Czas przeszły - Lee Child - ebook + audiobook

12 osób właśnie czyta

Opis

Zazwyczaj przeciwnicy Reachera mają dwie pięści. Tym razem jednak będzie musiał bić się z przeszłością.

Reacher postanowił podążyć szlakiem zachodzącego słońca i przejechać z Maine do Kalifornii. Ale, jak zwykle, nie ujechał daleko. Przy leśnej drodze w Nowej Anglii widzi drogowskaz do miejsca, w którym nigdy nie był: miasteczka, gdzie mieszkał jego ojciec. Czym jest jeden dodatkowy dzień podróży? Dla Reachera niczym szczególnym. Kiedy Reacher przekracza granicę miasteczka Laconia, kilka kilometrów dalej dwojgu Kanadyjczykom psuje się samochód. Muszą zatrzymać się w odciętym od świata motelu, choć każda jego ściana zdaje się wołać do nich, żeby wynosili się stąd jak najszybciej. Ale samochód nie działa, a właściciele obiecują pomoc. Następnego ranka Reacher stara się dowiedzieć czegoś o rodzinnym domu. W archiwach Laconii nie ma jednak po nim śladu. Reacher będzie musiał wpakować się w niezłe kłopoty, żeby odnaleźć strzępy informacji o ojcu. Ale w znacznie gorszych tarapatach znajdzie się dwójka Kanadyjczyków. I Reacher dokona szokującego odkrycia: teraźniejszość może być ciężka do zniesienia, ale przeszłość też nie jest spokojna. Raczej zabójcza.

"Sztukmistrz sensacji!" - "Entertainment Weekly"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 59 min

Lektor: Tomasz Sobczak

Popularność


O książce

TYM RAZEM JACK REACHER STANIE TWARZĄ W TWARZ Z PRZESZŁOŚCIĄ.

ALE PRZECIWNIKÓW Z PIĘŚCIAMI I BRONIĄ, Z JAKĄ DOTĄD NIE MIAŁ DO CZYNIENIA, RÓWNIEŻ NIE ZABRAKNIE.

To miała być epicka podróż przez całe Stany – z wybrzeża Maine do San Diego. Wyprawa, jakiej Jack Reacher nie podejmował od lat. Nie zawędrował jednak daleko. Na rozwidleniu dróg zobaczył drogowskaz: Laconia. Nigdy tam nie był, ale nazwę zna dobrze – z rodzinnych dokumentów. Decyduje się więc przerwać podróż i zobaczyć miejsce, w którym urodził się jego ojciec.

W tym samym czasie, parę kilometrów dalej, dwójka młodych Kanadyjczyków z powodu awarii samochodu musi zatrzymać się w motelu na odludziu, gdzie zostają wplątani w dziwną grę, która z każdą godziną staje się coraz bardziej dramatyczna.

Tak dramatyczna, że Reacher z pewnością przyszedłby z pomocą, gdyby znał ich sytuację. Mimo że ma własne kłopoty. Bo tak to już z nim jest: wystarczy, że zatrzyma się gdzieś na dłużej, i mają go dosyć.

A on, choć lubi być w ruchu, nie cierpi, gdy ktoś próbuje go przepędzić.

LEE CHILD

Brytyjski pisarz, od 1998 r. mieszkający w Nowym Jorku. W 2009 r. wybrany na prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America. W Wielkiej Brytanii studiował prawo, potem pracował w teatrze i telewizji Granada. Zwolniony po 18 latach w wyniku restrukturyzacji, zainwestował w karierę literacką. W 1997 r. ukazała się jego pierwsza powieść – Poziom śmierci. Zdobyła Anthony Award za najlepszy debiut kryminalny i zapoczątkowała serię thrillerów ze wspólnym bohaterem, byłym żandarmem wojskowym Jackiem Reacherem, do której należą m.in.: Echo w płomieniach, Siła perswazji, Jednym strzałem (zekranizowane jako „Jack Reacher” z Tomem Cruise’em w roli tytułowej), Elita zabójców, Jutro możesz zniknąć, 61 godzin, Czasami warto umrzeć, Ostatnia sprawa, Nigdy nie wracaj (Tom Cruise ponownie wcielił się w Reachera w ekranizacji tej powieści), Zmuś mnie, Sto milionów dolarów czyNocna runda.

leechild.com

Tego autora

Jack Reacher

POZIOM ŚMIERCI

UPROWADZONY

WRÓG BEZ TWARZY

PODEJRZANY

ECHO W PŁOMIENIACH

W TAJNEJ SŁUŻBIE

SIŁA PERSWAZJI

NIEPRZYJACIEL

JEDNYM STRZAŁEMwydanie specjalne z opowiadaniem „Nowa tożsamość Jamesa Penneya”

BEZ LITOŚCI

ELITA ZABÓJCÓW

NIC DO STRACENIA

JUTRO MOŻESZ ZNIKNĄĆ

61 GODZIN

CZASAMI WARTO UMRZEĆ

OSTATNIA SPRAWAwydanie specjalne z opowiadaniem „Drugi syn”

POSZUKIWANY

NIGDY NIE WRACAJ

SPRAWA OSOBISTA

ZMUŚ MNIE

STO MILIONÓW DOLARÓW

ADRES NIEZNANY

NOCNA RUNDA

CZAS PRZESZŁY

oraz

NAJLEPSZE AMERYKAŃSKIE OPOWIADANIA KRYMINALNE 2010

(współautor)

Tytuł oryginału:

PAST TENSE

Copyright © Lee Child 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Jan Kraśko 2019

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Zdjęcia na okładce: © Dean Askin Photography/Getty Images (aleja drzew/front), © Alamy/BEW (mężczyzna/front), © Alamy/BEW (leśna droga/skrzydełko), Johnny Ring Photography (mężczyzna/skrzydełko)

Projekt graficzny okładki: Stephen Mulcahey

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-508-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

PamięciJohna Reginalda Granta (1924–2016)Normana Stevena Shirena (1925–2017)iAudrey Grant (1926–2017)

Jack Reacher

Imię i nazwisko: Jack Reacher Narodowość: amerykańska

Urodzony: 29 października 1960 roku w Berlinie

Charakterystyczne dane: 195 cm, 99–110 kg, 127 cm w klatce piersiowej

Kolor włosów: ciemny blond

Kolor oczu: niebieski

Ubranie: kurtka 3XLT, długość nogawki mierzona od kroku 95 cm

Wykształcenie: szkoły na terenie amerykańskich baz wojskowych w Europie i na Dalekim Wschodzie, Akademia Wojskowa West Point

Przebieg służby: 13 lat w Żandarmerii Armii USA, w 1990 roku zdegradowany ze stopnia majora do kapitana, zwolniony do cywila w randze majora w roku 1997

Odznaczenia służbowe: Srebrna Gwiazda, Medal za Wzorową Służbę, Medal Żołnierza, Legia Zasługi, Brązowa Gwiazda, Purpurowe Serce

Ostatni adres: nieznany

Czego nie ma: prawa jazdy, dokumentu ze zdjęciem, osób na utrzymaniu

1

W małym miasteczku na wybrzeżu Maine Jack Reacher schwytał ostatnie promienie letniego słońca, a potem, tak jak ptaki na niebie, rozpoczął długą wędrówkę na południe. Ale nie, nie brzegiem morza. Nie jak kacyki, trznadle, tyranki, lasówki czy kolibry o rubinowych gardziołkach. W przeciwieństwie do nich postanowił wziąć kurs na skos, na południowy zachód, z prawego górnego rogu kraju do lewego dolnego, może przez Syracuse, Cincinnati, Saint Louis, Oklahoma City i Albuquerque, a stamtąd jeszcze dalej, aż do San Diego. Gdzie, jak dla byłego wojskowego, takiego jak on, kręciło się trochę za dużo marynarzy, ale można było przyjemnie rozpocząć zimę.

Miała to być prawdziwie epicka podróż, wyprawa, jakiej nie podejmował od lat.

Nie mógł się już doczekać.

Nie zawędrował daleko.

• • •

Kilometr, może półtora kilometra od wybrzeża natrafił na wiejską drogę, więc stanął na poboczu z uniesionym kciukiem. Wysoki – w butach miał prawie sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu – potężnie zbudowany, z samych mięśni i kości, niezbyt przystojny, nie za dobrze ubrany i nieco zaniedbany, nie należał do tych, których chętnie się zabiera. Jak zwykle większość kierowców zwalniała, przyglądała się, po czym jechała dalej. Pierwszy, który gotów był zaryzykować – szczupły mężczyzna w średnim wieku – nadjechał po czterdziestu minutach, rocznym kombi subaru. Był w chinosach i wyprasowanej koszuli w kolorze khaki; pewnie ubierała go żona, bo na palcu miał obrączkę. Ale pod gatunkowymi spodniami i koszulą kryło się ciało robotnika. Gruba szyja, duże, czerwone kłykcie – sprawiał wrażenie lekko zaskoczonego tym, że jest biznesmenem, i wcale nie zachwyconego. Jak ktoś, pomyślał Reacher, kto zaczyna od kopania dziur w ziemi i kończy jako szef firmy zajmującej się stawianiem płotów i ogrodzeń.

Trafił w dziesiątkę. Już na początku rozmowy okazało się, że – nie licząc starego młotka stolarskiego ojca – facet zaczynał dosłownie z niczym, żeby po latach zostać właścicielem firmy budowlanej zatrudniającej czterdziestu pracowników i odpowiedzialnej za nadzieje i marzenia sporej grupy klientów. Zakończył swoją opowieść lekkim skrzywieniem twarzy, grymasem, z którego przebijały jankeska skromność i szczere zdumienie, miną z cyklu: Jakim cudem? Dbałość o szczegóły, pomyślał Reacher. Siedział obok niego ktoś, kto miał lekarstwo na wszystko, człowiek bardzo dobrze zorganizowany i sypiący starymi maksymami, ktoś o żelaznych poglądach, z których jeden mówił, że pod koniec lata lepiej się trzymać z dala zarówno od międzystanówki I-95, jak i od drogi numer jeden, co więcej, lepiej jest jak najszybciej dać nogę z Maine, czyli zboczyć z utartego szlaku na dwójkę, pojechać prosto do New Hampshire i zahaczyć o południowe przedmieścia Berlina, gdzie jest kilka bocznych dróg, którymi migiem dojadą do Bostonu. Bo tam właśnie jechał, na spotkanie w sprawie marmurowych blatów. Co Reacherowi w sumie odpowiadało. Równie dobrze mógł zacząć wędrówkę od Bostonu, nie widział w tym nic złego. Zupełnie nic. Mógł stamtąd pojechać prosto do Syracuse. A potem do Cincinnati przez Rochester, Buffalo i Cleveland. Może nawet przez Akron w Ohio. Bywał w gorszych miejscach. Głównie w wojsku, służbowo.

Ale nie dojechali do Bostonu.

Po pięćdziesięciu kilku minutach jazdy wyżej wspomnianymi bocznymi drogami New Hampshire mężczyzna odebrał telefon. Nawiasem mówiąc, nie przesadzał, bo drogi okazały się rzeczywiście dobre i jego plan miał ręce i nogi. Ruch? Żaden. Ani korków, ani objazdów. Cały czas pruli prawie setką, równo i bez wysiłku. Dopóki nie zadzwonił telefon. Był podłączony do radia i na ekranie nawigacji ukazało się czyjeś nazwisko z miniaturową fotografią w charakterze pomocy wizualnej, w tym przypadku zdjęciem rumianego mężczyzny w kasku budowlańca z podkładką do pisania w ręce. Pewnie brygadzisty. Kierowca dotknął przycisku i w samochodzie rozległ się głośny syk, ze wszystkich głośników naraz, jak w stereo do kwadratu.

– Oby to była dobra wiadomość – powiedział do lewego słupka.

Ale wiadomość była zła. Chodziło o inspektora z miejskiego wydziału budownictwa i o metalową okładzinę przewodu kominowego w kominku w holu wejściowym, szybu doskonale izolowanego, w stu procentach zgodnie z przepisami, sęk w tym, że nie można było tego sprawdzić wizualnie bez zrywania kamieniarki, w tej chwili na dwa piętra wysokiej, prawie ukończonej – za tydzień wchodziła tam ekipa tynkarzy – albo bez zrywania robionej na zamówienie stolarki z orzecha w jadalni po drugiej stronie szybu, albo rozpruwania palisandrowej stolarki w garderobie na piętrze, nad kominkiem, co byłoby jeszcze bardziej skomplikowane. Inspektor, uparty palant, miał to gdzieś i chciał zobaczyć wszystko na własne oczy.

Kierowca zerknął na Reachera i rzucił:

– Który to?

– Ten nowy – odparł budowlaniec w kasku.

– Wie, że dostanie indyka na Święto Dziękczynienia?

– Powiedziałem mu, że gramy w tej samej drużynie.

Kierowca znów zerknął na Reachera, jakby prosił go o pozwolenie albo przepraszał, a może prosił i jednocześnie przepraszał.

– Zaproponowałeś mu kasę?

– Pięć stów. Nie chciał wziąć.

Wtedy stracili zasięg. Brygadzista zabulgotał jak wrzucony do wody robot, a potem umilkł. Na ekranie nawigacji ukazał się napis, że komórka szuka zasięgu.

Jechali dalej.

– Po co komu kominek w holu wejściowym? – spytał Reacher.

– Robi ciepłą atmosferę.

– Kiedyś miał odstraszać, tak myślę. Jak ognisko u wejścia do jaskini. Żeby drapieżniki nie weszły.

– Muszę wracać – powiedział kierowca. – Bardzo mi przykro.

Zwolnili, zjechali na żwirowe pobocze i przystanęli. Samotni jak dwa kołki w płocie na zupełnym odludziu. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Komórka wciąż szukała sygnału.

– Tu pana wysadzę. Może być?

– Jasne – odrzekł Reacher. – Kawałek mnie pan podwiózł. Bardzo dziękuję.

– Nie ma za co.

– Czyja to garderoba?

– Klienta.

– Niech pan każe wyciąć tam dużą dziurę i pokaże ją inspektorowi. A potem niech pan przedstawi klientowi pięć rozsądnych powodów, dla których warto mieć w domu sejf. Bo taki typ na pewno chce mieć ścienny sejf. Może jeszcze o tym nie wie, ale ktoś, kto buduje kominek w holu wejściowym, prędzej czy później pomyśli o sejfie. W sypialni albo w garderobie. Na sto procent. Natura ludzka. Jeszcze pan na tym zarobi. Wybicie dziury trwa. Niech pan mu każe zapłacić za czas.

– Pan też w tym robi? – spytał kierowca.

– Kiedyś byłem żandarmem wojskowym.

– Hę? Nieźle.

Reacher wysiadł, zamknął drzwi i odszedł na bok, żeby facet mógł zawrócić, od żwirowego pobocza do żwirowego pobocza, tam i z powrotem, na kilka razy. Co też zrobił, po czym odjechał, ze smutkiem machnąwszy ręką, pewnie życząc mu w ten sposób powodzenia. Kiedy samochód zmalał w oddali, Reacher ruszył na południe, tam, dokąd zmierzał. Lubił iść naprzód. Nie zawsze przed siebie, lecz zawsze naprzód. Na drodze, dobrze utrzymanej, dość szerokiej dwupasmówce, było trochę zakrętów i wzniesień. Co dla współczesnego samochodu nie stanowiło żadnego problemu. Subaru spokojnie wyciągało tu setkę. Mimo to droga świeciła pustkami. Dosłownie. Nic nią nie nadjeżdżało, ani z jednej, ani z drugiej strony. Panowała kompletna cisza. W drzewach wzdychał jedynie wiatr, a pod nogami cichutko szemrał rozgrzany asfalt.

Reacher szedł przed siebie.

• • •

Trzy kilometry dalej droga skręcała w lewo, odbijając od odnogi skręcającej w prawo, identycznej pod względem szerokości i wyglądu. Właściwie to nawet nie skręcała. Dawała wybór. Klasyczne rozwidlenie w kształcie litery Y. Skręć kierownicą leciutko w lewo, skręć leciutko w prawo. Twoja decyzja. Obie drogi ginęły za drzewami tak potężnymi i gęstymi, że tworzyły tunel.

Stał tam znak drogowy.

Na przekrzywionej strzałce w lewo widniał napis PORTSMOUTH, a na równie przekrzywionej strzałce w prawo – LACONIA. Z tym że napis na strzałce w prawo, nieco mniejszej niż ta wskazująca w lewo, wykonano drobniejszymi literami, jakby Laconia liczyła się mniej niż Portsmouth. Jakby była zapadłą dziurą, choć do jednego i drugiego miasta prowadziły identyczne drogi.

Laconia w New Hampshire.

Reacher znał tę nazwę. Widział ją w różnych dokumentach rodzinnych, czasem ją przy nim wymieniano. Tam urodził się jego ojciec, tam mieszkał do chwili, gdy jako siedemnastoletni chłopak postanowił wstąpić do piechoty morskiej. Przynajmniej tak głosiła cokolwiek mętna legenda rodzinna. Po prostu uciekł, nie wiadomo, od czego czy przed kim. W każdym razie już tam nie wrócił. Ani razu. Reacher urodził się ponad piętnaście lat później, w czasach, kiedy Laconia była jedynie małym szczegółem dawno zapomnianej przeszłości, miejscem równie odległym jak Terytorium Dakoty, gdzie podobno mieszkali i pracowali jego przodkowie. Nikt z rodziny nigdy tam nie jeździł. Ani tu, ani tam. Żadnych wizyt czy odwiedzin. Dziadkowie zmarli młodo i w domu rzadko o nich wspominano. Ciotek, wujków, kuzynów czy dalekich krewnych Reacherowie najwyraźniej nie mieli. Co ze statystycznego punktu widzenia było mało prawdopodobne i sugerowało istnienie jakiejś luki. Ale ojciec, jedyne źródło wiarygodnych informacji, już nie żył, a kiedy jeszcze żył, nikt nie próbował ich z niego wyciągnąć. W rodzinach żołnierzy służących w piechocie morskiej o pewnych rzeczach po prostu się nie mówiło. Dużo później brat Reachera, Joe, już jako kapitan stacjonujący w jednostce na północy kraju, wspomniał, że być może spróbuje odnaleźć ich stary dom, lecz nic z tego nie wyszło. Reacher pewnie też czasem o tym wspominał. Nigdy jednak tam nie pojechał.

W lewo czy w prawo. Twoja decyzja.

Duży ruch, autostrady, autobusy – Portsmouth byłoby lepsze. Szybko dostałby się stamtąd do Bostonu. San Diego bardzo kusiło. Na północnym wschodzie robiło się coraz zimniej.

Z drugiej strony, cóż znaczy jeden dzień?

Skręcił w prawo, w drogę prowadzącą do Laconii.

• • •

Tego samego późnego popołudnia i w tym samym czasie, tylko inną drogą, pięćdziesiąt kilometrów dalej, jechała mocno przechodzona honda civic, którą prowadził dwudziestopięcioletni mężczyzna, Shorty Fleck. Obok niego siedziała dwudziestopięcioletnia kobieta, niejaka Patty Sundstrom. Byli parą i oboje urodzili się i wychowali w Saint Leonard, małym, odległym miasteczku w kanadyjskim Nowym Brunszwiku. Niewiele się tam działo. Do największej sensacji doszło przed dziesięciu laty, kiedy ciężarówka wioząca dwanaście milionów pszczół przewróciła się na zakręcie. Miejscowa gazeta z dumą doniosła, że był to pierwszy tego rodzaju wypadek w Nowym Brunszwiku. Patty, wnuczka mieszkańca Minnesoty, który pół wieku wcześniej uciekł na północ, żeby uniknąć poboru do wojska i Wietnamu, pracowała w tartaku. Shorty uprawiał ziemniaki. Jego rodzina mieszkała w Kanadzie od zawsze. I chociaż mówili na niego Krótki, wcale nie był niski. Może kiedyś, jako mały chłopiec. Uważał, że dla postronnego obserwatora jest teraz średnio przystojnym facetem.

Jechali z Saint Leonard do Nowego Jorku. I chcieli jechać tam non stop. Czysty hardkor, ale hardkor bardzo korzystny. Mieli coś do sprzedania i oszczędzając na hotelu, zarobiliby więcej. Żeby uniknąć fali wracających znad morza wczasowiczów, starannie zaplanowali całą trasę, rozpracowali wszystkie boczne drogi i objazdy na zachód; Patty z kołkowatym palcem na mapie, czujnie wypatrywała następnego skrętu i znaku. Zsumowali kilometry na papierze i wyszło im, że rzecz jest wykonalna.

Z tym że wyjechali później, niżby chcieli, przez ogólny bałagan, ale przede wszystkim dlatego, że stary akumulator hondy odmówił współpracy na jesiennym chłodzie, który nadciągnął wraz z wiatrem wiejącym od Wyspy Księcia Edwarda. Spóźnieni, długo czekali w kolejce na granicy, a potem honda zaczęła się przegrzewać, więc musieli zwolnić do osiemdziesiątki i jechać tak parę godzin.

Byli zmęczeni.

I głodni, i spragnieni, i spóźnieni, no i chciało im się sikać. Byli też sfrustrowani. Silnik hondy znów się przegrzewał. Wskaźnik temperatury muskał czerwoną kreskę. Coś zgrzytało pod maską. Może mieli za mało oleju. Nie mogli tego sprawdzić, bo od dwóch i pół roku wszystkie lampki na desce rozdzielczej świeciły się na czerwono.

– Co jest przed nami? – spytał Shorty.

– Nic – odparła Patty, sunąc czubkiem palca po opatrzonej trzycyfrowym numerem krętej czerwonej linii, biegnącej z północy na południe przez wystrzępiony bladozielony placek. Teren lesisty. Co potwierdzał rozciągający się za oknem widok. Z lewej i prawej strony napierały na nich drzewa, ciemne i nieruchome, ciężkie od wczesnojesiennych liści. Tu i ówdzie widziała na mapie krótkie czerwone linie, cieniutkie jak pajęcza nić albo jak żyłki na nodze wiekowej staruszki, drogi, które dokądś prowadziły, ale na pewno nie do miasta czy choćby wsi, gdzie mogliby znaleźć mechanika, zmienić olej albo dolać wody do chłodnicy. Najpewniejszym kandydatem było coś leżącego pół godziny jazdy dalej, miasto, którego nazwę wypisano dość dużymi, lekko pogrubionymi literami, co znaczyło, że jest tam przynajmniej stacja benzynowa. Laconia. – Damy radę zrobić jeszcze trzydzieści dwa kilometry? – spytała.

Wskaźnik temperatury wszedł już na czerwone pole.

– Może – odparł Shorty. – Pod warunkiem że ostatnie trzydzieści przejdziemy piechotą.

Zwolnił jeszcze bardziej i jechał teraz, prawie nie dodając gazu, dzięki czemu silnik mniej się grzał, ale co powodowało, że do chłodnicy wpadało na tyle mało świeżego powietrza, że prawie nie wypierało spod maski tego gorącego. Skutek? Wskaźnik temperatury wciąż pełznął w górę. Oceniwszy ich prędkość, Patty przesunęła palec nieco wyżej. Po prawej stronie drogi widniała kolejna czerwona żyłka. Cieniutka kreseczka biegnąca przez zieleń do czegoś leżącego dwa i pół centymetra dalej. Bez świstu powietrza wpadającego przez nieszczelne okno wyraźnie słyszała dochodzące z silnika odgłosy. Stuki, brzdęki, zgrzyty – robiło się coraz gorzej.

Po chwili po prawej stronie szosy zobaczyła skręt w wąską drogę. Czerwona żyłka, w samą porę. Z tym że droga nie wyglądała jak droga, tylko jak tunel. Ciemny tunel utworzony przez stykające się ze sobą korony drzew. Na omszałym słupie wisiała tablica, do której przymocowano kilka ozdobnych plastikowych liter i strzałkę. Litery układały się w słowo Motel.

– Skręcamy? – spytała.

Odpowiedział samochód. Wskaźnik temperatury dotarł już do końca czerwonego pola. Shorty miał gorące nogi, smażyła się komora silnika. Zastanawiał się przez sekundę, co by było, gdyby pojechali dalej. Podobno silniki wybuchają wtedy i się topią. Ale pewnie tak się tylko mówi. Nie byłoby kałuż płynnego metalu ani żadnej eksplozji. Silnik po prostu by zdechł, i już, po cichu i spokojnie. Albo by się zatarł. Albo zacząłby łagodnie zwalniać i w końcu na dobre by stanął.

Rzecz w tym, że jechali przez zupełne pustkowie, gdzie nie było żadnych samochodów i gdzie komórka nie łapała sygnału.

– Nie mamy wyboru. – Zahamował i skręcił. Z bliska okazało się, że plastikowe litery na tablicy pomalowano na złocisty kolor, cienkim pędzelkiem i wprawną ręką, jakby motel był przybytkiem wysokiej klasy, piękną obietnicą. Identyczna tablica wisiała na słupie naprzeciwko, tak żeby widzieli ją kierowcy nadjeżdżający z drugiej strony.

– To jak? – spytał Shorty. – Okej?

W tunelu było chłodno. Dobre dziesięć stopni chłodniej niż na szosie. Na poboczach w błocie z zeszłorocznej zimy leżały zgniłe liście z zeszłej jesieni.

– Okej? – powtórzył Shorty.

Przejechali przez kabel leżący w poprzek drogi. Gruby i obciągnięty gumą, niewiele cieńszy od węża ogrodowego. Taki, przez jakie przejeżdża się na stacjach benzynowych, żeby zadzwoniło i człowiek w budynku wiedział, że ma wyjść i ci pomóc.

Patty nie odpowiedziała.

– Przecież nie może być tak źle – dodał Shorty. – Jest na mapie.

– Droga też.

– I mają ładny szyld.

– Fakt – zgodziła się z nim Patty.

Pojechali dalej.

2

Drzewa chłodziły i odświeżały powietrze, więc szedł z prędkością prawie sześciu i pół kilometra na godzinę, co przy długości jego nóg oznaczało dokładnie osiemdziesiąt osiem kroków na minutę, a ponieważ osiemdziesiąt osiem równych uderzeń butami w ziemię to rytm wielu wspaniałych kawałków muzycznych, czas szybko płynął. Po trzydziestu minutach, trzech kilometrach i siedmiu odegranych w głowie klasycznych hitach usłyszał z tyłu dźwięk rzeczywisty i odwróciwszy się, zobaczył starego pick-upa, który zmierzał ku niemu bokiem, niczym wielki krab, ponieważ każde koło chciało jechać w inną stronę.

Uniósł kciuk.

Pick-up przystanął. Starszy mężczyzna z długą białą brodą przechylił się nad siedzeniem pasażera i opuścił szybę.

– Jadę do Laconii.

– A ja idę – powiedział Reacher.

– No i dobra.

Reacher wsiadł i zamknął okno. Ruszyli i kołysząc się na boki, powoli nabrali prędkości.

– Pewnie powie pan zaraz, że powinienem zmienić opony – powiedział staruszek.

– Całkiem możliwe.

– W moim wieku unika się dużych inwestycji. Inwestować w przyszłość? Po co? Czy ja w ogóle jakąś mam?

– To błędne koło. Bardziej błędne niż wszystkie pańskie razem.

– Właściwie to rama jest krzywa. Miałem wypadek.

– Kiedy?

– Prawie dwadzieścia trzy lata temu.

– Więc dla pana to normalne.

– Nie pozwala mi przysnąć.

– Skąd pan wie, jak kręcić kierownicą? – spytał Reacher.

– Można przywyknąć. Wsiadasz pan i sterujesz jak żaglówką. Po co jedzie pan do Laconii?

– Przejeżdżałem tędy. Mój ojciec się tam urodził. Chciałem zobaczyć miasto.

– Jak się pan nazywa?

– Reacher.

Staruszek pokręcił głową.

– W Laconii? Nie znam, nie słyszałem.

• • •

Okazało się, że droga rozwidlała się nie bez powodu. Powodem tym było jezioro na tyle szerokie, że kierowcy jadący z północy na południe musieli wybierać: prawy brzeg lub lewy. Oni, wciąż zataczając się i trzęsąc, wybrali prawy, z technicznego punktu widzenia dość stresujący, choć wizualnie piękny – widok był naprawdę oszałamiający, zwłaszcza w zachodzącym słońcu. W końcu wjechali do miasta. Było większe, niż Reacher się spodziewał. Gęsto zabudowane i zamożne. Piętnaście, dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Siedziba władz hrabstwa. Ceglane domy, porządnie utrzymane staroświeckie uliczki tonące w blasku czerwonego słońca – poczuł się jak na planie starego filmu.

Pick-up zachwiał się, zadygotał i stanął na rogu ulicy w centrum.

– Oto i nasze miasto – powiedział staruszek.

– Dużo się tu zmieniło? – spytał Reacher.

– Tutaj? Niewiele.

– Zawsze myślałem, że jest mniejsze.

– We wspomnieniach wszystko jest zwykle większe.

Reacher podziękował mu za podwózkę, wysiadł i długo odprowadzał samochód wzrokiem, patrząc, jak każde koło z piskliwym uporem utrzymuje, że pozostałe trzy nie mają racji. Potem odwrócił się i przeszedł kilka ulic, żeby zorientować się, gdzie co jest, zwłaszcza dwa konkretne miejsca, od których chciał zacząć nazajutrz rano, i dwa, które wymagały uwagi już teraz, czyli bar, gdzie mógłby coś zjeść, i hotel, gdzie mógłby się przespać.

Jedno i drugie znalazł w historycznym centrum miasta. Zdrowe jedzenie, restauracyjki nie szersze niż na dwa stoły. Moteli nie było, było za to mnóstwo gospód i pensjonatów ze śniadaniem. Zjadł w kiszkowatym bistrze, bo przez okno uśmiechnęła się do niego kelnerka. Była chwila zakłopotania, kiedy przyniosła zamówienie, coś w rodzaju sałatki z rostbefem, którą uznał za najbardziej odżywczą, ale okazało się, że porcja jest malutka. Poprosił więc o drugą, na większym talerzu. Początkowo kelnerka źle go zrozumiała. Myślała, że z pierwszą jest coś nie tak. Albo że zaserwowała ją na złym talerzu. Albo jedno i drugie. Załapała dopiero po chwili. Gość jest głodny. Chce podwójną porcję. Spytała, czy życzy sobie coś jeszcze. Zażyczył sobie większego kubka do kawy.

Potem wrócił do gospody, którą widział w bocznej uliczce w pobliżu urzędów miejskich. Mieli wolny pokój. Wakacje już się skończyły. Zapłacił – całkiem sporo – za coś, co właściciel nazywał apartamentem, ale co według Reachera było upstrzonym kwiecistymi wzorami pokojem z kanapą i łóżkiem zawalonym puchowymi poduszkami. Zrzucił je na podłogę i włożył spodnie pod materac, żeby się wyprasowały. Potem wziął długi gorący prysznic, położył się i zasnął.

• • •

Tunel miał ponad trzy kilometry długości. Patty sunęła palcem po mapie, śledząc jego kształt. Koła hondy toczyły się powoli po szarym asfalcie, bardzo dziurawym, bo w wielu miejscach nawierzchnię całkowicie zmyła woda, żłobiąc płytkie dziury wielkości stołu bilardowego, w których prześwitywał prążkowany beton albo żwir, ale w większości pełne liści wciąż mokrych po wiosennych roztopach, ponieważ ciemnozielony baldachim był gęsty i jednolity, nie licząc miejsca, gdzie na przestrzeni dwudziestu kilku metrów nie rosło ani jedno drzewo i gdzie zobaczyli fragment jasnoróżowego nieba. Wąski kawałek innego rodzaju gleby? A może nagły uskok w skalnym podłożu albo jakaś hydrauliczna osobliwość, brak wody lub jej nadmiar. Jasnoróżowy wycinek nieba szybko został za nimi i znów zniknęli w ciemnym tunelu. Shorty jechał powoli, żeby nie dobijać amortyzatorów i oszczędzać silnik. Zastanawiał się, czy nie powinien włączyć świateł.

Po pewnym czasie zielony baldachim znów się przerzedził, zapowiadając, że prześwitów będzie coraz więcej, jakby mieli przed sobą dużą polanę, jakby dokądś dojeżdżali. W oddali droga wychodziła spomiędzy drzew i prostą linią przecinała niecały hektar płaskiej łąki, jak cienka, szara wstążka, raptem zupełnie naga i wystawiona na ostatnie światło dnia. Biegła w kierunku trzech sporych drewnianych budynków stojących jeden za drugim na długim, łagodnym zakręcie w prawo. Pierwszy dzieliło od ostatniego pięćdziesiąt metrów, tak na oko, a wszystkie były pomalowane czerwonobrązową farbą i wykończone jaskrawą bielą. Na tle zielonej trawy wyglądały jak klasyczne nowoangielskie domy.

Najbliższy okazał się motelem. Niski, długi, obity czerwonobrązowymi deskami, o spadzistym dachu pokrytym szarym asfaltowym gontem, był jak obrazek w książce dla dzieci. W elementarzu. M jak motel. W pierwszym oknie świecił się czerwony neon: Recepcja. Obok recepcji były żaluzjowe drzwi do jakiegoś magazynu czy przechowalni, potem drzwi z numerem i zaopatrzone w roletę szerokie okno, pod którym stały trzy plastikowe fotele ogrodowe, kolejne drzwi, kolejne okno, i tak dalej, aż do końca budynku. Wzór się powtarzał. W sumie naliczyli dwanaście pokoi, jeden obok drugiego. Ale nie stał przed nimi ani jeden samochód. Przed żadnym, jakby motel świecił pustkami.

– No i co?

Patty nie odpowiedziała. Shorty zatrzymał samochód. Dalej stał drugi budynek, krótszy od motelu, lecz o wiele wyższy i szerszy. Coś w rodzaju stodoły. Ale stodoły bez zwierząt. W oczy rzucało się to, że prowadząca do drzwi betonowa rampa lśniła czystością. Mówiąc bez ogródek, że nie walało się na niej gówno. Nie, to był chyba warsztat. Parkowało przed nim dziewięć quadów, maszyn podobnych do motocykla, tylko wyposażonych w cztery grube koła. Stały rzędami po trzy w jednym, równiutko, jak na wystawie.

– Może to hondy – rzuciła Patty. – I ktoś z obsługi będzie umiał naprawić nasz wóz.

Trzeci i ostatni budynek wyglądał jak zwykły dom, tyle że bardzo duży. Opasywała go weranda, na której stały bujane fotele.

Shorty podjechał nieco bliżej i znów zahamował. Asfalt kończył się płytkim uskokiem. Dziesięć metrów przed pustym parkingiem. Za chwilę mieli wjechać na teren utrzymywany przez właściciela motelu i wprawnym okiem rolnika uprawiającego ziemniaki ocenił, że jest to plac pokryty w równej części żwirem i błotem, pełen chwastów zarówno żywych, jak i dawno uschniętych. Natychmiast wypatrzył co najmniej pięć, których wolałby nie widzieć na swoim polu.

Koniec asfaltu był jak próg. Jak ostateczna decyzja.

– No i co? – powtórzył.

– Pusto tu – odparła Patty. – Nie ma gości. To nie dziwne?

– Już po sezonie.

– Tak nagle, jak za pstryknięciem palcami?

– Hotelarze zawsze na to narzekają.

– To odludzie.

– Dobre miejsce na krótki wypad za miasto. Spokój i cisza.

Patty długo milczała.

– W takim razie chyba okej.

– Moim zdaniem to albo nic.

Patty powiodła wzrokiem po motelu, od lewej do prawej. Klasyczne proporcje, solidny dach, gruby szalunek, świeża farba. Dobrze utrzymany, bez żadnych krzykliwych akcentów. Solidny. Jak w Kanadzie.

– Rozejrzyjmy się – zdecydowała.

Zjechali z asfaltu. Honda podskoczyła i z głośnym klekotem potoczyła się po nierównym parkingu w stronę recepcji. Shorty wyłączył silnik. Początkowo nie chciał, ale wyłączył. Tak było bezpieczniej. Na wypadek gdyby silnik się stopił i eksplodował. Jeśli nie odpali, cóż, szkoda. I tak dobijał już tam, gdzie dawno powinien był dobić. W razie czego zawsze mogli wynająć pokój. Wieźli wielki kufer pełen rzeczy, które zamierzali sprzedać. Ale kufer mógł zostać w samochodzie. Poza tym nie mieli zbyt wiele do noszenia.

Wysiedli i weszli do recepcji. Za ladą siedział mężczyzna. W wieku jego i Patty, może parę lat starszy. Ładnie opalony, miał starannie uczesane krótkie, jasne włosy, niebieskie oczy, bielutkie zęby i przyklejony do ust uśmiech. Ale trochę do tego miejsca nie pasował. W pierwszej chwili Shorty pomyślał, że znalazł się tu jak te dzieciaki w Kanadzie, które bogaci rodzice wysyłają latem do jakiejś głupiej roboty na zadupiu, żeby wzbogaciły swoje CV, poszerzyły horyzonty albo się odnalazły. Takie tam bzdety. Ale ten był na to pięć lat za stary. I powitał ich z miną gospodarza mówiącą: Witajcie w moim domu. Jakby należał do niego motel i cała reszta.

Może i tak było.

Patty powiedziała, że chcą wynająć pokój, i spytała, czy ktoś od tych quadów nie mógłby zerknąć na ich samochód. Jeśli nie, to poprosiliby o numer do dobrego mechanika. Najlepiej takiego z lawetą.

Mężczyzna uśmiechnął się i spytał:

– A co się stało?

Mówił jak na filmie, jak młody makler z Wall Street, taki w garniturze i krawacie. Z niezachwianą pewnością siebie. Pewnie pijał na co dzień szampana. Chciwość popłaca. Rolnicy uprawiający ziemniaki nie przepadają za takimi typami.

– Silnik się przegrzewa – odparła Patty. – I wydaje dziwne odgłosy… stuka, klekocze.

Mężczyzna posłał jej inny uśmiech, skromny, lecz władczy uśmiech młodego pana wszechświata.

– W takim razie trzeba go obejrzeć. Wygląda na to, że brakuje chłodziwa albo oleju. Łatwo to naprawić, chyba że coś przecieka. Wtedy wszystko zależałoby od tego, jakich potrzeba części. Niewykluczone, że uda nam się jakąś dopasować. A jeśli nie, znamy kilku dobrych mechaników. Tak czy inaczej, najpierw trzeba zaczekać, aż silnik ostygnie. Proszę zaparkować przed pokojem, a rano zajrzymy pod maskę.

– Rano, to znaczy o której? – spytała Patty, martwiąc się, że są już bardzo spóźnieni. Jednocześnie pomyślała, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

– Wstajemy o wschodzie słońca – odrzekł mężczyzna.

– Ile kosztuje pokój?

– Święto Pracy mamy już za sobą, a ci, którzy przyjeżdżają tu fotografować jesienne liście, jeszcze nie ściągnęli, więc… powiedzmy, że pięćdziesiąt dolarów.

– Dobrze – zdecydowała Patty, chociaż dobrze wcale nie było. Ale znów pomyślała o zębach darowanego konia i o tym, co powiedział Shorty, że to albo nic.

– Damy państwu pokój numer dziesięć. Pierwszy, który odnowiliśmy. I szczerze mówiąc, jak na razie jedyny. Będziecie państwo pierwszymi mieszkańcami. Mamy nadzieję, że wyświadczycie nam ten zaszczyt.

3

Reacher obudził się minutę po trzeciej w nocy. Gwałtownie, natychmiast, jak za pstryknięciem włącznika, i tak dalej, wszystkie te oklepane frazesy. Nie poruszył się. Nie napiął nawet mięśni rąk i nóg. Po prostu leżał, patrząc w ciemność, nasłuchując i próbując się maksymalnie skupić. Wyuczona reakcja? Nie. Prymitywny instynkt, który ewolucja wstrzyknęła głęboko w tylną część mózgu. Był kiedyś na południu Kalifornii. Mocno spał przy oknach szeroko otwartych na piękną noc i nagle się obudził, natychmiast, gwałtownie, jak za pstryknięciem włącznika, bo poczuł we śnie słaby zapach dymu. Nie papierosowego ani buchającego z płonącego budynku, tylko dymu z pożaru szalejącego na zboczu wzgórza ponad sześćdziesiąt kilometrów dalej. Węch pierwotny. Jak kiedyś, w obliczu ognia rozchodzącego się błyskawicznie po pradawnej sawannie. To, czyi przodkowie przeżyli, zależało od tego, kto obudził się najszybciej i najszybciej uciekł. I tak przez paręset pokoleń.

Teraz jednak nie poczuł dymu. Nie minutę po trzeciej nad ranem. Nie w tym pokoju. Więc co go obudziło? Na pewno nie widok, dotyk czy smak, bo zasłony były zaciągnięte, a on leżał w łóżku sam, z zamkniętymi oczami i pustymi ustami. Pozostawał dźwięk. Coś usłyszał.

Czekał na powtórkę. Ale słuch to ewolucyjna pięta achillesowa. Nieukończony produkt. Wytwór wciąż działający dwustopniowo. Najpierw cię budzi, a potem mówi, co się dzieje. Lepiej by było, gdyby robił to jednocześnie, od razu.

Nie słyszał nic. Istnieje niewiele dźwięków, które kiedyś doskonale rozpoznawał jaszczurczy mózg. Ciche kroki czy syczenie pradawnego drapieżnika? Mało prawdopodobne. Najbliższa leśna gałązka, na którą można by nastąpić i ze złowieszczym trzaskiem złamać, leżała kilkanaście kilometrów za miastem. Ukryty w korze mózgowej prymitywny ośrodek strachu jest pobudzany obecnie przez bardzo niewiele rzeczy. A już na pewno nie przez odgłosy z królestwa dźwięków. Te nowsze mózg analizuje gdzie indziej, w swojej przedniej części, wyczulonej na wszelkiego rodzaju szmery czy kliknięcia towarzyszące współczesnym zagrożeniom, nie jest ona jednak na tyle dominująca i kompetentna, żeby obudzić kogoś z głębokiego, spokojnego snu.

Więc co go właściwie obudziło? Jedynym prawdziwie prastarym dźwiękiem było wołanie o pomoc. Krzyk albo błaganie. Nie współczesny wrzask, okrzyk radości czy rechotliwy śmiech. Coś bardziej prymitywnego. Ktoś zaatakował moje plemię. Na skraju obozowiska. Pierwszy system wczesnego ostrzegania.

Ale Reacher nie usłyszał nic więcej. Powtórki nie było. Wstał i przez chwilę nasłuchiwał pod drzwiami. Nic. Wziął poduszkę i zasłonił nią judasza. Wciąż nic, żadnej reakcji. Nikt nie strzelił mu w oko. Wyjrzał. I zobaczył jasny pusty korytarz.

Rozsunął zasłony i wyjrzał przez okno. Nikogo. Tylko wyludniona ulica, ciemna i cicha. Wrócił do łóżka, ubił poduszkę i zasnął.

• • •

Patty też obudziła się minutę po trzeciej. Spała cztery godziny, lecz minutę po trzeciej do snu wdarł się jakiś dziwny podświadomy niepokój, który kazał jej otworzyć oczy. Źle się czuła, gdzieś w głębi, a przecież powinna czuć się dobrze. Po części martwiło ją to spóźnienie. Wiedziała, że w najlepszym razie dotrą na miejsce dopiero w połowie dnia. A połowa dnia to nie najlepsza pora na handel. No i te pięćdziesiąt dolarów za pokój. I zepsuty samochód. Naprawa może kosztować majątek. Jeśli okaże się, że trzeba coś tam wymienić. Albo dopasować. Samochody są dobre, dopóki nie nawalą. Ale przecież kiedy wyszli z recepcji, silnik odpalił. Recepcjonista nie sprawiał wrażenia zmartwionego. Miał krzepiącą minę. I nie wszedł z nimi do pokoju. Za co też dała mu plus. Nie znosiła, kiedy ktoś się jej narzucał, pokazywał, gdzie jest włącznik i łazienka, oceniał wzrokiem jej rzeczy i służalczo czekał na napiwek. Recepcjonista tego nie zrobił.

Mimo to nie czuła się najlepiej. Nie wiedziała dlaczego. Pokój był ładny. I rzeczywiście świeżo odnowiony, w każdym zakamarku. Nowe płyty gipsowe na ścianach i suficie, nowe wykończenia, nowa wykładzina, świeża farba. Ale nic nadzwyczajnego. Z pewnością nie ekstrawaganckiego. Pewnie kropka w kropkę to samo, co było tu przedtem, tylko świeżutkie, gładkie i solidne, jak spod igły. Klimatyzacja chodziła i chłodziła, w dodatku cichutko. Pod ścianą stał płaski telewizor. Okno musiało być drogie, bo miało dwie grube szyby i roletę między nimi. Nie ciągnęło się za sznurek, żeby ją podnieść czy opuścić. Naciskało się guzik. Tak, nie szczędzili pieniędzy. Jedyny problem polegał na tym, że się nie otwierało. Okno. Co na pewno zdenerwowałoby ją podczas pożaru. Poza tym lubiła odetchnąć świeżym powietrzem, zwłaszcza nocą. Ale ogólnie rzecz biorąc, pokój był jak najbardziej w porządku. Lepszy niż większość tych, jakie widziała. Pięćdziesiąt dolarów. Pewnie nawet nie przepłacili.

Jednak coś nie dawało jej spokoju. W pokoju nie było telefonu, a komórka wciąż nie łapała sygnału, więc pół godziny po tym, jak dostali klucze, poszli do recepcji, żeby zamówić coś gorącego przez telefon stacjonarny. Lecz siedzący tam facet uśmiechnął się z ubolewaniem i powiedział, że bardzo mu przykro, ale z miasta niczego tu nie dowożą, bo motel jest za daleko. Nikt nie chce przyjeżdżać. Dodał, że większość gości wsiada po prostu do samochodu i jedzie do jakiejś restauracji czy jadłodajni. Shorty omal nie dostał szału. Bo odebrał to tak, jakby tamten mu dopiekł, mówiąc, że większość gości ma sprawne samochody. Może przez ten pełen współczucia uśmiech. Ale potem recepcjonista zawołał: Moment, przecież mamy pizzę w zamrażarce! Może przyjdziecie do nas na kolację?

Kolacja była dziwna. Mroczny, stary dom, ona, Shorty, recepcjonista i trzech innych mężczyzn w jego wieku. Wyglądali tak samo jak on, nadawali na tych samych falach, jakby wszyscy czterej wypełniali jakąś misję. I wszyscy czterej byli dziwnie podenerwowani. Po kilku minutach rozmowy doszła do wniosku, że są spłukanymi wspólnikami, którzy zainwestowali w to samo przedsięwzięcie, pewnie w motel. Że kupili go i próbują rozkręcić interes. Ale wszyscy byli niezwykle grzeczni, uprzejmi i rozmowni. Recepcjonista miał na imię Mark. A pozostali – Robert, Steven i Peter. Najpierw wypytywali ich o życie w Saint Leonard, całkiem inteligentnie. Potem o ich zwariowaną wyprawę do Stanów. Shorty znów omal nie dostał szału. Myślał, że mają go za głupka, bo wyruszył w drogę niesprawnym samochodem. Ale Peter, ten od quadów, powiedział, że zrobiłby dokładnie to samo, z czysto statystycznych powodów. Honda jeździła bez awarii wiele lat. Dlaczego miałby zakładać, że nagle przestanie? Wszystko przemawiało za tym, że spokojnie dowiezie ich do celu podróży. Jak dotychczas.

Po kolacji pożegnali się, wrócili do pokoju numer dziesięć i poszli spać. Ale cztery godziny później Patty obudziła się podenerwowana. Coś jej nie pasowało i nie wiedziała dlaczego. A może jednak wiedziała. Może po prostu nie chciała się do tego przyznać. Może o to chodziło. Bo tak, w głębi serca była zła na Shorty’ego. Nie sprawdził samochodu. Dureń. Głupek głupszy niż jego kartofle. Nie mógł wyłożyć kilku dolarów? Bo ile kosztowałaby wymiana oleju, w dodatku z kuponem rabatowym? Na pewno mniej niż pięć dych, które musieli zapłacić za pokój. No i dokuczał jej potem, mówiąc, że to dziwny motel i prowadzą go dziwni ludzie, co ich skonfliktowało, bo naprawdę uważała, że Mark, Robert, Steven i Peter są bardzo mili i niczym rycerze w lśniących zbrojach ratują ją z opresji, tarapatów, w które wpędził ją wyłącznie on, rolnik uprawiający ziemniaki, zbyt głupi, żeby przed wyruszeniem w podróż sprawdzić samochód. W podróż bardzo długą, liczącą prawie dwa tysiące kilometrów, aha, no i zagraniczną, w dodatku z kufrem pełnym cennych rzeczy.

Kretyn. Chciała zaczerpnąć świeżego powietrza. Wstała i na bosaka podeszła do drzwi. Przekręciła gałkę i dla zachowania równowagi drugą rękę przycisnęła do futryny, żeby drzwi otworzyły się bez hałasu, bo nie chciała obudzić Shorty’ego, przynajmniej nie teraz, ponieważ teraz była wściekła.

Ale drzwi się zacięły. Ani drgnęły. Sprawdziła, czy zatrzask w gałce jest na pewno odblokowany, i spróbowała jeszcze raz, z tym samym skutkiem. Zacięły się na amen. Może po wstawieniu źle je wyregulowano. Albo spęczniały od letniego upału.

Kretyn. Dupek. Właśnie teraz mógłby się jej przydać. Był przysadzisty jak strażacki hydrant i bardzo silny. Od przerzucania tych cholernych kartofli. Ale czy miała go teraz obudzić i poprosić o pomoc? Po jej trupie. Wróciła do łóżka, położyła się i wbiła wzrok w sufit, równy i gładki, wytrzymały i solidny.

• • •

Reacher obudził się o ósmej. Zza brzegów zasłon do pokoju wpadały jaskrawe smugi porannego słońca. W powietrzu żeglowały leniwie drobiny kurzu. Z ulicy dochodziły przytłumione odgłosy. Warkot samochodów, czekających, a potem ruszających. Pewnie spod świateł na skrzyżowaniu. Od czasu do czasu zatrąbił klakson, jakby kierowca stojący na czele kolumny zagapił się i spóźnił.

Wziął prysznic, wyjął spodnie spod materaca, ubrał się i wyruszył na poszukiwanie śniadania. Kilka kroków od gospody znalazł kawę i muffinki i nabrawszy sił na dłuższy rekonesans, trafił do miejsca, w którym, jak przypuszczał, serwowano niezłe jedzenie zamaskowane wieloma warstwami śmiesznej stylizacji. Szybko doszedł do wniosku, że on tego nie rozszyfruje i trzeba do tego kogoś bystrzejszego. Z grubsza rzecz biorąc, wystrój restauracji był współczesną wizją tego, gdzie i na czym mogli jadać dawni drwale, no i oczywiście tego, co mogli jadać, a według współczesnej wizji, której odzwierciedleniem było bardzo współczesne menu, jadali prawie wyłącznie potrawy smażone w głębokim tłuszczu. Z tego co wiedział, drwale jedli to samo co inni ciężko pracujący ludzie, czyli różne rzeczy. Ale ponieważ z ideologicznego punktu widzenia nie miał nic przeciwko smażeninie, zwłaszcza konsumowanej w stosownych ilościach, postanowił tam zajrzeć. Wszedł i usiadł, miał nadzieję, że dziarsko i niecierpliwie, jakby za pół godziny musiał ściąć kolejne drzewo.

Jedzenie było dobre, regularnie dolewano mu kawy, więc siedział tam dłużej niż pół godziny, patrząc w okno, mierząc rytm gwarnej ulicy, czekając, aż ludzie w garniturach i kostiumach dotrą bezpiecznie do pracy. Potem wstał, zapłacił, zostawił napiwek i przeszedłszy dwie ulice, które zbadał już poprzedniego wieczoru, znalazł się tam, gdzie, jak założył, powinien zacząć. Czyli w archiwum miejskim, które miało własny numer i nazwę na gęsto zapisanej tablicy na ścianie ceglanego państwowego gmachu, gdzie mieściło się wiele instytucji. Sądząc po wieku i kształcie, kiedyś musiał być tam sąd. Możliwe, że nadal był.

Okazało się, że biuro, którego szuka, jest w jednym z wielu małych pomieszczeń na antresoli wielkiego holu wejściowego. Antresola wyglądała jak w luksusowym hotelu, z tym że wszystkie drzwi były do połowy ze staromodnego prążkowanego szkła. Na szybach widniały nazwy poszczególnych wydziałów napisane złotymi literami, a pełna nazwa archiwum zajmowała aż dwie linijki. Za drzwiami mieścił się pusty pokój z czterema plastikowymi krzesłami i wysoką do pasa ladą. Jak w miniaturowej wersji każdego ważnego urzędu. Do lady przytwierdzono dzwonek elektryczny z cienkim kablem biegnącym do pobliskiej dziury w ścianie, a obok dzwonka leżała kartka z odręcznie sporządzoną wskazówką: Proszę dzwonić po obsługę. Napis wykonano bardzo starannie, a kartkę przyklejono do blatu kilkoma długimi kawałkami taśmy, podwiniętej na rogach i brudnej, jakby długo skubały ją czyjeś znudzone lub zniecierpliwione palce.

Reacher zadzwonił. Chwilę później tylnymi drzwiami do pokoju weszła kobieta, oglądając się przez ramię, jakby z żalem, że opuszcza pomieszczenie o wiele większe albo ciekawsze. Szczupła i zgrabna, w szarym swetrze i szarej spódnicy, miała około trzydziestu lat. Podeszła do lady, ale przedtem jeszcze raz zerknęła na drzwi. Albo czekał tam na nią chłopak, albo nie lubiła swojej pracy. Całkiem prawdopodobne były też obie te możliwości. Ale robiła, co mogła. Wykrzesała z siebie ciepły uśmiech, przybrała przyjazną pozę. Może niezupełnie jak sprzedawczyni w sklepie, gdzie klient ma zawsze rację, ale jak ktoś równy jemu, jakby ona i on mieli zaraz rozpocząć fantastyczną przygodę w krainie zagadek z odległej przeszłości miasta.

– Chciałbym zajrzeć do starych spisów nieruchomości – powiedział.

– Chodzi o spór własnościowy? – spytała kobieta. – Jeśli tak, niech zwróci się do nas pański adwokat. Tak będzie szybciej.

– Nie, z nikim się nie spieram. Mój ojciec się tu urodził. To wszystko. Wiele lat temu. Już nie żyje. Przejeżdżałem tędy. Pomyślałem, że wpadnę i zerknę na dom, w którym mieszkał.

– Zna pan adres?

– Nie.

– Pamięta pan, gdzie to w przybliżeniu jest?

– Nigdy tam nie byłem.

– Nie odwiedzał go pan? – spytała kobieta.

– Nie – odparł.

– Może dlatego, że pana ojciec wyjechał stąd za młodu.

– Mieszkał tu, dopóki nie wstąpił do piechoty morskiej. Miał wtedy siedemnaście lat.

– Ale pańscy dziadkowie mogli wyjechać, zanim ojciec założył własną rodzinę. Zanim odwiedzanie się weszło w modę.

– Mam wrażenie, że dziadkowie mieszkali tu do końca życia.

– Ale ich pan nie znał, tak?

– Byliśmy rodziną wojskowych – odparł. – Ciągle gdzieś nas przerzucano.

– Przykro mi.

– Nie pani wina.

– Nie, ale dziękuję za pańską służbę.

– To ojciec służył w piechocie, nie ja. Chciałem odszukać jego nazwisko w rejestrze urodzeń czy w czymś takim. Poznać pełne dane jego rodziców, żebyśmy mogli znaleźć dokładny adres, na przykład w rejestrze podatków od nieruchomości. Wtedy mógłbym tam wpaść i zerknąć.

– Nie zna pan imion dziadków?

– Nazywali się chyba James i Elizabeth Reacherowie.

– Tak jak ja – powiedziała kobieta.

– Pani też nazywa się Reacher?

– Nie, Elizabeth. Elizabeth Castle.

– Miło mi panią poznać.

– Wzajemnie.

– Jestem Jack Reacher. Mój ojciec miał na imię Stan.

– Kiedy wstąpił do piechoty morskiej?

– Dobijałby teraz dziewięćdziesiątki, więc ponad siedemdziesiąt lat temu.

– Chyba powinniśmy zwiększyć margines o dziesięć lat i zacząć od osiemdziesięciu – zasugerowała Elizabeth. – Stan Reacher miałby wtedy około dziesięciu lat i wraz ze swoimi rodzicami, Jamesem i Elizabeth, mieszkał gdzieś w Laconii. Czy to dobre podsumowanie?

– Jakbym czytał pierwszy rozdział mojej autobiografii.

– Jestem pewna, że nasze archiwa cyfrowe sięgają teraz znacznie dalej, ponad osiem dekad wstecz. Ale obawiam się, że tak stare rejestry podatków od nieruchomości zawierają tylko nazwiska.

Elizabeth przekręciła klucz i otworzyła klapę w blacie. Pod klapą były ekran i klawiatura. Nie ma to jak bezpieczeństwo, pomyślał Reacher. Pod nieobecność obsługi nikt tu niczego nie ukradnie. Nacisnęła klawisz i odwróciła wzrok.

– Zaraz odpali. Długo się mobilizuje.

„Odpali” – słyszał to określenie w kontekście technologicznym, ale w połączeniu z „mobilizuje” skojarzyło mu się ono z wojskiem, z piechotą zwierającą szyki przed atakiem.

Elizabeth zaczęła klikać i przewijać ekran, klikać i przewijać.

– Tak – rzuciła w końcu. – Rejestr podatków od nieruchomości sprzed osiemdziesięciu lat to tylko indeks z numerami akt. Jeśli chce pan szczegółowych informacji, musi pan poprosić o oryginalne dokumenty z archiwum. Ale to, niestety, trwa.

– Długo? – spytał.

– Bywa, że trzy miesiące.

– Czy w tym indeksie są nazwiska i adresy?

– Tak.

– Myślę, że to powinno wystarczyć.

– Jeśli chce pan tylko obejrzeć ich dom, to chyba tak.

– Nie zamierzam robić nic więcej.

– Nie jest pan ciekawy?

– Czego?

– Tego, jak żyli. Kim byli i czym się zajmowali.

– Jestem, ale nie na tyle, żeby czekać trzy miesiące.

– Dobrze, w takim razie tylko nazwiska i adresy.

– Zakładając, że dom jeszcze stoi. Ktoś mógł go zburzyć. Osiemdziesiąt lat to bardzo długo.

– Tu zmiany zachodzą powoli.

Elizabeth znów zastukała w klawiaturę i zaczęła przewijać ekran, początkowo bardzo szybko, przez pierwszą część alfabetu, potem dużo wolniej, wypatrując pewnie nazwisk na R. Następnie wróciła do początku, też bardzo powoli i tylko po to, żeby po chwili znów przesunąć ekran w dół i znów w górę, bardzo szybko, jakby chciała coś z niego wytrząsnąć. W końcu oświadczyła:

– Osiemdziesiąt lat temu nikt o nazwisku Reacher nie posiadał w Laconii żadnej nieruchomości.

4

Patty Sundstrom też obudziła się o ósmej rano, później, niż chciała, ale w nocy w końcu dopadło ją zmęczenie i spała głęboko jeszcze pięć godzin. Wyczuła, że miejsce obok niej jest puste, przewróciła się na bok i zobaczyła, że drzwi są otwarte. Shorty był na parkingu. Rozmawiał z jednym z tych z obsługi. Chyba z Peterem. Tym od quadów. Stali obok hondy. Honda miała podniesioną maskę. Jasno świeciło słońce.

Wstała i zgięta wpół potruchtała do łazienki. Żeby nie zobaczył jej Peter, w każdym razie ten przy hondzie. Wzięła prysznic i ubrała się w ciuchy z poprzedniego dnia, bo nie zabrała nic na zmianę. Wyszła z łazienki. Czuła coraz większy głód. Drzwi wciąż były otwarte. Słońce wciąż świeciło. Shorty został sam. Tamten zniknął.

Wyszła na dwór.

– Dzień dobry.

– Nie chce zapalić – burknął Shorty. – Facet pogmerał pod maską i teraz nie chce zapalić. Wczoraj wszystko było w porządku.

– Niezupełnie – zauważyła.

– Ale zapalił. A teraz nie chce. Gość coś spieprzył.

– Co zrobił?

– Nie wiem, gdzieś tu grzebał. Miał klucz francuski i kombinerki. Tylko pogorszył sprawę.

– Peter? – spytała. – Ten od quadów?

– Tak mówi. Jeśli to ich mechanik, to gratuluję. Pewnie dlatego mają ich aż dziewięć. Żeby jeden zawsze działał.

– Wczoraj samochód zapalił, bo silnik był gorący. Teraz jest zimny. To różnica.

– Ty co? – warknął Shorty. – Też bawisz się w mechanika?

– A ty nie?

– On coś zepsuł.

– Moim zdaniem stara się nam pomóc najlepiej, jak umie. Powinniśmy mu podziękować.

– Za to, że zepsuł nam wóz?

– Wóz był już zepsuty.

– Wieczorem zapalił za pierwszym razem.

Zmieniła temat.

– Miałeś kłopoty z drzwiami?

– Kiedy?

– Teraz. Jak wychodziłeś.

– Kłopoty?

– W nocy chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza, ale nie mogłam ich otworzyć. Zacięły się.

– Ja otworzyłem bez problemu.

Ze stojącej pięćdziesiąt metrów dalej stodoły wyszedł Peter z płócienną brązową torbą w ręce. Torba wydawała się ciężka. Narzędzia, pomyślała Patty. Będzie naprawiał samochód.

– Posłuchaj mnie, Shorty Fleck – powiedziała. – Ci panowie próbują nam pomóc i chcę, żebyś okazał im wdzięczność. A przynajmniej nie dawał im powodu do tego, żeby przestali nam pomagać, zanim skończą. Czy wyrażam się jasno?

– Jezu – mruknął Shorty. – Mówisz tak, jakby to była moja wina czy coś.

– No właśnie, czy coś – powtórzyła Patty i zamilkła, czekając na Petera z narzędziami. Podszedł do nich z wesołym uśmiechem, jakby chciał zatrzeć ręce i od razu zabrać się do roboty. – Bardzo dziękujemy za pomoc – powiedziała.

– Nie ma sprawy – rzucił.

– Mam nadzieję, że to nic skomplikowanego.

– Na razie stoi przed nami zimny trup. A jak zimny trup, to pewnie elektryka. Prawdopodobnie stopił się jakiś kabel.

– Da się go wymienić?

– Spróbuję coś dosztukować. Żeby obejść tę spaloną część. Ale prędzej czy później będziecie musieli oddać wóz do warsztatu. Inaczej część odpadnie i będzie kłopot.

– Długo potrwa to sztukowanie?

– Najpierw sprawdzimy, co się sfajczyło.

– Wczoraj zapalił – powtórzył Shorty. – Popracował parę minut i go zgasiłem. Stygł całą noc, więc co się mogło stopić?

Peter nie odpowiedział.

– On tylko pyta – wtrąciła Patty. – Na wypadek gdyby nie udało się znaleźć tej stopionej części. Nie chcielibyśmy zabierać panu czasu. To bardzo miło, że chce nam pan pomóc.

– Nie, nie, to rozsądne pytanie – odparł Peter. – Kiedy gaśnie silnik, przestają pracować pompa i wiatrak chłodnicy. Ponieważ nie ma wymuszonego chłodzenia, gorąca woda podchodzi coraz wyżej i wyżej i w końcu sięga pokrywy cylindra. W pierwszej godzinie po zgaszeniu silnika temperatura powierzchniowa korpusu może nawet wzrosnąć. I jeśli dotykał go jakiś kabel…

Zanurkował pod maskę i znieruchomiał, jakby się nad czymś zastanawiał. Potem zaczął sunąć palcem po jakichś przewodach, ciągnąc za nie i w coś postukując. Spojrzał na akumulator. Wziął klucz i docisnął klemy.

Wreszcie cofnął się i wyprostował.

– Niech pan spróbuje jeszcze raz.

Shorty usiadł za kierownicą, ale nogi zostawił na ziemi. Odwrócił się do deski rozdzielczej i położył rękę na stacyjce. Podniósł wzrok. Peter skinął głową. Shorty przekręcił kluczyk.

Samochód nie zareagował. Zupełnie. Żeby chociaż coś w nim kliknęło, zawarczało czy zakaszlało. Nie działo się absolutnie nic, jakby Shorty w ogóle nie przekręcił kluczyka. Silnik milczał. Jak zimny trup. Jak najzimniejszy trup, jakiego kiedykolwiek pochowano.

• • •

Elizabeth Castle oderwała wzrok od ekranu komputera i spojrzała w dal, jakby analizowała kilka możliwych scenariuszy i kroków, które mogłaby podjąć w zależności od swojego wyboru, poczynając zapewne od tego, że idiota Reacher pomylił miasta i powinna się go czym prędzej pozbyć, oczywiście grzecznie, niemniej szybko i sprawnie.

– Prawdopodobnie wynajmowali dom – powiedziała. – Tak jak większość ludzi. Właściciele płacili podatki. Będziemy musieli poszukać gdzie indziej. Byli farmerami?

– Nie sądzę – odparł. – Nie pamiętam żadnych opowieści z cyklu „bladym świtem w trzaskający mróz musiałem wychodzić z domu, żeby nakarmić kury, a potem szedłem piechotą trzydzieści kilometrów do szkoły, przez głęboki śnieg i w obie strony pod górkę”. Bo farmer tak by mówił, prawda? Nie, nigdy czegoś takiego nie słyszałem.

– W takim razie nie wiem, od czego zacząć.

– Najlepszy bywa początek. Może od rejestru urodzeń?

– Rejestr urodzeń jest w urzędzie hrabstwa. W zupełnie innym budynku, daleko stąd. Może lepiej od spisów ludności? Pański ojciec powinien znaleźć się w dwóch, jako dwuletnie dziecko i jako dwunastoletni chłopiec.

– Gdzie je znajdę? – spytał Reacher.

– Też w urzędzie hrabstwa. Ale w innym miejscu, trochę bliżej.

– Ile oni mają tych biur?

– Sporo.

Kiedy Elizabeth podała mu adres wraz ze szczegółowymi – skręt po skręcie – wskazówkami, jak ma tam dojść, pożegnał się i wyruszył w drogę. Minął gospodę, w której nocował. Minął restaurację, gdzie zamierzał zjeść lunch. Szedł przez centrum na południowy wschód, miejscami mocno wytartymi chodnikami, które z powodzeniem mogły mieć osiemdziesiąt lat. Albo nawet sto. W większości sklepów, czystych i ładnych, sprzedawano głównie zastawy stołowe, naczynia kuchenne do gotowania, naczynia kuchenne do pieczenia oraz wszelkiego rodzaju przybory związane z przygotowywaniem i spożywaniem jedzenia. W niektórych można było kupić buty. W kilku torebki.

Budynek, którego szukał, niski i nowoczesny, tak rozłożysty, że zajmował chyba dwie średniej wielkości działki, wyglądałby lepiej na kampusie politechniki, wśród wypełnionych komputerami laboratoriów. I komputery pewnie tam były. Reacher dopiero teraz zdał sobie sprawę, że cały czas popełniał błąd, wyobrażając sobie półki uginające się pod ciężarem zalatujących pleśnią dokumentów, ręcznie spisanych i przewiązanych sznurkiem. Ale te dokumenty spoczywały w oddalonym o trzy miesiące magazynie, bo już dawno je skopiowano, skatalogowano i zindeksowano na komputerze. Dzisiaj nie zdejmowało się ich z półek w kłębach kurzu ani nie woziło wózkiem do czytelni – dzisiaj wystarczyło kliknąć myszką i włączyć drukarkę.

Współczesny świat.

Wszedł do recepcji, która mogłaby uchodzić za odleciane muzeum albo ekskluzywną klinikę dentystyczną. Za ladą siedział mężczyzna. Wyglądał tak, jakby zesłano go tam za karę, i kiedy Reacher powiedział „Dzień dobry”, gość bez słowa podniósł wzrok. Reacher wytłumaczył mu, że potrzebuje wyników dwóch starych spisów ludności.

– Skąd? – spytał tamten, jakby mu to wisiało.

– Stąd – odparł Reacher.

Facet zrobił tępą minę.

– Z Laconii – sprecyzował Reacher. – To takie miasto w New Hampshire. Stan New Hampshire, USA, Ameryka Północna, świat, Układ Słoneczny, galaktyka, wszechświat.

– Dlaczego dwóch? – spytał mężczyzna.

– A dlaczego nie?

– Z jakich lat?

Reacher mu powiedział – najpierw rok, w którym ojciec miał dwa lata, potem ten, w którym był dziesięć lat starszy, czyli miał lat dwanaście.

– Jest pan mieszkańcem naszego hrabstwa? – spytał mężczyzna.

– Dlaczego pan pyta?

– Pieniądze. Te materiały kosztują. Ale mieszkańcy hrabstwa mają prawo korzystać z nich za darmo.

– Jestem tu już od jakiegoś czasu – powiedział Reacher. – Na pewno nie krócej niż w innych miejscach. Przynajmniej ostatnio.

– Powód pańskich badań?

– To ważne?

– Mamy sporo rubryk do wypełnienia.

– Historia rodziny – odparł Reacher.

– Muszę zapisać pańskie nazwisko.

– Po co?

– Przepisy. Musimy, inaczej pomyślą, że zawyżamy liczby.

– Moglibyście zmyślać nazwiska cały dzień.

– Prosimy klientów o dowód tożsamości.

– Dlaczego? Czy te informacje nie są powszechnie dostępne?

– Witamy w realnym świecie – powiedział tamten.

Reacher pokazał mu paszport.

– Urodził się pan w Berlinie – skonstatował urzędnik.

– Fakt.

– W dodatku nie w naszym, tylko niemieckim.

– To jakiś problem? Myśli pan, że jestem zagranicznym szpiegiem, którego przysłano tu, żeby wysadził w powietrze coś, co wysadzono dziewięćdziesiąt lat temu?

Facet wziął jakiś formularz i napisał: Reacher.

– Boks numer dwa. – Wskazał drzwi po drugiej stronie holu.

Reacher wszedł do wytłumionego kwadratowego pomieszczenia, gdzie stały długie klonowe stoły podzielone przepierzeniami na stanowiska robocze. Światło było przyćmione, przy każdym stanowisku stało obite tweedem krzesło, na każdym był płaski monitor, a obok niego świeżo zatemperowany ołówek i cienki bloczek papieru opatrzony na górze jakąś nazwą, jak papeteria hotelowa. Podłogę wyłożono grubą wykładziną, ściany materiałem. Stolarka była świetnej jakości. Całość musiała kosztować co najmniej milion.

Usiadł w boksie numer dwa i ekran stojącego przed nim monitora natychmiast ożył. Zapłonął na niebiesko, równomiernie i jednolicie, nie licząc dwóch ikonek w prawym górnym rogu, które wyglądały jak znaczki pocztowe. Reacher nie znał się na komputerach, ale kilka razy miał z nimi do czynienia, poza tym wiele razy widział, jak obsługują je inni. Komputery były teraz nawet w tanich hotelach. Ileż to razy musiał czekać przy ladzie, podczas gdy recepcjonistka klikała myszką, przewijała stronę na ekranie i coś tam pisała. Minęły już czasy, kiedy kładło się na ladę kasę i od razu dostawało duży mosiężny klucz.

Poruszył myszką i przesunął strzałkę na ikony. Wiedział, że są to symbole plików. Albo katalogów. I że otworzą się, kiedy się na nie kliknie. Nigdy nie wiedział, ile razy trzeba to zrobić. Jedni klikali raz, inni dwa razy. On zwykle dwa. Na wszelki wypadek i tak dalej. Być może to pomagało i chyba nigdy nie zaszkodziło. To tak jak strzelić komuś w głowę. Dwie kule nigdy nie zaszkodzą.

Ustawił strzałkę na środku ikonki po lewej stronie, kliknął dwa razy i ekran zmienił kolor z niebieskiego na stalowoszary, jak pokład okrętu wojennego. Na środku pojawiła się czarno-biała strona tytułowa raportu rządowego, jaskrawa jak z kserografu, napisana staroświeckim, napuszonym krojem pisma. Na górze był nagłówek: Departament Handlu USA, R.P. Lamont, sekretarz Biura Spisu Powszechnego Ludności, W.M. Steuart, dyrektor. Na środku napisano: Piętnasty Spis Powszechny Mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Wyniki z okręgu Laconia w stanie New Hampshire. Na dole zaś: Sprzedaż w Intendenturze Głównej Dokumentów Rządowych, Waszyngton, D.C. Cena: jeden dolar.

Spod dolnej krawędzi monitora wyglądała górna krawędź następnej strony. Trzeba będzie przesunąć ekran. Oczywista sprawa. Przypuszczał, że robi się to za pomocą małego kółka zamontowanego na grzbiecie myszki. Między jej łopatkami. Tuż pod opuszkiem palca wskazującego. Wygodne. Intuicyjne. Odpuścił sobie wstęp, w którym opisywano głównie postępy metodologiczne, jakich dokonano od czasów poprzedniego – czternastego – spisu powszechnego. Ale nie były to przechwałki. Raczej przesłanie jednych maniaków z obsesją na punkcie statystyki do drugich. Już wtedy. Rzeczy, jakie trzeba wiedzieć, jeśli lubi się liczyć ludzi.

Potem ukazały się listy, nazwisk i starych zawodów, i nagle otworzył się przed nim świat sprzed prawie wieku. Wytwórcy guzików, kapelusznicy, rękawicznicy, żywicznicy, robotnicy rolni, maszyniści, nawijacze jedwabiu, cynownicy – był tam nawet dział zatytułowany Rzadkie zawody dziecięce. Optymistycznie podkreślono, że większość dzieci była czeladnikami. Albo pomocnikami. Kowali, murarzy, oporządzaczy maszyn, nalewaczy, rozlewaczy i wytapiaczy.

Ale nie było wśród nich ani jednego Reachera. Nie w Laconii w stanie New Hampshire. Nie w roku, kiedy Stan miał dwa lata.

Przesunął ekran do góry i zaczął od początku. Teraz większą uwagę zwracał na kolumnę Dzieci na utrzymaniu. Może doszło do jakiegoś makabrycznego wypadku i małego osieroconego Stana przygarnęli niespokrewnieni, lecz życzliwie nastawieni sąsiedzi. I odnotowali nazwisko chłopca w hołdzie dla jego prawdziwych rodziców.

Ale wśród dzieci na utrzymaniu nie było ani jednego Stana Reachera. Nie w Laconii w stanie New Hampshire. Nie w roku, kiedy Stan miał dwa lata.

W lewym górnym rogu ekranu widniały trzy małe guziki, czerwony, pomarańczowy i zielony, niczym malutki sygnalizator uliczny. Reacher kliknął dwa razy na czerwony i dokument zniknął. Kliknął na ikonkę po prawej stronie i znalazł tam wyniki szesnastego spisu powszechnego, który, choć przeprowadzony pod nadzorem innego już sekretarza i dyrektora, też szczycił się wielkimi postępami metodologicznymi, jakich dokonano od czasów spisu poprzedniego, czyli piętnastego.

I nic. Ani jednego Reachera.

Nie w Laconii w stanie New Hampshire. Nie w roku, kiedy Stan miał dwanaście lat.

Kliknął myszką na czerwony guziczek i dokument zniknął.

5

Shorty przekręcił kluczyk jeszcze raz, ale znów bez rezultatu. Dosłownie żadnego, nie licząc cichutkiego mechanicznego kliknięcia, odgłosu, jaki wydaje kluczyk obracający się w stacyjce. Dźwięku, którego kierowca nigdy nie słyszy, ponieważ zagłusza go momentalnie warkot ożywającego silnika. Tak jak huk wystrzału zagłusza trzask spustu.

Ale nie tego ranka. Silnik hondy zdechł. Jak stary schorowany pies, który odszedł nocą. W ogóle nie zareagował. Jakby coś z niego uszło. Coś się z nim stało.

– Chyba lepiej będzie, jeśli wezwiemy mechanika – powiedziała Patty.

Peter zerknął przez ramię. Patty odwróciła się i zobaczyła, że idzie ku nim trzech pozostałych. Wyszli z domu albo ze stodoły. Jak zwykle z tym najważniejszym na czele. Markiem, który meldował ich wczoraj w motelu. I zaprosił na kolację. Tym zawsze uśmiechniętym. Tuż za nim szedł Steven, a dalej Robert.

– I jak tam dzisiaj? – spytał Mark, gdy stanęli przy samochodzie.

– Kiepsko – odparł Peter.

– Co się stało?

– Nie mam pojęcia. Zimny trup. Chyba coś się sfajczyło.

– Trzeba wezwać mechanika – powtórzyła Patty. – Nie chcemy zabierać wam więcej czasu.

– Wczoraj zapalił – wtrącił Shorty. – Za pierwszym razem.

– Tak, rzeczywiście – potwierdził z uśmiechem Mark.

– A teraz nie chce. Po prostu mówię, co widzę. Znam ten wóz. Mam go od lat. Jest humorzasty, ale zawsze odpala.

Mark długo milczał.

W końcu znów się uśmiechnął.

– Nie jestem pewien, co pan sugeruje.