokoje w tym cudzym domu były małe i wszystko w nim było tymczasowe. Umeblowanie stanowiło żałosną zbieraninę prezentów od przyjaciół i staroci z pchlego targu. Jeśli sprawy potoczą się zgodnie z planem, któregoś dnia wszystko to trafi na śmietnik. Niestety Jake z przykrością stwierdzał, że na razie nic tego nie zapowiada. Ich roszczenie wobec firmy ubezpieczeniowej utknęło na etapie przepychanek przedprocesowych i wyglądało beznadziejnie. Złożył je sześć miesięcy po wyroku w sprawie Haileya, gdy zdawało mu się, że świat należy do niego, i wszystko widział w różowych barwach. Jak jakaś firma ubezpieczeniowa śmie go oszukiwać? Niech tylko stanie przed następną ławą przysięgłych w okręgu Ford, to on już wydobędzie z niej właściwy werdykt. Jednak nastrój pewności siebie zaczął się kruszyć, gdy Jake i Carla uświadomili sobie, że ich dom był poważnie niedoubezpieczony. Cztery przecznice od obecnie wynajmowanego domu ich pusta działka leżała odłogiem, z wolna porastając chwastami. Mieszkająca obok pani Pickle obiecała mieć na nią oko, tyle że nie bardzo miała co pilnować. Sąsiedzi czekali cierpliwie na chwilę, gdy na posesji Brigance’ów zacznie rosnąć nowy piękny dom i powrócą właściciele.

Jake wszedł na palcach do pokoju Hanny, pocałował ją w policzek i podciągnął wyżej kołderkę. Miała siedem lat, była ich jedynym dzieckiem i następnych nie planowali. Chodziła do drugiej klasy szkoły podstawowej w Clanton, przez ścianę z przedszkolem, w którym pracowała jej mama.

Przeszedł do kiszkowatej kuchni, włączył ekspres do kawy i chwilę odczekał, aż zacznie prychać. Otworzył teczkę, musnął końcami palców tkwiącą w niej półautomatyczną dziewiątkę w kaburze i włożył kilka plików akt. Już przywykł do noszenia broni i bardzo go to martwiło. Bo jak można prowadzić normalne życie, gdy ma się stale pod ręką broń? Ale normalne czy nie, noszenie broni było koniecznością. Najpierw próbują wysadzić ci dom, potem go podpalają; przez telefon grożą twojej żonie; palą krzyż na trawniku przed domem; katują do nieprzytomności męża twojej sekretarki i robią to tak skutecznie, że wkrótce umiera; nasyłają snajpera, który próbuje cię zastrzelić, tylko że strzela niecelnie i zamiast w ciebie trafia w strażnika; próbują cię terroryzować podczas procesu i odgrażają się jeszcze długo po jego zakończeniu.

Czterech skazano i ci odsiadywali wyroki – trzech w więzieniu federalnym, jeden w Parchman. Ale tylko czterech, jak Jake wciąż sobie powtarzał. Do więzienia powinno trafić co najmniej tuzin. Tak samo uważał Ozzie i inni miejscowi czarnoskórzy liderzy. Z przyzwyczajenia i w poczuciu bezsilności Jake dzwonił do FBI co najmniej raz w tygodniu, wypytując o postępy w śledztwie. Minęły trzy lata, zaczęto więc unikać jego telefonów i nie oddzwaniać. Wtedy zaczął słać pisma. Teczki z dokumentacją sprawy zajmowały oddzielną szafkę w jego gabinecie.

Tylko czterech. Znał po nazwisku wielu innych. Wszyscy mieli status podejrzanych, w każdym razie dla Jake’a. Niektórzy się wynieśli, inni zostali, ale jedni i drudzy prowadzili zwykłe życie, jakby nic się nie stało. Dlatego wciąż trzymał pod ręką broń, na którą miał wszystkie niezbędne pozwolenia. Jeden pistolet chował w teczce, jeden w samochodzie, dwa miał w biurze i jeszcze w paru innych miejscach. Jego kolekcja broni myśliwskiej przepadła w pożarze, ale powoli ją odbudowywał.

Wyszedł na niedużą murowaną werandę i wciągnął do płuc chłodne powietrze. Na ulicy przed domem stał radiowóz z biura szeryfa okręgu Ford, z niejakim Louisem Tuckiem za kierownicą. Tuck pracował na nocnej zmianie, a do jego podstawowych zadań należało kręcenie się po okolicy przez całą noc i stanie przed domem Brigance’ów o piątej czterdzieści pięć każdego ranka, od poniedziałku do piątku. Jake Brigance co rano wychodził na werandę i machał na przywitanie, a Tuck odmachiwał, co oznaczało, że Brigance’om udało się przeżyć kolejną noc.

Dopóki Ozzie Walls będzie szeryfem okręgu Ford – czyli co najmniej jeszcze przez trzy lata, a zapewne znacznie dłużej – on i jego funkcjonariusze zamierzali robić wszystko, by chronić Jake’a i jego rodzinę. Jake zajął się sprawą Carla Lee Haileya, harował jak wół za grosze, unikał kul, nie zwracał uwagi na groźby i stracił niemal wszystko za cenę wyroku uniewinniającego, który wstrząsnął okręgiem Ford i do dziś był rozpamiętywany. Dlatego chronienie go trafiło na listę priorytetów Ozziego.

Tuck ruszył z miejsca. Jak zwykle zamierzał zrobić rundkę po okolicy, kilka minut po odjeździe Jake’a wrócić pod jego dom i poczekać na zapalenie się światła w kuchni, co będzie znaczyło, że Carla już wstała i się krząta.

Jake jeździł jednym z dwóch saabów zarejestrowanych w okręgu Ford. Jego był czerwony i miał ponad trzysta tysięcy kilometrów na liczniku. Jake’owi przydałoby się coś nowszego, ale nie było go na to stać. Tak nietypowym samochodem w małym miasteczku można było kiedyś nieźle poszpanować, jednak koszty napraw stawały się mordercze. Najbliższy dealer saaba znajdował się w Memphis, godzinę jazdy z Clanton, a to oznaczało, że każda wizyta w serwisie zabierała pół dnia i kosztowała tysiąc dolców. Jake dojrzał już do kupna amerykańskiego samochodu i myślał o tym co rano, gdy przekręcał kluczyk w zapłonie i wstrzymywał oddech w obawie, czy silnik zapali. Jak dotąd zawsze zapalał, ale od paru tygodni Jake słyszał, że robi to jakby niechętnie. Rozrusznik musiał kilka razy pokręcić, a to stanowiło ostrzeżenie, że szykuje się coś poważniejszego. Słuch miał obsesyjnie wyczulony na wszelkie nietypowe dźwięki i szmery. Co drugi dzień sprawdzał też stan opon, patrząc, jak bieżnik robi się coraz płytszy. Wyjechał tyłem na Culbert Street, która – choć dzieliły ją zaledwie cztery przecznice od Adams Street i ich posesji – zdecydowanie zaliczała się do biedniejszych. Sąsiedni dom też był na wynajem. Przy Adams stały starsze i okazalsze domy z charakterem. Przy Culbert ciągnął się szereg jednakowych podmiejskich klocków, które budowano w czasach, gdy w mieście nikt nie myślał jeszcze o planowej zabudowie.

Choć Carla niewiele na ten temat mówiła, Jake wiedział, że też marzy o wyrwaniu się stąd.

Jeśli rozmawiali o przeprowadzce, to raczej o wyniesieniu się z Clanton na dobre. Trzy lata, które minęły od procesu Haileya, nie przyniosły im zasadniczej zmiany statusu materialnego, na jaką liczyli i która im się należała. Skoro Jake był skazany na codzienną partaninę biurową w roli szeregowego prawnika, równie dobrze mógł to robić gdzie indziej. Carla też mogła uczyć gdziekolwiek. Przecież na pewno uda im się znaleźć jakieś miejsce, w którym będą mogli spokojnie pracować, bez ciągłego oglądania się za siebie. Jake mógł się cieszyć szacunkiem czarnoskórej społeczności okręgu Ford, ale wielu białych mieszkańców wciąż go nienawidziło. A szaleńców nie brakowało. Z drugiej strony mieszkanie wśród tak wielu przyjaciół dawało poczucie bezpieczeństwa. Ich sąsiedzi mieli oko na ruch uliczny i reagowali na wszystkie obce pojazdy. Każdy gliniarz w mieście i każdy funkcjonariusz z biura szeryfa okręgowego wiedział, że pilnowanie trzyosobowej rodziny Brigance’ów ma najwyższy priorytet.

Nie było szans, by Jake i Carla naprawdę się stąd wyprowadzili, choć czasami z przyjemnością bawili się w „gdzie byś chciał/chciała zamieszkać?”. Była to jednak tylko zabawa, Jake znał bowiem brutalną prawdę, że nigdy nie odnalazłby się w dużej firmie prawniczej w wielkim mieście oraz że w żadnym stanie nie znalazłby małego miasta, w którym nie roiłoby się od prawników walczących o klientów. Jego przyszłość była na zawsze związana z tym miastem i tak naprawdę wcale go to nie martwiło. Musiał tylko zacząć lepiej zarabiać.

Gdy mijał pustą działkę przy Adams, zmełł pod nosem kilka przekleństw, myśląc o tchórzach, którzy spalili mu dom, i dorzucił parę soczystych określeń pod adresem firmy ubezpieczeniowej. Z Adams skręcił w Jefferson Street, potem w Washington Street, która przecinała miasto ze wschodu na zachód i stanowiła północną pierzeję rynku w Clanton. Jego biuro mieściło się przy Washington, obok imponującego gmachu sądu. Zaparkował na zwykłym miejscu, bo o szóstej rano wszędzie było pusto, i miał wybór. Jeszcze przez dwie godziny na rynku będzie spokój, bo dopiero wtedy zaczną się otwierać sklepy i biura oraz zacznie pracę sąd.

Natomiast w kawiarni Coffee Shop już teraz robiło się gwarno, a pomieszczenie wypełniał tłumek robotników, farmerów i funkcjonariuszy z biura szeryfa. Przeciskając się między nimi, Jake witał się na prawo i lewo ze znajomymi. Był w tym gronie jedynym bywalcem w marynarce i koszuli z krawatem. Tak zwane białe kołnierzyki spotykały się godzinę później w herbaciarni Tea Shoppe po drugiej stronie rynku, gdzie dyskutowano o stopach procentowych i polityce światowej. W kawiarni rozmawiało się o futbolu, miejscowych plotkach i łowieniu okoni. Jake był jednym z nielicznych przedstawicieli wolnych zawodów tolerowanych w Coffee Shopie, z kilku przyczyn: był powszechnie lubiany, nie zadzierał nosa i miał pogodne usposobienie, a ponadto, gdy któryś z bywalców popadł w tarapaty, mógł zawsze zwrócić się do Jake’a o szybką bezpłatną poradę prawną. Jake powiesił marynarkę na wieszaku na ścianie i usiadł na wolnym miejscu przy stoliku Prathera, pracującego w biurze szeryfa. W sobotę drużyna Ole Miss1 przegrała trzema przyłożeniami z Georgią i mecz stanowił główny temat rozmów. Opryskliwa i wiecznie żująca gumę kelnerka imieniem Dell nalała mu kawy, przy okazji ocierając się o niego swym wydatnym zadem, co robiła regularnie sześć razy w tygodniu, następnie zaś jak zwykle przyniosła jedzenie, którego nie zamówił: biały tost, kaszka kukurydziana i galaretka truskawkowa. Jake pokropił kaszkę sosem tabasco i usłyszał, jak Prather go pyta:

– Jake, znałeś Setha Hubbarda?

– Nigdy się nie spotkaliśmy – odrzekł Jake. – Ale trochę o nim słyszałem. Mieszkał gdzieś pod Palmyrą, nie?

– Zgadza się. – Prather wsunął do ust kawałek kiełbaski i zaczął żuć.

Jake upił łyk kawy i chwilę odczekał.

– Zakładam, że Hubbardowi coś się przydarzyło, bo użyłeś czasu przeszłego.

– Co zrobiłem? – rzucił Prather. Miał irytujący zwyczaj zadawania pytań głośnym, zaczepnym tonem i spokojnego kontynuowania śniadania. Zwykle znał odpowiedź i chodziło mu tylko o wyciągnięcie czegoś jeszcze.

– Użyłeś czasu przeszłego. Spytałeś, czy znałem Setha Hubbarda, a nie czy go znam, co by znaczyło, że jeszcze żyje. Kapujesz?

– Chyba tak.

– No więc co mu się stało?

– Powiesił się. Znaleźli go wczoraj wiszącego na drzewie – wtrącił Andy Furr, mechanik z serwisu Chevroleta.

– Zostawił list i w ogóle – dorzuciła Dell, przechodząc obok z dzbankiem kawy. Kawiarnia była czynna od godziny, więc kelnerka oczywiście zdążyła już dowiedzieć się wszystkiego o śmierci Setha Hubbarda.

– I co było w tym liście? – spytał Jake.

– Nie mogę ci powiedzieć, słoneczko – zaszczebiotała Dell. – To sprawa między mną a Sethem.

– W ogóle go nie znałaś – mruknął Prather.

Dell miała opinię starej zdziry o najbardziej ciętym języku w mieście.

– Kiedyś się kochaliśmy. Może nawet ze dwa razy. Nie mogę wszystkich pamiętać.

– Bo tylu ich było – rzucił Prather.

– Ale tobie, staruszku, nawet nie udało się zbliżyć.

– Czyli rzeczywiście nie wszystko pamiętasz. – Parsknął śmiechem. Kilku słyszących rozmowę też się roześmiało.

– Gdzie był ten list? – spytał Jake, by zmienić temat.

Prather wepchnął do ust wielki kęs naleśnika, pożuł chwilę, po czym powiedział:

– W kuchni na stole. Ma go teraz Ozzie i prowadzi śledztwo, tyle że nie bardzo jest co śledzić. Wygląda na to, że Hubbard rano był w kościele i wszystko było normalnie, potem wrócił do domu, wziął drabinę i sznur i załatwił sprawę. Około drugiej znalazł go jeden z jego pracowników, jak dyndał w lejącym deszczu. Był w wyjściowym niedzielnym garniturze.

Sprawa wyglądała na ciekawą, niezwykłą i dramatyczną, jednak dla Jake’a ofiara była kimś zupełnie obcym i trudno mu było aż tak się tym przejmować.

– Coś mu było? – zaciekawił się Andy Furr.

– Nie wiem – odrzekł Prather. – Ozzie go chyba znał, ale nic nie mówił.

Dell napełniła ich filiżanki i zatrzymała się przy stoliku, żeby pogadać. Oparła rękę na biodrze i powiedziała:

– To prawda, że nigdy go nie znałam. Ale moja kuzynka poznała jego pierwszą żonę, a miał ich co najmniej dwie. Żona mówiła, że Seth miał sporo ziemi i kupę forsy. Ale trzymał się na uboczu, miał swoje sekrety i nikomu nie ufał. Mówiła też, że był z niego kawał sukinsyna, tylko że eksżony zawsze tak mówią po rozwodzie.

– Powinnaś coś o tym wiedzieć – mruknął Prather.

– Powinnam i wiem, staruszku. W ogóle wiem dużo więcej od ciebie.

– Zostawił testament? – spytał Jake. Nie przepadał za sprawami spadkowymi, ale gdy przedmiotem spadku jest znaczny majątek, zajmujący się tym adwokat może liczyć na sowite honorarium. Czysto papierkowa robota, parę wizyt w sądzie, w sumie nic trudnego. Jake wiedział, że z wybiciem dziewiątej wszyscy prawnicy w mieście ruszą do boju, by ustalić, kto spisał ostatnią wolę Setha Hubbarda.

– Jeszcze nie wiem – odrzekł Prather.

– Ale testamentów się chyba nie rozgłasza, nie? – zapytał Bill West, elektromonter z fabryki obuwia, nieco na północ od miasta.

– Nie za życia spadkodawcy. Każdy ma prawo zmieniać testament do ostatniej chwili, więc wcześniejsze ujawnienie mijałoby się z celem. W końcu możesz sobie nie życzyć, żeby cały świat znał twój testament, zanim umrzesz. Po śmierci spadkodawcy, gdy testament zostaje uznany za autentyczny i złożony w sądzie, treść staje się dostępna dla każdego. – Jake rozejrzał się po sali i naliczył co najmniej trzech klientów, dla których sporządzał testamenty. Robił to szybko i tanio, a jego testamenty były krótkie i zwięzłe. Ludzie o tym wiedzieli i interes się kręcił.

– Jak długo po śmierci zaczyna się postępowanie spadkowe? – spytał Bill West.

– Nie ma sztywnego limitu czasowego. Zwykle wdowa po zmarłym lub jego dzieci odnajdują testament i zanoszą do adwokata, po czym jakiś miesiąc po pogrzebie sprawa trafia do sądu i zaczyna się procedura spadkowa.

– A jak nie ma testamentu?

– Brak testamentu to marzenie każdego prawnika. – Jake parsknął śmiechem. – Bo to oznacza awanturę. Gdyby Hubbard umarł bez spisania ostatniej woli i zostawił dwie byłe żony, może też dorosłe dzieci, może jakieś wnuki, to przez następne pięć lat wszyscy by się żarli o podział spadku. Oczywiście zakładając, że byłoby co dzielić.

– O tak, bez obaw – wtrąciła z daleka Dell. Jej radar ani na chwilę nie przestawał działać. Jeśli ktoś zakasłał, ona z drugiego końca sali pytała go o zdrowie. Jeśli kichnął, biegła do niego z chusteczką. Jeśli ktoś był zbyt milczący, była gotowa go pytać o problemy domowe lub kłopoty w pracy. Jeśli ktoś zaczynał mówić ściszonym głosem, stawała przy nim i dolewała kawy, nie bacząc na zawartość kubka. Nic nie umykało jej uwagi, wszystko pamiętała i nigdy nie pomijała okazji, by wypomnieć mówiącemu, że trzy lata wcześniej mówił coś przeciwnego.

Prather zrobił minę z kategorii „walnięta wariatka”, ale na wszelki wypadek nie powiedział tego głośno. W ciszy dokończył naleśniki i wstał od stolika.

Chwilę później Jake zrobił to samo. Za dwadzieścia siódma zapłacił rachunek i wyszedł z kawiarni, uścisnąwszy po drodze Dell i zakrztusiwszy się od zapachu jej tanich perfum. Niebo na wschodzie robiło się pomarańczowe, wstawał nowy dzień. Po wczorajszym deszczu nie pozostał ślad, powietrze było chłodne i rześkie. Jak zwykle Jake skręcił w lewo i oddalając się od biura, ruszył przed siebie szybkim zdecydowanym krokiem, jakby się śpieszył na ważne spotkanie. W rzeczywistości nie czekało go dziś nic ważnego. Ot, zwykłe użeranie się z problemami klientów.

Jake odbył poranny spacer wokół rynku, mijając banki, agencje ubezpieczeniowe i biura handlu nieruchomościami, sklepy i knajpki. Wszystkie tłoczyły się blisko siebie i ze względu na porę były jeszcze zamknięte. Z kilkoma wyjątkami, wokół rynku stały jednopiętrowe domy zbudowane z czerwonej cegły, a ich balkony z balustradami z fantazyjnie wygiętych żelaznych prętów wystawały nad chodnikiem biegnącym wzdłuż boków idealnego kwadratu, którego środek zajmował otoczony trawnikiem gmach sądu. Clanton nie kwitło, ale też nie zamierało jak wiele miasteczek na głębokim wiejskim Południu. Z powszechnego spisu ludności z 1980 roku wynikało, że w samym Clanton mieszkało osiem tysięcy osób, liczba mieszkańców w całym okręgu była czterokrotnie większa. Zakładano, że w następnym spisie ludności liczby te nieco wzrosną. Przy rynku nie straszyły puste lokale, zabite deskami witryny ani żałosne wywieszki „Do wynajęcia”. Jake pochodził z Karaway, małego, dwuipółtysięcznego miasteczka niecałe trzydzieści kilometrów na zachód od Clanton, w którym główna ulica zupełnie zamierała. Kupcy się wynosili, knajpki zamykały, a prawnicy likwidowali swoje kancelarie i przenosili się do stolicy okręgu. Obecnie przy rynku w Clanton działało ich dwudziestu sześciu, ale liczba stale rosła i walka o klientów stawała się coraz bardziej mordercza. Ile jeszcze wytrzymamy? Jake często zadawał sobie to pytanie.

Lubił mijać cudze kancelarie prawne i patrzeć na zamknięte na głucho drzwi i ciemne wnętrza. Wykonywał swoistą rundę zwycięzcy. Był gotów do boju, podczas gdy jego konkurencja jeszcze spała. Przeszedł obok kancelarii Harry’ego Rexa Vonnera, najbardziej zaprzyjaźnionego z nim adwokata i niezłomnego bojownika sądowego, który przychodząc do pracy około dziewiątej, często zastawał poczekalnię pełną poirytowanych kandydatów na rozwodników. Harry Rex sam był kilkakrotnie żonaty, wiedział, co znaczy rozchwiane życie domowe, i wolał siedzieć w kancelarii do późnego wieczora. Nieco dalej Jake minął znienawidzoną firmę Sullivana, zatrudniającą najliczniejszą hordę prawników w całym okręgu. Dziewięciu, według najświeższych danych. Dziewięciu zasrańców, których Jake starał się unikać, po części też z zazdrości. Do klientów Sullivana należały banki i firmy ubezpieczeniowe, więc zatrudnieni u niego prawnicy zarabiali więcej niż wszyscy pozostali razem wzięci. Minął też zamknięte na kłódkę drzwi biura starego kumpla Macka Stafforda, który od ośmiu miesięcy nie dawał znaku życia. Mówiło się, że zwiał w środku nocy z pieniędzmi klienta i od tej pory ślad po nim zaginął. Żona i dwie córki wciąż liczyły, że wróci, podobnie jak prokuratura, która postawiła go w stan oskarżenia. W głębi duszy Jake miał nadzieję, że Mack siedzi gdzieś na plaży, sączy koktajle z rumem i nikt go tu już nie zobaczy. Tu był nieszczęśliwy w nieudanym małżeństwie. „Uciekaj, Mack, uciekaj!”, mruczał pod nosem Jake, muskając palcami kłódkę i nie zwalniając kroku.

Mijał kolejne lokale – redakcję „The Ford County Times”, herbaciarnię Tea Shoppe, właśnie budzącą się do życia, sklep z męską odzieżą, w którym kupował ubrania na wyprzedażach, prowadzoną przez Murzynów knajpkę, w której co piątek jadł lunch w gronie innych białych liberałów, sklep z antykami należący do hochsztaplera, przeciwko któremu Jake już dwukrotnie występował w sądzie, bank trzymający drugą hipotekę na jego dom i uczestniczący w tym samym postępowaniu sądowym oraz siedzibę władz okręgu, gdzie urzędował nowy prokurator okręgowy, kiedy był w mieście. Poprzedni, Rufus Buckley, odszedł w niesławie w zeszłym roku, niewybrany przez wyborców na następną kadencję i raz na zawsze usunięty z grona kandydatów na wybieralne urzędy. Przynajmniej Jake – tak jak wielu innych – miał taką nadzieję. Niewiele brakowało, by podczas procesu Haileya on i Buckley rzucili się sobie do gardeł, i obaj do dziś gorąco się nienawidzili. Były prokurator wrócił do rodzinnego Smithfield w okręgu Polk i lizał rany, starając się wiązać koniec z końcem w kancelarii prawnej przy Main Street, jednej z wielu w mieście.

Runda wokół rynku dobiegła końca i Jake otworzył kluczem drzwi do swojej kancelarii w lokalu powszechnie uważanym za najlepszy w Clanton. Dom, w którym się mieściła, jak zresztą większość budynków wokół rynku, postawiła sto lat wcześniej rodzina Wilbanksów i niemal od początku funkcjonowała w nim firma prawnicza któregoś z członków klanu. Do zerwania z tą tradycją doszło w chwili, gdy Luciena Wilbanksa, ostatniego i niewątpliwie najbardziej szalonego członka dynastii, pozbawiono uprawnień adwokackich. Krótko przedtem zatrudnił w firmie Jake’a, przepełnionego szlachetnymi ideami młodego absolwenta prawa. Lucien starał się go z nich wyleczyć, jednak zanim mu się to udało, Stanowa Rada Adwokacka cofnęła mu licencję. Lucien musiał porzucić praktykę, innych Wilbanksów nie było i w rezultacie Jake przejął we władanie wspaniałe pomieszczenia biurowe. Wykorzystywał tylko pięć spośród dziesięciu pokoi. Na parterze mieściła się obszerna recepcja, w której jedyna pracownica prowadziła sekretariat i witała gości. Na piętrze był gabinet, ogromne pomieszczenie dziewięć na dziewięć metrów, gdzie Jake spędzał dnie za potężnym dębowym biurkiem po Lucienie, które wcześniej służyło jego ojcu i dziadkowi. Gdy zaczynał się nudzić – co zdarzało mu się dość często – otwierał dwuskrzydłowe drzwi balkonowe i wychodził na taras, skąd roztaczał się piękny widok na gmach sądu i cały rynek.

Jak zawsze o siódmej zasiadł przy biurku i łyknął kawy. Zajrzał do kalendarza i stwierdził, że dzień nie zapowiada się ani obiecująco, ani szczególnie lukratywnie.

Rozdział 3

Sekretarka była trzydziestojednoletnią matką czworga dzieci, którą Jake zatrudnił tylko dlatego, że nie mógł znaleźć nikogo odpowiedniejszego. Gdy rozpoczynała pracę pięć miesięcy temu, pilnie potrzebował kogoś do pomocy, a ona była do wzięcia od zaraz. Miała na imię Roxy i do jej zalet należało to, że codziennie zjawiała się w biurze o ósmej trzydzieści lub tylko parę minut później, sprawnie radziła sobie z odbieraniem telefonów, witaniem klientów i opędzaniem się od hołoty, a także maszynopisaniem, rozkładaniem korespondencji do teczek i utrzymywaniem miejsca pracy w znośnym porządku. Minusem, dużo zresztą poważniejszym, okazał się brak zaangażowania Roxy w pracę. Posadę u Jake’a traktowała jako coś na przeczekanie, póki nie trafi się coś lepszego. Wciąż wychodziła na papierosa na werandę z tyłu domu i cała śmierdziała dymem. Narzekała, że za mało zarabia, i wciąż robiła aluzje do bogactw, w jakie – jej zdaniem – opływają wszyscy prawnicy. W sumie była niesympatyczną babą, z którą źle się pracowało. Pochodziła z Indiany, na Południe przywędrowała za mężem, zawodowym wojskowym, i jak większość ludzi z Północy nie akceptowała zwyczajów tych z Południa. Wywodziła się z lepszych sfer, a musiała żyć wśród hołoty. Jake nigdy tego nie dociekał, ale był niemal pewny, że w jej małżeństwie nie dzieje się najlepiej. Mąż stracił pracę za rzekome zaniedbywanie obowiązków służbowych i Roxy chciała, by Jake wystąpił w jego imieniu do sądu. Odmówił, i jej uraza wciąż się tliła. Ponadto w kasie gotówkowej pojawiło się manko w wysokości pięćdziesięciu dolarów, i Jake podejrzewał najgorsze.

Będzie musiał ją zwolnić, choć naprawdę bardzo tego nie chciał. Co dzień rano przed pracą odmawiał cichą modlitwę, prosząc Boga o cierpliwość, by ścierpieć kolejną kobietę w jego życiu zawodowym.

A było ich wiele. Zatrudniał młode siksy, bo bez trudu znajdował kandydatki i mógł im mniej płacić. Tyle że te lepsze szybko wychodziły za mąż, zachodziły w ciążę i domagały się półrocznego urlopu macierzyńskiego, gorsze próbowały flirtować, nosiły obcisłe minispódniczki i rzucały znaczące spojrzenia. Gdy Jake jedną z nich zwolnił, zagroziła mu oskarżeniem o molestowanie seksualne. Na szczęście przyłapano ją na wystawieniu lewego czeku i pannica zniknęła z jego życia.

By uniknąć wszelkich fizycznych pokus, zaczął zatrudniać dojrzałe kobiety, te jednak z reguły bywały apodyktyczne, próbowały mu matkować, przechodziły klimakterium i cierpiały na rozliczne choroby. Ciągle biegały do lekarzy i najchętniej rozprawiały o swoich niedomaganiach i cudzych pogrzebach.

Wcześniej przez kilkadziesiąt lat biurem rządziła Ethel Twitty, sekretarka i asystentka, która stała się legendą firmy Wilbanksów, pracując w niej w czasach największej świetności. Przez czterdzieści lat trzymała wszystko żelazną ręką, terroryzowała inne sekretarki i toczyła wojny z początkującymi prawnikami, z których żaden nie wytrzymywał dłużej niż rok czy dwa. Ethel była już na emeryturze, zmuszona przez Jake’a do odejścia po awanturze podczas sprawy Haileya. Jej męża dotkliwie wtedy pobito i zapewne zrobili to członkowie Klanu, jednak sprawy nigdy do końca nie wyjaśniono i niczego nie udowodniono. Wtedy Jake z radością powitał jej decyzję o odejściu, teraz niemal za nią tęsknił.

Dokładnie o wpół do dziewiątej zszedł na dół, by zrobić sobie następną kawę, potem poszperał w magazynku, jakby szukał zawieruszonej teczki z aktami. Gdy o ósmej trzydzieści dziewięć Roxy weszła tylnymi drzwiami, Jake stał przy jej biurku, przerzucając stronice leżącego na nim dokumentu. Niech wie, że on wie, że znów się spóźniła do pracy. To, że jest matką czworga małych dzieci, ma bezrobotnego i niezaradnego męża, pracę, której nie lubi, i pensję, którą uważa za niewystarczającą, a także wiele innych problemów, Jake’a mało obchodziło. Gdyby ją lubił, pewnie umiałby wykrzesać z siebie choć trochę współczucia, jednak z upływem czasu lubił Roxy coraz mniej. Dlatego kompletował pretensje, dawał milcząco do zrozumienia, że nie jest z niej zadowolony, i zapamiętywał haki, by gdy nadejdzie ten nieszczęsny moment i trzeba będzie przeprowadzić z nią rozmowę, mieć pod ręką wystarczająco dużo argumentów. Jake’a mierziło takie knucie w celu pozbycia się niechcianej sekretarki.

– Dzień dobry, Roxy – powiedział, spoglądając znacząco na zegarek.

– Witam, przepraszam za spóźnienie, musiałam odwieźć dzieci do szkoły. – Jake’a w równym stopniu mierziły te jej ciągłe kłamstwa, nawet najdrobniejsze. Dzieci do i ze szkoły woził jej bezrobotny mąż. Jake wiedział o tym od Carli.

– Mhm – mruknął, biorąc do ręki plik kopert, które właśnie położyła na biurku. Przejął pocztę, nim zdążyła do niej zajrzeć w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Jednak dzisiejsze listy stanowiły standardowy zestaw biurowych śmieci: korespondencja z innymi firmami, list z kancelarii sędziego, pękate koperty z kopiami protokołów, wniosków oraz oświadczeń stron i różne takie. Nie próbował ich nawet otwierać. To należało do obowiązków sekretarki.

– Szuka pan czegoś? – spytała Roxy, rozkładając swoje rzeczy.

– Nie.

Jak zwykle była zaniedbana, bez śladu makijażu, z włosami w nieładzie. Bez słowa odeszła od biurka i poszła do łazienki, by doprowadzić się do porządku, co zwykle zajmowało jej kwadrans. Jeszcze jeden hak do kolekcji.

Z samego spodu sterty Jake wyłuskał zwykłą kopertę z ręcznie wypisanym jego nazwiskiem i adresem. Adres napisano niebieskim atramentem, lekko pochyłym charakterem pisma. Umieszczony w rogu adres zwrotny tak go zdumiał, że reszta listów omal wypadła mu z rąk. Pośpiesznie rzucił je na biurko i pobiegł na górę. Usiadł przy sekretarzyku pod portretem Williama Faulknera kupionym jeszcze przez Johna Wilbanksa, ojca Luciena, i przyjrzał się kopercie – zwykłej standardowej białej kopercie z lichego papieru, jakie kupuje się w pudełkach po sto sztuk za pięć dolarów. W rogu miała znaczek za dwadzieścia pięć centów z wizerunkiem jednego z astronautów i sądząc po grubości, zawierała kilka złożonych kartek. Zaadresowana była imiennie do niego: „Sz. Pan Jake Brigance, adwokat, 146 Washington Street, Clanton, Missisipi”, bez kodu pocztowego.

Nadawcą był „Seth Hubbard, skr. poczt. 277, Palmyra, Missisipi, 38664”.

Na kopercie widniał stempel pocztowy z datą 1 października 1988 i nazwą urzędu pocztowego w Clanton. List nadano w minioną sobotę. Jake zaczerpnął głęboko powietrza i zaczął rekonstruować możliwy przebieg wydarzeń. Jeśli wierzyć plotce usłyszanej w kawiarni, a nie było powodu – przynajmniej na razie – by jej nie wierzyć, Seth Hubbard powiesił się w niedzielę po południu, niecałą dobę temu. Teraz był poniedziałek, dochodziła dziewiąta rano. By list mógł zostać ostemplowany datownikiem z minionej soboty, Seth Hubbard lub ktoś działający w jego imieniu musiał go wrzucić do skrzynki listów miejscowych na poczcie w Clanton w piątek po południu lub w sobotę do południa, gdyż po południu poczta była już nieczynna. Tylko miejscowe listy były stemplowane i sortowane na miejscu w Clanton, resztę korespondencji zawożono do regionalnego punktu rozdziału poczty w Tupelo, gdzie ją sortowano, stemplowano i rozsyłano do adresatów.

Jake wziął nożyczki i ostrożnie odciął brzeg koperty, od znaczka do adresu zwrotnego, uważając, by niczego nie uszkodzić. Musiał się liczyć z tym, że trzyma w ręku dowód dla sądu. Zamierzał potem wszystko skopiować, ale najpierw chciał zajrzeć do środka. Lekko potrząsnął kopertą tak, że wypadło z niej kilka złożonych kartek. Czując, jak mu wali serce, ostrożnie rozprostował papier. Trzy białe arkusiki, bez żadnych ozdobników czy firmowych nadruków. Położył kartki na biurku i wziął do ręki pierwszą. Tekst był napisany niebieskim atramentem i starannym, nieco pochyłym charakterem pisma, bardzo ładnym jak na mężczyznę. Nadawca pisał:

Szanowny Panie Brigance,

o ile wiem, nigdy osobiście się nie spotkaliśmy i już się nie spotkamy. W chwili, gdy Pan będzie to czytał, ja nie będę już żył, a ta okropna mieścina, w której Pan mieszka, będzie jak zwykle huczała od plotek.

Odebrałem sobie życie, ale tylko dlatego, że za chwilę i tak bym umarł na raka płuc. Lekarze dają mi zaledwie parę tygodni życia i jestem już zmęczony ciągłym bólem. Jestem zmęczony wieloma rzeczami. Jeśli jest Pan palaczem, niech Pan posłucha rady nieboszczyka i natychmiast rzuci palenie.

Wybrałem Pana, bo ma Pan opinię uczciwego, a poza tym podziwiałem Pana podczas procesu Carla Lee Haileya. Czuję, że jest Pan człowiekiem tolerancyjnym, a jest to cecha, której dramatycznie brakuje w tej części świata.

Gardzę prawnikami, szczególnie tymi z Clanton. Jest za późno, by wymieniać jakieś nazwiska, proszę mi jednak wierzyć, że umieram z wielkim bagażem niezrealizowanych najgorszych życzeń pod adresem różnych przedstawicieli Pańskiego zawodu. Sępów. Pijawek.

Załączam moją ostatnią wolę i testament, w którym każde słowo napisałem własną ręką, własnoręcznie podpisałem i opatrzyłem datą. Zapoznałem się z prawem obowiązującym w Missisipi i jestem pewny, że sporządziłem wymagany przepisami własnoręczny testament, który posiada pełną moc prawną. W chwili spisywania nie miałem żadnych świadków, ale jak Panu wiadomo, testamenty własnoręczne nie wymagają obecności świadków. Rok temu spisałem testament w kancelarii prawnej Rusha w Tupelo, niniejszym go jednak unieważniam.

Wykonanie załączonego testamentu może nastręczyć pewnych trudności, i dlatego chcę, żeby tą sprawą zajął się Pan. Chcę, by załączony testament został za wszelką cenę wybroniony i wiem, że Pan potrafi tego dokonać. W szczególności wydziedziczam moje dorosłe dzieci, a także ich dzieci i dwie byłe żony. To nie są mili ludzie i będą zażarcie walczyć, więc proszę być przygotowanym. Posiadam znaczny majątek, o którego rzeczywistej wielkości moja rodzina nie ma nawet pojęcia, więc gdy się dowie, przystąpi do ataku. Proszę stanąć z nimi do walki, Panie Brigance, i ich pokonać. Musimy postawić na swoim.

W liście samobójczym zawarłem instrukcje odnośnie do mojego pogrzebu. Proszę nikomu nie ujawniać treści mojego testamentu przed pogrzebem. Chcę, aby moja rodzina musiała dopełnić wszystkich żałobnych rytuałów, zanim się dowie, że nic nie dostanie. Niech się Pan im przyjrzy, gdy będą udawać, są w tym bardzo dobrzy. Tylko dla mnie zabrakło im miłości.

Z góry dziękuję za Pańskie zaangażowanie.

To nie będzie łatwe zadanie i pocieszam się myślą, że nie będę musiał osobiście uczestniczyć w tym obrzydliwym spektaklu.

Z poważaniem, Seth Hubbard

1 października 1988 roku

Jake był zbyt poruszony, by zabrać się od razu do czytania testamentu. Głęboko westchnął, wstał, przespacerował się po gabinecie, otworzył drzwi na taras i popatrzył na gmach sądu i rynek. Powrócił do sekretarzyka i raz jeszcze przeczytał cały list. Będzie ważny dla udowodnienia prawnej zdolności testamentowej Setha Hubbarda. Przez chwilę siedział jak sparaliżowany, nie mogąc się zdecydować. Wytarł dłonie o spodnie. Czy nie powinien zostawić listu i testamentu w nietkniętym stanie i wezwać Ozziego? A może sędziego?

Nie. Koperta była zaadresowana imiennie do niego, miał więc pełne prawo poznać jej zawartość. Mimo to miał takie uczucie, jakby trzymał w ręku tykającą bombę. Wolnym ruchem odsunął list i spojrzał na znajdujące się pod nim kartki papieru. Z bijącym sercem i drżącymi rękami wpatrywał się w napisany niebieskim atramentem dokument, wiedząc, że jego treść wypełni mu następny rok życia, może nawet dwa.

OSTATNIA WOLA I TESTAMENT HENRY’EGO SETHA HUBBARDA

Ja, Seth Hubbard, lat 71, będąc w pełni sił umysłowych, choć obarczony więdnącym ciałem, niniejszym sporządzam swoją ostatnią wolę i testament.

1. Jestem mieszkańcem stanu Missisipi, mój oficjalny adres to Simpson Road 4498, Palmyra, okręg Ford, Missisipi.

2. Niniejszym unieważniam wszystkie wcześniejsze podpisane przeze mnie testamenty, zwłaszcza testament datowany 7 września 1987 roku, sporządzony przez Lewisa McGwyre’a z firmy prawniczej Rush w Tupelo, Missisipi, który to testament unieważniał z kolei mój poprzedni testament z marca 1985 roku.

3. Niniejszy testament jest dokumentem holograficznym, w którym każde słowo zostało napisane moją ręką, moim charakterem pisma i bez pomocy kogokolwiek innego. Dokument został przeze mnie własnoręcznie podpisany i datowany. Sporządziłem go bez świadków w moim gabinecie dnia 1 października 1988 roku.

4. Jestem w pełni władz umysłowych i posiadam pełną zdolność prawną do spisania testamentu. Nikt nie wy wiera ani nie stara się wywierać na mnie jakiegokolwiek nacisku.

5. Na wykonawcę mojego testamentu wyznaczam Russella Amburgha, zamieszkałego przy Ember Street 762, Temple, Missisipi. Pan Amburgh jako wiceprezes firmy holdingowej dysponuje pełną wiedzą na temat moich należności i zobowiązań. Polecam panu Amburghowi, by do realizacji postanowień niniejszego testamentu zaangażować mec. Jake’a Brigance’a, adwokata z Clanton, Missisipi, i powierzył mu pełną reprezentację moich interesów. Niniejszym oświadczam, że żaden inny adwokat z okręgu Ford nie ma prawa zajmować się moim majątkiem i nie wolno mu zarobić ani grosza na wykonawstwie niniejszego testamentu.

6. Mam dwoje dzieci: Herschela Hubbarda i Ramonę Hubbard Dafoe, oni zaś mają swoje dzieci. Nie wiem dokładnie ile, gdyż od pewnego czasu nie utrzymujemy kontaktów. Z dziedziczenia mojego majątku wyłączam w szczególności moje dzieci i wszystkie ich dzieci. Nie dostają nic. Nie znam prawniczego terminu na „wycięcie” kogoś z uczestniczenia w spadku, moją intencją jest jednak całkowite uniemożliwienie im, to znaczy moim dzieciom i ich dzieciom, otrzymania czegoś w spadku po mnie. Jeśli spróbują podważyć treść niniejszego testamentu i przegrają, życzę sobie, żeby w ramach nauczki za swoją chciwość ponieśli wszystkie koszty w postaci honorariów adwokackich i opłat sądowych.

7. Mam też dwie byłe żony, których imion nie wymienię. Ponieważ dostały niemal wszystko, czego chciały w postępowaniach rozwodowych, nic więcej im się nie należy.

Niniejszym obie zostają całkowicie wyłączone z udziału w spadku. Niech sczezną w bólu tak. jak ja.

8. Daję, przeznaczam, zapisuję, zostawiam (wszystko jedno, jak to się fachowo nazywa) dziewięćdziesiąt procent majątku mojej przyjaciółce Lette Lang, w podzięce za jej pełną poświęcenia opiekę i przyjaźń w ostatnich latach mojego życia. Jej pełne nazwisko brzmi Letetia Delores Tayber Lang, mieszka przy Montrose Road 1488, Box Hill, Missisipi.

9. Daję, przeznaczam itd. pięć procent majątku mojemu bratu Ancilowi F. Hubbardowi, o ile jeszcze żyje. Od wielu lat nie miałem z nim kontaktu, choć często o nim myślałem. Był zagubionym chłopcem, który zasłużył na coś więcej. Jako dzieci widzieliśmy coś, czego ludzkie oczy nigdy nie powinny oglądać, i to już na zawsze wywarło wpływ na jego życie. Jeżeli Ancil nie żyje, jego pięć procent wchodzi do pozostałej masy spadkowej.

10. Daję, przeznaczam itd. pięć procent majątku Chrześcijańskiemu Kościołowi Irlandzkiej Drogi.

11. Polecam wykonawcy mojego testamentu sprzedać dom, ziemię, dobytek osobisty i zakład drzewny pod Palmyrą po cenie rynkowej, zrobić to możliwie jak najszybciej i doliczyć uzyskane kwoty do reszty spadku.

Seth Hubbard

1 października 1988

Podpis był krótki i dość czytelny. Jake ponownie wytarł dłonie o spodnie i przeczytał jeszcze raz cały testament. Tekst mieścił się na dwóch kartkach, pismo było staranne, wiersze idealnie proste, jakby Seth przy pisaniu używał linijki.

Jake’owi cisnęły się do głowy dziesiątki pytań, z których najbardziej natarczywe brzmiało: kim, u diabła, jest Lettie Lang? A zaraz po nim, niemal równie uporczywe: co ona takiego zrobiła, by zasłużyć na dziewięćdziesiąt procent majątku? I dalej: jak duży jest ten majątek? Bo jeśli naprawdę ogromny, to ile z niego zje podatek spadkowy? No i oczywiste pytanie w tym kontekście: ile może wynieść honorarium adwokackie?

Jednak nim zdążyła zawładnąć nim chciwość, Jake ponownie przespacerował się po gabinecie. Czuł, jak buzuje w nim adrenalina i w głowie mu się kręci. Szykowała się cudowna prawnicza awantura. Jeśli rzeczywiście chodzi o duże pieniądze, niewątpliwie rodzina Setha weźmie do pomocy prawników, a ci z furią zaatakują jego ostatnią wolę. Choć sam nigdy nie uczestniczył w próbie podważenia testamentu, wiedział, że tego typu sprawy zwykle trafiają do sądu kanclerskiego2 i są rozpatrywane w obecności ławy przysięgłych. W okręgu Ford rzadko się zdarzało, by zmarły zostawiał po sobie znaczny majątek, jednak czasami ktoś w miarę zamożny umierał, nie zostawiwszy dyspozycji co do podziału majątku, lub pozostawiony testament budził wątpliwości. Dla miejscowych adwokatów były to wymarzone żniwa, banda prawników nie wychodziła z sądu, a spadek rozchodził się na honoraria adwokackie.

Jake ostrożnie włożył kopertę i trzy kartki do kartonowej teczki i zaniósł na dół, na biurko Roxy, której prezencja uległa niejakiej poprawie. Siedziała przy biurku, segregując poranną pocztę.

– Przeczytaj to – powiedział Jake. – Wolno i uważnie.

Zrobiła to, skończyła czytać i uniósłszy wzrok, parsknęła:

– Kurczę. Ale super początek tygodnia.

– Dla starego Setha nie tak bardzo. Zwróć uwagę, że przyszło to w dzisiejszej poczcie, trzeciego października.

– Zwróciłam. I co z tego?

– Bo daty mogą się okazać bardzo ważne w sądzie. Sobota, niedziela, poniedziałek.

– Czy to znaczy, że będę świadkiem?

– Może tak, może nie. Ale na wszelki wypadek trzeba wszystko zapamiętywać.

– Pan tu jest prawnikiem.

Jake zrobił po cztery kopie koperty, listu i testamentu. Jeden komplet dał Roxy do schowania w teczce akt najnowszej sprawy kancelarii prawnej Brigance’a, dwa włożył do zamykanej na klucz szuflady w swoim biurku. Odczekał do dziewiątej i wyszedł z biura z oryginałem i jednym kompletem kopii, informując Roxy, że idzie do sądu. W rzeczywistości wszedł do znajdującego się po sąsiedzku oddziału Security Bank i schował oryginały do firmowej skrytki bankowej.

* * *

Biuro Ozziego Wallsa mieściło się w budynku aresztu okręgowego, przysadzistym betonowym bunkrze dwie przecznice od rynku, zbudowanym za niewielkie pieniądze dekadę wcześniej. Przypominający narośl aneks z biurami szeryfa dobudowano później i wyposażono w tanie biurka, składane krzesełka i liche, strzępiące się na brzegach wykładziny dywanowe. Zwykle w poniedziałki rano, po weekendowych występach rozochoconych mieszkańców, panował tu wzmożony ruch. Wściekłe żony przyjeżdżały, by wykupić z aresztu skacowanych mężów, inne wpadały podpisać wnioski o zamknięcie mężów awanturników w areszcie. Po biurze kręcili się wystraszeni rodzice w oczekiwaniu na szczegóły przyłapania ich latorośli na zażywaniu narkotyków. Telefony dzwoniły częściej niż zwykle i częściej niż zwykle się zdarzało, że nikt ich nie odbierał. Funkcjonariusze zwijali się jak w ukropie, w biegu pogryzając pączki i siorbiąc mocną kawę. Nałożenie się na to zaskakującego samobójstwa tajemniczego biznesmena powodowało, że tego dnia panowało jeszcze większe zamieszanie niż zwykle.

Na końcu krótkiego korytarzyka, za grubymi masywnymi drzwiami z wykonanym ręcznie białym napisem OZZIE WALLS, SZERYF, OKRĘG FORD, mieścił się gabinet szeryfa. Drzwi były zamknięte, Ozzie, który tego ranka przyszedł wcześniej niż zwykle, już wisiał na telefonie. Dzwoniła rozhisteryzowana matka, której nieletniego syna przyłapano za kierownicą półciężarówki załadowanej znaczną ilością marihuany. Zatrzymano go w sobotę wieczorem nad jeziorem Chatulla, na terenie parku stanowego, gdzie kwitła przestępczość. Oczywiście syn był niewinny i matka upierała się, że chce przyjechać i zabrać go z aresztu.

Spokojnie, nie da się tak zaraz, tłumaczył Ozzie. Rozległo się pukanie do drzwi, szeryf przykrył dłonią słuchawkę i rzucił: „Tak?”.

Drzwi się uchyliły i w szparze pojawiła się głowa Jake’a Brigance’a. Ozzie przyjaźnie się uśmiechnął i kiwnął ręką, że ma wejść. Adwokat zamknął za sobą drzwi i usiadł na krześle przy biurku, a Ozzie powrócił do wyjaśniania matce, że wprawdzie jej syn ma dopiero siedemnaście lat, lecz został przyłapany na posiadaniu półtora kilograma narkotyku i nie można go wypuścić za kaucją bez zgody sędziego. Matka nie dawała się przekonać, szeryf skrzywił się i odsunął słuchawkę od ucha, po czym uśmiechnął się i pokręcił głową. Zawsze te same argumenty. Jake też już wielokrotnie je słyszał.

Ozzie przez chwilę jeszcze słuchał, obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy – czyli bardzo mało – i odłożył słuchawkę. Lekko uniósł się zza biurka i uścisnął Jake’owi rękę.

– Witam, mecenasie.

– Witaj, szeryfie.

Przez chwilę gadali o pierdołach, potem rozmowa zeszła na futbol. Ozzie grał krótko w Ramsach, karierę zawodniczą przerwała kontuzja kolana, ale nadal był zagorzałym kibicem tej drużyny. Jake – jak większość mieszkańców Missisipi – kibicował Saintsom, więc niewiele mieli sobie do powiedzenia. Cała ściana za plecami Ozziego była obwieszona pamiątkami futbolowymi: fotografiami, dyplomami, plakietkami, nagrodami. W połowie lat siedemdziesiątych, jako student Uniwersytetu Stanowego Alcorn, Ozzie grał w uniwersyteckiej reprezentacji Stanów Zjednoczonych i pieczołowicie hołubił pamiątki z tamtych lat.

Przy innej okazji i najlepiej w obecności większego audytorium – na przykład w gronie prawników w sali sądowej podczas przerwy w rozprawie – Ozzie mógłby zacząć opowiadać o tym, jak złamał Jake’owi nogę. Jake był wtedy niezbyt rosłym uczniem pierwszej klasy liceum i grał w drużynie Karaway na pozycji rozgrywającego. Jego szkoła była dużo mniejsza od szkoły w Clanton, ale jakoś tak się zwykle działo, że co roku jej drużyna nadziewała się w finale rozgrywek międzyszkolnych na drużynę z Clanton. Mecze powszechnie nazywano „podwórkową naparzanką”, a gra nigdy nie była wyrównana. W tamtym meczu Ozzie, główny obrońca Clanton, przez trzy kwarty paraliżował atak Karaway, by pod koniec czwartej ruszyć do przodu. Obrońcy Karaway, już poobijani i odpowiednio wystraszeni, próbowali nie zwracać uwagi na Ozziego, który bez pardonu staranował Jake’a, rozpaczliwie starającego się go zatrzymać. Ozzie zawsze potem twierdził, że słyszał chrupnięcie kości strzałkowej Jake’a, ten zaś utrzymywał, że nie słyszał nic poza rykiem atakującego Ozziego, który pędził na niego, tak jakby chciał go zmiażdżyć. W tej czy innej wersji, historia tego zderzenia odżywała w opowieściach co najmniej raz w roku.

Dziś był jednak poniedziałek rano, telefony nie przestawały dzwonić i obaj mieli co innego na głowie. Nie ulegało wątpliwości, że Jake nie przyszedł pogadać.

– Chyba zostałem zatrudniony przez Setha Hubbarda – oznajmił.

Szeryf zmrużył oczy i przyjrzał się przyjacielowi.

– Czasy, kiedy mógł kogoś zatrudniać, już się skończyły – mruknął. – Leży na stole u Magargela.

– Ty go odciąłeś?

– Powiedzmy, że byłem przy spuszczeniu go na ziemię. – Ozzie sięgnął po teczkę, wyjął trzy kolorowe fotografie dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów i przesunął po biurku. Jake podniósł je kolejno do oczu. Ujęcie od przodu, od tyłu, z prawego boku. Na wszystkich widniał Seth Hubbard wiszący w ulewnym deszczu, żałośnie martwy. Widok nie był przyjemny, ale Jake nie dał nic po sobie poznać. Wpatrywał się w groteskowo wykrzywioną twarz, próbując wygrzebać ją z pamięci.

– Nigdy w życiu go nie widziałem – rzekł w końcu. – Kto go znalazł?

– Jeden z jego pracowników. Wygląda na to, że Hubbard wszystko sobie zaplanował.

– Też tak myślę. – Jake sięgnął do kieszeni i położył kopie na biurku przed Ozziem. – Dostałem to w dzisiejszej poczcie. Jeszcze ciepłe. Pierwsza kartka to list do mnie. Na drugiej i trzeciej jest jego domniemany testament.

Ozzie przeczytał list, potem bez słowa go odłożył i zajął się testamentem. Skończywszy czytać, położył kartki na biurku i potarł sobie oczy.

– Rany – stęknął. – To jest autentyczne?

– Na pierwszy rzut oka tak. Ale nie wątpię, że rodzina będzie próbowała to podważyć.

– W jaki sposób?

– Zgłoszą mnóstwo zastrzeżeń. Że stary postradał zmysły, że ta kobieta miała na niego niedopuszczalny wpływ i przekonała go do zmiany testamentu. Wierz mi. Jeśli rzeczywiście chodzi 0 duże pieniądze, wytoczą ciężkie działa.

– Ta kobieta – powtórzył Ozzie, po czym uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Znasz ją?

– O tak.

– Biała czy czarna?

– Czarna.

Jake tego się spodziewał i słowa Ozziego ani go nie zaskoczyły, ani nie zmartwiły. Właściwie poczuł nawet coś w rodzaju ekscytacji. Bogaty biały mężczyzna sporządza w ostatniej chwili nowy testament i wszystko zapisuje czarnej kobiecie, która widocznie dużo dla niego znaczyła. Dojdzie do zażartej kłótni o treść testamentu przed ławą przysięgłych, a on znajdzie się w samym jej środku.

– Jak dobrze ją znasz? – spytał. Wiadomo było, że Ozzie zna każdego czarnego mieszkańca okręgu Ford. Wszystkich zarejestrowanych na listach wyborców i dopiero do tego dorastających; posiadających własną ziemię i żyjących na zasiłkach dla bezrobotnych; chcących pracować i unikających pracy; ciułających oszczędności i włamujących się do cudzych domów; chodzących co niedziela do kościoła i przesiadujących w spelunach.

– Znam ją – powtórzył Ozzie. – Mieszka pod Box Hill, w rejonie zwanym Małą Deltą.

– Przejeżdżałem tamtędy. – Jake kiwnął głową.

– Takie slumsy dla czarnych. Jest żoną niejakiego Simeona Langa, obiboka i próżniaka, który wciąż gdzieś znika. Albo jest w domu i nic nie robi, albo go nie ma.

– Nigdy nie natknąłem się na żadnych Langów.

– Tym lepiej dla ciebie. Kiedy jest trzeźwy, chyba pracuje jako kierowca ciężarówki i buldożera. Wiem, że parę razy pracował na platformie wiertniczej. Niestabilny. Czwórka dzieci, z czego jeden chłopak w więzieniu, jedna córka chyba w wojsku.

Lettie ma około czterdziestu pięciu lat. Jest z Tayberów, a tych nie ma tu zbyt wielu. On jest z Langów i tych jest niestety wszędzie pełno. Nie wiedziałem, że Lettie pracuje u Setha Hubbarda.

– Znałeś Hubbarda?

– Trochę. Na obie moje kampanie dał mi pod stołem po dwadzieścia pięć tysięcy dolców i nic nie chciał w zamian. Powiem więcej, przez pierwsze cztery lata wręcz mnie unikał. Spotkaliśmy się dopiero latem zeszłego roku, kiedy zbliżała się następna kampania wyborcza. Wręczył mi wtedy następną kopertę.

– I ty przyjąłeś?

– Nie podoba mi się twój ton, Jake – rzekł Ozzie z krzywym uśmiechem. – Tak, przyjąłem, bo chciałem wygrać. Nie mówiąc o tym, że wszyscy moi konkurenci też brali forsę. Tutejsza polityka to bezwzględna walka.

– Mnie to nie przeszkadza. Ile wynosił jego majątek?

– No cóż, twierdził, że jest znaczny. Ale nie wiem. To było zawsze owiane tajemnicą. Plotki mówią, że dużo stracił w trakcie rozwodu. Harry Rex oskubał go do cna. Od tamtej pory trzymał wszystko w tajemnicy.

– Mądry gość.

– Miał trochę ziemi i od zawsze działał w branży drzewnej. Ale poza tym nic więcej nie wiem.

– A jego dorosłe dzieci?

– Wczoraj około piątej po południu rozmawiałem z Herschelem Hubbardem, żeby mu przekazać smutną wiadomość. Mieszka w Memphis, ale dużo się od niego nie dowiedziałem. Powiedział, że powiadomi siostrę Ramonę i oboje się tu zjawią. Seth zostawił pisemne instrukcje w sprawie swojego pogrzebu. Jutro o szesnastej nabożeństwo w kościele, potem pogrzeb. – Ozzie przerwał i ponownie przebiegł wzrokiem list. – Trochę to okrutne, nie sądzisz? Seth chce, żeby rodzina najpierw opłakiwała go podczas pogrzebu, i dopiero potem się dowiedziała, że ich wszystkich wystrychnął na dudka.

– A ja myślę, że to piękne. – Jake zaśmiał się. – Wybierasz się na pogrzeb?

– Jeśli ty też pójdziesz.

– Załatwione.

Przez chwilę wsłuchiwali się w głosy i dzwonki telefonów za drzwiami. Obu czekały sprawy do załatwienia. Tyle było pytań bez odpowiedzi, tyle tragedii na wyciągnięcie ręki.

– Ciekawe, co oni widzieli. Seth z bratem–powiedział Jake. Ozzie pokręcił bezradnie głową na znak, że nic na ten temat nie wie.

– Ancil F. Hubbard – mruknął, zerkając na testament. – Jeśli chcesz, mogę spróbować go odszukać. Wpuszczę jego dane do sieci i sprawdzę, czy jest gdzieś notowany.

– Zrób to. Dzięki.

Zapadło kolejne milczenie, w końcu szeryf powiedział:

– Jake, posłuchaj, mam dziś mnóstwo pracy…

Adwokat zerwał się na równe nogi.

– Ja też – rzucił. – Dzięki. Zadzwonię później.